Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






nr @3 02/2010

Ławeczki Metropolie Elektroniczne czytniki

Człowiek, który przestaje się dziwić jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to  co najpiękniejsze – uroda życia. Ryszard Kapuściński

W związku z obchodami 200. rocznicy urodzin Fryderyka Chopina uruchomiono trasę spa-cerową po historycznych miejscach Warszawy, w których zostały usta-wione „Ławeczki Chopina”. Ławeczki przyczynią się do przybliżenia spaceru-jącym muzyki Chopina dzięki systemowi dźwięko-wemu. Wystarczy na-cisnąć guzik, a ławka, niczym szafa grająca, zagra wybrany fragment utworu. Poszukiwanie i obietnice szczęścia oraz jego iluzje w metropoliach 21. wieku są punktem wyjścia projektu, realizo-wanego od lutego 2010 w Berlinie, Warszawie i jesienią w Mumbaju. W ramach projektu będzie miała miejsce m.in. wystawa „Lecher Les Vitrines” pochodząca KW Institute for Con-temporary Art w Berlinie, którą od kwietnia do czerwca 2010 r.  będzie można oglądać w Muzeum Sztuki Nowo-czesnej w Warszawie. Kilku z krajowych wy-dawców prasy przygoto-wuje się do wejścia w elektroniczne czytniki. Agora, Axel Springer Polska, INFOR PL i Murator rozmawiają z Kolporte-rem, jedną z  liczących się firm dystrybucji prasy na polskim rynku, o współpracy przy sprze-daży eprasy za po-średnictwem czytnika eClicto. Chcą, by ich oferta pojawiła się w kolejnych wersjach urządzenia. Czytnik ten będzie miał dostęp do Internetu i pojawi się na rynku w tym roku. Na rynek egazet chcą wejść też firmy takie jak Ruch, Nexto.pl oraz amerykański Kindle. Kluczowe dla popu-larności usługi będą negocjacje z operato-rami komórkowymi. Opracowała: Olimpia Wolf Wywiadowcy na tropie Redakcja



W tym numerze szczególnie polecam lekturę wywiadów, w których praktycy odsłaniają kulisy swojej pracy i widzenia świata. Iluzja jest potrzebna, żeby zrozumieć rzeczywistość - mówi Wojciech Wieteska, fotograf i operator filmowy. Jego trójwymiarowe, nieco odrealnione zdjęcia to bardzo nietypowy, a jednocześnie niezwykle prawdziwy, przygotowany z reporterskim zacięciem obraz miasta - Warszawy. Czy pisanie scenariuszy do seriali telewizyjnych to opłacalne zajęcie? Na chleb wystarczy - twierdzi Grzegorz Lipka, scenarzysta "Plebanii" i przybliża warsztat pracy zespołu scenariuszowego. Z kolei Patrycja Gruszyńska- Ruman opowiada o tym, w jaki sposób znalazła temat, którego radiowa realizacja zdobywa nagrodę za nagrodą. Dla inspiracji. Anna Zdrojewska Redaktor naczelny: Marek Miller Sekretarz redakcji: Anna Zdrojewska Współpraca: Jerzy Ignatowicz, Olimpia Wolf, Rafał Chibowski, Joanna Sabak, Karol Wojteczek, Julian Tomala, Małgorzata Kałużyńska, Izabela Jurek, Katarzyna Kwiatkowska, Monika Wilk Zdjęcia: Jacek Bodzak, Adam Czajka, Joanna Sabak, Waldemar Zdrojewski Wydawca: Laboratorium Reportażu Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski ul. Nowy Świat 69 pok. 39, IV piętro 00-046 Warszawa tel/fax (22) 55 22 904 WINna nie WINna
Dwa totalitaryzmy w jednym życiu


Absolwentka Laboratorium Reportażu Patrycja Gruszyńska–Ruman przy-padkowo, zwiedzając muzeum Auschwitz, zwraca uwagę na nazwisko więźniarki, ponieważ jest to panieńskie nazwisko jej matki. Zaczyna drążyć dokumenty oświęcimskie, a te prowadzą ją do Instytutu Pamięci Narodowej. Nie odnalazła rodziny, ale bohaterkę reportażu, Stanisławę Rachwałową (członkinię AK i WiNu), która spędziła cztery lata w Auschwitz i przesiedziała 10 lat w więzieniach PRL. Odkopuje dokumenty, szuka rodziny Rachwałowej i towarzyszek z obozu oraz celi. Dokonale skonstruowany reportaż radiowy Patrycji Gruszyńskiej–Ruman opowiada o upokorzeniu, nienawiści i... przebaczeniu. Wiem, że pomysł na audycję o Stanisławie Rachwał przyszedł pani do głowy przez zbieg oko-liczności. Jak to było? Kilka lat temu zwiedzałam Auschwitz. Kiedy przeglądałam listę polskich więźniów, natknęłam się na nazwisko panieńskie mojej mamy – Rachwał. Po powrocie usiłowałam dowiedzieć się czy jest to ktoś z naszej rodziny.

Stanisława Rachwałowa spędziła cztery lata w Auschwitz i przesiedziała 10 lat w więzieniach PRL. Patrycja Gruszyńska–Ruman odkopała dokumenty o Rachwałowej, znalazła jej rodzinę i towarzyszki z obozu oraz celi.

Mama nie wiedziała, czy Stanisława Rachwałowa ma coś wspólnego z naszą rodziną. Przypadkowo w rozmowie z dr. Filipem Musiałem, historykiem z IPNu dowiedziałam się, że Stanisława Rachwałowa to postać porównywana do rotmistrza Pileckiego. Uznałam, że warto zrobić o niej dokument. Proszę powiedzieć, jak wyglądała praca dokumentacyjna? Zbieranie materiałów trwało około dziewięciu miesięcy. Najważniejsze źródło stanowią wspomnienia Stanisławy Rachwałowej nadesłane na konkurs organizowany w latach siedemdziesiątych przez Muzeum w Oświęcimiu. Zaczęłam szukać koleżanek Rachwałowej z celi w komunistycznym więzieniu oraz koleżanek z obozu. Dotarłam też do jej córki Anny Wincentowicz. Badając historię pani Stanisławy poznała pani relacje więźniarek politycznych: Heleny Szopińskiej, Barbary Tumanowicz, Wandy Maroszanyi, Jadwigi Janiszowskiej i Hanny Wysockiej. Czy jakieś szczegóły z ich życiorysów utkwiły pani w pamięci? Życie każdej z tych kobiet to temat na osobną publikację. Najbardziej poruszające były opisy przesłuchań, maltretowania przez urzędników sy-stemu komunistycznego. Pobyt w więzie-niu powodował dysfunkcję rodziny. Jedna z bohaterek po dziesięciu latach więzienia dowiedziała się, że jej mąż już dawno założył nową rodzinę. O czym odwiedzająca ją teściowa nigdy nie wspomniała, żeby jej nie ranić. Po wyjściu z więzienia kobieta przeżyła szok.

Zdjęcia: Adam Czajka w dwóch totalitaryzmach, za stworzenie ponadczasowego studium ludzkiej krzywdy, nienawiści i.... przebaczenia". Audycja "WINna nie WINna" została też wcześniej nagrodzona "radiowym Oskarem", czyli nagrodą Prix Italia.

Te kobiety przeżywały ge-hennę w więzieniu, a potem często nie mogły się od-naleźć na wolności. A co najbardziej panią wstrząsnęło w historii Stanisławy Rachwał? To, że polskich patriotów potraktowano po wojnie go-rzej od zbrodniarzy wojen-nych. Na wielu ludzi honoru, którzy walczyli z okupantem i przeszli przez obozy kon-centracyjne, w komunistycz-nej Polsce czekało więzienie, lub co gorsza kara śmierci. Nawet zbrodniarze wojenni mieli prawa, chociażby to, że pozostawali pod opieką Międzynarodowego Czerwo-nego Krzyża. W więzieniu mieli dostęp do prasy, mogli chodzić na spacery. Polacy – więźniowie polityczni nie mieli żadnych praw. Stanisława Rachwałowa w tych nieludzkich, powojen-nych warunkach potrafiła wznieść się na wyżyny człowie-czeństwa. Rozmawiał Jerzy Ignatowicz Patrycja Gruszyńska–Ruman otrzymała w tym roku główną nagrodę Wolności Słowa przyznawaną przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Nagrodzono ją za "znakomity reportaż opowiadający o doświadczeniach życia Wolność i miłość Fotoreportaż ocenia Waldemar Zdrojewski Waldemar Zdrojewski



Wydawałoby sie, że zrobienie foto-reportażu z dużej, kolorowej imprezy, jaką jest Woodstock, wypełnionej po brzegi dziwnymi osobnikami, to łatwe zadanie. Nic bardziej mylnego. Czasem skupiamy sie na jednym motywie lub swego rodzaju ciekawych "błyskotkach", podczas gdy pole wi-dzenia powinno być szerokie i oddawać odbiorcy pełne spektrum wydarzenia, w ktorym fotograf uczestniczyl: emocje, czas, miejsce i to coś... Zdjęcia Jacka Bodzaka nie spelniają w pelnym tego znaczeniu kryteriów fo-toreportazu: powinny to być mini-mum trzy różnorodne znaczeniowo zdjęcia ułożone tak, by tworzyły narrację. Mimo tego odbiór poszczególnych fotografii jest jasny i czytelny, mają dużą siłę przekazu, są opowiescia z miejsca, w ktorym czas na chwilę się zatrzymał. Fotografie są ekspresyje i nostalgiczne: rejestrują dobrym kadrem decydujący moment, a jednocześnie zapraszają odbiorcę w świat "wolności i miłości", o którym większość z nas - bez względu na swój światopogląd - podświadomie marzy. To doskonały materiał wyjściowy do stworzenia retrospektywnego fotore-portażu z Woodstock. Warto. Być może będzie on kolejnym dowodem, że tak naprawdę wiele spraw pozo-staje bez zanaczenia, a "wolność i miłość" jest ponadczasowa i ponad-kulturowa. Fotograf, podróżnik, uczeń Tadeusza Rolke. Wykła-dowca w Laboratorium Reportażu na Uniwersyte-cie Warszawskim. Interesuje go głównie foto-grafia społeczna. Obecnie pracuje nad cyklem “EuropolisMetropolis” i „szuka człowieka” w wielkich miastach. W 2009 roku w ramach Fotofestiwalu miał miejsce wernisaż zdjęć pt.: „Wszędzienigdzie” autorstwa Tadeusza Rolke i Waldemara Zdrojew-skiego. Publikował swoje prace na łamach wydaw-nictw Agory. Współpraco-wał z agencjami reklamo-wymi. Wystawiał swoje prace w galeriach Warszawy. Jacek Bodzak



PRZYSTANEK WOODSTOCK W kręgu fotoplastykonu



Muzeum Powstania Warszawskiego po-prosiło kolejnego, po Chrisie Niedenthalu wybitnego fotografa o realizację autorskiego pejzażu stolicy. Tym razem wybór Muzeum padł na znanego polskiego fotoreportera, rodowitego warszawianina, Wojciecha Wieteskę. Efekty jego prac jako wernisaż „Szeroki krąg” można oglądać do 17 lutego w Fotoplastikonie Warszawskim. Wieteska jako następny przedstawił tam swoją wizję stolicy w stereoskopii: przeży-wającej renesans fotografii trój-wymiarowej. Pomyli się jednak każdy, kto idąc na wystawę spodziewa się zobaczyć przewodnik po szczególnie urokliwych czy powszechnie nieznanych miejscach Warszawy. Nie znaczy to bynajmniej, że wyjdzie on z Fotoplastikonu roz- czarowany. Wojtek Wieteska zamiast vademecum dla turystów zaserwował nam socjologiczny niemal przekrój „ludu stolicy”. A przede wszystkim zafundował nam wędrówkę po swoim świecie, swoich kręgach. W kręgach tych, zobrazowanych w 49 wyświetlanych nomen omen w kręgu, zdjęciach odnajdziemy bliskich fotografa, jego przyjaciół, ale także urzędników czy bufetową. Sam autor przyznaje, że są to ludzie ważni w tym mieście DLA NIEGO. Tak autorskie podejście rodzi pewne komplikacje. Ja w zdjęciach Wieteski nie odnajduję wielu kręgów tak charakterystycznych dla bliskiej mi prawobrzeżnej części stolicy. Warszawa Wieteski jest o wiele schludniejsza, czystsza, bardziej uporządkowana niż ta, którą widzi się codziennie na ulicy. Bardzo kontrastuje ona także z zasłanym gruzem i złomem, wejściem do Fotoplastikonu.

Zdjęcie: Wojciech Wieteska Fotoplastikon Warszawski został założony w roku 1905. Gromadzi ok. 3000 stereoskopowych fotografii z całego świata wykona-nych przed 1939. Obecnie jedyne tego typu urzą-dzenie na świecie eks-ploatowane w dalszym ciągu w swej pierwotnej lokalizacji. Od 2008 roku obiekt dzierżawi Muzeum Powstania Warszawskiego.

Ale jest jeszcze coś. Może to po części magia miejsca. Może potęga iluzji. Lecz z całą pewnością nie tylko. Parafrazując słowa klasyka można bowiem powiedzieć, że Wieteska dobrym foto-grafem jest. Faktycznie. Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie wczuć się przy każdym zdjęciu w krąg jaki portretuje autor, wypada docenić estetykę każdej pracy. Jego nienaganność warsztatową. Niektóre ze zdjęć, choć kolorowe, wzorem tych przedwojennych wyposa-żone zostały w różne skazy, nieostrości, małe iluzje. Przy tempie w jakim przed-wojenne urządzenie przewija obrazki ciężko dostrzec to w pierwszym podejściu. Warto zobaczyć tę wysta-wę uwagi na bardzo dobre zdjęcia. Nieczęsto możemy oglądać współczesne foto-grafie w 3D. A i miejsc, w których możemy poczuć wciąż żywą tu przedwojen-ną Warszawę nie zostało wiele. Ci jednak, którzy chcą zobaczyć coś ważnego z historii i topografii War-szawy niech przyjdą tu jeszcze raz później. Jak już wróci Niedenthal. Karol Wojteczek Wojciech Wieteska „Szeroki Krąg” 16.01-17.02.2010 Fotoplastikon Warszawski Al. Jerozolimskie 51 wstęp: 1 PLN Wojciech Wieteska, fotograf i operator filmowy, opowiada o sztuce iluzji, fotografii 3D i swojej ostatniej wystawie "Szeroki krąg", o której piszemy na poprzednich stronach.
Do piekła nie schodziłem


To pytanie chyba bardziej do Muzeum, ale jak to się stało, że został Pan zaproszony do tego projektu? Warszawa i ja to nieustanna, wieloletnia i zawiła – fotograficznie – historia „miłosci i nienawiści“. Tym razem chodziło o tę pierwszą... Czym kierował się Pan robiąc swoje zdjęcia? Jaka była myśl przewodnia? Z jakich kręgów zbudowana jest Warszawa? Czy to miasto na wzór piekła Dantego? Kierowałem się minimalizmem użytych środków i prostotą formy, z myślą o najbliższych i dalszych kręgach osobo-wych, w których w danym czasie się poruszałem. Do piekła nie zaglądałem. Czy ludzie, których Pan pokazuje to cała Warszawa czy tylko Pana kręgi? To tylko wycinek, ale świadomie skonstruowany i rozchodzący się w różnych kierunkach, pełen drogo-wskazów czytelnych nawet dla obco-krajowca. Częścią sztuki jest dążenie do iluzji. Dążył Pan do niej w „kręgu”? Jaka jest rola iluzji? Iluzja potrzebna jest po to, by lepiej zrozumieć rzeczywistość w której jesteśmy. Fotografia stwarza taką iluzję natychmiast – to jest to, co mnie najbardziej w tym medium pociąga. Niezależnie od faktu, że cały proces przechodzenia fotografii do obszaru Sztuki jest juz dużo bardziej złożony.



Na co zwraca Pan szczególną uwagę przy robieniu zdjęć w 3D? Kiedy fotografuję, zawsze myślę przestrzennie i warstwowo – dla mnie 3D to tylko inna forma pokazywania i emitowania mojej pracy twórczej. Zdjęcie w 3D można zrobić tak samo łatwo jak w 2D! Jakiego używał Pan sprzętu przy tworzeniu „Szerokiego kręgu”? Dwóch aparatów amerykańskich z lat 50-tych na film negatywowy (Reverse I Kodak) oraz cyfrowego Fuji 3D W1 wprowadzonego na rynek pod koniec grudnia 2009 roku, a którego używalem przedpremierowo od października. Ludzie szturmują kina po pre-mierze „Avatara”. To powrót mody na 3D? Czy za 5-10 lat nastolatki będą zamieszczać na Naszej Klasie swoje zdjęcia przed lustrem, ale trójwymiarowe? Tak będzie! Kolega opowiedział mi, że na pewnym seansie filmowym, grupa szkolna z podstawówki dziwiła się, że nie ma okularów 3D. Był to film zaledwie dwuwymiarowy – cóż za rozczarowanie! A Pan co wtedy będzie foto-grafował? Nada Pan fotograficznej głębi nowym obiektom? Będę fotografował to, co fotografuję od początku: pogłębiające się wy-alienowanie i wyobcowanie człowieka współczesnego. Rozmawiał Karol Wojteczek Sukces odnoszą ci, co są wytrwale stawiają sobie cel i do niego dążą. Niektórzy potrafią ryzykować, a kto ryzykuje, ten wygrywa.

I cóż się dziwić mężczyznom, którzy przypisują sobie ogromną rolę w osiągnięciach swoich ukochanych, skoro kobiety same nie wierzą w swoje możliwości...

Zamożni mogą sobie pozwolić na kupno przynoszącego zyski interesu. Jeszcze inni po prostu mają szczęście. I naj-ważniejsze – aby znaleźć się w której-kolwiek z wyżej wymienionych grup, trzeba jeszcze być mężczyzną. Albo przynajmniej mieć go u swego boku. Jeśli mielibyśmy umieścić gdzieś płeć piękną, koniecznie trzeba dopisać jeszcze jedną kategorię: „są też takie, które mają bogatych lub kochających partnerów”. Bo co my, bezbronne nie-wiasty, zrobiłybyśmy bez naszych facetów? Wielu uważa, że nic. W Radiu PIN, w jednym z programów radiowych z cyklu „Sukces pisany szminką” kobiety sukcesu opowiadały o swoich drogach do kariery. Często pa-dało z ich ust stwierdzenie, że to dzięki wsparciu mężów udało się zajść tak daleko: „gdyby nie mój mąż, nie byłabym w stanie nic zro-bić”, „ciągle był przy mnie mój kochany, cudowny mąż”, „wszystko zawdzięczam mężowi”. Szkoda tylko, że tak rzadko nadarza się okazja, kiedy czułe te słowa sypią się z ust jakiegoś dżentelmena. Zdaje się, że motto życiowe panowie zaciągnęli z czeskiego filmu „Niedźwiadek”: „Woda jest silniejsza niż kamień, miękkie jest mocniejsze niż twarde, a kobiece zasady są silniejsze od zasad męskich”. I mężczyźni ci odnoszą to motto do wszystkich sytuacji życiowych. Choć damy ciągle walczą o swoje, często samym swoim zachowaniem zaprzeczają tej walce. A takich, którzy wychwytują każdy zły ruch, wszystkie nieprzemyślane słówka, znajdzie się wielu. Niektórzy na każdym kroku próbują udowodnić kobietom, że są od nich głupsze i na niczym się nie znają. Zapytałam o zdanie znanego polityka, szowinistę roku 2007. Ocenia Michał Jabłoński, dziennikarz magazynu „Brief”



- Oczywistych prawd nie będę potwierdzał ani kwestionował. Dla kobiet mężczyzna jest naturalnym sojusznikiem. Zawsze jednak istnieją kobiety na równi – niekorzystające z pomocy ani materialnej ani żadnej innej, ale jest ich oczy-wiście dużo mniej – mówi Janusz Korwin–Mikke. Nawet nasz obecny prezydent nie omieszkał wypowie-dzieć swego zdania. Stwierdził, że kobiety udowadniają brak wszelkich różnic pomiędzy nimi a mężczyznami. Gołym okiem widać, że tak nie jest. Bo płeć piękna to mimo wszystko określenie, które z powietrza się nie wzięło. Przecież nie chcemy, żeby przez całe życie prowadzono nas za ręce. Może po prostu kiedy kobieta przedsię-biorcza mówi o swoim mężczyźnie, chce pokazać, że chociaż jest taka silna, nadal pozostaje kobieca. Mężczyzna u boku ma być tego dowodem. Panie boją się nadania im cech męskich jak diabeł święconej wody. Austriacka pisarka, Marie von Ebner Eschenbach powiedziała kiedyś, że mądra kobieta ma miliony natu-ralnych wrogów: wszystkich głupich mężczyzn. Można polemizować, za-przeczać, potwierdzać. Bez wątpienia łatwiej jest żyć i spełniać marzenia, mając u swego boku kogoś bliskiego, ale na litość boską, nasz sukces to nie ich zasługa! Izabela Jurek Zdjęcia: Joanna Sabak Tekst jest interesujący, napisany w zgrabny sposób. Zdania tworzone są pra-widłowo, w nielicznych przypadkach są zbyt długie i mogłyby zostać rozbite. Kolejną kwestią jest moim zdaniem niezbyt udane użycie cytatu z filmu „Niedź-wiadek”: „Woda jest silniejsza niż kamień, [...]”. Ma on stanowić podsu-mowanie akapitu, jednak nie bardzo rozumiem, w jaki sposób ma się on łączyć z wcześniejszą częścią tekstu. Może to być spowodowane faktem, iż nie jestem kobietą, ale może także wynikać z tego, że użycie tego cytatu chyba nie ma zbyt wielkiego sensu. Przedstawiamy recenzję Juliana Tomali wraz z krytycznym komentarzem warsztatowym Bartka Pulcyna, doświadczonego dziennikarza filmowego, odpowiadającego za program Warszawskiego Festiwalu Filmowego.
Po roku od Oscarów premiera w Polsce


Dziwaczny gatunkowo film z Japonii, niespodziewany laureat Oscara za film nieanglojęzyczny. Historia wiolonczelisty Daigo (Masahiro Motoki) walczącego o godność, realizowaną zarówno w pracy, jak i w sztuce. Główny bohater, świeżo zatrudniony i zwolniony z filharmonii, wraca do rodzinnego miasteczka. Nie wiedząc czemu, zgadza się na pracę znalezioną w gazecie, mimo że nie jest ona tym, czego się spodziewał. O tym, jaka to praca, wiemy już z pierwszej sceny – jako najbardziej dziwacznej, celowo przeniesionej przez reżysera na początek. Bohater przy-gotowuje w niej zwłoki do pogrzebu, a ceremoniał ów, pełen tradycji ma miejsce przy rodzinie osoby zmarłej. O ile jednak proceder ten w kulturze japońskiej nie jest niczym nowym, tutaj został przedstawiony w taki sposób, że zaskoczenie następuje w szerszym ujęciu niż egzotyka procedury. W prologu okazuje się, że osoba zmarła jest mężczyzną, ale trans-seksualistą, co rodzi pytanie, jak rodzina



woli widzieć ją po raz ostatni… Specyficzna, mało atrakcyjna mo-mentami, ale mogąca fascynować wrażliwego bohatera praca jest dosyć nużąca. Dlaczego wiolonczelista się na nią zgadza? Na odpowiedź trzeba zaczekać, a i nie jest to rozstrzyy-gnięte do końca. Może to i lepiej, bo dowiadujemy się o tym między słowami. Widzimy bohatera niejako zza jego pleców. Nie ujawnia on swo-jej postawy, tylko daje się ponosić porywom losu. Najpierw ukrywa się ze swoją pracą, nawet przed żoną, później nabiera dla siebie akceptacji i cieszy się drobnymi chwilami, jak co-dzienne wizyty w saunie, które zawdzięcza takiemu, a nie innemu fachowi. Konflikt jednak powraca i uzewnętrznia się po ujawnieniu chwilowego zawod. Bohater narażony jest na brak szacunku ze strony otoczenia, żona i kolega bohatera uznają jego pracę za hańbiącą. Zbieg okoliczności sprawia jednak, że i oni zmieniają zdanie. Te zewnętrzne, dyktowane bohaterowi wątpliwości rozwiewane są dosyć przewidywalnie. Jego serce pozostaje wierne pracy. Przeznaczenie, o którym mówi mu szef, zdaje się zsyłać go w ten świat, ale bohater może czuć się też w nim jak Charon lub jak brama do tamtego wymiaru. Może w pewnym sensie stać się wykonawcą przeznaczenia dla innych. Także wobec ojca, na którego czekał latami, ale doczekał się dopiero dzięki po-zostaniu przy swoim zajęciu. Taka bierna postawa czyni z bohatera człowieka bez właściwości, który nie przestaje takim być, ale akceptuje swoją sytuację, by czerpać radość z życia mimo wszystko. Brzmi to banalnie. Niektóre sceny w filmie są nieco opatrzone, jak wy-miotowanie na widok rozkładającego się ciała, niektóre inne - przeciągnięte, a całość na dobrą sprawę przewidywalna. Także łzawość i sentymentalizm nie-których scen to przeholowanie. Wszystkie te zarzuty muszą być po-stawione po to, by przyznać, że film jednak jest zupełnie niehollywoodzki, przynajmniej w podejściu do śmierci. W amerykańskich filmach trup jest czymś tragicznym lub rozrywkowym, niekiedy perwersyjnie. Tutaj, od pierwszej sceny widzimy inną postawę. Gdy mycie ciała dziewczyny, która okazuje się chłopakiem, mogłoby posłużyć za niewybredny dowcip, reżyser zmienia sytuację. Zażenowanie bohatera zestawia z pro-fesjonalizmem szefa, co daje efekt zaskoczenia w scenie, ale i w filmie… Wnioski wypływające z obrazu mówią bowiem, że nieważne, jaką pracą się paramy, ważne, żebyśmy robili ją z pasją, bo ta może ratować z opresji i stagnacji. To przesłanie na czas kryzysu zachwyciło pewnie naiwne serca amerykańskich decydentów, dzięki czemu „Pożegnania” zdobyły Oscara. Nie można rzec, żeby były lepsze od „Klasy”, „Walca z Baszirem”, czy „Baader Meinhoff”, z którymi konkurowały, ale tamte filmy były już znane, a „Pożegnania” przynajmniej dzięki nagrodzie docierają teraz do Polski. Po roku, ale zawsze. Julian Tomala Lektura ekstremalna

Recenzję "Pożegnań" ocenia Bartek Pulcyn, dziennikarz filmowy miesięcznika "Aktivist" i Gazety Studenckiej, "Programmer" Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Bardzo zły styl. Kilka przy-kładów: "zaskoczenie na-stępuje w szerszym ujęciu niż egzotyka procedury", "wątpli-wości rozwiewane są dosyć przewidywalnie", "łzawość i sentymentalizm niektórych scen to przeholowanie", "Wszystkie te zarzuty muszą być postawione po to, by przyznać, że film jednak jest zupełnie niehollywoodzki", "trup jest czymś tragicznym lub rozrywkowym". Często powtarzane są te same słowa w sąsiednich zdaniach, lub stosowane dziwaczne synonimy: cere-moniał, proceder, procedura. Brakuje fachowego słow-nictwa: "sceny w filmie są nieco opatrzone", "pierwszej sceny - jako najbardziej dziwacznej, celowo prze-niesionej przez reżysera na początek", "wnioski wy-pływające z filmu mówią". Recenzja powinna zawierać krótki opis fabuły - najlepiej nie zdradzający za dużo widzowi - tu jest on prze-pleciony z długą i mętną interpretacją. Brak klarownej oceny filmu: Zdaniem autora "Pożegnania" są filmem średnim, jeśli nie słabym, dlaczego zatem dobrze, że dzięki nagrodzie dociera do Polski? Zbytni kolokwializm słow-nictwa: przeholowanie, opatrzone, łzawość. Chaos kompozycyjny: kiedy autor zaczyna snuć wnioski ogólne, nagle nie wiadomo czemu wraca do analizo-wania jakiejś konkretnej sceny. Oskarów nie przyznają "decydenci" tylko Akademia, której skład jest bardzo szeroki i nie obejmuje wy-łącznie Amerykanów. Warto wiedzieć, o czym się pisze. Tytuł - powinien odnosić się do treści recenzji. Ten brzmi jak tytuł tekstu infor-macyjnego (news), a nie krytycznego "Naiwne serca decydentów" - ekstremalny przejaw po-czucia wyższości autora, niczym nieuzasadnionego. Nie do zaakceptowania. Bartek Pulcyn "Pożegnania" reż. Yojiro Takita Japonia 2008 Rozmowa z Grzegorzem Lipką
Na chleb wystarczy


Praca scenarzysty jest dla Pana…? Przyjemnością, ale i źródłem stresów; świetną zabawą, ale i najnudniejszym zajęciem na świecie; bywa powodem do dumy, jak również, rzadko, ale jednak... wstydu. A praktycznie rzecz ujmując - całkiem przyjemnym sposobem na życie. Co w tej pracy lubi Pan najbardziej a co sprawia, że zastanawia się Pan nad zmianą zawodu? Jeśli oczywiście są takie chwile. Najprzyjemniejsze w tej pracy jest chyba tworzenie nowych światów, budo-wanie postaci, odkrywanie relacji itd., Po czasie jednak, to, co było nowe i oryginalne staje się rutynowe, powtarzalne i co najgorsze przewidyy-walne. Nudzą się i postaci, a przede wszystkim autorzy. Chciałoby się skończyć, a tu okazuje się, że trzeba jednak pisać o nich i pisać... Wtedy ma się dosyć. Pisanie scenariuszy dla TVP to opłacalne zajęcie? Na chleb wystarczy. Czy widzi Pan różnice w pisaniu dla telewizji publicznej a pisaniu



dla telewizji komercyjnych? Proces produkcji, jest wszędzie, mniej więcej podobny. Większość seriali tworzą producenci niezależni, dla kon-kretnych programów TV. W przyszłości jednak może się okazać, że nadawcy prywatni dopracują się lepszych standardów produkcji i weryfikacji serialu, przez co znacznie poprawią jakość. Ergo: będzie trudniej. Czym różni się scenariusz filmu telewizyjnego od scenariusza telenoweli? Przede wszystkim budżetem. Sceny w telenoweli w 80% rozgrywają się we wnętrzach, Koszt 5 odcinków serialu, czyli 100 minut, stanowi nieraz tylko kilka procent budżetu filmu kinowego. Poza tym wchodząc w serial, zastaje-my najczęściej już stworzony świat, postacie "żyją" od dawna, są w pewnych relacjach, ustalony został sposób narracji. Pisząc tekst na duży ekran scenarzysta nie ma tego typu ograniczeń. Jeżeli chodzi jednak o samo pisanie, to różnic nie ma wiele. Scena, dialog... Jakość tych elementów ocenia się tak samo. Przy czym scenarzysta piszący dla serialu, ma zdecydowanie mniej czasu na poprawki. Wszyscy znają powiedzenie: nieistotne: złe, czy dobre, ważne, by na środę... W polskich stacjach pojawia się coraz więcej różnego rodzaju seriali. Które według Pana zasługują na uwagę? Większość seriali, zwłaszcza te zza oceanu, reprezentuje bardzo wysoki poziom. To kwestia świadomego po- dejścia do widzów. W Ameryce, pro-dukcja seriali to biznes, taki sam jak produkcja lodówek, czy gumy do żucia. Twórcy są od samego początku świadomi, co i dla kogo produkują. Wiedzą, co ta grupa lubi, czego nie toleruje, jak się grupa ubiera, co czyta, jakie ma marzenia. Zatrudniają specjali-stów dramaturgów, scriptdoctorów, testują scenariusze na rozmaite spo-soby, przeprowadzają długotrwałe i kosztowne badania focusowe - wszystko po to, by mieć jak największą pewność, że serial „chwyci”. Pojawia się oczy-wiste pytanie, czy to sztuka, czy raczej produkt marketingowy? Jedno i drugie. Marketing, z elementami sztuki. Dlatego większość seriali „made in Hollywod” jest dobra i warta obej-rzenia. Z produkcjami krajowymi jest już znacznie gorzej. A jaki jest Pana ulubiony serial? Wiele. Trudno mówić o jednym. "24 godziny", "Skazany na śmierć" - za mistrzowską dramaturgię; "Rzym, Carnivale" - za niezwykłe światy; "Trawka", "Czysta krew" - za odwagę; "Sex w wielkim mieście" - za mistrzowskie dialogi. Z naszych krajowych: "Ranczo" - za urzekający świat barwnych i swoj-skich postaci; i oczywiście panią Ilonę Łebkowską- za warsztat i niezwykły zmysł obserwacji, wychwytywania i opo-wiadania o rzeczach zwykłych i co-dziennych. To potrafią chyba tylko kobiety. Oglądając seriale w telewizji, myśli Pan czasem: to bym napisał inaczej? Lepiej? Niemal przy każdym serialu pojawiają



się pytania: Jak można było daną scenę napisać lepiej, inaczej, zabawniej? Wielokrotnie jestem pewien, że można; ale bywa i tak, że pojawia się uczucie, że oto mamy do czynienia z czymś niezwykłym, mistrzowskim. Zazdrość? Współpracuje Pan przy pisaniu scenariusza do Plebanii od 644 odcinka. Trudno było wejść w ten serial? Zajęło mi to około 2 tygodni i polegało głównie na zapoznaniu się ze specyfiką bohaterów, językiem. Obecnie na antenie TVP1 emitowany jest 1438 odcinek tego serialu, czy często pojawia się pytania: ,,wszystko już było, co dalej”? Generalnie można powiedzieć: wszystko już było. Ilość konfliktów filmowych jest spora, ale bez przesady. Pewne wzorce są nieśmiertelne: zemsta, nie- szczęśliwa miłość. Gdy uda się wymyślić coś nowego, to świetnie, ale czasami powtarzamy temat. Najważniejsze, by opowiedzieć to w inny sposób, ale nieodmiennie ciekawy. Kiedy scenarzysta powinien zde-cydować się na zakończenie serialu? Kiedy przyjemność sprawia myślenie o uśmiercaniu głównej postaci. Nad scenariuszem Plebanii pracuje kilkuosobowy zespół. Jak układa się współpraca scenarzystów? W zespole scenariuszowym nie ma mowy o demokracji. Rządzi lider, reszta go wspomaga. Ile ze scenarzysty jest w bohaterach serialu? Im więcej tym gorzej. Autor musi nauczyć się dystansować do swoich



postaci. Jeżeli płacze i cieszy się razem z nimi, to, moim zdaniem, traci dystans i zdrowy osąd. Ile czasu pisze Pan średnio 1 odcinek serialu? To zależy od skomplikowania odcinka. 22 minuty filmu 12-13 scen można napisać w 7 godzin, ale bezpieczniej jest, gdy czas na pisania sceny zaj-muje od 1 do 1.5 godziny. Co według Pana przyciąga do serialu widza? Jednym z fenomenów serialu, jest swoiste zżywanie się postaci z widzami. Wiele osób, z którymi rozmawiałem, znało postaci naszego serialu dużo lepiej niż ja. Postaci stają się naszymi znajomymi, kumplami, rozumiemy je, ich motywacje, ufamy i wierzymy... Nie mam wątpliwości, że wielu z aktorów mogłoby przekuć swój wizerunek na sukces, np. polityczny. Według Pana można się uzależnić od serialu? Od pisania raczej nie... Od oglądania tak. Scenarzystom, aktorom, reżyserom, producentom a przede wszystkim szefom stacji wręcz zależy na jak największej liczbie nałogowców. To fani budują społeczności, okupują strony internetowe, swoim zapałem poszerzają grono widzów. Im więcej widzów, tym korzystniejsze kontrakty reklamowe. Bohaterowie piją wodę „x”, jedzą na śniadanie jogurt „y”, jeżdżą samochodami marki „k”. Czy nie- bawem seriale staną się blokami reklamowymi? Jeżeli tylko „product placement” nie zakłóca odbioru, nie ma w tym nic złego. Serial to coś innego niż kino artystyczne. To również narzędzie marketingowe. Jaka przyszłość czeka ten gatunek telewizyjny według Pana? Dobre seriale będą stanowiły prawdo-podobnie główną zawartość programową telewizji komercyjnych. Tego typu programy są bardzo skutecznym na-rzędziem budowania oglądalności. Ważne, by rósł poziom seriali produkowanych przez nasze firmy. To akurat nie jest takie oczywiste. Jakich rad mógłby Pan udzielić osobom, które chciałyby zająć się pisaniem tego rodzaju scenariusza? Oglądać seriale, filmy itd. Oglądać wszystko, rozpisywać sceny, obserwować konstrukcję, wsłuchiwać się w dialogi, zrozumieć jak to się dzieje, że cos jest ciekawe, a coś nie. I pisać. Dużo. Jak najwięcej i nie wstydzić się swojej twórczości. Oczywiście nic nie gwarantuje sukcesu... Ktoś kiedyś powiedział: każdy z nas może napisać wybitny scenariusz. Kłopot w tym, że jednemu zajmie to 3 miesiące, a innemu 5 lat. Rozmawiała Monika Wilk Była buntowniczką. W wieku 18 lat zmieniła swoje imię z Arlette na Agnes. Kilkudziesiąt lat później złożyła podpis pod „Listą 343”, przyznając się publicznie do dokonania dwóch aborcji. Na starość zbudowała makietę domu z taśm swoich starych filmów, gdzie z celuloidu wykonane zostały okna i sufit. Ściana ma tam twarz Catherine Deneuve, a krzesła, na których można usiąść, zbudowane zostały z rolek filmowych. Zamanifestowała tym pierwszeństwo użyteczności nad funkcją estetyczną kina.
Nowa Fala, stara Agnes


Bohaterka i reżyserka autobiograficznego dokumentu „Plaże Agnes” - Agnes Varda postanowiła w filmie/prezencie, który podarowała sobie na 80-te urodziny, wrócić do dzieciństwa, do ludzi i dziwnych zbiegów okoliczności, które pozwoliły jej zostać ikoną francuskiej Nowej Fali. Varda wyreżyserowała m.in.: „Cleo od 5 do 7” i stworzyła koncepcję „kina pisma”, w którym portret postaci można najpełniej przedstawić poprzez osoby, które ją otaczają. W „Plażach Agnes” biorę do rąk lustro. Odwracam je do innych – do ludzi, którzy je niosą, do osób, z którymi pracowałam, a wreszcie do widzów. To oni definiują siebie jako świadków mojego życia - mówi sama autorka. Agnes Varda opowiada o sobie zza kamery, a ruchome instalacje na plaży wizualizują historie, o których mówi. Nie przez przypadek umieściła właściwą akcję na plaży. To plaże miały stać się świadkiem jej szczęścia i płaczu. To im dedykuje swój (być może ostatni) film, dziękując za dobre chwile. Przewijają się tam obrazki z dzieciństwa, kiedy Agnes mieszkała na łódce we francuskiej miejscowości Sete. W Pointe Courte nauczyła się na-prawiać sieć, co pozwoliło jej zarabiać na utrzymanie, kiedy uciekła z domu. Varda nie tylko wyreżyserowała „Plaże…” i zagrała w nich, ale również stanęła za kamerą, a na koniec zmontowała ujęcia w jedną całość. Wydaje się jednak, że te formalne próby częściowo przysłoniły treść filmu. Jest w nim dużo anegdot i humoru, ale prawda o Agnes jako o człowieku ukryta jest pod zmyślnym montażem. Opowieść o wielkiej miłości do męża - Jacques’a Demiego w połączeniu z gadającym kotem i nagimi postaciami na plaży przemienia autoironię w okrutny pastisz. Nie wiadomo tylko czy okrucieństwo tak jaskrawego dystansu wobec siebie i bliskich to świadomy zabieg czy niedopatrzenie. Jeśli zabieg – bardzo zmyślnie zrobiony. Ciągle nowością jest, kiedy starsza osoba tak dobrze posługuje się współczesnymi środkami

Zdjęcie pochodzi ze strony dystrybutora, firmy Gutek Film

filmowymi. Poza tym auto-krytyka zbliża do widza. Jeśli jednak zabieg ten jest niedopatrzeniem – podkreśla jak cienka jest linia pomiędzy sztuką a kiczem. Kiedy przedrzemy się przez początkowy zlepek scen i pozorne niekończące się szczęście bohaterki, odkry- wamy portret osoby nam bliskiej. Takiej, której los pomógł zostać sławną, ale już nie zapewnił bogactwa. Takiej, która długo nie poznała smaku miłości. Takiej, która wśród ludzi czuła się wyobcowana. Może nagromadzenie audio-wizualnych efektów oraz nadmierny ekshibicjonizm miał ukryć prawdę o Agnes. Jak bowiem opowiadać o sobie, żeby było to pozba-wione patosu? Pozostaje jedynie ironia. Nagrodzone Cezarem "Plaże Agnes" to opowieść o miłości i wspomnieniach. Varda zawsze starała się stawiać stopy na śladach męża. Za nim jeździła do Stanów, dla niego wychowała dwójkę dzieci. Warto zobaczyć ich ślady, zanim zmyje je morze. Małgorzata Kałużyńska "Plaże Agnes" reż Agnes Varda Francja 2008 Zapomniana afrykańska odyseja
„To zupełnie niezwykła książka.” – pisał Ryszard Kapuściński o zapomnianych na siedemdziesiąt lat opowieściach pioniera polskiego reportażu Kazimierza Nowaka.


Podróżnik przebył rowerem, pieszo, tubylczym czółnem, konno i na wielbłądzie trasę na przełaj w tę i z powrotem przez Afrykę. Dokonał tego jako pierwszy na świecie i zarazem - jako ostatni. Dzięki popularyzatorowi tej historii – Łukaszowi Wierzbickiemu – właśnie ukazało się piąte wydanie książki „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”, wzbogacone o nowe opowieści i nie-publikowane fotografie. Dzisiaj budzi się na nowo historia odkrywcy i cichego bohatera, jak pisze o nim we wspomnieniu, tuż o śmierci Nowaka, poznański podróżnik, Tadeusz Perkitny: „Proste, skromne nazwisko szarego człowieka. Powiedziałbym wprost ciche i biedne, jak i cichym i biednym był człowiek, który je nosił. Nie stawiano mu bram triumfalnych, gdy wracał, nie wygłaszano mów wielkich, nie wznoszono gromkich wiwatów. „Powrócił Kazimierz Nowak” – szeptała sobie tylko tu i ówdzie mała



garstka ludzi, i to jakby na ucho, bo wrócił cicho, spokojnie, niemal po kryjomu, jak wracać potrafi jedynie prawdziwy bohater”. Kiedy po raz pierwszy podróżnik stawia stopę na afrykańskim lądzie, kłopoty z funduszami i zdrowiem zmuszają go do powrotu do kraju. Zapewne już wtedy, jak to określa Wierzbicki, Nowak łapie „afrykańskiego wirusa, który sprawia, że opuszczając Afrykę, trzeba sobie obiecać, że się powróci, gdyż w przeciwnym razie zbyt ciężko byłoby się z nią rozstać”. Globtroter obiecuje sobie, że wróci i zagłębi się w bezkresne połacie Czarnego Lądu. Obietnicy dotrzymuje. Jesienią 1931 roku zjawia się w Afryce po-nownie na swoim siedmioletnim, rozklekotanym rowerze, z kieszeniami brzęczącymi jedynie lichym groszem. Kazimierz Nowak po pięcioletniej podróży odbytej w latach 1931–1936 wraca do kraju. W drodze powrotnej gdzieś w saharyjskiej oazie, zapytany przez przypadkowo spotkanego Anglika o cel swojej wyprawy, Nowak za-stanawia się nad odpowiedzią. O całej sytuacji i swoich rozterkach pisze tak: „Zdany na łaskę i niełaskę losu, szedłem dla poznania, a dziś u celu mej podróży mam tyle w kieszeni, że gdy kupię dwa filmy, na jedzenie nie starcza. Tego jednak Anglik nie zrozumie nigdy! - O! To  pan po powrocie dostanie pewnie dużą premię?! - Tak, tak – odpowiadam po cichu, a w duchu myślę sobie: Już dostałem! Malaria, utrata ponad dwudziestu kilogramów wagi… to chyba dostatecznie dużo. Ale żyję, widziałem tyle, ile stu ludzi przez życie całe nie zobaczy.” W końcu jednak swoją pasję podróżowania i poznawania Nowak przypłacił życiem – umarł w rok po powrocie z wycieńczenia i wy-niszczenia organizmu. Jak napisał Kapuściński: „Wyczyn Kazimierza Nowaka zasługuje na to, by jego nazwisko znalazło się w sło-wnikach i encyklopediach, by było wymieniane obok takich nazwisk, jak Stanley czy Livingstone. Tylko ktoś, kto zna te rejony, gdzie podróżował Kazimierz Nowak, i sposób, w jaki to zrobił, może docenić to bohater-stwo połączone z niezwykłą skromnością. On się nie chwalił, on po prostu opisywał, co widział.” „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” to  jak pisze przedmówca we wstępie, książka, która „niczym bajka odsłania przed nami cudowną krainę odległą tak w przestrzeni, jak i czasie – Afrykę lat trzydziestych XX wieku”. Historię tę trudno byłoby wymyślić nawet naj-bardziej zdolnym piórom literatury przygodowej, a tę napisało życie i człowiek, który przebył, na własnej skórze poczuł i poznał Afrykę. Mało tego - on zrozumiał Afrykę. Książka oprócz zapierających dech w piersiach przygód, opisów krajobrazów i tubylczej kultury afrykańskiej, zawiera też głęboką refleksję nad samą Afryką, krytykę kolonializmu i polityki wielkich mocarstw. Ocenę zachowania białych, ich stosunku do tubylców i Czarnego Lądu. Nowa nagroda dla reportażystów Zapomniana afrykańska odyseja - dokończenie



Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż, ustanowiona przez władze Warszawy przy współpracy z Gazetą Wyborczą ma dowartościować ten najmłodszy gatunek literacki. Jej między-narodowy charakter oznacza, że wygrać może również polski przekład za-granicznej książki. Jednak to nie granice geograficzne będą najwięk- szym wyzwaniem dla jury, ale trudna do ustalenia granica gatunku. Konferencja prasowa z okazji ustano-wienia nagrody, którą zaszczyciła swoją obecnością pani Alicja Kapuścińska, była prawdziwym świętem reportażu. Pełna sala, obecność kilku telewizji zdało się potwierdzać nie gasnącą popularność gatunku. Potwierdziła to nam Małgorzata Szejnert : „Reportaż nie jest zagrożony. Przeciwnie, rozwija się prężnie. Proszę spojrzeć na półki w księgarniach” . Reportaż coraz rzadziej pojawia się jednak na łamach gazet, a to przecież prasa jest kolebką gatunku, który stał się pomostem między dziennikar-stwem a literaturą piękną. Pozostaje mieć nadzieję, że nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego, który – jak zauważył Seweryn Blumsztajn - jest w świecie bardziej znany niż Powstanie Warszaw-skie, uświadomi wydawcom prasy, że na dobry reportaż zawsze jest wzięcie i warto w to inwestować. Katarzyna Kwiatkowska Na jednym z ostatnich etapów swojej podróży Nowak zauważył: „Są wprawdzie ludzie, któ-rzy przez Saharę jadą i zajadają lody, piją mrożone napoje, spo-żywają tuziny konserw, nie są to jednak wolni koczownicy Sahary, jak ja. To niewolnicy swych wygód, którzy trzymać się muszą utartego szlaku”. Nowak nie trzy-mał się szlaku, on ten szlak wyznaczał. Rafał Chibowski Kazimierz Nowak Rowerem i piszo pieszo przez Czarny Ląd Sorus 2009 LITERATURA FAKTU

Banalność treści tej książki czyni z niej, biorąc pod uwagę jej niesamowitą sprzedaż, księgę tajemną.

1. Pierre Dukan „Nie potrafię schudnąć” Wydawnictwo Otwarte Życie ludzkie to ciągła i, niestety, zazwyczaj przegrana walka z nadwagą. Jedni czynią z tego sens filozoficzny, inni po prostu interes. 2. Rhonda Byrne „Sekret” Nowa Proza Banalność treści tej książki czyni z niej, biorąc pod uwagę jej niesamowitą sprzedaż, księgę tajemną. 3. Wojciech Cejrowski „Rio Anaconda” (wydanie II poprawione) Zysk i Ska Wydawnictwo Podróżnik, ekscentryk, homofob. Na szczęście od 20 lat poznaje Amerykę Łacińską i przekazuje w książkach i reportażach filmowych fascynujący jej obraz. 4. Dorota Sumińska „Zwierz w łóżku” Wydawnictwo Literackie Zwierzę, czasami zwane człowiekiem, rzadko rozumie gatunkowych braci. Autorka od wielu lat pokazuje, że wierne oczy psa, niezależność kota i przywiązanie do rodziny starego żółwia umożliwiają nam pełne zrozumienie człowieczeństwa. 5. Jeremy Clarkson „Świat według Clarksona 3. Na litość boską” Insignis Media Jedno z pytań pojawiających się w książce: „Czy kobiece pończochy



są w stanie zapobiec zdziczeniu mężczyzny?” przyjąłem ze zrozumieniem. I odpowiadam na nie pozytywnie, gdyż erę rajstop i odejście w niepamięć cudownych pasków do pończoch przyjąłem z ogromnym erotycznym smutkiem. 6. Magdalena Samozwaniec „Z pamiętnika niemłodej już mężatki” W.A.B. Pełne wdzięku wspomnienia o rodzinie Kossaków i klimacie dawnego Krakowa. Rodzinne, wspomnienie balów i ciepłe zapiski o siostrze, Marii Pawlikowskiej– Jasnorzewskiej, dodają uroku tej świetnej książce. 7. Martyna Wojciechowska „Kobieta na krańcu świata” National Geographic Ta książka pokazuje pożytek, jaki przynosi kontakt z innymi kulturami. Autorkę interesują przede wszystkim kobiety, choć efekt jej refleksji jest uniwersalny. I rada – jeśli nie chcesz jeździć, to chociaż przeczytaj tę ciekawą książkę. 8. Christopher F. Frank „Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy” Wydawnictwo Literackie Dowcipny i erudycyjny wykład popularnonaukowy ekonomii dla osób zagubionych w coraz bardziej skomplikowanym świecie. 9. Antologia „20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła” Wydawnictwo Czarne Zbiór świetnych reportaż opisujących zmiany w Polsce. Pokazują one, jak daleko odeszliśmy od socjalizmu, mimo wciąż zagrażającej nam socjalistycznej mentalności. 10. Dr David ServanSchreieber „Zdrowiej! Pokonaj lęk, stres i depresję” Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz Podobno depresja ma być chorobą XXI wieku. I wiele na to wskazuje. przygotował Andrzej Rostocki Andrzej Rostocki - doktor socjologii Uniwerytetu Łódzkiego. Uważny obserwator polskiego rynku książki. Od 1992 roku przygotowuje listy bestsellerów, zarówno w zakresie literatury pięknej, jak i literatury faktu. Jest członkiem redakcji „Ex Librisu”, współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Notesem Wydawniczym” i "Rzeczpospolitą". Nominowany do Ikara '96 w kategorii informacyjno publicystycznej. Listę bestsellerów przedrukowujemy z "Rzeczpospolitej" za uprzejmą zgodą pana Andrzeja Rostockiego. …choćbym i mogła, to bym nie płakała, bo było tak, jakbym wszystkie łzy, które miałam kiedykolwiek, już dawno, może przed laty wyschły Adina Blady–Szwajger
I więcej nic nie pamiętam


Mroźne niedziele popołudnie. O 19:00 w Żydowskim Instytucie Historycznym przy ul. Tłomackie 3/5 rozpoczyna się ostatni w tym miesiącu spektakl „I więcej nic nie pamiętam”. Wychodzę wcześniej. W metrze prze-glądam pamiętnik Adiny Blady–Szwajger, którego adaptacji i reżyserii podjął się Piotr Jedrzejas; aktor i reżyser, absolwent Wydziału Aktorskiego PWSFTVIT w Łodzi oraz Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST. Współtwórca z Jerzym Stuhrem ,,Ryszarda III” granego w kra-kowskim Teatrze Ludowym, reżyser min. „Sexual Perversity in Chicago” Mameta, czy ,,Kartoteki” wg Różewicza. W Instytucie jestem przed czasem. Powoli wchodzę na trzecie piętro, gdzie w jednej z sal wystawowych odbędzie się spektakl. Na korytarzu przypadkiem spotykam Alinę Świdowską – rozpoznaję jej twarz ze zdjęcia. W jednej chwili wraca do mnie prze-czytany poprzedniego dnia wywiad



Remigiusza Grzeli z tą aktorką zatytułowany: „Alina córka Adiny”. Alina Świdowska, aktorka Teatru żydowskiego w Warszawie, Teatru na Targówku, Teatru Współczesnego w Szczecinie, absolwentka Wydziału Wokalno–Aktorskiego w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Łodzi – prywatnie córka Adiny Blady–Szwajger po mężu Świdowskiej. W sali panuje półmrok i przeszy-wający chłód. Wszystkie miejsca zapełnione. Na scenie spokojnie w skupieniu aktorka przekłada z reki do ręki garść ziemi. Za jej plecami obok obrazów i rzeźb wiszą zdjęcia muru getta, tego z czasów wojny i tego współczesnego. Na scenie biały metalowy szpitalny stołek, biały lekarski fartuch zwinięty w kłębek, białe drew-niane lekarskie chodaki. „Na pogrzebie mojej matki nikt nie wygłosił przemówienia – rozpoczyna Alina Świdowska – i rzuca na scenę garść ziemi. Adina Blady–Szwajger napisała swój dziennik pod koniec lat 70tych za na-mową Marka Edelmana. Po raz pierwszy ukazał się on w 1988 roku pod tytułem ,,Świadectwo”, później, jako „Wspomnie-nia lekarki” (1989), w końcu w 1990 roku pod tytułem „I nic więcej nie pamiętam”. Lekarka opisała w nim wstrząsającą historię swoich małych pacjentów ze szpitali w warszawskim getcie: historię pięknego Ariela, małej Rifki, ślicznej Felutki i innych dzieci, których z braku jedzenia i podstawowych lekarstw nie dało się uratować. Opisany przez autorkę świat to prawdzi-we piekło na ziemi. Miejsce okrutne, nieludzkie, przerażające. Szpital, który miał leczyć i dawać życie, stał się z czasem miejscem, gdzie dawko-wano cichą śmierć, tylko po to, aby zachować resztki człowieczeństwa. Adina Blady–Szwajger pracowała w szpitalu, jako pediatra. Codziennie patrzyła na cierpienie swoich pacjentów, codziennie patrzyła na śmierć dzieci, które w innych okolicznościach, w innym miejscu miały by szansę żyć. ,,Czy będzie pani z nami do końca?” – pyta jedna z podopiecznych Adiny Blady–Szwajger, kiedy Niemcy wkraczają do szpitala. Lekarka chce być z dziećmi do końca. Podaje im śmiertelną dawkę morfiny, po której te spokojnie zasypiają unikając okrucieństwa z rąk SSmanów. Na świat przedstawiony w dzien-nikach Adiny Blady–Szwajger patrzymy oczami jej córki. Alina Świdowska wcielając się w rolę swojej matki, nie tłumaczy jej wyborów, nie usprawied-liwia. Daje świadectwo tego, co było. Prowadzi widza po przepełnionych, zawszonych, brudnych salach szpitala w warszawskim getcie, pozwalając zrozumieć postępowanie bezsilnej wobec okrutnego świata lekarki. „I nic więcej nie pamiętam”, to coś więcej niż spektakl, to coś więcej niż adaptacja wstrząsającego dziennika, to spowiedź córki Adiny Blady Szwajger,



intymne wyznanie kobiety, dla której lekarka z warszawskiego getta była przede wszystkim matką – matką wymagającą, matką nieobecną, matką, z którą trudno było się porozumieć. Reżyser monodramu w rozmowie z Remigiuszem Grzelą mówi: ,,Spójrzmy na świat Adiny Blady–Szwajger oczami jej córki, Aliny, która być może z historycznego punktu widze-nia jest córką bohaterki, ale w swojej prywatnej historii jest też czło-wiekiem zranionym właśnie przez tę historię”. Wspomnienia Świdowskiej podkreślają moim zdaniem w najsilniejszy sposób wielki dramat lekarki z warszaw-skiego getta, kobiety, która otoczywszy opieką dziesiątki obcych dzieci, na- znaczona przeszłością, nie potrafiła okazać miłości i ciepła własnej córce. Poruszający tekst pamiętnika w adaptacji Aliny Świdowskiej i Piotra Jędrzejasa, w piękny sposób dopełnia muzyka Michała Górczyńskiego, absolwenta warszawskiej Akademii Muzycznej im. F. Chopina oraz scenografia Marcina Chlandy, twórcą min. scenografii do ,,Bajzla” Krzysztofa Czeczota. ,,I nic więcej nie pamiętam” to spektakl szczególny, niezwykły. Wzrusza, przeraża, ale przede wszystkim nie pozwala zapomnieć jednej z największych tragedii tego świata – holokaustu. Monika Wilk