Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
Polak- jak to dumnie brzmi...
Miejsce niegdyś obojętne, spokojne, zwykłe, tak jak inne miasta w Kanadzie.
Dzisiaj ? Tętniące życiem, z daleka słychać donośne głosy grupek kibiców przechadzających się po mieście... A to wszystko za sprawą igrzysk olimpijskich w Vancouver.
Polacy na długo je zapamiętają ... Polka – mistrzynią świata... ? Kto by pomyślał... Wszyscy wiemy o kim mowa – to oczywiście Justyna Kowalczyk. Trzeba przyznać, że miała godną rywalkę - Marit Bjoergen – mistrzyni świata między innymi w sprincie stylem klasycznym ( Vancouver 2010).
Pierwsza część biegu nie zapowiadała się zbyt dobrze. Justyna utrzymywała się w pierwszej 15 natomiast na ostatnich 5-10 km była coraz to bardziej na przodzie... Na przedostatniej prostej miała jakieś 5-6 metrów przewagi. Jednak Bjorergen nie dawała za wygraną... Wytrzymała zakręt „śmierci” i jest już na stadionie. Norweżka likwiduje przewagę jest tuż, tuż za Polką. Finisz jest pasjonujący... Bark w bark, narta w nartę, jeszcze 30 metrów... Justyna wytrzymaj ! Przyspiesza, ostatnie metry biegu ... Justyna Kowalczyk mistrzynią olimpijską, ma złoty medal ! Kibice szaleją, nikt nie może opanować swojego wzruszenia, panuje absolutny chaos. Polka wygrała o trzy setne sekundy. W tym samym biegu na 11. miejscu znalazła się Kornelia Marek, na 25 pozycji Sylwia Jaśkowiec a Paulina Maciuszek zakończyła swój bieg na 29. pozycji.
Zwycięstwo Justyny to pierwsze złoto od 1972 roku i drugi w historii.
Nie można również zapomnieć o polskich panczenistkach w biegu drużynowym na 2400 metrów. Z kolei ich brąz był pierwszym medalem od pięćdziesięciu lat.
Adam Małysz także zdobył medal – srebro, nasz wicemistrz został pokonany przez Simona Ammanna. Lech Kaczyński osobiście pogratulował mu sukcesu w rozmowie telefonicznej.
Łącznie w Vancouver Polska reprezentacja zdobyła sześć medali : złoto – Justyny Kowalczyk, trzy srebrne – dwa Adama Małysza i Justyny oraz dwa brązowe – Kowalczyk i drużyny panczenistka.
Ania Węgrzyn
TOLERANCJA- TAK!
Warto zadać sobie jedno podstawowe pytanie, mianowicie czy jesteśmy tolerancyjni? Zagadnienie to jest tematem częstych rozmów. Bierze się to stąd, że niekiedy brak nam wyrozumiałości dla osób, które często nazywane są "odmieńcami". Najczęściej dyskryminujemy ludzi innej rasy, posiadających inne zainteresowania czy gusta, a także osób wyznających inną religię. Często bierze się to z naszej bardzo niskiej samooceny (po prostu odczuwamy chęć "wyżycia" się na innej osobie). Być może przez upokarzanie kogoś próbujemy się "uleczyć", ale czy na pewno to dobry sposób (niestety nie koniecznie). Jednak czy na pewno nie wyrządzamy krzywdy innym? Być może przez upokarzanie kogoś próbujemy się "uleczyć", ale czy na pewno to dobry sposób (niestety nie koniecznie). Jednak czy na pewno nie wyrządzamy krzywdy innym? Przecież nikt z nas nie chciałby być wytykany palcami za to kim jest, jakie ma przekonania czy jakiej jest wiary. Często próbujemy się usprawiedliwiać mówiąc, że nie chcieliśmy, że po prostu byliśmy zmęczeni, a co za tym idzie po prostu nie wiedzieliśmy co mówimy (ale jednak czy to nie jest dość banalne tłumaczenie). Może krzywdzimy innych oszczerstwami być może dlatego, że nie są tacy jak my.
Jednak musimy się pogodzić z faktem, że często nie mamy wpływu na to jakimi się rodzimy (przecież nie możemy wybrać koloru skóry z jaką przychodzimy na świat). Jeśli nie zaakceptujemy siebie, będzie nam trudniej przystać na innych. Ale jednak nie do końca znamy definicję tolerancji, jak podaje nie jeden słowik języka polskiego, tolerancja to w mowie potocznej i naukach społecznych postawa społeczna i osobista, odznaczająca się poszanowaniem poglądów, zachowań i cech innych ludzi, a także ich samych. Po co zatem ludzie to robią czyli po co sobie nawzajem rzucają kłody pod nogi? Są to najczęściej sprawy, które często uważamy za błahe. Może to wszystko dzieje się dlatego, że nie potrafimy zajmować się tylko i wyłącznie sobą (jednak my tak nie potrafimy...wolimy zajmować się sprawami, które nas nie dotyczą, bo tak jest łatwiej). Bardzo często kierujemy się stereotypami krążącymi wokół (ale czy to co mówią inni zawsze jest prawdą). Uwielbiamy wracać do przeszłości, można posłużyć się tu jednym prostym przykładem. W czasach wojny Niemcy wymordowali Żydów, wywozili ludzi do obozów koncentracyjnych czy też obozów pracy. Jednak nie wszyscy Niemcy są tacy i nie można przykleić wszystkim tabliczki "jest złym człowiekiem". Zastanówmy się dobrze dlaczego inni muszą odpowiadać za to, co stało się kiedyś, dobre kilkadziesiąt lat temu.
W dzisiejszych czasach wcale nie jest lepiej niż kiedyś. Ale przecież zawsze może być lepiej, zawsze można się zmienić, bo to nie jest tak, że ludzie się nie zmieniają, że zły człowiek nigdy nie będzie dobry, a dobry nie może popełnić błędów. To tylko fałszywe stereotypy krążące wokół. I dopóki tego nie zrozumiemy, nic w nas się nie zmieni. Więc pamiętajmy, aby zawsze się porządnie zastanowić, co chcemy zrobić lub powiedzieć, nim kogoś skrzywdzimy (bo tak już się niestety zdarzało). P.S
W drodze do…
Kiosk z gazetami, McDonald, spożywczy, tłum ludzi obok. Siedzę na jednym z wielu czerwonych krzeseł, czytając „Przekrój”. Peron pierwszy, drugi, trzeci… - krakowski dworzec kolejowy. Wygląda jak każdy inny, jest duży, przechodzą tu tysiące ludzi. Ciekawią mnie. Lubię ich obserwować i myśleć dokąd zmierzają. Tamta dziewczyna z teczką na pewno na ASP, a ten pan do domu, do czekającej żony, chłopak biegnie już z sercem w plecaku do dziewczyny. Quo vadis? – pytam siebie. Z megafonu wydobywa się głos miłej pani, za chwilę nadjedzie mój pociąg. Chwytam ciężki plecak i idę na peron. Wyruszam w podróż życia. Pierwszy przystanek, Warszawa. Wsiadam do przedziału, jedzie już w nim starsza pani i chłopak ubrany w stylu Boba Marley’a. Nigdy nie wiadomo, co zrobić w takiej sytuacji, zacząć pogawędkę o niczym, czy po prostu milczeć. Wybieram to drugie, wyjmuję książkę i zaczynam przenosić się do innego, lepszego świata.
Pociąg skłania do refleksji. Myślę, że moje życie jest niczym innym, jak podróżą koleją. Wsiadając na pierwszej stacji, jestem jeszcze samotna, mój bagaż to tylko niewielki pakunek. Później zaczynam poznawać nowych ludzi, niektórzy dosiadają się i zostają już do końca mojej drogi, inni znikają na pierwszej napotkanej stacji. Choć czasem bardzo chcę, aby oni zostali, to jednak są zmuszeni do opuszczenia przedziału. Tak właśnie myślę, siedząc na niezbyt wygodnym tapczanie z napisem PKP. Robi się duszno, otwieram okno. W twarz uderza orzeźwiający wiatr, czuję zapach świeżo skoszonej trawy, kwitnących lip, widzę ludzi pracujących jak mrówki. Jaka to dziwna istota, człowiek… Chciałabym poznać go nie mając już żadnych wątpliwości. Chciałabym wiedzieć, jaka będę jutro, czy wciąż taka sama? Upadnę, czy może wzniosę się wysoko ku niebu? Mam nadzieję, że ta podróż pomoże mi zrozumieć samą siebie. Jadąc tak w przedziale osobowego, dostrzegam za oknem wiele rzeczy. Kwitnące drzewa, urodzajne pola, dzieci biegające radośnie po podwórkach. Gdzieś w dali widzę wzniesienia, a tam niewielkie jaskinie.
Jest ciemno. Przed sobą mam mur, jestem przykuta łańcuchami do skał. Przed moimi oczami przebiegają cienie. Ciekawe co robią ludzie tam, po drugiej stronie. Jak wygląda ich życie, a jak moje? Chciałabym to zobaczyć, lecz boję się. Teraz jestem bezpieczna, o nic się nie martwię. Mogę jedynie marzyć o innym świecie, jednak nie wiem czy lepszym. Czuję się jak między młotem, a kowadłem. Mam dwie możliwości, wybrać życie łatwe, bezpieczne, lub pełne niebezpieczeństw i ciekawości. Druga perspektywa jest pociągająca, ale wciąż odczuwam strach. Nie mam pojęcia, co powinnam wybrać! Słyszę wokół wiele głosów, każdy mówi coś innego. Mogę liczyć tylko na siebie. Muszę przerwać ten łańcuch, który zniewala moją duszę. Odwracam głowę. Zerwałam kajdany. Warto było przekroczyć tę granicę, teraz żyję w innym świecie. Widzę światło, które oślepia moją twarz i powoli budzi ze snu niebytu, ograniczenia i ciekawości.
Wyjeżdżam z tunelu. Mężczyzna, który siedzi naprzeciwko mnie, wyciąga z teczki książkę. „Zbrodnia i kara” – Fiodor Dostojewski. Ma przetartą okładkę, pozaginane rogi, gdzieniegdzie plamy kawy. Moja wygląda tak samo. Po nią sięgam najczęściej. Teraz leży gdzieś na dnie plecaka, czeka na odpowiednią porę. Nie, nie jestem w stanie poznać natury człowieka. Nawet sama dla siebie jestem zagadką. Myślę o Raskolnikowie, który przecież wydawał się mądrym człowiekiem, a pomylił się tak kolosalnie. Zabić może każdy, uporać się z wyrzutami sumienia, nikt. Filozofia Rodii była dość radykalna, twierdził, że istnieją na świecie wybrańcy, którzy mają prawo oczyścić sobie drogę z niewygodnych ludzi. Sam uznał się za „nadczłowieka”, lecz niestety się pomylił. Czy byłabym w stanie posunąć się kiedyś do takiego
czynu? Panta rhei- mawiał Heraklit, jestem jak ten strumyk, inna dziś, inna jutro.
Podróż jest nużąca, więc zostawiam problemy na półce i przymykam oczy. Widzę przed sobą rozległy plac z okrągłą sceną w dole. Pomimo, iż znajduję się bardzo daleko od niej doskonale słyszę, co mówią aktorzy. To chyba „Antygona” Sofoklesa. „Współkochać przyszłam, nie współnienawidzić” dobiega mnie głos. Siedząc wśród tłumu, czuję się nieco nieswojo, jednak z zaciekawieniem oglądam sztukę. W dole dostrzegam chyba samego Sofoklesa, który w skupieniu śledzi kolejne wersy swego dzieła. Przepycham się przez tłum, by móc zamienić z nim chociaż kilka słów. Ludzie tarasują mi drogę, jednak ja uparcie dążę do celu. Już go widzę, mam mistrza na wyciągnięcie ręki. Gdzieś w oddali słyszę gwizd. Jest coraz silniejszy, a ja otwieram oczy. Nie wędruję już po starożytnej Grecji, ale siedzę w pociągu.
Wydaje mi się, że to tak krótko, a minęło już pięć godzin i wysiadam na dworcu w Warszawie. Idę na postój taksówek, jadę na lotnisko. Może tam, gdzie zaniesie mnie wiatr, odnajdę sens życia? Na Okęciu mnóstwo ludzi, każdy zmierza w inną stronę, ale nikt w moją… Szukam samotnie. Kasa biletowa, bramki, i już siedzę w samolocie. Wznoszę się powoli w powietrze, z nutą obawy, ale żądna przygód. Obok mnie nieznajomy chłopak. Nie wiem dlaczego, ale wzbudza moją sympatię.
Gdzie lecisz? – pyta.
Sama chciałabym wiedzieć…
To pewnie podróż życia. Ja jestem jej nowym elementem – odpowiada tajemniczo.
Właściwie jesteś pierwszym, który mnie o to pyta. Sama nie wiem, dokąd zmierzam. Chyba po prostu w głąb siebie. Mam nadzieję, że odnajdę to co chcę – mówię pełna obaw.
Bądź dobrej myśli. Wierzę, że ci się uda! Na razie moją radą dla ciebie jest to – powiedział dając mi książkę do ręki. To „Buszujący w zbożu” J.D. Salingera. Doskonale znam tę powieść. Holden jest dla mnie drogowskazem, gdy nie wiem, co powinnam zrobić. Błądzę po świecie pełnym zakłamania, nierównych praw i szukam. Szukam siebie. Czy tłum nie przeszkodzi mi w dotarciu do celu?
Chcę chociaż na chwilę zapomnieć o problemach, wkładam do uszu słuchawki i odpływam. Po jakimś czasie budzi mnie stewardessa z wiadomością, że za chwilę lądujemy. Czuję, jak samolot dotyka powierzchni i zdaję sobie sprawę, że poczułam ulgę. Jednak bezpieczniej jest stąpać po czymś stabilniejszym, niż podłoga lecącego samolotu. Szarm elSzejk – tu jestem, na Półwyspie Synaj. Tam, gdzie wszystko się zaczęło. Gorąco uderza w moją twarz, czuję suche powietrze, taki jest Egipt. Wsiadam do zatłoczonego turystami autobusu i zaczynam kolejny etap podróży. Myślę o swoim życiu. Jakie jest, jakie mogłoby być, gdybym tylko bardziej się postarała. Wierzę, że ta wyprawa pomoże mi w dalszych wyborach i osiągnę sukces. Po trzech godzinach wreszcie jestem w hotelu i mogę poużywać ziemskich rozkoszy. Jak dobrze położyć się do łóżka! Następny dzień jest decydujący, to teraz kończy się, a może zaczyna, moja podróż. Zmierzam na Górę Synaj.
Stawiam kolejny krok. Z każdą sekundą podejmuję próbę . Sprawdzam swoją wytrwałość. Tak docieram do celu. Już wiem! Wygrałam tę walkę. Jestem zmęczona, podam na kolana i krzyczę. Krzyczę z radości. Już wiem, kim jestem! Wiem, że człowiek, choć tak niedoskonały, pokonując trudności, staje się lepszym od samego siebie. Ja dowiedziałam się dokąd zmierzam, a ty?
Agata Jessa
skola1rgimnazjum
Hey
HEY– polski zespół rockowy powstały w 1992 w Szczecinie z inicjatywy gitarzysty Piotra Banacha (ex–Kolaboranci). Zespół powstał w 1992 w Szczecinie z inicjatywy gitarzysty Piotra Banacha. W pierwszym składzie znaleźli się ponadto: Katarzyna Nosowska, Marcin Żabiełowicz, Robert Ligiewicz oraz Marcin Macuk.
Grupa największą popularnością cieszyła się w latach 1993–1995. W ich ówczesnej twórczości można doszukiwać się wpływów i brzmień zespołów spod znaku grunge. Ich debiutancka płyta Fire rozeszła się w ponad 200-tysięcznym nakładzie. Z tego albumu pochodzą przeboje zespołu, jak "Zazdrość", "Teksański", "Dreams" czy "Moja i twoja nadzieja". Ostatni z tych utworów był hymnem pomocy powodzianom w 1997. Następnym albumem Ho! zespół Hey ugruntował pozycję na rynku muzycznym stając się niekwestionowaną ikoną polskiego grunge'u. Kolejne sukcesy spowodowały zorganizowanie przy współudziale stacji muzycznej MTV, koncertu w katowickim Spodku, podczas którego zarejestrowano materiał na następny album - Live!
. Echosystem - kolejny w dorobku zespołu krążek podbił listy przebojów utworem "Mimo wszystko". Płyta uzyskała status platynowej. Z płyty pochodzą też inne znane piosenki jak "A ty?", "Byłabym", "To tu". Zespół Hey stał się drugim wykonawcą w Polsce po Kayah, który nagrał dla telewizji muzycznej MTV koncert Unplugged. Koncert został wydany zarówno na CD, jak i na DVD. Płyta stała się ogromnym sukcesem w historii zespołu. Aranżacje Marcina Macuka zmieniły znane do tej pory utwory, wykorzystując stylistykę bluesową, country, folk. Płyta sprzedała się w 100 000 egzemplarzy, a promowały ją piosenki "[sic!]" oraz "Angelene" - cover PJ Harvey z gościnnym udziałem Agnieszki Chylińskiej. Nowa płyta zespołu ukazała się 23 października 2009 roku pt. "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!". Za realizację i produkcję odpowiada Marcin Bors, który wcześniej współpracował z Katarzyną Nosowską przy realizacji jej solowych albumów - UniSexBlues oraz Osiecka. Podczas trasy koncertowej "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" w składzie dodatkowo pojawił się Krzysztof Zalewski (klawisze, chórki). Ania Zachciał
skola1rgimnazjum
Ściąganiu mówimy zdecydowane NIE!
Na początku warto by się zastanowić czy jesteśmy dość asertywni (raczej nie). Większość z nas (zwłaszcza uczniów) odpowiedziało by że „tak”. Ale jeśli „tak” to czy potrafimy odmówić komuś odpisywania zadania domowego. No bo po co chwilę posiedzieć w domu nad zadaniem, skoro można w szkole pójść do ucznia zdolniejszego i po prostu wszystko przepisać? Często ci mądrzejsi (a może pracowitsi) dają koledze czy koleżance odpisać, a miał być tylko raz: ''Bo tak wyszło, nie miałem czasu, rozumiesz...''. A właśnie, że nie rozumiem! To jest zwyczajne pasożytnictwo na uczniach chcących czegoś się nauczyć lub tych, którzy zadania odrabiają cały czas! Młodzież sama siebie oszukuje tym przepisywaniem, u niektórych osób można zaliczyć to do choroby genetycznej; nijak nie oduczymy ich ściągania. Rozumiem, kilka razy się zdarzyło, sama też nie jestem święta, ale jestem tylko uczniem, przede wszystkim człowiekiem. Ale nie toleruję ściągania ''bo mi się nie chciało, bo był film fajny, bo grałem w gry komputerowe''. Jak ktoś sobie potem w życiu poradzi bez kogoś pod ręką, kto pomoże, kiedy będzie potrzeba? (raczej sobie nie poradzi).
Ale co to właściwie jest ''ściąganie'' według wielu słowników j. polskiego to sposób oszukiwania podczas zdawania wszelkiego rodzaju egzaminów i testów (klasówki, kolokwia) stosowany przez osobę uczącą się (student, uczeń). Warto by się zastanowić czy ci pracowitsi (ale nie koniecznie mądrzejsi) chcą zawsze być wykorzystywani przez tych leniwych (nierobów). Być może takie darmozjady, bo inaczej nie można nazwać kogoś nieustannie przepisującego czyjąś pracę, nie doceniają siebie, swej inteligencji, nie wierzą w siłę własnego umysłu... Tak właśnie kształtuje się pokolenie ludzi uzależnionych od innych... Sami siebie oszukujemy ściągając, czego się nauczymy? Jak wiemy z lekcji biologii (no może nie wszyscy) organy nieużywane zanikają. Czasami trzeba się wysilić, przysiąść nad zadaniem (trochę pogłówkować) a tym samym wzbogacić wiedzę.
Nie do końca tak jest, że tylko osoby ściągające są winne. No bo co z tymi, którzy dają ściągać? (czy oni są bez winy). Nie potrafią odmówić...a więc nie są asertywni. Osoby ''chore'' wręcz uzależnione od ściągania wiedzą gdzie szukać pomocy. I dopóki my się nie zmienimy, nie znajdziemy w sobie odwagi, aby odmówić, będziemy kozłami ofiarnymi, które zawsze na wszystko się zgadzają, nie mają własnego zdania. Więc warto się zastanowić nad tym czy ściąganie nie godzi w uczucia tych, którzy zadania odrabiają... Zastanów się dwa razy zanim dasz komuś zadanie domowe, bo krzywdzisz ją bardziej niż gdybyś jej tego zadania nie dał (osoba taka zamiast brnąć do przodu, uwstecznia się).
Gabrysia Ordycka
skola1r-gimnazjum
Czy Polacy są uzależnieni od telewizji ?
Według badań z 2006 roku w Polsce jest około trzynaście milionów telewizorów. Prawie każda żyjąca w naszym kraju rodzina ma co najmniej jeden telewizor w domu. Przeciętny Polak dziennie ogląda telewizję przez nieco ponad cztery godziny.
Dla wielu osób oglądanie telewizji jest rozrywką, relaksem. Czy w związku z tym nie znacie lepszych rozrywek ? Weźmy sobie za przykład pewien dom, w którym mieszkają rodzice, dwoje rodzeństwa oraz dziadkowie. W czasie, gdy rodzice pracują, dziadkowie zasiadają przed telewizor i oglądają telenowele. Dzieci wracają ze szkoły, szybko zrobią lekcje, zjedzą obiad i jak myślicie co robią... ? Rodzice wracają z pracy... Mama (szybko) posprząta, poda obiad, a następnie pójdzie w ślady męża, dzieci oraz swoich rodziców. I tak oto wszyscy marnują swoje wolne popołudnie. Fizycznie są razem, ale tak naprawdę nie mają ze sobą żadnego kontaktu. Zamiast iść po gazetę, aby zobaczyć co się dzieje w kraju, wolą obejrzeć wiadomości, dzieci zamiast przeczytać książkę, wolą obejrzeć jej zekranizowanie w telewizji. Nie można traktować mediów jako skrót do wszystkiego! Powoli, z czasem nałogowo oglądają telewizję - stają się telemaniakami.
A tak mógłby wyglądać dzień bez telewizora. Dzieci wracają ze szkoły, rodzice z pracy... Wszyscy wspólnie jedzą obiad, a następnie idą na świeże powietrze, np. na spacer. Potem dzieci robią lekcje, w razie problemu (zamiast korzystania z komputera) zwracają się z pomocą do rodziców.
Na pewno jakaś ze wspomnianych wyżej dwóch opcji jest podobna do Waszego stylu życia.
Wybór należy do Was, ale może warto coś zmienić?
Ania Węgrzyn kl. 2 „F”
skola1r-gimnazjum
Wirtualna głupota
Dziś widziałem człowieka mającego na sobie więcej okablowania niż mój komputer. Co się dzieje z tym społeczeństwem ? Czy jesteśmy aż tak uzależnieni od sprzętu elektronicznego? Dlaczego komputer czy telefon komórkowy ma w dzisiejszych czasach tak dużą siłę przyciągania ? Przeczytałem w gazecie, że w USA 36-letni mężczyzna w wyniku uzależnienia od komputera stracił dom. Teraz śpi w namiocie i stołuje się w jadłodajni dla bezdomnych. I na co mu to było ? Podobno kilka osób było na tyle silnie uzależnionych, że grając bez przerwy przez kilka dni umarło z wycieńczenia. Brakuje mi słów. Takich ludzi trzeba kierować na przymusowe leczenie. Nie można przecież pokładać w komputerze swych marzeń, celów i życia. Być może dzieje się tak dlatego, że w życiu codziennym jesteśmy szarymi obywatelami a w świecie gier - bohaterami nie do zwyciężenia. Osoby, które dużo grają w gry tracą kontakt z rzeczywistością. Jest to tragiczne w skutkach zwłaszcza u dzieci, które często przez to stają się agresywne. Użycie noża czy broni to dla nich sprawa normalna. Aż mnie dreszcze przeszły. Podobno jakiś chłopiec pobił swoją matkę, kiedy ta wyłączyła mu komputer, przy którym siedział cały dzień. Do czego to wszystko doprowadzi ? Musimy sobie uświadomić, że te cuda techniki mogą przynieść więcej szkód niż korzyści. Komputer, telefon komórkowy może uzależniać tak samo jak alkohol czy narkotyki. Stąd mój apel do wszystkich siecioholików :Opamiętajcie się i porzućcie ten wirtualny świat !
Na pierwszym miejscu stawiajcie zawsze życie realne i swoją rodzinę. Jeżeli będziecie korzystać z elektroniki z umiarem nie będzie ona Waszym wrogiem.
Karol Krakowski
skola1r-gimnazjum
Życie w cieniu terroru.
Wstaje ranek. Niebo bez najmniejszej chmury, to początek dnia w mieście Kirkuk. Dzisiaj dla mieszkańców całego kraju ważny dzień. Wybory do parlamentu. Obywatele odzyskują wolność w dopiero co wyzwolonym spod reżimu Saddama państwie.
Oczywiście jego dawni zwolennicy po intensywnej indoktrynacji ślepo wierzą w swojego dawnego przywódcę i zamierzają wypełniać jego rozkazy do śmierci. Dzień wyborów to kolejny z wielu takich, gdzie terroryści zastraszają ludność, by nie wychodziła z domów na wybory. Grożą atakami bombowymi i śmiercią niewinnych cywilów.
Nad wszystkim czuwa Armia Stanów Zjednoczonych. To oni wyzwolili ten kraj i teraz starają się zaprowadzić prawo i porządek. Szkolą policję i wojsko, by mogło brać udział w czynnej walce z Al-Kaidą.
Ludzie pomimo gróźb przełamują strach i wychodzą z domów. Idąc ulicami miasta widzimy grupki mężczyzn, kobiet w czarnych chustkach, zasłaniających twarz i biegających wokoło dzieci. Wszyscy idą zagłosować. W okolicach lokali wyborczych, jak i po całym terenie miasta, widać patrole policji i wojska. W oddali słychać głośny wybuch, potem jęki i nawoływania rannych. Terroryści spełniają groźby. Jednak obywateli to nie zniechęca. Raźno idą w kierunku lokali, widać także tych, którzy już głosowali. Uśmiechają się, pokazując palec pomazany atramentem (znak oddania głosu).
Teraz widać odwagę ludzi ukrywających przez lata swoje poglądy w kraju będących pod dyktaturą Saddama. Nie boją się go ani jego popleczników. Alby to wyzwolić potrzebowali pomocy z zewnątrz, tutaj akurat takim wsparciem była operacja obalenia dyktatury w Iraku. Tyran już nie żyje, ludzie są wolni. Wygrana z terrorem to tylko kwestia czasu. Mam nadzieję, że kiedyś we wszystkich krajach, w których nie ma wolności słowa, w których obowiązuje cenzura za przykładem Iraku staną się wolne. Nie tylko przez zbrojną walkę. To ludzie tworzą kraj, a nie władza.
Wojtek Graś
skola1rgimnazjum
„Jeden dzień z mojego życia w szkole”
„Jeden dzień z mojego życia w szkole”
Mój wspaniały sen o wiośnie przerywa donośny głos mojej mamy: „Natalia wstawaj do szkoły, już 7 15”. Na te słowa wyskakuję z łóżka, jak kamień wystrzelony z procy. Ubieram się w pośpiechu i szybko, kątem oka sprawdzam plan. Myślę: „Ojojojojjj! Znowu poniedziałek”. Od razu przesiewa mnie dreszczyk. Chciałabym mieć to już za sobą. Następnie wychodzę do szkoły. Jak co rano, na rogu koło banku czeka na mnie Iwona. Razem, z uniesionymi głowami, przemierzamy ten sam kurs do szkółki. W drodze padają słowa: „Jak dzisiaj jesteś przygotowana na lekcje?”, odpowiedź jak zawsze ta sama: „NIE BARDZO lub ŚREDNIO!” Po dojściu do szkoły szybko biegniemy do gabloty z „niepytanym numerkami” mając nadzieję, że to właśnie nasze numerki będą dziś w gablocie. Ale niestety „ZONK”! Z pewnym lękiem przypominamy sobie o dzisiejszych lekcjach. A są to język polski, matematyka, wychowanie fizyczne, język niemiecki, chemia oraz dwie techniki. Stoimy jeszcze chwilę z dziewczynami koło grzejnika i po chwili słychać dzwonek na lekcje. Pierwszy – język polski, myślę: „dam radę” u pani A. nie będzie tak źle... A tu niestety! Wchodzimy do gabinetu nr 5 i nagle.... Słyszę głos pani A. „Proszę bardzo rozpakować się, usiąść w ławkach i WYCIĄGAMY KARTECZKI!” Co? Na te słowa włosy stanęły mi dęba. Nie ma odwrotu, piszemy. Wszystko byłoby dobrze, gdyby pani A. zapowiedziała ten sprawdzian, a tu kartkówka z trzech ostatnich zajęć.
Następna lekcja – matematyka. Pani W. wchodzi do klasy, każe się rozpakować powiesić plecaki na zaczepach i dyktuje temat. Następnie nasze „kropeczki na wagę złota” za zadanie domowe. Z tym nie ma żartów... Dwie kropki i trzecia to 1! Sprawdzamy zadanie domowe. Uff, dzisiaj pani sprawdza od góry ^^. No więc jestem uratowana. Potem obliczamy zadania, chodzimy do tablicy i odliczamy minuty do dzwonka. Patrzę na zegarek.... Oooo… już tylko 3 minutki...
Następna lekcja – wychowanie fizyczne. Jak zwykle pani D. daje nam „kazanie” o naszym nieprzygotowaniu do lekcji i zaczynamy w-f. Najpierw rozgrzewka, potem gramy. Wszyscy myślą w co... Ale w co z naszą grupą można grać? Oczywiście w kosza! Wszyscy okazują „wielkie zadowolenie” i z „ochotą” biegną po piłki. Następnie 20 minutek gry i koniec lekcji. Nareszcie!
Kolejna lekcja – język niemiecki. Myślę sobie: „KATASTROFEN!” Część osób oznajmia mi że się „ewakuuje”. Nabiera mi to wielkiej chęci na ucieczkę, ale opieram się pokusie i zostaję. Dzwonek na lekcję. Biorę głęboki oddech i wchodzę. Na początek kilka „niby prostych” pytań, z którymi daję sobie radę. Po długim zestawie pytań odetchnęłam z ulgą... Z kolejnym zestawem na szczęście nie trafiło na mnie. Ufff. Co za ulga. Potem rozwiązujemy zadania, zresztą – jak zawsze. Staram się przekoczować. Co jakiś czas podnoszę głowę na panią i myślę: „już prawie, teraz długa przerwa”.
Dzwoni dzwonek. Szybko biegnę do sklepiku. Oczywiście kupuję stały zestaw, tzn. drożdżóweczkę i soczek. Idę pod następną klasę – chemiczną. Po skonsumowaniu moich specjałów, zaczynam rozmawiać o „głupotach” i śmiać się. Znów dzwoni dzwonek. Teraz chemia – myślę: „jakoś przeżyję”. Wchodzimy... Teraz siedzę z Iwoną... Oj będzie się działo . Ale nie... Wiecie co teraz? Odpytywanie... Znów nasze „kropeczki na wagę złota”. Do odpowiedzi poszła K. i D... Po 10 minutowym pytaniu zapisujemy temat lekcji i rozmawiamy. Znaczy się oni rozmawiają, bo ja zabieram się za wygłupy z I. Jak zwykle śmieszne teksty, plotki itp. Niestety nie udało się... Pani G. szybko zobaczyła, że zaczynamy nasze wygłupy i nas uspokoiła. Hmmm, ale nie na długo . Po chwili znów to samo, tylko że tym razem zakończyło się to tzw. „przeprowadzką”, czyli zmianą miejsca. No trudno, trzeba się uspokoić. I tak
wytrzymuję w samotności do końca lekcji. Po chwili uświadamiam sobie, że teraz będzie przerwa obiadowa! Nareszcie! Po dzwonku zabieram szybko kogoś „pod rękę” i „lecimy” na stołówkę”. Zazwyczaj jest to moja P. .
Zastanawiacie się co teraz? Nic ciekawego… Zjadam przepyszny obiadek i lecę na następną lekcję, właściwie na dwie lekcje. Teraz są to dwie techniki z panem Ł. „No właściwie powinien być luz” – tłumaczymy sobie z koleżankami, po czym uświadamiamy sobie, że trzeba było przygotować niezbędne do lekcji materiały. O nie! I znowu koszmar! W oddali słyszę głosy: „o nie, nie mam!; nieee! zapomniałam!”, a następnie: „ej, kto ma?; kto mi zrobi?” Znajdują się zazwyczaj jacyś ochotnicy do pomocy. Jest, ja także mam takiego ochotnika! Uff całe szczęście! Tak więc mam już niezbędne przedmioty i słyszę znów dzwonek. Wchodzimy do klasy. Teraz także siedzę z I., z moim VIP’em w ostatniej ławce. A zapomniałabym jeszcze... Po wejściu jest tzw. „rozbrojenie”, czyli odłożenie telefonów komórkowych na parapet. Na technikach niemal wszyscy bawią się telefonami, stąd ten pomysł pana Ł. Obie te lekcje mijają spokojnie. Jest trochę śmiechu, pojawia się także powaga. Nic nowego. Razem z moim VIP’em przeżywamy te lekcje. Dochodzi godzina 14 45. Wraca mi dobry humorek i odliczam sekundy do dzwonka.
Yes, yes, yes, tak, tak, tak.... KONIEC! Niestety, to tylko „przepustka” na wolność. Jutro zaczyna się wszystko od nowa.
Natalia W.
skola1r-gimnazjum
O czym oni myśłą?...
W tych czasach trudno jest spotkać chłopaka, który nie myśli o tym jak wygląda kobieta bez ciuszków. Jeśli się tacy już zdarzają to jest sukces. Gdy czytam różne gazety, magazyny to dużo informacji jest właśnie na ten temat. Piszą, niby, że to jest taki wiek (dojrzewanie)
Lecz gdy spojrzymy na świat to dorośli mężczyźni również mają erotyczne myśli. Tacy nie wiedzą co to miłość, bo dla nich jest tylko ważna miłość erotyczna. Są z kobietą tylko dla zabawy. Gdy się już nią znudzą, rzucają ją. Lecz nie mylmy chłopaka, który lubi sobie pogawędzić trochę o seksie, z natrętnym erotomanem, bo nie można go brać od razu za jakiegoś erotycznego maniaka. Ale my się skupimy teraz na temat tego, który tylko wykorzystuje kobietę dla jednego.
Chłopcy już w najmłodszych latach dociekają, co to takiego seks. W podstawówce na lekcji przyrody poznają budowę człowieka i oczywiście, gdy widzą obrazki gołej kobiety, czy mężczyzny, to aż im ślinka leci i nie mogą się powstrzymać od śmiechu. Na lekcjach wf słyszymy nawet różne teksty tego typu- , ej laska podpaska Ci trzaska”. Może faktycznie to jest wiek dojrzewania (jak to się mówi , buzują hormony") . Dziewczyna, która trafi na takiego typa to mówi wszystkim, że to jej jedyny, że kocha go nad życie, a on ją jeszcze bardziej. A tak naprawdę to guzik prawda, może dziewczyna jest w nim zakochana lecz on w niej nie. Najważniejszym pytaniem jest to dlaczego oni tacy są? Czy to tylko te hormony, a może jakieś złe doświadczenie z dzieciństwa. Bo nie wiadomo, co on przeżywał . Może w dzieciństwie był molestowany.
Wiele się słyszy o gwałcicielach. W skrajnych przypadkach także to dotyczy maniaków seksualnych, ponieważ chłopcy tak się angażują w taki tryb, że seks działa na nich jak narkotyk. Na tej podstawie jest właśnie wiele przypadków gwałtów. Nie twierdzę, że bronię dziewczyn. Bo również są kobiety, które z facetem są tylko dla jednego (która więcej zaliczy). Ja na ten temat powiem jedno: Chłopaki nie tylko jedno jest ważne!
Paulina Chrebor
skola1rgimnazjum
Młodość...
Wchodzimy właśnie w ten głupi wiek, zakochujemy się,
zamiast skupić się na lekcji odpływamy w zapomnienie
marząc o ukochanym. Nasze reakcje są bardzo różnorodne,
gdy nadchodzi ten moment kiedy serce zaczyna bić jak oszalałe
często przestajemy jeść, jesteśmy rozkojarzeni itp. Jednak, czy stan
zakochania wpływa negatywie czy też pozytywnie na nasze życie?
Nad tym problemem chciałabym się zastanowić. Pytając uczniów naszego
gimnazjum spora część stwierdziła iż zauroczenie jest jednym z napiękniejszych elemetnów życia nastolatka "O czym marzyć skoro
nie potrafimy kochać? Wciąż o przyszłości i o tym kim będziemy
z zawodu?" pytała uczennica klasy 2. "Świat staje się jeszcze
bardziej ciekawszy, niż zazwyczaj, a i życie staje się barwniejsze".
Tak odpowiadją nasze koleżanki i koledzy. Jednak są również tacy,
którzy miłość próbują obchodzić szerokim łukiem. "Miłość...
wszędzie jej pełno a każdemu jej brak. Na co to komu? Same problemy,
człowiek nie potrafi racjonalnie myśleć"
Jak widzimy, uczniowie dzięlą się na takich którzy "zakochanie"
witają z otwartymi ramionami oraz takich którzy na samą myśl
mają ochotę zwymiotować.
Co można z tego wywnioskować? Miłość przynosi nam te niesamowite
uczucie błogiego szczęścia a zarazem zabiera zdolność skupienia.
Jeśli jednak, pójdziemy na kompromis i spróbujemy ze wszystkim sił
skupić się na tym co dla nas jest najlepsze będziemy w stanie
znaleść miejsce na szczypte miłości nie głupiejąc przy tym.
Klaudia Fejdyś
skola1rgimnazjum
Mecz..
"Nad obręczą"
Wsiadłem do autokaru, który czeka przed szkołą, wraz z moją drużyną. Ruszyliśmy, myślę nad tym, kto kogo będzie krył. Martwię się, słyszałem, że drużyna, z którą mamy się zmierzyć jest dobra. Ta drużyna jest ze Strzelec Krajeńskich.
-Każdy bierze przeciwnika, który jest mniej więcej w jego wzroście -powiedział Hubert.
-Jesteśmy na miejscu -powiedział trener. Wychodzimy z autokaru, widzę szkołę z halą, w której nigdy wcześniej nie byłem. Koledzy z drużyny, którzy więcej czasu poświęcają na piłkę nożną mówią: „Graliśmy tu z OHP-em, nie było za ciekawie. Pluli na nas ...". Zaczęliśmy się śmiać. Wchodzimy do środka tuż za trenerem. -Co nic nie mówicie, przecież was nie pobiją -powiedziałem. Cisza ...
Podchodzi do nas WF-ista -Musicie poczekać, aż skończy się lekcja.
-Dobrze -odrzekła grupa.
-Chodźcie na trybuny, zobaczymy jak to wygląda z góry -powiedział Bartek.
Wchodzimy po schodach, na pierwszy rzut oka spodobała mi się hala, w szczególności szklane tablice. -Schodzimy na dół, już skończyli -powiedział Hubert.
Jesteśmy na dole. Z drugiej strony korytarza krzyczy do nas sprzątaczka -Chodźcie chłopcy, tu jest wasza szatnia.
Nikt nie powiedział, że jest wolna. Czekamy ... Szatnia się zwolniła. Wchodzimy, ubierając stroje koszykarskie okazało się, że Łukasz, nie ma stroju, który dostaliśmy dzień wcześniej. Rozległ się śmiech. Stoję i czekam, aż wszyscy się przebiorą.
-Nie martw się, na szczęście nie jesteś sam, jedna drużyna też jest bez stroju. -powiedział Mariusz.
-Dobra idziemy na boisko -powiedziałem. Z daleka widzę trenera, który nie jest zadowolony.
-Wylosowaliśmy Strzelce -powiedział z niewyraźną miną.
Stojąc na boisku, czekałem, aż dadzą nam piłki, żebyśmy mogli się rozgrzać. Przejęliśmy się tym, że gramy pierwszy mecz. Dostaliśmy piłki i zaczęliśmy rzucać do kosza.
-Kiepsko -powiedziałem. Widzę, że kolegom z drużyny idzie równie źle jak mi. Słyszymy gwizdek. Sędzia dał znak, żebyśmy poszli zapisać się na liście. Wpisuję się jako pierwszy, ponieważ miałem strój z numerem jeden. Czekam, aż wszyscy się wpiszą. Rozglądam się i widzę przeciwników. Próbuję dobrać kogoś z odpowiednim wzroście. Niestety. Wszyscy są wyżsi. -Biorę tego z siódemką -mówię do drużyny.
Gwizdek. Rozpoczynamy mecz. Hubert przejął piłkę, podaje do mnie. Biegnę pod kosz, szukam kogoś, kto nie jest kryty. Jest. Podaję Hubertowi, rzuca, chybił. Przeciwnik ma piłkę, staram się ją odebrać, udaje mi się. Biegnę sam na kosz z myślą, że trafię. Gwizdek. -Co jest -krzyknął ktoś z drużyny. Sędzia odgwizduje mi przewinienie. Znowu przeciwnik jest w posiadaniu piłki. Kolejna akcja. -Cofamy się do obrony -mówi ze spokojem Bartek. Przeciwnik mnie ominął, jest już pod koszem, biegnę za nim, ale jest już za późno. Zdobył punkt. Hubert ma piłkę, podaje. Gwizdek. -Ja nie mogę, co znowu? -burczy ktoś pod nosem. -Piłka dla przeciwnika, stoisz na boisku i podajesz bez wcześniejszego gwizdka -mówi sędzia. Kolejna akcja, przeciwnik zdobywa punkt. Mamy piłkę. Przez pięć kolejnych akcji przeciwnik nie zdobywa żadnych punktów. Tak jak my. Hubert zostaje faulowany pięć razy. Rzuty osobiste to jego specjalność. Lecz nie w tym meczu... Nie trafia ani razu. Piłka przelatuje minimalnie nad obręczą. Straciliśmy szansę na zdobycie dziesięciu punktów. Na twarzach drużyny pojawia się złość. Z niekorzyścią dla nas ... W kolejnych kilku akcjach oddajemy rzuty, lecz nie
celne. Bartek zostaje faulowany. Trafia jeden z dwóch rzutów. Gwizdek. -Nareszcie przerwa -mówię ze zmęczeniem. Mamy dwu minutową przerwę. Aktualnie przegrywamy jeden do ośmiu. Trener mówi -Podawajcie do Kamila, a ty nie cofaj się do obrony.
Koniec przerwy. Wracamy na boisko. Wszystko sobie poukładałem. Zaczynamy, podają do mnie. Biegnę na kosz... Omijam czterech zawodników. Trafiam. Piłka dla przeciwnika. Zdobywają kolejne punkty. Następna akcja. Gramy tak samo jak w poprzedniej. Próbuję wbiec pod kosz. Jestem kryty przez trzech zawodników. Podaję do Emila. Rzuca, trafia przed końcem meczu. Gwizdek. Mecz zakończył się z wynikiem pięć do trzynastu. Idziemy do szatni. -Nie narzekajcie, nie było tak źle mówię.
-Wyciągnijmy też jakieś plusy - mówi Hubert.
Jesteśmy gotowi. Wychodzimy z szatni. W drodze do autokaru, nikt się nie odzywa. Jedziemy. W rezultacie zajęliśmy trzecie miejsce na cztery drużyny. Myślę, że przegraliśmy ten mecz, ponieważ tylko trzech z nas gra w koszykówkę już parę dobrych lat. Do tego nie był obecny Damian, świetny zawodnik. Mieliśmy tylko dwa tygodnie na przygotowania. - Następnym razem wygramy, musimy tylko trochę potrenować -powiedziałem. Temat o koszu został zakończony. Dojechaliśmy na miejsce, wysiadając z autokaru powiedziałem -Do jutra...
Kamil Rosadziński
skola1rgimnazjum
NASZA REDAKCJA
Opiekun – pani Agnieszka Lala
Redaktor naczelny - Ania Zachciał
Zastępca - Agata Jessa
Zdjęcia - Daria Jenek, Julia Flak i Karolina Zastawa
Korekta - Daria Jenek
Grafika - Patrycja Dzwińczyk
Rysownik - Paulina Tymek
Dźwięk - Patrycja Dzwińczyk i Klaudia Fejdyś
Montaż - Daria Jenek i Julia Flak
Redaktorzy - Wojtek Graś, Natalia Woronin, Ania Węgrzyn, Sandra Jenek, Marta
Matuszewska, Patryk
Laskowski, Ola Brzozowska, Patrycja Iwanowska, Damian Stefaniak, Agata Netyks
Gimnazjum im. Józefa Nojiego w Drezdenku
plac Wolności 8 66 – 530 Drezdenko
województwo lubuskie
Telefon - (095) 762 06 05
E – mail - gim1drezdenko@gazeta.pl
skola1rgimnazjum skola1rgimnazjum