Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








6-9 18-19 10-12 23-25 16-17 26-27 SKŁAD REDAKCJI:

ZSE Krzyk SPIS TREŚCI:

Codzienność PRL - u okiem fotografa i historyka Wywiad z Witoldem Karasiem Mielecki sukces, czyli Zakłady Lotnicze Pozostały (nie) tylko pamiątki Zasłużeni mielczanie Za komuny było lepiej? Andrzej Strzępka Katarzyna Trzpis Klaudia Lubacz Monika Cichoń Ewelina Działo Katarzyna Kaczmarczyk Agnieszka Serafin Patrycjusz Bulwa Hubert Kukowski Wojciech Koper Patrycja Żądło Na zdjęciu obok - zespół redakcyjny. Fot. E. Działo Na okładce przygotowania do wesela, 1976 r. Archiwum prywatne. To idzie młodość...
Urodzeni w wolnej Polsce, o PRL - u wiemy tylko tyle, ile powiedzą nam inni. Dzięki uprzejmości Pana Witolda No-waka, mojego sąsiada, dowiemy się, jak wyglądały realia życia naszych rówieśników w dobie Polski Ludowej.
ZSE Krzyk

Katarzyna Trzpis: Pana pierwsze skojarzenia z hasłem: PRL… Witold Nowak: Braki w za-opatrzeniu, puste półki w sklepach, długie kolejki na-wet po papier toaletowy, zakaz wyjazdu za granicę – paszporty leżały w Ko-mendzie Powiatowej Policji w Mielcu i mężczyźni przed obowiązkowym odbyciem służby wojskowej nie mogli ich otrzymać. Propaganda partyjna, kult Lenina, wro-gość do USA, Zachodu i ję-zyka angielskiego, walka z Kościołem katolickim i o-bietnica dobrobytu w Pols- ce za kilkadziesiąt lat. Jak wspomina Pan tam-te czasy: dobrze czy źle? To czasy młodości i bez-troski, więc trudno je źle wspominać. Pomimo nie-dostatku, biedy żyło się weselej. W PRL - u młodzi ludzie nie mieli aut, lapto-pów, telefonów, drogich u-brań. Mimo to nie przycho-dziło im do głowy niszczyć znaków drogowych, pło-tów, czyjegoś dobra. Wszyscy czuli się bezpie-cznie, bo milicja i ZOMO nie patyczkowały się z o-pornymi. Brakowało za to wolności, rzadko kto mógł wyjechać za granicę. Nie-dostatek i kryzys narasta-ły, wszyscy rozumieli, że socjalizm krytykuje

ZSE Krzyk

kapitalizm, ale od niego pożycza dolary i kiedyś bę-dzie musiał je oddać. Stąd oczekiwano na zmiany. Spróbowałby Pan po-równać dzisiejsze czasy z tymi z Pana młodości? Kiedyś ten, kto miał pracę, czuł się pewny, że dopra-cuje do emerytury. Do WSK w Mielcu codziennie za darmo dojeżdżało 22 ty-siące pracowników. Dzisiaj ludzie żyją niepewni jutra, boją się kryzysu, zwolnie- nia z pracy. Telewizja i ko-lorowa niemiecka prasa o-głupiły Polaków, narzuciły im obce wzorce, np. życie chwilą, egoizm, zanik więzi sąsiedzkich, bezsensowną pogoń za pieniędzmi i suk-cesem, gromadzenie zbęd-nych gadżetów. W PRL - u ludzie mieli pieniądze, bo nie mogli ich wydać. Dzi-siaj w każdym domu jest kilka komórek, samocho-dów, urządzeń elektrycz-nych pożerających prąd. Oczywiste jest, że za to trzeba płacić, więc Polacy narzekają na drożyznę, ale to cena dobrobytu i kom-fortu, jakiego dotąd nie miało żadne pokolenie. Jak dawniej wyglądała edukacja? Wykształcenie zdobywali tylko najlepsi. Kto chciał zdawać maturę, czuł się elitą, bo naprawdę musiał się bardzo dużo uczyć. Dla-tego ówczesny maturzysta dysponował wiedzą, jakiej nie posiadał absolwent stu-diów na Zachodzie. Ale u nas wtedy na studia szło najwyżej dwoje z miejsco-wości, a dziś dwoje ze wsi nie idzie na studia, więc poziom się obniżył. Sys-tem surowych egzaminów eliminował leniuchów i nie-uków. Miało to dobre stro-ny, gdyż ci, którzy później wyemigrowali za granicę, w każdym kraju sobie po-radzili. Jak mówili nie-mieccy bossowie: „Polak wszystko wie i wszystko potrafi.” Nauczyciele nie mogli mó-wić prawdy, bo w każdej grupie, klasie, szkole mu-siał być kapuś. Wyjaśniano nam problemy „po linii par-tyjnej” i zgodnie z hasłami socjalizmu. Sami musieliś-my dochodzić do prawdy. O narkotykach, przemocy, agresji w szkole nie było mowy. Istniała rywalizacja,

ZSE Krzyk

ale tylko np. o dziewczyny. Zresztą wtedy przy dziew-czętach wstyd było nawet zakląć. Za wariata (nawet przy poborze do wojska kierowano do psychiatry) uważano kogoś, kto się o-kaleczał, tatuował, obwie-szał czaszkami. Szkoła i nauka były najważniejsze, bo kto się nie uczył, musiał ciężko pracować w gospo-darstwie. Jaki był stosunek ucz-niów do nauki i nauczy-cieli? Nauka dawała szanse na awans społeczny, wyemi-growanie do miasta, lżej-szą pracę i lepsze życie. Młodzi zawsze i wszędzie woleliby się nie przemę-czać, narzekali na nauczy-cieli, ale się uczyli i starali. Kto biadolił, że się boi kla-sówki lub długiego wypra-cowania, był uważany za mięczaka i tchórza. Rzadko zdarzały się wulgarne od-zywki do pedagogów, bo stanowili autorytet. Kto się decydował na naukę, rozu-miał, na co się decyduje. Czy trudno było zdobyć dobre wykształcenie? Na pewno trudniej niż dziś, bo wymagania szkolne u-stawiono wysoko. Nikomu do głowy nie przychodziły myśli samobójcze, nikt nie wpadał w depresję, choć żyło się biednie, aut jeź-dziło niewiele, w tym zni-koma liczba prywatnych, brakowało książek. O kse-rokopiarkach i kompute-rach tylko czytaliśmy. W telewizji nadawano dwa programy. Naukę języka angielskiego uważano za zbędną, bo władze naka-zywały intensywną naukę rosyjskiego, jako że komu-nizm miał podbić cały świat, a rosyjski – stać się językiem międzynarodo-wym. Bardzo dziękuję za roz-mowę. Codzienność PRL - u okiem fotografa i historyka
Z nadzieją, że fotograficzna wizja Mielca z lat 1945-1989 pomoże w je-go bliższym poznaniu, poprosiliśmy o komentarz pana Janusza Halisza, historyka, pracownika Muzeum Regionalnego.
ZSE Krzyk ZSE Krzyk

W latach powojennych Mielec został włączony do nowo utworzonego woje-wództwa rzeszowskiego. Miasto, szybko za-ludniające się ludźmi, nazwanymi zgodnie z nową ideologią „klasą robotniczą”, wyma-gało rozwoju bazy mieszkaniowej, kultural-nej i sportowej. Sprawnie odbudowano zniszczenia wojenne. W 1951 r. „Miasto projekt” w Warszawie opracował „Ogólny plan zagos-podarowania miasta Mielca”, co stanowiło podstawę jego dalszej rozbudowy. Wyty-czono główną oś komunikacyjną, nazwaną ulicą 22 Lipca (dziś aleja Niepodległości). Po obu jej stronach zaczęły powstawać no-we osiedla mieszkaniowe. Wybudowane bloki mieszkalne oznaczano kolejnymi licz-bami. Pomiędzy nimi powstawały żłobki i przedszkola, a w centrum osiedla Zakłado-wy Dom Kultury, z placem im. Bolesława Bieruta (dzisiaj Armii Krajowej). Oddano także do użytku stadion sportowy FKS "Stal" wraz z halą sportową. W połowie lat 70. wprowadzono technologię wielkopłyto-wą do budownictwa mieszkaniowego. Zbu-dowano m. in. Dom Handlowy „Ikar” przy ul. A. Mickiewicza i pierwszy 11-piętrowy budynek mieszkalny przy ul. K. Pułaskiego. Lata 60. I 70. były okresem dynamicz-nego rozwoju miasta, opartego na funkcjo-nowaniu jednego z największych zakładów produkcyjnych – WSK PZL Mielec. Miasto słynęło w kraju z samolotów i sukcesów Fabrycznego Klubu Sportowego „Stal” Mie-lec. Drużyna piłkarska „Stali” dwukrotnie zdobyła tytuł Mistrza Polski (1973, 1976), a jej czołowi zawodnicy święcili triumfy na kolejnych Piłkarskich Mistrzostwach Świata. Niezapomnianych przeżyć dostarczały Ogólnopolskie Spotkania Folklorystyczne, dzięki którym Mielec nazywano w mediach „stolicą folkloru polskiego”. Dobra passa mieleckiej kultury została ugruntowana zdobyciem przez Zespół Pieśni i Tańca „Rzeszowiacy” głównego trofeum na XXVI Międzynarodowym Festiwalu Folklorysty-cznym w Nicei i udanym tournee po Francji i Włoszech. Pod koniec lat 70. zakończono budowę

ZSE Krzyk Od 1945 r. organizowano w Mielcu uroczyste obchody 1 Maja - Święta Pracy, których główną formą był pochód pracowników mieleckich zakładów pracy głównami ulicami miasta. W godzinach popołudniowych odbywały się imprezy kulturalne i sportowe. Zdjęcie z archiwum Muzeum Regionalnego.

kościoła p. w. Matki Bożej Nieustającej Po-mocy, rozpoczęto budowę wiaduktu nad torami kolejowymi i powołano Muzeum Re-gionalne. W związku z dynamicznym roz-wojem miasta podzielono Mielec na 12 o-siedli i w każdym wybrano samorząd. Wyraźnie pogarszająca się sytuacja społeczno - gospodarcza w państwie, braki na rynku lokalnym były przyczynami straj-ku w WSK Mielec, rozpoczętego 30 lipca 1980 r. (prawdopodobnie pierwszego w tym okresie w Polsce). Od listopada 1980 r. w mieleckich zakładach pracy rozpoczęto tworzenie komórek organizacyjnych NSZZ „Solidarność”. W dalszych miesiącach na-rastał chaos, mnożyły się konflikty społe-czne. Organizowano kolejne strajki w WSK i innych zakładach pracy. 1 kwietnia wprowadzono w całym kraju reglamentowaną sprzedaż mięsa, wędlin, masła i produktów zbożowych. Tworzyły się kolejki nawet po chleb, cukier i mąkę, pojawił się nieformalny zawód „stacza”. W nocy z 12 na 13 grudnia na terenie całego kraju wprowadzono stan wojenny. Aresztowano i internowano wiele osób o odmiennych poglądach politycznych, m. in. 10 osób w Mielcu. Pogarszające się nadal zaopatrzenie, wprowadzenie wielu ograni-czeń swobód obywatelskich oraz dużych podwyżek cen żywności i energii powodo-wało powszechną frustrację. Mimo olbrzy-mich trudności utrzymywano jednak w Mielcu szybkie tempo budownictwa mie-szkaniowego oraz realizowano szereg waż-nych inwestycji. Wydarzeniem, które spo-wodowało wielkie zaniepokojenie i zamie-szanie, było przejście 30 kwietnia nad re-gionem mieleckim obłoku radioaktywnego, który powstał po awarii elektrowni atomo-wej w Czarnobylu. Okres po 1989 r., czyli po przekształce-niach ustrojowych, to już inna historia. Klaudia Lubacz

ZSE Krzyk Codzienność PRL - u okiem fotografa i historyka Budowa osiedla Kopernika i ulicy Kościuszki w Mielcu, 1965 r. Jeden z mieleckich skle-pów, 1965 r. Były one wówczas organi-zowane w lokalach na par-terze bloków, najwięcej przy głównej ulicy osiedla - 22 Lipca. Zdjęcia z archiwum Muzeum Regionalnego.

Mielecki sukces, czyli Zakłady Lotnicze w latach 1945-1989
W powojenną historię Mielca na trwałe wpisała się wybudowana jeszcze w 1938 r. nowoczesna fabryka lotnicza.
ZSE Krzyk ZSE Krzyk

Dynamicznie rozwijające się wówczas miasto stwarzało warunki, by „ludziom żyło się dostatniej”. Głównym czynnikiem mias-totwórczym stała się Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego, powstała z przemiano-wania Zakładów Lotniczych. W pierwszych latach po wojnie napra-wiano w niej samoloty produkcji radzieckiej przeznaczone dla lotnictwa wojskowego i cywilnego, produkowano sprzęt gospodar-czy, autobusy, samochody pożarnicze i sa-nitarne. W latach 50. przywrócono lotniczy profil produkcji i zaczęto wytwarzać samo-loty z napędem odrzutowym. Odtąd, aż do połowy lat 80. systematycznie rozwijano produkcję i jednocześnie tworzono zaple-cze kadrowe wytwórni. Jej najważniejszymi wyrobami były samoloty różnego typu i przeznaczenia, m.in. szkolno - treningowy TS-8 „Bies”, wielozadaniowy AN-2, szkol-no - treningowy TS-11 „Iskra”, rolniczo - gaśniczy „Dromader”, dyspozycyjny PZL M-20 „Mewa”. WSK była również producen-tem lodówek domowych ALD-80 i SLD-100, samochodów osobowych MR-300 „Mikrus”, samochodów chłodni „Żubr”, wagoników dla kolei górskich, pomp wtryskowych, wózków golfowych „Melex”, transmisyjnych samochodów telewizyjnych, przyrządów do treningu sportowego „Atlas”.

ZSE Krzyk

Wytwórnia mielecka by-ła jednym z największych producentów i eksporterów w kraju. W 1958 r. podpi-sała wieloletnią umowę handlową na dostawy sa-molotów AN-2 dla potrzeb gospodarki radzieckiej. W latach 70. eksportowała około 50 procent produk-cji, prezentowała wyroby na międzynarodowych wy-stawach w Paryżu i Hano-werze. Za osiągnięcia we współ-zawodnictwie pracy i w uz-naniu zasług dla gospodar-ki narodowej przedsiębior-stwo było wielokrotnie na-gradzane. Zdobyło m.in. Sztandar Przechodni Mini-stra Przemysłu Ciężkiego i Zarządu Głównego Związ-ku Zawodowego Metalow-ców, nagrody w Ogólno-polskich Konkursach „Do -Ro” (Dobrej Roboty), Or-der Sztandaru Pracy I Kla-sy. Doceniając osiągnięcia WSK Mielec, wizytowali ją m.in. I sekretarz KC PZPR Edward Gierek, Prezes Ra-dy Ministrów ZSSR Aleksiej Kosygin i premier Rządu PRL Piotr Jaroszewicz. Przedsiębiorstwo od po-czątku swego istnienia nie-przerwanie włączało się w rozwój miasta, angażując własne siły i środki. Wybu-dowano osiedle fabryczne wraz z pełną infrastruktu-rą, Robotnicze Centrum Kultury, stadion FKS Stal, rozwinięto działalność FKS Stal i Aeroklubu Mieleckie-go. Pomyślny rozwój WSK przez około 40 lat sprawił, że liczba mieszkańców wzrosła siedmiokrotnie i przekroczyła granicę 60 tysięcy, a miasto stało się znanym ośrodkiem prze-mysłowym, kulturalnym i sportowym. Wojciech Koper

ZSE Krzyk Pani Irena Bąk jest byłym pra-cownikiem WSK PZL Mielec. Swoją siedmiolet-nią "przygodę" z zakładem za-częła w 1967 r., mając zaledwie 17 lat. Pracowała w wydziale 36, w hali nr 10.

Trudna młodość Jako dziecko mieszkała z rodzicami w miejscowości Jamy, oddalonej ponad 20 km od Mielca. Uczęszczała do Szkoły Podstawowej nr 6 w Mielcu. Najlepiej zapa-miętała dojazdy, na które musiała poświęcić dużo czasu. Kilka razy zdarzyło się, że autobus nie doje-chał z powodu ogromnych zasp na drogach i nie po-zostało jej nic innego jak iść pieszo. W wieku 17 lat urodziła pierwsze dziecko. Z przy-czyn finansowych zaczęła pracować, co zmusiło ją do przerwania nauki w śred-niej szkole dziennej i kon-tynuowania jej w szkole wieczorowej. Uczyła się w mieleckim Zespole Szkół Ekonomicznych, który bar-dzo miło wspomina, choć – niestety – nie udało jej się skończyć szkoły. W Mielcu zamieszkała w wieku 19 lat, już jako mężatka. Wtedy życie wyglą-dało zupełnie inaczej… Nigdy nie brakowało jej czasu. Gdy zamieszkała z mężem, doszły obowiązki gospodyni domowej. Mimo to miała czas również dla siebie. Mogła spotkać się z przyjaciółmi, porozmawiać z nimi, nie musiała zary-wać nocy, żeby ze wszyst-kim zdążyć. Pamięta, jak z rodzicami, dziadkami czy później z mężem spędzali czas w jednym pomiesz-czeniu, długo rozmawiając, śmiejąc się z dowcipów lub oglądając telewizję. Nawet kuzynostwo przyjeżdżali co niedzielę na wspólny obiad. To wszystko bardzo zacieśniało więzi międzylu-dzkie. Dzisiaj najbardziej brakuje jej ciepła rodzin-nego. Gdy jest w domu, ma wrażenie, jakby prze-bywała w zakonie. Każdy z domowników idzie do swo-jego pokoju, zamyka się w czterech ścianach, z nikim o niczym nie rozmawiając. Denerwuje ją także to, że nawet z kuzynostwem nie w każde święta ma okazję się widzieć. Również sklepy wyglądały zupełnie inaczej, natomiast supermarkety w ogóle nie istniały. Gdy I sekretarzem KC PZPR był Władysław Gomułka, na półkach stał tylko ocet. Na kartki sprze-dawano żywność, z cza-sem także niektóre artyku-ły przemysłowe, jak buty, ubrania, później również samochody itp. Zanotowała w pamięci ko-lejki po zakupy, w których czasami była zmuszona czekać po kilka dni. Podczas kadencji Edwarda Gierka półki sklepowe ugi-nały się pod towarem. Po-wszechnie wiadomo było, że zaciągnięto gigantyczny

ZSE Krzyk

dług, za co później trzeba będzie pokutować. Moją maszyną była szlifierka... Aby dostać się do WSK, należało pokazać prze-pustkę. Gdy się zdarzyło, że któryś z pracowników zapomniał wziąć ją ze so-bą, mógł wejść za okaza-niem dowodu. W ostatecz-ności strażnik bramy dzwo-nił w celu potwierdzenia tożsamości pracownika do kierownika wydziału, na który zatrudniony chciał się dostać. Do pracy dojeżdżano MKS- ami oraz samochodami zakładowymi. Podwoziły one pracowników do WSK i odbierały po zakończeniu zmiany. Sprzęt, na którym praco-wała, to szlifierki obroto-we. Wykonywała wszystkie czynności związane ze zu-żywającymi się częściami maszyny. Szlifierka obroto-wa szlifowała tzw. sztuki, czyli charakterystyczne de-tale, które można było otrzymać z zakładowej na-rzędziowni. Sztuki wkłada-ło się w tłoczki, a następ-nie oba materiały w szczę-ki. Później szczęki układało się na tarczy, ta z kolei obracała się dzięki urzą-dzeniu zwanemu diament, umieszczonemu na środku maszyny. Jeśli wystąpił problem z maszyną, kie-rownik wysyłał pracowników na „postojo-we”. Była to praca łatwiej-sza, jednak mało płatna. W zakładzie pracowali rów-nież robotnicy zwani usta-wiaczami. Naprawiali oni zepsute szlifierki obrotowe. Praca na tych urządzeniach nie należała do niebezpie-cznych, ale też nie była całkiem bezpieczna. Obok maszyny stał zbiornik, z którego często pryskało paliwo. Poważniejszy pro-blem stanowiła sama ma-szyna. Kiedyś w zakładzie zdarzył się wypadek. Wło-sy pracownicy wkręciły się w tarcze i zostały wydarte razem z częścią skóry. Od tego zdarzenia kobiety mu-siały zakładać spodnie oraz chusty. Żmudna codzienność Każdy pracownik musiał wyrabiać normę, czyli sto procent. Jeśli ktoś nie speł-niał tego wymogu, był zwalniany z powodu sła-bej wydajności. Przeważnie wyrabiano sto dwadzieścia lub sto trzydzieści procent. Szkolenia odbywały się w trakcie pracy, nie przezna-czano na nie dodatkowych dni. Podobnie było z ucze-niem się zawodu. Nowy pracownik od razu stawał przy maszynie i po krótkim instruktażu rozpoczynał pracę. Czasami pani Irena na po-lecenie majstra zostawała w pracy dłużej. Raz ze względu na brak transpor-tu musiała wrócić pieszo do domu. Innym razem z obawy przed nocnym po-wrotem zdecydowała się zostać w zakładzie. Zdrze-mnęła się na ławie za ma-szynami, gdzie znaleźli ją w kolejce po papier toaletowy

ZSE Krzyk

strażnicy. Nie obyło się bez pouczenia. Duża część korzyści płynących z zakładu była wywożona za granicę do ZSSR. Znane było żartobliwe porównanie wytwórni do stojącej na granicy dojnej krowy, która rogi ma na terenie Polski, a doi się ją w ZSSR. Pani Irena nie pamięta żadnych strajków. Majster poinstruował jednak pracowników, jak należy się zachować w takiej sytuacji oraz pokazał, gdzie znajdują się schrony. Szczególnie zapadła jej za to w pamięć wi-zyta Edwarda Gierka. Odbyły się wówczas wielkie porządki, a ją spotkał zaszczyt – zrobiono jej zdjęcie, idącej obok Gierka. To jej jedyna pamiątka z okresu pracy w WSK. Wyżywienie każdy brał z domu, chociaż pracodawca zadbał o tę kwestię. W zakła-dzie były kioski i stołówki, gdzie pracowni-cy mogli kupić talerz zupy. Kobiety w ciąży, kierowane do lżejszych prac, dostawały szklankę mleka. W kolejce po kawę parzo-ną pozostali pracownicy mieli obowiązek je przepuścić. Pracodawcy organizowali wiele rozrywek dla pracowników. Były wycieczki, ogniska. Wówczas Dom Kultury należał do WSK, więc pracownicy zakładu mieli duży udział w życiu kulturalnym. Pani Irena tańczyła w balecie Zespołu Pieśni i Tańca „Rzeszowia-cy”. Rozdział zamknięty? Pani Irena pracowała w WSK siedem lat. Zrezygnowała z pracy w zakładzie, ponie-waż odbywała się ona na trzy zmiany, a kobieta miała małe dzieci, kórymi musiała się zajmować. Z sentymentem wspomina okres swojej pracy zawodowej. Gdyby dzisiaj miała wstać w nocy i iść do zakładu, poszłaby z największą przyjemnością. Patrycjusz Bulwa w kolejce po papier toaletowy (tak, dobrze państwo usłyszeli) w kolejce po papier toaletowy rozmawia się całkiem dobrze dopóki czułość niepojęta ściska pośladki (tak, dobrze państwo usłyszeli) ściska pośladki które zaraz mogą zadrżeć niczym Ziemia przerażona wielkim defektem ozonu tak, jest całkiem nieźle w kolejce po papier toaletowy odsypia się nieprzespanie walczy o przetrwanie modli się w kolejce po papier toaletowy... papieru aktualnie brak Żarówka, 2012 ZASŁUŻENI MIELCZANIE
W styczniu 1979 r. z okazji 35-lecia Polski Ludowej Ko-mitet Miejski PZPR założył „Księgę Za-służonych dla Mia-sta Mielca”. Wpis do „Księgi…” był wyróżnieniem na-tury honorowej dla osób, które wniosły wybitny wkład w rozwój miasta.
ZSE Krzyk

Pierwszego wpisu dokonano w 1979 r., ostatniego – w 1986 r. Ogółem wpisano 180 osób (kilkanaście dwu-krotnie), w tym za-równo kandydatów partyjnych, jak i bezpartyjnych. Jerzy Kopcewicz 1929-1990 W latach 1957-1963 pra-cował w Wydziale Kultury Prezydium Powiatowej Ra-dy Narodowej jako instruk-tor, a następnie kierownik. Był jednym z inicjatorów i organizatorów pierwszych „Dni Mielca” Był też zatrud-niony w Zakładowym Do-mu Kultury WSK jako chór-mistrz i II dyrygent ZPiT „Rzeszowiacy”. Od 1968 r. pracował także, jako II dy-rygent, z chórem męskim „Melodia”, a w 1970 r. zos-tał kierownikiem artysty-cznym i I dyrygentem tego zespołu. Skomponował i opracował szereg utworów na chór męski. W ciągu ponad 20 lat pracy osiągnął z „Melodią” wysoki poziom artystyczny oraz zdobył liczne laury w kraju i poza jego granicami. Edward Kazimierski TADEUSZ RYCZAJ JANUSZ MEJZA FRANCISZEK DUSZLAK

ZSE Krzyk ...dla utrwalenia w pamięci pokoleń sylwetek osób będących szczególnym wzorem patriotyzmu i ofiarności w służbie socjalistycznej Ojczyzny.

1931 W 1967 r. powierzono mu funkcję wiceprezesa urzędującego do spraw organizacyjnych FKS „Stal” Mielec i pełnił ją z powodzeniem do 1984 r. W tym okresie przyczynił się do osiągnięcia przez klub wielkich sukcesów w sporcie wyczynowym, m.in. dwukrotnego mis-trzostwa Polski i wicemis-trzostwa w piłce nożnej, wicemistrzostwa Polski i zdobycia Pucharu Polski w piłce ręcznej mężczyzn oraz pucharu Polski w siatkówce mężczyzn, a także licznych medali drużynowych i indywidu-alnych w lekkoatletyce, pływaniu i boksie. Kierował organizacją wielu zawodów. 1931-2010 W latach 1966-1989 był dyrektorem naczelnym WSK Mielec. Poprzez dłu-goletnie kompetentne kierowanie WSK i aktyw-ną działalność społeczną znacząco przyczynił się do dynamicznego i wielo-kierunkowego rozwoju WSK, a także rozwoju społeczno - gospodar-czego Mielca i jego re-gionu. 1926 W 1954 r. założył Zespół Pieśni i Tańca Ziemi Rzeszowskiej „Rzeszo-wiacy”. Był kierownikiem artystycznym i pierw-szym dyrygentem zespo-łu do 1990 r. Nieprzecięt-nymi umiejętnościami przyczynił się do osiąg-nięcia wysokiego pozio-mu artystycznego zespo-łu, dla którego skompo-nował szereg utworów. 1932 Od 1953 r. był za-trudniony w WSK Mielec kolejno jako instruktor kulturalno - oświatowy, sekretarz i wiceprze-wodniczący Rady Zakła-dowej Związku Zawodo-wego Metalowców. W 1961 r. został miano-wany kierownikiem ZDK WSK, a po utworzeniu w 1974 r. RCK – jego dyre-ktorem. W ciągu 26 lat kierowania tą główną in-stytucją kultury w Miel-cu wypracował bogatą ofertę kulturalną i oświa-tową dla mieleckiego środowiska. Był inspira-torem rozbudowy i mo-dernizacji bazy kultural-nej WSK. Kierował orga-nizacją wielkich imprez o zasięgu krajowym oraz konferencjami i sesjami naukowymi na temat fol-kloru. Był inicjatorem i organizatorem współpra-cy kulturalnej z zagrani-cą. Wybór i opracowanie na podstawie "Encyklopedii miasta Mielca" Katarzyna Kaczmarczyk Nie tylko o PRL - u z Witoldem Karasiem rozmawia Ewelina Działo
Jak zaczęła się Pana przygoda z piłką noż-ną? Czy od zawsze wią-zał Pan z nią swoją przyszłość? Mając 11 lat, rozpocząłem treningi w grupie trampka-rzy "Zenitu" Nisko. Jako 15-latek zacząłem grę w seniorach ligi okręgowej tego klubu. W wieku ju-niora występowałem w re-prezentacji województwa rzeszowskiego i uczestni-czyłem w zgrupowaniach kadry Polski. Zaintereso-wali się mną działacze Stali Mielec i w sierpniu 1969 r. przeniosłem się do Mielca.
ZSE Krzyk

Jako 17-latek zadebiuto-wałem w II lidze. Do czego nawiązuje pseudonim „Lolek”? Drugie imię Grzegorza La-ty to Bolesław, często zwracaliśmy się do niego Bolek. Przez to, że byłem wówczas jego najlepszym kolegą, zaczęto wołać na mnie „Lolek” i tak się przy-jęło. Miał Pan okazję grać ze słynnymi piłkarzami, takimi jak Lato, Kasperczak, Kukla. Jak wspomina Pan dawne czasy, gdy osiągali Pa-nowie ogromne sukce-sy? Lat 70-tych, w których Stal osiągnęła największe suk-cesy, nie da się zapom-nieć z dwóch powodów. Po pierwsze, były to osiągnię-cia na miarę wielkich klu-bów i wielkich ośrodków sportowych. Po drugie, pierwsze sukcesy odnieśli-śmy dzięki grze kolektywnej, bez gwiazd, w wyśmienitej atmosferze na treningach i poza nimi. Dzięki grze w młodzie-żowej reprezentacji Polski miał Pan okazję rozgrywać mecze na Haiti. Jakie momenty z tego okresu najbardziej utkwiły Panu w pamię-ci? W reprezentacji młodzieżo-wej rozegrałem 30 spot-kań, w tym jedno z nich na Haiti zaliczono jako mecz I

ZSE Krzyk

reprezentacji. Na Młodzie-żowych Mistrzostwach Eu-ropy zdobyliśmy 4. miej-sce. W drodze do półfinału w meczu z RFN w Essen, przegrywając 0:2 do przer-wy, zdołaliśmy wygrać 3:2. O klasie ówczesnej drużyny młodzieżowej niech świadczą nazwiska zawodników, którzy w póź-niejszych latach grali w I reprezentacji. Byli to: Lato, Szarmach, Szymanowski, Kmiecik, Bulzacki, Fiszer. Czemu zawdzięcza Pan tak znaczące sukcesy sportowe? Wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam wielu czynni-kom. Pierwsza rzecz to predyspozycje sportowe, talent. Ważną sprawą była odwaga i trafne decyzje, determinacja i upór, żeby w klasie maturalnej zmie-nić szkołę. Po maturze chciałem wyjechać z Miel-ca na studia, ale po namo-wach prezesa Kazimiers-kiego zostałem w Mielcu. Była to trafna decyzja. Skończyłem studia w Aka-demii Wychowania Fizycz-nego w Warszawie bez przerywania tego, co lubi-łem najbardziej, czyli gry w piłkę. Czy łatwo było robić karierę w czasach słyn-nego PRL - u? Dawny system PRL stwa-rzał zawodnikom bardzo dobre warunki do uprawia-nia sportu. Przy dużych za-kładach produkcyjnych funkcjonowały kluby, któ-re były utrzymywane z za-kładowej kasy. Duży na-cisk kładziono na pracę z młodzieżą. Tak było też w Mielcu. Bardzo dobra ba-za: stadion, hala sportowa, hotel, boiska treningowe, odpowiedni ludzie w zarzą-dzie i wyśmienity sztab szkoleniowy – to był klucz do sukcesu. Jaki był cel Pana podró-ży do Salzburga? W 1980 r. wyjechałem do Austrii i 2 lata grałem w SAK Salzburg. Był to wy-jazd, który przedłużył moją karierę sportową. Czym zajmował się Pan po powrocie do Polski? Po powrocie z Austrii zos-tałem najmłodszym, 31-letnim trenerem pierwszo-ligowej drużyny, oczywiś-cie Stali Mielec. Był to jed-nak krótki epizod. W wy-niku pozaboiskowych gier działaczy zostałem zwol-niony i przeniesiony do pracy z młodzieżą. Jaki cechy osobowości pomogły Panu w treno-waniu piłkarzy? Trudno siebie oceniać, ale mogę powiedzieć, co po-winno cechować trenera młodzieży, a więc punktu-alność, sprawiedliwość, wiedza fachowa, otwartość, doświadczenie boiskowe. Powinien być również dobrym psycho-logiem, bo w dzisiejszych czasach dotarcie do sfer mentalnych młodzieży nie jest łatwe. Można odnieść wraże-nie, że wszystko w Pa-na życiu kręci się wokół piłki. Obecnie uczy Pan wychowania fizycznego w I LO i jest Pan trene-rem w Szkole Mistrzos-twa Sportowego. Co może Pan powiedzieć o obecnych piłkarzach? Dlaczego Stal Mielec nie osiąga takich suk-cesów, jak wcześniej? W Polsce są naprawdę zdolni piłkarze. Brak cen-tralnego systemu szkolenia dzieci i młodzieży uniemo-żliwia selekcję, a potem ra-cjonalne szkolenie. Brak środków finansowych w małych klubach wpływa hamująco na szkolenie. Obecna piłka nożna to ko-mercja. Można powiedzieć tak: gdzie są pieniądze, tam są i sukcesy. W Mielcu jest podobnie, nie będzie sponsora, to nie będzie drużyny grającej na wyso-kim poziomie. Czym zajmuje się Pan w wolnym czasie? Moje hobby to stolarstwo i długie wycieczki rowerowe. Dziękuję za rozmowę. J. Przyboś "Do robotnicy"

ZSE Krzyk Kilka uwag o pracy, poezji i kobietach na marginesie wiersza Juliana Przybosia ,,Do robotnicy” Wiersz Juliana Przybosia „Do robotnicy” zwraca uwagę czytelnika na klasę robotniczą, która jako siła robocza do-minowała w czasach PRL - u. Bohater liryczny przechadza się po hali fabrycznej, w której pełno jest ludzi pracują-cych. Dawniej każdy, kto chciał pracować fizycznie, taką pra-cę znajdował. Urzędnikiem zostawał ten, kto chciał się u-czyć i kto został wychowany w świadomości, że może osią-gnąć więcej. A jak jest dzisiaj? Czy każdy, kto szuka pracy, znajduje ją? Czy my, młodzi, będąc w wieku produkcyjnym, będzie-my mogli się na coś państwu przydać? Możemy pytać w nieskończoność. Nikt nam nie odpowie lub – co gorsza – jakiś polityk obieca, że jeżeli zagłosujemy na jego partię i to ona obejmie władzę w kraju, miejsca pracy się znajdą. Ale dla kogo? Dla członków jego rodziny, kolegów? A co z nami? Cytując słowa piosenki Sylwii Grzeszczak i Libera, zastanawiam się, „kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie?” Czy będziemy musieli uciekać z Polski w po-szukiwaniu lepszej pracy, za którą dostaniemy godziwe wy-nagrodzenie? Tak być nie musi. Wystarczy, że politycy przestaną obiecywać i zaczną działać. My chcemy żyć, nie wegetować! Być może kiedyś wszystko się zmieni. Bądźmy cierpliwi i …wróćmy do wiersza. W drugiej zwrotce utworu mamy nawiązanie do planu pięcioletniego: „5 młotów ciężkich jak pięć lat”. Plan pięcio-letni zakładał intensywne uprzemysłowienie Polski w celu zwiększenia jej możliwości gospodarczych i militarnych. Re-alizacja planu nie powiodła się. Wielu ludzi nie zgodziło się na wprowadzenie go w życie. W utworze podmiot liryczny zestawia swoje poetyckie dzieła i ręce robotników. Fizyczna praca klasy robotniczej przewyższa twórczość poety. Poeta. Ciekawy ludzki twór. W czasach PRL - u poeci nie mogli drukować swoich tekstów. Jeżeli już coś udało im się wydać, to bardzo wiele wierszy było usuwanych przez cenzurę. Za rozpowszechnianie tekstów o tematyce politycznej drukarnie likwidowano, a ich właścicieli

W hali fabrycznej, aleją z rąk do rąk rosnącego żelaza, rosnącego do ostrego szczytu: do pocisku, szedłem, jakbym rozstrzygał, spawając marzenie i siłę, jak nadać im wspólny kształt broni. Liczyłem: pięć młotów, ciężkich jak pięć lat, w jednej chwili dokonało na mnie zamachu czasu: sprawdzały moje dzieło poetyckie ręce robotników i robotnic. Rytmem tysiąca ramion najszybciej obrotnych jak wzruszę swoje ramię? Pęd maszyn moją wolę przesilił. Pozdrawiam cię, palaczko, szara gwiazdo iskier! Twoja dłoń odjęta od żaru moją od pióra znalazła, abym pisał wszystkimi uściśniętymi rękami.

ZSE Krzyk

więziono, oskarżając o wrogość wobec państwa. To nie było dobre. W dzisiejszej Polsce powszechnie uzna-wana jest wolność słowa i każdy, absolut-nie każdy, kto chce wydawać i ma na to pieniądze, ma takie prawo. Ale tylko nieli-czne jednostki utrzymują się z pisania wierszy. Ja, jako młody artysta, mam już na koncie dwie publikacje książkowe. I co z tego? Czy ktoś mnie zobaczył? Czy zaisnia-łam? I tu również muszę sobie odpowie-dzieć sama, że jednak w świecie literatury, która dociera do milionów Polaków, mnie nie ma. Wielu młodych, poza publikacjami w zbiorach poetyckich i Internecie, nigdzie nie udostępnia swoich tekstów. Państwo nie stawia na kulturę, tym bardziej na lite-raturę. Państwo nie przyjmuje do wiado-mości, że „niektórzy lubią poezję, niektó-rzy, czyli nie wszyscy”. Państwo wie, że po-eta jest istotą, która więcej widzi, czuje i myśli. Refleksyjny obywatel nie jest państ-wu do niczego potrzebny, nawet jeśli jego poezja niesie dużo dobrego. O wartościach niegdyś uznawanych przez świat, takich jak: patriotyzm, bezinteresowność, szacu-nek wobec drugiego człowieka, nikt nie chce słyszeć. Jesteśmy światem upodlo-nym przez samych siebie. Dzisiejsi poeci sami próbują coś robić ze swoim talentem. Piszą, niekiedy bez warsztatu literackiego, wysyłają swoje utwory na konkursy. Nikt nami, poetami, się nie zajmuje. Nie pozwa-la się nam na zostanie odkryciem roku. Ostatnia zwrotka liryku Przybosia jest hołdem dla tytułowej robotnicy: „Pozdra-wiam cię, palaczko, szara gwiazdo iskier!”. Już samo podjęcie pracy czyni ją boha-terką. Tak wiele kobiet w czasach PRL - u produkowało części do maszyn. Wiele z nich nie wiedziało, co tak naprawdę pro-dukuje. Liczyła się wtedy każda para rąk do pracy. Robotnice bardzo często zostawiały dzieci pod opieką mężów lub matek. Nie było to korzystne rozwiązanie, ale z czegoś trzeba było żyć. Kochany mąż lub stara matka, oni często nie radzili sobie z obowiązkami. Młoda kobieta to zawsze kobieta. A jak jest obecnie? A no tak, że współ-czesne kobiety chcą zrobić karierę, wyka-zać się umiejętnościami. Chcą udowodnić, że są tak samo dobre jak mężczyźni. Obej-mują kierownicze stanowiska. Wojna płci? A czemu nie! Ja, jako kobieta, jestem za obecnością kobiet w świecie biznesu, kultu-ry. Nie będzie facet pluł nam w twarz. Ale kto na tym wszystkim cierpi? Jak zwykle rodzina, a jeśli mowa o rodzinie, to rów-nież mowa o dzieciach. Rodzice często nie mają czasu dla swoich dzieci. Rekompen-sują ich straty nowym telefonem, lapto-pem. Rośnie nam społeczeństwo, które za-miast pracować, ćwiczy palce na klawia-turce. Nie jest to dobre zjawisko, ale sami się na to godzimy. Kobiety. Która z nas nie chciałaby być niezależna od swojego faceta. Stworzyć świat pełen kobiet? Co tu dużo gadać, odtworzenie świata z „Seksmisji” nie jest możliwe, niestety. Dla niektórych pewnie to i dobrze. Ale „gdybym mogła być męż-czyzną jeden dzień, pewnie byłabym su-permenem, tyle o kobietach wiem, jestem jedną z nich”. My, kobiety, nie musimy walczyć o miano supermena. Już samo podjęcie pracy i życie pomiędzy facetami czyni nas bohaterkami. Monika Cichoń UWAGA, CENZURA! Na własne oczy...

ZSE Krzyk

Przez niemal 44 lata funkcjonariusze Głów-nego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Wi-dowisk czuwali nad tym, by do publicznej wiadomości przedosta-wały się tylko takie in-formacje i opinie, któ-re władza uważała za pożądane. Zadaniem cenzury było nie tylko ukrycie wad systemu i odebranie głosu opozycji, ale też przedstawienie socja-lizmu jako ustroju cha-rakteryzującego się po-wszechnym dobroby-tem i szczęśliwością, a władzy jako dobroczyń-cy narodu. Cenzura miała być strażnikiem „właściwej rzeczywis-tości”. Cenzurowano absolut-nie wszystko: prasę, powstające teksty lite-rackie, książki, progra-my telewizyjne, filmy, a także np. etykiety, nekrologi czy instruk-cje obsługi. W jaki sposób dzia-łała cenzura w PRL - u? Jak manipulowano in-formacjami? Jak omija-no cenzurę? W jaki sposób władze komu-nistyczne wpływały na kulturę? – na te i inne pytania podczas spotkania z młodzieżą w dniu 8 października odpowiadał pan Józef Witek, regionalista, animator kultury, au-tor opracowań dotyczą-cych „małej ojczyzny”, m.in. „Encyklopedii miasta Mielca”, były kierownik Biura Promo-cji i Informacji Urzędu Miasta, inicjator wielu miejskich przedsię-wzięć. Uświadomił słu-chaczom ogrom nisz-czycielskich możliwości i zasięg destrukcyjnego wpływu cenzury na kul-turę narodową oraz świadomość społeczną Polaków. Ewelina Działo Postanowiliśmy zorganizować wysta-wę pamiątek po PRL - u, która niczym wehikuł czasu przeniosłaby nas do młodzieńczych lat naszych rodziców. Redakcja

ZSE Krzyk

Nie każdy chce pa-miętać o PRL - u. „Bie-da, puste półki, ciężkie czasy” – mówi 80-let-nia pani Julia i spogląda na nieliczne zdjęcia po-chodzące z tego okre-su. Po chwili dodaje, że to wszystko, co pozos-tało z tamtych lat. Mi- mo że widzę uśmiech na jej twarzy, wniosku-kuję, że rozdział ten już dawno został zamknię-ty. Jedynie, co o tym przypomina, to kilka wyblakłych zdjęć na drewnianej półce. Innego zdania jest pani Zofia, 58-letnia nauczy-cielka. Na wzmiankę o PRL - u wyraźnie się o-żywia. Ciepło wspomina swoją młodość. „Te pa-rady, pochody patrioty-czne, prace społeczne z przyjaciółmi i te wiej-skie wesela…” – mówi rozmarzona. Wyciąga z szafki gruby album z wytartą, nieco rozklejo-ną skórzaną okładką, co świadczy o jego czę-tym użytkowaniu. Upewniam się, że czas ten jest nie tylko wspomnieniem czy pli-kiem starych fotografii, jest niezatartym śla-dem, którym żyje się na co dzień, wciąż do tego wracając. Tradycją , która była pod-trzymywana i pielęgnowa-na w czasach PRL -u, były dożynki gminne. Obcho-dzono je tradycyjnie z za-chowaniem folklorystycz-nego rysu. Obecne były pieśni i pochody z koloro-wymi wieńcami – darem dziękczynnym i symbolem szczęśliwie zakończonej pracy żniwnej. W każdej wiosce w latach PRL -u musiały być świet-lice, domy ludowe, aby lu-dzie mieli gdzie organizo-wać spotkania, uczestni-czyć w akademiach okoli-cznościowych. Na zdjęciu mieszkanki gminy na spotkaniu zorga-nizowanym z okazji Dnia Babci w Domu Strażaka w Grochowem.

ZSE Krzyk ZSE Krzyk Władze PRL nigdy nie zakazywały upamięt-niania gen. Władysława Sikorskiego, dlate-go poczuciem patriotyzmu wykazali się mieszkańcy Tuszowa Narodowego podczas obchodów rocznicy jego urodzin. W cen-trum wsi odbyła się wielka patriotyczna u-roczystość, która rozpoczęła się mszą świę-tą. W tym dniu poświęcono sztandar, a tu-tejszej szkole podstawowej nadano imię generała. Częstym zjawiskiem w czasach PRL były czyny społeczne, czyli prace na rzecz naj-bliższego środowiska, najczęściej organizo-wane w niedziele lub dni wolne od pracy. Mieszkańcy podczas takich akcji sadzili las, zbierali ziemniaki w PGR, porządkowali swoje wioski. Na zdjęciu sadzenie młodego lasu w Czajkowej. Te fotografie dokumentują zmiany, jakie zaszły przez lata w Tuszowie Narodowym. Pokazują, jak wyglądała zabudowa, jak ubierali się ludzie, jakie były zwyczaje weselne. Zdjęcia przedstawiają orkiestrę grającą przed domem panny młodej i przemarsz pary młodej wraz z gośćmi i muzyką po mszy ślubnej do Domu Ludowego, w którym odbywało się przyjęcie weselne. Klaudia Lubacz

Za komuny było lepiej?
PRL w dwóch odsłonach
ZSE Krzyk

Dla nas, młodych, PRL jawi się niczym mityczna kraina, pełna absurdów i komicznych zdarzeń. Star-si, bazujący na własnym doświadczeniu, są podzie-leni. Ku irytacji partii post-solidarnościowych wielu rodaków dobrze myśli o tamtej epoce. Aż 44% Po-laków pozytywnie ocenia PRL, niemal tyle samo - negatywnie – wynika z najnowszego sondażu CBOS. „Polacy w średnim i sta-rszym wieku, którzy ostat-nią dekadę PRL przeżyli już jako dorośli ludzie, spoglą-dają w przeszłość bez wię-kszych sentymentów. Wię-kszość z nich deklaruje, że mając wybór między ży-ciem w PRL i życiem w dzi-siejszej Polsce, wybrałaby czasy obecne. Wolą dzisiej-szą Polskę, mimo że oso-biście nie w pełni czują się beneficjentami transforma-cji i nie zawsze podoba im się sposób, w jaki funkcjo-nuje polska demokracja. Co więcej, porównując z perspektywy czasu mate-rialne warunki swojego gospodarstwa domowego jesienią 1988 i dziś, skłon-ni są sądzić, że były one lepsze u schyłku PRL” – czytamy w komentarzu CBOS. Postanowiłam przepro-wadzić własne „badanie” na bardzo skromnej, bo li-czącej zaledwie dwie osoby próbie. Zapytałam o opinie ludzi, którzy pracowali w państwowych firmach w Mielcu przed 1989 r. Na prośbę moich rozmówców nie będę ujawniała ich da-nych osobowych. „Otrzymywałem godne wynagrodzenie za pracę – mówi były pracownik PZL. Im wyższa norma i jakość pracy, tym większe były pieniądze. Różnice między dyrektorem a zwykłym szarakiem nie były tak du-że jak teraz. W czasach PRL - u na ulicach nie wi-dywałem głodnych, żeb-rzących ludzi, a teraz częs-to ich widuję. Dawniej pra-wie każdy miał pracę, bo zakłady były państwowe i stawki były ustalone dla całej Polski w miarę jed-nakowe. Teraz dyrektor czy majster zarabiają pięć razy tyle co zwykły pra-cownik. Pamiętam, jak na książeczce mieszkaniowej odkładałem z każdej wy-płaty pieniądze, żeby po 15 latach mieszkać na swoim. Wracając wspom-nieniami do tamtych dni, zadaję sobie pytanie: czy ty, jako młoda, rokująca osoba, pracując w demo-kratycznym kraju odłożysz przez 15 lat pieniądze na mieszkanie? Nie, żaden zwykły pracownik nie jest w stanie tego zrobić. Musi albo wziąć kredyt, albo wynajmować mieszkanie. Innego wyjścia nie ma.” Wypowiedź ta rozbudzi-ła moją ciekawość na tyle, że postanowiłam popytać dalej. Natknęłam się na pewną panią, która praco-wała jako sprzątaczka w WSK. Usłyszałam następującą odpowiedź: „Drogie

ZSE Krzyk

dziecko, czasy te przywo-łują zarówno bolesne, jak i dobre momenty życia. Bo-lesne, bo mąż, wracając z pracy, zawsze był podpity, jadł coś i kładł się spać. Wszędzie można było dos-trzec mężczyzn, którzy al-bo pędzili bimber, albo ja-kimś szczęśliwym trafem kupowali alkohol i pili pod-czas pracy. Nikt za to ich nie karał. Było na to przyz-wolenie, bo przecież preze-si, dyrektorzy też tak robi-li. Przykrym wspomnieniem jest też stanie w kolejkach. Nigdy nie zrozumiesz, jaką satysfakcję czuł każdy wie-dząc, że kupi coś swojej rodzinie, dzieci wreszcie wypiją szklankę mleka, zjedzą cząstkę pomarań-czy. Przynajmniej praca była. Jako sprzątaczka za-rabiałam dość dużo, wys-tarczało, żeby odłożyć w skarpetę i zapłacić rachun-ki, a pieniądze na życie da-wał mąż. Dzieci miały ksią-żki jedno po drugim i każ-de wyrosło na mądrego człowieka. A dziś? Rok w rok reformy, które tak na-prawdę są zwykłym mydle-niem ludziom oczu. Daw-niej kradli, owszem, wyno-siło się za bramy to i owo, ale nigdy na skalę maso-wą, jak teraz. Każdy każ-demu pomagał jak umiał, nikt nie liczył, że utopisz się w łyżce wody. Dziecko drogie, dzień w dzień, ma-jąc 68 lat, patrzę na ten świat i ubolewam, bo chcą z Matki Polski zrobić Za-chód. Młodzi uciekają za granicę, bo przyszłości tu nie ma. Gdy dostaję eme-ryturę, czekam, czy po-wiedzą mi, że to ostatnia. Wolałabym żyć za komuny, mimo że rolnicy mieli źle, bo oddawali wszystko, co mieli, za grosze albo i za darmo. Gierek brał kredy-ty, ale za nie wybudował huty, zakłady. Mnie w czasach PRL - u nic nie brakowało, tylko jedzenia na sklepowych półkach do-stępnych dla wszystkich w tych samych ilościach...”. Te dwie historie są dla mnie dowodem, że przed-stawianie czasów PRL - u wyłącznie w dobrym lub w złym świetle jest kłams-twem. Każdy system ma swoje plusy i minusy, a ży-cie blaski i cienie i z tym trzeba się pogodzić. Agnieszka Serafin Na zdjęciu pochód pierw-szomajowy, 1973 r. Archiwum prywatne. NAJCZARNIEJSZY DZIEŃ W CZASACH PRL - U
Najlepszym filmem o podłożu historycz-nym, jaki ostatnio o-glądałem, jest „Czar-ny czwartek: Janek Wiśniewski padł”.
ZSE Krzyk

Reżyser, Antoni Krauze, przypomina w nim jedną z najmroczniejszych kart z historii PRL - u. W grudniu 1970 r., na krótko przed świętami, dochodzi do podwyżki cen podstawowych artykułów spożywczych. Reakcją jest fala społecznego niezado-wolenia. Gdyńscy stocz-niowcy, domagając się wyższych zarobków, podej-mują strajk zakończony brutalną pacyfikacją mani-festantów przez oddziały wojska i milicji. Tytułowy „czarny czwartek” to 17 grudnia 1970 r, kiedy w drodze do pracy została ostrzelana załoga stoczni. Jedną z o-fiar masakry był osiemna-stoletni robotnik, Zbyszek Godlewski, którego zwłoki zostały przeniesione na drzwiach ulicami Gdyni. To właśnie jego śmierci została poświęcona popu-larna piosenka „Ballada o Janku Wiśniewskim”. Film Krauzego to wie-lopoziomowa historia roz-grywająca się przede wszystkim w rodzinie pań-stwa Drywów, Stefanii (Marty Honzatko) i Bruno-na (Michał Kowalski), ro-dziców trójki dzieci. Poz-najemy ich, gdy przy stole informują o przeniesieniu się do miasta i otrzymaniu mieszkania. To ma być ich nowy start w lepsze życie. Poprzez losy rodziny Drywów mamy okazję przekonać się, jak żyło się wszystkim Polakom w czasach kartek i rosnących cen żywności. Dowiaduje-my się, jakie marzenia i problemy mieli wówczas przeciętni ludzie, jak per-fidnie i okrutnie traktowała ich ówczesna władza. To dobrze, bo obecnie duża rzesza młodych ludzi nie zna historii swojego kraju, a PRL stał się wyłącznie mitem i hasłem zasłysza-nym w mediach lub od lu-dzi starszych. W filmie nie zabrakło reliktów obrazujących ów-czesną rzeczywistość. Fra-nia, pożyczana na pranie od sąsiadów, syfony, po-pularne nysy – każdy MIŚ Krzywe zwierciadło Peerelu
- Po co jest ten miś? - Nikt nie wie, po co, więc nikt nie zapyta.
ZSE Krzyk

element znakomicie tworzy niepowtarzalny klimat tam-tych czasów. „Czarny czwartek” to nie tylko doskonała lekcja his-torii. Film wart jest obej-rzenia również ze względu na jego wydźwięk artysty-czny. Widowiskową rekon-strukcję dramatycznych wydarzeń w Gdyni wyróż-niają rozmach insceniza-cyjny i trzymająca w na-pięciu akcja, uzupełniona świetnymi materiałami ar-chiwalnymi. Godne uwagi są wybitne kreacje Piotra Fronczew-skiego jako Zenona Kliszki oraz Wojciecha Pszoniaka jako Władysława Gomułki, a także wzruszające role Marty Honzatko i Michała Kowalskiego. Wobec emo-cji płynących z ekranu nie można pozostać obojęt-nym. Jestem przekonany, że ten epicki film powinien o-bejrzeć każdy Polak, zwła-szcza młody, aby docenić wolność, jaką dziś może się cieszyć. Andrzej Strzępka Tytuł filmu Stanisława Barei był w latach 80. czy-telny dla każdego. Symbo-lizował nieproszonego goś-cia ze Wschodu, jakim była nowa tradycja, obyczajo-wość i sposób myślenia lu-dzi w ogromnym stopniu decydujący o rzeczywistoś-ci PRL - u. Komedia ukazała się w kinach polskich kilka mie-sięcy przed ogłoszeniem stanu wojennego. Dla przeciętnego widza była satyrą na ówczesną rze-czywistość. Scena z baru mleczne-go, w którym talerze przy-śrubowywano do stołów, a sztućce mocowano na łańcuchach, uroczysta ce-remonia wręczenia pasz-portu przypominająca ślub cywilny albo tzw. uroczys-te nadanie imienia, sprze-daż szamponu do włosów, po którym klienci łysieją - to chyba najbardziej znane scenki obyczajowe ilustrujące realia tamtych czasów. Kioskarka prowadząca pokątną sprzedaż mięsa, kiełbasa podwawelska wręczana jako łapówka, kuriozalne dania w barze mlecznym, sprawa ukra-dzionych z planu filmowe-go parówek, milicja przyj-mująca choinki zamiast mandatu, wyłudzająca pie-niądze od kierowców... Przykłady PRL - owskiego absurdu można długo je-szcze mnożyć. Mimo upływu lat „Miś” stanowi, obok „Rejsu”, czołową polską komedię i bezsprzeczne dzieło kul-towe. To wyjątkowo złoś-liwa parodia socjalizmu, zaliczana przez krytyków do nurtu „kina niepokoją-cego uśmiechu”. Andrzej Strzępka
PRL na wesoło
ZSE Krzyk

Wchodzi staruszka do skle-pu mięsnego. - Poproszę szynkę. - Nie ma. - To w takim razie baleron. - Też nie ma. - A schab, golonka? - Nie ma. Niczego nie ma. Staruszka wychodzi ze sklepu, a ekspedientka mówi do swojej koleżanki: - Popatrz, popatrz! Taka stara, a jaką ma pamięć! Na jednym ze zjazdów PZPR trwa dyskusja czy zwiększyć pieniądze na żłobki czy na więzienia. W pewnym momencie ktoś wstaje i mówi: - Towarzysze! Do żłobka już nie wrócimy! I zwiększyli na więzienia. Dlaczego 13 grudnia w TV nie było na dobranoc Pszczółki Mai? - Bo nie znaleźli takiego małego munduru. - Dzień dobry sąsiedzie! Co nowego słychać? - Nie wiem, bo wczoraj wieczorem okropnie zagłu-szali... - Kiedy odbyły się pierwsze w świecie wybory według komunistycznego wzorca? - W raju, gdy Bóg stworzył kobietę, przyprowadził ją do Adama i powiedział: „Wybierz sobie żonę”. Żródło: http://smieszne-dowcipy.frui.pl Rys. Patrycja Żądło, Izabela Maziarz