Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






nr @2 01/2010

Krótko o książkach Okna do nieba Dragon Forum 2010

Wystarczy wyciągnąć rękę, aby objąć dziewczynę, ale wystarczy także przejść kilka kroków, aby pochylić się nad trumną, a między tym co jest najpiękniejszym życiem, a tym, co jest najokrutniejszą śmiercią – jesteśmy my. Ryszard Kapuściński

Biała gorączka Jacka Hugo Badera wygrała plebiscyt Trójki na książkę roku. Drugie miejsce przypadło antologii 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła. Książka Jakbyś kamień jadła Wojciecha Tochmana ukazała się w przekładzie na język ukraiński  w wydawnictwie Nasz Czas. Autorem tłumaczenia jest Andrij Bodnar. "The Economist" zamieścił recenzję Wież z kamienia Wojciecha Jagielskiego. Wystawa fotograficzna „Okna do nieba" pokazuje kapliczki podwórzowe i przydrożne, figury i kapliczki wnękowe, krzyże i kapliczki skrzynkowe. Zapropono- wany podział jest umowny, chociaż dla nie-których rejonów pewne formy są bardziej charakterystyczne, np. kapliczki podwórzowe Starej i Nowej Pragi. Zaprezentowanych zostało 100 ze 300 zebranych zdjęć. Sala ekspozycyjna Muzeum Warszawskiej Pragi, ul. Ząbkowska 27/31 (budynek nr 36, 1 p.) Wystawa czynna od 7.01.2010 do 30. 04.2010, wstęp wolny. Rozpoczął się nabór projektów na Międzynarodowe warsztaty filmu dokumentalnego Dragon Forum 2010. W tym roku warsztaty odbędą się w pierwszej połowie marca (scenariuszowe), w drugiej połowie kwietnia (produkcyjne) w Warszawie oraz w pierwszym tygodniu czerwca w Krakowie podczas Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Zajęcia będą prowadzone w małych grupach pod okiem polskich i międzynarodowych ekspertów. Językiem wykładowym zajęć jest angielski. Gotowe projekty filmów dokumentalnych zostaną zaprezentowane redaktorom ze światowych stacji telewizyjnych, którzy przyjadą do Krakowa specjalnie na Dragon Forum w czerwcu 2010. Formularz zgłoszeniowy: www.dragonforum.pl Opracowała: Olimpia Wolf Większą czcionką Redakcja



W drugim numerze internetopwego Workshopu piszemy już większą czcionką. Dosłownie, gdyż za Waszą namową faktycznie powiększy-liśmy czcionkę. Ale także w przenośni, ponieważ w numerze pełno wielkich dziennikarskich nazwisk. Halina Bortnowska odpowiada na pytanie, czym jest sztuka rozmowy. Mariusz Szczygieł mówi o pracy reportera i książce "Gottland", która właśnie została wyróżniona Europejską Nagrodą Literacką. Z kolei Joanna Podgórka z "Polityki" recenzuje reportaż autorstwa studenta Laboratorium Reportażu. Na szczególną uwagę zasługuje fotoreportaż Jacka Kędzierskiego z turnieju kręglarskiego niewidomych i słabowidzących. Przeczytajcie koniecznie, co zobaczyła w nim Iza Wojciechowska, znana fotoedytorka. Anna Zdrojewska Redaktor naczelny: Marek Miller Sekretarz redakcji: Anna Zdrojewska Współpraca: Jerzy Ignatowicz, Agata Listoś, Olimpia Wolf, Rafał Pikuła, Joanna Sabak, Michał Kołek, Ewelina Kwiatkowska, Agata Sibilska, Joanna Sopyło, Jakub Wołosowski, Grzegorz Żukowski Zdjęcia: Adam Czajka, Jacek Kędzierski, Jacek Bodzak Wydawca: Laboratorium Reportażu Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski ul. Nowy Świat 69 pok. 39, IV piętro 00-046 Warszawa tel/fax (22) 55 22 904 Rozmowa z Haliną Bortnowską
Biorę odpowiedzialność za słowa


Powtarza Pani, że chce i lubi roz-mawiać z ludźmi. Czy jest coś, co na ten moment szczególnie chciałaby Pani przekazać swoim rozmówcom ? Nigdy nie myślałam w tych kate-goriach. Zazwyczaj czekam, aż ludzie poruszą jakiś istotny dla nich temat. Jeśli mają mi coś do powiedzenia, chętnie podejmuję rozmowę. Ale nie staram się specjalnie prowokować. Ja również, po prostu, stawiam pyta-nia. Kto chce ode mnie usłyszeć od-powiedź, musi zadać konkretne pytanie. Często, niestety, nie są to pytania, które powinny być skierowane do mnie. Z jakimi pytaniami ludzie zwracają się do Pani? Ktoś ostatnio zadał mi pytanie o postawę wobec poniesionej, bardzo dotkliwej, straty. To bardzo ważne i bardzo osobiste pytanie. Wymaga skupienia, czasu i szczególnie intymnej atmosfery. W kwestiach publicznych zabieram głos, gdy poruszana jest rzecz szczególnie dla mnie interesująca, i gdy wydaje mi się, że należy w tej sprawie coś wyjaśnić. Obecność krzyży w klasach jest taką sprawą. Ostatnio wzięłam w obronę uczniów wrocławskiego liceum.



Prof. Ryszard Legutko odsądził ich od czci i wiary. Nie można w taki sposób znie-chęcać ludzi do mówienia o tym, co ich dotyczy. Są tematy, w których co najmniej jedna ze stron nie toleruje innych argumentów niż własne. Nie lubię sytuacji konfrontacyjnych. Nie jest to mój ulubiony styl rozmowy. Staram się raczej znaleźć coś, co jednak łączy rozmówców. W sprawie krzyży zabrała Pani głos, aby znaleźć to, co łączy? Poniekąd tak. Istotne jest tu wyjaśnie-nie, co jest tematem tej sprawy. Pytaniem, które należy zadać, jest "Kto te krzyże zawiesił?", a następnie "Co dla kogo krzyż teraz znaczy?" Takie pytania zadał Europejski Trybunał Praw Człowieka państwu włoskiemu, bo okazało się, że to państwo wiesza krzyże w  szkołach. Zatem to państwo narusza Europejską Konwencję Praw Człowieka. To zupełnie inna sprawa niż u nas. Powieszenie krzyża przez instytucję państwową jest bezosobo-wym aktem władzy. Inaczej, gdy krzyż jest w rękach konkretnych osób. Ważna jest ich motywacja. Ludzie muszą nauczyć się odnajdywać i czcić krzyż bezinteresownie. Napisała Pani na blogu, że sfera publiczna, do której należy również klasa szkolna jest sferą podlegającą ciągłej dyskusji, dialogowi. Sfera publiczna należy do wszystkich. Choć z klasą szkolną lub z salą szpitalną związana jest, moim zdaniem, szczególna sytuacja, gdyż miejsca te są przestrzenią bliższą życiu konkretnych osób niż inne przestrzenie sfery publicznej. To, jakie znaki tożsamości mogą się pomieścić w tej przestrzeni jest tematem do dialogu, rozmowy, a może nawet negocjacji. Bo należy to robić tak, aby nawet mała grupa osób, dla której dany znak będzie trudny do przyjęcia, nie czuła się wykluczona. W tej dziedzinie ustępo-wanie słabszym, liczenie się z ich prze-życiami, nie jest słabością ani niekonsek-wencją, zwłaszcza, gdy chodzi o krzyż. Szkoła publiczna nie powinna być emanacją państwa, nie powinna być za-właszczana na własny wyłączny użytek przez jakąkolwiek grupę. Szkoła zawsze jest rzeczą wspólną, kieruje ku otwartej wspólnocie. Są tematy, na które trudno rozma-wiać. Porusza pani często sprawę kary śmierci, choć w pani słowach to zagadnienie wydaje się być bar-dziej zrozumiałe i przystępne. Temat jest w istocie bardzo trudny i nie zgadzam się, że można go było ująć w naprawdę łatwo przystępny sposób. Prostsze ujęcie tego tematu może być jedynie złudzeniem. Obawiała-bym się nieporozumień, gdyby ktoś próbował go w prosty sposób przedstawić. Ostatnio w ramach 9 edycji Festiwalu Watch Docs zajęłam się filmem „Kapelan w domu śmierci”, porusza-jącym problem kary śmierci. Główny bohater filmu był duszpasterzem towarzy-szącym więźniom idącym na śmierć. Przekonałam się, że można ująć ten



temat w tak dosadny sposób, jak zrobił to pastor Pickett – „Ludzie, przecież nie można nikogo zniechęcić do zabijania – zabijając!”. Najistotniejsze w tym filmie jest to,  że bohater dojrzewał do postawy przeciwnika kary śmierci przez 15 lat. Były to lata bolesnych emocji i przeżyć, kiedy pastor wracał do domu po przeprowadzonej egzekucji i nagry-wał na taśmach własne relacje z tych wydarzeń. Czy ktokolwiek z nas może powiedzieć, że rozumie te przeżycia? Ale ludzie zdają się uważnie słuchać pani słów, co skłania ich do własnej refleksji. Ważne jest uświadomienie sobie, że kara śmierci jest głęboko niehumanitarna, nie tylko wobec skazanych, ale również wobec tych, którzy tę karę wykonują. Wiele osób uważa, że jest sprawie-dliwością zabić tego, kto zabił, ale z tego wynika, że ktoś będzie musiał chcieć zabić, nie zostawiając kary Bogu. I zawsze zostają pytania – po co to czynić, i co potem? Całe szczęście, Europa zniosła karę śmierci. Tylko na Biało-rusi jest ona stosowana. Czy ty wiesz, jak się ją wykonuje w tym kraju? Strzela się w tył głowy. O tym należy mówić. Jest jednak nadzieja, że i tam zostanie wprowadzone moratorium. Jest to temat trudny. Ale cieszy mnie każdy głos refleksji. Jeśli skłoniłam kogoś do zadawania kolejnych pytań, to cieszy mnie to tym bardziej. Inicjując kampanię przeciwko karze śmierci chce Pani również skłaniać do refleksji? 10 paździer-nika każdego roku można panią spotkać na ulicy, obok przygoto-wanego stoiska, gdzie rozmawia pani z przechodniami. Kampania ta jest przedsięwzięciem, które powstało przy pomocy osób z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, z Amnesty International i z innych organizacji pozarządowych. W jakimś sensie cała Europa za tym stoi ustana-wiając swój europejski dzień przeciwko karze śmierci. Ja tylko się przyłączyłam, aby zaangażować w to więcej ludzi. W 2010 roku będzie nam sprzyjać fakt, że dzień 10 października wypada w niedzielę. Jeśli ktoś poświęca trochę czasu Bogu i swojej wierze, może uświadomi sobie, że Bóg nie jest miłośnikiem kary śmierci. Tematy, o których Pani stara się rozmawiać, często wywołują wśród ludzi różne interpretacje. Są one wynikiem nieporozumień, mylnych odczuć. Różne, mylne interpretacje często wynikają po prostu z pośpiechu. Ludzie odgadują, jakie może mieć znaczenie dana sprawa, ale nie ma to tak naprawdę pokrycia w rzeczywistości. Bywa tak również dlatego, że ludzie reagują na słowa–klucze, a nie na twierdzenia. Żyjemy w pośpiechu, jednocześnie ule-gając lenistwu w docieraniu do wiedzy. Powstaje przyzwyczajenie do kształtowaa-nia swoich poglądów z jak najmniejszym trudem. Kiedyś w PRL alibi od myślenia stanowił niedobór informacji. Teraz z kolei takim alibi jest ich nadmiar. Choć samej informacji nie jest nigdy za dużo, brakuje raczej umiejętności

Halina Bortnowska Urodzona 23 września 1931. Filozof, publicystka, przewodnicząca Rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Publikowała na łamach: Gazety Wyborczej, Tygodnika Powszechnego, miesięcznika Znak. Jest autorką książki: Już – jeszcze nie. Całoroczne rekolekcje z Ludźmi Adwentu.

jej przyswajania. Stare syste-my operacyjne zastępujemy znacznie bardziej wydajnymi. I wydaje nam się, że nasze zasoby są nieograniczone. Ale pomimo technicznych możliwości pozostajemy wciąż z najbardziej podstawo-wymi filozoficznymi pyta-niami. Zatem, aby zdobyć wiedzę musimy ciągle dyskuto-wać, rozmawiać? Tak. Musimy nieustannie wracać do ważnych tema-tów. Nie można zostawiać rozmowy urwanej. Tymcza-sem zdarza się często, że dyskusje są porzucane nawet na wiele lat. Jest to poniekąd tragedia dla rozmo-wy. Wydaje mi się, że w dys-kusji potrzebna jest też pewna ostrożność i nawyk sprawdzania informacji. To cecha metody naukowej. Pani odnajduje swoją rolę w ciąglym przypomi-naniu o ważnych tema-tach i o potrzebie bycia rzetelnym w zdobywaniu wiedzy? Nie eksponujmy w przesadny sposób mojej domniema-nej roli. Jestem publicystką i animatorką pewnych dzia-łań społecznych. Walczę z praktyką określania mojej roli przy pomocy jakichkol-wiek przymiotników, np. „publiicystka katolicka”. Wydaje mi się, że z tym jest podobnie jak z pojęciem demokracji – dodawanie przy-miotnika do słowa "demo-kracja” sprawia, że nie jest to już prawdziwa demokracja, lecz władza jakiejś grupy. Rozmawiał Grzegorz Żukowski Zdjęcia: Jacek Kędzierski



FOTOREPORTAŻ turniej kręglarski dla niewidomych i słabowidzących Zobaczyć Fotoreportaż ocenia Izabela Wojciechowska Izabela Wojciechowska



Czarno białe fotografie z efektem ziarnistości, która sama w sobie nie tyle świadczy o ich artyzmie, co pobudza naszą wyobraźnię. Jest zwiastunem tajemnicy. Tajemnicy, którą wydoby-wa na powierzchnię skąpe światło. Pierwsze co widzę, to jakiś niebywały stan skupienia podkreślony geometrią kadru i planu fotografii. Postacie zastygłe w tym skupieniu wyglądają jak antyczne rzeźby i przywodzą na myśl słynnego Dyskobola Myrona z Eluetheraj. Fazy cielesnego zmagania się z sobą trochę jakby pozbawione emocji i ruchu, a jakże nim kipiące. Tu nie chodzi o bieg kuli, tu nie chodzi o wynik w postaci jak największej ilości strąco-nych a może raczej upadłych kręgli. Tu chodzi o to, by zamknąć oczy i zobaczyć w ułamku sekundy niewiary-godną moc serca i ducha. Zobaczyć w ciszy światła, zobaczyć, nie widząc. Takie zadanie postawił przed nami Jacek Kędzierski z Wydziału Opera-torskiego Uniwersytetu Śląskiego. On zobaczył nie tylko okiem obiek-tywu, ale i sercem, fotografując turniej kręglarski dla niewidomych i słabowidzących, który odbył się w Tomaszowie Mazowieckim. Oglądam tych sześć fotografii składających się na fotoreportaż, zamykam oczy, trawię je w sobie. Potem otwieram znowu i nie jestem sędzią w białej koszuli, a jednym z tych, którzy dotknięci światłem zmagają się z jądrem ciemności w sobie. I widzę. Od wielu lat działa na ryn-ku medialnym i wyda-wniczym. Niemal 10 lat była na-czelną Centralnej Agencji Fotograficznej, a następ-nie Redakcji Fotografi-cznej PAP. Jest główną inicjatorką reaktywacji Konkursu Polskiej Fotografii Pra-sowej. Wykłada fotoedytorstwo na Wydziale Fotografii w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej i Filmo- wej w Łodzi, Laboratorium Reportażu, oraz Warszaw-skiej Szkole Fotografii. Autorka wielu wystaw fotograficznych, w tym wystawy podsumowują-cej dorobek Ryszarda Kapuścińskiego. Poznaliśmy laureatów 17. edycji nagród Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Laboratorium Reportażu cieszy fakt zdobycia Grand Prix przez naszą absolwentkę Patrycję Gruszyńską Ruman za dokument radio-wy „WiNna niewinna”. To opowieść o Stanisławie Rachwał, która spędziła w obozie w Auschwitz cztery lata, a w więzieniach PRL przesiedziała 10 lat. Zwycięstwo Gruszyńskiej Ruman nie było zaskoczeniem, we wrześniu 2009 roku za ten sam reportaż dostała Prix Italia, czyli „radiowego Oscara”.
Dziennikarskie nagrody SDP okiem Laboratorium Reportażu


17 grudnia w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal wyróżniono kilkunastu dziennikarzy. Oto najciekawsi laureaci z punktu widzenia Laboratorium Reportażu: Hanna Krall, Laur SDP (wyraz najwyższego uznania dla autorytetów zawodowych i etycznych) Uzasadnienie: Niczym beznamiętny badacz odkrywa fakty i szczegóły zdarzeń, a nieraz wprost nieprawdopodobnie skomplikowane okoliczności, które decydowały o  życiu lub śmierci. Słynny krytyk, Marcel Reich Ranicki, powiedział, że w porównaniu z Hanną Krall Hemingway to gaduła. Styl to człowiek. W przypadku Hanny Krall to więcej niż styl – to też charakter. Laur SDP dla Hanny Krall za niezrówna-ny kunszt pisania o pamiętaniu. H.Krall: Z tej okazji pomyślałam, co ludzie lubią, a o czym ja im opowiadam. Otóż, ludzie uwielbiają sensację. A w moich tekstach nigdy nie było, nie ma i nigdy nie będzie sensacji. Ludzie lubią się bać, ale na niby. A w moich tekstach strach jest naprawdę. Ludzie lubią być rozweselani, ja ich za-smuucam. Morał z tego jest banalny – trzeba robić swoje, po swojemu i na swój sposób. Jacek Hugo Bader, nagroda im. K.Dziewanowskiego (tematyka zagra-niczna) za reportaż o górniczych katastro-fach na Ukrainie; „Symfonia wybucho-wa c moll”, „Duży Format”. Uzasadnienie: Katastrofa w Doniecku była w tym stuleciu największą w Europie. Autor, dokładny w opisach okropności wybuchu metanu, nie narusza godności człowieka mimo surowego realizmu.



Pokazał również, jak może zdemoralizować pomoc materialna oraz jak ważny jest w nieszczęściu ład moralny, dobre obyczaje, prawdziwa przyjaźń i miłość. Jacek Hugo Bader: To  ogromny zaszczyt. Dziękuję bardzo. Beata Hyży Czołpińska, nagroda im. Macieja Łukasie-wicza (tematyka: cywilizacja i kultura) za telewizyjny dokument „Ostatnia książka Ryszarda Kapuścińskiego”, TVP.  Uzasadnienie: Rzecz o nie-napisanej książce Ryszarda Kapuścińskiego. Autorka idzie tropem Mistrza i odwiedza jego ukochany Pińsk, poznaje miasto, ludzi tam mieszka-jących, zwiedza zakątki opisane przez Kapuścińń-skiego. Beata Hyży Czołpińska: Ten film nie powstał by bez pani Alicji Kapuścińskiej, której bardzo serdecznie dziękuję za pomoc, ży- czliwość i poświęcony czas. Z rozmów z panią Alicją narodził się pomysł, by opowiedzieć obrazem książkę, która miała być ostatnią w życiu Kapuścińskiego. wysłuchał Jerzy Ignatowicz Zbiór reportaży o Czechach został zgłoszony do konkursu przez fran-cuskich krytyków literackich. 9 grudnia Mariusz Szczygieł zdobył za „Gottland” Europejską Nagrodę Literacką. Jury złożone z dziennikarzy ze wszystkich państw UE z setek nadesłanych propozycji wybrało najbardziej proeuropejską książkę.
O Czechach, po polsku, dla Europy


Pańska książka była jedną z wielu nominowanych do European Book Prize. Czy przyznanie tej nagrody było dla Pana zaskoczeniem? Byłem bardzo zaskoczony, bo kiedy dowiedziałem się, że jestem na tzw. short liście, sprawdzałem, że do konkursu zakwalifikowano na początku 81 książek i to takich sław, że mnie głowa rozbolała. Kiedy dowiedziałem się, że mam tę nagrodę, ucieszyłem się najpierw z tego, że to jest 10 tys. euro, bo mam teraz mamę w dość ciężkim stanie i operacja jej kręgosłupa zabie-rze połowę tej sumy, a rehabilitacja drugą połowę. Pierwsza myśl - jak fajnie, że są te pieniądze w tym momencie. A potem ucieszyłem się jeszcze bardziej, bo skoro wygrał „Gottland” w dzie-dzinie prozy, to znaczy, że w tym roku fakt wygrał ze zmyśleniem. Kiedy moja tłumaczka pani Margot Carlier, nie-strudzona i pełna entuzjazmu, zabiegała



we Francji o wydanie tej książki, kręcili trochę nosami, że kogo interesuje, co ma do powiedzenia Polak o Czechach. Autor z marginalnego kraju o marginalnym kraju. Gdyby to Francuz napisał, Anglik, Niemiec, ale Polak... Mówili tak, dopóki jej nie przeczytali, potem już wydali bardzo szybko. Powiedziałem więc po odebraniu nagrody: Cieszę się, że potraktowali Państwo tę książkę nie jak książkę Polaka o Czechach, tylko Europejczyka o Europie. Jak Pan myśli, czemu zbiór reportaży o Czechach zdobył tę nagrodę? Czym zaskarbił sobie jurorów? Nie mam pojęcia i szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego ją nagrodzili. Nie znam żadnych języków obcych poza czeskim i rosyjskim, więc nie rozumiałem, co na uroczystości w Parlamencie Europejskim o tej książce mówią. Bo mówili po angielsku i francusku. Margot Carlier, która prze-kładała „Gottland” na francuski, tłumaczyła tam moje wystąpienie i miała mi tłumaczyć to, co się mówi na uroczystości. Ale ze stresu straciła głos. Więc powiedziałem: - Pani Margot, proszę oszczędzać głos na nasze prze-mówienie. To nie jest takie istotne, co o nas mówią, ja się domyślę. Domyślam się więc, że chodziło o to, że moja książka jest przypadkiem przyglądania się przedstawiciela jednego narodu innemu narodowi. I to przyglądanie się jest pozbawione stereotypów, uprzedzeń, wywyższania się, oceniania, ferowania wyroków itp. Słowem - jest to przyglądanie się ze zrozumieniem. Zawsze staram się tak pisać, żeby trafiło i do profesor Marii Janion, i do mojej dozorczyni. Nie ma u mnie opowieści, jeśli nie wygląda ona trochę jak kryminał. Nie chodzi mi o treść, że musi opowiadać o nieszczęściu czy tragedii, chodzi mi o sposób pisania - takie umiejętne gospodarowanie ma-teriałem, jak w kryminale. Może sposób pisania się spodobał. Zresztą pytali mnie, czy naprawdę w polskich gazetach dru-kuje się takie teksty, jak w mojej książce. Powiedziałem, że w gazetach, to nie, ale w jednej tak. W skład jury przyznającego tego-roczne nagrody wszedł Marek Beylin z „Gazety Wyborczej”. Mogło to w jakiś sposób wpłynąć na przyznanie „Gottlandowi” nagrody? Myślę, że Marek Beylin sterroryzował pozostałych 20 jurorów z 20 krajów. Nie wiem, jakich użył metod, ale kilku jurorów czekało potem w kolejce, żeby mi pogratulować. Myślę, że musiał mieć na wszystkich jakiegoś haka. Zastanawia mnie, jak to się stało, że przewod-niczący jury, redaktor naczelny włoskiej „La Repubblica”, Ezio Mauro proponuje mi teraz, żebym przysłał mu cokolwiek ze swojej twórczości, a on to w ciemno opu-blikuje na swoich łamach. Dostałem od niego w tej sprawie nawet dwa ponagla-jące maile. Myślę, że za każdym razem, kiedy pan Mauro do mnie pisze, Marek Beylin stoi mu z pistoletem nad głową.

Zawsze staram się tak pisać, żeby trafiło i do profesor Marii Janion, i do mojej dozorczyni. Nie ma u mnie opowieści, jeśli nie wygląda ona trochę jak kryminał.

„Gottland” zgłosili do European Book Prize Francuzi. Czy polskie władze w jakiś sposób lobbowały na rzecz Pańskiej książki? Nie mam pojęcia. Ale sądzę, że polskie władze nie wiedziały nawet, że mogą cokolwiek zgłosić. Nie mam pojęcia, czy jest jakiś lobbing. Trudno, żebym to badał. To by znaczyło, że nie wierzę w wartość mojej książki. Ale skoro od trzech lat cały czas zgłaszają się wydawnictwa zagraniczne, które chcą ją wydać (na razie mam podpisanych dziewięć umów, a w pięciu krajach książka już wyszła), to wierzę, że nie trzeba było lobbować. Zresztą książka dostała wiosną nagrodę francuską, bardzo miłą, bo jest to nagroda literacka przyznawana przez studentów i wykładowców wielkiego uniwersytetu w Lille dla najlepszej książki przełożonej na francuski. Wręczają ją od kilku lat i pierwszą laureatką była „Hańba” Coetzee'ego. To wszystko, co spotyka książkę „Gottland” powoduje, że nie mogę się wziąć za następną, bo paraliżuje mnie myśl: ta druga nie powinna być gorsza. Rozmawiał: Michał Kołek Mariusz Szczygieł Karierę zaczynał w "Na przełaj". W latach 1995-2001 prowadził talkshow "Na każdy temat" w TV Polsat. Od 1990 r. pracuje w "Gazecie Wyborczej", od 2004 roku jest redaktorem "Dużego Formatu". Jego książka "Gottland" została przełożona na 8 języków. Niedawno opublikował antologię zatytułowaną "20 lat nowej Polski w reportażach". Stan pamięci
Pani Halina chce napisać list. – Ten więzień ma też problemy z oczami, tak jak ja. To akurat historia dla mnie.


Bierze do ręki długopis i w ciągu kilku minut powstaje dość osobisty list do Prezydenta Gwinei Równikowej: Wasza Ekscelencjo, słyszałam o brutalnych sposobach łama-nia praw człowieka w Pana kraju. Chciała-bym wyrazić swoje zaniepokojenie wobec bezprawnego zatrzymania członków opozy-cyjnej partii politycznej. Jestem starą kobietą. 28 lat temu był w Polsce stan wojenny i ja też byłam uwięziona. Dziś szczególnie wczuwam się w los więźniów, a zwłaszcza tego, który ma chore oko (jak ja). Ci ludzie pozostają w naszej pamięci jako przybrani krewni. Oczekuje-my wiadomości, że nasz apel nie pozostał bez echa. Z wyrazami szacunku, Halina Bortnowska" 10. Maraton Pisania Listów organizowany przez Amnesty International odbywa się w Teatrze Dramatycznym w Warszawie.  Halina Bortnowska jest jednym z wielu gości, którzy postanowili przyjść pod koniec



maratonu, w niedzielę 13 grudnia 2009 r. Muszę pomóc Pani Halinie w uzupełnieniu listu o adres i przy wypisywaniu nazwisk sześciu uwięzionych opozycjonistów. Ona zaś w międzyczasie udziela wy-wiadu dziennikarzom. – Znajomy opowiadał mi, jak w stanie wojennym, będąc zmobilizowanym studentem prawa, pracował jako tłumacz, w biurze prokuratora wojskowego. Tłumaczył codziennie ogromne ilości listów, które przychodziły z zagranicy w sprawie łamania praw człowieka w Polsce. Jego przełożony, do którego listy były adresowane, miał patrzeć tylko na adresy nadawców i śmiać się do rozpuku: Patrzcie piszą do mnie nawet z Kanady, z Francji, skądś tam inąd, a ja i tak zrobię, co zechcę i wszystko zależy tylko ode mnie – przechwalał się i zapewne czuł się ważny. Ale ten wysoki urzędnik nie miał racji i mam nadzieję, że się o tym prze-konał, nawet jeśli swoją butą udało mu się wykręcić od odpowiedzialności. My natomiast postępujemy słusznie, że pamiętamy o tych, o których tacy urzędnicy woleliby zapomnieć. Do teatru w Pałacu Kultury i Nauki na Maraton Pisania Listów przyszedł również Grzegorz Miecugow. – Poprzednim razem przychodziłem tylko prywatnie, ale tym razem przypro-wadziłem ze sobą ekipę z kamerą, aby nakręcić, chociaż krótki, materiał – odpowiada na pytanie, czy bywał już na „maratonach”. – A może ma Pan ochotę zobaczyć lożę Stalina – zagaduje Roman, koordynator wolontariuszy Amnesty International. Po skończonym maratonie idziemy razem na zaplecze Teatru Dramatyczne-go, dołączają do nas Draginja Nadażdin,  dyrektorka Amnesty oraz Mirosław Chojecki ze Stowarzyszenia Wolność Słowa, były „więzień sumienia”. Wspinamy się po pałacowych schodach, wyłożonych czerwoną tkaniną. Na pierwszym piętrze mijamy sypialnię z mosiężnymi, socreali-stycznymi meblami i elegancką łazienkę. Docieramy do przestronnego saloniku na drugim piętrze, z dużym oknem i ogromnym lustrem. Naprzeciwko okna są drzwi, na pierwszy rzut oka wyglądają jak część ściany i boazerii. Prowadzą one do „loży Stalina”. – Dlaczego „loża Stalina”? – pyta Grzegorz Miecugow. Oczywiście Stalin nigdy w niej nie był. Zmarł zanim skończono budować Pałac Kultury. Ale w założeniach architektów miała to być loża szczególnie dostojna. Legenda mówi, że na jedno z przedsta-wień w teatrze nie wpuszczono do niej generała Jaruzelskiego, bo chciał jej tylko dla siebie któryś z radzieckich dygnitarzy. Teraz w saloniku przed lożą znajduje się jedno z biur Teatru Dramatycznego, a sama loża jest zagracona i zaśmie-cona: stanowi schowek używany przez techników od oświetlenia. A teraz i my tu jesteśmy – moglibyśmy powiedzieć z satysfakcją i mam nadzieję, że Mirosław Chojecki zgodziłby się, gdybym to jemu przypisał taką puentę. grzzuk Ukryć autora

Reportaż "Stan pamięci" recenzuje dla nas Joanna Podgórska z "Polityki"

Temat nie jest niestety zbyt oryginalny. Został wielokrotnie opisany w prasie. Ale i w ta-kich tematach zawsze można znaleźć coś nowego, w tym przypadku są to co roku nowe historie. Tylko, że tutaj nie ma ich ani śladu. To jest moja główna uwaga. Autor, zamiast skupić się na przypadkach łamania praw człowieka, skupia się na znanych osobach, które odwiedziły imprezę. Nie wiemy nawet, kto jest bohaterem listu Miecugowa, jakie historie poruszyły go w latach po-przednich. Wiemy tylko, że wpadł z ekipą, a ten szczegół akurat nic nie wnosi. Można było na przykład wybrać historię jednego listu. Opisać autora i bohatera. Czyli pociągnąć mocno wątek Haliny Bortnowskiej i opozycjonisty z Gwinei Równikowej. Byłoby ciekawiej. Teraz kwestie czysto warszta-towe. Zaczyna się dobrze; od detalu, który ma wciągnąć czytelnika. Potem jednak powinien pojawić się akapit, wyjaśniający krótko, o co w tej imprezie chodzi. Tego zabrakło i trzeba się domyślać. Styl jest zbyt szczegółowy, chwilami groteskowo. Nie trzeba pisać wszystkiego. To, że Halina Bortnowska bierze do ręki długopis, by coś napisać, akurat można pozostawić domyślności czytelnika. Wreszcie - za dużo autora w tekście. Za dużo sformułowań typu: „pytam”, „idziemy”, „muszę pomóc”. To bardzo częsty błąd debiu-tantów, określany czasem anegdotycznie: „idziem, idziem, co my widziem”. Autor powinien być ukryty w tekście i pojawiać się wyłącznie wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne. Reportażowi brakuje kon-strukcji, a przede wszystkim selekcji materiału. Można mieć wrażenie, że autor chciał opisać absolutnie wszystko, co sprawia, że rzeczy istotne mieszają się z zupełnie nieistotnymi. A szkoda, bo niektóre opisy świadczą, że autor ma zmysł obserwacji i oko do detalu. Nie rozumiem puenty. Po co domyślać się, co by powiedział Chojecki, skoro człowiek jest na miejscu i można go spytać. Joanna Podgórska „Polityka” Na wspak
Są Bezdomni i bezdomni – jednym się chce, innym nie. Ci pierwsi trafili do „Wspak” i ze swoimi chęciami i pomocą zaangażowanych osób kierują swoje życie na właściwy tor.


Do osoby idącej przede mną podzie-miami Dworca Centralnego podchodzi człowiek wyglądający na bezdom-nego. Ma jednak na sobie odblaskową kamizelkę i torbę na ramieniu. Ekipa sprzątająca? Ulotki? Jak się okazuje – bezdomny, który jednak nie żebra, ale sprzedaje gazetę „Wspak”. Człowiek, który szedł przede mną kupił gazetę, a jak reagują inni? - Jedni są zacieka-wieni i gazetę kupują, inni odganiają jak muchy, a inni po prostu mijają obojętnie – przyznaje jeden ze sprze-dawców. Następnego dnia dzwonię do Fundacji Satoris, która jak się okazuje jest inicjatorem przedsięwzięcia. Uma-wiam się z prezes Barbarą Kaznowską i ze sprzedawcami na Centralnym. Powody do radości Spotykamy się na pierwszym peronie przy schodach ruchomych. Trafiam na ważny dzień w życiu „Wspak” – właśnie dzisiaj fundacja otrzymuje od władz Centralnego swoje miejsce - pomieszcze-nie składające się z dwóch „pokoi”. Wszyscy planują, jak zostanie zagospo-darowane. – w jednym będzie magazyn, w drugim miejsce, żeby posiedzieć, ogrzać się – ustalają przedstawicielki fundacji. Gdy wpadnę na Centralny po kilku dniach w pomieszczeniu będzie



już ogrzewanie, kawa, herbata, krzesła i co najważniejsze nowy numer maga-zynu, na który udało się uzbierać pieniądze. Jeden egzemplarz „Wspak” kosztuje 5 zł. Z tego 2,5 zł dostaje sprzedawca, a wydrukowanie kosztuje 2,56 zł, więc trzeba gdzieś znaleźć te 6 groszy na egzemplarz. Gdy podliczy się cały nakład, suma sięga rzędu kilku tysięcy złotych. Na początku... Otwieram „Wspak” i na jednej z pierw-szych stron widzę Roberta, z którym już zdążyłam się poznać. Uśmiechnięty, z wąsem, chętnie rozmawia. W maga-zynie czytam fragment jego opowia-dania o tym, jak stał się bezdomny. - W pewnym momencie nasze drogi, moje i żony, zaczęły się rozchodzić. Odszedłem z domu, bo chciałem mieć komfort psychiczny, a nie fizyczny, w postaci mieszkania – wspomina. Robert kontynuuje opowiadanie. – Po wyprowadzce z domu spałem w nocle-gowniach. Moim zajęciem było jeżdżenie tramwajami po Warszawie – od jednej jadłodajni do drugiej – dzień kończyłem w barze Marta – wspomina. – Wie Pani, jak człowiek najedzony, to nic mu więcej nie potrzeba, więc tak jeździłem tymi tramwajami – dopowiada. Spotkał żonę na mieście i wrócił do domu, ale na miesiąc. Wtedy odszedł na dobre i w jednej z nocle-gowni zobaczył informację o magazynie. Wcześniej miał do czynienia ze sprze-dażą bezpośrednią, ale jak mówi to był chłam, a ten projekt jest rozwojowy, bo co miesiąc pojawia się coś nowego. Do noclegowni na Żytnią trafił akurat w dniu szkolenia „Wspak”. – Powiedzieli, żebym przyszedł następnego dnia po strój i torbę – dodaje. Więc kolej-nego dnia znalazł się na Dworcu Centralnym wraz z grupą innych chętnych. I tak już został. We „Wspak” można czytać jego wiersze, które umieszcza również w internecie na stronie opowiadania.pl. – Ludzie zostawiają mi pozytywne komenta-rze. To podbudowuje – zaznacza Robert. Jurek W grupie czekającej na mnie pod schodami wyróżnia się jeszcze jeden człowiek – to Jurek. Gdy przychodzę, wita się ze mną szarmancko i od razu zaczyna opowiadać o gazecie, o tym co robi. Później dowiaduję się, jak to się stało, że trafił na Centralny. – Zaczęło się od kobiety. Potem było już wszystko pod górkę – stwierdza krótko. – Przyprawiła mi rogi. I tyle – dopowiada, a po chwili rozwija historię. – W piątek wieczorem dowiedziałem się, że do soboty do południa mam się wynieść. To co miałem zrobić? Spakowałem się, wsiadłem samochód i pojechałem – zaczyna. – Zajmowałem się wtedy handlem. Pojeździłem po rodzinie, po znajomych. W końcu coś trzeba było zrobić. Sprzedałem samochód – to było na parę dni na picie z kolegami. W końcu się zebrałem. Wsiadłem w pociąg do Warszawy, bo tu jakoś więcej możliwości. Miałem wysiąść na Wschodnim. Przy-padkiem wysiadłem na Centralnym - opowiada. – Ja mówię palec boży, a on niewierzący – wtrąca Robert. – Jak wysiadłem na tym Centralnym, z torbą podróżną i neseserem, to podeszła do mnie pani i zapytała, czy nie chcę pomóc.

– Czasem ktoś „kopnie” tak, że się nie chce wstać. Człowiek zadaje sobie nawet pytanie: czy warto? – zauważa Robert. – Najgorsi są ci krawaciarze – dorzuca Jurek.

Powiedziałem, że najpierw to chyba muszę sobie pomóc – stwierdza Jurek. Okazało się, że dobrze trafił. Podeszła do niego przedstawicielka Satoris, która powiedziała mu o „Wspak”. Inni W grupie jest też kilka innych osób – Grzegorz, nie bezdomny, ale bezrobotny. Wierzy, że „Wspak” zmieni coś w jego życiu. Widzi w tym swoją szansę. Całej grupie robi zdjęcia, więc może i jego fotografie znajdą się niedługo na łamach gazety. Na tle wszędo-bylskiego Jurka i Mikołaja, pierwszego sprzedawcy, którego twarz zdobi tylną okładkę gazety, pozostali wydają się cisi i spokojni. Niektórzy z nich, jak Grzegorz, dopiero zaczynają i odczu-wają trudy początków, ale przychodzą z nadzieją na zmiany. Nie wszystkim nowym starcza sił do walki. – Był taki jeden przed świętami. Dostał torbę, gazety. A potem ktoś to wszystko znalazł pod centrum handlowym, tylko, że w torbie zamiast gazet były butelki – opowiada Jurek. Dlatego też wszyscy zgodnie twierdzą, że nie będą nikogo przekonywać na siłę, żeby tu przyszedł. – W noclegowniach są plakaty. Każdy kto chce, może przyjść. Tylko nie można pić, brać narkotyków, a to dla niektórych zbyt dużo – stwierdza racjonalnie Robert. Niektórzy rezygnują ze względu na to, że sprzedaż nie pokrywa się z ich oczekiwaniami albo zrażają ich reakcje przechodniów. – Czasem ktoś „kopnie” tak, że się nie chce wstać. Człowiek zadaje sobie nawet pytanie: czy warto? – zauważa Robert. – Najgorsi są ci krawaciarze – dorzuca Jurek.

Magazyn uliczny WSPAK jest jedynym w Polsce pismem promującym spo-łeczną odpowiedzialność biznesu (CSR), a jedno-cześnie drugą w Polsce ga-zetą uliczną, należącą do Międzynarodowej Sieci Gazet Ulicznych INSP w Glasgow. INSP zrzesza 108 gazet z 37 krajów na 6 kontynentach. www.wspak.org

Mimo zielonych kamizelek, dla niektórych przechod-niów wspakowcy są przezro-czyści, bo przecież to bezdomni. – Dla nich bezdomny nie może wyglądać jak człowiek. Tylko musi być brudas – mówi oburzony Jurek. Zielono im Sprzedawcy „Wspak” mówią, że zielony to dla nich kolor nadziei i że wyglądają w nim jak ufoludki. Dla niektórych są naprawdę ufoludkami – niezidentyfiko-wanymi obiektami latają-cymi, z którymi nie ma kontaktu. Żyjącymi w odle-głym świecie, do którego należą wszyscy, którzy przechodzą przez Centralny. Niektórzy nawet nie myślą o przekraczaniu jego granic, bo nie wiedzą, co jest po drugiej stronie. Tych niechętnych klientów trafia się mniej, jednak wspo-mnienie, jakie po nich pozostaje, jest odwrotnie proporcjonalne do liczby ich pojawiania się. Ci, którzy po chwilowym zachwianiu motywacji pod-noszą się, nie poddają się i kończą to, co zaczęli. Pomagają im w tym reakcje pozytywnie nastawionych podróżnych i nie tylko. - Mamy kolegę, który jest rencistą i ma taką widoczną swoją ułomność, ale nikt mu za to nic nie mówi. Raz dostał nawet 50 zł za egzemplarz – przypomina Jurek. – Jak była pani z radia, to przy niej sprzedałem trzy egzemplarze. Ludzie zobaczyli mikrofon, to kupowali – przypomina sobie Robert. Joanna Sopyło Przynano nagrody w konkursie na scenariusz filmu dokumentalnego o historii waluty Euro.

Nie jest łatwo napisać dobry scenariusz dokumentu z ekonomią w tle - twierdzą laureaci.

W samo południe 14 grudnia 2009 roku w sali kina Kultura na Krakowskim Przedmieściu odbyło się uroczyste wręczenie nagród zwycięzcom ogólno-polskiego konkursu na scenariusz filmu dokumentalnego poświęconego historii waluty euro zorganizowanego przez Fundację Laboratorium Reportażu przy finansowym wsparciu Narodowego Banku Polskiego. W sumie na konkurs wpłynęło ponad 40 prac – jak powiedzieli sami organizatorzy – poziom był różny, ale każda praca była ciekawa. Nawet laureaci przyznawali, że narzucony temat był bardzo trudny i naprawdę ciężko jest napisać dobry sce-nariusz do filmu o tematyce ekonomicznej. Zwycięzcy kon-kursu są teraz zobligowani do realizacji filmów, w czym ma po-móc dotacja NBP w wysokości 100 tysięcy złotych na każdy film. Jury, w skład którego weszli: Piotr Wojcie-chowski, Feliks Falk, Paweł Ko-walewski, Marek Miller, Jarosław Robert Kudelski, Dariusz Rost-kowski, Andrzej Sapija przyznało trzy równorzędne nagrody główne w wysokości 30 tysięcy złotych. Nagrodzeni zostali: Marcin Fabjański za „Europowieść'', Wojciech Lepianka za ''Przez siedem bram, przez siedem mostów. Droga do wspólnej waluty'', Mariusz Malinowski za pracę ''Granice Euro''. Wyróżnienia i 3 tysiące złotych otrzymali: Jarosław Budnik, Rafał Andrzej Głombinowski, Paweł Zdanowski i Sławomir Moraczyński. Gratulujemy! Rafał Pikuła Zbyszko powiedział, że pocałował ją pierwszy raz w Warszawie. Ona była jego łączniczką, później wzięli ślub.

1 sierpnia 1944 roku wybuchło powstanie. Na barykadach kwitła miłość.

Ile jeszcze było takich par, takich związków małżeńskich i na czym polegała ich niezwykłość? Właśnie o tym opowiada dokument Macieja Piwowarczuka „Epidemia miłości”, który mimo iż osadzony został w tle walk powstańczych, opowiada o miłości młodych ludzi połączonych sakra-mentem małżeńskim. Były to śluby bez wątpienia różne od współczesnych. Nie było żadnych przygotowań, listy gości, a tym bardziej strojów weselnych. Pary szły do Kościoła w strojach takich, w jakich stanęły do powstania. Jedna z bohaterek miała żółtą jedwabną bluzkę uszytą z materiału po spadochronie, inna zaś sukienkę, którą - jak sama stwierdziła dobrze się prało i szybko schła. Kościoły były wyniszczone i obrócone w ruinę, a w nich zamiast gości weselnych często gromadzili się przypadkowi ludzie. Jedna z par, Maria i Maciek, wzięli ślub na ulicy Miodowej, gdzie do wnętrza ko-ścioła wchodziło się po desce przez okno. Jednak nie wygląd, nie miejsce się liczyło. Liczyła się miłość i  nic poza tym. Wtedy było więcej treści niż for-my - podsumowała Maria. Trudne i ciężkie to były czasy, a więc i trudno było chociażby o obrączki. Róża miała obrączki z łożyska karabinu maszynowego, a w prezencie dostali pokój na noc poślubną. Oświadczyny równie nie przebiegały zbyt roman-tycznie, tak jakby spodziewała się tego współczesna kobieta. Bill, kolejny bohater, zdecydował, że weźmie ślub ze swoją Lilly i wysłał jej kartkę, a raczej powiadomienie o jego dacie i godzinie. Na ślubie mieli nieznanego im wcześniej świadka, gdyż kolega Billa, który miał nim być, nie dotarł na ślub. Został zabity. Powstanie w bluzce w kwiatki



Chciałoby się napisać, że żyli długo i szczęśliwie. Jednak nie wszystkie wtedy zawarte związki doczekały szczęśliwego końca, jak w przypadku Czarnej, która kilka godzin po kapitulacji wzięła ślub, a obrączkę miała z drutu. Jednak później jej małżeństwo było tak samo nietrwałe, jak obrączka z dru-tu. Dzieci wychowy-wała samotnie. Powstanie warszawskie bez wątpienia nie sprzyjało aurze radości, towarzy-szyła mu przytłaczająca ilość pogrzebów i trudno było pomiędzy nimi wziąć ślub. Jednak udało się to 256 parom powstańczym, w tym również Janowi Nowakowi Jeziorańskiemu kojarzonemu zazwyczaj z Radiem Wolna Europa, polskiemu dziennikarzowi, politykowi, ale i żołnierzowi AK. Gdy Warszawa tonęła w gruzach, wziął ślub z łączniczką Gretą. Ewelina Kwiatkowska Epidemia miłości reż. Maciej Piwowarczuk Polska 2009 dystrybucja: Fundacja "Filmowa Warszawa" Były młode, piękne, a przede wszystkim odważne. Do powstania warszawskiego stanęły z równie wielką siłą, jak mężczyźni, a siła ich rosła wraz z chęcią przeżycia. Powstanie otaczała codzienność, która tworzyła własne historie obok tych o bombach, granatach, czy walkach, w których ginęli ludzie. Właśnie o tym opowiada dokument zrealizowany przez warszawską fundację Feminoteka, która po raz pierwszy zaprezentowała go w październiku 2009 roku na wystawie wirtualnego Muzeum Historii Kobiet zatytułowanej „Powstanie w bluzce w kwiatki. Życie codzienne kobiet w czasie Powstania Warszawskiego.” Były harcerkami, łączniczkami, sanitariu-szkami i ochotniczkami, miały od 12 lat wzwyż. Mówiły, że liczyła się przyjaźń, koleżeństwo, przede wszystkim możliwość zrobienia czegoś, za dużo było tragedii, żeby się bać. Opowieści o powstańczej codzienności dzielą się na kilka odsłon, w których bohaterki zabierają głos. Pierwszą z nich jest Odzież. Każdy przeczuwał, że powstanie wisi w powietrzu, ale nikt nie był do końca na to przygotowany. Sanitariuszka i łączniczka o pseudoni-mie Wanda, jak sama stwierdziła, wyszła do powstania ubrana jak na bal: biała bluzka, spódnica i ukochany sweterek. Wielkopolska Nagroda im. Ryszrada Kapuścińskiego dla firmy Solaris



Inne kobiety miały na sobie po prostu strój codzienny spódnice i kolorowe bluzki. Tematem drugiej odsłony jest Higiena, o której raczej nikt wtedy nie myślał, ponieważ po prostu trudno było ją utrzy-mać, ze względu na ograniczone ilości wody. Powszechne były wszy, oraz choroby zakaźne. Ludzie umierali w brudzie. Kobiety jadły chleb, dostawały przy-działy mięsa, żywiły się kluskami, kaszą. Później było coraz gorzej - rozgotowane zboża, a nawet mięso. O tym mowa w kolejnej odsłonie Aprowizacja. Życie wśród gruzów było ciężkie. Spało się na podłogach w zimnych i ciemnych piwnicach. Macierzyństwo również nie było łatwe. Kobiety ciężarne rodziły w gruzach. Nie miały pokarmu dla swych czasami kilkutygodniowych niemowląt. Rodzice byli bezradni, a ich maleńkie dzieci umierały. Życie codzienne wypełnione było cierpieniem, bólem i śmiercią, a Marzenia typowo przyziemnie. Chciało się jeść, pić, wyspać. Najważniejsza była odpowiedź na pytanie - Kiedy powstanie się wreszcie skończy? Ewelina Kwiatkowska Powstanie w bluzce w kwiatki można obejrzeć na stronie: http://www.feminoteka.pl/muzeum Małżeństwo Solange i Krzysztof Olszewscy zos-tali czwartymi laureatami Wielkopolskiej Nagrody im. Ryszarda Kapuściń-skiego. Jak czytamy w uzasadnieniu: "Firma na-wiązuje do najlepszych tradycji pracy organicznej. Dobrem, które stworzyli Państwo Olszewscy, są także miejsca pracy i to, że załoga może czuć się dobrze, bezpiecznie i być dumna z uczestnictwa w niezwykłym przedsięwzię-ciu gospodarczym”. Podczas swojej ostatniej wizyty w Poznaniu w 2006 roku, Ryszard Kapuściński powiedział, że chciałby ustanowić nagrodę dla wszystkich, którzy czynią dobro na świecie. Życze-nie potraktowano jako swoisty testament. Anna Kuprian „Najważniejszy jest moment spotkania, takiego poważnego powodu, żebym ja mógł zadawać pytania, i żeby ta osoba pytana uznała, że mam ją prawo niepokoić” wyjaśniał Włodzimierz Nowak podczas spotkania z czytelnikami nowego zbioru "Serce narodu koło przystanku".
Mam prawo się niepokoić


Bohaterowie Nowaka to ludzie ubodzy, pozornie nieciekawi, zepchnięci na margines społeczeństwa, wychowanego w nowym, kapitalistycznym ustroju. Autor opisując biedę, próbuje przedsta-wić ją w sposób zrozumiały dla ludzi bogatych, często lekceważących problem społecznego odrzucenia ludzi biednych, a nawet i oskarżających bohaterów o brak zaradności. Reportaż boli Gdzie znajdziemy tytułowe serce narodu? Koło przystanku w Kowale-wie, na Greenpoincie, w Człuchowie, Końskich, Witnicy, Boboszewie, Słubicach, Poznaniu, Łomży, Oświęci-miu? Tam mieszkają bohaterowie, których autor postanowił niepokoić, aby przekazać nam historie ludzi, którzy mówią o tym, iż „za dużych marzeń nie można mieć”. Borykają się z wykluczeniem, samotnością, biedą, kalectwem. Próbują „wymazać biedę w sobie”, zwalczyć samotność, często za wszelką cenę, ale i pokonać kalectwo, oswajając się z nim: „Zofia mówi, że kalectwo może być wartością. Ludzie potrafią codziennie marnować swoje życie, dopiero po tragedii odkrywają, jak można żyć”. A jak żyć? Na to pytanie odpowiada reporterowi kolejny bohater: „Każdy żyje, proszę pana, jak umie”. Przetłumaczyć biedę Nowak próbuje nam przybliżyć te problemy, dokonując jakby przekładu biedy w sposób zrozumiały dla ludzi ze świata luksusu: „Dla tamtego świata, w którym zbieram materiał wszystko jest oczywiste, zrozumiałe, a czytelnik tego nie rozumie. To jest ta sytuacja tłumaczenia, że ja tłumaczę świat biedy na realia człowieka bogatego, żeby zrozumiał o co chodzi, dlaczego to jest ważne. W imieniu czytelnika przekraczam różne granice, granice biurka, granice bogactwa, granice powodzenia” – tłumaczy reportażysta. Szukając odpowiedzi na stawiane przez Nowaka pytania, spróbujmy Recenzję Agaty Listoś ocenia Marcin Wyrwał



przyjrzeć się Polsce B, do czego namawia nas sam autor: „To, o co mi chodzi przy czytaniu tej książki to żeby nie czytać tego tekstu jako pewnego rysu historycznego, że tak było, raczej chodzi mi o to, żeby zwrócić uwagę, że to jeszcze istnieje, że coraz bardziej pędzimy, że coraz bardziej niezauwa-żamy i to powoduje, że może przyjść taki czas, że nie zauważymy biedy”. Jeśli intencją autora było uwrażliwienie czytelników na często niezauważane problemy ludzi, postrzeganych jako niezaradnych, to mam nadzieję, że lektura Serca narodu koło przystanku spełni swoją rolę. Reportaże publikowane na przestrz-eni dziesięciu lat, zebrane w jedną antologię stają się silniejsze w swoim przekazie, dopowiadają historię ludzi dotkniętych ubóstwem, a przede wszystkim wzbudzają zainteresowanie czytelników, dla których Włodzimierz Nowak stara się przybliżyć świat biedy „brudnej i niechlujnej, bo się biedzie nic nie chce i też ma prawo do ciężkiej depresji i to nieleczonej”. Agata Listoś Włodzimierz Nowak Serce narodu koło przystanku Wydawnictwo Czarne 2009 Recenzja jest niezła. Informacyjnie tekst jest fajnie napisany. Jest w nim w zasadzie wszystko, co potrzeba, oprócz tego, kim dokładnie jest autor. To nie jest jakaś bardzo znana osoba, więc dwa zdania na jego temat by się przydały. Śródtytuły ogólnie pomagają w czytaniu tekstu, ale w tak krótkim artykule wyglądają nieco sztucznie. Autorka traktuje śródtytuły jak akapity i to jest problem. Dobry jest fragment z przekładaniem biedy w sposób zrozumiały dla ludzi ze świata luksusu. To takie nawiązanie do Kapuścińskiego, który też "tłumaczył" kultury. Ale bez tego "jakby"! To fatalna maniera. Nowak sam mówi: "tłumaczę świat biedy na realia". Tymczasem autorka recenzji pisze, że on dokonuje "jakby przekładu biedy....". To "jakby" oznacza, że robi to, ale nie do końca. To jedno z tych słówek, które recenzent używa, aby uniknąć jednoznaczności. "w pewnym sensie" "tak jakby". Recenzja jest od tego, aby jasno i subiektywnie wyrażać swoją opinię. Marcin Wyrwał jest dziennikarzem portalu Onet.pl. Prowadzi autorskiego bloga o książkach: http://wyrwalczyta.blog.onet.pl/ Gabriel García Márquez to postać tak barwna, jak bohaterowie, których stworzył. Do księgarni niedawno trafiła jego biografia, której autor poświęcił 16 lat pracy.
Życie, które jest opowieścią


Garald Martin, autor biografii Marqueza, jest emerytowanym profesorem języków nowożytnych. Twierdzi, że każda linijka, którą napisał, ma korzenie w prawdziwych wydarzeniach i prze-wrotnie dowodzi, że nie jest pisarzem realizmu magicznego, opisuje jedynie życie na Karaibskim Wybrzeżu. Gerald Martin odnajduje miejsca i ludzi, którzy stali się pierwowzorami postaci zamieszkujących wyobraźnię Marqueza. Zabiera czytelnika w podróż po Ameryce Łacińskiej ubiegłego wieku, Ameryce przemian politycznych i kultu-rowych, ale przede wszystkim przedstawia historię człowieka, który pozostał wierny swemu powołaniu. Jestem człowiekiem od anegdot, mówił Matquez, może się to wydać bezużyteczne i banalne, ale jedyne, co pragnę robić w życiu, to opowiadać historie. Rodzice chcieli, by został lekarzem, a jeśli nie lekarzem, to chociaż księdzem. Zapisał się na studia prawnicze na Uniwersytecie Narodowym Kolumbii. Powołanie pisarskie okazało się silniejsze niż strach przed niepewnym jutrem. Rzucił prawo i zaciągnął się do redakcji gazety „El Universal”. W tym czasie miał już na koncie dwa opublikowane opowiadania oraz kilka entuzjastycznych recenzji. Jako dwudziestokilkuletni młodzieniec uważał dziennikarstwo za gorszy gatunek pisania, mimo to pierwszy sukces komercyjny odniósł jako dziennikarz. W 1955 roku opubliko-wano odcinkowy reportaż o kolumbijskim marynarzu Luisie Alejandro Velasco, jedynym ocalałym spośród ośmiu członków załogi, którzy wypadli za burtę statku wojennego. Kiedy cudem ocalały dotarł do brzegu, natychmiast stał się narodowym bohaterem od-znaczonym przez prezydenta i obecnym we wszystkich mediach. Trwało to do

do wyobraźni. Sam Marquez nigdy nie ingerował w jej treść. Z właściwą sobie ironią mawiał: Pisz to, co widzisz, ja będę tym, czym powiesz, że jestem. Agata Sibilska Gerald Martin: Gabriel Garcia Marquez. Życie, Świat Książki 2009

dnia, kiedy García Márquez odkrył, że żadnej burzy nie było. Katastrofy nie spowodo-wało załamanie pogody, jak głosiły oficjalne źródła, tylko przeciążenie okrętu wojennego źle umocowanym sprzętem, który należał do samych marynarzy. Dodatek zawierający wszystkie odcinki Opowieści rozbitka miał podobno największy nakład w historii kolumbijskiej prasy. Wkrótce potem Marquez wyjechał do Europy w chara-kterze koresponndenta. Pisał relacje z Rzymu, Barcelony, Paryża. To we Francji dostał wiadomość o zam-knięciu macierzystej redakcji i pieniądze na bilet powrotny, których nie wykorzystał. Postanowił zostać pisarzem. Wiele lat później powie: Od tamtej pory nikt i nic nie może mnie powstrzymać, jedyne co mi pozostało, to starać się być najlepszym pisarzem na świecie. Gabriel García Márquez największą sławę zyskał jako czołowy przedstawiciel realizmu magicznego, autor bestsellerowej powieści Sto lat samotności, jednakże jego spuścizna dziennikarska jest o wiele obszerniejsza niż doro-bek literacki. Oprócz reportaży przez wiele lat regularnie pisał błyskotliwe felietony i recenzje. Książka Geralda Martina to majstersztyk. Już sam fakt, że podczas zbierania materia-łów przeprowadził rozmowy z ponad trzystoma osobami, w tym z Fidelem Castro, czterema prezydentami Kolumbii, Vargasem Llosą, a także rodziną i przyjaciół-mi Márqueza przemawia Proste obrazki
Czytając kiedyś reportaż czuliście chęć zobaczenia tego, o czym pisze autor? Przedstawiamy "Kroniki birmańskie", czyli komiks i reportaż w jednym.


„Kroniki birmańskie” Guya Delisle to tytuł godny odnotowania, zwłaszcza dla osób, które interesują się dziennikarstwem i podróżami, bo komiks ten jest reportażem. „Kroniki” to travelog, czyli dziennik z podróży, w tym przypadku z rocznego pobytu w Birmie, oficjalnie nazywanej od 1989 roku Związkiem Myanmar. Żona autora, Nadège, jest pracowniczką francuskiego oddziału humanitarnej organizacji "Lekarze bez granic" i to właśnie do kraju rządzonego przez wojskową juntę dostaje kolejny przydział. Guy wyrusza wraz z nią, by opiekować się ich kilkumiesięcznym synkiem Louisem. Ze sporą dozą ironii i dystansu, także wobec siebie, Delisle przedstawia świat reżimu. W końcu w Birmie mieszka, wychowuje tu synka. Wciąż jest obcokrajowcem, kimś z innego świata, ale jednak nieco oswojonym. Żyje wprawdzie w większych „luksusach” niż tubylcy, ma chociażby prąd przez większość czasu, ale poznając ich i wchodząc w ich świat, lepiej widzi ich problemy i - przynajmniej po

„Kroniki birmańskie” to nie pierwsza pozycja Delisle, która ma charakter reportażowy. Wcześniejsze „Pyongyang” oraz „Shenzhen” opowiadały o jego pobytach w Chinach i Korei.

części - świat tak jak oni. Dla czytelnika pamiętającego czasy poprzedniego ustroju niektóre elementy ze świata przedstawionego mogą wydać się znajome. Elementem tła jest wręcz niewyobrażalna bieda - codzienność tego kraju. Z kilku błahych kresek, krótkich historyjek wyłania się refleksja głębsza od kolejnej dawki medialnych newsów. Ciekawe są w „Kronikach” też fragmenty, które nie mają nic wspólnego z Birmą, ale są opowieściami o najzwyklejszej codzienności. Chociażby przedstawienie zabaw i zachowań uroczo zobrazowanego Louisa. Jest to doskonałe uzupełnienie, a także kontrast dla wielu poważniejszych epizodów. Wspomniałem „prostych obrazkach” i „błahych kreskach”, bo taka jest w istocie stylistyka Guya Delisle’a. Jego rysunek jest oszczędny w przekazie, mimowolnie nasuwa się skojarzenie z charakterystycznymi gazetowymi stripami. Komiksowi wychodzi to na dobre, bo forma nie góruje nad bogatą treścią. Birma nie jest ukazana jedynie przez pryzmat negatywnych zdarzeń, jakie przydarzyły się temu państwu i jego obywatelom. Jest to kraj życzliwych ludzi o bogatej kulturze, którą pielęgnują. U Delisle możemy odnaleźć nie tylko prozę, ale i magię życia codziennego. Polskie wydanie stoi na bardzo dobrym poziomie zarówno pod względem edycji, jak i tłumaczenie. Jedyną bolączką może być cena (52,90zł!), ale to standard za rzeczy niszowe, a do takich zalicza się komiks adresowany do dojrzałego czytelnika. Jest to jednak lektura, do której można powracać wielokrotnie. Jakub Wołosowski Guy Delisle: Kroniki birmańskie Kultura Gniewu 2008