Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
nr @1
12/2009
Borys Lankosz Wojciech Jagielski Mariusz Szczygieł
W jednym księgarnie upodabniają się coraz bardziej
do piekarń: chcą mieć tylko świeży towar.
Ryszard Kapuściński
Reżyser filmu „Rewers” oraz obrazów dokumental-nych takich jak „Obcy VI”, „Radegast” i „Rekord Errola” opowiadał na spotkaniu z widzami o różnicy w tworzeniu filmów doku-mentalnych i fabularnych. Mówił, że w dokumencie pracuje się ze zwykłym człowiekiem, który opo-wiada własną, często bolesną dla niego historię i z tego powodu robienie filmu dokumentalnego jest trudniejsze. W filmie dokumentalnym nie ma również dubli, bo wszystko dzieje się naprawdę. W filmie fabularnym to historia, którą aktorzy grają, więc mają do niej dystans. Można również poprosić ich o kilka dubli, gdy scena nie wyjdzie. W zawód reportera wpisa-na jest zdrada – mówił Wojciech Jagielski na spot-kaniu z czytelnikami w Cafe Gazeta. - Przyjeżdżasz do ludzi, poznajesz ich, rozmawiasz. Jeśli dłużej z nimi przebywasz, prze-kroczona zostaje grani-ca, obca osoba wchodzi z tobą w relację, czasem zaprzyjaźnia się. Wpusz-cza Cię do swojego świata, zwierza się, opowia-da o swoich problemach – po czym nagle wyjeżdżasz i zostawiasz ją. Jako że bardziej interesowałeś się nią niż inni, myślała, że może jej pomożesz, coś załatwisz. Ale ty jesteś tylko reporterem, przyje-chałeś, aby usłyszeć historię i odjeżdżasz, aby jak najszybciej ją opisać.
Rozmowa z Wojciechem Jagielskim na stronie 4. Twarz młodego reportera jest podobna do twarzy mistrzów – opowiadał słu-chaczom Mariusz Szczygieł podczas promocji antologii reportażu „20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła”. Po pierwsze – młodzi tak samo dbają o szczegóły, bo one są materią repor-tażu. W tekstach młodych reporterów one też urasta-ją do rangi metafory. Po drugie - młodzi także zajmują się pokrzywdzo-nymi i przegranymi, czyli reportaż ma wciąż wrażli-wość społeczną. Po trzecie - usiłowanie, by reportaż miał ponadczasową wartość, pewną nadbudowę, która sprawi, że nie będzie on tylko bieżącym tekstem,
tekstem na dziś. Każdy reportaż powinien być o tym, o czym jest i o czymś jeszcze. Zmiana jest jedna – zniesiono cenzurę. Reporterzy mogą teraz pisać o wszystkim.
Recenzja najnowszej książki Mariusza Szczygła na stro-nie 28.
Opracowała:
Olimpia Wolf
Reportaż rozebrany Redakcja
Tuż przed Świętami oddajemy na Wasze ręce (i monitory) pierwszy numer internetowego „Workshopu”. Brzmiąca z angielska nazwa zo-bowiązuje, więc bierze-my w nim na warsztat tekst pisany.
W tym numerze znaj-dziecie ciekawy reportaż o freeridzie, czyli sztuce niczym nieskrępowanego przemieszczania się po mieście, wraz z jeszcze ciekawszym komenta-rzem warsztatowym Witolda Szabłowskiego z „Gazety Wyborczej”.
Olesia Kornienko opowiada intymną historię swojego udziału w delfinoterapii, a Domiinika Trębacz, dziennikarka pisząca o niepełnosprawności, ocenia, czy to jeszcze w ogóle jest reportaż?
Gdzie kończy się reportaż, a gdzie zaczyna sensacja i pornografia? Marcinowi Kielakowi w tekście „Wierny sobie” opowiada Wojciech Jagielski.
Grzegorz Żukowski z kolei przedstawia reportaż z życia redakcji festiwalo-wej gazety „Domysły”. Jej twórcy o celu swojej pracy mówią: „Uczymy się”.
My też. Witajcie na łamach „Workshopu”.
Anna Zdrojewska Redaktor naczelny: Marek Miller
Sekretarz redakcji:
Anna Zdrojewska
Współpraca:
Jerzy Ignatowicz, Marcin Kielak, Olesia Kornienko, Agata Listoś, Bartosz Marcinkiewicz, Rafał Pikuła, Joanna Sabak, Karol Wojteczek, Olimpia Wolf, Jakub Wołosowski, Grzegorz Żukowski
Zdjęcia: Adam Czajka, Anna Korcz, Joanna Sabak, Maja Teryaki
Wydawca:
Laboratorium Reportażu
Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski
ul. Nowy Świat 69 pok. 39, IV piętro
00-046 Warszawa
tel/fax (22) 55 22 904
Wierny sobie
Nie uważa się za teoretyka reportażu. Mówi, że nie wyznaje żadnej szkoły, że pisze po swojemu. O swoim kodeksie reporterskim, o pisaniu i o współczesnym dziennikarstwie opowiada Wojciech Jagielski.
Do czego powinien dążyć reporter, reportażysta podczas pisania reportażu? Co powinno być dla niego celem najwyższym?
Mogę wypowiedzieć się jedynie w swoim imieniu. Po pierwsze dążę do tego, by to, co piszę, było w miarę prawdziwe i wierne rzeczywistości. O obiektywizmie nie ma mowy, bo patrzę swoimi oczami, ale staram się robić to uczciwie. Po drugie zależy mi nie tylko na akcji, ale ogólnie na wielowymiarowości reportażu. Dlatego też często wracam do przeszłości, by zobaczyć, jak głęboko sięgają korzenie danego zjawiska. Dbam o wielopłaszczyznowość swoich postaci - o to, by spotkanie z nimi było zderzeniem się z różnymi postawami i zarazem skłaniało do refleksji, choćby właśnie nad ludzkim postępowaniem. Tak jak w przypadku zestawienia skłonnego do wy-rzeczeń Maschadowa i niecofającego się przed nikim i niczym Basajewa w „Wieżach z kamienia”. Poza tym istotne są dla mnie również ruch, barwa, zapach. One pobudza-ją wyobraźnię, budują plastykę przekazu. To po trzecie. Po czwarte zaś to, o czym piszę, musi być interesujące. Nie wspomnę już o umiejętności pisania – zaciekawienia odbiorcy. Tego nie stawiam za cel, bo to uznaję za fundament, za coś, co po prostu musi być, jeśli się chce ten zawód w ogóle wykonywać. Te wszystkie elementy traktuję na równi, jako jednakowo ważne.
Uznając, że opowieść to cel najwyższy, dla jej zdobycia powinno się zrobić właściwie wszystko.
Jak ważna jest dla Pana dobra opowieść i jak wiele jest Pan w stanie dla niej poświęcić?
Tak naprawdę to nie chodzi o opowieść, ale o pasję. To dla niej poświęcamy wszystko. Dziennikarstwo, pisanie to moje pasje i dlatego są dla mnie bardzo ważne, ale nie poświęciłbym dla nich reszty życia, bo wtedy i one straciłyby sens. Ja sobie bowiem wyobrażam, że moich pierwszych adresatów stanowią moi najbliżsi, że to oni pierwsi czytają to, co napiszę. Nigdy świadomie, podkreślam świadomie, nie zaryzykuję życia, bo jestem konsekwentny w swych decyzjach. Wyznaczyłem sobie granice „obiektywizmu” i dopuszczalnego ryzyka i nigdy ich nie przekroczę. Choć z drugiej strony, podczas ostatniego po-bytu w Gruzji znalazłem się w naj-niebezpieczniejszej sytuacji w życiu. Ja i fotoreporter przekroczyliśmy wyzna-czony punkt bezpieczeństwa i pojechaliśmy dalej. Pojechaliśmy, by przekonać się, gdzie się kończy ziemia niczyja dzieląca Gruzinów i Osetyjczyków. Wtedy przeko-nałem się po raz kolejny na własnej skórze, co czują ludzie, do których strzela się jak do tarczy. Bez tej wiedzy nie miałbym prawa o tym opowiadać.
Pisze Pan o miejscach objętych wojną, unikając sensacji i krwi; epatowanie nimi przyrównuje Pan do pornografii. Dlaczego?
Faktycznie, mówi się, że moje wojny są „ładne”, ale ja się z tym nie zgadzam. Jak długo mógłby Pan czytać o tym, jak rozpruwali brzuch kobiety w ciąży? Nie dałoby się tego znieść na dłuższą metę. Poza tym, gdyby tak walił się trup za trupem, to w końcu te trupy zasłoniłyby Panu istotę rzeczy i nie zrozumiałby Pan, o co mi chodziło. A co do porównania z pornografią – pornografia ma charakter mechaniczny. Co innego erotyka, która się nie narzuca i wysyła sygnały subtelnie. Ona odwołuje się do wyobraźni i ja tak staram się pisać. Chcę, by obraz wojny powstawał i pozostawał w wyobraźni czytelników, a nie tylko na gazetowych stronach.
Tak naprawdę wcale nie chodzi jednak o opowieść, ale o prawdziwość i uczciwość tego, co się robi. To zaś nie poddaje się żadnym kosztorysom.
Uczciwość zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Wiadomo, fotoreporter nie ma wyboru, musi zrobić zdjęcia, ale ja już nie muszę ryzykować. Tak jak wielu znanych dzienni-karzy mógłbym zapytać go po wszystkim, jak było, co widział, i potem zdać swoją relację. Ja tak nie potrafię. Z poczucia przyzwoitości, szacunku dla siebie i dla czytel-nika. Wszędzie jeżdżę z fotoreporterem, Krzysztofem Millerem, który nie tylko jest moim towarzyszem podróży, ale i świadkiem. Takie postępowanie daje mi pewność siebie i spokój sumienia.
Załóżmy taką sytuację: zdobył Pan informacje o jakimś naprawdę ważnym zdarzeniu. Ma Pan zgodę na ich publikację, ale wie, że w ten sposób może ściągnąć śmierć na swojego bohatera i zarazem informa-tora. Jak Pan sobie radzi z takimi dylematami?
Nie piszę tych informacji. Albo kamufluję bohatera. Tak zrobiłem w reportażu o Isie Madajewie, moim gospodarzu z Czeczenii. Zmieniłem jego imię, nazwisko oraz nazwę miejscowości. Oczywiście poinformowałem o tym czytelnika. Na szczęście jednak nie muszę się tym specjalnie martwić, bo piszę o spra-wach odległych, zagranicznych. Nawet ten jedyny raz, kiedy zająłem się Polakiem, zdarzył się, gdy pisałem o południowej Afryce.
Workshop
Skąd Pan wie, czy akurat nie przesadził?
Zawierzam swojemu poczuciu przyzwoitości.
Ci, co czują się skrępowani odpo-wiedzialnością za innych, często sami rezygnują i nigdy nie doznają radosnego uniesienia, które zawsze daje przywilej otarcia się o prawdę.
Czy nie odnosi Pan wrażenia, że w dzi-siejszym dziennikarstwie odchodzą w zapomnienie zasady prawdy, uczciwości i odpowiedzialności?
Może nie odchodzą, ale na pewno tracą na znaczeniu kosztem wartości komer-cyjnych. Informacja jest dziś towarem, który trzeba sprzedać. Bardziej od niej liczy się sreberko, w które się ją zawija. Nic nie szkodzi, że zapakowaliśmy w nie tylko ¾ lub połowę czegoś, ważne, że my to zaoferowaliśmy, a nie konkurencja. Takie podejście świadczy o postępowaniu aberracji. Niedługo nie będzie wiadomo, o co w tym zawodzie chodzi.
W dzisiejszych czasach ignoruje się odbiorców, a oni mają często bardziej trzeźwe spojrzenie na pewne sprawy niż dziennikarze. Weźmy np. takiego ko-mentatora sportowego. Wydaje się mu, że słuchają go sami kibole. Tymczasem ten „kibol” może i nie zna się na wielu rzeczach, ale o swej ukochanej „Legiuni” wie wszystko i odnosi się do tego najpoważniej, i raczej chce, by i jego w tej sprawie tak traktować. Ja traktuję czytel-ników bardzo poważnie.
Nie można być dziennikarzem, jeśli się nie jest specjalistą w pewnej dziedzinie. Oczekuję od dziennikarzy fachowości, tymczasem wielu wypowiada się na tematy, na których się nie zna. Szukają rozgłosu, gwiazdorstwo im w głowie. Czasami przychodzą do mnie studenci i mówią, że dziennikarstwo to ich pasja. Pytam wtedy, czy zgodziliby się publikować swoje teksty w „Economiście” – bez podawania własnego nazwiska. Odpowiedzi już nie słyszę.
Izoluję się od tego środowiska, bawi mnie ono. Bawią mnie debaty taka jak ta z początku roku, czy Kamil Durczok powinien zostać nominowany do Wiktora w kategorii „prezenter telewizyjny”. Krzysztof Ibisz, również nominowany w tej kategorii, powiedział, że rozumie wątpliwo-ści, bo on zajmuje się rozrywką, a Kamil Durczok polityką. Jeżeli więc wyróżniamy już dziennikarstwo rozrywkowe, to niebawem będziemy się zastanawiać, czy to jeszcze nie estrada i na jakiej stoimy scenie.
W takim razie, co poradziłby Pan początkującym dziennikarzom, repor-terom?
Trzeba pisać, nosić teksty do redakcji, próbować nawiązać jakąś współpracę. Mnie się udało. Miałem fart, bo trafiłem przypadkowo do działu zagranicznego Polskiej Agencji Prasowej. Tam przeszed-łem wszystkie stopnie wtajemniczenia. Od razu chciałem napisać coś większego i w nadchodzących depeszach szukałem tematu. W redakcji natomiast zabierali mi je i kazali pisać krótkie teksty informacyjne. Najpierw więc pisałem o Ameryce, potem o Azji, a gdy wreszcie zająłem się tym, czym chciałem, czyli Afryką, to miałem już opanowany podstawowy warsztat. Sam się uczyłem, ale zawsze znalazł się ktoś, kto mi doradził. Nie mówił mi, co zrobi-łem dobrze, ale przynajmniej, co źle. Oczywiście chciałem się uczyć. Obecnie ta droga jest nie do przebycia, bo dzisiejsze gazety zajmują się wyłącznie produkcją. Nikt się Panem nie zajmie. Nikt nie ma czasu, by powiedzieć Panu, co Pan musi poprawić.
Kapuściński zawsze powtarzał, że jego największą szkołą pisania była poczta w Luandzie, skąd wysyłał swoje korespon-dencje do Polski. Musiał płacić za każde
Zdjęcia Wojciecha Jagielskiego - Adam Czajka/Laboratorium Reportażu
użyte w nich słowo, a że pieniędzy miał mało, więc sam musiał je tak poprawić, by nie straciły na jakości, a stały się krótsze i przez to tańsze.
A jak to jest z pisaniem książek w Pana przypadku?
Książka to dla mnie szczyt, na który się wspinam. Podchodzę do niej z pietyzmem, traktuję ją jak coś najświętszego. Zawsze się boję, jak odbiorą ją czytel-nicy. Boję się, bo mi na tym zależy. Nie wiedziałem i obawia-łem się, jak zareagują na wieść, że główni bohaterowie „Nocnych wędrowców” nie istnieją naprawdę, że sobie ich stworzyłem. Moi czytelnicy przy-zwyczaili się przecież, że piszę w zgodzie z zasadami dzien-nikarskimi. Podczas spotkań literackich wielu z nich powiedzia-ło mi szczerze, że się im nie podoba to, co zrobiłem. Mogłem zataić ten fakt, ale wtedy ktoś mógłby mnie słusznie posądzić o kłamstwo.
Każdy ma prawo pisać, ale, moim zdaniem, nie wszystko, co zostaje napisane, ma prawo nazywać się książką. Choć z drugiej strony, mamy także książki telefoniczne.
Rozmawiał Marcin Kielak
Cytaty pochodzą z książki:
„Wieże z kamienia”
W. Jagielskiego. Wojciech Jagielski
Urodzony 12 września 1960 r., absolwent dziennikarstwa na UW; od 1991 r. dziennikarz „Gazety Wyborczej”,
zajmuje się problematyką Afryki, Azji Środkowej, Kaukazu i Zakaukazia.
Autor książek: „Dobre miejsce do umierania” (1994),
„Modlitwa o deszcz” (2002), „Wieże z kamienia” (2004) i „Nocni wędrowcy” (2009).
Zdjęcie: Anna Korcz
Łódzkie klimaty
Lecę, bo chcę
– Muszę skoczyć – powiedział Gruber – Kiedy patrzę na krawędź dachu, wiem, że jeśli zacznę biec, nie będę miał odwrotu.
Lead to często nasza jedyna szansa, żeby nawiązać kontakt z czytelnikiem. Mamy dwa zdania, żeby zaintrygować, zaciekawić, a jednocześnie powiedzieć, o czym będzie tekst. I namówić na przeczytanie. Ten jest całkiem niezły, ale mógłby być lepszy. Brakuje w nim napięcia, które na pewno towarzyszy takim skokom. To dlatego, że Gruber mówi chłodno o sobie przed skokiem. Wolałbym, żeby mówił o sobie w mo-mencie, kiedy już biegnie i wie, że albo skoczy dobrze, albo się stanie plamą ketchupu.
Wbrew pozorom, ten młody człowiek nie jest doświadczonym samobójcą. On po prostu lubi skakać po budynkach.
– To się nazywa free running – wyjaśnia – rodzaj sztuki przemieszczania się. Efektywnego i efektownego. Zwykły człowiek widzi garaż, parę płotów i myśli: Boże, muszę przejść na około! A 3runner mówi: będę tam za chwilę!
Brakuje mi króciutkiego opisu Grubera.
Wiem, że tekst nie jest długi, ale zawsze warto wymyśleć dwa zdania, które nam ładnie bohatera scharakteryzują.
Zanim zaczęliśmy rozmowę, pokazał mi jedną ze sztuczek. Wziął rozbieg, stopami odbił się od muru i zrobił salto w tył.
– To bardzo łatwe – skwitował z uśmiechem – W ogóle, salta nie są trudne. Akrobacje można ćwiczyć na sali, ale na mieście, przed każdym skokiem wiesz, że ryzyku-jesz życie.
– Chociaż – dodał po chwili – zginąć można nawet idąc ulicą.
Zamiast oklepanego "ryzykujesz życie" warto bohatera pociągnąć za język i dostać zdanie typu: możesz walnąć czajnikiem o trotuar albo: chwila nieuwagi i będą cię koledzy żyletkami z asfaltu zeskrobywać. Podejrzewam, że free runnerzy mają swoje własne określenia, dla takich, co się wywalili. Gleba? asfalt? pewnie jakieś inne, dużo lepsze i celniejsze. Szkoda, że nie ma tego w tekście.
Opis sztuczki bardzo fajny, ale czy "sztuczka" jest tu najwłaściwszym słowem? znów wolałbym się dowiedzieć jak sami free runnerzy nazywają swoje salta.
Gruber ma 23 lata. Jeździł na rolkach, skakał ze spadochronem… Pracuje w salonie gier. Free runem zainteresował się, kiedy był w liceum.
– To się zaczęło od Internetu. Zobaczyłem nagranie z treningu i poczułem, że muszę spróbować! Mieszkałem z dziewczyną w Poznaniu i miałem dużo czasu na ćwiczenia.
Rzeczywiście miał, chociaż…
– Ile można! – stwierdził – Jedno miejsce szybko się nudzi. Dlatego ciągle szukam opuszczonych bloków, placów budowy... W Warszawie popularne są szkoła i parking za Multikinem. Można przesadzać barierki, skakać z dachów i wchodzić po ścianie.
Czuć na odległość, że panowie sobie siedzą przy kawce czy piwku i deliberują. A reportaż wymaga, żeby się z człowiekiem przejść po mieście i wszystkie te miejsca obejrzeć i, choć po jednym zdaniu, opisać.
Byłem ciekaw, czy te umiejętności przydają się na co dzień. I usłyszałem:
– Kiedyś szedłem wzdłuż stacji metra i rękawiczka upadła mi na tory. Nie wiedziałem, co dokładnie jest pod prądem. Wy-celowałem więc i dałem susa między szyny. Rękawiczka szybko wróciła do kieszeni, a ja na peron. Free run wyćwiczył mi precyzję w ocenianiu odległości.
Nie podoba mi się też sposób, w jaki autor wprowadza wypowiedzi. "chociaż..."; "i usłyszałem...". Skoro cytuje, to wiado-mo, że usłyszał.
Jak się okazuje, dzięki akrobacjom łatwiej też dobiec na autobus i wyrwać się z domu na imprezę, korzystając z okna.
Łatwiej dobiec na autobus? Na logikę tego nie ogarniam, więc chciałbym się dowiedzieć czegoś więcej. Podobnie wychodzenie z domu na imprezę przez okno. Dlaczego?
Jeśli już piszemy o takim notatniku, to ja chcę wiedzieć, jakie zadania sobie gruber stawia. Najlepiej pierwszą trójkę zadań.
Żeby kogoś nie obudzić? Albo żeby narzeczona nie wiedziała?
– Ja w ogóle ufam miastu – zaznaczył Grubcio – Wolałbym zostać w pustym mieście, niż w jakiejś dżungli.
Władca miejskiej dżungli szczerze (zakładamy, że rozmówcy są z nami szczerzy, nie trzeba tego podkreślać) przyznał, że lubi „wyskoczyć” sobie na zabawę. Ale jednocześnie, podchodzi do życia bardzo poważnie. Sam mi o tym powiedział:
– Mam dużo pomysłów na życie. Ostatnio studiowałem prawo, ale wolę socjologię. Postaram się, żeby prawo mnie rzuciło. Muszę się też postarać, aby rzuciło mnie palenie, bo sam tego nie zrobię. W ogóle, na wszystko, czego chcę, nie starczyłoby mi czasu. No niestety, mam za dużo znajomych.
Gruberowi pomaga notatnik z zadaniami, które sobie stawia. Założył go gdy po-smakował free runningu. Mówi, że jego hobby nauczyło go przezwyciężać strach i dostrzegać własne limity. W notatniku zapisuje nie to co musi, ale co chce robić.
– W tym wszystkim chodzi o wolność – tłumaczy – Nie znoszę, kiedy ktoś mi coś narzuca, a 3run narzuciłem sobie sam. Dzięki niemu nie widzę przeszkód, tylko możliwości..Tak powiedział. Ale czegoś czegoś brakowało. Musiałem zapytać, jakie są konsekwencje wolności.
– No cóż – odpowiedział – czasami zaczepia mnie policja. Kiedy skaczę, mogą oskarżyć mnie o niszczenie mienia. Ale zawsze można powiedzieć, że się trenuje
Workshop Zdjęcia: Anna Korcz (1), Joanna Sabak (2), Maja Teryaki (3)
i że zaraz przyjedzie telewizja, żeby zrobić reportaż.
Bartosz Marcinkiewicz
W tekście brakuje mi tego, co w reportażu szalenie ważne: opisu ludzi, miejsc, wyglądu, szczegółów. Podoba mi się za to lekkość pióra. I tytuł.
Oceniał: Witold Szabłowski Witold Szabłowski
Rocznik 1980. Reportażysta „Gazety Wyborczej”, pisze głównie do „Dużego Formatu”.
Nagrodzony Melchiorem 2007 w kategorii Inspiracja Roku za "nawiązanie do najlepszej szkoły reportażu - ukazanie nieznanego oblicza Turcji, rzetelną dokumentację, oszczędny, ale obrazowy język". Przez rok mieszkał w Turcji. Swoje obserwacje opisał m.in. w reportażu „To z miłości, siostro” o ofiarach „zabójstw honorowych”, za który został w 2008 wyróżniony przez Amnesty International.
Jest absolwentem Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Polit-ycznych na Uniwersytecie Warszawskim.
Pocałunek delfina
Kiedy byłam dzieckiem, często jeździłyśmy z mamą na wakacje nad Morze Czarne. Pamiętam, że najbardziej upragnioną atrakcją było dla mnie zobaczenie hen na horyzoncie stadka delfinów. Choć widoczne były jedynie błyszczące w południowym słońcu grzbiety tych ssaków, wywoływały one na plaży powszechną radość.
Kilkanaście lat później zobaczyłam w tele-wizji dokument o delfinoterapii – rehabilitacji poprzez kontakt z tymi zwierzętami, prowadzonej w USA. Dzieci cierpiące na autyzm po kilku zabiegach delfino-terapii, zaczynają dążyć do kontaktu z własnymi rodzicami i z otoczeniem. Przy spastycznych kończynach, jak moje, morska woda i ciepłe gładkie ciało delfina powoduje w pewnym stopniu rozluźnienie mięśni. Bo spastyczność to stałe, niekontrolowane napięcie mięśni. Jakie to doświadczenie? Bardzo dokuczliwe! Chcesz nacisnąć jeden przycisk, a trafiasz w kolejny… Marzyłam, by móc, chociaż raz dotknąć delfina. Zbierałam figurki delfinów, pocztówki z ich podobiznami, naj-ukochańszym „trofeum” była płyta CD z muzyką relaksacyjną z dźwiękami głosów delfinów. Stały dostęp do Internetu pozwolił mi poznać życie delfinów i delfino-terapię o wiele lepiej. Wtedy dowiedziałam się, że od kilku lat delfinoterapię prowadzi także wojskowe delfinarium w Sewasto-polu na Krymie.
Jestem z pochodzenia Rosjanką, ale nie potrafię już pisać w ojczystym języku, dlatego to moja mama skontaktowała się z ośrodkiem. Okazało się, że przyjmują tylko dzieci, ale w drodze wyjątku mogą przyjąć i mnie. Jeden zabieg kosztuje 60 dolarów. Nie potrafili zagwarantować efektów, ponieważ nie mieli do czynienia z dorosłymi osobami niepełnosprawnymi. Mnie jednak bardziej zależało na psychicznym relaksie niż na rehabilitacji, dlatego zgoda na mój przyjazd bardzo mnie ucieszyła.
Pojechałyśmy na Krym 18 lipca. Podróż pociągiem Warszawa – Symferopol zajęła nam półtorej doby. Potem spędziłyśmy
jeszcze kilka godzin w podmiejskim pociągu do Sewastopola. Bezpośrednio z dworca ruszyłyśmy do delfinarium, gdzie dano nam adres w miarę taniej kwatery -10 dolarów za dzień na dwie osoby.
Mieszkałyśmy w dzielnicy na przed-mieściach Sewastopola, a do delfinarium trzeba było jechać jeszcze dalej, za miasto. Na taksówki nie było nas stać, a do mikro-busów nie mieścił się wózek. Z transportem było kiepsko, autobus miejski jeździł do delfinarium tylko dwa razy dziennie. Nigdy nie przyjeżdżał na czas, a o godzinach jego kursowania dowiedziałyśmy się od pasażerów.
Już następnego dnia po przyjeździe zostałam przedstawiona delfinowi o imie-niu Ryszard.
Ryszard ma 20 lat i waży 300 kilo-gramów. Jest bardzo energiczny i pogodny. Poza tym Ryszard jest też artystą. Przez pięć lat występował w przedstawieniach w delfinarium. Myślę, że znajdziecie wspólny język – powiedziała Ludmiła Łukina, lekarka kierująca pacjentów na delfino-terapię.
Podczas tego pierwszego spotkania z delfinem stałam na pomoście. Nie mogłam oderwać oczu od pływającego w wolierze szarosrebrzystego delfina butlonosa. Był piękny. Wynurzył się prawie do połowy i przyglądał się mnie i mamie wyraźnie zaciekawiony. Kiedy prze-mawiałyśmy do niego, wyskakiwał z wody. Potem położył się na plecy i pokazując swój biały brzuch, zaczął rozcinać fale wzdłuż woliery. Ponieważ był to piątek, a w weekend nie ma zajęć, postanowiono, że zacznę delfinoterapię od poniedziałku i będę miała pięć zabiegów.
Nie mogłam się więc doczekać ponie-działku, by dotknąć Ryszarda i z nim popływać. Wreszcie nadszedł dzień spotkania. Ja nie potrafię samodzielnie pływać. Powiedziano mi też, że raczej nie mam szans pływać z delfinem w swoim kole, ponieważ może on nie zaakceptować tego przedmiotu, przyzwyczajony wyłącznie do kamizelek ratunkowych zakładanych dzieciom. Po zejściu na dolny drewniany pomost w wolierze Ryszarda, gdzie stali rehabilitant Andriej i treserka delfina Tania, usiadłam na specjalnej karimacie. Ryszard już na mnie czekał. Pływał na wy-ciągnięcie ręki i uważnie mi się przyglądał. Rehabilitant kazał mi zanurzyć nogi wodzie. Ryszard nie czekając na komendę, podpłynął i dotknął pod wodą jednej z moich stóp nosem potem płynnie się przesunął tak, że moja stopa ześliznęła się wzdłuż jego boku. Jakby mówił: „Witaj! Jak się masz?" Tania dmuchnęła w mały gwizdek imitujący pisk delfina i Ryszard podpłynął do niej. Treserka wskazała ręką w moim kierunku i delfin zniknął pod wodą. Po chwili poczułam silny nacisk na górną część lewej stopy i zobaczyłam wynurzoną głowę Ryszarda z moją wyprostowaną nogą na nosie.
Patrzyłam i czułam, jak bardzo Ryszard stara się przekazać mi swoją energię. Trwało to kilkanaście sekund. Tania znowu gwizdnęła i delfin zniknął w głębinie, by za chwilę pojawić się przy treserce i dostać zasłużone wynagrodzenie – kawałek ulubionej ryby. Taki sam trik powtórzył z prawą nogą. I tak kilka razy, to z lewą, to z prawą. Za każdym razem dostawał w nagrodę rybę. Później założono mi kamizelkę ratunkową. Andriej i moja mama pomagali mi utrzymać się w wodzie w pozycji pionowej. Delfin wolno zataczał równe koła wokół mnie. Po kolejnym gwizdnięciu Tani, Ryszard znów mocno przywarł nosem do jednej, a następnie do drugiej mojej stopy. To samo uczynił z rękami. Cały zabieg trwał około 20 minut.
Ponieważ autobus kursował rzadko, zaś delfinarium było daleko od miasta, chcąc nie chcąc musiałyśmy niemal całe dnie
między zabiegami spędzać na terytorium ośrodka. Mogłam godzinami obserwować pływającego Ryszarda. Patrzyłam na swojego nowego przyjaciela i w duchu opo-wiadałam mu o moim życiu . Poruszał się w wodzie z taką gracją, był tak majesta-tycznie piękny i pełen energii. Delfiny przetrwały miliony lat ewolucji. Zdaniem niektórych uczonych, inteligencja delfinów, znajduje się na nieco wyższym poziomie niż inteligencja ludzka.
Tak samo jak ludzie, delfiny ulegają emocjom. Bywają agresywne, i przyjazne. Porozumiewają się ze sobą, ale nie kłamią. Kochają, lecz nie zdradzają. Opiekują się młodszymi i słabszymi członkami swojego stada. Mają „żłobki”, ale nie mają domów spokojnej starości. Kiedy rodzi się mały delfinek jego matka, ciotka i babcia trzymają go z obu stron swoimi bokami i unoszą na powierzchnię wody, by najpierw do jego układu oddecho-wego dostał się tlen, zanim maluch zanurzy się z powrotem. Każdy delfin ma swój głos, niepodobny do innych. Piskiem, ćwierkotem, trzaskaniem wyrażają swoje nastroje. Ja i Ryszard porozumiewaliśmy się raczej bez „słów”. Zdawał się mówić: „Wszystko jest względne Olesiu. Wszystko ma dwie stron”…
Drugie spotkanie z Ryszardem odbyło się „na sucho”, bez mojego wchodzenia do wody. Kazano mi położyć na pomoście na brzuchu i opuścić ręce do wody. Czekałam, aż delfin dotknie moich dłoni. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłam przed sobą pysk Ryszarda wyciągnięty do… pocałunku. Przywarł swoim gładkim ciepłym nosem do moich ust i patrząc mi w oczy, na kilka chwil zamarł bez ruchu.
– To jego ulubiona sztuczka – zaśmiała się Tania. Kiedy delfin wreszcie zniknął pod wodą, Tania znów gwizdnęła, nagrodziła go rybą i powiedziała: Ryszardzie, a teraz całuj rączki Olesi! Ryszard znowu zanur-kował, by po chwili dotknąć mojej ręki. Poczułam nacisk w okolicy nadgarstka.
Delfin „regulował” siłę nacisku. Wiedział, że spastyczne kończyny może naciskać mocniej. Moja prawa, bardziej spastyczna dłoń otworyza sie.
Tego dnia poczułam, że mam o wiele mniejszą spastykę. Czułam niezwykłą lekkość w całym ciele.
Delfin wsunął w nią swój nos. Tak bardzo się starał rozluźnić moje palce! Po chwili bez problemu włożył nos do sprawniejszej lewej ręki. Oczywiście jego starania zostały wynagrodzone rybą. Tania kazała mu położyć na wodzie do góry brzuchem, a ja głaskałam ten jego biały ciepły śliski brzuch. Uwielbiał takie pieszczoty. Andriej powiedział, żebym usiadła i opuściła nogi do wody. Już chciałam się podnosić, kiedy Ryszardowi znowu zebrało się na czułości i nagle dał mi mocnego buziaka w policzek. Głośno się roześmiałam, a on był z siebie zadowolony. Stanął jak świeca, machając płetwami i chlapiąc wodą. Następnie usiadłam, a Ryszard zajął się moimi nogami. Szczególnie zwracał uwagę na prawą nogę, która jest bardziej porażona. W pewnym momencie, kiedy naciskał mi na prawą stopę, pogłaskałam go palcami lewej nogi pod gardłem. Tak bardzo mu się to spodobało, że nie zwrócił uwagi na gwizd Tani, dającej mu znak, by zajął się drugą moją nogą. Dopiero kilka sekund później zareagował i przy-wierając do mojej lewej stopy, po-patrzył na mnie z wdzięcznością za pieszczoty. Miałam wrażenie, jakbym mogła zrobić wszystko. Tego dnia poczułam, że mam o wiele mniejszą spastykę. Czułam niezwykłą lekkość w całym ciele. To było niesamo-wite uczucie. Przy kolejnym zabiegu Ryszard podpłynął pod pomost tak, bym mogła postawić nogi prosto na jego głowie. Jak by chciał powiedzieć: „No, dalej! Wstawaj na mojej głowie, przewiozę cię. Płyniemy!” Patrzył trochę zdziwiony, że nie robiłam tego, co proponował. Innym razem za-śpiewał dla mnie „piosenkę”, oczywiście Tania nim dyrygowała – wykonywała ruchy rękami, jak dyrygent. Ryszard wydawałz siebie najróżniejsze dźwięki; piszczał, trzaskał, ćwierkotał… Te dźwięki są niepodobne do niczego co znam. Ludmiła obserwując jeden z moich zabiegów, przyznała, że mnie i Ryszarda łączy szczególna więź. Niezwykle dobrze się rozumieliśmy. Swoją serdecznością Ryszard podbił moje serce!
Olesia Kornienko
Pomysł na artykuł - delfinoterapia
Dziennikarz piszący o niepełnosprawności stoi przed trudnym zadaniem. Jak ciekawie, ale bez tak krzywdzącej dla osób z niepełnosprawnością sensacji, pokazywać pro-blemy tej grupy? Jak wzruszać, bez uciekania się do kolejnej rzewnej historii? Jak zaskakiwać, bez pokazywania niepeł-nosprawnego herosa, który zdobył Kilimandżaro? Autorce teksu udało się uniknąć pewnych, dających się zaobserwować w po-dejmowaniu tej tematyki, schematów. Być może dlatego, że opowiada o swojej historii. Autorka kwestię niepełnospraww-ności traktuje bardzo natu-ralnie, niemal mimochodem. Dzięki temu powstał tekst, w którym niepełnospraw-ność nie jest na pierwszym miejscu.
"Pocałunek delfina" to opowieść o tym, że warto marzyć i dążyć do reali-zacji swoich marzeń.
Nie jest to reportaż, który mógłby ukazać się na przy-kład w Dużym Formacie, bo brak w nim tej dozy dramaturgii i ważnego jednak w reportażu problemu, można go zaproponować prasie "środowiskowej". Media, które adresują swój przekaz głównie do osób z niepełnospraww-nością mogłyby z zaintere-sowaniem przyjąć temat delfinoterapii. Bo o arte-terapii czy hipoterapii każdy słyszał, a delfinoterapia? To coś nowego.
Oceniała Dominika Trębacz Dominika Trębacz
tegoroczna absolwentka Laboratorium Reportażu, obecnie dziennikarka w Agencji Informacyjnej IntegracjaInfo zajmującej się tematyką nieopełno-sprawności.
Publikuje w portalu www.niepelnosprawni.pl
Trzeba dać ludziom Domysły
„Domysły” to grudzień wyjęty z kalendarza – wzdychają Basia i Monika. W redakcji siedzi się do późna i wstaje się późno. – Ale jak zrobisz wywiad z reżyserem to bajka – mówi do reportera Maciek.
Maciek przez telefon instruuje kolejnych reporterów piszących dla „Domysłów”: Interesują nas scenki… Staraj się znaleźć temat na miejscu… Obserwuj to, co widzisz, okej? Porozmawiaj z widzami po filmie… Jak zrobisz wywiad z reżyserem to bajka.
Dzień wcześniej pracował przy składaniu papierowego wydania gazety „Domysły” i zarwał noc. – Może najwyżej czterdzieści minut przespałem w biurze Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka – mówi. Do biura redakcji gazety festiwalu Watch Docs wchodzi Magda i zamiast pochwały Maciek słyszy – Ty byś zadbał lepiej o siebie i poszedł już spać do domu, bo jak Ty wyglądasz!
Ale pracy jest sporo. Do redakcji przy-chodzą kolejni redaktorzy, aby zająć się tekstami, a na każdym filmie festiwalu Watch Docs znajdują się reporterzy „Domysłów” i piszą teksty. Reporterami są osoby, które odpowiedziały na ogłoszenie Stowarzyszenia Młodych Dziennikarzy „POLIS”. Interesuje ich dziennikarstwo, chcą się czegoś nauczyć, chcą pisać. W tym roku zgłosiło się ponad 100 osób, a swoje teksty
Workshop
i zdjęcia nadsyła ponad 40. Są to osoby zarówno uczące się jeszcze w liceum oraz osoby już dawno po studiach.„Domysły” są jednym z projektów „POLIS”. Mają „edukować młodych ludzi w sprawnym i odpowie-dzialnym posługiwaniu się mediami oraz pobudzać ich do aktywności w życiu publicznym”. Od początku festiwalu Watch Docs (od 2001 r.), który jest organizo-wany przez Helsińską Fundację, „POLIS” tworzyło dla niego gazetę festiwalową. Jako „Domysły” gazeta zaczęła ukazywać się z biegiem czasu.
–„Domysły” to grudzień wyjęty z kalendarza – wzdychają zarówno Basia jak i Monika. Obie siedzą przed laptopami i redagują teksty. Jest środa wieczór w małym pokoju biura Helsińskiej Fundacji, gdzie ulokowała się redakcja „Domysłów”. Wokół pełno papierów – nadesłanych tekstów, materiałów o festiwalu i pierwszy numer drukowanego wydania „Domy-słów”, który ukazał się w pierwszy dzień festiwalu. Drugie wydanie jest w piątek, a trzecie będzie na koniec festiwalu. W redakcji siedzi się do późna i wstaje się późno. Dlatego Basia i Monika wzdychają zmęczone.
Każdy tekst musi zostać zredagowany przez dwie osoby. O jednym filmie może przyjść nawet kilka tekstów, bo tylu poszło na niego chętnych reporterów. Każdy nadesłany materiał jest publiko-wany na blogu – domysły.blox.pl. Tylko wyjątkowo mogą zostać odrzucone. Pójście na film i zrecenzowanie go może nie wystarczyć, warto pomyśleć o temacie przedstawionym w filmie, spytać się widzów o opinie. Jeśli na festiwalu obecny był reżyser bardzo cenny będzie przeprowa-dzony z nim, nawet krótki, wywiad. Materiał reportera ukaże się jeszcze tego samego dnia albo następnego rano. Najlepsze teksty zostaną zamieszczone w trzech drukowanych wydaniach gazety, zatem element konkurencji między reportera-mi też jest.
Redakcję „Domysłów” w tym roku tworzą: Basia Krywoszejew (sekretarz redakcji), Paulina Cylka i Maciej Sopyło (redaktorzy) oraz Piotr Marciniak (grafika i skład). W redakcji przesiadują również inni członkowie POLIS, aby pomóc w redakcji. Często pomaga również Halina Bort-nowska, honorowa członkini Stowa-rzyszenia, inicjatorka środowiska młodych dziennikarzy POLIS w roku 1992.
– O gazecie trzeba zacząć już myśleć w październiku – mówi Maciek. - Zawsze możemy liczyć na miejsce w biurze Helsińskiej Fundacji. Oczywiście trzeba znaleźć reporterów i poprosić niektóre osoby, aby pomogły nam w redakcji. Pomyśleć nad sposobami promocji gazety wśród czytelników. Do Domysłów dołącza-ją się uczestnicy warsztatów dziennikar-skich POLIS – tzw. „Klubu Czwartkowego”. Na brak chętnych do pisania „Domysły” nie mogą narzekać. – W tym roku jest jednak dwa razy więcej piszących niż rok temu, to dla nas miłe zaskoczenie – pod-kreśla Maciek.
Dla niego nie są to pierwsze „Domysły”. Z POLIS związany jest od 5 lat. Trafił do Stowarzyszenia poprzez warsztaty praw człowieka dla studentów organizowane przez Helsińską Fundację. Później wziął udział w obozie warsztatowym POLIS. Z Domysłami związał się od początku i obecnie w Stowarzyszeniu odpowiada za koordynowanie stałych projektów organizacji. Basia jest związana z POLIS najdłużej z obecnych w redakcji osób.
Jeszcze w siódmej klasie podstawówki dostała się na warsztaty organizowane przez POLIS dla uczniów klas podstawowych. – Podzielono nas na różne grupy, każda z grup musiała realizować własną gazetkę. Nasza była najlepsza. Zajęcia prowadziła z nami między innymi Halina Bortnowska. Potem zaangażowałam się w inne projekty POLIS. Był też staż w „Gazecie Wyborczej”, ale przy „Domysłach” jestem pierwszy raz – mówi Basia. Monika pomagająca przy redakcji tekstów jest w POLIS dopiero rok, choć jest już członkinią Zarządu. – Nie mam wątpliwości, że dużo pracy i bieganiny, kontakt z ludźmi to rzeczy, w których się odnajduję. Poza tym tutaj w POLIS ludzie są fajni, a to przyciąga.
W jaki sposób zrobić gazetę festiwalową? – Trzeba mieć zgrany zespół ludzi. Nie trzeba mieć specjalnie sponsorów, choć warto liczyć na dobrą wolę i pomoc innych – mówi Maciek. – Każdy z redakcji może udostępnić materiały własne, takie jak laptop, czy dyktafon. Bardzo ważne jest by mieć miejsce gdzie siedzieć. Jesteśmy przede wszystkim pismem edukacyjnym, zatem liczy się otwartość wobec naszych reporterów. Mamy służyć im radą – podkreśla.
– Zawsze mogą być jakieś problemy. Pracy jest dużo. Trudno czasem dopasować ilość znaków do kolumny, złożyć gazetę – mówi Basia. – Skłonić wszystkich do zaangażowania się też jest trudno i wielu osób, którzy dla nas piszą nie udaje nam się zatrzymać przy sobie. Jesteśmy gazetą warsztatową. Uczymy się.
Grzegorz Żukowski
Wizja lokalna w tramwaju
Czy w tramwajach można dobrze zjeść? Nie tylko zjeść, ale też posłuchać niezwykłej historii i spędzić wyjątkowe popołudnie w zupełnie innej epoce. Wystarczy załapać się na Śniadanie warszawskie w tramwaju.
Był koniec listopada, kiedy na Placu Narutowicza pojawił się wagon, w którym miały się rozegrać mrożące krew w żyłach sceny. Ostatnia tej jesieni przejażdżka śniadaniowym tramwajem odbyła się pod hasłem „Zbrodnia to niesłychana…”. Jednym słowem – opowieści o mrocznej stronie miasta.
Pasażerów do specjalnego tramwaju zaprosili opowiadacze z Grupy Studnia O. Pomimo ich najszczerszych chęci, wagon był tylko jeden, więc od wejścia zrobiło się intymnie. Widownia rozsiadła się na sie-dzeniach i na kolanach sąsiada, stło-czyła w przeciwnych końcach wagonu. Chwila zamieszania i pojawiła się muzyka – na akordeonie przygrywał Robert Lipka ubrany w ogromną, futrzaną czapę jeden z bardziej znanych akordeonistów polskiej sceny folkowej, członek takich zespołów jak Swoją Drogą czy Balkan Sevnah. Muzyka przedwojennych podwórek cofnęła zdezelowany wagon w czasie. Poczułam się, jakby otaczało mnie towarzystwo rodem z opowiadań Wiecha. Wtedy przez podwójne drzwi wparowało stado prywatnych detektywów, w tej roli - młodzi animatorzy kultury z liceum im. Juliusza Słowackiego. Ich wejście było jakby żywcem wyjęte z Aniołków Charciego: dzikie spojrzenia, charakterystycz-ne pozy „specjalnych agentów”, wyimagino-wane pistolety ze złożonych razem dłoni, co niestety popsuło przedwojenny klimat.
Tramwaj ruszył wreszcie. Z tyłu wagonu popłynęły podawane z rąk do rak przysmaki, przygotowane przez jednego z opowia-daczy, Pawła Górskiego – mistrza kulinarnych dzieł i kuchennych opowieści. Zaserwowano rybę po grecku i wykwintne frykasy w galarecie, oraz pączki na deser. Popłynęły też opowieści. Najpierw krótkie historie na temat mijanego stadionu (niegdyś Dziesięciolecia) – o tym, jak polski i radziecki zawodnik wyścigów kolarskich stoczyli pojedynek w wąskim tunelu prowadzącym na arenę, gdzie czekała upragniona meta. Do tunelu wjechało dwóch rowerzystów – wyjechał tylko Polak, triumfalnie wznosząc obitą pięść. Wyścig wygrał, szczegółów zajścia nie ustalono.
Gdy tramwaj wtoczył się na Pragę, popłynęły policyjne relacje, odczytane przez Gosię Litwinowicz z dawnych przedwojennych gazet: o cierpiącym na melancholię mężczyźnie, który wyszedł z domu i nie wrócił. O krzepkim kupcu, który na własnych schodach sprał do imentu złodzieja bezczelnie wychodzącego z bu-dynku w świeżo skradzionym, należącym do owego kupca futrze. Żeby słuchacze sami mogli doświadczyć tajników śledztwa, rozdano trzy pudła, w których znajdowały się dowody zbrodni. Przez otwór w kartonie trzeba było po dotyku rozpoznać np. urwany w trakcie dzikiej walki ze złodziejem futrzany kołnierz ze skradzionego płaszcza… Następnie przy współudziale pasażerów przeprowadzone zostało śledztwo w poszukiwaniu seryjnego mordercy łysych staruszków. Trop prowadził przez Bar Mleczny na ulicy Ząbkowskiej, pobliski salon fryzjerski i kwiaciarnię, sprytnie połączone w jednej opowieści. Sprawca został ujęty.
Tymczasem tramwaj dotarł na Most Gdański, z którego można było obserwować swobodnie najbardziej romantyczne miejsce w Warszawie – Rurę. Rura ta przebiega pod pobliskim mostem kolejowym i stanowi zarówno przestrzeń malarską (wizerunki piłkarskiego logo, zasprejowane z kaskaderskim wysiłkiem na widocznych częściach rury), czy poetycką („Kocham Mariolę” „Kibice forevor”). Po rurze można przekroczyć Wisłę (lękliwi używają w tym celu specjalnego pomostu nad rurą), aby udowodnić wielką miłość i oświadczyć się pod filarami mostu. Opowiadacze podzieli się ze słuchaczami opowieścią romantyczną. Wszyscy razem próbowaliśmy odnaleźć magiczne zaklęcie miłosne, które pozwoliłoby zdobyć serce upragnionej dziewczyny lub chłopka. Propozycje zostały zapamiętane. Śledztwo trwa.
W międzyczasie odbywała się kontrola biletów intelektualnych – wartość biletu określała wypowiedź kontrolowanych na zadany temat. W wyniku współpracy z kontrolerem, którym był jeden z opowiadaczy, Jarek Kaczmarek ujęty został także niepozorny kieszonkowiec, którego wy-puszczono jednak w zamian za dobrowolną prezentację ekwipunku złodziejskiego i uroczego uśmiechu. Sąd wymierzył łagodną karę.
Na zakończenie młodzi aktorzy zaserwo-wali inscenizację z „wizji lokalnych”. W owiniętym nagle policyjną taśmą tramwaju rozgrywały się symboliczne sceny przemytu narkotyków w długopisach, nieprzyzwoitego dowcipu w pociągu i próby zabójstwa bez broni. Inscenizacja była najsłabszym ogniwem przejażdżki. Nie do końca pasowała do klimatu. W ciasnym tramwaju była także kiepsko widoczna, a sama jej treść – mało zrozumiała. W słabym nagłośnieniu umykała czytana przez lektorów i odtwarzana z komputera nieco poetycka treść. Jednak wśród pasażerów znalazło się kilku wytrawnych detektywów, którzy rozszyfrowali poszlaki. Sprawcy zostali ujęci, nagrody za współpracę rozdane.
Najpierw skandal, potem medal Wizja lokalna w tramwaju - dokończenie
Nowa Huta, jeśli jest kobietą, może spokojnie przejść na emeryturę. Tymczasem kwitnie tu młode życie kulturalne, zadomowiły się tu alter-natywne teatry, powsta-je gazeta. W obchody 60. rocznicy powstania tego miasta w mieście wpisano między innymi konkurs na reportaż im. Ryszarda Kapuścińskie-go, który przed 54 laty opublikował w „Sztan-darze Młodych” reportaż zatytułowany „To też jest prawda o Nowej Hucie”. Tekst pokazywał biedę i moralny upadek tego miejsca. Alicja Kapuścińska, honoro-wa patronka konkursu: - Ten reportaż to było coś niesłychanego w tam-tych czasach. Redaktorka „Sztandaru Młodych” straciła pracę za to, że sama nie ocenzuro-wała tego reportażu. Mąż schował się wśród robotników. A potem nadeszła odwilż, i przyzna-no mu za niego Złoty Krzyż Zasługi.
Nagrody rozdano w Ośrodku Kultury im. Norwida, miejscu, które swoje istnienie zawdzię-cza słynnemu reportażo-wi, gdyż powstało w ramach ukulturalniania Nowej Huty. Pierwszej nagrody nie przyznano. Drugą otrzymał Piotr Parzysz za tekst „A Bóg patrzył…”, a trzecią Maria Lisińska Kozioł za reportaż pt.: „Zadziora z Nowej Huty”.
Anna Zdrojewska Śniadanie w tramwaju z pewnością pozostanie niezapomnianym przeżyciem. W tłoku, przy wspólnych opowieściach między pasażerami zawiązała się bliższa relacja. Kiedy po zatoczeniu koła – przez centrum, Pragę, Starówkę i okolice Powązek tramwaj powrócił na Ochotę, pozostało tylko zrobić sobie zdjęcie do policyjnej kartoteki i zatańczyć ostatni raz przy akompaniamencie akordeonu. Z ostatnim kubkiem zbożowej kawy w ręce biesiadnicy rozeszli się do domów.
Tramwaj zaś odjechał w nieznanym kierunku. Może jeszcze wróci…
Joanna Sabak
Teresa. Trawa. Robot. Takie kryptonimy nadała bezpieka największej i najdłuższej w dziejach PRL akcji inwigilacyjnej. Rozpracowaniu nie podlegali w niej jednak przedstawiciele „Solidarności”, KORu, czy jakikolwiek inny „element antysystemowy”. Kilkuset oddelegowanych do sprawy funkcjonariuszy przez niemal sześć lat - aż do roku 1990! - stale monitoruje poczynania najwierniejszych wydaje się popleczników systemu.
Teresa. Trawa. Robot.
Obiektami zainteresowania bezpieki byli członkowie rodzin SBków skazanych w tzw. „procesie toruńskim” za zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki. W 25. rocznicę zbrodni Wojciech Sumliński podaje nieznane dotąd szczegóły tej operacji. Znany ostatnio jako jeden z dziennikarzy podsłuchiwanych przez ABW, autor rozwija tezę postawioną w swojej poprzedniej publikacji: mordercy kapelana „Solidarności” mieli mocodawców w najwyższych wła-dzach PRL.
Książkę Sumlińskiego ciężko określić jako literaturę faktu, choć publikacja jest w całości oparta na materiale archiwalnym. Właściwsze jest chyba słowo protokół. Protokół z pod-słuchów jakie SB założyła rodzinom zabójców księdza. Surowość formy i monotonia treści bywa nużąca. To książka fachowa, nie dla każdego. W kontekście poprzedniego bogat-szego w narrację i różnorodność źródeł tytułu „Kto naprawdę go zabił?” „Teresa. Trawa. Robot.” wypada blado. Sam autor przyznaje, że to pozycja uboższa niż planował. Tracił on dwukrotnie niemal ukończony już tekst książki.
Z podawanymi przez Sumlińskiego faktami i źródłami trudno mi dyskutować. Można się spierać co do ich interpretacji, choć historia przedstawiana przez autora brzmi spójnie. Na pewno wiarygodniej niż wersja towarzysza Kiszczaka, który jako jedyny mógłby zweryfikować tę wersję. Nie prze-sądzam, że opowieść ta jest w każdym calu zgodna z prawdą, większość dokumentów zniszczona została w roku 1989. Tym niemniej autor przypomina o wielu niezna-nych wątkach związanych ze sprawą. Prowadzący początkowo śledztwo funkcjo-nariusze giną pod kołami ciężarówki. Działający jakoby spontanicznie mordercy na miesiąc przed zbrodnią śledzeni są przez Służby Wewnętrzne. Dla osób zainteresowanych mechanizmami funkcjono-wania PRL książka ta to cenne źródło informacji – takich „smaczków” jest tam więcej. Reszta powinna pamiętać, że historia śmierci ks. Popiełuszki nie jest tak oczywista jak ustalił to proces. Publikacja, która to udowadnia, może ich jednak odstraszyć ascetycznością formy.
Karol Wojteczek
Wojciech Sumliski: Teresa. Trawa. Robot. Największa operacja komunistycznych służb specjalnych, Fronda 2009
Sentymentalna opowieść o widzianej oczyma dziecka rewolucji telewizji fińskiej w estońskich domach.
Festiwal Sztuka dokumentu
17-30 listopada 2009 roku
Warszawa
Historia zwyczajnych ludzi w zwyczajne dni przełomu opowiedziana w kolorowy, pełen humoru sposób pokazuje siłę i wpływ kultury popularnej na zmiany światowego układu.
Jubileuszowa kłótnia, gdzie się zaczęło i jak. Czy to w Polsce, czy może wraz z upadkiem muru berlińskiego. Co rozpoczęło aksamitną rewolucję? Jaki był początek?
Początek był szklany. Zaczęło się w telewizji. Dokument "Disco and Atomic War" ("Disco i wojna atomowa") opowiada o ogro-mnym wpływie zachodniej telewizji w sowie-ckiej Estonii na przemiany społeczne.
Do stolicy estońskiej republiki radzieckiej docierały fale fińskiej ''kapitalistycznej'' telewizji. Pomimo prób zagłu-szania Estończycy
wynajdywali sposoby aby oglądać wycze-kiwane audycje w telewizji. Nawet cała armia radziecka nie była w stanie odpędzić telewidzów sprzed odbiorników kiedy emitowany był amerykański serial Dallas, czy erotyczny film Emanuele.
Każdy dzieciak na rzadki widok zachod-niego auta przystawał i rozmawiał z zegar-kiem wzorując się na bohaterze za-chodniego serialu Nieustraszony. Ulubiony film wylu-dniał ulice Tallinna bardziej niż godzina policyjna w stanie wojennym. Życie podporządkowane było programowi telewizyjnemu. Niespodziewanie Estonia znalazła się na linii ideologicznego frontu, gdzie Gwiezdne wojny i McGyver otwierały nowy, inny świat, przybliżając upadek ZSRR bardziej niż pierestrojka Gorbaczowa. Wielka wojna ideologiczna, w której oficjalna propaganda przegrywała z popularną kulturą ze szklaego ekranu. Czy potężni włodarze kraju rad nie mieli możliwości wyłączenia wrogich audycji, czy może był to tylko wentyl wolności, eksperyment?
Rafał Pikuła
PRL nie posypał się jak domek z kart
Nienawidzimy tego, czego nie rozumiemy. Mniemamy, że to co niezrozu-miałe zagraża nam, że z tego, co niepojęte,
a więc ciemne
i mroczne,
może wydoby-wać się nagle jakaś siła wroga
i niszczycielska, przed którą nie potrafimy się obronić. Ponadto niezrozumienie czegoś upokarza nas, sugeruje naszą niezdolność do pojmowania, rozumienia.
Ryszard Kapuściński
"Lapidarium V"
Festiwal "Sztuka dokumnetu" był dobrą okazją, by przypomnieć sobie o boha-terach wydarzeń sprzed 20 lat. Tych z pierwszego planu, jak i z „trzeciego garnituru”.
Z repertuaru festiwalowego wybrałem filmy Marii Zmarz Koczanowicz: „Dzieci rewolucji” i „Pokolenie '89”. W pierwszym obrazie reżyserka sportretowała środkowoeuropejskich dysydentów, którzy brali udział w krwawo stłumionych przez komunistów zrywach: w '56 r. na Węgrzech, w '68 r. w Czechosłowacji, wreszcie w '81 r. w Polsce. Pierwszą „Solidarność” wspominał Bogdan Borusewicz, praską wiosnę – Petruska Sustrova, powstanie węgierskie – Istvan Eosi. Piosenki Kaczmarskiego, liczne zdjęcia i filmy dopełniły nastrój grozy, ale też absurdu totalitaryzmów.
Relacje świadków tamtych lat unaoczniają młodym widzom, takim jak ja, że upadek komu-nizmu nie przypominał rozpadającego się domku z kart. Że był to wieloletni proces, udowadniają chociażby nakręcone przez reżyserkę obchody 25. rocznicy założenia Komitetu Obrony Robotników. Dzięki filmowi Koczanowicz dowiedziałem się, że pozytywny program intelektualistów KORu był ważnym punktem odniesienia dla czeskich, czy węgierskich dysydentów.
Rzucają się w oczy w „Dzieciach rewolucji” różnice w obalaniu komunizmu w każdym z demoludów. Jesienią '89 r. w Berlinie Wschodnim tłum zdobył szturmem siedzibę Stasi, w Pradze miała miejsce „aksamitna rewolucja”, w Polsce było już po wyborach i formował się pierwszy demokratyczny rząd Mazowieckiego. Bo to u nas – co podkreśla przekaz filmu – zaczął się ruch przemian.
Drugi film Koczanoowicz to opowieść o Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. Organizacji, której akcje protestacyjne przyspieszyły agonię PRLu. W przełomowym roku 1989 byli rebeliantami organiizu-jącymi m.in. strajk na UW. Dziś byśmy powiedzieli, że robili zadymy. I jako zadymiarze negocjowali z „czerwo-nymi” przy jednym z podstolików Okrągłego Stołu. Niektórzy po latach opowiadają o żalu, jaki mieli do pierwszego szeregu „Solidarności” za odstawienie NZSu na boczny tor.
Działacze studenccy sportretowani w „Poko-leniu '89” to dzisiejsi 40-latkowie. Opowia-dają reżyserce o tym, jak porobili pierwsze kariery u progu wolnej Polski. Zapotrzebowa-nie na młodych zdolnych było wtedy wszędzie – w mediach, reklamie, polityce. Nie wszyscy z bohatee-rów dokumentu pozostali wierni ideałom walki z systemem. Przykład jednego z nich, pewnego prezydenta Warszawy, pasuje bo-wiem jak ulał do słów Dantona o rewolucji, która pożera własne dzieci.
Słowa większości rozmówców Marii Zmarz Koczanowicz brzmią jednak szczerze, oni wtedy naprawdę mieli z kim walczyć. Dziś młodzi ludzi tak naprawdę mogą poli-tycznie buntować się tylko przeciw demokracji. Ale czy to ma w ogóle sens, to według mnie już zupełnie inna kwestia.
Jerzy Ignatowicz
Dwudziestolecie reporterów
Mariusz Szczygieł: 20 lat temu reporter w Polsce nie ośmieliłby się proponować polskiemu księdzu tak prawdziwej rozmowy o jego życiu seksualnym. A ksiądz nie pozwoliłby zadać sobie takich pytań.
Zebrane przez Szczygła reportaże pokazują nam coraz bardziej intymne życie bohaterów, czy to na fotelu ginekologicznym kobiety poddającej się zabiegowi aborcji w reportażu Lidii Ostałowskiej, czy w łóżku lesbijki poszu-kującej odpowiedniej partnerki w opowiadaniu Tomasza Kwaśniewskiego, czy na kościelnej ambonie, podczas homoseksualnych zwierzeń księdza w relacji Wojciecha Tochmana.
Reportaże Tochmana tworzą klamrę narra-cyjną. Zaczyna się od jego opowieści o czło-wieku, który budzi się na torach i nie ma tożsamości, coś zlikwidowało mu pamięć. Musi na nowo uczyć się Polski. Dla mnie jest on metaforą, nas na początku lat 90, kiedy musieliśmy uczyć się wszystkiego na nowo – mówił Mariusz Szczygieł w Radiu Tok FM. - Kończy się też repor-tażem Wojciecha Tochmana o człowie-ku, który ma tych tożsamości kilka. Ksiądz katolicki, za-każony HIV, gej, uprawiający niebez-pieczny seks w klubach europejskich miast, jednocześnie kocha Jezusa mocno, jak mamę i tatę. Tożsamość zwielo-krotniona - kilku ludzi w jednym.
Wszystkie reportaże zostały opatrzone przez autora nowym tytułem oraz komen-tarzem, nadającym im uniwersalne zna-czenie w perspekty-wie całości zbioru. „Reportaż Wściekły pies uświadamia nam, dokąd doszliśmy – tłumaczy Mariusz Szczygieł – Taki reportaż dwadzieścia lat temu nikomu nie przyszedłby do głowy. Nawet dziesięć lat temu – moim zdaniem – żadna poważna redakcja nie ośmieliłaby się go wydrukować.” Ponad 30 lat temu Melchior Wańkowicz mówił o tworzeniu z kilku postaci jednej. Dziś jeden bohater mógłby obdarzyć swoimi losami kilku bohaterów. Czy dzieje się tak na skutek gwałtownej ewolucji bohatera reportażu, jego osobowości, której atrakcyjność tkwi w pomnażaniu tożsamości, złożonych z hybry-dalnych, niewykluczających się cech?
Zdjęcie: Maja Teryaki Wojciech Bojanowski, Paweł Piotr Reszka, Jacek Antczak, Artur Pałyga, Lidia Ostałowska, Tomasz Kwaśniewski, Katarzyna SurmiakDomańska, Paweł Smoleński, Jacek Hugo Bader, Grzegorz Sroczyński, Wojciech Tochman, Mariusz Szczygieł. Ilustracje i projekt okładki: grupa Twożywo.
A może skłania do tego coraz większa dociekliwość repor-terów, wchodzących w coraz intymniejsze życie człowieka? Na pytanie Jacka Antczaka w książce "Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall o reportaż XXI wieku" Hanna Krall odpowiada: „Nie wiem. Zauważyłam tylko, że reportaż jest coraz bardziej zachłanny i wchodzi w rewiry zastrzeżone dotychczas dla literatury pięknej. Okazuje się, że o mrocznych sekretach duszy można pisać również reportaże. Nie wyobrażałam sobie nigdy, że można pisać o tym, o czym piszą Wojciech Tochman czy Mariusz Szczygieł.
Wydawałoby się, że dziś w epoce reality show odbiorca jest przyzwyczajony do uczestni-czenia w intymności bohaterów. Warto jednak zapytać o granice prywatności bohatera reporta-żu w XXI wieku, lub też o ich brak. Gdzie zaprowadzi nas owa odwaga? Czy za kolejne kilkanaście lat zakonnica, zmaga-jąca się z problemem aborcji, ścigana przez wydział anty-narkotykowy będzie dla nas wystarczająco atrakcyjnym bohaterem?
Agata Listoś
Mariusz Szczygieł: 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła, Wydawnictwo Czarne i Instytut Reportażu 2009 Autorzy reportaży zawartych w książce: Irena Morawska, Joanna Sokolińska, Joanna Wojciechowska , Karol Podgórski, Włodzimierz Nowak, Wojciech Staszewski, Edyta Gietka, Ewa Winnicka, Witold Szabłowski, Marcin Kołodziejczyk, Anna Fostakowska,
Po „Gulasz z turula” sięgnąłem, by dowiedzieć się więcej o Węgrach. O tym kraju i jego mieszkańcach. Liczyłem, że dzięki temu zbiorowi esejów zrozumiem zasadność przyjaźni, jaka łączy Polaków z tym narodem. W końcu kto jak kto – pomyślałem – jak nie Krzysztof Varga, znany pisarz, pół Węgier, może wytłumaczyć Polakowi specyfikę madziarskości. Przynajmniej powierzchownie.
To jest kraj
dla smutnych ludzi
Te oczekiwania mnie nie zawiodły, choć treść „Gulasza z turula” nie pokryła się z moimi wcześniejszymi wyobrażeniami na temat Węgier. Słowo wyjaśnienia należy się tytułowemu turulowi. To mityczny ptak, „dziwne skrzyżowanie orła z gęsią”, jak tłumaczy autor. I jednocześnie symbol węgierskiej potęgi. Autor na wstępie pro-wadzi czytelnika śladami rozsianych po całym kraju pomników właśnie turuli.
Następnie relacjonuje swoje wrażenia z lokali gastronomicznych w Budapeszcie. Jednak nie tych z górnej półki, tylko raczej o niepowtarzalnym klimacie, często obskurnym. Bary z ceratą na stole, piwiarnie, knajpy dworcowe. Nie powiem, gdy jestem w obcym mieście, lubię na chwilę zajrzeć do takich miejsc, więc owe relacje czytałem z wypiekami na twarzy.
Nasycony kulinarnym opisami przechodzę do kolejnych rozdziałów. Varga docieka w nich przyczyn melancholii w węgierskich duszach. Średnia samobójstw jest tam najwyższa w Europie. Ale czy może być inaczej w kraju, który na mocy traktatu w Trianon w 1920 roku utracił dwie trzecie terytorium i dostęp do morza? Tęsknota za Wielkimi Węgrami odbija się dziś nasileniem nacjonalizmu. Na po-rządku dziennym są nad Dunajem hasła nawołujące do rewizji granic. I to w za-sadzie na wszystkich frontach. Polaków w Jałcie pokrzywdzono zaborem Wilna i Lwowa, Madziarom w Trianon mocarstwa odebrały całą dzisiejszą Słowację, rumuński Siedmiogród, wybrzeże Adriatyku w Chorwacji i skrawki paru innych państw. Nic dziw-nego, że coraz większy posłuch mają na Węgrzech politycy grający na nucie naro-dowych resentymentów. Zwłaszcza wobec całkiem licznej mniejszości cygańskiej.
Węgierską traumę po upadku cesarskiej świetności widać na co dzień. Czy to na wiecach paramilitarnej Gwardii Węgierskiej w stolicy, czy w muzeum Miklosa Horthy'ego na prowincji w Kenderes. Autor w jednym z esejów opisuje to miejsce kultu regenta Węgier, który w latach 1920-44 z różnym skutkiem dążył do odzyskania macierzy. Paradoksalnie, Horthy w kraju bez floty był tytułowany admirałem.
Głównym punktem podróży po Węgrzech jest Budapeszt. To metropolia kontrastów, pogrążona w kryzysie. Turystów z całego
Całe to bycie dorosłym, bycie jednostką społeczną, mnie nie kręci.
świata kuszą piękne budowle pamiętające czasy monarchii, jak Zamek Królewski, termy czy najstarsza linia metra w Europie kontynentalnej. Nocą to miasto ma jednak inne oblicze. Bezdomni wtedy leżą pokotem właściwie tam, gdzie chcą. Nie obchodzi ich, czy miejscem ich drzemki będzie deptak w centrum miasta, peron metra czy bruk przed monumentalnym pałacem. Żaden policjant i tak nie będzie ich niepokoił. Na budapeszteńskiej stacji Nyugati wy-perfumowany świat centrum handlowego przechodzi w smród zupełnie jak w Warszawie, gdzie Złote Tarasy łączą się z Dworcem Centralnym.
„Gulasz z turula” nie jest z pewnością zachętą do odwiedzenia Węgier na kształt folderu turystycznego. To raczej alterna-tywny przewodnik po tym kraju, zwłaszcza jego stolicy, okraszony masą anegdot. Ironiczny obraz Węgrów raczej nie spodo-bałby się tamtejszym patriotom. Kruszy za to barierę językową i przybliża Polakom mentalność narodu, który od lat lubią i szanują, z wzajemnością zresztą. Uważam, że czytelnicy „Gazety Wyborczej” zasłu-żenie przyznali Vardze w tym roku literacką nagrodę Nike, właśnie za ostatnią książkę.
Jerzy Ignatowicz
„Gulasz z turula”, Krzysztof Varga, Wydawnictwo Czarne Nie ma na świecie młodego człowieka, który nie zastanawiałby się, gdzie jest jego miejsce, dokąd zmierza, po co. Właśnie o takich ludziach jest „Solanin” - komiks autorstwa Inio Asano, który w 2009 roku otrzymał nominację do nagród Eisnera i Harveya, komiksowego Pulitzera.
Główni bohaterowie to młodzi mieszkańcy Tokio stojący na rozdrożu życiowych dróg. Boją się podjąć decyzje, co do swojej przyszłości, gdyż to zmieniłoby obecny stan - wygodny i bezpieczny. Na kartach komiksu toczą walkę ze swoimi życiowymi lękami i przyzwyczajeniami, powoli dojrzewają do wkroczenia w dorosłość, która nieuchronnie nadciąga. Przychodzi im zmierzyć się ze strachem o przyszłość, obawą, czy chłopak, który idzie obok nas jest tym człowiekiem, który nadaje się do stabilnego związku?
Głównymi postaciami „Solanina” jest para - Meiko Inoue i Naruo Taneda. Ona buntuje się przeciw wizji długoletniej pracy w korporacji, nudnej i nic nie wno-szącej w jej życie. Jednocześnie nie ma pomysłu na siebie. On marzy o karierze muzycznej, jednak nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby zająć się tym na poważnie. Otaczają ich przyjaciele, którzy mają podobne problemy, nie są pewni jak żyć. A tymczasem czas ucieka i nie można zastanawiać się bez końca. Konkluzja jest prosta: Chyba lepiej popełnić błąd, robiąc coś, niż pozostać biernym.
Postaci w „Solaninie” są świetnie skonstruo-wane, pozbawione sztuczności czy przesadnej dramtyzacji. Ich zachowanie jest naturalne.
Kreska jaką posługuje się autor jest stonowana, wyważona i przede wszystkim oddaje wiele szczegółów, które ukazują bogactwo świata. Tła scen są bardzo dokładnie wyrysowane, podczas gdy w dzisiejszych komiksach często są one traktowane po macoszemu, gdy artystę goni kolejny deadline, tymczasem szczegółowość ożywia świat przed-stawiony.
Kiedy Bóg rzuca Ci
piłkę to jest ona zawsze
cholernie podkręcona.
Autorowi w sposobie ich zachowania, ruchu, wyglądzie, tym co i jak mówią udało się świetnie oddać różnorodność ludzkich zachowań. Widać, że są to młodzi ludzie, a nie „przebrani” dorośli.
Narracja w komiksie Inio Asino jest poprowadzona w sposób stabilny. To nie nagłe zwroty akcji są tu najważniejsze. Takie ujęcie tematu pozwala autorowi w rzetelny sposób oddać emocje, stan ducha głównych bohaterów. Czytając „Solanina”, można ujrzeć samych siebie, naszych znajomych czy przyjaciół oraz wszystkie błędy, które popełniliśmy, popełniamy albo popełnimy jeszcze w przy-szłości. Ich życie staje się na chwilę naszym.
Polskie wydanie stoi na wysokim poziomie, zarówno edytorskim, jak i tłumaczenia. Nie lada wyzwaniem jest przetłumaczenie zwrotów z języka japońskiego, a nawet banalnych onomatopei tak, żeby nie brzmiały sztucznie.
W przyszłym roku do japońskich kin ma trafić film na podstawie komiksu. Polskiemu czytelnikowi tymczasem pozo-staje czekać na wydanie drugiego tomu kończącego historię i dającego odpowiedzi na pytanie związane z dalszymi losami bohaterów „Solanina”.
Jakub Wołosowski
Inio Anono: Solanin I,
Wydawnictwo Hanami 2009