Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Warto wiedzieć...
Zapraszamy na naszą oficjalną stronę internetową, na której znajdziecie ciekawe informacje z życia szkoły i redaktorów REaD: www.readakcja. republika.pl


Drodzy czytelnicy ! Nareszcie "przyszedł maj, zrobiło się gorąco". Mimo że do końca roku jeszcze miesiąc, a przed nami sporo pracy, to mamy dla Was chwilę relaksu w postaci nowego numeru REaD, gdzie m.in. będziecie mogli przeczytać relacje ze szkolnych imprez takich jak: Konkurs Kopernikański czy Święto Szkoły. Miłośników podróży na pewno ucieszy wywiad z panią Magdaleną Olszewską, która opowiedziała o swojej podóży do fascynującej Namibii. Oprócz tego poznacie różnice między życiem w Rosji i Polsce oraz dowiecie się, jak miło było nam gościć w Wałbrzychu. Nie zabraknie również stałych rubryk: Zaraź nas swoją pasją czy Z dziennika Adolajdy, gdzie przekonacie się, że "Stara miłość nie rdzewieje". Życzę wszystkim miłej lektury! Redaktor naczelna Wszystkim naszym maturzystom życzymy jak najwyższych wyników! Mocno trzymamy za was kciuki! :) SPIS TREŚCI:

ŻYCIE JEST TEATREM - AKTORAMI LUDZIE 29 marca w naszej szkole upłynął pod znakiem Międzynaro-dowego Dnia Teatru. Uroczystości związane z tym świętem zostały podzielone na dwie czę-ści. Pierwsza z nich to sesja popularna, na której uczniom w humorystyczny sposób została przybliżona historia kabaretu. Było to niekonwencjonalne przygotowanie na to, co miało wydarzyć się wieczorem. Już kilka godzin po sesji wielbi- ciele tej formy rozrywki mogli zrelaksować się podczas wieczoru kaba- retowego pt. "Żeby Polska była Polską..." , przygotowanego przez uczniów naszej szkoły pod przewodnictwem pani profesor Beaty Kowalczyk. Na scenie przewinęły się zarówno skecze starsze, z czasów PRL, jak i te obecnie znane nam, np. z telewizji. Nie mogło zabraknąć nie- śmiertelnej Pani Pelagii czy Tofika, którzy mimo upływu czasu dalej roz- śmieszają widownie do łez. Na zwrócenie uwa- gi zasługuje również dekoracja auli, która niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeniosła nas w koń-cówkę XX wieku. Ske-cze przeplatane były pieśniami utrzymanymi w duchu patriotyzmu, które zaśpiewane przez naszych szkolnych aktorów, sprawiły, że w oku niejednego widza zakręciła się łza. U-czniowie naszej szkoły pozytywnie oceniają wydarzenie i mają nadzieję, że nie była to ostatnia taka im-preza. :) Guulek

REaD; gazeta uczniów I Liceum im. M. Kopernika; ul. Łopuskiego 42-44; 78-100 Kołobrzeg tel. 943544633 redakcjaread@gmail.com www.mam.media.pl nr 3/2012, nakład 50 egzempl. OPIEKUN KOŁA: Blanka Góral RED. NACZELNA: Agnieszka Sołtys Z- CA RED. NACZELNEJ: Grzegorz Dobek REaDAKCJA: Dominika Badaczewska, Monika Dobrowolska, Klaudia Malek, Monika Nowakowska, Justyna Piąsta, Justyna Skowrońska, Adam Tokarczyk, Daria Wojciechowicz 4.....Z DZIENNIKA ADOLAJDY 6...TEGO SIĘ NIE DA OPISAĆ, CZYLI AFRYKA OCZAMI P. MAGDALENY OLSZEWSKIEJ 10.....................POWTÓRKA Z POLSKIEGO 12..............ZATRZYMALIŚMY SŁOŃCE, PORUSZYLIŚMY ZIEMIĘ 15...SZKOŁA (NIE) ZUPEŁNIE INNA 18...................NASTRÓJ SIĘ GITAROWO 20.....................WYŚPIEWAJ MI MARZENIA 22........NA OGÓLNOPOLSKIM PODIUM 25.............NIE OCENIAJ, A NIE BĘDZIESZ OCENIANY 28........MIĘDZY NAMI JEST CHEMIA 29...ALE TO JUŻ BYŁO I NIE WRÓCI WIĘCEJ... 30...........RÓŻ I JUŻ, CZYLI RÓŻOWE PRZESILENIE 31..................W LUDZKIM CHWILOWO RODZAJU, CZYLI WSPOMNIENIE WISŁAWY SZYMBORSKIEJ 32...GUMOWE UCHO MIRKI 33.....................RAFAELLO 34........................KOMIKS Stara miłość...
...nie rdzewieje!
Z dziennika Adolajdy REaD Z dziennika Adolajdy

13 luty 2012r. - Nie mogę się doczekać! Pójdziemy do kina, potem na jakiś spacer... Będzie cudownie! Ciekawe, co mi kupi... -Ja dostanę piękny wisiorek, a Kaśka mówiła coś o sukience, takiej czerwonej... - Ja wolę niespodzianki! Mam nadzieję, że Marek się trochę wykosztuje. - Hej, , dziewczyny. Co słychać? - zagadałam podchodząc do Gośki i Martyny. - Jutro Walentynki! Cieszysz się? - zapytała Martyna, nadzwyczaj podekscy- towana - Czy ja wiem. Dzień jak co dzień. Wielka mi rzecz. – powiedziałam i poszłam dalej. Też mi coś – pomyślałam – co to za miłość, gdy „najlepszym” sposobem na jej okazanie jest kupiony prezent i jego cena. Kiedyś, kiedyś to była miłość. Ludzie nie potrzebowali żadnych specjalnych świąt, żeby pokazać, jak bardzo im na sobie zależy, mogli oddać za siebie życie w każdej chwili, byli sobie wierni i w ogóle... Zaraz, zaraz. Ja tu się wzruszam, a zaraz polski. W sumie skoro omawiamy dziś „Dzieje Tristana i Izoldy”, moje rozmyślenia mogą się przydać na lekcji. Kurczę, oni to się kochali... Gdyby żyli w naszym wieku, pokazaliby wszystkim, co to znaczy prawdziwa miłość - i w Walentynki, i w każdy inny dzień. 14 luty 2012r. No i nadszedł ten dzień. Nie mogłam doczekać się pisków dziewczyn, wzdy- chań, kwiatków, serduszek, różowych swe- terków, liścików...to takie urocze i słodkie. Tak słodkie, że mdli mnie na samą myśl. Na całe szczęście Walentynki trwają tylko jeden dzień, raz w roku. Wspaniały dzień, by go uczcić. Na początek zaczęłam szukać swojej klasy. Gdzie też oni wszyscy się podziali? – zastanawiałam się - Może zeszli na dół.. .Muszę to sprawdzić. Tak też zrobiłam. Krążyłam pustymi korytarzami, nie mogąc znaleźć żywej duszy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zamiast tego znajdę te „małożywe”, a właściwie nieżywe wcale. No, ale o tym później. Jak już wspomniałam, szłam głuchymi, ciemnymi korytarzami, spoglądając na puste, zniszczone ściany.W pewnym mo- mencie zdałam sobie sprawę, że nie mam bladego pojęcia gdzie jestem. Wydawało mi się, że znam już całą szkołę. Nie wiedziałam, skąd wzięły się tutaj te przerażające korytarze. Chodziłam tak jeszcze kilkadziesiąt minut, o znalezieniu wyjścia z „labiryntu” szkolnego nie było mowy. Traciłam już całkiem nadzieję na odnalezienie kogo- kolwiek, kiedy usłyszałam czyjeś głosy, które z każdym moim krokiem stawały się donośniejsze. - O, najdroższa! Jakoż mógłbym żyć bez Ciebie! – krzyczał męski głos.

Z dziennika Adolajdy

- Miły! Myśl ta dojść nawet do mnie nie może, że moglibyśmy żyć osobno, razem zaś w myślach jedynie! – odpowiedział z kolei głos kobiecy. - Kochana, jeden dzień bez Ciebie – jakoby wieczność, wieczność z Tobą, jak jeden dzień mija! Proszę, proszę. Tu się ukryli! Nie będę przeszka- dzać - myślałam - chcę tylko znaleźć drogę. - mo..może..– stanęłam w bezruchu wpatrując się w przezroczyste postaci przed sobą. - Witaj. Dawno już gości u nas tu nie było. Co Cię dręczy?- rzekł mężczyzna. - Ja tylko... chciałam znaleźć drogę, myślałam, że znajdę tu kogoś innego. Właściwie nie wiem, kto inny miałby tu być, jak nie duchy... Rany, co ja gadam. Nieważne, pójdę już – bredziłam przerażona, powoli wyco-fując się. - Zaczekaj, nic Ci nie zro- bimy, jesteśmy przyjaz-nymi duszami. - Daj spokój, Tristanie, niecodziennie zdarza się spotykać duchy we włas-nej szkole. - Przyjdź jeszcze – krzy-czał męski głos za mną. "Niesamowite! W tych całych Walentynkach jest jednak trochę magii - myślałam, biegnąc przed siebie – kto by pomyślał, Tristan i Izolda, para kochanków z dawnych czasów... tutaj!" Fakty-cznie, mogłam jeszcze chwilę zostać, jednak myśl, że spędzę Walen-tynki w mrocznych lo-chach, z parą zakocha-nych nieboszczyków bu-dziła we mnie przera- żenie... Adolajada Tego się nie da opisać! czyli Afryka oczami p. Magdaleny Olszewskiej
Każdy z nas posiada jakieś pasje, marzenia, które są po prostu naszym drugim biciem serca. Nie inaczej jest też w przypadku naszej bibliotekarki, pani Magdaleny Olszewskiej, która opowiedziała nam o swojej kolejnej wyprawie do Afryki.


Kilka miesięcy temu dziennikarze REaD opisali jej wyprawy do Kenii, Tanzanii i Etiopii. Artykuł spotkał się ze sporym zainteresowaniem naszych czytelników, którymi (po jego przeczytaniu) targały różne, często sprzeczne uczucia. Niektórzy po prostu zdziwieni niecodziennym hobby pani Magdy mówili „łał”, a inni nie chcieli uwierzyć, że osoba, którą na co dzień mogą spotykać „przy biurku” w bibliotece, może w taki sposób spędzać swój wolny czas. A jednak. Jak sama twierdzi, podróże są jej motorem życia. Sprawiają, że może oderwać się od (niekoniecznie zawsze kolorowej) rzeczywistości. Zmienić perspektywę. Nabrać dystansu do życia. Poznać coś. Zobaczyć. Zachłysnąć się na moment wolnością. Nie, nie szczepiłam się przeciw wściekliźnie, durowi brzusznemu czy tężcowi, choć powinnam. Zaszczepiłam się tylko przeciw żółtej febrze oraz żółtaczce A i B, ale to jeszcze przed poprzednimi wyjazdami. Teraz zabrałam GPS, mapę, lekarstwa oraz dobry nastrój i bezkonfliktowe towarzystwo. To wystarczy. Jednak czy na pewno? Znów to samo? Jeszcze niedawno Namibię mogła oglądać tylko na stronicach książek czy ekranie komputera i telewizora. Dziś kolejne marzenie może zaliczyć do spełnionych, bo już trzecia wyprawa do Afryki za nią. Tym razem sama z przyjaciółką przygotowała cały wyjazd. I to wcale nie od A do Z, bo jak sama mówi: „Przygotowałyśmy to za duże słowo. Znalazłyśmy tanie bilety lotnicze, przez Internet wypożyczyłyśmy auto i wiedziałyśmy, co chcemy zobaczyć. Reszta to improwizacja!”. A dlaczego znów Afryka? Pani Magda twierdzi, że po



każdym kolejnym pobycie na tym konty-nencie chce się więcej i więcej. Mimo iż każde miejsce jest zupełnie inne , bo np. w Etiopii (gdzie gęstość zaludnienia wynosi 59 osób na km2) było mnóstwo ludzi pośród których (ze względu na inny kolor skóry) czuła się niekiedy, zwłaszcza w miejscach rzadko uczęszczanych przez turystów, jak małpa, a w Namibii czasem przez kilkadziesiąt kilometrów nie spotkała żywej duszy (w tym kraju, dla odmiany, średnia gęstość zaludnienia to 2 osoby na km2!), to każde łączy jedno – wyją-tkowość. Ale czy na pewno? Pani Magda wyruszyła w podróż tropem Afryki, a ja (by to sprawdzić) wybrałem się jej tropem. Polskie drogi nie są złe? Po samej Afryce przemieszczała się wynajętym samochodem, na dachu którego woziła namiot, a na pace butlę gazową, garnki, sztućce i jedzenie kupowane w namibijskich sklepach. Miała to wszystko „przy sobie”, ponieważ spała tylko i wyłącznie na polach namiotowych. Jednak i tu nie zabrakło dodatkowych atrakcji – musiała się bowiem przyzwyczaić do podgryzających jej wypożyczony samochód szakali czy osłów . Jednak moje zdziwienie było większe, kiedy zostałem zapytany „Czy rzeczywiście polskie drogi są takie złe?”. Pytanie to nie pojawiło się bez powodu, gdyż najbardziej szokującą rzeczą dla p. Magdy był fakt, że u nas przy drogach stoją pojedyncze krzyże, a tam tych krzyży jest więcej. Możliwe, że przyczyną śmierci tak wielu osób jest wybieganie na drogę zwierząt, ale z pewnością też za szybka jazda. W Namibii ograniczenie prędkości wynosi do 100km/h, a gdzieniegdzie nawet do 120km/h! I ludzie rzeczywiście tak pędzą…, a drogi utwar- dzone szutrem ( bo dróg asfaltowych jest niewiele) bywają (niestety) zgubne. Oryks na różne sposoby Namibia jest byłą niemiecką kolonią w południowozachodniej Afryce. Mimo iż króluje w niej j. niemiecki oraz afrikaans, to jednak językiem urzędowym jest j. angielski. Kolonializm. To było, czy trwa nadal? To pytanie towarzyszyło p. Magdzie przez całą wyprawę. Twierdzi, że tak naprawdę pewna forma kolonizacji ma tam miejsce nadal. „W sklepie kasę obsługują biali, biali jeżdżą drogimi autami, siedzą w restauracjach i kawiarniach, mają ogromne połacie ziemi, na których pracują dla nich czarnoskórzy, oni też sprzątają, usługują, donoszą, przynoszą... zarabiając średnio ok. 1,25 dolara dziennie. Na co to starczy, biorąc pod uwagę fakt, że jest tam naprawdę bardzo drogo?” – mówi. Namibia jest krajem o najwyższym współczynniku nierówności społecznej na świecie. Tak samo zróżnicowany jest tam klimat. Mimo iż przebywała w Namibii akurat w porze deszczowej, to jednak bardzo nie zmokła…, ale też zobaczyła niewiele zwierząt. Widziała z tzw. wielkiej piątki tylko (albo aż!) nosorożca. A poza tym oczywiście zebry, żyrafy, oryksy czy kudu, które w Namibii są tak samo popularne jak u nas np. dziki czy sarny. W związku z ową dostępnością tych zwierząt, są one główną podstawą diety Namibijczyków. W barach czy restauracjach trudno kupić dania bezmięsne. Raz, na prośbę o danie wegetariańskie, które widniało w menu, kelner rzekł, iż jest tylko oryks. A na zdecydowaną prośbę o coś jednak bezmięsnego kelner odparł - Tak, oryks. A pani niegłodna? – Głodna. – Oryks dobry. – Nie chcę oryksa. – To pani niegłodna. – Głodna! – To podać oryksa? – Nie. –A nie mówiłem? Niegłodna! W tym duchu rozmowa trwała 5 min – wspomina.



Tego się nie da opisać! W Narodowym Parku Etoszy (jeden z największych parków narodowych na świecie) nasza podróżnicz- ka mogła zaspokoić swoją potrzebę zobaczenia zwierząt. Miała okazję stanąć przy gnu, elandzie, zebrze, ży- rafie. Na wschodzie kraju napotkała też na surykatkę, karakala, lamparta i inne (dla nas egzotyczne) zwierzęta. Następnym punktem na mapie p. Magdy było Wybrzeże Szkieletów przy Oceanie Atlantyckim. Miej- sce (nie bez powodu zwane „bramą do piekła”), z którego za sprawą bardzo silnych prądów morskich i licznych płycizn statki nie mogą wypłynąć i w końcu toną. Wzdłuż całego wyb- rzeża jest ok. 1000 wraków. Ominąć nie mogła też niedaleko leżącej Pustyni Namib, która zrobiła na niej ogromne wrażenie. „Olbrzymie, pomarańczo- we wydmy smagane pod- muchami wiatru tak silnymi, że uderzenie zebranym przez wiatr piaskiem po twarzy odczuwało się jak piekące razy” – komentuje. Jest to teren bardzo ubogi w opady deszczu (zdarza się on raz na parę lat). Dlatego można tu zauważyć sporo wyschniętej roślinności , w tym charakterystyczne wyschnięte drzewa akcji. Smród. Bród. Hałas. Tak w trzech słowach można opisać jedno z największych na świecie skupisk fok w Cape Cross. Mimo iż żyją w stanie naturalnym, to jednak wykorzystywane są często na skórę oraz mięso. Jak przekonuje nas nasza bohaterka, najpierw musiała chodzić tam z chustką na buzi, ponieważ tysiące fok (żywych, ale też martwych!) oraz ich odchody wywołują niewy- obrażalny fetor. Tego za- pachu oraz dźwięków (połączenie jęków, pomruków i wrzasków) wydawanych przez foki nie da się opi- sać! Mimo hałasu i zapa- chu nie chce się stamtąd odchodzić. Obserwacja takiej ilości fok w jednym miejscu jest czymś niezwykłym i wzruszającym. Focze mat- ki karmiące swoje młode, walki młodych samców, bitwy o dominacje, prze- pychanki i sceny czułości. Można bez końca. – wspomina. Serce biło szybciej! Najgorzej wspominam jedną noc. Wraz z koleżanką spałyśmy w namiocie (na dachu auta). Tym razem na polu oddalonym od zabudowań. Nagle obudzi- ły nas ludzkie kroki (łatwo odróżnić kroki ludzkie od zwierzęcych). Po chwili usłyszałyśmy, jak ktoś się skrada do samochodu, a po chwili próbuje otworzyć drzwi naszego jeepa. Natychmiast zerwałyśmy się z miejsc i zaczęłyśmy analizować sytuację. Serce waliło jak wściekłe. Nogi miałam jak z waty. Nagle Monika głośno krzyknęła coś po polsku. I? Udało się! – po chwili ktoś odszedł. Pewnie język polski zabrzmiał mu źle;) Długą chwilę zerkałyśmy przez okienka namiotu, czy wokół nikt się nie kręci. Oczywiście, noc już



miałyśmy z głowy. Tylko dla siebie? Po wysłuchaniu całej opo- wieści w głowie miałem tylko jedno pytanie. Czy nie chciałaby pani wyjść z tym gdzieś dalej? Odpowiedź (przez skromność?) nieco zaskakująca. Twierdzi, że jak dotąd mało dokonała. Przytacza tu przykład mał- żeństwa, które robi to samo, co ona, ale np. z dwójką dzieci. Dlatego (przynajmniej na razie) nie planuje wystaw, udziału w festiwalach. Wspomina natomiast, że kiedyś chciała wstąpić do fundacji i pracować w Afryce, lecz ze względu na studia, potem na rodzinę, nie udało jej się tego zrealizować, a teraz, jak sama mówi, „jest za stara” (wiele fundacji przyjmuje osoby tylko do 35 roku życia). Swego nie znacie, cudze chwalicie? I choć w planach ma zo- baczenie jeszcze w Afryce m.in. Ugandy czy Botswany, to jednak twierdzi, że Polskę też ciągle odkrywa! Uwielbia np. Kaszuby i Dolny Śląsk. Tak więc, żeby spełniać swoją pasję, nie należy nikogo naśladować czy za- tracać się w jednym miejscu. Często to, co mamy na wyciągnięcie ręki, po prostu zdaje nam się zwykłe, normalne, niczym się nie wyróżniające. A wcale tak nie jest! Podróżujemy każdego dnia, każdej go- dziny, tylko nie umiemy spojrzeć na otaczające nas piękno obiektywnie. Pani Magdzie życzę powodzenia w kolejnych wyprawach i dalszego patrzenia nie tylko na Afrykę okiem obiektywnym i pełnym wyobraźni! Grzechu Powtórka z polskiego!
20.02 jak co roku w naszej szkole odbyły się uroczystości z okazji urodzin Mikołaja Kopernika zwane Świętem Szkoły.
REaD

Tradycyjnie w pierwszej części usłyszeliśmy kilka miłych słów od p. dyrektora, Józefa Skorupińskiego, przewodniczącej Rady Rodziców i zaproszonych gości, m.in. wice-starosty powiatu kołobrzeskiego i zastępcy prezydenta miasta Koło-brzeg. Mogliśmy posłuchać o osiągnięciach szkolnych kolegów. Ci najbardziej zasłużeni otrzymali dro-bne nagrody za godne repre-zentowanie naszego liceum. Pozna-liśmy też wyniki wyborów do samorządu szkolnego. Pola Pawełczyk z klasy Ib zastąpiła Moniką Miśtę, tegoroczną maturzystkę i byłą przewodniczącą . Część artystyczną przygotowała klasa II d pod opieką pani prof. Joanny Nienałtowskiej. Występ mat-fizów składał się z dwóch części. W pierwszej konferansjerzy sprawdzili wiedzę publiczności dotyczącą języka polskiego. O dziwo, nie była to



wiedza matematyczna, bo, jak sami stwierdzili, "w matematyce nie mielibyście z nami żadnych szans". Drugą część stanowiła swoista "powtórka z polskiego". Na scenie pojawili się uczniowie pani profesor Nienałtowskieij ubrani w antyczne togi. Recytowali zabawne wierszyki, będące streszczeniami najważniejszych lektur omawianych podczas nauki w liceum. Ku uciesze widzów, każdy z nich był stosownie zobrazowany przez jednego z aktorów. Wszyscy obecni na sali mogli sobie przypomnieć treści takich książek jak "Hamlet", "Ferdydurke", "Chłopi" czy "Romeo i Julia". Najbardziej zadowoleni z przypomnienia wydawali się być maturzyści, którym pewnie "spadło ono z nieba". Taką powtórkę z polskiego chciałby mieć chyba każdy uczeń. ;] Nikaa Zatrzymaliśmy Słońce, poruszyliśmy Ziemię...
Czwartek. 16. lutego. Już od rana czułam napiętą atmosferę pośród pierwszoklasistów. Szmery, reklamówki z podejrzaną zawartością, farby, nagłe zainteresowanie bajkami, tańce i śpiewy na lekcjach... Czy to już dziś?


Przecież dopiero co bawiliśmy się z rodziną Adamsów na otrzęsinach! Wszystko stało się jasne, gdy kilka minut po 11 poczułam zapach... pop-cornu. Czerwony dywan przed aulą, tłum prze-branych pierwszaków. Zaczyna się! Zeszłoroczny kopernikań- ski, czyli imprezę poprze- dzającą Święto Szkoły, wygrała klasa 1E i to oni byli gospodarzami tego- rocznej zabawy. Motywem przewodnim był oczywiście patron naszej szkoły - Mikołaj Kopernik, ale także bajki. Klasa humanistyczna miała przydzieloną wyspę Króla Juliana „Madaga-skar”, biolchem silący się sokiem z gumijagód - „Gumisie”, histspoł wypowiadał słynne słowa „Hakuna Matata”, I „d” pytała: "Gdzie jesteś ”Scoobydoo”, drugi mat-fizchem miał dwóch pomysłowych braci "Fine- asza i Ferba”, klasa I „f” wprowadziła nas w świat indiańców i pięknej "Poca- hontas”, a I „g” stała się na moment cała niebieska za sprawą „Smerfów”. I o ile za oknami królował śnieg i mróz, tak w auli w parę minut zrobiło się bardzo gorąco i to nie za sprawą „Facetów w czerni”, pilnujących porządku, ale zadań, jakie przygotowała dla nas druga klasa, która z organizacją całej impre-







zy - mimo drobnych niedo- ciągnięć - poradziła sobie śpiewająco (dosłownie!). I i II runda, czyli testy pisemne i ustne, spraw- dzające wiedzę o Koperni- ku najlepiej wypadły klasie E, która zdegradowała przeciwników, zdobywając aż 75 punktów! Kolejna forma rywalizacji wyma- gała umiejętności wokal- nych, z którymi klasa B i F, zdobywając maksymalną ilość punktów, nie miała problemów, czego nie można powiedzieć o kilku innych, którym najwyraź- niej pojęcie poprawnej artykulacji jest obce. Runda IV, czyli test (nie)wiedzy o szkole, wy- padł najgorzej, ale czemu się dziwić? Kto liczy, ilu jest nauczycieli w szkole, albo ilu ma tytuł magistra! Nonsens:) Jednak ciała w tej potyczce dały nie tylko pierwszaki, ale także or- ganizatorzy, którzy czasa- mi niewyraźnie odczyty- wali pytania. Przedostatnim zadaniem było przedsta- wienie scenki, w której aż trzy klasy - A, B i D, dostały maksymalną ilość punktów. Podczas ostat- niej, VI rundy, na scenę zostali poproszeni gospo- darze klas wraz z astrola- biami. Wszyscy niecierpliwie czekali na oceny jury – profesor Elżbiety Zarzyc- kiej, profesor Elżbiety Kazimierskiej, profesor Moniki Dziewit - Łocho-ckiej oraz profesor Henryka Kaźmierskiego, gdyż to te punkty miały przesądzić o wygranej. A nagroda była warta świe-czki – przeprowadzenie imprezy za rok! Wygrała klasa E, kończąc dobrą passę biolchemu, który od września zdobywał pierwsze miejsca we wszystkich konkursach. Gratuluję i życzę zorgani- zowania jeszcze lepszego widowiska! Dominika Szkoła (nie)zupełnie inna Аня Войтехович (czyt. Ania Wojciechowicz), 19 lat Malin Nguyen, 17 lat



Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądają szkoły, nauka w innych krajach? Teraz możecie odpowiedzieć sobie na to nurtujące (lub nie) Was pytanie. Specjalnie dla Was - wywiad z rówieśniczkami ze Szwecji i Ukrainy! Absolwentka szkoły średniej "Specialized school, lyceum of Shostka town, Symu Region", Kijów, Ukraina Uczennica szkoły średniej "Gnosjöandans kunsk. centrum gy", Gnosjö, Szwecja Szkoła (nie)zupełnie inna



REaD: Ile lat trwają po-szczególne etapy nauki w kolejnych szkołach? Malin: W wieku 6 lat idzie-my do 6-letniego "przed-szkola", po czym do  na-stępnej, innej szkoły, w której kontynuujemy naukę kolejno w klasach 7, 8 i  9. Po jej ukończe-niu, uczniowie wybierają szkołę średnią, w której spędzają 3 lata. Po szkole średniej decydujesz, czy chcesz iść do pracy, czy dalej się uczyć. A to, ile lat będziesz studiować, zależy od kierunku, jaki wybierzesz. To mogą być 3 lata, 5, a nawet 10. Ania: Do pierwszej klasy idą dzieci w wieku 6-8 lat. Idą do szkoły, przy której wcześniej chodziły do  przedszkola (każda szko-ła podstawowa ma przed-szkole do niej należące). Oczywiście rodzice mogą w każdej chwili zmienić zdanie i  wysłać swoje dziecko do innej szkoły. Tam dzieci uczą się trzy lata, po czym zdają egza-min i przechodzą do dru-giej szkoły, gdzie konty-nuują naukę w kolejnych klasach do ósmej. Po ukończeniu uczniowie wybierają kierunki, na ja-kich chcą się dalej uczyć, zdają egzamin i rozpo-czynają 3-letnią szkołę średnią. Ciekawostką jest to,  że nie mamy czwartej klasy - po trzeciej idziemy od razu do piątej. I nie mam pojęcia dlaczego. Więc uczymy się... hm... około 10 lat i kończymy szkołę w wieku 16 ,17 lub 18 lat. REaD: Macie profile? Ja-kich przedmiotów się uczycie? Malin: Myślę, że mamy... nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem, ponie-waż u nas nie nazywa się to profilami. Uczymy się wielu przedmiotów, ale trzech uczymy się wszys-cy. Są nimi matematyka, szwedzki i angielski. Poza tym, uczymy się historii, ekonomii, turystyki, ko-munikacji, religii, filozofii, fizyki, no  i mamy lekcje w.fu. Ania: Mamy 3 profile: ma-tematyczno- fizyczny("A"), ekonomiczny ("B") i bio-logiczno- chemiczny ("C"). Każda specjalizacja ma in-ne przedmioty. Uczymy się języka narodowego i literatury, fizyki i chemii, biologii i geografii, mate-matyki i języków obcych, historii Ukrainy i świata, ekonomii i  oczywiście ćwiczymy na wychowaniu fizycznym. REaD: Kiedy macie waka-cje, przerwy od nauki? Ile trwają? Malin: Mamy wakacje je-sienne, które są zazwy-czaj między wrześniem a październikiem i trwają tydzień. Zimą mamy 3-ty-godniową przerwę, zazwy-czaj od 22 grudnia, więc wracamy do szkoły na po-czątku stycznia. W poło-wie lutego mamy "sporto-we wakacje" trwające ty-dzień. Przerwa wielkano-cna trwa tydzień i przypa-da w kwietniu. I ostatnie wakacje, 2-miesięczne, ja-koś od 8 do 15 czerwca, po  których wracamy w sierpniu. Ania: Mamy wakacje o ka-żdej porze roku. Jesienią jest to ostatni tydzień pa-ździernika. Wiosenne, to  tygodniowa przerwa w marcu. Zimowe wakacje trwają około 2 tygodni, podczas których są wszy-stkie świąteczne okazje.



Po nich wracamy do szko-ły około 10 stycznia. Najdłuższe wakacje, trwa-jące 3 miesiące, mamy w czerwcu, lipcu i sier-pniu. REaD: Jaką macie skalę ocen? Malin: Ludzie urodzeni w roku 1994 i starsi oce-niani są skalą ocen IG= niedostateczny, G= dobry, VG= bardzo dobry i MVG= celujący. Natomiast ci,   którzy urodzili się w roku 1995 i  później, oceniani są  amerykańskim syste-mem: ABCDEF. Ania: Mamy 12-ocenową skalę. Dostanie 2 jest na-prawdę proste, ale żeby otrzymać 12  trzeba po-kazać indywidualne po-dejście do pracy. REaD: Ile jest osób w kla-sie? Malin: W jednej klasie jest zazwyczaj 20-24 uczniów, ale w mojej szkole, która należy do małych, moja klasa liczy tylko 10 u-czniów. Ania: W każdej klasie jest 30-35 uczniów. REaD: Jakich języków się uczycie? Malin: Uczymy się szwe-dzkiego i angielskiego, ale poza tym możesz wybrać sobie francuski, hiszpań-ski, niemiecki czy włoski. Np. ja uczę się dodatkowo tylko francuskiego, ale moja koleżanka z klasy u-czy się niemieckiego i wło-skiego. Ale to,  jakich ję-zyków można się uczyć, zależy od szkoły. Niektóre szkoły oferują np. chiński i rosyjski. Ania: W mojej szkole u-czymy się (oprócz ukra-ińskiego) tylko angiel-skiego. Ale w innych szko-łach można uczyć się też rosyjskiego, niemieckiego, czasem francuskiego. REaD: My zwracamy się do nauczycieli "panie pro-fesorze". A Wy? Jak do  nich mówicie? Malin: Nie, my nie uży-wamy tej formy. Wiem, że kiedyś zwracano się tak do nauczycieli, ale to było jeszcze zanim się uro-dziłam! Ania: Do wszystkich nau-czycieli zwracamy się po imieniu. REaD: Dziękuję za roz-mowę. Daria Zdjęcia uczestniczek wywiadu pochodzą z ich prywatnych zasobów. NaSTRÓJ się GITAROWO!
Instrumenty podobne do dzi-siejszych gitar są znane od ponad 5000 lat. Obecnie znana nam gitara pochodzi z grupy stru-nowych szarpanych i chyba nie ma na tej planecie osoby, która by nie słyszała jej brzmienia.
ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ REaD

Tak samo jak wiele istnieje rodzajów gi- tary, tak wiele jest możliwości nauki gra- nia na niej. Są tzw. ”samoucy”, którzy korzystają z podręczników i Internetu, ale są też ludzie, którzy wolą uczyć się od specjalistów i właśnie z taką osobą mieli- śmy okazję porozmawiać. Uczennica nasz- ego liceum, Agnieszka Cińcio, uczęszcza do Państwowej Szkoły Muzycznej I Sto- pnia i uczy się grać na gitarze klasycznej. REaD: Na rynku istnieje wiele instrumen- tów muzycznych, na których można roz- począć naukę gry. Od zawsze myślałaś o wyborze gitary?  Agnieszka Cińcio: Jeżeli mowa o wybo- rze – od zawsze chciałam uczyć się gry na fortepianie, ale moja przygoda z muzy- ką zaczęła się dość późno - dopiero w w ostatniej klasie gimnazjum, a mózg dziecka chłonie niektóre rzeczy tylko do  pewnego czasu. Umiejętność gry na forte- pianie jest właśnie jedną z takich rzeczy. REaD: W takim razie dlaczego gitara, a nie np. skrzypce? Na to też już było za późno? AC: Na skrzypce też było za późno (śmiech). A tak na serio – starałam się patrzeć szeroko i pomyślałam, że na ogni- ska nie zabiorę ze sobą fletu czy akorde- onu, tylko właśnie gitarę (przy całym sza- cunku dla flecistów i akordeonistów). REaD: Więc można uznać, że była to two- ja decyzja? AC: Tak, jak najbardziej. To była moja samodzielna, przemyślana decyzja. Zasta- nawiałam się, czy warto i na ten moment

REaD ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ

jedyne, czego żałuję, to fakt, że moirodzice wcześniej jakoś mną nie po- kierowali, nie zapisali mnie na zajęcia. REaD: Dla wielu Szkoła Muzyczna może być stratą czasu. Co dają ci zajęcia w niej? AC:Przede wszystkim trzeba podkreślić fakt, że Szkoła Muzyczna I Stopnia umu- zykalnia, nie „wypuszcza” profesjonalnych muzyków. Dopiero na kolejnych etapach edukacji można o czymś takim mówić. A  co do tego, co dają mi zajęcia, to na pe- wno zmieniła się moja wrażliwość muzy- czna. Wcześniej nie rozumiałam ludzi, któ- rzy np. mówili, że w utworach Chopina wi-dzą Polskę. Teraz nie mam, co do tego wątpliwości. Muzyka niesie ze sobą wielki ładunek emocjonalny. Lekcje gry nauczyły mnie wiele cierpliwości i pokory. Wiem, że nie wszystko przychodzi od tak i, że na własny sukces trzeba zapracować. REaD: Szkoła muzyczna to jednak nie tylko gra na instrumentach. Czy możesz opowiedzieć o odbywających się w niej zajęciach? AC: Na zajęcia w pierwszym roku składa się instrument główny i kształcenie słu- chu, czyli ogólne wiadomości na temat zasady tworzenia utworu, odległości dź- więków w muzyce itd. Są to zajęcia typo- wo warsztatowe. W drugiej klasie docho- dzą audycje umuzykalniające, na których słucha się utworów muzycznych i poznaje biografie ludzi, na których powinniśmy się wzorować. REaD: Skoro już o tym mowa. Czy jest ktoś, kto cię inspiruje? AC: Hmm, na pewno Beethoven, bo mimo utraty słuchu wciąż komponował muzykę - miał ogromną wyobraźnię muzyczną. On nie słyszał już dźwięków uszami, tylko du- szą. Z takich osób wartych zwrócenia uwagi to jeszcze Domenico Ascione - wy- kładowca z Rzymu. Patrząc na niego zro- zumiałam, że on robi to by sprawiać lu- dziom radość, dodatkowo był bardzo skro- mny, więc w przyszłości na pewno będę mieć w pamięci spotkanie z nim. REaD: A którego kompozytora utwory najlepiej Ci się gra? Może sama już coś tworzysz? AC: Ja sama nie tworzę, ale najlepiej czu- ję się w utworach Matteo Carcassiego. Ma przepiękną etiudę Adur. REaD: Znamy już wartość duchową tego hobby, ale jak to wygląda w kwestii kosz- tów? AC: Przede wszystkim trzeba zacząć od zakupu instrumentu. Taka gitara „do na- uki” kosztuje ok.1000zł. Ale z wyborem też jest problem,bo trzeba zwrócić uwagę na własne preferencje i ogólne parametry. Później tę gitarę trzeba utrzymać, kupo- wać struny i to też jest różnie w zależności od ich jakości. Jeszcze dochodzi do tego kupno pokrowca. A sama szkoła muzyczna kosztuje 30zł miesięcznie jeżeli nie wypo- życza się sprzętu. REaD: Wiążesz w jakiś sposób swoją przyszłość z gitarą? AC: Może nie tyle z gitarą, co z muzyką. Marzy mi się scena operowa, ale zobaczy- my, jak to będzie. Agnieszce życzymy powodzenia w spełnie- niu swoich marzeń i spotkania więcej osób, które będą ją inspirować w dążeniu do nich. A już w następnym numerze do- wiemy się, jak wygląda „życie z gitarą” u samouków ;). Rozmawiała Agnieszka Sołtys Wyśpiewaj mi marzenia...
Hasłem tegorocznego koncer-tu „Pomóżmy Przeżyć”, po-święconego 23-letniej koło-brzeżance, było „Serce dla Na-talii”.


Natalia ma wrodzoną wadę serca. Żeby móc dalej normalnie żyć, potrzebuje bardzo poważnej i kosztownej operacji. Właśnie na ten cel zbierane były fundusze podczas wielkiej „Bitwy na karaoke”. Również ekipa naszej szkoły, połączywszy siły z „Gromkiem”, wzięła udział w poje-dynku , który, ku zaskoczeniu wokalistów, wygrała . Inicjatywa imprezy wyszła od Artura Semprucha – przyjaciela Natalii. We współpracy z panią Elżbietą Downarowicz zaplanowali całe wydarzenie .„Artur znał sytuację. Wiedział , że jest ciężko. Razem z panią Elą nakręcili całą imprezę , a ja dostawałam 'raporty' o postępach. Nie macie pojęcia, jaka to radość dostawać coraz to nowe informacje o kolejnych zgłaszających się zespołach”, mówi Natalia. Na Hali Milenium w dniu koncertu pojawiło się wiele osób , które chociaż w symboliczny sposób chciały pomóc. Można było skorzystać z usług kosmetyczki , ma-kijażystki lub po prostu kupić jakąś za-bawkę . Sama Natalia nie spodziewała się takiego zainteresowania swoją sprawą. "Byłam bardzo mile zaskoczona, kiedy weszłam do Hali i zobaczyłam, że aż tyle osób przyszło. Zobaczyłam nawet moich nauczycieli z Kopernika. Przez chwilę mogłam zapomnieć o chorobie" Choroba Natali jest bardzo poważna. Mimo że została zdiagnozowana wcześnie, zbyt długo zwlekano z operacją. W wieku 2,5 roku, gdy dziewczyna wraz z rodzi-cami poleciała do USA, okazało się, że nie ma szans na zabieg. "Lekarze powiedzieli nam, że jest już za późno na jakiekolwiek działanie, a jako takiego leczenia nie było. Wtedy nie miałam zbyt dobrych rokowań". Przewidywania lekarzy jednak się nie sprawdziły. Teraz jej życie uzależnione jest od choroby. "Mój normalny dzień nie jest taki jak wasz. Dla mnie 'normalność



przyjmuje nieco inne znaczenie. Codziennie wcześnie wstaję. Najpóź- niej o 8:00, a kładę się około 1:00, bo jestem zależna od aparatury. Muszę inhalować się co 2,5 godziny, na noc jestem podłączona do koncentratora. W zasadzie cały mój dzień uzależniła choroba." Oprócz tego Natalia nie może pozwolić sobie na zbyt częste wyjścia z domu lub spotkania ze znajomymi. Jest to dla niej zbyt męczące. Choroba zmusiła ją także do przerwania studiów. Jedynym rozwiązaniem dla Natalii jest bardzo kosztowna operacja prze-szczepu serca i płuc. O możliwości przeprowadze- nia tego typu zabiegu (w Niemczech) dowiedziała się sama. Lekarze prowa- dzący chcieli, aby operacja odbyła się w Polsce. Jednak jedyny ośrodek w kraju, który byłby w stanie się tego podjąć, odmówił podjęcia takiego ryzyka. "Sama zaczęłam szukać pomocy. Wysyłałam maile z dokumentacją medyczną do lekarzy z całej Europy. Ku mojemu szczęściu odpowiedzieli mi niemiec-cy specjaliści, dając na-dzieję. Najpierw muszę oczywiście przejść specja-listyczne badania. Kwota, którą muszę zebrać, to 'tylko' 10 tys. zł. Mówię 'tylko', bo sama operacja to koszt 500 tys. zł. Są to ogromne pieniądze, ale na razie o tym nie myślę. Póki co, cieszę się tym, co mam." Właśnie na badania zbierane były pieniądze podczas "Bitwy na kara-oke". Udało się zebrać ok. 7,5 tys. zł. Na pytanie, co zrobi po operacji, Natalia od-powida bez namysłu: "Pojeżdżę na rowerze. Chciałabym wrócić na studia i zacząć działać. Pomagać ludziom z takimi problemami, jak moje." Guulek i Nikaa Na ogólnopolskim podium
Forum Pisamków to najstarszy konkurs gazetek szkolnych w Polsce organizowany w Wałbrzychu od 1996 roku. Jego pomysłodawczynią jest pani Elżbieta Sura, a współorga-nizatorem Fundacja Nowe Media. 28-30 marca odbyła się 17. edycja tego konkursu. Gali Finałowej towa-rzyszyły warsztaty dziennikarskie.


Jak to się zaczęło? Aby przystąpić do konkursu, musieliśmy wysłać trzy numery naszej gazetki. W każdej z nich miał znajdować się artykuł dotyczący tematu "Wolne licencje". Oprócz tego, trzeba było zadbać o całego REaD'a, ponieważ oceniano także różnorodność tematyki i form wypowiedzi dziennikarskiej, unikanie sprawozdawczoś- ci w tekstach; nonkonformizm, odwa- gę cywilną, obiektywizm. Ważna była też estetyka całej gazety, tj. rozmieszczenie tekstu, ilustracji, kolorystyka, a w konsek- wencji, wykonanie tworzące spójną całość. Kiedy spełniliśmy wszystkie kryteria, postanowiliśmy wziąć udział w tym konkursie i sprawdzić swoje siły na arenie ogólnopolskiej. I tak to się właśnie zaczęło. Jesteśmy laureatami! Kilka tygodni przed galą finałową 17. MAM Forum Pismaków, dostaliśmy wiadomość, że zostaliśmy laureatami konkursu. Z 47 zgłoszonych gazetek z całej Polski, tylko 12 redakcji zaproszono do Wałbrzycha na dwudniowe warsztaty dziennikarskie oraz oficjalne wręczenie nagród. Musieliśmy wyznaczyć dwuosobową delegację, która wraz z opiekunem gazetki pojechałaby zdobywać wiedzę i doskonalić umie-jętności. A przy okazji, chcieliśmy do-wiedzieć się, jak oceniono naszą ciężką pracę. Gra miejska Pierwszego dnia pobytu w Wałbrzychu, organizatorzy warsztatów zafundowali nam właśnie „Grę miejską”. Z pozoru ba -nalne zadanie polegające na tym, że



jeden z animatorów czytał nam wskazówkę lub opis dotyczący jakiegoś miej-sca, a my musieliśmy domyśleć się, o czym mowa i pójść do wyzna-czonego punktu, gdzie czekała na nas kolejna podpowiedź. Zostaliśmy pomieszani i podzieleni na grupy, więc nikt nikogo nie znał. Byliśmy zdani sami na siebie, bo opiekunowie nie mogli nam pomagać. I w tym tkwiła największa tru-dność. W krótkim czasie musieliśmy się poznać i zacząć współpracować, bo tylko w ten sposób mogliśmy razem osiągnąć cel. Myślę, że dla wielu uczestników warsztatów, była to próba własnych możliwości, sił i radzenia sobie w nowych sytu-acjach, na które nie można się przygotować. W przyszłości w pracy nie zawsze będziemy mieli obok siebie grono zna-jomych, którzy będą nam pomagać. Prawdopo-dobnie każdy zostanie rzucony na głęboką wodę i będzie zdany sam na siebie. Wyzwaniem również było wyjście do miasta, roz-mowa z przechodniami, pytanie o drogę, czy drobne wskazówki. Dzien-nikarz musi być komu-nikatywny, nie może bać się drugiego człowieka. Jego zadaniem jest w krótkim czasie zdobyć jak najwięcej informacji na dany temat. Podczas „Gry miejskiej” mogliśmy poczuć się jak prawdziwi dziennikarze goniący za newsem, sensacją, czy ludzką tra-gedią. Manipulacja + Cenzura + Prawo autorskie = Dziennikarstwo Kolejny dzień był bardzo pracowity. O godzinie 10.00 zaczęły się już właściwe warsztaty te-matyczne. Zostały utwo-rzone dwie grupy - jedna uczestniczyła w warszta-tach dotyczących cenzury i manipulacji, a druga miała okazję nieco lepiej podszkolić się w zakresie praw autorskich. Warsztaty z cenzury i manipulacji prowadził pan Robert Bogdański. Prezen-tację zaczął od przed - stawienia tego, co było kiedyś zabronione, ocen-zurowane, tabu. Później w małych zespołach byliśmy cenzorami i poprawialiśmy artykuły pisane przez koleżanki i kolegów. Kolejną częścią spotkania był pokaz artykułów, które mają na celu działanie na wyobraźnię i manipulację człowiekiem jak i jego myślami, postrzeganiem danej sprawy. Na koniec musieliśmy napisać tekst, na który czytelnik miał „się nabrać”. Różnie nam to wychodziło, ale przynajmniej mogliśmy spróbować. Na warsztatach z prawa autorskiego poprowadzo-nych przez pana Kamila Wiśniowskiego mogliśmy dowiedzieć się kilku ciekawostek z dziedziny prawa. Na przydkład tego, że prawo autorskie nigdy



nie wygasa i jest, z natury rzeczy, niezbywalne, nie można się go zrzec ani przenieść na inną osobę. W ramach ochrony dóbr osobistych autor ma prawo do przedstawiania utworu pod pseudonimem lub anonimowo. Do osobistych praw autorskich należy prawo do zachowania niezmienionej treści i formy utworu zakazujące wprowadzania zmian, przeinaczeń. W prosty sposób przedstawiono nam podział prawa i krótko omówiono zagadnienie. Cały czas mogliśmy zadawać pytania. Dla osób, które nigdy nie miały styczności z prawem autorskim w rozszerzonej wersji, wszystkie zagadnienia były dość niezrozumiałe. Oprócz tego, rozmawialiśmy o ACTA, wolnych licencjach oraz sposobach na ściąganie darmowej muzyki, bez popełniania przestępstwa. Nie oceniaj, a nie będziesz oceniany
Ostatnio żyliśmy wszyscy ogólnopolską sprawą – poszukiwaniami półrocznej Madzi, która miała zostać uprowadzona podczas spaceru z matką. Jak czas pokazał, tak się jednak nie stało...


Jeszcze tego samego dnia odbyły się warsztaty dziennikarskie, które pro-wadził pan Marian Maciejewski, wykładowca dziennikarstwa na Uniwer-sytecie Wrocławskim. Mamy 3-cie miejsce! Ostatniego dnia do-staliśmy zaproszenie do Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu na Galę Finałową konkursu i rozdanie nagród. Oprócz oficjalnej uroczystości, zadbano również o część artystyczną - występ u-czniów z II LO w Wałbrzychu, którzy przy-gotowali kilka piosenek z musicalu "Metro". Aż w końcu nadszedł długo wyczekiwany mo-ment - przedstawienie wyników. Spośród kilku-dziesięciu gazetek z całej Polski, REaD zajął III miejsce ze stratą 2 punktów do I miejsca. W przyszłym roku będziemy jeszcze lepsi! Mamy nadzieję, że znów nasza praca zostanie doceniona i kolejny raz weżmiemy udział w warsztatach, które nie tylko poszerzają wiedzę i horyzonty, ale pozwalają poczuć się dziennikarzem. Dżasia „Zostałam napadnięta podczas spaceru z ma-łą, napastnik zaskoczył mnie od tyłu, straciłam przytomność, a gdy u-dzielono mi pomocy, dziecka już nie było w wózku”– tak brzmiała pierwotna wersja Kata-rzyny – matki Madzi, tak brzmiała wersja każdego z zaangażo-wanych w tę sprawę. Setki osób pomaga- jących wpaść na choć-by najmniejszy trop, tysiące głosów współ-czucia i wsparcia, milio-ny serc czekających na szczęśliwe zakoń-czenie całej akcji na tle obrazu załamanych ro-dziców, którym ode-brano sens życia. Aż nagle coś burzy się w tej koncepcji – ko-bieta „łamie się”, mówi o nieumyślnym spowo-dowaniu śmierci maleń-stwa, społeczeństwo staje przed konieczno-ścią dokonania wyboru -   bezpodstawnego o-skarżenia matki, bądź uznania jej  za ofiarę niefortunnego zajścia. "To bestia, nie człowiek!", "Jak można postąpić tak z własnym dzieckiem?!", "Gdyby zadzwoniła po  pogoto-wie, mała żyłaby da-lej...", "Biedna kobieta, działała w  totalnym szoku, to  wszystko ją przerosło." -  czy-tamy na forach interne-towych, słyszymy ze szklanego ekranu.



Od tego momentu każdy chce powiedzieć jak najwięcej, każdy chce powiedzieć jak najlepiej – byleby tylko coś rzec w tej sprawie. Społeczeństwo dostaje nowy temat, nad którym może rozprawiać rozlegle, może rozprawiać bezkarnie. Domysły ludzi pozwalają osądzać lub bronić kobiety, pojawia się więc podział na oskarżających i obrońców – mało kto staje się sceptyczny, lecz i takich nie brakuje. Wszelka moralność, jej normy, jakakolwiek kontrola społeczna idą w za-pomnienie. Ludzie stają się ekspertami, którzy wszystko widzieli, jeszcze więcej przeżyli i znają idealne wytłumaczenie takiego zachowania. Ci prawiący w  miarę logicznie z przewagą ku  akurat mojemu stanowisku („mojemu” w sensie dowolnego człowieka), zyskują moją aprobatę. Dostosowuję swoje myślenie do ich idei, bowiem owe rozważania wydają się być tutaj wartościową wskazówką. W taki oto sposób niejasność sytuacji prowadzi do  konformistycznego zachowania całego społeczeństwa. Spotykamy się ze zjawiskiem psychologii tłumu. Jak powszechnie wiadomo, w tłumie łatwiej wyrazić pogląd, uciec od odpowiedzialności, ponieważ do-prowadza on jednostkę do chwilowej utraty poczucia własnej indy-widualności. Ludzie masowo biorą matkę pod sąd, tworzą nowe teorie. Chcąc wyrazić własną wolę, próbują wydać swój mniej lub bardziej stosowny wyraz, powołując się oczywiście zawsze na czyjeś dobro. Teraz jednak pada pytanie z mojej strony: czyje tym razem? Czynnik tzw. kontroli społecznej bierze wtedy nad człowiekiem górę. Jako że  jesteśmy jedynie ludźmi, w naturze leży nam narzucanie racji ogółu. Wolimy bytować, tworząc „zbiorową duszę”, której celem jest wyrazić uczucia proste i zarazem przesadne, podążające ku  samo-sądowi. Machiną napędzającą bez-podstawność, ulotne domysły w spra-wie Madzi, stają się media. Ich każdy krok potrafi raptownie zmienić mechanizm działania tłumu. Kolejnymi nowościami, niepewnymi źródłami kierują jednostki ku  dal-szym wnioskom. I pozwolę sobie zadać następne pytania, na które nikt wprost (bo tak działają turbiny tłumu), nie dałby mi odpowiedzi: gdzie w tym wszystkim ma odnaleźć się kobieta - matka po  straceniu własnego dziecka, podczas życia w totalnym szoku, ciągłym strachu i lęku o poniesienie odpowiedzial-ności? A jej rodzina? Przede wszystkim mąż, który rzekomo miał pomagać w całej sfingowanej akcji ukrycia niemowlęcia (kolejny



wyłącznie domysł)? Czyż nie lepiej byłoby poczekać na mocniejsze dowody, bardziej uargumentowane rozwikłanie nurtujących nas pytań, by zbudować (skoro już się tego tak bardzo domagamy) własną, logiczną tezę w tej sprawie? Przyjmujemy rolę sędziów, podczas gdy sami mamy niejedno na sumieniu. A robimy to tylko po to, by znaleźć powód kolejnej sensacji, która pozwoli nam uciec od problemów życia codziennego. Sprawa Madzi poruszyła wiele serc, ale ukazała też, że wielu ludzi jest go pozbawionych. Pokora i cierpliwość będą teraz najlepszymi doradcami, więc pozwólmy odpowiednim osobom, organom, poznać prawdę, która wyzwoli nas wszystkich. Justyna Skowrońska Między nami jest chemia!
Romantycy uważają miłość za wspaniałe uniesienie serca odrywające od  rzeczywistości. Naukowcy potwierdzają tę teorię bez wahania.


Uważają, że miłość wpływa na intele- ktualne obszary mózgu i jest bardziej związana z nauką niż mogłoby nam się wydawać. Proces zakochania zachodzi w sercu, czy może jednak w umyśle? Dość podstę- pne pytanie. Osobiście odpowiedziałabym, że tak mózg, jak i serce maczało w tym swoje łapki. Aktywacja w pewnych obsza- rach mózgu może stymulować serce i po- wodować przysłowiowe motyle w brzuchu. Natomiast to, co wydawać by się mogło pochodzi od serca, w rzeczywistości nie ma z nim nic wspólnego. Jak dowodzą badania z ostatnich lat,za- kochanie może nie tylko wywoływać takie same stany euforii jak kokaina, ale ró- wnież wpływa na  intelektualne obszary mózgu. Naukowcy również odkryli, że pro- ces zakochiwania się trwa zaledwie jedną piątą sekundy, łatwo więc przeoczyć ten moment. W naszym mózgu w tym czasie zaczyna pracować 12 różnych regionów. Każdy z nich wypuszcza substancje che- miczne wywołujące euforię, jak np. dopa- minę, oksytocynę, adrenalinę i wazopresy- nę. Kolejna grupa naukowców odkryła, że  czynnik odpowiadający za tzn. „nerwy”jest tym, który bierze znaczący udział w pracy uczuć. To dzięki niemu ludzie wierzą w „miłość od pierwszego wejrzenia”. Przy zakochaniu biorą górę różne części mózgu. Dla przykładu miłość bezwarunko- wa, łącząca matkę z dzieckiem, jest rozpalana przez często używane płaty mózgu, w tym także sam środek. Są pary, którym udaje się zachować pełny stan zakochania nawet po dwudziestu latach. Jak to sprawdzić? Otóż w poprzednich la- tach przeprowadzono badania, w których udział wzięły pary „świeże”, będące w stanie zakochania oraz pary z dwudziesto- letnim stażem. Okazało się, że jedna na dziesięć par wieloletnich wykazuje taki sam poziom pobudzenia neurotransmite-rów podczas prezentacji zdjęć ukochanej osoby, jaki występuje u osób zakochanych od niedawna. Jak wynika z tego doświad- czenia, osoby, które po kilkunastu latach związku twierdzą, że są ślepo zapatrzone w ukochaną osobę, nie kłamią. One na- prawdę odczuwają takie samo pobudzenie emocjonalne jak na początku. Naukowcy nie wiedzą wprawdzie, dlaczego tak się dzieje, ani jak zachować stan zakochania, ale pocieszające jest to, że w świetle no- wych badań wiara w miłość po wsze czasy nie jest romantyczną mrzonką czy wyraz- em infantylizacji i nierealistycznego podej- ścia do życia, ale naukowo stwierdzalnym faktem! Z pozdrowieniami Biolog Ale to już było i nie wróci więcej…

K

lasy trzecie, niestety, kończą już edukację w „Koperniku” i wyruszają w dalsze życie. Że to już minęło i nie wróci więcej, to prawda, ale czy te trzy lata i ci ludzie odejdą w zapomnienie? Dopiero co wchodzili do tej szkoły, a już muszą z niej wychodzić. Na początku przerażeni zadawali sobie pytania: Jak to będzie? Czy dam radę? Kiedy to minie? Teraz z łezką w oku udzielają na nie odpowiedzi. „Z perspektywy tego czasu, mogę śmiało powiedzieć, że było super. Pasek na świadectwie potwierdza tylko, że poradziłam sobie w „groźnym” Koperniku. Szkoda tylko, że to już za mną" – wspomina Wiktoria. Mimo iż nie zawsze nasza szkoła musi kojarzyć się z uśmiechem na twarzy, to jednak każdy bardzo się do niej przywiązuje. Udowadniają to słowa Dominiki: „O nauce w Koperniku można powiedzieć naprawdę wiele. Jest mnóstwo sytuacji, które, mówiąc kolokwialnie, dają w kość, jednak gdy ma się wizję opuszczenia murów szkoły na zawsze, jakoś przestają się one liczyć. Niewątpliwie będzie mi brakować fantastycznych ludzi i niepowtarzalnej atmosfery. Zapamiętam również nauczycieli, chociaż nie wszystkich tak, jak bym chciała.” Oczywiście, nigdy nie dogodzi się wszystkim. „Sądzę, że nieprzemyślane jest dodawanie nam w trzeciej klasie bezużytecznych już przed-miotów, jak np. WoK. Mija się z celem także czytanie na lekcjach podręczników. Ale to wszystko przechodzi już teraz na drugi plan, a w mojej pamięci utkwią przede wszystkim wspaniali ludzie, których miałem sposobność poznać” – powiedział nam tegoroczny maturzysta. Jednak największe narzekania zapewne dopiero przyjdą, ponieważ teraz nadchodzi najtrudniejszy okres w ich życiu – okres, w którym, jakby nie patrząc, będą skazani już tylko i wyłącznie na siebie (no, może przy drobnej pomocy zatroskanych mam ; ) ). Mogłoby się to wydawać rzeczą prostą, lecz w rzeczywistości jest to kolejne wyzwanie, któremu każdy z nich będzie próbował sprostać… Dlatego mamy nadzieję, że w ich głowach utkwią tylko te najlepsze momenty, a wszystkie niepowodzenia czy narzekania na wymagają- cych (cały czas za dużo) nauczycieli odejdą w zapomnienie. Ich młodsi koledzy dziękują im za te 3 lata, za ich sukcesy, za to, że każdy z nich wnosił do naszej szkoły to „coś”, dzięki czemu codzienne spotkania z nimi były przyjemnością, za to, że zawsze stawali za młodszymi murem. Zapewne nikt o nich nie zapomni… Młodsi koledzy ;) Róż i już, czyli różowe przesilenie.
Jak się okazuje, żeby stworzyć prawdziwy dra-mat, czasem wystarczą tylko różowe ubrania i dodatki =)


6 marca. Wtorek. Godzina siódma pięćdziesiąt pięć. Za pięć minut zacznie się historia, a wraz z nią mała zapowiedź końca świata. Czy tak to będzie wyglądać? Oby nie. Godzina ósma zbliżała się nieubłaganie, podczas gdy ko- rytarz począł przybierać nie- zwykłą i fascynującą barwę koloru różowego. Na ostatniej lekcji dowiedzieliśmy się, że nasz profesor, J. Suchy czuje pewną niechęć do wszys-tkiego, co jest różowe. Postanowiliśmy więc pokazać mu, że kolor różowy da się lubić! Czy nam wyszło? Co do tego są pewne wątpliwości, wiadome jest jedno – elementy różu, przynajmniej w naszej klasie, już na długo będą przypominać nam wszystkim TEN dzień. Weszliśmy do klasy rozentu-zjazmowani. Uśmiech na twarzach utrzymywał się jeszcze przez jakiś czas, niestety niedługo, znikł zaraz po magicznym zdaniu: „Moi drodzy, wyciągamy karte-czki!”. Oczywistym było, że dziennik mógł się po tym za-pełnić całym płotem jedynek. Pierwsze pytanie, nie do opisania, na szczęście profesor zlitował się nad nami i pozwolił podratować się wymienieniem dziesięciu pun-któw, które wytłumaczyłyby mu, dlaczego kolor r różowy jest fajny. Energicznie zabraliśmy się do pracy, wymyślając coraz to „inteligentniejsze” argumenty. „Kolor jak kolor, stworzenie boskie, a wiedział Bóg, że to co stworzył, było dobre” – pisze Michał, jednocześnie nie przyznając się do dobrowolnego udziału w „różowej propagandzie”. Daria została wielką fanką różowego proszku do prania „Vanish” oraz wielką przeciwniczką pań, które „ubierają tak siebie i swoje biedne małe pieski, Bogu ducha winne, że trafiły w tak słitaśne ręce”. Justyna w kolorze różowym czuje się bardziej inteligentna, a Ma-teuszowi zabrało słów, więc skupił się na zapełnieniu kartki masą „przesłitaśnych” obrazków. Zatem kolor różowy ma mnóstwo zalet. Jest sensem życia dla niektórych ludzi, znakiem mającym rozpoznać płeć dziecka, pasuje do włosów Aleksandry Gilińskiej i sprawia, że ludzie wyglądają w nim przeuroczo. Ma też jedną wadę przysłaniającą wszelkie zalety. Potrafi mo- mentalnie wpłynąć na przys- pieszenie bicia serca, zwłaszcza i głównie – w sali od historii oraz na stan ocen w dzienniku. Różowe Koło Gospodyń Wiejskich ze specjalnymi pozdrowieniami dla prof.J.Suchego =) W ludzkim chwilowo rodzaju…

W Fot. Mariusz Kubik "Moje wier- sze nie są do śpiewania, nie są do tańczenia, nie są do ro- bienia mono- dramów. Moje wiersze są do słuchania i myślenia."

isława Szymborska, lau- reatka literackiej Nagrody Nobla 1996 roku, zmarła 1 lutego 2012 roku. Została po- chowana na Cmentarzu Rako- wickim w Krakowie w rodzinnym grobowcu. Jej wiersze jednak wciąż są żywe i podziwiane przez czytelników na całym świecie - dzięki nim pamięć o niej nigdy nie zaginie. Poetka zostawiła w swoim do- robku wiele tomików poezji. Najbardziej znane to: Sto pociech, Wielka liczba, Koniec i początek, Dwukropek. Cieszyć się mogła z wielu nagród, otrzymała tytuł Doktora Honoris Causa Uniwersytetu im. Adama Mic- kiewicza w Poznaniu. ,,Nikt w tak mądry i dyskretny sposób nie umiał wyrażać spraw codziennych i najtrudniejszych, tak intensywnie i subtelnie pisać o starciu przemijania i wieczności, uświadamiać, że jesteśmy tylko chwilowymi gośćmi na ziemi.” – pisze o Szymborskiej Joanna Grądziel-Wójcik. Poetka w swoich dzie- łach zawierała głęboko filozo- ficzne przemyślenia, wywołu- jąc u czytelnika chwilę zadumy nad sensem istnienia. ,,Moje wiersze nie są do śpiewania, nie są do tańczenia, nie są do robienia monodramów. Moje wiersze są do słuchania i myślenia” – tak mówiła sama poetka o swojej twórczości. Zadawała trudne pytania, była sceptyczna wobec otaczającej ją rzeczywistości. Nie było dla niej spraw w pełni wyjaśnio- nych i poznanych, wszystko jest nie do końca odkryte. Poetka uczyła, żeby dostrze- gać piękno otaczającego świa- ta, natury, doceniać siłę miłości i cenić otaczających nas ludzi. Mimo tak wielkich osiągnięć literackich była niezwykle skromna. Prowadziła spokojne życie w małym mieszkaniu, nie rezygnując z nałogu i dzi- wacznych zamiłowań. Inspiracji szukała wszędzie. ,,Poeta i świat” powstał po otrzymaniu nagrody Nobla. W ujmujący sposób poruszył kwestię two- rzenia wierszy w świecie nowo- czesnej technologii. Najbardziej ceniła sobie słowa ,,nie wiem”, ponieważ tylko świadomość własnej niewiedzy jest w stanie doprowadzić człowieka do wielkiego odkrycia. Jej zda- niem ,,Poeci zawsze będą mieli dużo do roboty”, bo zawsze będą mogli znaleźć odpowiedni temat do refleksji. I chociaż dzisiaj tylko ,,Niektórzy lubią poezję”, to nawet ci, którzy nie są miłośnikami literatury, doceniają wartość jej wierszy. Anna Michalska IIb Nagrobek Tu leży staroświecka jak przecinek/ autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek/ raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup/ nie należał do żadnej z literackich grup./ Ale też nic lepszego nie ma na mogile oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy,/ Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy/ i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę. "Słowa, słowa, ciepłe rzeki mętnej wody"
Każdy z nas lubi poplotkować, mimo iż wiemy, że tak nie wypa-da. Jednak są granice dobrego smaku, tematy, których nie moż-na komentować, a czasem po  prostu… lepiej trzymać język za zębami!
Gumowe ucho Mirki REaD

Jak każdego dnia, przeglądając źródło największych informacji – czyli tzw. „fejsa”, zauważyłam liczne posty ze zdjęciami dwóch chłopaków z ich imionami i napisem „Pamiętamy [*]”. Zaciekawiła mnie ta sprawa, więc postanowiłam wejść w głąb zdarzenia i dowiedzieć się, kim są te młode osoby i dlaczego wywołały taką reakcję wśród młodzieży na facebook’u. Okazało się, że  w jednym z mieszkań doszło do zabójstwa tych chłopaków przez jednego z kolegów i wszyscy nagle, w dowód "empatii", postanowili wyrazić swój ból publicznie na tablicach profilowych. Z czasem dochodziły do mnie coraz to nowe plotki, a  jak powszechnie wiadomo, plotka żywi się i rośnie w siłę, skupiając na sobie jak największe grona. Porachunki o długi, narkotyki, dziewczynę, piwo, wkroczenie na nie swój rewir z psem – to tylko niektóre z licznych wersji. Jak udało mi się zauważyć, plotka w mgnieniu oka rozmnażała się na ustach często przypadkowych ludzi i niszczyła wszystko na swojej drodze. Ale tak jest zawsze – ludzie chcą "gadać" ciągle, nieistotne, czy o poważnych tematach, czy zwyczajnie o błahostkach. Z braku zajęć czy z chęci zaimponowania nowym „niusem” u sąsiadki pokazują, jak prawdziwym i   potrzebnym dziś stwierdzeniem jest przysłowie „Mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. Justyna Skowrońska Rafaello
Ktoś poddał nam pomysł, by w szkolnej gazetce znalazły się ulubione przepisy kulinarne Naszych Profesorów. Dlaczego nie? Mamy okazję dowiedzieć się, jak mocno wysublimowany gust mają nasi nauczyciele.


Postanowiłam zająć się tym działem. Niewiele myśląc, udałam się do prof. Jakuba Suchego, by wyłudzić przepis na coś pysznego. Jednak misja nie powiodła się. Prof. Suchy nie chciał uchylić rąbka tajemnicy i opo-wiedzieć mi o swych kuchennych eksperymen-tach (ale może kiedyś się uda). Następną ofiarą był prof. Artur Dzierkowski. Początkowo, choć z grymaserm na twarzy, profesor zgodził się poszperać w kuchni i znależć coś dla mnie, jednak następnego dnia pan Dzierkowski stwiedził, że nie wie, jakim przepisem może mnie uraczyć. Rozczarowana, jednak dalej chętna do pracy, udałam się do prof. Moniki Dziewit - Łochoc-kiej, i... udało się! By dotrzeć do mnie, przepis przebył dłuuugą drogę: prof. Sienkiewicz otrzy-mała go od swojej koleżanki, podzieliła się nim z prof. Dziewit- Łochocką i tak, ze słowami naszej nauczycielki bio-logii: "A będzie napisane, że to ode mnie?", przepis trafił do mnie, a ja dzielę się nim z Wami. Trochę to skomplikowane, ale w końcu jesteśmy w "Koperasie"! Dla nas jest wszystko zrozumiałe ;). Teraz do sklepu po składniki i do roboty! Oto lista zakupów: 1 litr mleka 2 łyżki mąki ziemniaczanej 3 czubate łyżki mąki pszennej 1 cukier wanilinowy 1 żółtko ¾ szklanki cukru1 kostka margaryny 3 paczki wiórek kokosowych 3 paczki krakersów. Trochę mleka odlać i zagotować z cukrem i cuk- rem wanilinowym. Do pozostałego mleka wsypać mąkę pszenną i ziemnia- czaną oraz żółtko. Dobrze roztrzepać. Do  mleka z cukrami wlać roztwór z mąki i mleka, ugotować z tego budyń. Ostudzić. Margarynę miksować, po-woli dodając do niej budyń. Na końcu wsypać 2,5 paczki wiórek. Na blasze ułożyć warstwę krakersów, następnie 1/3 masy. Podobnie postąpić jeszcze dwa razy, (kraker- sy, masa, krakersy, ma- sa). Wierzch ciasta posy- pać pozostałymi wiórkami (można je podsmażyć na masełku na złoty kolor i dopiero posypać (jednak ten sposób nie był wypró- bowany przez Panią Profesor). Ciasto odstawić na 12 godzin do lodówki. Z  pysznymi życzeniami SMACZNEGO od  Pani Profesor i ode mnie;)! Moniczka