Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Warto wiedzieć...

Drodzy czytelnicy! Mamy Nowy Rok, a wraz z nim nowy numer REaD. Wypoczęci po feriach wracamy ze zdwojoną energią do pracy. Co ciekawego znajdziecie w naszej gazetce? Już na następnej stronie artykuł budzący skrajne emocje – od śmiechu do współczucia i łez, czyli reportaż o mężczyźnie mieszkającym w „ lepiance” bez prądu i wody. Dla osób interesujących się choć trochę polityką przygotowaliśmy nie lada niespodziankę! Nasza redaktorka specjalnie dla Was przygotowala wywiad z… Lechem Wałęsą! Oczywiście, nie zabraknie, zapowiadanego w poprzednim numerze, sprawozdania z I. Sesji Dziennikarskiej czy rubryki Zaraź nas swoją pasją, w której przeczytać możecie o Airsofcie – dyscyplinie (nie) znanej zapewne wszystkim. Oprócz tych propozycji znajdziecie odpowiedzi na pytania m.in. takie jak: Can you sing?, Czy imię można zdobyć? i na nurtujące chyba nas wszystkich najbardziej, czyli - czy rok 2012 będzie ostatnim? Mam nadzieję, że przygotowane przez nas artykuły choć na chwilę pozwolą Wam się oderwać od codziennych obowiązków (czyli szkoły, szkoły i jeszcze raz szkoły). Z noworocznymi pozdrowieniami, Z -ca redaktor naczelnej ; )

Od paru tygodni mamy nowy Samorząd Szkolny! Nową przewodniczącą została Pola Pawełczyk. Jej zastępcą jest Adam Makszewski. Natomiast stanowisko sekretarza objęła Anna Jaskólska. Nie możemy się doczekać pierwszych wyników pracy nowego samorządu, a Wy? Jeszcze przed feriami na szkolnych korytarzach pojawiły się długo wyczekiwane ławki! Jak się dowie-dzieliśmy to przedsmak planowanych - skła-danych siedzień. Czy "przedsmak" nie okazał się według Was marną zapowiedzią? Ferie, ferie, a po feriach nowy wygląd korytarzy. Podoba się Wam? Pełne wydanie REaD możecie znaleźć również na stronie: mam.media.pl/read



REaD; gazeta uczniów I Liceum im. M. Kopernika; ul. Łopuskiego 42-44; 78-100 Kołobrzeg tel. 943544633 redakcjaread@gmail.com www.mam.media.pl nr 8/2011, nakład 50 egzempl. OPIEKUN KOŁA: Blanka Góral RED. NACZELNY: Agnieszka Sołtys Z- CA RED. NACZELNEGO: Grzegorz Dobek REaDAKCJA: Dominika Badaczewska, Monika Dobrowolska, Agnieszka Jaciuł, Klaudia Malek, Monika Nowakowska, Ewelina Patek, Justyna Piąsta, Justyna Skowrońska, Adam Tokarczyk, Daria Wojciechowicz GOŚCINNIE:Grzegorz Smułek SPIS TREŚCI: 4............Z DZIENNIKA ADOLAJDY 6.........ZAWSZE SOBIE PORADZĘ 10............CZŁOWIEK, KTÓRY NIGDY SIĘ NIE PODDAŁ... CZYLI WYWIAD Z LECHEM WAŁĘSĄ 13............GRAMY JUŻ PO RAZ XX! 14.....TO JEST TEMAT! 18............ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ 20.....ŚPIEWAĆ KAŻDY MOŻE 23...........TO JESZCZE NIE KONIEC 25.............SZCZECIN WSPIERA MŁODYCH DZIENNIKARZY 27....ROLNICTWO POD ŚCISŁYM NADZOREM 28..............BO IMIĘ MOŻNA TEŻ ZDOBYĆ 30...WOLNE LICENCJE 32....................(NIE) POMAGAJĄCA AKCJA 34.................KOMIKS Z DZIENNIKA ADOLAJDY
KOSMICI ATAKUJĄ!
Z DZIENNIKA ADOLAJDY REaD

9 stycznia 2012r. Poniedziałek, ostatnia przerwa przed godzina wychowawczą. Właśnie na niej mieliśmy przedyskutować wszystko odnośnie Konkursu Kopernikańskiego, który to ma się odbyć zaraz po feriach. Wszyscy byli tym strasznie przejęci, a przecież to zwykły konkurs – pomyślałam – coś jest tu chyba nie tak. - Dzień dobry, przejdźmy od razu do rzeczy. Musimy się spieszyć! Czasu coraz mniej! – powiedziała nauczycielka, od razu po wejściu do klasy. – Starajcie się, ale nie próbujcie wygrywać, dobrze radzę. - Dokładnie tak. Przygotowaliśmy wspólnie z gospodarzem klasy scenariusz. – rzucił kolega z klasy, po czym od razu zajęliśmy się przygotowaniami, rozdzielaniem ról i czytaniem scenariusza. Tak minęła nam cała godzina, a ja wciąż zastanawiałam się, dlaczego wszyscy nauczyciele tak nas pospieszają, mówią o tym jakby to była sprawa życia i śmierci. I jeszcze ta rada, żeby tylko nie wygrywać.. Cała sprawa wydała mi się dziwna. Postanowiłam to zbadać. Teraz. Natychmiast. Chociaż... może zajmę się tym jutro. Siedem godzin w szkole i zabawa w detektywa zaraz po tym to stanowczo za dużo. 10 stycznia 2012r. Wtorek. Tego dnia przyszłam do szkoły trochę wcześniej. Pomyślałam, że może zdołam uzyskać jakieś informacje w sprawie konkursu. Chciałam za wszelką cenę dowiedzieć się, dlaczego zależy im tak na konkursie i na tym, żebyśmy nie zajęli pierwszego miejsca. Chyba właśnie tego powinni chcieć, jako Ci, którzy nas do tego przygotowują. Przechodziłam właśnie koło tablicy ogłoszeń, kiedy z sekretariatu dobiegły mnie czyjeś głosy. Od razu zatrzymały mnie słowa: „konkurs” i „kopernikański”. - Dzieciaki muszą się postarać, inaczej będzie z nimi źle... – mówił damski głos. - Tak, ale co jeśli postarają się za bardzo? Któraś klasa

REaD Z DZIENNIKA ADOLAJDY

przecież i tak wygra, a wtedy... - Spokojnie, może im darują. Może zrozumieją, że ludzie powinni żyć właśnie tu, w tym świecie... - To wszystko jest strasznie absurdalne! Te dzieciaki prawdopodobnie nawet nie wierzą w ich istnienie... Co powiemy wygranej klasie? Może: „Drodzy zwycięzcy, w nagrodę za wyjątkowy humor i nietypową scenkę otrzymujecie lot statkiem kosmicznym?” - Nie martwmy się na zapas. Może wszystko samo się ułoży, dziś na zebraniu wszystko omówimy. A więc miałam rację! Oczywiście że tak! Jak mogłam na to nie wpaść! Było już jasne, że cały konkurs przygotowywany jest przez kosmitów. Chcą zagarnąć wygraną grupę i wywieźć ich na Marsa albo jeszcze dalej! Chodzi im o to, żeby wybrać ludzi z nietypowym humorem, co według nich jest wyznacznikiem tego, czy poradzą sobie w nietypowym środowisku. Ktoś musi wygrać, więc karzą nam się starać, a jeśli olejemy konkurs – zjedzą nas albo wypalą nam mózgi! Już wiedziałam, co muszę zrobić, muszę zaraz wszystkich powiadomić! Natychmiast. Chociaż może... najpierw spróbuję powiedzieć jednej osobie. Lepiej, żeby ta jedna uznała mnie za wariatkę, niż żeby uznali mnie za nią wszyscy uczniowie. - Słuchaj – zagadałam do koleżanki z ławki na historii – muszę Ci coś powiedzieć. - Mi? – zdziwiła się. – to coś poważnego? - Tak! To sprawa życia i śmierci! - Nie wyspałaś się czy co? Nie żartuj sobie ze mnie. - To nie są żarty! Musisz mi uwierzyć! Wszyscy będą musieli! - Dobra, dobra. Mów o co chodzi. - O kosmitów... Ty to zawsze byłaś szalona – odpowiedziała z uśmiechem – chętnie bym posłuchała, ale muszę notować. Może innym razem, na jakimś ognisku, kiedy będziemy opowiadać sobie straszne historyjki. Mogłam to przewidzieć. Nikt mi nie uwierzy, ale przecież nie mogę tak tego zostawić! W moich rękach leżą losy tylu ludzi, tylu znajomych! No... i w rękach całego grona pedagogicznego. Cóż.. co ja mogę sama, jedna, jedyna przeciwko przybyszom z innej planety! Muszę to jeszcze przemyśleć. No, może po historii. Teraz faktycznie, przydałoby się coś zanotować, bo inaczej nawet porwanie przez obcych nie uchroni mnie przed jedynką. Adolajda ZAWSZE SOBIE PORADZĘ
Współcześni ludzie otaczają się rzeczami, które wydają im się podstawą do życia w XXI wieku. Najważniejszy jest dla nich wygląd zewnętrzny. Status społeczny określa, kim są i jak powinni się zachowywać. Media kreują „ideały”, którym chcą dorównać. Jednak czy dzięki temu możemy nazwać się spełnionymi i szczęśliwymi ludźmi? Czy są to wartości, jakimi powinniśmy kierować się w życiu?


Rozdział I – koleje losu Stanisław Micki urodził się w 1922 roku w Płocku. Niewiele mówi o swoim dzieciństwie. Jego historię poznajemy dopiero od roku 1940. Wtedy to wyjechał do Niemiec. Pracował tam przez 5 lat w kopalni. W wieku 23 lat wyjechał do Japonii. Wstąpił do tamtejszego wojska i walczył o niepodległość kraju. Niedługo potem, 2. września 1945 roku, Japonia ogłosiła akt kapitulacji. Od tamtego czasu państwo było pod okupacją amerykańską, dlatego pan Stanisław postanowił wyemigrować do Ameryki, gdzie na ochotnika dołączył do armii. Po 2 latach wyjechał do Francji. Jednak nie widząc tam swojej przyszłości, postanowił zakończyć ten rozdział życia powrotem do ojczyzny. Rozdział II - zacząłem od początku - W końcu znalazłem moje miejsce na ziemi – pomyślał nasz bohater podczas spaceru po Kołobrzegu. Wraz z żoną Barbarą zdecydowali zamiesz- kać w tej miejscowości na stałe. Niedługo potem rozpoczął pracę na kolei. Sprawdzał stan techniczny pociągów, był dróżnikiem. Jak sam mówi, robił wszystkiego po trochu. Ma dwóch synów. Doczekał się równiez wnuków. Po 35 latach przepracowanych na kolei odszedł na emeryturę. Jego sielskie życie skończyło się wraz ze śmiercią małżonki. Ten rozdział zakończył przekazaniem swojego dorobku wnukom.



Rozdział III - starych drzew się nie przesadza Jesteśmy 300 metrów od centrum miasta. Stoimy przed… No właśnie, czym? Dla nas „lepianka”, coś na kształt chaty zbudowanej z kilkunastu drewnianych płyt, usytuowana tuż obok torów, a przed nią, na małym taborecie, siedzi pan Stanisław. – Dla mnie to dom, sam zbudowałem, no i tu mieszkam – z duma mówi nasz bohater. Zainteresowani tym, co widzimy, chcemy dowiedzieć się więcej o warunkach, w których żyje pan Stanisław, jak i ich przyczynach. Dookoła rozlega się dźwięk dzwonka informującego pieszych i kierowców o zamknięciu szlabanów, a chwilę później klakson nadjeżdżającego pociągu. Słysząc to, nasz bohater wstaje i ruchem ręki pokazuje, abyśmy poszli za nim. Wchodzimy do środka chatki. Przeciskamy się przez niski i wąski przedsionek. Pan Stanisław latarką oświetla nam drogę. Dzięki temu jesteśmy w stanie ujrzeć kącik z je- dzeniem i kuchennymi przyborami. Kolejnym pomieszczeniem jest „sypialnia”. Widzimy w niej materac, na którym leży kilka poduszek i koców. W ostatniej izbie znajduje się mały piecyk, fotel i stolik. Ze względu na dużą ilość dymu, wychodzimy na zewnątrz, by porozmawiać z panem Stanisławem. - Z czego sie pan utrzymuje? –



pytamy bohatera. Z powodu jego wady słuchu musimy powtórzyć pytanie dwukrotnie. - Dostaję emeryturę. Wnuk odbiera ją po dwudziestym i zawsze mi przynosi. Wszystko mi prawie zabiera – widząc łzy w jego oczach, zmieniamy temat. - A czy ma pan tutaj prąd, ciepłą wodę? - Kiedyś miałem, ale mi odcięli skur****ny, sam nie wiem czemu. Tak samo z wodą, jest tylko zimna. Przecież płaciłem zawsze na czas, ale teraz to mi wszystko jedno. Jakoś się żyje, nie przejmuję się niczym, może będę żył długo – odparł zdenerwowany i popro- sił o chwilę przerwy, ponieważ właśnie przy- szedł jego kolega z za- kupami. Zostawiając ich na chwilę samych, postanawiamy rozej- rzeć się po posesji. Otaczają nas sterty desek, złomu, kilka beczek i stołów. Serce zabiło nam szybciej, bo przed naszymi nogami przebiegła kura. Oprócz niej, pan Stanisław ma również 2 koguty i gołębie. Idąc dalej widzimy również kawa- łek ziemi, na której niegdyś rósł rabarbar oraz ziemniaki, a teraz jedynie została tam ku- kurydza. - Jak tam wywiad? – pyta dróżnik z okna swojego miejsca pracy, które znajduje się tuż obok terenu pana Stanisława. – On jest



trochę przygłuchy, to musicie do niego głośno mówić - przery- wa na chwilę. - Może nam pan coś o nim powiedzieć? - Niewiele wiem. Żyje sam. Czasem tylko odwiedzają go koledzy. Całymi dniami siedzi przed tym domkiem. Pamiętam, że kiedyś jak był chory, przyje- chało pogotowie. Chcieli go zabrać, pomóc mu. A ten nie chciał. - Czy oprócz kolegi ktoś jeszcze się nim interesuje? - A była i straż, i opieka, ale on ich wygania. Jak chce tak żyć, to niech żyje. __________________ - Pan Stanisław mieszka na terenie, który jest własnością PKP. Dlatego żyjąc tam, nie narusza żadnych praw. My, jako Straż Miejska, możemy jedynie być asystą dla interweniującego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej – mówi Katarzyna Górniak – Hukowska, funkcjonariusz Straży Miejskiej w Kołobrzegu. – Więcej informacji możecie ewentualnie zdobyć w MOPSie. Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Kołobrzegu, zasłaniając się ochroną danych osobowych, odmówił nam udziele- nia informacji na temat pana Stanisława. Kiedy powiedzieliśmy, że chcemy dowiedzieć się tylko, czy pracownicy MOPSu interesują się losem naszego bohate- ra i czy podjęli jakiekolwiek działania w jego sprawie, poradzili nam, abyśmy o to wszystko zapytali pana Stanisława. __________________ Naszą rozmowę przerywają obowiązki dróżnika, dlatego powracamy do naszego bohatera. - Często do pana przychodzi kolega? – przez chwilę rozmowę zakłóca nam jadący pociąg. - No, przyjdzie czasem. Zrobi zakupy w kiosku tu obok – wskazuje laską przed siebie. - Bierze na kreskę, a na koniec miesiąca idę uregulować wszystko. - A niech nam pan szczerze powie, wygodnie się tu panu żyje? Nie chciałby pan mieszkać w cywilizowa- nych warunkach, chociażby z prądem i ciepłą wodą? - A dajcie spokoj, wszystko mi zabrali, to teraz już nic nie chcę. Nic mi nie potrzeba. Starych drzew się nie przesadza. Po rozmowie z naszym bohaterem mamy mieszane uczucia. Jesteśmy poruszeni tą historią, a zarazem nie dowierzamy, że w dzisiejszych czasach ktoś, z własnej woli, może tak żyć: bez luksusu, telefonu komórkowego, telewizji, Internetu, a nawet ciepłej wody i prądu, a mimo to uczuc się szczęśliwym i spełnionym człowiekiem. Dla dobra respondenta imiona i nazwiska użyte w reportażu zostały zmienione. Dżasia i Grzechu CZŁOWIEK, KTÓRY NIGDY SIĘ NIE PODDAŁ... CZYLI WYWIAD Z LECHEM WAŁĘSĄ
"Tylko nie mów mi, że chcieć to móc..." - czy aby na pewno? Słowom tym prze-ciwstawili się policcy gimna-zjaliści, udowadniając, że przy odrobinie chęci i wysiłku wszystko jest możliwe.
REaD

„Czasem, gdy bardzo się czegoś chce - można osiągnąć rzeczy niezwykłe...” - tak komentuje osobiste spotkanie klasy II „a” polickiego Gimna-zjum nr.1 z byłym prezy-dentem Lechem Wałęsą jeden z wychowawców - Zbigniew Wojciechowicz. Wraz ze współwychowawczynią, Ewą Misztalską, wybrali się do Gdańska do biura Lecha Wałęsy. Skąd pomysł, żeby spotkać się z samym prezydentem? „Dzieci przystąpiły do projektu zatytułowanego „Opowiem Wam o wolnej Polsce”. W związku z tym zdecydo-waliśmy, aby skontaktować się z Panem Prezyden-tem, żeby dzieci zadały Panu Prezydentowi kilka pytań odnośnie walki o Polskę, o teraźniejszość.” - mówi pani Ewa na początku spotkania. Projekt ten jest organizowany przez CEO (Centrum Edukacji Obywatelskiej) i polega na tym, iż uczniowie przepro-wadzają wywiady z osobami, które miały wpływ na obalenie komunizmu. Kiedy w klasie rozmawiali o tym projekcie, pani Ewa rzuciła, że skoro ma być ktoś od komuny, to może od razu do Wałęsy i że nic nie szkodzi spróbować. Pomysł okazał się wcale niegłupi. Zostały napisane maile, w końcu otrzymali odpowiedź. I tak oto 28 listopada 2011r. spotkali się z Lechem Wałęsą na prywatnym wywiadzie, którego fragment możecie przeczytać. Uczniowie: Panie Prezydencie, kiedy przyszła Panu do głowy myśl o po-trzebie rozpoczęcia zmian w Polsce? Lech Wałęsa: Od początku nie pasowałem do świata. Do tego, żeby być prezy-dentem, do przywództwa. Ja tylko zwalczałem zło, coraz większe, coraz większe, aż wpadłem w opozycyjność, aż wpadłem w tego typu działania. Ale tego nie plano-wałem i to było stopniowo, to było narastająco. Na przykład, miałem chyba dziesięć lat i sprzeciwiłem się księdzu na religii. Nie miał racji, a chciał, żebym mu wierzył. Chodziłem chyba za nim ze dwa miesiące



i ciągle się go czepiałem. Powiedziałem: "Proszę Księdza, Ksiądz nie ma racji." I w pewnym momencie on mówi do mnie: "Chłopcze, ty albo będziesz wielkim człowiekiem, albo w kryminale skończysz z Twoim chara-kterem." Ale przyznał mi rację. A więc tak byłem zawzięty, uparty, ale oczy-wiście nie waliłem głową w mur. Po prostu chodziłem, ględziłem, aż wywalczyłem swoje. Jak byłem małym chłopcem, to tak postępo-wałem. Albo kiedyś, gdy Stalin umarł, kazano mi płakać, nauczycielka mi kazała. Ja będę płakał? Nie będę, bo ja mam ochotę na śmiech! I wtedy dostałem taką linijką i płakałem, ale dlatego, że mnie bolało, a nie przez Stalina. Uczniowie: Czuje się Pan bohaterem? Lech Wałęsa: Nie. Ja kiero-wałem, nie słuchałem nikogo, byłem dyktatorem, mogę się przyznać dzisiaj, ale gdyby było inaczej, to ja bym tego nie osiągnął. Czasem coś uzgodniliśmy, a ja robiłem inny numer, stąd mam tylu nieprzyjaciół, bo ja nie uzgadniałem, nie mogłem, miałem podsłuchy, miałem agentów, musiałem robić tak, żeby do zwycięstwa prowa-dzić. Miałem największe doświadczenie w walce. Stąd poprowadziłem to prawie samodzielnie. Oczywiście, z milionami, z mądrymi doradcami, to wszystko miało miejsce, ale decyzja ostateczna należała właściwie tylko do mnie. Uczniowie: Taki wyczyn wymagał wielkiej determi-nacji. Lech Wałęsa: Nawet w Piśmie Świętym jest napisane, że jak ten, co orze ziemię, do tyłu się ogląda, to źle to zrobi. Dlatego ja musiałem być całkowicie oddany. Zresztą ma do mnie żona pretensje. Nie wiem, czy słyszeliście o książce, żona napisała. Też ma wątpliwości, bo z czterdziestu dwóch lat małżeństwa miała męża właściwie tylko pięć lat, a trzydzieści siedem lat byłem oddany całkowicie polityce i walce. Dlatego ona ma dzi-siaj pretensje, że tyle lat straciła, a ja nie mogłem inaczej, bo nie byłbym w stanie. Gdybym tak trochę tu był, trochę tam, to bym nie dał rady. Ja musiałem się zdeklarować. I się nastawiłem w pewnym czasie całkowicie na walkę. Zabiją mnie, czy nie zabiją… nie, to mnie guzik obchodziło. Walka. Musiałem z nimi wygrać. Uczniowie: Czy było warto? Lech Wałęsa: Gdyby mi ktoś powiedział, jak byłem w waszym wieku, że dożyję takich czasów, że młodzież będzie ze mną spotkania robić, że będę miał Nobla, to bym nie uwierzył. Bo gdzie w tej małej wiosce, bez więk-szego wykształcenia, jaka szansa? Żadna. A więc, nie uwierzyłbym. Musieliby mnie zbić, zmaltretować, no to wtedy musiałbym uwierzyć, ale taki zbity i zmaltretowany i tak byłbym najszczęśliwszym człowiekiem, nie tylko na zie-mi, ale w całej galaktyce, że doczekałem wolnej Polski. Ale teraz, kiedy już wszystko to osiągnęliśmy i patrzę, ile po drodze rzeczy zgubiliśmy, ile zrobiliśmy źle, ile krzywd, niesprawiedliwości, to nie jestem zadowolony. I macie tu klasyczny mój zwrot kiedyś ogłoszony: "Jestem za, a nawet przeciw". Uczniowie: Panie Prezy-dencie, łowi Pan cały czas ryby? Lech Wałęsa: Nie mam kiedy. Lubię łowić, ale nie mam kiedy. Ale ja łowię w trochę innej koncepcji. Moje hasło rybackie jest takie: "Gdyby w wodzie były ryby, wędkarstwo straciłoby smak." A więc ja nie łowię, bo muszę złowić, ja mam szacunek dla ryb, bo zaraz po wojnie była taka bieda, że dzięki rybkom ja i inni ludzie przeżyli. Kiedyś stawów było więcej, bo teraz



to różne nawozy pościekały i to zarosło. Nasze przeżycie było możliwe dzięki rybkom. Stąd lubię łowić ryby, ale nie znęcam się. I jestem raczej samodzielny. To znaczy, sam łowię, sam skrobię, sam zjadam. Uczniowie: Panie Prezy-dencie, z wykształcenia jest Pan elektrykiem. Czy napra-wia Pan w domu jakieś drobne usterki? Lech Wałęsa: Lubię być elektrykiem i kiedy już skończyłem z polityką, wszystkie komputery, które tu były, sam złożyłem. Kupiłem sam części, poskła-dałem, bo chciałem się tego nauczyć. Ale okazało się, że niczego się nie nauczyłem, bo za moich czasów było widać oporniki i te wszystkie części i ja widziałem, jak ten prąd chodzi, a teraz wszystko schowane. Po przedłużonym, bo prawie godzinnym spotkaniu, ucznio-wie wręczyli Panu prezyden-towi mały prezent od szkoły i burmistrza Polic w podzię-kowaniu za poświęcony czas. Rozmowa z Prezydentem była niezwykłym przeżyciem dla uczestników, ale też ciekawym wydarzeniem samym w sobie, do tego stopnia, że to właśnie spotkanie zrelacjonowali dziennikarze z brytyjskiego „The Times”, którego jeden z przedstawicieli, przez cały czas zaciekle robił zdjęcia, bo nieczęsto Lech Wałęsa gości u siebie młodzież. W każdym bądź razie, policka młodzież dzięki swoim wyjątkowym wychowawcom, którzy trwają w przekonaniu, że szkoła ma nie tylko uczyć, ale także wychowywać, przekonała się, że „nothing is impossible”. ;)  Daria Zdjęcia z prywatnych zasobów uczestników spotkania, przedstawiające uczniów, wychowawców oraz Lecha Wałęsę w jego biurze.



Gramy już po raz XX! Finał WOŚP to jednodniowa publiczna zbiórka pieniędzy przeprowadzana przez Jurka Owsiaka oraz jego Fundację. Odbywa się ona tradycyjnie w drugą niedzielę stycznia każdego roku. Jubileuszowy, bo już XX, Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zagrał 8 stycznia 2012 r. w Polsce i na całym świecie. Świętowaliśmy go także w Kołobrzegu. Tegeoroczne hasło przewodnie brzmia-ło:„Gramy z pompą! Zdrowa mama, zdrowy wcześniak, zdrowe dziecko”. Pieniądze zbierane były na zakup naj-nowocześniejszych urządzeń dla ratowania życia wcześniaków oraz pomp insulino-wych dla kobiet ciężarnych z cukrzycą. Jak pomagaliśmy? Grę zaczęliśmy o godzinie 9.00. Do pomocy zaangażował się cały Kołobrzeg oraz okolice. Przez cały dzień wolonta- riusze wielkiego i gorącego serca, serca, które pomogło wytrzymać im na deszczu, robili wszystko, by zebrać jak największą sumę pieniędzy.Oznaki Orkiestry zobaczyć można było m.in. w Regionalnym Centrum Kultury, przed Ratuszem, na osiedlu Ogrody w Świetlicy Środowiskowej oraz na hali Milenium, gdzie znajdował się sztab główny. Całe miasto mieniło się czerwonymi, orkiestrowymi serduszkami. Na każdym kroku widać było ludzi, którzy dorzucali symboliczne grosze do puszek. Najlepszym wolontariuszem w mieście okazał się uczeń naszego liceum oraz redaktor Read’a, Grzegorz Dobek z I a. Zebrał on 2057, 20zł i 3,99euro. Gratulujemy tak pięknego wyniku! By wspomóc przedsięwzięcie i umilić czas, zorganizowanych zostało wiele atrakcji, m.in. w hali Milenium odbył się koncert charytatywny pod nazwą „Pomóżmy przeżyć - Michael Jackson Who is it".Tam ujrzeć mogliśmy pokazy mody damskiej i męskiej, zespołu wokalnego, grup tanecznych: Algi, Tirlitonki, Top Toys, Vigor, szkół tańca towarzyskiego: Amber, Pasja i Besta oraz grupy Kamila Czarneckiego, którego zobaczyć można było wśród widowni. Na Orkiestrze pojawił się także Robert Rowiński, właściciel szkoły tańca Pasja. W okolicach Ratusza można było przejechać się motocykelm, obejrzeć pokaz sprzętu pływającego, strażackiego i płetwonurkowego. W sali widowiskowej RCKu miał miejsce Orkiestrowy Blok Rockowy, na którym wystąpili m.in. uczniowie z „Czerwonego”. Oczywiście „specjałów” przygotowanych dla WOŚP było znacznie więcej, jednak wszystkich nie sposób wymienić. Na koniec, o godzinie 20.00, na boisku treningowym do piłki nożnej przy hali Milenium miał miejsce tradycyjny happening, czyli „Światełko do Nieba”. W jednej chwili całe niebo rozpromieniło się od lampionów. Było to coś naprawdę wspaniałego. A jak organizację WOŚP w Kołobrzegu oceniają sami uczestnicy? -Uważam, że z roku na rok dzieje się coraz mniej. Gdzie się podziały koncerty znanych zespołów? Fajerwerki na świa- tełko do nieba? Jestem rozczarowany. Oczywiście, nie oznacza to, że nie włączyłem się do akcji;) . mówi Mateusz. Niestety, nowy rekord w Kołobrzegu nie został ustanowiony, mimo to na konto WOŚP wpłynęło 69.661,00zł. Mamy nadzieję, że następny rok przyniesie upragniony rekord. Moniczka TO JEST TEMAT!
Jak już powszechnie wiadomo, redakcja szkolnej gazetki "REaD" i uczniowie pierwszej klasy humanistycznej, pod czujnym okiem prof. Blanki Góral i prof. Anety Rasztubowicz, zorganizowali 18-go listopada sesję dziennikarską.


Tematem przewodnim debiutującego wydarzenia był reportaż i fotoreportaż. Na tę specjalną okazję zaproszono ludzi, którzy na owym fachu znają się jak mało kto, czyli dziennikarza "Kuriera Szczecińskiego", Marka Osajdę, fotoreportera "Głosu Szczecińskiego"  Marcina Bieleckiego, studentkę wydziału dziennikarstwa na Uniwersytecie Szczecińskim - Annę Pasztor oraz panią Paulinę Olechowską, doktora nauk humanistycznych na Uniwersytecie Szczecińskim. Kilka minut po godzinie 9 00 rozpoczęło się wyczekwiane od dawna wydarzenie. Przygotowania trwały od dłuższego czasu, debiutancka sesja miała na celu poszerzenie dziennikarskich horyzontów zaproszonej młodzieży szkół średnich oraz powiatowych gimnazjów. Pierwsza z trzech części rozpoczęła się prelekcją dr Olechowskiej, która  omówiła zjawisko gazetek szkolnych, czyli tematu praktycznie najbliższego naszym uczniowskim sercom. Pochyliła się ona nad celem wydawania pism w placówkach, ich genezą, wychodzącymi z tego faktu pozytywami, no i oczywiście, samą formą i warsztatem, jaki mozna podczas takiej działalności zdobywać.



Całą część zakończył występ uczennicy klasy I"a", Darii Koperskiej, śpiewającej utwór własnego autorstwa pt. "Piosenka dzeinnikarska". Kolejny element sesji zapoczątkowały Justyna Piąsta i Aleksandra Gilińska (klasa I"a"), wprowadzając publiczność w zagadnienie reportażu. Ich słowa znalazły swoje potwierdzenie w wystąpieniu Marka Osajdy, który wtajemniczył nas w świat publicystyki. Potem nastąpiło ogłoszenie wyników tytułowego konkursu "To jest temat!". Wśród licealistów jury za najlepszą pracę uznało reportaż Justyny Piąsty i Grzegorza Dobka z I LO., opowiadający o panu Stanisławie - człowieku "dziwaku" jak określiłoby go stereotypowo społeczeństwo ze względu na mieszkanie w prowizorycznym, jak na dzisiejsze czasy, domu. Drugie miejsce przypadło karolinie Bartczak ("Lekarz, który był przyjacielem"), trzecie Oliwii Górzyńskiej ("W świecie baletu"). W kategorii gimnazjalistów uhonorowane zostały następująco: Pauilna Januszko, autorka tekstu "Szkolne amazonki" i Ewa Gallon  praca pt. "Obalić stereotypy". Po ceremonii wręczenia nagród nastąpiła dłuższa przerwa, podczas której goście entuzjastycznie wymieniali się dotychczasowymi odczuciami i z dużą dawką zniecierpliwienia czekali na więcej. Ostatni fragment organizatorzy umiejętnie rozłożyli, łącząc część artystyczną z dalszą nauką sztuki dziennikarstwa. Skecz "Paparazzi" w wykonaniu uczniów I LO. w sposób humorystyczny oddał prawdziwość świata redakcyjnego, pokazując, że dziennikarz musi posiadać umiejętność tworzenia "czegoś z niczego". Studentka i absolwetka "Czerwonego", Anna Pasztor, przybliżyla specyfikę studiów dziennikarskich i zaprezentowała fragment swojej pracy na temat fotoreportażu. W tajniki fotoreportażu zagłębił nas Marcin Bielecki. Przedstawił on ciekawą wizję pracy fotoreportera, nawiązał niespotykany kontakt z publicznością poprzez wspólną interpretację zdjęć z życia codziennego, opowiadających jakąś







osobną historię. Dzięki temu poznaliśmy także zwyciężczynie konkursu w kategorii fotoreportażu, a zostały nimi - gimnazjalistka Emilia Frasunek oraz Aleksandra Dłużyńska, wyróżniono też Dagmarę Kilian za fotoreportaż o Krakowie. Tym miłym akcentem pierwsza sesja dziennikarska dobiegła końca. Wbrew wszelkim opiniom i przesłankom, to wydarzenie nie stało się tylko pretekstem do ominięcia lekcji. - To były bardzo dobrze zagospodarowane chwile. Podczas tej sesji mieliśmy okazję zbliżyć się do dziennikarskich realiów, zdobyć wiedzę, która w upragnionej profesji może okazać się niezbędna, a relacja doświadczonych osób i ich odpowiedzi na nasze pytania niezwykle ważne. - skomentowała grupa słuchaczy. Sesja zatem pozostawiła po sobie pozytywne wrażenia, poszerzyła wiedzę w zakresie dziennikarstwa, a to był cel nadrzędny. Pozostaje więc jedynie czekać na następną i zachęcać do organizowania podobnych przedsięwzięć. Justyna Skowrońska Zdjęcia pochodzą z zasobów własnych. „Nie ma bólu, nie ma gry”.
Tak właśnie brzmi motto osób, które poświecają swój czas grze zwanej airsoft.
ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ REaD

Airsoft to gra zespołowa wykorzystująca repliki broni, której celem jest trafienie przeciwnika plastikową kulką.Jest to je- dnak nie tylko strzelanie do „celu”. Ewenementem tego typu akty- wności jest to  że każde spotkanie oparte jest na tzw. scenariuszu, który bazuje na fikcyjnych lub historycznych działa- niach wojennych, policyjnych czy paramili- tarnych. Nasza gazeta miała przyjemność spotkać się z Michałem Turkiem, który swoją przygodę z ASG rozpoczął już w wieku 14 lat. REaD – Trzeba przyznać, że ASG to wciąż mało znana pasja. Jak ty się o niej dowiedziałeś? Michał Turek – Wszystko zaczęło się w zasadzie 7 lat temu, kiedy to moi znajo- mi pokazali mi filmiki znalezione w Inter- necie i od razu zaszczepili miłość do ASG. Sami zorganizowaliśmy sobie takie spo- tkanie, kupiliśmy jakieś pistolety na baza- rku, gogle ochronne i tak spotyka- liśmy się co tydzień. Aż pewnego dnia zawitała do nas grupa starszych osób. Była to św. pamięci grupa „Grot”, która niestety się rozpadła. To oni pokazali nam o co tak naprawdę w tym chodzi i jak to wygląda. Właśnie wtedy pochłonęło nas to na maxa. REaD – A czy ciężko zorganizować takie spotkanie i ile ono trwa? MT – W prawie każdym mieście ktoś się w to bawi, więc o organizację nie jest ciężko. Kontaktujemy się drogą telefo- niczną lub przez fora internetowe. Wystar- czą tylko dobre chęci i miejsce. Co do czasu trwania, to wszystko zależy od nastawie- nia, pogody, ludzi. Zazwyczaj to parę go- dzin, ale mi zdarzyło się być raz na 72godzinnej strzelance w 2008 roku. REaD – Skoro już mowa o organizacji i przygotowaniach. Jak to wygląda w kwe- stii finansów? MT – Jeżeli chodzi o airsoft, to wydatki nigdy się nie kończą. Na sam początek trzeba zadbać o odzież ochronną. Podstawą jest oczywiście dobra replika, która kosztuje ok. 300 zł. Jednak z czasem kupuje się lepszy mundur, dodatkowe kamizelki, lepszą replikę i tak dalej. Więc nie jest to tania pasja, ale, jeżeli kogoś to pochłonie, to będzie z chęcią wydawał każde zaoszczędzone pieniądze na swoje hobby. REaD – Taka pasja musi wiązać się z licznymi wspomnieniami. Możesz opowiedzieć nam o jakimś najciekawszym?

REaD ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ

MT – Hmm, najciekawsze wspomnienie… Wiąże się ono właśnie z tą 72godzinnym spotkaniem. Razem z kolegą czołgaliśmy się pod bazę wroga, ale problemem były suche liście na podłożu. Czołgając się po nich narobiliśmy dużo hałasu. Na szczęście miejsce strzelanki było blisko lotniska i poruszali- śmy się tylko, gdy samoloty były nad naszymi głowami. Snajper z wieży nas ostatecznie zauważył, ale udało nam się podejść wystarczająco blisko, by zestrzelić kilka osób i uciec. Adrenalina była ogromna. REaD – Skoro najlepsze, to może też opowiesz o najgorszym wspomnieniu? MT – To pamiętam bardzo dobrze (śmiech). Szturmowaliśmy budynek wroga, wchodząc do niego, zdjąłem dwie osoby, ale niestety trzecia mnie zauważyła i popełniła ogromny i bolesny dla mnie błąd, bo panuje zasada, że w pomieszcze- niach używa się broni o mniejszej mocy. Na moje nieszczęście broń poboczna tej osoby zacięła się i dostałem z odległości 5metrów w nos. Szybko zalałem się krwią, ale jak to mówimy: „nie ma bólu, nie ma gry”. REaD – Rzeczywiście brzmi dość boleśnie. Czyli jest to zajęcie kontuzyjne? MT – Oczywiście zdarzają się urazy takie jak stłuczenia, skręcenia, zadrapania, złamania czy krwiaki po kulkach. Ale poważniejsze urazy zdarzają się dość rzadko, no chyba, że ktoś nie zachowuje podstawowych zasad bezpieczeństwa. Był taki przypadek w Polsce, że chłopak miał złe gogle ochronne, dostał w oko i je stracił. Miał szczęście, że przeżył, na sprzęcie ochronnym nie powinno się oszczędzać. Z takich historii to jest jeszcze jeden przykład – mojego kolegi. Dostał on w wargę z odległości jednego metra i kulka przeszła na wylot! Teraz nosi w tym miejscu kolczyk (śmiech). REaD – Czy na taki dzień trzeba się jakoś specjalnie przygotować? MT – Jakoś specjalnie to raczej nie, ale oczywiście dzień przed trzeba sprawdzić broń: czy jest naładowana, czy są kulki, trzeba również sprawdzić mundur i kamizelki ochronne. Rano się w to wszystko ubieramy i pakujemy broń do worków…, a nie przepraszam do „odpowiednio wyprofilowanych pokrowców przenośnych” (śmiech). REaD – W takim razie komu poleciłbyś airsoft? MT – Przede wszystkim osobom, które mają za dużo wolnego czasu i szukają ciekawego hobby oraz osobom, które chcą sprawdzić siebie, zobaczyć czy są w stanie przekroczyć pewne granice, bo bądźmy szczerzy, nie jest to zabawa dla mięczaków i osób, które lubią marudzić i narzekać na cały świat. Wbrew pozorom nie jest to tylko zajęcie dla mężczyzn. Na strzelanki często przyjeżdżają całe rodziny: mąż, żona i dzieci. Niektórzy są tak zafascynowani militarią, że nawet do ślubu jadą czołgiem ubrani w mundury. Zachęcam wszystkie dziewczyny, które nie boją się wyzwań do wzięcia udziału w takim przedsięwzięciu. Rozmawiała Agnieszka Sołtys Wszystkie osoby, które poszły za radą Michała i postanowiły spróbować swoich sił odsyłam na stronę: http://www.srodkowopomorskieasg.fora.pl/. Śpiewać każdy może!

REaD

Śpiewać może każdy, młodszy czy starszy, piosenki znane lub te mniej, szybkie i wolne... ważne, by śpiewać po angielsku. Nie tak dawno temu, bo 23 listopada tego roku, odbyła się już druga edycja Miejskiego Konkursu Piosenki „I can sing”. Głównym organizatorem była Szkoła Podstawowa nr. 3 im. „Marynarzy Polskich” w Kołobrzegu, natomiast pomysłodawcą – Ewa Badaczewska. Konkurs w tym roku cieszył się dużym zainteresowaniem, wzięło w nim udział aż pięćdziesięciu ośmiu uczniów ze szkół podstawowych oraz gimnazjalnych. Każdy, kto był wtedy w Klubie Garnizonowym (bo właśnie tam odbył się konkurs), zgodzi się z opinią, że uczestnicy dali z siebie wszystko. Jedni swoim wykonaniem wywoływali wzruszenie, inni skupiali się na dobrej zabawie i  kontakcie z publicznością. Na scenę wychodziły małe wróżki, piraci, mali marynarze, chóry aniołów, pojawił się nawet mały Freddie Mercury! Wszystko to oceniało szanowne i niezastąpione jury w następującym składzie: p. Agnieszka Wojciechowska, p. Eliza Malepszak, p. Nadiya Pylat oraz p. Małgorzata Paprocka. Spośród wszystkich wokalistów, wybrano najlepszych i nagrodzono dyplomami i statuetkami w kształcie mikrofonów. Myślę, że zwycięzcy swoim oszałamiającym występem zasłużyli na małą wzmiankę w naszej gazetce. W kategorii I - III pierwsze miejsce otrzymał Wojciech Sabała. Mały długowłosy blondynek o niebieskich oczach wykonał piosenkę pt. „We will rock you”, wywołując tym okrzyki jak na prawdziwym koncercie rockowym. Jak sam stwierdził, nie udałoby mu się to bez swojego idola – taty dopingującego go już od pierwszych dźwięków piosenki. W kategorii IV - VI komisję zachwyciła



Oliwia Januszewska, wykonując piosenkę „Can you feel the love tonight”, z każdą kolejną nutą piosenki dziewczynka śpiewała coraz pewniej i głośniej, co wzbudziło ogromny podziw dla „wschodzącej młodej gwiazdy”. Wystąpienia uczestników zakończyła Magda Szczęsna z piosenką „Mercy”, zdobywczyni pierwszego miejsca w kategorii szkół gimnazjalnych. Wokalistka zachwyciła wszystkich swoim donośnym głosem i zabawą w trakcie swojego występu, śpiewała z lekkością i entuzjazmem. Liczba laureatów była ograniczona, dlatego też nie każdy mógł wygrać. Uważam jednak, że każdy z występujących zasługuje na uznanie. Chcąc dowiedzieć się czegoś więcej na temat konkursu przeprowadzi-liśmy wywiad z głównym organizatorem konkursu. REaD: Co skłoniło panią do organizacji akurat takiego konkursu, o takiej tematyce? E.B: Głównym zamierzeniem było ożywienie ruchu amatorskiego dzieci i młodzieży oraz popularyzacja piosenek w języku angielskim. Są konkursy piosenki marynistycznej, żołnierskiej, o tematyce dowolnej, takiego natomiast jeszcze nie było, pomyślałam więc: czemu nie? REaD: Czy będą kolejne edycje? E.B: Oczywiście. Z uwagi na to, że konkurs cieszył się dużym zainteresowa-niem, myślę, że kolejne edycje są jak najbardziej wskazane. REaD: Zamierza pani wprowadzić jakieś zmiany, może mogłaby pani zdradzić coś naszym czytelnikom? E.B: Będzie kilka zmian. W przyszłym roku powinien pojawić się gość specjalny z Londynu, może uda się sprowadzić jeszcze kilku innych. Zamierzam dodatkowo wprowadzić jeszcze jedną kategorię, mianowicie szkół ponadgimnazjal-nych. REaD: Zapowiada się ciekawie! Mamy nadzieję, że starsi uczniowie skorzystają z okazji. Serdecznie dziękujemy za udzielenie wywiadu. E.B: To ja dziękuję. Miło mi  że konkurs zyskał zainteresowanie również w szkołach, których nie dotyczył.



To jeszcze nie koniec
Pożegnaliśmy rok 2011. Mam nadzieję, że każdy spędził Sylwestra równie rewelacyjnie jak ja. Życzę Wam Szczęśliwego Nowego Roku! Do siego!


Chyba, że… Jest rok 2012! 21. grudnia mamy koniec świata! Jest to ostatni dzień, miesiąc i rok podany w kalendarzu Majów, którzy z reguły nie mylili się w swoich przepowiedniach. Potrafili obliczyć zaćmienie Słońca i Księżyca z dokładnością do sekundy. Starożytni egipscy kapłani głosili, że co 11500 lat powtarza się szczególny układ planet i gwiazd, który powoduje katastrofy w całym Układzie Słonecznym, takie jak zniszczenie planet, przemieszczenie biegunów magnetycznych Ziemi. Kolejne takie zdarzenie ma przypaść właśnie na 2012 rok. Nostradamus, francuski lekarz, astrolog i matematyk, był też autorem proroctw. Większość jego tekstów opisuje katastrofy, takie jak plagi, trzęsienia ziemi, wojny, powodzie, inwazje, morderstwa czy bitwy – wszystkie niedatowane. Główny i jednoczący temat tych tekstów to nieuchronna inwazja sił Islamu na Europę ze wschodu i południa pod przewodnictwem Antychrysta. Wydaje się, że wizje te powstały pod wpływem aktualnych wówczas wydarzeń związanych z podbojami dokonywanymi przez Imperium Ottomańskie. Wszystko to jest prezentowane w kontekście rzekomego nieuchronnie już nadchodzącego końca świata. Takie przekonanie nie było w owych czasach odosobnione i spowodowało powstanie wtedy licznych podobnych "proroctw" – nie wyłączając kolekcji spisanej (choć nie opublikowanej) przez Krzysztofa Kolumba.



Nostradamus nie przewiduje jednak całkowitego rozwalenia Ziemi na kawałki, bo po końcu świata nastąpi nowy okres w dziejach ludzkości. Inny prorok – Edgar Cayce mówi, że przebiegunowanie Ziemi powiąże się z nowym wynurzeniem Atlantydy. Zwolennicy nieformalnego, alternatywnego ruchu kulturowego New Age także nie omieszkali skorzystać z popularności katastrofy w 2012 roku. Według nich właśnie w tym roku skończy się kiepska dla ludzi Era Ryb i rozpocznie pełna szczęścia Era Wodnika, co będzie poprzedzone katastrofami. Koncepcję opierającą się na obliczeniach starożytnych, jak i najnowszych odkryciach naukowych opisuje Patrick Geryl. Ów astrofizyk uważa, że istnieje wiele dowodów na to, że wielka katastrofa rzeczywiście nastąpi i doprowadzi do zagłady ludzkości, jeśli ta nie stanie się świadoma zagrożenia. Bardzo… zadziwia mnie to, że tak dużo ludzi żyjących w XXI wieku wierzy w Apokalipsę 2012. Przeżyliśmy ich już minimum 12 (patrz-zdjęcie), przeżyjemy i kolejne. Ja, jak w „Piosence o końcu świata” Cz. Miłosza, uważam, że koniec świata nie oznacza zagłady w sensie globalnym, lecz jest doświadczeniem jednostkowym. Każdy człowiek przeżyje swój własny koniec świata. Bo przecież każdy dzień jest dla kogoś końcem świata. „Innego końca świata nie będzie”. Tak więc zapraszam na  After Party 22 grudnia! KlaudiaMalek Szczecin wspiera młodych dziennikarzy
W ramach Tygodnia Aktywności Młodzieżowa Gazeta "Maski" zorganizowała II Szczecińskie Warsztaty Dziennikarskie, w których udział wzięło czworo dziennikarzy naszej gazety.


1 grudnia około godziny 10 dotarliśmy do Książnicy Pomorskiej, gdzie oficjalnie powitał nas redaktor naczelny "Masek"  Amadeusz Przezpolewski. Po zapoznaniu nas z pla- nem warsztatów, rozpo- częła się część teoretycz- na. Pierwszy moduł popro- wadziła Małgorzata Klim- czak - dziennikarka "Głosu Szczecińskiego". Wbrew oczekiwaniom, nie był to typowy wykład. Niemal jak w prawdziwej gazecie zostalismy podzieleni na działy tematyczne, a naszym zadaniem było wymyślenie ciekawych tematów do następnego numeru, a później rozwi- nięcie ich. Po krótkiej przerwie na kawę, przyszedł czas na kolejny moduł o gatu- nkach i rodzajach artyku- łów w prasie, który był prowadzony przez Krzysztofa Flasińskiego - wykładowcę Uniwersytetu Szczecińskiego. Była to jedna z ciekawszych części warsztatów. Pan Krzysztof zaciekawił nas nie tylko sposobem przekazania nam wiedzy - zamiast czytać nudne formułki, pokazał nam błędy prawdziwych dzie- nnikarzy, ale również anegdotami ze świata



dziennikarskiego. Zakończenie części teoretycznej wiązało się z przygotowaniem mery- torycznym do pracy w te- renie. Zostaliśmy podzie- leni na grupy, które zosta- ły przypisane wolontariu- szom. Niestety, zostaliśmy rozdzieleni. Naszym zada- niem było zebranie informacji na temat wylosowanego wcześniej festiwalu, a następnie napisanie o nim reportażu. Zadadnie początkowo wydawało się banalne, ale okazało się nie lada wyzwaniem. Lista miejsc, w których mogliśmy otrzymać informacje, w większości okazała się niepomocna lub zakmięta. Kolejnym utrudnieniem był fakt, że mało kto z ludzi mieszkających w Szczecinie interesuje się wydarzeniami kultu- ralnymi. Na znalezienie informacji mieliśmy jedy- nie dwie godziny. Po tym czasie nadeszła pora na najtrudniejsze zadanie   napisanie reportażu. Nie było łatwo pogodzić różne style, nawyki, trudno również znaleźć wspólny język z dopiero co pozna- nymi osobami. Jednak ostatecznie udało nam się porozumieć i po paru godzinach reportaże były gotowe, a my udaliśmy się do naszego hotelu. Następnego dnia, po zjedzeniu śniadania, z ba- gażami ruszyliśmy po ko- lejną dawkę wiedzy. Po-znaliśmy pracę dzienni- karzy radiowych i telewi- zyjnych.Posłuchaliśmy, jak wygląda rozmowa o pracę czy praca w Iraku. Trzeba przyznać, że nie jest to  tak łatwe, na jakie wyglą-da, ale satysfakcja jest ogromna. Obejrzeliśmy również wiele reportaży telewizyjnych, na przykła- dzie których zostały omówione najczęściej popełniane błędy. Później nadszedł czas, abyśmy to my się wykazali i przedstawili napisane przez nas prace. Łącznie bylo 13 grup i 13 festiwali. Jury z cierpliwością wysłuchało wszystkich wy- stąpień, by później udać się na naradę. Rozdanie nagród było ostatnim pun- ktem warsztatów. Pierw- sze miejsce zajęła praca, która również naszym zdaniem była najlepsza , a dotyczyła ona Europej- skiego Festiwalu Filmów Dokumentalnych. W ciągu warsztatów mieliśmy okazję dowie- dzieć się wielu nowych, ciekawych rzeczy na te- mat dziennikarstwa i po- prawić swój warsztat. Mamy nadzieję,że podczas marcowej edycji też nas nie zabraknie. Guulek i Nika Rolnictwo pod ścisłym nadzorem
Czy grozi nam zielona rewolucja? A może ważny jest tylko cel, jaki rolnictwo ma osiągnąć? Chłopskie, zacofane czy żywieniowe? Degraduje czy może pomaga? Oto pytania, na które nadal brak jasnej odpowiedzi…


Ibis szarogłowy z Kambodży, czajka towarzyska z Kazachstanu czy etiopski skowronek to jedne z nielicznych gatunków zwierząt, które bez człowieka nie miałyby szans na przeżycie. Chodzi głównie o tradycje, a ściślej mówiąc o tradycyjne rolnictwo. Jest to utrzymanie przede wszystkim różnorodności biolo-gicznej krajobrazu rolniczego, posługują- cego się głównie tradycyjnymi metodami uprawy. Nie wykorzys- tuje się tu w żaden sposób środków chemicznych czy nawet ciężkiego i szybko pracującego sprzętu. Rolnictwo ekstensywne, bo o takim właśnie mowa, jest dobrym sposobem ochrony przyrody i krajobrazu rolniczego. Zwierzętom tym służy istnienie lokalnych społeczności, wiernych tradycyjnym praktykom rolniczym - wypasaniu bydła w okolicach, gdzie jednocześnie żerują i rozmnażają się zagro- żone ptaki albo uprawie zbóż, która gwarantuje bogate źródło pokarmu. Przy okazji ważne jest, że takie rolnictwo nie wpływa zbyt silnie na środowisko. W krajach rozwijających się problem ochrony przyrody ograniczany jest jedynie do obsza- rów leśnych i terenów, gdzie brak jest bezpo- średniego kontaktu z człowiekiem. Jak się okazuje, jest jednak wiele gatunków, szczególnie ptaków, których byt zależy głównie od tego, w jakim stopniu taki teren jest zajęty przez rolnictwo - czyli w grę wchodzi jednak ingerencja ludzkiej populacji. Jednak zawsze musi się poja- wić jakieś „ale”. Tak i w tym przypadku nie ma wyjątku potwier- dzającego regułę. Otóż takie tradycyjne rolnic- two nie jest wolne od zagrożeń, np. od rolnictwa wielkoobsza- rowego, przemysłowe- go (które czasami prowadzi np. do wysiedleń z ziem zajmowanych przez rodziny od pokoleń). Póki co naukowcy nali- czyli ok. trzydziestu gatunków zagrożonych lub bliskich zagrożenia, których byt zależy właśnie od takiego rolnictwa w krajach rozwijających się. Ponadto postulują, aby chronić nie tyle same gatunki, co ich naturalne siedliska bytowania, a w tym przypadku tereny rolnicze. Z pozdrowieniami Biolog ; ) Bo imię można też zdobyć
Każdy z nas ma swoje imię, niektórzy przy narodzinach otrzymują dwa lub nawet trzy. Inni jeszcze sami sobie wybierają któreś z kolei imię przy sakramencie bierzmowania. Ale czy ktoś z was pomyślałby, że imię można by zdobyć..?


Imię posiada nasza szkoła – popularnie zwany „Koperas” to przecież I Liceum imienia Mikołaja Kopernika. Zresztą prawie każda placówka szkolnictwa nosi imię poety, wynalazcy, czy też zasłużonego dla narodu polskiego. Zostało ono jej nadane. Najtrudniejszą rzeczą jest jednak imię zdobyć! Czasem idzie to szybko, jak bieg na 100 metrów – kilka sekund i po sprawie. Najczęściej jednak droga do osiągnięcia sukcesu jest długa i wymaga wielu poświęceń. Taką drogę teraz przebywają harcerze i harcerki ze 112. Kołobrzeskiej Drużyny Starszoharcerskiej „KRYPTONIM”, do której też należą uczniowie naszej szkoły. Jakie imię mogą oni zdobywać..? Imię, które chce nosić ta jednostka harcerska, ma być wyrazem szacunku i pamięci dla grupy ludzi, którzy walczyli i ginęli po to, abyśmy my mogli żyć w kraju z wolnością słowa, wyznania czy myśli. Chodzi tutaj o dosyć specyficzną grupę żołnierzy polskich z czasów II Wojny Światowej. Mowa tu o „Cichociemnych”, o żołnierzach, którzy przeszli długą drogę: Kampania Wrześniowa 1939 roku i przedostanie się przez Węgry, Rumunię do Francji, by służyć w różnych polskich jednostkach, a po kapitulacji Francji – do Anglii. Taką czy inną drogą dostali się na angielską ziemię ludzie, którzy walczyli w wielu miejscach za swój kraj, chcąc jak najszybciej do niego wrócić. Tych najlepszych zaczęto szkolić, aby pomogli w organizacji i działaniu Armii Krajowej w okupowanej Polsce. „Cichociemni” przechodzili ciężkie szkolenie, trwające wiele tygodni czy nawet miesięcy, po czym zrzucano ich na spadochronach nad Polską. Wielu z nich nie dożyło wolnej



Polski. Ginęli podczas różnych akcji, potyczek, podczas Powstania Warszawskiego lub już po wojnie oskarżeni o pomoc hitlerowcom, byli mordowani przez władzę ludową w więzieniach i łagrach. Kołobrzescy harcerze, by zdobyć ich imię, prowadzą „kampanię”, w ramach której organizują liczne akcje, gry terenowe i innego typu przedsięwzięcia. Nie tylko w swoim środowisku, ale wychodząc do ludzi, szerząc imię „Cichociemnych”. O tych właśnie ludziach chcą pamiętać harcerze, noszący czerwone berety, czerwone jak krew przelana za wolność , suwerenność państwa i narodu. O nich chcą pamiętać tacy jak ty, którzy mają wiele własnych problemów, obowiązków, a pomimo to znajdują chwilę, by zatrzymać się w gonitwie otaczającego nas świata i pomyśleć o dawnych czasach, o ludziach, którym nie dane było żyć w wolnej Polsce. I piękne jest to, że o takich ludziach, jakimi byli „Cichociemni”, ktoś pamięta nie tylko w rocznice wydarzeń tamtych lat, ale w ciągu całego swojego młodego życia. Tekst, który masz przed sobą, jest harcerską odezwą, apelem. Pisany jest ręką twojego znajomego ze szkoły, również harcerza. Zarówno on, jak i jego koledzy i koleżanki z ZHP, chcą ci pokazać i udowodnić, że walczyć i zdobywać można nie tylko podczas wojny! Walcz i zdobywaj, prowadź kampanię swoich marzeń, której wynikiem będzie satysfakcja i radość z życia, jakie prowadzisz. Z harcerskim pozdrowieniem. CZUWAJ ! Czy to wstyd?
W kolejnym cyklu o wolnych licencjach poruszę temat dość – przynajmniej w ostatnich tygodniach – kontrowersyjny. ACTA. Co to? Dlaczego sprzeciwiają się temu miliony osób na całym świecie?
WOLNE LICENCJE REaD

Musimy się zmienić? Na samym początku przypomnę, że udostępnienie twórczości na Wolnych Licencjach oznacza, że każdy ma prawo ją wykorzystywać, poprawiać, dostosowywać, powielać, rozprowadzać za darmo lub za opłatą oraz upowszechniać swoje udoskonalenia, aby mogła z nich korzystać cała społeczność. I dotąd robiły i robią to miliony osób na całym świecie, ale czy już za parę tygodni będą one musiały zmienić przyzwyczajenia i… No właśnie. No i co? O co toczy się spór? ACTA, co po angielsku oznacza Anti-Counterfeiting Trade Agreement, to umowa, która ma poprawić egzekwowanie prawa własności intelektualnej. Można to przetłumaczyć po prostu jako Porozumienie Przeciw Obrotowi Podróbkami. Obrońcy swobód w Internecie twierdzą ( i głównie o to się wszyscy boją), że może to doprowadzić do blokowania różnych treści i cenzury w imię walki z piractwem. „Celem ACTA jest nawiązanie międzynarodowej współpracy, aby poprawić egzekwowanie prawa własności intelektualnej i stworzyć międzynarodowe standardy działań przeciw naruszaniu własności intelektualnej na dużą skalę.” – takie oświadczenie wydała Rada Unii Europejskiej po grudniowym posiedzeniu. To właśnie UE podpisując układ ma dołączyć do m.in. Australii, Kanady czy Japonii. Porozumienie, tak jak już wcześniej wspomniałem, ma na celu tępienie piractwa i podrabiania towarów. Jednak, jak twierdzą analitycy, jest to nie do końca dobre rozwiązanie. Dlaczego? Przede wszystkim to narzucenie amerykańskiego myślenia ( a przecież ponoć tak nam daleko do Stanów). M.in. właściciele praw autorskich mogliby mieć możliwość uzyskiwania nakazów sądowych przeciwko właścicielom stron internetowych oskarżonym o łamanie lub pozwalanie na łamanie praw autorskich. Przeciwnicy twierdzą, że jest to po prostu cenzura Internetu, jego paraliż i zagrozi to wolności słowa, której bez wątpienia w sieci nie brakuje. W Internecie wrze! Społeczność internetowa jest zbulwersowana taką decyzją rządu. Bez wątpienia ( na nasze nieszczęście?) w dużej mierze zależało to od Polski. To właśnie w 2011 roku my sprawowaliśmy prezydencję w Radzie Unii Europejskiej… Internauci już od kilku miesięcy przygotowują petycję mówiącą STOP DLA ACTA, proszą, nawołują, lecz prawdopodobnie nic już nie można zrobić. Polski rząd 26 stycznia ma podpisać w Tokio ten

REaD WOLNE LICENCJE

kontrowersyjny układ. Jak twierdzą przedstawiciele ministrów, „to byłby wstyd” nie podpisać tego dokumentu. Czy aby na pewno? Czy nie robimy tego pod naciskiem: jak wszyscy, to i my? Czy są same minusy? Zwolennicy, których (co widać na naszej sondzie) jest znaczniej mniej niż przeciwników, swoje poparcie ZA argumentują faktem, że ustawa ta pozwoli na ochronę praw autorskich, że jest ona konieczna, aby egzekwować prawa autorskie, zwłaszcza przeciwko zagranicznym stronom internetowym. Jak sami widzimy, plusów nie ma za dużo. Może nam się po prostu podoba tak, jak jest dotychczas? Wikipedio bye bye? Przeciw ustawie protestuje wiele stron, wiele też tych znanych i bez których nie wyobrażamy sobie „normalnego” dnia, a mam tu na myśli: google.pl, facebook.pl czy wikipedia.org. Czy będą musiały one w Polsce zaczernić swoje strony? Ta ostatnia już to zrobiła. Na szczęście tylko na 24 godziny w ramach protestu, ale co ujrzymy po 26 stycznia wchodząc na nasze „niezbędne” do uzyskania najnowszych informacji czy konwersacji ze znajomymi strony? Pozostaje nam czekać… PS. Pisząc ten artykuł przy każdym zdaniu zastanawiałem się, czy po wprowadzeniu ACTA w życie, nie naruszyłbym praw autorskich. Myślę, że to nie tylko może oznaczać marne czasy Internautów, ale i dziennikarzy… Grzechu (Nie) Pomagająca akcja?
Wrzucacie „grosika” do puszki WOŚP czy raczej omijacie wolontariuszy tej akcji szerokim łukiem? Co sądzicie o Jurku Owsiaku? Odpowiedzi na te pytania nie są (dla wszystkich) wcale takie oczywiste!
Gumowe ucho Mirki REaD

Zastanawiam się nad tym już dłuższy czas. Szczerze mówiąc, zawsze myślałam, że WOŚP jest genialną sprawą. Ostatnio jednak do moich uszu dotarło, że są ludzie, którzy mają odmienne ode mnie zdanie. Tym razem, jadąc autobusem, słyszałam jak dość spora grupka starszych kobiet komentowała coroczną akcję Jurka Owsiaka. Były to klasyczne - z piosenki zespołu Big Cyc- "moherowe berety". Staruszki komentowały, że Jurek to okrutny złodziej. "Kłamca, zbiera pieniądze pod pretekstem pomocy chorym dzieciom, a tak naprawdę funduje sobie podróże dookoła świata! Nigdy mu nie dam pieniędzy! Po moim trupie!"- mówiła jedna z nich. No cóż, nie wydaje mi się, by to była prawda, ale widocznie ta kobieta wie lepiej... Inna dodała: „Prędzej dam naszemu proboszczowi na mszę niż temu złodziejowi. Kim on jest, że o nim jest tak głośno? Jak on to zrobił? Bezbożnik!" Ta wypowiedź kompletnie wybiła mnie z własnych myśli i jakiegokolwiek ciepłego myślenia o starszych paniach . Może ja jestem jakimś innym człowiekiem, ale ufam ludziom. Sama byłam chora, więc wiem, jak bardzo potrzebne są pieniądze w takim momencie. Na opłacenie operacji, zakup lekarstw, również do umilania życia małym pacjentom. Spekulowanie na temat potencjalnych nadużyć Owsiaka jest głęboko niemoralne oraz wskazuje na ignorancję, zamknięcie na informację w świecie, w którym jest jej aż nadmiar! Żeby coś komentować, tym bardziej krytycznie, trzeba wykazać się rzetelną wiedzą. Tym ksenofobicznym paniom, niestety jej brakowało. W dodatku, kto jak kto, ale one powinny doskonale wiedzieć, że chorym jest potrzebna pomoc finansowa. Zapewne same chodzą regularnie do lekarza rodzinnego po recepty i ze swojej emerytury kupują kosztujące krocie lekarstwa. Może nawet by ich nie potrzebowały aż tak wielu, gdyby zdobyły się na więcej optymizmu, pozytywnego myślenia. Tak jak B. Pascal wolał

REaD Gumowe ucho Mirki

wierzyć w Boga, by być zabezpieczonym na wypadek jego istnienia, tak my lepiej wierzmy we wrodzoną dobroć ludzką, altruizm, by korzyści z tego czerpać już tu, na ziemi – żyjąc zdrowo w dobrym świecie wśród pozytywnie zakręconych ludzi! Jestem pewna, że gdyby Jurek Owsiak był "bezwstydnym kłamliwym złodziejem", nigdy nie utrzymałby się "na fali" przez 20 lat! californialove