Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Od redakcji
W numerze zdjęcia i prace konkursowe z IX Dnia Teatru w naszym liceum - strony: 4, 8, 28 i 30.


Kochani Czytelnicy! Oto ostatni w tym roku szkolnym numer naszej gazety. Tych dziesięć miesięcy obfitowało w atrakcje: wdrożenie w system Fundacji Nowe Media, zdobycie siedziby, komputera, drukarki. Rozwijamy się. Lecz szykują się też kolejne zmiany. W tym roku szkołę opuścili ostatni redaktorzy - założyciele gazety. Przypuszczam, że od września możecie spodziewać się wielu niespodzianek. Z pewnością niektóre działy ulegną modyfikacji, inne zupełnie znikną, lecz myślę, że duch pozostanie, bo przecież będzie z Wami jak zawsze nasza opiekunka, profesor Blanka Góral, która utrzymuje nas wszystkich razem. Jako jedna z odchodzących, chciałam podziękować Wam za poświęcony nam czas i za to, że sięgacie po każdy kolejny numer. Było mi naprawdę miło móc dla Was pisać, choć przyznam, że bywały momenty, w których chciałam to wszystko rzucić w diabły. Mimo wszystko jednak myślę, że warto było, więc dziękuję też mojej poprzedniczce, Gabrysi Jelonek, za wciągnięcie mnie w to przedsięwzięcie. Wam zaś, drodzy Czytelnicy, życzę miłej lektury i proszę, bądźcie wyrozumiali dla redaktorów w przyszłym roku, gdyż nie wiadomo, w jak licznym będą składzie. Odwiedzajcie nas na mam.media.pl była redaktor naczelna, tuptaczek SPIS TREŚCI:

POMOCNA DŁOŃ KOPERNIKA Samorząd Uczniowski zainteresował się losami kołobrzeskiej rodziny, znajdującej się w wyjątko-wo trudnej sytuacji materialnej. Niejedno-krotna prywatna pomoc nauczyciela – opiekuna SU, zainspirowała młodzież do wykazania się altruizmem wobec rodziców i ich trójki dzieci potrzebujących wszelkiego wsparcia. Uczniowie „Kopernika” dali dobry przykład wielu miejskim organizacjom. Aktywnie zaangażowali się w zbiórkę żywności, artykułów chemicznych, odzieży i zabawek, która prowadzona jest do dziś. Dzięki interwencji Samorządu Uczniowskiego, Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, który początkowo wykazał się biernością, nie weryfikując informacji o faktycznym stanie dochodów rodziny, postanowił ponownie rozpatrzyć jej sprawę. Wierzymy, że sytuacja rodziny ulegnie poprawie i będzie rzetelnie obserwo-wana. Godna pochwały jest postawa młodych ludzi, którzy pokazali większą dojrzałość niż doświadcze-ni pracownicy społecznej organizacji. Uczniowie w swoim działaniu kierowali się sercem, zwrócili uwagę na rzeczywiste problemy innych ludzi. W imieniu Samorządu szczerze dziękujemy za piękne gesty pomocy oraz apelujemy o dalszą aktywność! Farida i Gheeta

REaD; gazeta uczniów I Liceum im. M. Kopernika; ul. Łopuskiego 42-44; 78-100 Kołobrzeg tel. 943544633 readakcja1@wp.pl www.mam.media.pl nr 8/2011, nakład 50 egzempl. OPIEKUN KOŁA: Blanka Góral RED. NACZELNY: Ola Stawińska REaDAKCJA: Marysia Czaplewska, Monika Dobrowolska, Damian Dudek, Ola Dykowska, Ewa Ferdzyn, Ewelina Patek, Agnieszka Sołtys, Aneta Szustek, Bożena Wieczorek, GOŚCINNIE: Gabrysia Jelonek, Sonia Kokoszyńska, Asia Kwiatkowska, Kasia Leszczyńska, Ola Beń, Grzesiek Smułek, Ewelina Sulecka, Adam Sokół. 3 ...............POMOCNA DŁOŃ KOPERNIKA 4....Z DZIENNIKA ADOLAJDY 6..........DZIEWIĄTE OBLICZE SZKOLNEGO TEATRU 9.."JAMOCHŁONY W TRASIE" 12 ..AWANTURA O KOMPOST 13....STARE DOBRE MAŁŻEŃ- STWO - jak młode! 16.............MÓL AFRYKAŃSKI 20...........PUSZEK OKRUSZEK 22................zaAKCEPTowani 24.....................PRL OCZAMI NASTOLATKI 25..............KOŁOBRZESKIE SPOTKANIA 26..........MACIUNIA! KIEDY PASJA STAJE SIĘ ZAWODEM 28........ZBRODNICZE PRZY- PADKI PANNY Ż. CZ. V 30....................WIOSENNE ZAMIESZANIE 32.....PSYCHICZNA JOWITA CZ. I 34...GUMOWE UCHO MIRKI 36....TELEWIZOR GRUNDIK Z DZIENNIKA ADOLAJDY



Nadszedł czas, którego się oba-wiałam. Coś, co przeczuwałam już od września. I teraz, gdy już się rozpoczęło, będę musiała poradzić sobie jeszcze z jedną sprawą: będę musiała poradzić sobie ze sobą. 29 kwietnia 2011 Piątek.   - Oni wszyscy są tacy sami! -    załkałam żałośnie w ramię Elwiry. - Odchodzą wtedy, gdy najbardziej ich potrzebujeeeemyyy!- zaszlo-chałam rozpaczliwie i odemknęłam jedno oko, by sprawdzić jej reakcję. Nie wyglądała na zbytnio poruszoną.   - Jesteś kompletnie nieczuła na cudze krzywdy – wytknęłam jej obrażona. Elwira przewróciła oczami.  Addie, od ośmiu minut i czter-dziestu sekund jęczysz mi bez przerwy o tym, że maturzyści odeszli. Naprawdę, rozumiem. – Tylko ona jednym dobrze zaakcentowanym słowem potrafiła sprowadzić mnie do stanu zbitego psa. – I nie, twoje słodkie oczka nie przekonają mnie, że czujesz się aż tak skrzywdzona, by cały dzień wisieć mi na ramieniu.  Jesteś okrutna – oznajmiłam jej, zabierając głowę i resztę ciała na drugi koniec korytarza. To nie tak, że przesadzam. No dobrze, może od kilku tygodni mówiłam o tym o kilka razy za du-żo, ale po prostu trudno mi wyo-brazić sobie bez nich szkołę. Kiedy po raz pierwszy przekroczyłam próg szkoły, oni już tu byli. Do kogo ja się teraz zwrócę o pomoc z fizyką, kiedy nie będzie Roberta? Z kim poczytam głupoty, gdy zabraknie Salomei? Jak będzie wyglądało koło teatralne bez Dzięcioła? Kto będzie się tak słodko uśmiechał oczami, gdy Bazia odejdzie? Poczułam, że moja dusza rozrywa się na kawałki. Hmmm… to zabrzmiało jednak zbyt dramatycznie. Poprawka: poczułam, że cały mój umysł się rozpada.  Chyba mam kryzys osobowości – oznajmiłam głośno. Drzwi z po-wagą pokiwały klamką. 20 maja 2011 Piątek. Dzień zaczął się od wrzasku Oli. Samo zjawisko krzyku nie jest czymś zaskakującym – struny głosowe Oli często zaszczycają nas tym dźwiękiem. Z wielką dumą pragnę obwieścić, iż bezpośrednią przyczyną owego odgłosu o dość dużej liczbie decybeli była moja skromna osoba. -  Addie?! Co się z tobą stało?! – pisnęła (pragnę tu zaznaczyć, iż podmiotem domyślnym w tym zdaniu jest Aleksandra, nie zaś jakakolwiek inna osoba).  - Na imię mam Bernardyna – oznajmiłam.   - Okeeej – zgodziła się ostrożnie Ola – A co z twoim ubraniem i… tym, co masz na głowie? Rzuciłam okiem na swój ubiór.   - Są ważniejsze rzeczy, aniżeli wygląd zewnętrzny – oświadczy-łam z przekonaniem. – Na przykład nauka i wiedza. Preferuję zgłębiać tajniki tego świata, niźli marnować cenny czas na takie bulwarowe sprawy, jak układanie włosów. Stanowczo poprawiłam grube oku-lary. Co prawda, nic przez nie nie widziałam, jednak doświadczenie



podpowiadało mi  że wszyscy naukowcy mają bryle. Elwira sta-nowczo pociągnęła mnie na stronę.   - Addie… …Bernardyno. … tak, tak, Bernardyno. Jedno ważne pytanie: co to ma znaczyć? I pro-szę, skończ z tą dziwną manierą. Westchnęłam ciężko. A tak dobrze mi szło!   - Dzisiaj ostatni dzień matur. Uznałam, że to nauką powinnam się zająć i że to właśnie jest rzecz, która scali moją zdruzgotaną oso-bowość! Tym razem była kolej Elwiry na ciężkie westchnięcie.   - A ten strój, który wygląda jak wyciągnięty z gardła trzydziesto-letniego psa? I dziwaczne imię?   - Przecież muszę wczuć się w rolę! 25 maja 2011 Środa. Stojąca przede mną Elwira zam-knęła oczy i wzięła głęboki wdech. Ostrożnie uchyliła powieki, musiała jednak uznać, że jest na to za wcześnie, bo zamknęła je zno-wu. Jeszcze chwilę się pohiper-wentylowała, po czym uznała, że już bezpiecznie może otworzyć oczy.   - Co… tym… razem…? – spytała nad podziw spokojnie, powoli ce-dząc słowa.   - Nikt mnie nie rozumie! – chlip-nęłam na próbę.   - Taak, to nic nowego, ale czy musisz wyglądać jak nastroszony pisklak, który wpadł do kadzi z czarną farbą, a po wyjściu z niej owinął się całą masą różowych wstążek? Trzeba było przyznać, że Elwira posiadała talent do tworzenia obrazowych metafor. -  I co  na miłość boską, zrobiłaś z włosami?   - Przefarbowałam. … - Tym razem odpowiedź Elwiry była wyjątkowo elokwentna. - Nikt mnie nie kocha. – Oznaj-miłam z przekonaniem, zdecy-dowana nie wypadać z roli. Potrząsnęłam grzywką, która wpadała mi do oczu. Najchętniej spięłabym ją spinką, ale nie pasowałoby to do mojego nowego imidżu. Usiadłam pod drzwiami, skuliłam się i objęłam kolana ra-mionami. Po chwili wstałam, zgarbiłam się, przybrałam cier-piętniczy wyraz twarzy i podeszłam do Elwiry.  Życie… Zakłamane i złe… A pośrodku ja… Zagubiona… Patrzę w lustro bólu… Niepewna… Na mych policzkach krwista, samotna łza… Mina Elwiry była równie zbolała, jak moja.   - Jestem z „emoszional grup”, kiepskie wiersze to mój moralny obowiązek – szepnęłam jej konspiracyjnie.   - Okej, Addie…   - Teraz jestem Imisława…   -… nieważne. Czemu jesteś Emo?   - Jak to czemu? – zdziwiłam się – Przecież jutro wywiadówka! 13 czerwca 2011 Poniedziałek.   - Ohayo! - krzyknęłam radośnie na widok przyjaciółki. Elwira nawet nie starała się okazać zdumienia. - Niech zgadnę – zaczęła powoli – tym razem jesteś zwariowaną fanką japońskich kreskówek?   - Haaaai! – uśmiechnęłam się promiennie i rzuciłam się na jej szyję. Po chwili musiałam roz-masowywać ramiona, gdyż Elwira sprytnie usunęła się z drogi.   - Cóż – powiedziała po obejrzeniu mojego stroju – muszę powiedzieć, że wyglądasz… bardziej oryginalnie niż wczoraj. Jednak satanizm do ciebie nie pasował.   - Kawaii, desu ne  Elwichan? - Pamiętasz może jakieś polskie słowa? – spytała z nadzieją, jednak mój wyraz twarzy musiał ją odwieść od tego szalonego pomysłu. – Tego się właśnie obawiałam. Pewnie tym razem twój strój ma zaakcentować… nie podpowiadaj… i tak bym cię nie zrozumiała… twoją radość z tego, że dzisiaj są wystawiane oceny?   - Haaaai!!! Elwira skrzywiła się. Nie moja wina, że jej ucho znalazło się tak blisko moich ust! Przez jej gwał-towny ruch straciłam równowagę i machając rękoma poleciałam do tyłu. Udało mi się kogoś złapać, rezultat tego był jednak taki, że zamiast oboje zostać w pozycji pionowej, oboje leżeliśmy na posa-dzce. Gdy spojrzałam w oczy oso-by, która w tej chwili mnie przy-gniatała, posadzka przestała być na chwilę tak niewygodna. Gdy udało mu się wstać, wyciągnął do mnie rękę i podciągnął mnie za sobą.   - Przepraszam… Jestem Adolajda – przedstawiłam się. Mogłabym przysiąc, że stojąca za mną Elwira, znacząco przewróciła oczami. Mirka DZIEWIĄTE oblicze szkolnego teatru
Szkoła w teatr została zaklęta, kto przedstawienie obejrzał, ten zapamiętał!


Kołobrzeg, 24 marca 2011 roku, na zegarze prawie siedemnasta, z daleka czerwoną cegłą witają mury "Kopernika", pod stopami trzeszczy nieco zniszczony, uliczny kamień brukowy. Myślę   Polska, ale co by było, gdybym przenisła się na chwilę do Ameryki? Przecież mamy Międzynarodowy Dzień Teatru... Zamykam oczy i w wyobrażni widzę Nowy Jork, Brodway, wokół mnie drapacze chmur, wąska uliczka przepeł-niona żołtymi taksówkami pędzącymi z pręd-koscią światła, a w tle niski, stary budynek zwieńczony przedwojenną draperią... Schody i jeszcze tylko jeden krok dzieli mnie od wejścia w prawdziwy świat fantazji, zaczaro-wany świat teatru. Aula mieni się niesamowicie od stłumionych strużek reflektorów, światła padają na scenę i natychmiast giną w poświacie złotej kurtyny. Wszędzie pełno świec, stoliki uginają się pod ciężarem ciast, herbata sty-gnie... Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazu-ją, że czas na przedstawienie. Show must go on. Na teatralny piedestał wstępuje już Wioletta Komarówna, profesjonalna aktorka teatru RONDO w Słupsku. Wówczas zaczyna się praw-dziwa uczta dla koneserów sztuki. Takiej sztuki przez duże S. Padają słowa, że "W teatrze naj-ważniejsze jest przeobrażenie" i rzeczywiście, przeobrażenie ma miejsce na oczach widzów. Komarówna niczym laleczka ulepiona z gliny płynnie przechodzi z jednej postaci w drugą. Najpierw jest napaloną internautką żądającą seksu, potem znów jawi się jako prezenterka prowadząca "Rozmowy w Toku" z nieznanym i niezbyt rozgarniętym panem w jednej osobie. Następnie, odwołując się do analogii XXI wieku, zmierza ku sparodiowaniu życia, zubożenia języka słowami "k...." i "fajne" - "Bo wszystko jest takie fajne". "Fajnie kiedy kobieta" - mówi, parafrazując słowa Kazimierza Przerwy-Tetmajera, tylko po to, aby dzisiejsza młodzież mogła zrozumieć ich sens. Aktorka zwraca uwa-gę także na pojęcie showbiznesowej gwiazdy w opozycji do przeciętnego Kowalskiego "przed którym na stole stoi jajko". Bo gwiazdy jak jajka są jednosezonowe. Według Komarówny to jedy-nie marketingowe produkty, które, odbierając Oscara na estradzie, muszą koniecznie "komuś" podziękować, bo przecież to ten "ktoś" stoi za ich sukcesem, a nie oni sami. Najczęściej jest to rodzina, fryzjer, kosmetyczka, producent filmu czy reżyser. Bo bez nich to przedsięwzięcie nie miałoby miejsca, bo bez nich "gwiazda" nie by-łaby gwiazdą, nie zaświeciłaby swoim blaskiem, a jedynie pozostała szarym obywatelem Kowal-skim zagubionym w tłumie. Taką "gwiazdą" uja-wnioną w monodramie była nasza polsko-amerykańska "Tap Madl", Joanna Krupa -  w wydaniu Komarówny blondwłosa dziewczyna z dalmatyńczykiem u nogi pozdrawiająca Polskę "in american style" oraz naczelny polski



dyrygent, Piotr Rubik. Aktorka genialnie łączyła współczesny tekst z fragmen-tami utworów T. Rózewicza, "Pogrzeb" czy "Wieża Bubel". Nie było to zadaniem łatwym, prostym i przyjemnym, ale Komarówna mu sprostała. Po monodramie nastąpiło rozprężenie atmosfery, a to za sprawą krótkiej przerwy na kawę połączonej z wyni-kami konkursów na utwór dramatyczny, plakat, komiks i zdjęcie inspirowane twór-czością Tadeusza Różewicza. Bowiem tegoroczny Dzień Teatru poświęcony był 90. rocznicy urodzin tego pisarza. W konkursie na utwór drama-tyczny bezapelacyjnie wygrał Adam Sokół (swoją drogą zastanawiam się, czy ów oso-bnik przynależący do klubu biolchemowych kujonów nie powinien przenieść się do tzw. "humana", gdyż ewidentnie "wyłazi" z niego artystyczna dusza), nagrodę za plakat "zgarnął" nasz "nadworny" redakcyjny kolega, Damian Dudek ("Gratulejszyn", jakby to powiedziała po amery-kańsku polska młodzież;)), w dziedzinie komiksu wykazała się Aleksandra Siwek, a fotgrafii - Karina Gurbin. Po "kwardransie na kawę i ciacho" dostarczone zostało "danie główne" (wszak monodram to jedynie przedsmak wrażeń, taka obiadowa przystawka) - "Kartoteka", na które chyba wszyscy czekali oraz które osobiście miałam przyjemność oglądać dwa razy. Na sali ponownie zapadła głucha cisza, a zza czeluści kurtyny wołonił się pierwszy aktor. Chociaż przyznam, iż trudno nazwać było to wyłonieniem, bowiem główny bohater (w tej roli Grzesiek Smułek), przecią-ga się na łożku, wyciągajac rękę w górę, w pustą prze-strzeń. Nie bez kozery na pier-wszą scenę wybrano tę "łóż-kową", bowiem to właśnie ten mebel, a nie żaden inny, odgrywa w przedstawieniu kluczową rolę, towarzysząc głównemu bohaterowi pod-czas całej jego podróży przez życie. Życie po wojnie, takie "przegrane", gdyż człowiekowi z taką "kartoteką" brakuje celu egzystencji, mimo iż zo-stał 40-letnim dyrektorem operetki, a rodzice (Damian Dudek i Bożena Wieczorek) wypominają mu  że jest "jedy-nie dyrektorem...". Co więcej, dyrektorem bezdzietnym, po którego łóżku bezcelowo i bezwiednie miota się sekre-tarka (Magdalena Kapica). Do którego przez rok bezsku-tecznie próbują dostać się dziennikarze żądni sensacji oraz kobiety chcące dowiedzieć się, dlaczego je porzucił. O dziwo, w całą tę historię wplata się część biologiczna, dotycząca rozmnażania bezpłciowego i partenogenezy(!). Można by rzec, iż temat oddalony o miliony lat świetlnych od przewodniego wątku, a jednak idealnie współgra z dramatem. Jednak to nie tylko zasługa samego Róże-wicza, ale także i "aktorów-amatorów" z grupy o wdzię-cznej nazwie "Spoczko -Foczko" i reżyserki, Bożeny Wieczorek (także nasza redakcyjna koleżanka - jak widać dziennikarze "REaDu" posiadają wiele talentów), która sama "cięła" poszcze-gólne sceny i, co najwa-żniejsze, której udało się stworzyć z tych fragmentów logiczną całość przemawiającą do widzów. Chociaż owacji na stojąco zabrakło, to widać było, iż publiczność entuzja-stycznie przyjęła sztukę i odnalazła się w temacie "Teatru niekonsekwencji", wykazując swoją aprobatę gromkimi, potrójnymi brawami. Po "głównym daniu", gdy emocje związane z Róże-wiczem już opadły, przyszedł czas na "deser". W tym roku stała się nim sztuka pod ty-tułem "Wariat". Rzecz dzieje się w parku, a główny bohater



to człowiek czytający gazetę. Odwiedzają go  niemal "nawiedzają", różne persony w celu przeprowadzenia konwersacji. Bohater po-kornie siedzi i słucha, ledwo wydając z siebie dźwięki. Sztuka nie-zwykle krótka i zdecydowanie bardziej przystępna w przekazie niż "Kartoteka". Sprawia, że człowiek wychodzi i natychmiast zapo-mina o całej historii. Wszak żaden z obrazów nie zostaje trwale za-pisany w pamięci, ulatuje niczym para wodna do atmosfery, ni-czym dźwięk w pustym pokoju, odbijający się od ścian, którego nie ma kto wysłuchać (mimo iż po raz kolejny widzimy znajome twarze redakcyjne "REaDu" - Damiana Dudka, Marię Czaplewską oraz Ewelinę Patek). Po sztuce popłynęły jeszcze czyste dźwięki przebojów z lat 60. w wykonaniu Joanny Pasternak oraz towa-rzyszących jej tym razem w roli "chórzystów" aktorów i aktorek ze "Spoczko - Foczko". Grupa wykonała między innymi cover Vayi Con Dios - piosenkę "Hey" (Nah Neh Nah). Nic specjalnego, je-dnak miło było się "kołysać" w rytm muzyki. Jeszcze ostatnie ta-kty, dogrywki i... Tym lirycznym akcentem kończy się IX Między-narodowy Dzień Teatru. ewelka "Jamochłony" w trasie

REaD KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA

Miało być koszmarnie. Miał być sztorm, miało być nudno. Krążyły pogłoski, że z powodu pogody prom nie wypłynie z portu. Wszyscy mieliśmy mieć randkę z Lokomotivem. A jednak nie było najgorzej... Posunęłabym się do stwierdzenia, że było naprawdę fajnie, ale to pozostawiam ocenie moim wycieczkowym znajomym - kto wie, może oni wynudzili się bardziej niż na niektórych przer-wach. Tych, którzy nie mieli zaszczytu obcować z Jamochło-nami, zapraszam na szybki skrót wydarzeń. Ale ostrzegam, będzie-cie zazdrościć! Dzień 1  W czasie kiedy wszyscy z uśmie-chem na twarzy wesołym krokiem podążali do szkoły, my spaliśmy. Niektórzy z nas się pakowali albo z miłością na twarzy uczyli biologii. W końcu biolchem do czegoś zobowiązuje - przepadły nam aż dwie lekcje. Rano zebraliśmy się pod szkołą, oczywiście każdy przyjechał ze swoim towarzyszem,  wielką walizką. Zawartość każdej pozostanie tajna, jednak można było spotkać rzeczy takie jak czajnik, suszarka, zupki chińskie, a nawet termos. Wsiedliśmy do wielkiego żółtego autobusu, nad którym pieczę sprawował kierowca, Jasio. Jakimś cudem obyło się bez bitwy o miejsca, każdy posłusznie zajął pierwsze lepsze (no prawie, odnotowano kilka zamieszek z tyłu). Z uśmie-chem na twarzy pożegnaliśmy mury naszej szkoły. Od tamtej chwili wycieczka do Sztokolmu była oficjalnie rozpoczęta. W autobusie nikt nie śpiewał, nie tańczył, nie chodził. Tylko z tyłu (ale przecież to żadna nowość) słychać było dziwne dźwięki. Gdy-by ktoś się uważnie przyjrzał, zobaczyłby też dziwne czynności. W tajemnicy zdradzę wam, że przyczyną tego była gra „praw-da czy wyzwanie” i przycisk "make it dirty". W ostatnich minutach podróży rzucone zostało hasło " Musicie wymyślić sobie nazwę grupy". Nikt nie spodziewał się, ba, nikt nie chciał zostać jamochłonem. Jednak z biegiem czasu zorientowaliśmy się, że nie mogliśmy wybrać lepszego imienia. Gdy wysiedliśmy z autobusu, musieliśmy zmierzyć się z wiatrem, krawężnikami i przede wszystkim schodami (testosteron tym razem się nie spisał). Na promie, zakwa-terowani w mikroskopijnych kajutach, musieliśmy pożegnać się z zasięgiem i o dziwo ze sztormem, bo zaskoczyła nas piękna pogoda na morzu. Zmęczeni podróżą, umyliśmy się i położyliśmy. Z wieczornej drzemki wyrwał nas głos płynący z głośnika "Grupa wycieczkowa „Jamochłony” proszona jest na kolację ...". Opisać to można tylko słowem "facepalm". Po kolacji wróciliśmy do kajut. Noc upłnęła spokojnie. No prawie spokojnie! Na loterii

KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA REaD

promowej wygraliśmy karty, kawę i kupony na darmowe drinki (oczywiście zniszczyliśmy je). Spragnieni poszliśmy kupić soki, jednak w sklepie promowym był tylko alkohol (oczywiście nie kupiliśmy go). Dziewczyny były nękane przez pana milicjanta (wieczór na promie był aranżo-wany na czasy PRLu). Kilka osób (oczywiście z powodu choroby morskiej) miało bliskie spotkanie z hmm... toaletą. W końcu zmę-czeni zasnęliśmy. A po niecałej godzinie.... Dzień 2  ... głos miłej pani z recepcji przerwał nasz niezbyt długi sen. Nie wiedząc, co się dzieje, trochę po omacku doszliśmy na śnia-danie. Pierwsze zostały obsłużone dziewczyny, które wcześniejszego wieczoru ładnie uśmiechały się do pana milicjanta, który okazał się również kelnerem, ale o tym później. Po loterii fantowej i krótkim odpoczynku dobiliśmy do portu. Kierowca Jasio zawiózł nas do Sztokholmu, a w podróży towarzyszył nam miły głos pani przewodnik, która opowiadała ciekawostki o Szwecji. Zrobiliśmy kilka zdjęć, a później zwiedziliśmy muzeum Wazy. Zmęczeni wróci-liśmy na prom. Grupami wybra-liśmy się na mostek i poznaliśmy kapitana. Później graliśmy w UNO  hit wycieczki. Jednak wieczór był mniej emocjonujący od poprze-dniego. Kilka osób kłóciło się. Kilka płakało z określonego lub nieokre-ślonego powodu. Inni po prostu spali. Dzień 3  Od razu po śniadaniu wyruszy-liśmy do Sztokholmu. Byliśmy zmęczeni, lecz mimo tego z zainteresowaniem słuchaliśmy pani przewodnik. Nikt nie spał ani nie słuchał muzyki. Nikt nawet nie rozmawiał ani nie podśpiewywał pod nosem. Niczym małe aniołki przybyliśmy do Sztokholmu. Zwie-dzaliśmy wąskie uliczki i wysokie katedry. Mijaliśmy na ulicach tu-rystów i przystojnych Szwedów... Swoją drogą to jeden z powodów, dla których zdecydowanie warto odwiedzić Sztokholm ; ). W końcu nadszedł chyba ulu-biony moment każdego wycieczko-wicza, czas wolny. Uradowani wy-ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Dziewczyny wybrały zakupy, chłopcy, nie mając nic innego do roboty, ruszyli za nimi. Kilka osób było zmęczonych, kilka przeżywało skutki choroby mor-skiej. Myślę jednak, że wszyscy zgodzą się, że Sztokholm jest bardzo romantycznym miastem. Wąskie alejki, odrestaurowane budynki i bliskość morza... Wszys-tko to sprawia, że w stolicy Szwecji istnieje specyficzny klimat, jakiego nie spotkałam w żadnym innym mieście. Niestety, nadszedł czas powrotu. Smutni, naprawdę smu-tni pożegnaliśmy Sztokholm, a po kilku godzinach Szwecję. Nie mar-nowaliśmy jednak ostatniej nocy na promie. Mało kto spał, szcze-gólnie, że jeden „ Jamochłon” miał urodziny. Tarzaliśmy się po pod-łodze, siedzieliśmy na schodach, skakaliśmy po łóżkach - jednym słowem, mało jest rzeczy, których nie robiliśmy. Jako że prom znów był na wodzie, kilka osób znów miało chorobę morską (odmianę szczególnie odczuwalną). Rano powitała nas niespodzianka - seans kinowy! Oglądaliśmy "Księcia Persji". Obyło się bez łez (z jednym wyjątkiem). Niestety wielkimi krokami nadchodził ko-niec. Po niezbyt męczącej podróży opuściliśmy prom i powitaliśmy szarą, polską codzienność. Wróciliśmy do Kołobrzegu, zbyt zmęczeni, aby wykazywać jakie-kolwiek czynności życiowe. Pożegnaliśmy się ze Szwecją, kierowcą Jasiem, naszą panią przewodnik. Jednak usłyszycie o „Jamochłonach” w przyszłym roku, kiedy to podbijemy inny kraj. Obiecujemy: ciąg dalszy nastąpi ... Przygody "Jamochłonów" 1. Kiedy wreszcie postanowiłyśmy wyjść z kabiny, w której i tak było za dużo o jakieś 7 osób, skiero-wałyśmy się na dół - w stronę sklepu z perfumami. Uśmiech politowania na naszej twarzy wy-wołał kelner, który był przebrany za milicjanta. Byłyśmy we dwie, dlatego jak najszybciej chciałyśmy go ominąć. Jednak on stanął naprzeciw nas, uśmiechnął się (ukazując swoje nie dość, że skrzywione, to jeszcze poła-mane jedynki) i zapytał:  Fajną mam pałę? - nie da się opisać politowania, jakie zagościło w moich oczach. Niestety, pla-stikowa zabawka dla dzieci i rozum naszego młodego policjanta ide-alnie do siebie pasowały. Jako że nie chciałyśmy wdawać się z nim w rozmowę, minęłyśmy go. Jednak on zagrodził nam drogę i zaczął wymachiwać plastikowymi kajdankami z pytaniem na ustach "Zniewolić was dziewczynki?". Wy-buchnęłyśmy śmiechem. Odpowiedziałyśmy mu  że bardzo

REaD KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA

nam przykro, ale nie jest w stanie tego dokonać - do tego trzeba trochę więcej niż zabawkowych kajdanek i plastikowej, przykrótkiej pałki. Ominęłyśmy go i jego zaburzone poczucie wartości. Jednak nie dane było nam się go pozbyć. Kiedy poszłyśmy większą już grupką na loterię promową, on znów tam był. Przypomniałam sobie moje posta-nowienie noworoczne, aby być miłą dla wszystkich ludzi. Wygra-łyśmy karty, a on zapytał, czy jesteśmy zadowolone z nagrody. Na to odrzekłyśmy: "Ależ oczy-wiście, będziemy grać w rozbie-ranego pokera całą noc". Nasza taktyka okazała się skuteczna, bo na jego twarzy zagościło zasko-czenie. Po chwili zdołał wydukać zapytanie o numer pokoju. „7135”   odpowiedziała mu nasza koleżan-ka i przesłała całusa w powietrzu. Odtąd codziennie dostawałyśmy pierwsze śniadanie i kolację, a nawet mogłyśmy połakomić się na dokładkę kawy :). 2. Po całej nocy choroby morskiej odwiedziliśmy naszą koleżankę. Zmartwieni zapytaliśmy ją o samo-poczucie, na co uśmiechnięta od-powiedziała nam: "A dobrze, rzy-gam sobie". Co kraj, to obyczaj o  Czekolada, żelki, landrynki... wszystko jest o smaku lukrecji! o  Szwedzi nie mają zasłon, firanek ani żaluzji w oknach. o  Powierzchnie dróg szwedzkich są bardziej szorstkie. o  Idąc do kogoś w gościnę, musimy zwrócić uwagę na zapaloną świeczkę – gdy skończy się palić, to znak, że powinniśmy już sobie iść. o  W Szwecji dużo trudniej jest zdać prawo jazdy. o  Szwedzi bardzo dbają o czystość ulic i całego miasta. o  W miastach znajduje się mnóstwo rzeźb. o  Szwedzi, rozmawiając, zawsze patrzą sobie prosto w oczy. W ten sposób zachowany zostaje szacunek pomiędzy rozmówcami. o  Wszyscy są wobec siebie niesłychanie uprzejmi i taktowni. o  Nauczyciele w szkołach nie piszą czerwonym długopisem, żeby nie stresować uczniów. Kasia Leszczyńska i Ola Beń Awantura o kompost



Jaka będzie przyszłość kołobrzeskiej kompostowni? Wszystko w rękach prezyden-ta. Pracownicy Miejskiego Zakładu Zieleni Dróg i Ochro-ny Środowiska apelują do rad-nych Rady Miejskiej, by nie likwidowali kompostowni w Korzyścienku. Problem był rozstrzygany podczas po-siedzenia Rady Miejskiej, mi-mo że termin podjęcia jakiej-kolwiek decyzji minął w czerwcu ubiegłego roku, a drugi jest wyznaczony na koniec marca. Jak potoczą się sprawy Korzyścienki? Podobno obiekt ten funkcjo-nuje bezprawnie i bez żadnych zabezpieczeń, ale działać musi, z tym, że tylko do końca 2011 roku. A co dalej? Czy od-pady mają trafiać do pobli-skich lasów? Kompostownia spełnia kluczową rolę w gos-podarce odpadami w regionie powiatu kołobrzeskiego. Insta-lacja jest przeznaczona do od-zysku surowców (tj. tworzy-wa sztucznego, stłuczki szkla-nej, złomu stalowego oraz zło-mu aluminiowego) oraz unie-szkodliwiania odpadów komu-nalnych poprzez komposto- . wanie. A na jej modernizację potrzeba pieniędzy. Tymcza-sem, jak argumentował Zenon Malinowski - członek zarządu Zieleni Miejskiej, czasu na zdobycie funduszy unijnych jest coraz mniej. Radna, Doro-ta Oyedemi, zarzucała spółce, że prowadzi działalność nie-zgodnie z przepisami. "Z tych lagun, w których są przemielone śmieci, bo to nie jest kompostownia, a nie-legalne składowisko śmieci, dostają się do gruntu ście-ki. To składowisko nie ma żadnego fundamentu i nie jest w żaden sposób zabezpie-czone" - mówiła Oyedemi, pokazując radnym zdjęcia. Wspierał ją Krzysztof Plewko, który przypominał, że sprawa jest już zgłaszana od wielu miesięcy. Spółka tłumaczyła, że na swoją działalność ma odpowiednie pozwolenia, a przeprowadzone kontrole nie stwierdzały istotnych nie-prawidłowości. Przyznano również, że jest problem z pozwoleniem wodnopraw-nym. Do tej pory od spółki nikt go nie wymagał. Teraz zmieniła się interpretacja przepisów... Jak widać, przepychankom słownym nie ma końca. Tym-czasem nie chodzi tu już o sa-me pieniądze, ale o środowi-sko; niesprawna komposto-wnia może doprowadzić do prawdziwej katastrofy ekologicznej, a przy ulicy Grzybowskiej, gdzie jest obe-cnie Korzyścienko, powstaje przecież osiedle. Czekamy na decyzje prezydenta w tej sprawie. E. Sulecka STARE DOBRE MAŁŻEŃSTWO - jak młode!
Nie widać ich teledysków, nie reklamują banków czy leków, a na ramach gazet nie ma afery z ich udziałem, lecz mimo to każdy o nich na pewno słyszał.
REaD SPOSTRZEŻENIA MUZYKOFILA

SDM – to nie polityczna partia czy spółdzielnia mie-szkaniowa, to skrót od nazwy „Stare Dobre Małżeństwo” – zespołu, który mimo swoich lat wciąż śpiewa piękną polską poezję. Wśród ich utworów są te autorstwa Wojciecha Bellona czy Edwarda Stachury – wspaniałych polskich artystów. A skoro mowa już o artystach – to właśnie SDM zaszczycił nas swoją obec-nością w Kołobrzegu. Wieczorem 23. maja, sala koncertowa Regionalnego Centrum Kultury pękała w szwach. O bilety było trudno, a i cena była dosyć wygórowana. I czy to nie dziwne, że na występ ‘Nocnej zmiany Bluesa’ czy na koncert Czesława Mozila, prościej i taniej można było się dostać…? A przecież to artyści bardziej wypromowani. Odpowiedź mógł poznać tylko ten, kto był na koncercie Starego Dobrego Małżeństwa. Wrażenie początkowe mogło być można powiedzieć - nieciekawe. Tłumy ludzi, z czego młodego ducha mało, co trochę smuciło, lecz jak się później okazało – pozory myliły. Po tym, jak na Salę spłynęła ciemność, dało się słyszeć pierwsze dźwięki,

SPOSTRZEŻENIA MUZYKOFILA REaD

pierwszą melodię. Publika siedziała w milczeniu, gdyż… zapewnie nie tego się spodziewała. Co prawda, zespół pięknie przywitał publiczność, lecz początkowo grane utwory dla przeciętnego słuchacza, czy nawet znającego dobrze zespół fana, były zagadką. Pomiędzy piosenkami wokalista – Krzysztof Myszkowski, znany z ciepła i humoru, pocieszał widzów anegdotami czy historiami z poprzednich występów. Atmosfera na Sali robiła się coraz przyjemniej-sza, a co za tym idzie, publika coraz głośniej dziękowała za każdy kolejny utwór, a wiadomo nie od dziś, że do-bry występ zależy od dobrej publiczności. Jednak wszystko zmieniło się, gdy usłyszeliśmy dźwięki znanego utworu „Jak”, który rozpoczął maraton nieco starszych, ale bardziej znanych piosenek. „Nie brooklyński most”, „Sanctus” i inne utwory rozgrzały atmosferę kołobrzeskiej Sali. Widownia wrzała, zaczęły się krzyki, skandowanie, głośne brawa. I tak można było poczuć prawdziwy klimat studenckich festiwali, wieczornych koncertów pod gołym niebem. Zespół, który ma już 27 lat wciąż brzmi tak samo. Mimo że kilku ludzi przewinęło się przez skład grupy – SDM – sześciu mężczyzn w wieku można rzec „konkretnym”, stworzyło zgraną grupę muzyków i przyjaciół. Świetni gitarzyści, doskonały skrzypek, a w tle harmonijka ustna. Czegoż więcej potrzeba do szczęścia..? Chyba niewiele… ,bo na cóż mogli liczyć artyści w nadmorskim mieście uzdrowiskowym, w którym więcej jest bomb na plaży niż pięknych kobiet? Po koncercie w Szczecinie taki Kołobrzeg mógł się wydawać

REaD SPOSTRZEŻENIA MUZYKOFILA "Z nim będziesz szczęśliwsza Dużo szczęśliwsza będziesz z nim Ja cóż - włóczęga, niespokojny duch Ze mną można tylko Pójść na wrzosowisko I zapomnieć wszystko Jaka epoka, jaki wiek Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień I jaka godzina Kończy się A jaka zaczyna" "Z nim będziesz szczęśliwsza" słowa: E. Stachura muzyka: K. Myszkowski

przeszkodą na drodze do od-poczynku. Mimo to grupa dała świetny występ i nikt zapewne nie żałuje, iż zjawił się tego dnia w RCKu. A dlaczego właściwie „Stare Dobre Małżeń-stwo”? Wokalista, Krzysztof Myszkowski, oraz jego wtedy kolega z klasy z liceum, Andrzej Sidorowicz, na Festi-walu Piosenki Studenckiej w Krakowie zostali tak właśnie przedstawieni – gdyż, jak zauważył spiker, znali się już na tyle i grali ze sobą tak długo, że można było przypisać im to określenie. I mimo zwykłych początków, bez większych sukcesów i światowej sławy, zna ich każdy miłośnik poezji śpiewanej, wędrownik na górskim szlaku, student, harcerz czy po prostu zwykły wrażliwy człowiek. Bo muzyka, jaką grają, chwyta za serca. Sprawia, iż zmienia się spojrzenie na świat, ludzi – i może gdyby więcej ludzi słuchało takiej muzyki i rozumiało ją,  więcej byłoby na naszych twarzach uśmiechu, a w sercach radości. A, i nawiasem mówiąc, cudownie jest usłyszeć nad Bałtykiem po poczwórnym „bisie” melodię o Bieszcza- dzkich Aniołach. Grzesiek Smułek Z perspektywy licealisty zali-czona do tłumów z balastem nieco starszego ducha, przybyłam w poniedziałkowy wieczór do naszej lokalnej i jedynej sali widowiskowej. Z niecierpliwością oczekiwałam występu Starego Dobrego Małżeństwa. Wyjście z domu na spotkanie z kulturą, przyjemność płynąca ze smakowania na żywo poezji śpie-wanej, to były powody, dla których tu się znalazłam (i których byłam świadoma). Wystarczyły jednak słowa Krzysztofa Myszkowskiego adresowane do tych, którzy przy-byli na koncert "na fali wspo-mnień", bym doszła do wniosku, że jestem w błędzie. W pamięci żywo stanęła mi pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych, moich lat licealnych! Szczęście, gdy udało nam się znaleźć w przepełnionej sali "Kina Wybrzeże" chłonącej ka-żdy dźwięk SDM płynący z prowi-zorycznej sceny. To, jak wydzie-raliśmy się "z nim będziesz szczę-śliwsza..." wracając o czwartej nad ranem do domu z dyskoteki... Oraz jak dzielnie, najgłośniej, jak umieliśmy - i najrzewniej! - wtórowaliśmy koledze - gitarzyście na tylnej kanapie autobusu jadąc na przedstawienie "Metra" do Warszawy w ramach szkolnej edukacji muzycznej. Wszędzie obowiązywał repertuar SDM, bez względu na okoliczności! I, mimo że trochę się od tamtych czasów zmieniiło, wspaniale było znów móc zaśpiewać z naszym Krzysiem: "Jest już za późno, nie jest za późno"! B.G. MÓL AFRYKAŃSKI
„Podróż praktycznie nie kończy się nigdy. Jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.” Przytoczone sło-wa Ryszarda Kapuścińskiego niezwykle trafnie opisują na-miętność pani Magdaleny Olszewskiej pracującej w naszej bibliotece. Poproszona, opowiedziała nam o swojej pasji.
ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ READ

AFRYKA W KOLORZE HEBANU Fascynuje mnie cała Afryka. Odwiedziłam do tej pory jedynie część wschodnią oraz północną, mam nadzieję, że na tym nie zakończę swoich eskapad. Odkąd pamiętam, interesowały mnie te dziewicze tereny. Jako dziecko namiętnie oglądałam wszystkie programy podróżnicze. I tak mam do dzisiaj. Mogę pół dnia spędzić, oglądając „Animal planet”. Dzięki temu i innym programom, a także przeczytanym książkom poświę-conym przyrodzie świata, mam niemałą wiedzę - głównie o zwierzętach. PIERWSZE KROKI Pierwszy wyjazd to była wypra-wa z agencją. Brały w niej udział tylko cztery osoby. To był wyjazd trampingowy. Sypialiśmy w hote-lach, w których chodziły karaluchy wielkości koła młyńskiego (a przynajmniej w mojej głowie urosły do tych rozmiarów) – dodatkowe atrakcje, ale to jest naprawdę mało ważne w momen-cie, gdy realizuje się swoją pasję życiową. Dziś to fantastyczne wspomnienie. Podróże to pasja, która się nie kończy. Jak się raz pojedzie, to załapuje się bakcyla i pragnie się wracać. Dziś już zew Afryki wzywa. WIELKIE SAFARI W KENII I TANZANII Mój pierwszy wyjazd do Kenii i Tanzanii to było safari, czyli jazda jeepem po parkach narodowych,

REaD ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ

m.in.: Serengeti, Ngorongoro, Maniara. Oglądałam tam zwierzę-ta, ptaki i sawannowe formacje roślinne. Wrażenia są niezwykłe, piorunuje widok przechodzącego słonia, którego ma się na wycią-gnięcie ręki czy lwa, który parę metrów od jeepa poluje na małą antylopę dikdik. W czasie podróży do parków narodowych spaliśmy pod namiotami, w wydzielonych do tego miejscach. Co ciekawe, nie zawsze były one odgrodzone od pozostałej części parku, a więc niezapomnianymi atrakcjami stały się nocne wrzaski małp, świado-mość, że obok namiotu, w którym się śpi, porykuje lew lub chichoczą hieny. Budziło to we mnie lęk, ale i fascynację. Warunki panowały spartańskie, ale przecież nie jedzie się tam na luksusowy wypoczy-nek. Dla ludzi, którzy nie są zwo-lennikami wspomnianych wrażeń, zdecydowanie lepszym miejscem będzie znacznie bardziej luksuso-wa, położona na wybrzeżu Oce-anu Indyjskiego, kenijska Mombasa. BODY LANGUAGE W Afryce wiele osób mówi w ję-zyku angielskim. Podczas pobytu w Etiopii odwiedziłam jednak miej-sca, gdzie ludzie mówili jedynie w swoim rodzimym języku, czyli po amharsku. Wówczas niezwykle przydatna stawała się mowa cia-ła. Miejscem, w którym przydała się do rozmowy gestykulacja był targ. Tu osoby białoskóre bywają rzadko spotykane, dlatego pojawienie się białego człowieka staje się wielką atrakcja. Na je-dnym z targów zrobiłam komuś zdjęcie i pokazałam efekt w apara-cie. Później chodziły za mną dzikie tłumy dzieci i dorosłych. Wszyscy chcieli mieć zdjęcie, każdy chciał siebie na nim obejrzeć. Efekt tego spontanicznego fotograficznego pleneru budził ogromną radość u ludzi. W pozostałych miejscach, jeśli chciałam kogoś sfotografo-wać, to pokazywałam aparat i ki-wałam głową dając tym znak, że chcę zrobić zdjęcie. Niektórzy zezwalali na to, inni nie. Kobiety czasami zasłaniały twarz chustą, dając tym wyraźny sygnał, że nie chcą mieć zdjęcia. RANDEZ VOUS Z CODZIENNOŚCIĄ Byłam świadkiem uroczystości pogrzebowych w jednym z etio-pskich miasteczek. Kobiety ubrane w białe szaty i w podobnych kolo-rystycznie ubraniach mężczyźni, obie grupy osobno „odprowadzają” zmarłego do jego domu. Natomiast w wiosce masajskiej, w Tanzanii, miałam możliwość uczestniczenia w ceremonii powitalnej. Dla naszej grupki czterech osób kobiety śpiewały piosenki. Charaktery-styczna dla śpiewu kobiet jest monofonia. Kobiety powtarzają zdania i odpowiadają sobie na nie same. Zaś mężczyźni/wojownicy zaprezentowali "skaczący taniec". Masajowie są znani ze swojej

ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ READ

rywalizacji w skakaniu. Okrąg jest tworzony przez wojowników i jeden lub dwóch z nich wkracza do środka, aby skakać, utrzymu-jąc prostą pozycję. Żaden z nich nie może dotknąć piętami ziemi. Po ceremonii zostaliśmy oprowa-dzeni po wiosce, która nie jest formą skansenu. Życie w niej toczy się normalnym rytmem koczo-wniczej społeczności, która „dorabia” wpuszczając co jakiś czas na swój teren chętnych tu-rystów, płacących wodzowi wioski ustalona kwotę, a w zamian mogą wchodzić do domków zbudowa-nych z gliny zmieszanej z krowią kupą, podglądać mieszkańców podczas ich codziennych czyn-ności, itp. Pieniądze turystów od-wiedzających te tereny dają mo-żliwość nieznacznego wzboga-cenia się członków plemienia. Warto wspomnieć, że Masajowie są bardzo pięknymi ludźmi. Na mnie wrażenie, poza ich smu-kłością i niezwykłą urodą, zrobiły barwne szaty, które Masajowie zawijają dookoła ciała. Jedno płótno owija każde ramię, a trzecie jest zakładane na wierzch. Płótna te są zazwyczaj w kolorze czerwonym z dodatkiem innych kolorów (np. niebieskiego) i we wzory (np. w szkocką kratę). BOGACTWO W RADOŚCI NIE ZALEŻY OD SAKIEWKI Tym, co mnie uwodzi u afrykań-skiej ludności, jest ich stosunek do wartości materialnych. Afrykań-czycy mając bardzo, bardzo mało i rzeczywiście do życia potrzebując niewiele, nie mając tego wszystkiego, co posiada przeciętny Europejczyk, nawet tego nie pragnąc, są ludźmi szczęśliwymi. Mają dom, a przeważnie jedynie skromną chatkę, mają co jeść (często żyją z tego, co zbiorą lub upolują), mają dużą rodzinę, słoń-ce oraz -  mówiąc kolokwialnie  pełne brzuchy i są szczęśliwi. To jest coś niesamowitego. To po-czucie szczęścia i cieszenia się małymi rzeczami, to jest to  co my zgubiliśmy dawno, dawno temu. Można się od nich nauczyć zu-pełnie innego spojrzenia na świat. Nie odczuwa się wówczas potrzeby zdobywania kolejnych dóbr mate-rialnych. NIETKNIĘTY ZAKĄTEK? Turystyka napędza afrykańską gospodarkę.. Często nawet w byle jak skleconej chatce jest … tele-wizor. Telewizja niesie informacje o świecie. Pokazuje świat, w któ-rym jest WYGODNIEJ. Niegdyś kobiety nosiły na głowie wodę w glinianych dzbanach. Było to niewątpliwie malownicze (a przy okazji pożyteczne ze względu na utrzymywanie stałej tempera-tury wody). Zachowanie chłodu w tamtym klimacie to ważna sprawa. Obecnie ludność odkryła lżejsze karnistry, które są wygo-dniejsze w noszeniu, ale nie spełniają innej roli – nie utrzy-mują chłodnej temperatury, woda szybko robi się w nich ciepła. Kobiety noszące karnistry zamiast dzbana, który sam w sobie już jest ciężki, zyskały ogromne ułatwie-nie. Zanikają tradycyjne, gliniane przedmioty na rzecz plastiku. Dzie-je się tak, ponieważ ingerujemy w tamten świat swoimi przyja-zdami, w rezultacie wprowadzamy europejską cywilizację. Zaburzamy ich rytm życia. Czy to jest dobre, czy złe? Wszystko, co my już posiadamy, oni także będą osią-gać, tylko, że powoli. Dla Europejczyka to strata, dla Afry-kańczyka – zysk. Póki co,  przez podróże nadal dowiadujemy się

REaD ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ

WZAJEMNIE czegoś o sobie. NASZE JEST PIĘKNE! Jak jeżdżę po Europie, to mam wrażenie, że ciągle jestem w tym samym miejscu. Przerażająca uni-fikacja. Na szczęście to się powoli zmienia. Widać to choćby po Pol-sce. Po 1989 roku bardzo chcieli-śmy, żeby było zachodnio. Pragnę-liśmy żyć po europejsku. Teraz się troszeczkę od tego odchodzi. Pro-muje się regionalną kuchnię, po-kazuje się to, co jest ściśle polskie. Coś, co jest w świecie mało znane, ale charakterystyczne dla naszego kraju. Chwalimy się tym, co jest odmienne dla innych kultur. Kiedyś byłam bardziej krytyczna w stosunku do Polski. Teraz stwierdzam, że folklor lokalny cu-downie nas wyróżnia. Dzięki nie-mu jesteśmy „jacyś”. Jeśli zacznie-my udawać kraj taki, jak wszystkie inne, będzie nudno. Na szczęcie odchodzimy od tej tendencji, pra-gniemy się wyróżnić. Ta tendencja zresztą widoczna jest i w innych rejonach Europy. Na szczęście! SPOSÓB NA KOMARA Obowiązkowym punktem przy-gotowań są szczepienia przeciwko: żółtej febrze, żółtaczce A i B, durowi brzusznemu, tężcowi, błonicy… Ogrom. Do większości krajów trzeba mieć wizy. Poza tym konieczne jest zażywanie leków antymalarycznych. Nie dają one pewności, że się nie zachoruje, ale przebieg choroby może być znacznie łagodniejszy. Przyjmowa-nie ich powoduje niestety liczne skutki uboczne, w tym natury „kosmetycznej” jak np. schodzenie paznokci, wypadanie włosów. Koniecznie należy unikać ukąsze-nia komarów oraz much tse tse, po zmroku ubierać rzeczy, które zakrywają całe ciało. Poznałam pa-na, który został ukąszony przez muchę tse -tse, w wyniku czego zapadł w śpiączkę. Z dystansem stwierdził: „No, trochę się prze-spałem”. ABY PRZEGRYŹĆ PĘPOWINĘ POSTĘPU Wszystkim polecam Afrykę, Ni-gdzie nie czułam się tak bezpie-cznie jak np. w Etiopii! Szłam o zmroku z aparatem, robiłam mieszkańcom zdjęcia. Zero agre-sji. Dla mnie to było coś zupełnie unikatowego. Nie radzę wybierać się samotnie (zwłaszcza kobietom – niestety), najlepszym rozwią-zaniem jest wyprawa ze znajo-mymi w małych grupach lub z a-gencją wyprawową. Lekkie ekstre-mum, warunki survivalowe - oto Afryka. Wszystko jest inne niż w Europie Bajecznie jest zanurzyć się w zupełnie innym świecie. Na-brać dystansu do  życia. Porzucić zakupoholizm, materializm, który nas pożera, konsumpcjonizm. PRZĘDZA MARZEŃ Chciałabym pojechać do Ugandy i Rwandy, oglądać goryle, do Na-mibii i Botswany, by spotkać całe masy słoni. Chciałabym … wszę-dzie tam gdzie mnie nie było. Byle w Afryce! Mam nadzieję, że wkrót- ce urzeczywistnię te pragnienia. PIĘKNO, KTÓRE POMAGA ŻYĆ Czym jest pasja? To motor życia. Dzięki pasji ma się cel, do którego się dąży, ona wyznacza kolejne etapy życia. Wszystko jest jej podporządkowane. Daje energię. Podróżując, nauczyłam się czegoś niezwykle ważnego – to, co nie-gdyś było ważne, okazało się niewarte troski. Farida i Gheeta "Puszek okruszek"
"Razem ze mną kundel bury, penetruje wszystkie dziury. Kundel bury, kundel bury. Kundel bury fajny pies !"
REaD

Kołobrzeskie schronisko  miejsce, w którym bezdomm-ne zwierzęta z Kołobrzegu i okolicznych powiatów mogą poczuć się chociaż trochę jak w domu. Mimo niewielu możli-wości, pracownicy i wolonta-riusze starają się im zapewnić dogodne warunki. W schronisku "Reks" obecnie znajduje się około stu psów i czterdziestu kotów. Większą cześć z nich - 80 % - stanowią suki. W placówce czasami można znaleźć ró-wnież kuce czy króliki minia-turki. Zwierzęta trafiają do pa-na Michała z różnych przyczyn i różnych zakątków wojewódz-twa zachodniopomorskiego. Jest ich tak dużo, bo ludzie bezmyślnie romnażają psy. Często kierują się mitem, że suka musi się oszczenić. Poza tym nie chcą tracić pieniędzy na sterylizację (250 zł) lub zastrzyki hormonalne (30 zł szt.). Zimą ludzie są bardziej wyczuleni na krzywdę czworo-nogów, jednak należy pamię-tać, aby nie dać się złapać nadmiernej wrażliwości, bo czasami zamiast pomóc bezdomnemu psu, możemy podprowadzić ... psa sąsiada. "Nie ma reguły na to, czy psy są częściej oddawane czy adoptowane. Zdarza się, że w jedym tygodniu do domu



zabieranych jest siedem psów, a w następnym już ani jeden. Ludzie najczęściej szukają szczeniaków lub małych pie-sków do mieszkania, ale zda-rzają się i tacy, którzy wolą towarzyszyć psu w ostatnich latach jego życia." - wypo-wiada się dyrektor placówki. Co ciekawe, zwierzęta ado-ptowane są nie tylko przez mieszkańców Kołobrzegu. Często trafiają za granicę, za-zwyczaj do naszych zacho-dnich sąsiadów ze względu na mniejsze koszty. Schronisko co roku otrzymuje od miasta dofinan-sowanie, jednak nie wysta-rcza ono na pokrycie kosztów utrzymania placówki. Tym bardziej ważnym aspektem pomocy staje się możliwość oddania 1% podatku docho-dowego. W ten sposób wielu z nas może, jeśli nie podnieść standard życia zwierzaków, to przynajmniej pomóc na-pełnić ich miski. "Pomoc finansowa nie pochodzi tylko z okręgu kołobrzeskiego. By-wa tak, że pieniążki dostajemy także z innych części kraju, np. z południa. W naszym mieście znalazło się około 314 dobroczyńców." - mówi pan Michał, dyrektor placówki .To właśnie dzięki temu 1% udało się zabezpieczyć i odnowić kociarnię, wyremontować wej-ście czy naprawić uszkodzone elementy wyposażenia (takie jak siatka w ogrodzeniu). Wsparcie finansowe to nie jedyny sposób pomocy bezdomnym zwierzakom. In-nym jest przynoszenie karmy. Również nasza szkoła jest za-angażowana w tę akcję. Pro-wadzi ją pani prof. Banasiak wraz z panią prof. Goncza-ronek. Wszystko zaczęło się trzy lata temu od prośby o przełożenie sprawdzianu, której ceną było 15 kg karmy. "Podczas naszej działalności zebraliśmy jej już prawie 600 kg." Na pytanie skąd wzięła się inicjatywa pomocy, pani Banasiak opowiada z uśmie-chem o swoim najlepszym czworonożnym przyjacielu. Obecnie największe zaptrze-bowanie jest na karmę dla kotów. Jednak, jak twierdzi dyrektor schroniska - "Lepiej mieć nadmiar niż niedosta-tek." W schronisku pomagają również wolontariusze, którzy poświecają swój wolny czas, aby sprzątać kojce czy opieko-wać się zwierzęciem po stery-lizacji lub innych zabiegach. Każdy zwierzak ma swoją historię, gdyż ludzie mają różne pomysły na pozbycie się niechcianych zwierząt. Na szczęście zawsze znajdzie się człowiek, który zauważy potrzeby innych i będzie starał się im pomóc. Chociaż zwierzęta to nie lu-dzie, nie można ich pozbawiać godnych warunków życia. Pamiętajmy o tym !  Guulek i Monika zaAKCEPTowani, albo garść swobodnych przemyśleń o poezji
O tym, że poeci są wśród nas, nie trzeba Ci przypominać. Ale zdziwienie pojawi się na Twojej twarzy, gdy okaże się, że tym poetą jest sąsiad z ławki, towarzysz szkolnej niedoli. I zyska na mocy, gdy sobie przypomnisz, że jesteście z biol - chemu!


Stowarzyszenie Poetów i Innych Twórców AKCEPT – tak brzmi pełna nazwa grupy kołobrzeskich poetów, której mam przyjemność być członkiem. Jest to grupa prężnie działająca – przez cztery lata istnienia AKCEPT stał się wydawcą czterech publikacji. 20 maja odbyła się oficjalna premiera dwóch z nich: Alma- nachu „Silva rerum” oraz arkusza literackiego mojego autorstwa „Wesele zapomnie-nia”. Silva rerum Dosłownie „las rzeczy”. Zwrot ten oznacza zbiór róż-norodnych pod względem formy i treści utworów w je-dnym tomie. Lepiej z wybo-rem tytułu trafić nie mogliśmy. W Almanachu znajdziemy, m. in., poetyckie miniatury Moniki Nocuń, zagadkowe, wieloznaczne liryki Krzysztofa Gulika, miłosne listywiersze Albiny Pinkowskiej -Lang, czy wyraziste utwory mojego autorstwa. Istny gąszcz pełen tematów, symboli i dróg do otaczającego nas świata. Czy może istnieć lepszy tytuł dla takiej „mieszanki” artysty-cznej siły i lirycznego uniesie-nia? Wesele zapomnienia Posiadanie własnego arku-sza literackiego to duma, ale



i udręka. Często widzę, jak otoczenie zamiast sięgnąć do głębi znaczeń i metafor, zatrzymuje się albo na okładce (ze wspaniałym zdjęciem Lidii Bednarz), albo na stwierdzeniu, że „to wszystko takie smutne i ponure”. Zapewniam, choć jest to mój debiut, arkusz dokładnie prze-myślałem i nawet kolejność utworów nie jest przypadkowa. Co można znaleźć na owych dwu-dziestu czterech stronach? Jest to zbiór wierszy o samotności, kobietach, śmierci czy też poezji. Mam nadzieję, że mój głos nie rozbije się o ostre skały obojętności ludzkiej. Wieczór nad wieczorami Każdemu wydaniu tomu poetyckiego powinna towarzyszyć promocja. Nasza była szczególna. Wraz z gośćmi zebraliśmy się w Sali Koncertowej Ratusza, by czytać wiersze i wspólnie uczestni-czyć w tym święcie poezji. Wyobraź sobie: w Sali półmrok, w dal płyną głosy poetów deklamu-jących swe dzieła, głosy te są przeplatane śpie-wem Joasi Pasternak, a wszystko okraszone nie-przeciętną erudycją prowadzącego wieczór Woj-ciecha Czaplewskiego. Co więcej, równocześnie z promocją „Silva rerum” i „Wesela…” odbyła się wystawa oszałamiających fotografii autorstwa koleżanki Lidii. A więc uczta dla oka, ucha i ser-ca. Pod koniec spotkania na niektórych twarzach malował się żal, że należy kończyć i powrócić do szarej prozy życia… Czego mogę sobie ży-czyć, to więcej takich spotkań w naszym nad-morskim kurorcie. Do zobaczenia przy najbliż-szej, poetyckiej okazji. Adam Sokół poeta, prozaik, dramaturg, człowiek Albina PinkowskaLang Decyzja Złota plaża, purpura na horyzoncie Szeptałam Twoje imię Wokół nas cisza i blask W szuwarach słowik szukał podestu Zamykaliśmy nasz los W uścisku dłoni Oparłam się na Twym ramieniu Zmęczone powieki Nagradzałeś pocałunkami Tak zastał nas świt. Adam Sokół Wakacje Na plaży spoczywa trup nie myśli nie wypomina Na plaży spoczywa trup pusty do granic bólu W morzu zatapia Afrodytę uczuć Monika Elżbieta Nocuń *** Na gruzach mej niemocy Buduję świat W którym Nie zabraknie Ciebie… I kieszeni pełnych radości *** Biegłam by dogonić Twoją miłość Odpoczywając nawlekałam uczynki Niczym korale Aby olśnić Twoje serce Okazało się Że byłeś przy mnie zawsze Nawet wtedy Gdy ciemność ogarnęła ciało A umysł zawitał u bram piekieł Wiersze z Almanachu "Silva rerum" oraz arkusza literackiego "Wesele zapomnienia". Zapraszamy na stronę Stowarzyszenia www.poeci_akcept.republika.pl PRL oczami nastolatki



Dowiedziawszy się, że moja klasa idzie na film „Czarny Czwar-tek. Janek Wiśniewski padł.”, by-łam pełna obaw. Jako że nie jes-tem fanką polskiej kinematografii, postanowiłam z dystansem po-dejść do najnowszego dzieła An-toniego Krauze. Ku mojemu zdzi-wieniu, film utkwił mi w pamięci, a przeczucia, że będzie to kiepski seans, okazały się mylne. Reżyser ukazał losy Polaków w czasach PRLu z punktu widzenia szczęśliwej rodziny Drywów. Dotąd powszechnie znane wydarzenia z grudnia ’70 roku były dla mnie dowodem autodestrukcji Polski oraz brutalności, jaką niesie za so-bą socjalistyczna władza, jednak nie wywierały większych emocji związanych z osobistymi przeżycia-mi ludzi. Oceniając film, przyglądałam się mu w dwóch różnych wymiarach. Pierwszym był film dla samego fil-mu, czyli zwracałam uwagę na grę aktorów, obrazy, muzykę, fabułę, subiektywne odczucia w trakcie seansu i po filmie. Te elementy w moim odczuciu nie były na naj-wyższym poziomie. Muszę przy-znać, że gdyby nie auten-tyzm przedstawionych wydarzeń, film by mi się nie podobał. Tym, co chwyciło mnie za serce, była bolesna prawda i tragiczne przeżycia nie wymyślonych boha-terów, lecz autentycznych ludzi (w dodatku rodaków). I właśnie przypatrując się temu drugiemu wymiarowi, śmiało mogę przyznać  filwrażenie. Dlaczego? Ponieważ już od pierwszej sceny wczułam się w nastrój panujący w latach 70-tych – bieda, ciągłe „wiązanie końca z końcem”, ubós-two, braki towarów, w skrajnych przypadkach głód i nędza, ale i radość spokojnego życia przecię-tnych ludzi, ich marzenia (dla nas obecnie dziwne, być może nawet i trywialne) jak przeprowadzka do szarego bloku, spłacenie kre-dytu czy kupienie nowej meblo-ścianki. Dzięki temu, że reżyser przybliżył losy jednej z rodzin, ła-twiej „weszłam” w przedstawiany świat. Marta Honzatko wcielona w po-stać Stefanii Drywy oraz Michał Kowalski grający Brunona Drywę pokazują małżeństwo , którego tragedia rysuje się na tle dramatu większości. Ten, zobrazowany w pewnych momentach z lekkim patosem, ale za to „czystym” i pra-wdziwym (dlatego zakrwawiona flaga niesiona w jednej ze scen na czele demonstracji nie wydaje się sztucznie doklejonym sym-bolem cierpienia narodu) skłania do refleksji, budzi niemało emocji. Korespondencja obrazu i dźwięku zaaranżowanego przez Michała Lo-renza potęguje nastrój bojowości, smutku, buntu, cierpienia. A połączenie fabuły z materiałami dokumentalnymi jeszcze bardziej utwierdza w przekonaniu, że to działo się naprawdę. Niedokoń-czone, urwane wątki, lekki chaos wkradający się w film, nadają mu dynamicznego charakteru, który pasuje do relacjonowanych wydarzeń. Obraz Krauzego jako lekcja hi-storii z pewnością na długo utkwi mi w pamięci. Ukazanie cierpień zarówno jednostki jak i ogółu, bezwzględnej, okrutnej władzy w połączeniu z czysto technicznymi elementami tworzy zgraną całość,



która w moim przekonaniu oddziałuje nie tylko na pa-triotów, ale jest uniwersalnym filmem dla każdego. O historii trudno mówić ciekawie, dlatego tym, do któ-rych bardziej przemawia obraz, polecam film zbliżający do przeżyć ludzi z tamtych, nie całkiem odległych lat… Sonia Kokoszyńska KOŁOBRZESKIE SPOTKANIA „Czarny Czwartek” jest filmem, który wzbudził wiele emocji. Nie jest rekonstrukcją działań po-lityków, a obrazem przeżyć zwyczajnych ludzi, robotników. Głównym wątkiem są losy rodziny Drywów. W rolę Zenona Drywy, męża i ojca trój-ki dzieci, wcielił się Michał Kowalski, polski aktor teatralny i filmowy. 29 marca tego roku kołobrzeżanie mieli okazję spotkać aktora w Regionalnym Centrum Kultury. Każdy z przybyłych gości mógł zadawać pytania, poznać kulisy powstawania filmu. Spotkanie przerodziło się w zażartą dyskusję poruszającą kwestie polityczne. Na koniec wszyscy doszli do konkluzji, że filmy tego typu powinny powsta-wać, ponieważ takie wydarzenia nie mogą być zapomniane, a obowiązkiem każdego Polaka jest znajomość naszej historii. REaD: Jak pan trafił do „Czarnego Czwartku”? M.Kowalski: Nie było żadnego castingu do fil-mu, dostałem się do niego z polecenia mojego kolegi, z którym wcześniej współpracowałem. Trafiłem na rozmowę z Antonim Krauze, reży-serem; pytał mnie o moje spojrzenie na świat, jak postrzegam rodzinę. To ze względu na moje-go bohatera, którego nie interesowała polityka, tylko żona, dzieci. REaD: Jak wyglądały przygotowania do roli Zenona Drywy? M.K: Zenon Drywa i jego rodzina są postaciami autentycznymi. Cały scenariusz jest oparty na relacjach żony Zenona, Stefanii, która zgodziła się zrelacjonować nam tamte wydarzenia. Ja urodziłem się w 1974 roku. Pamiętam tylko niektóre absurdy czasów mojego dzieciństwa – kontrolowane rozmowy, biedę, długie kolejki, rzeczywistość niczym z filmów Barei. To były czasy obrzydliwe i straszne, uczyły ludzi pato-logii, łamały kręgosłup moralny. Przygotowanie do filmu było praktycznie niemożliwe. Dostałem scenariusz, oglądałem filmy, np. „Człowieka z żelaza”, „Stan strachu”, „Indeks”. Najważniejsze były jednak długie rozmowy ze Stefanią Drywą. Bardzo dokładnie opowiedziała nam swoją histo-rię, odtworzyła detale, codzienne sceny do-mowe, nawet filmowe mieszkanie Drywów jest dokładnym odwzorowaniem tego prawdziwego. Jej relacje trwały godzinami, była to niewąt-pliwie sytuacja strasznie dla niej trudna. Jednak dzięki jej poświęceniu tyle w filmie emocji i prawdziwości. REaD: Dlaczego opisano losy właśnie rodziny Drywów? M.K: By tamte wydarzenia przedstawić z pun-ktu widzenia zwykłej rodziny. Zenon nie inte-resował się polityką, był bardzo rodzinnym czło-wiekiem, a zginął idąc do pracy. Sytuacja Zeno-na i jego rodziny mogła bardziej poruszyć wi-dza. Był on najstarszy spośród ludzi, którzy wte-dy zginęli. W przeciwieństwie do wielu młodych, miał już własną rodzinę. Jego śmierć była nie-szczęściem dla niej całej. W filmie zastosowano jeszcze jeden zabieg. W rolach zwykłych ludzi obsadzono mniej znanych aktorów, mieli oni sprawiać wrażenie przypadkowych ludzi z ulicy. Natomiast polityków zagrali znani polscy akto-rzy. Ten zabieg pozwolił uzyskać efekt doku-mentalności. REaD: Jakie były najtrudniejsze momenty pod-czas kręcenia „Czarnego Czwartku”? M.K: Spotkania z rodziną Zenona. Miałem za-grać męża Stefanii, ojca jego dzieci, to duża od-powiedzialność i presja. Trudne były też ujęcia w kostnicy -w tym samym miejscu, w którym leżał Zenon. Kapliczka miała być wcześniej wy-burzona, jednak pozostawiono ją jeszcze po to, byśmy mogli w niej nagrywać. Na plan przyje-chał wtedy syn Drywów, Romek, by pokazać sio-strom jak wyglądał pochówek ich ojca. Była zi-ma, sceny były kręcone nocą. Leżąc w trumnie przy pięciostopniowym mrozie, miałem poczucie beznadziejności tamtych wydarzeń. Bożena Wieczorek Maciunia! Kiedy pasja staje się zawodem.



Maciej Gryszel –  osoba, której imię i nazwisko po wpi-saniu w googlach pojawia się na około 335 stronach w języ-ku polskim, absolwent nasze-go LO,  obecnie student che-mii na Politechnice Warszaw-skiej. Brązowy medalista Międzynarodowej Olimpiady Chemicznej w Tokio, niestru-dzony sportowiec z głową pełną pomysłów do pisania nowych tekstów i nie tylko, człowiek skromny, z niezwy-kłym dystansem do siebie, wesoły, sympatyczny, a zara-zem uparty. W pewnych kwestiach uważający się za ty-rana, jednocześnie pieszczo-tliwie nazywany przez zna-jomych z klasy Maciuniem. Jaki jest nasz młody mistrz? Przeczytajcie nasz wywiad! REaD: Od czego zaczęła się Twoja chemiczna pasja? Maciej: Od tego jak w pierwszej klasie gimnazjum zapytałem Pani (od matema-tyki, co jest ciekawe), jaki jest wzór nadmanganianu potasu. Potem tak to już jakoś samo wyszło. REaD: Wiem, że masz wiele innych pasji, interesujesz się historią, osiągasz sukcesy w sporcie, piszesz świetne teksty, czy nie jesteś takim współczesnym człowiekiem renesansu? Maciej: W dzisiejszych cza-sach nie ma ludzi renesansu. Żeby coś osiągnąć, trzeba się skupić na jednej dziedzinie. Innymi rzeczami też można się zajmować, ale priorytet koniecznie trzeba mieć obrany. REaD: Miałeś jakąś poważną „chemiczną wpadkę”? Maciej: Jak na razie nic takiego nie miało miejsca. REaD: Jaki jest Twój sposób na odstresowanie i odpręże-nie? Maciej: Rzadko odczuwam coś takiego jak stres, więc chociaż jeden problem mam z głowy. REaD: W takim razie, jak udaje Ci się zachować stoicki spokój? W dzisiejszych czasach to raczej trudne... Maciej: Nie zawsze udaje mi się zachować stoicki spokój, co jednak nie zmienia faktu, że raczej rzadko odczu-wam stres. REaD: Jesteś niezwykle skro-mnym człowiekiem, w Tokio osiągnąłeś ogromny sukces, czy jednocześnie czujesz jakąś presję ze strony rodziców, środowiska naukowego,



w którym się już obracasz? Maciej: Jeśli ktokolwiek wy-wiera na mnie jakąś presję, to jestem nim ja sam. Ze stro-ny innych ludzi nigdy nie odczuwałem presji, a bardziej motywację do działania. REaD: Co jest dla Ciebie „siłą napędową” w życiu? Maciej: Chęć bycia szczę-śliwym człowiekiem. REaD: Bardzo zdrowo się odżywiasz, podobno prawi-dłowa dieta stymuluje nasz organizm do lepszego i wy-dajnego działania. Może zdradzisz nam tajniki swojego menu? Maciej: Aktualnie moja dieta nie różni się bardzo od diety zwykłego człowieka (kiedyś było inaczej). Po prostu sta-ram się unikać słodyczy, fast-foodów i nigdy nie obżeram się, ile wlezie. Generalnie sta-ram się, żeby mój brzuch bar-dziej przypominał kaloryfer niż bojler. REaD: W tej chwili studiujesz chemię na Politechnice War-szawskiej, planujesz swoje dalsze życie zawodowe? Kręci Cię praca szalonego naukow-ca, czy może masz zamiar pójść w jakimś innym kie-runku? A może dostałeś już jakieś propozycje pracy np. w Dolinie Krzemowej? Maciej: Planów na życie zawodowe jeszcze nie mam. Wszystko okaże się z czasem. Wybrałem politechnikę, bo mam po niej wiele możli-wości, od zostania na uczelni aż do pracy w straży pożarnej. REaD: Plany na najbliższą przyszłość? Maciej: Zaliczyć pierwszy rok studiów. BEZ ALTERNATYWY LUBIĘ… samego siebie NIENAWIDZĘ… patrz niżej DENERWUJE MNIE… Jarosław Kaczyński PRAGNĘ… mieć dużo kasy LICZĘ SIĘ Z…  możliwością porażki ZAWSZE BĘDĘ PAMIĘTAŁ O… tym że najpierw odpinasz wąż, a dopiero potem zakręcasz kran (obsługa pompy próżniowej) IMPONUJE MI… ktoś, kto ma 5 z biologii u pani Barty CHCIAŁBYM ZWIEDZIĆ… Australię NIGDY NIE ZAPOMNĘ… jak to jest pchać przez 3 kilometry niezatankowany motor KINO CZY TEATR? Kino MÓJ ULUBIONY FILM… „Wielka Ucieczka” (1963) NAJLEPSZA KSIĄŻKA, JAKĄ CZYTAŁEM… „Mistrz i Małgorzata” MUZYKA… wszystko prócz Justina Biebera SPORT… a to różnie CZAS WOLNY… TV  MOTTO ŻYCIOWE... Nie ma w życiu letko [w takiej właśnie pisowni] ULUBIONA BAJKA Z DZIECIŃSTWA… „Dragon Ball” [Tak naprawdę to program 997 na dwójce, ale źle to będzie wyglądało, jak się okaże że 8letni chłopczyk traktował rekon-strukcje morderstw jako bajkę :P] TĘSKNIĘ... za moją dziewczyną, która teraz jest 550 km ode mnie :(( WZRUSZA MNIE... Rysio z klanu i mycie rączek :P [Tu było ciężko (mnie chyba nic nie wzrusza ;PP) więc musiałem coś wykombinować :PP] WIERZĘ... w samego siebie :PP NAJWIĘKSZE MARZENIE... pieniądze niby szczęścia nie dają, ale cóż... Gabriela Jelonek Zdjęcie z prywatnego albumu Macieja. Zbrodnicze przypadki panny Ż.  cz. V (ostatnia)

OPOWIEŚCI DZIWNEJ TREŚCI REaD

OSTATNIE TYGODNIE Żaneta zmieniła się nie do poznania. Ona sama nie zdawała sobie z tego sprawy, lecz nawet ci, którzy jej nie znali wiedzieli, że coś jest nie tak. Z pewnej siebie, dążącej zawsze do celu dziewczyny, stała się cicha i płochliwa. Nic jej już nie cieszyło. Okupiona niewinną krwią władza była tylko źródłem ciągłego stresu i niepewności. Żaneta wszędzie widziała twarze zabitych dziewcząt, a na domiar złego każdy był teraz jej wrogiem. Jedno pytanie, spojrzenie, a nawet uśmiech wywoływały w niej paniczny strach, że ten ktoś zna całą prawdę. Dziewczyna nawet ubezpieczyła się na wypadek odkrycia w niewielki, ale bardzo ostry scyzoryk. Wiedziała, że w razie czego nie zawaha się go użyć. Tylko w obecności Roberta czuła się swobodnie. Wiedzia-ła, że on, nawet jeśli wiele by na nią wskazywało (a tak nie było), nigdy nie uwierzyłby w jej winę. Był jak wierny pies. Jego obecność wpływała na dziewczynę kojąco. Przy nim znów mogła być naprawdę sobą. W TYM MOMENCIE Żaneta weszła na aulę. Miała razem z Robertem ustroić ją na jutrzejsze Święto Szkoły. W sali było ciemno. Tylko na scenie paliła się mała lampka, w której świetle stał Robert. Dziewczyna ruszyła ku niemu. - Nie mogłeś zapalić światła? Jak mamy ustroić po ciemku tę salę? - Włączniki są pod kluczem. Nie mogłem nikogo znaleźć. Szkoła wygląda jakby była całkiem pusta. - Zwariowałeś? Pustą szkołę zostawiliby otwartą? - Obróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem w stronę drzwi, mrucząc pod nosem: - Wszystko, muszę robić sama. - Poczekaj! - Zawołał Robert. - Muszę z tobą porozmawiać. Strojenie może poczekać. Żaneta westchnęła i wdrapała się na scenę. - Co się znów stało? Robert spojrzał na nią niepewnie, a potem opuścił wzrok i wyszeptał szybko: - Żaneta, ja wiem, że to ty. Ty zabiłaś Basię i Alinę. Żanetę zatkało. Przez chwilę, nie była w stanie wykrztusić

REaD OPOWIEŚCI DZIWNEJ TREŚCI

słowa. Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego. Po głowie tłukło jej się jedynie: "Tylko nie on! Nie on!." Patrzyła na swojego przyjaciela, który wypowiedziawszy okrutną prawdę, wypro-stował się i spojrzał w jej oczy. Był tak pewny. Żaneta wiedziała, co musi zrobić, lecz chciała chociaż spróbować to odkręcić. - O czym ty mówisz? Jak mogłabym to zrobić? - Czy to nie oczywiste? Bałaś się, że nie wygrasz wyborów. Ja jeden wiem najlepiej jak bardzo ci na tym zależało. Kiedyś powiedziałaś, że mo-głabyś zrobić wszystko. Początkowo też nie mo-głem w to uwierzyć, ale to złożyło się w całość. Po co kradłem dla ciebie telefon tego chłopaka Basi? A z zakładu mojego ojca, pewnie ukradłaś metanol, prawda? A Alina? Nie zginęła, gdy zrzuciłaś ją z mostu, więc zamordowałaś ją w łazience. Nie ukrywaj tego dłużej. I tak na nic ci się to nie zda. - Nie mogę już dłużej tego słuchać. Jak śmiesz tak mówić. To poszlaki. Nic nie masz! - Żaneta traciła oddech. Jak to możliwe? Jak on mógł się domyśleć? Przecież wszystko dokładnie zapla-nowała. Nie było żadnych dowodów! Jednak jego zeznania mogłyby ją obciążyć. Nie mogła już dłużej zwlekać. Musiała dokonać wyboru: ona albo on. Uspokoiła oddech. Położyła dłoń na torebce, mimochodem ją otworzyła i sięgnęła do środka. W tym samym czasie zaczęła powoli zbliżać się do Roberta mówiąc: - Masz rację. Odkryłeś mnie. To właściwie nic dziwnego, w końcu jesteś bystry. Rozumiem, że w obliczu ujawnienia moich morderstw, nie możesz się ze mną dłużej przyjaźnić? - Robert tylko skinął nieznacznie głową. Nie rozumiał do czego Żaneta zmierza. Ona tymczasem wpatry-wała się w jego oczy tak intensywnie, że chło-pak nawet gdyby chciał, nie mógłby uwolnić się z tego spojrzenia. Z tego powodu nie mógł widzieć, jak jej dłoń wysuwa się z torebki, a palce zaciskają się coraz mocniej na scyzoryku. Ostrze zabłysło. Żaneta uśmiechnęła się lekko i powiedziała: - To nawet lepiej. Myślę, że teraz łatwiej będzie mi zrobić to! Błyskawicznie zamachnęła się i wbiła ostrze w brzuch Roberta, a potem szybko je wyrwała. Chłopak z okrzykiem bólu osunął się na ziemię. Żaneta dyszała ciężko. Stanęła nad swoim by-łym przyjacielem i patrzyła jak wije się po po-dłodze, a na jego koszulce rośnie szkarłatna plama. Wyszczerzyła zęby w szaleńczym uśmie-chu i już miała zadać mu ostateczny cios, gdy poczuła, że ktoś schwycił ją za rękę. W pier-wszej chwili nie dotarło do niej, co właściwie się działo i chciała się uwolnić. Przecież jej ofiara jeszcze żyje! Lecz poczuła kolejny uścisk na drugiej ręce. Obróciła głowę i z przerażeniem ujrzała twarz jakiegoś mężczyzny. Ten wykręcił jej dłoń tak, że upuściła scyzoryk i zaczął ścią-gać ją ze sceny. Usiłowała się szarpać, lecz nie była dość silna. Poczuła kajdanki na swych dło-niach. Ktoś coś do niej mówił, jednak nie potra-fiła zrozumieć słów. Jak przez mgłę widziała jak kilku ludzi zbliża się do Roberta, jak uciskają mu ranę. Z jej piersi wydostał się przerażający okrzyk. Potrafiła myśleć tylko o tym, że on nie może przeżyć! Wciąż szarpała się i krzyczała, gdy została już wyprowadzona z auli i gdy cią-gnięto ją po schodach. Uspokoiła się dopiero, gdy została wsadzona na tylne siedzenie radio-wozu. Patrzyła tępo przed siebie. Nie potrafiła zro-zumieć jak do tego wszystkiego doszło. Jak po-licja mogła wpaść na jej trop? Przecież nawet dobrze nie znała tych dziewczyn. Jeszcze przez długi czas Żaneta nie mogła odezwać się choćby słowem. W trakcie procesu lekarze stwierdzili jej niepoczytalność, przez co została zamknięta w zakładzie psychiatrycznym. tuptaczek WIOSENNE ZAMIESZANIE



Zabrałam się dziś za wio-senne porządki w moim poko-ju. Związane to było raczej z nadejściem nowej pory roku, chciałam poczuć tę  świeżość także i w tym po-mieszczeniu, a że przy okazji pozbędę się starych i niepot-rzebnych rzeczy, to jeszcze lepiej. Mimo braku zapału do zmieniania położenia wielu przedmiotów, czasem każdy musi zrobić generalny porzą-dek. By nasze otoczenie mo-gło poczuć się naprawę czyste i zadbane, my musimy poczuć się nieswojo i źle. Zawsze jednak można sobie pomóc i rozłożyć wielkie sprzątanie na drobniejsze punkty. BAŁAGAN? -  CZY TO NA PEWNO TO. Wchodzę do pokoju, rozglą-dam się i nagle dociera do  mnie fakt, że rzeczy, które po-winny być w szafkach, leżą na wierzchu, a rzeczy, których miejscem jest tak zwane "w  zasięgu ręki", wcale na nim nie są. Należy więc zrobić tu wielki misz - masz, jak sa-ma określam wyrzucanie rze-czy leżących na podłodze do śmieci, za drzwi lub osta-tecznie przez okno. Ale bez wyjątku. Czego nie podnie-siesz - nie wraca już nigdy. WYKURZAMY! Nie ma chyba nic bardziej brudnego i niezdrowego niż usuwanie kurzu z półek, sza-fek, lampek i wielu zakamar-ków. Zabezpieczona rękawi-czkami ochronnymi, maską, wielkim kubłem wody i pła-szczem, nie mogę czuć się bezpieczna. Wiadomo, że roz-tocza to takie małe stwo-rzonka, wślizgujące się przez najmniejszą szczelinkę, tylko po to, by uprzykrzyć nam życ-ie. Czasami wyobrażam sobie, że te mikroskopijne stwo-rzonka siadają koło mnie na  łóżku i przytulają się, kiedy śpię, a ja nawet nie wiem o ich istnieniu. Czy to nie do-bry powód, by wpaść w fobię kurzową? Jedynym wyjściem z tej opresji jest wzięcie ścier-ki do ręki i dokładne mycie. KOLEJNOŚĆ, KOLEJNOŚĆ I JESZCZE RAZ PORZĄDEK. Spoglądam na półkę w po-szukiwaniu "Encyklopedii Powszechnej", a wyciągam stos książek kucharskich. Kiedy już sami nie potrafimy stwierdzić, gdzie ostatni raz widzieliśmy swój długopis czy pilot, możemy być pewni, że  mamy do czynienia



z bałaganem. Zapaleni kole-kcjonerzy to eksperci od ukła-dania wszystkiego w idealnym porządku. Dlaczego więc nie wziąć z nich przykładu? Biorę się więc do układania płyt w  porządku tematycznym, bluzki  kolorystycznie, zeszyty   we-dług wielkości, o tak. Może mi się stać krzywda, jeżeli spróbuję układać w ten spo-sób także kosmetyki taty, mamy i reszty rodziny, jedze-nie w lodówce i kwiatki w ogródku. Wtedy może mnie ktoś posądzić o zaawanso-waną nerwicę natręctw. NIE MAM SIĘ W CO UBRAĆ! Porządki w szafach z ubra-niami to dla jednych raj, dla innych niekończąca się histo-ria. Raz dociera do mnie stra-szna prawda, że nie mieszczę się w ulubioną bluzkę czy spo-dnie, innym razem dochodzę do wniosku, że w połowie rzeczy nie widziałam siebie od ponad roku albo i dłużej. Mogę dowiedzieć się, że po-siadam dwie identyczne ko-szulki, z których jedna zniknęła kilka miesięcy temu, a na drugą wydałam całe kie-szonkowe. Takie częste i kon-sekwentne usuwanie nie-potrzebnych ubrań ma jednak swoją dobrą stronę o nazwie "wspaniały prezent dla ku-zynki" lub "wymień się ciuszkami z przyjaciółkami". Można się przy tym świetnie bawić i przy okazji zdobyć "niezłą sztukę". Kuzynka na pewno nie puści z pustymi rękoma. ODEZWIJ SIĘ PRACO DOMOWA! Wszystkie ważne papiery potrzebne do codziennej pracy muszą mieć niezmienne miej-sce. Jak większość, mam nawyk rzucania wszystkiego na biurko, a wkrótce mogę rzucić na nie także karteczkę od nauczyciela z oceną niedostateczną za brak pracy domowej. Wiadomo, że cza-sem należy uporządkować swoje miejsce pracy, choćby i po to,  by w takich zbiera-ninach papierków znaleźć stare wypracowanie, które powinnam oddać tydzień te-mu, a niestety, nikt nie wie-dział o jego istnieniu i niepo-trzebnie pisałam nowe. Poza tym zorientowałam się, że  sponiewierany zeszyt przyj-aciółki, który oficjalnie jej oddałam, a ona biedna nie wie, czy go zgubiła, czy zjadły go jej krasnoludki, leży spokojnie na dnie stosu. NIESPODZIANKA ZA KANAPĄ. Kiedy już wszystko, co le-żało na wierzchu, znalazło swoje miejsce w szafach, szafkach i szufladach, w któ-rych jest teraz wspaniały porządek, nadszedł czas na  świat "zameblowy". Nie ma  nic zabawniejszego niż krzyk, jaki wydaje z siebie sprzą-tający, kiedy znajduje coś, co jest zeszłoroczną kanapką z serem i masą ciekawych przedmiotów, począwszy od długopisów, kredek, puzzli  z czasów, gdy byłam dzie-ckiem, poprzez paluszki, chi-psy i okruszki ciastek - z weekendowych imprez z przyjaciółmi, a kończąc na listach miłosnych i pękach sierści mojego pupila. Wspomnieć należy o zde-chłych zwierzątkach, które zadomowiły się pod moją szafą - ciepło, miło i przyjem-nie. CZY TO JUŻ KONIEC? Wszystko znalazło swoje miejsce? Dotknięcie szafki nie grozi smugą pyłku w powiet-rzu? Z zakamarków nie wyglą-dają małe stworzonka? "Słownik języka polskiego" nie jest nowym dywanem? A prace domowe leżą w jedym miejscu, nie stawiając ich autora w niemiłym położeniu? To znak, że właśnie zaczęłam życie w nowym świecie. Ale czy na długo? Joanna Kwiatkowska







Tym razem rzecz będzie o kompletnym banale. Tak, takim z serii: „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”, „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”, czy też jakieś oklepane hasło, często powtarzające się na demotach.

zdj. www.flickr.com GUMOWE UCHO MIRKI

Ale zacznijmy od początku. No, może nie od Chaosu, ale Słowo będzie w sam raz. Tak więc na początku było Słowo. Zostało wypowiedziane w autobusie, przez jakąś ciemnowłosą dziewczynę, którą widuję na przerwach. Słowo brzmiało „zniknął”. Jej towarzyszka zdziwiła się nieco, najwidoczniej nie rozumiejąc, w czym rzecz. Nachyliłam się dyskretnie ku im, gdyż akurat zupełnym przypadkiem upadł mi tam długopis.   - Kto zniknął? – zaciekawiła się. Nieco rozhisteryzowana brunetka pospieszyła z odpowiedzią.   - Bufet! Nie ma! Zamknięty na cztery spusty!   - Mówi się: zamknięty na trzy spusty, Marti – popra-wiła ją cierpliwie koleżanka. – A tak właściwie, co z tego? Marti widocznie nie mogła złapać tchu. Przedziwnym trafem mój długopis znowu potoczył się w ich stronę.   - Jak to  co z tego?! To już jest koniec! Bufetowa zam-knęła interes, bo nie przynosił jej zysków. Ciekawe, czy ktoś inny otworzy tam sklepik… Jej przyjaciółka wzruszyła ramionami.   - Szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi. Ceny były stanowczo za wysokie, już lepiej na przerwie wyskoczyć do Lidla.   - Ale mimo wszystko, Go-śka, wyobraź sobie szkołę bez Buły Z Parówą! – wielkie litery dało się aż słyszeć – Kopernik już nigdy nie będzie taki sam.   - Tak z ciekawości: kiedy ostatnio byłaś w bufecie? – zagadnęła Gosia. Rumieńce Marti musiały wystarczyć nam obu za odpowiedź, bo autobus się zatrzymał, a dziewczyna wybiegła, mrucząc słowa pożegnania. Banał, o którym wspo-minałam, mówi o tym, jak często doceniamy coś dopiero po tego stracie. Niestety, jakkolwiek ograne by to nie było, wciąż jest prawdziwe. Możemy marudzić na wysokie ceny w szkolnym sklepiku, możemy psioczyć na hasło „bufet to nie świetlica”, jednak czy nie będzie nam nieswojo, gdy wiemy, że to nie wróci?

REaD WOLNE LICENCJE Wolne licencje W dobie Internetu każdy może korzystać z zasobów sieci. Ściąganie filmów, książek etc. to dzisiaj norma. Robią to wszyscy, ale mało kto wie, że nie jest to legalne. Przynajmniej nie zawsze. Dla dobra autora stworzono kilka ustaleń prawnych, które pozwalają mu decydować o swoim utworze, np. wolne licencje, prawa autorskie. Wszystko fajnie, tylko co to oznacza w praktyce? Czym one są i co dają autorowi? Wolne licencje dają możliwość bezpłatnego udostępniania Internautom swoich dóbr w postaci zdjęć, muzyki itd. Co mamy z tego my? To duże udogodnienie. Wolne licencje pozwalają na wyko-rzystywanie, modyfikowanie, ogólnie na zmienianie danego materiału. Oczywiście, wszystko za zgodą autora. Jest jednak bardzo ważny warunek, który musimy spełnić, aby móc w pełni korzystać z pracy jakiegoś artysty. Pod każdym utworem naszego autorstwa musimy podać, czyjej pracy użyliśmy i tytuł oryginału. Bez tego twórca może zablokować nam dostęp do oryginału. Z inną sytuacją stykamy się w przypadku praw autorskich. Tam twórca może od nas zażądać zapłaty za wyko-rzystanie jego dóbr nawet w warunkach domowych, a każdą zmianę oryginału trzeba uzgodnić z właścicielem praw autorskich. To skomplikowane, więc może lepiej ograniczyć się do odsłuchania ulubionej piosenki na youtube? W osta-teczości - zwracać większą uwagę na to, co pobieramy z Internetu i co z tym robimy! ;]  Nikaa

Bufet - Zamknięcie W kinach od 13 czerwca 2011 Nie będzie już palucha z serem, ciacha francuskiego, pizzerki na ciepło, miłej pani Joli w okienku. To nie tak,że ona podwyższała ceny, bo miała takie widzimisię; przestaliśmy tam kupować, wszystko drożało. Z tego wszystkiego rodzi się kolejne pytanie: gdzie się podziejemy, jeśli tamto pomieszczenie pozostanie niezagospodarowane? „Zielone” jest zbyt małe, by pomieścić wszystkich, póki jest pogoda, możemy siedzieć pod szkołą, ale co będzie jesienią? Bądź co bądź, bufet długo był miejscem naszych spotkań. Szczególnie, gdy były jeszcze stare, porządne stoły, wokół nich kwitło życie towarzyskie. Co będzie w przyszłym roku? Powtórzę pytanie Marti: „Ciekawe, czy ktoś inny otworzy sklepik…”. Jeśli tak, czy będziemy w stanie to docenić, czy starania te będą jak perły rzucane przed wieprze? Mirka