Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Od redakcji
W numerze obrazy zgłoszone do konkursu "Wzorem Kopernika odkrywany nowe światy" s. 6, 20,31. Redakcja przeprasza klasę 1b, gdyż to ona, a nie klasa 1f, jak pisaliśmy w artykule "Jesienny powiew wakacji", wygrała konkurs limbo (przechodzenie pod tyczką) podczas tegorocznych otrzęsin.


Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko! Nareszcie przyszedł ten piękny dzień, w którym możesz cieszyć się razem z nami siódmym numerem gazety "REaD". Dlatego, aby nie zabierać Ci przyjemności czytania, szybko przytoczę najważniejsze fakty. 1) Na stronie mam.media.pl zostaliśmy wyróżnieni jako qmam lutego i wciąż na stronie głównej "REaD" jest wyświetlany jako "polecany qmam". 2) Nasza gazeta zajęła pierwsze miejsce w kategorii qmama warsztatowego (debiutanckiego) i otrzymała tytuł "Qmam roku"! Z tej okazji zostaliśmy zaproszeni na warsztaty i galę finałową, które odbyły się w Wałbrzychu. Otrzymaliśmy dyplomy, odznaczenia (są wywieszone w naszej gablocie na korytarzu pierwszego piętra) oraz nagrody książkowe. 3) Jeśli zaś chodzi o konkurs z poprzedniego numeru: hasło to NICOLAUS, a szczęśliwym zwycięzcą dwóch biletów na dowolny film do Kina Wybrzeże jest Julia Jaklewicz, uczennica klasy 1b. Gratulujemy. Na koniec jeszcze przypomnę, że naszą gazetę można czytać również w sieci pod adresem: mam.media.pl SPIS TREŚCI

Cudowne rozmnożenie Wybory na przewodniczącego (tym razem bardziej na przewodniczącą: same kandydatki) w tym roku były owiane tajemniczą aurą małej, lokalnej afery. Wielu uczniów zastanawiało się, dlaczego głosowanie zostało powtórzone. A oto sekret: ktoś podrobił głosy. Dwadzieścia skserowanych karteczek z nazwiskiem Kasi Leszczyńskiej, kandydatki z klasy pierwszej "b", trafiło do wyborczej urny. Sama bezpośrednio zainteresowana mówi, że nie ma z tym związku i że nic o tym nie wiedziała, a mi nie wydaje się, by istniały jakiekolwiek powody, aby jej nie wierzyć. Wybory zostały powtórzone, Kasia nie zdobyła upragnionego stanowiska i pozostaje jej jedynie startować w przyszłym roku, a teraz cieszyć się, iż ma tak oddanych przyjaciół, że dla jej korzyści są nawet zdolni bez jej wiedzy łamać prawo. Jestem pewna, że Kasia będzie się nadawać na przewodniczącą, bo jest dokładna i uporządkowana. W tym roku zwyciężyły doświadczenie i charyzma Moniki Miśty z klasy drugiej "c". Z tego, co widziałam na ścianach szkolnych korytarzy, Monika była jedyną, która odpowiednio wcześnie zaprezentowała swój program wyborczy całej uczniowskiej społeczności. Relacje jej najbliższych kolegów i koleżanek z drugiego "hist – społu" potwierdzają to, co zdaje się być widoczne na pierwszy rzut oka – że zwyciężczyni wyborów ma zdolności przywódcze i nadaje się na tak odpowiedzialne stanowisko, bo nigdy nie zaniedbuje swoich obowiązków. Oprócz tego interesuje się sportem i – co z tego wynika – jest energiczna i nigdy nie pozwala się pokonać zmęczeniu. Mam nadzieję, że będzie się dobrze sprawdzać jako nowa przewodnicząca samorządu szkolnego. Maria Czaplewska

REaD; gazeta uczniów I Liceum im. M. Kopernika; ul. Łopuskiego 42-44; 78-100 Kołobrzeg tel. 943544633 readakcja1@wp.pl www.mam.media.pl nr 7/2011, nakład 50 egzempl. OPIEKUN KOŁA: Blanka Góral RED. NACZELNY: Ola Stawińska REaDAKCJA: Marysia Czaplewska, Monika Dobrowolska, Damian Dudek, Ola Dykowska, Ewa Ferdzyn, Ewelina Patek, Agnieszka Sołtys, Aneta Szustek, Bożena Wieczorek, GOŚCINNIE: Patryk Arkanów, Ewelina Sulecka 3.......CUDOWNE ROZMNOŻENIE 4..........Z DZIENNIKA ADOLAJDY 6............URODZINY KOPERNIKA 8.....................ŚWIĘTO SZKOŁY 9.LETNIE SPOTKNIA WE FRANCJI 10...........................EUROSCOLA 11...................I KINO NA DESER 12.....................RATUJMY SSAKI BAŁTYCKIE 14....................SPOSTRZEŻENIA MUZYKOFILA 16......ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ 19....KONKURS KOPERNIKAŃSKI 21......................NIEZŁY ZALEW KOPERNIKAŃSKI 22................STUDNIÓWKOWE WARIACJE 24.....................ZERO ŚCIEMY 25...........BUFETOWA "MAGIA" 26...................AKTYWNIEJSZA MŁODZIEŻ 28....ZBRODNICZE PRZYPADKI PANNY Ż. CZ. IV 30........KLASYCZNA SKOLIOZA GENERACJI 32......MAREK NA WAKACJACH CZ. IV 34.......GUMOWE UCHO MIRKI 36........TELEWIZOR GRUNDIK Z dziennika Adolajdy
Młócę palcami w klawiaturę, poszukując weny, muzy lub czegoś, co brzmi równienie fajnie i pozwoli mi w końcu coś napisać. Ostatnio nie miałam chwili wytchnienia! Elka ciąga mnie na różne zajęcia – a to teatr, a to kółko poetyckie… Słowo daję, nie miałam czasu odetchnąć!


23 grudnia 2010 Czwartek. Na całe szczęście udało mi się uchronić od udziału w jasełkach. Ja rozumiem, że jestem genial-na, cudowna i że umiem wszystko najlepiej, no ale bez przesady! Nie mam ochoty siedzieć na srodku auli z dziwnym błękitnym czepkiem na głowie, lub – nie daj Ctulhu! – ze skrzydełkami. Tak więc stanowczo zapro-testowałam, gdy ta ruda zmora próbowała mnie wkrę-cić do przedstawienia. W łaskawości swojej zgodziłam się jednak oglądać próby. Pomysł okazał się całkiem ciekawy, choć zupełnie niezwiązany z Bożym Narodzeniem. Akcja miała rozgrywać się w więzieniu. Czterech socjopatycznych więźniów przy pokerze. Mrrrr, to jest to,  co tygryski lubią najbardziej. Niestety, scenariusz sprawił, że uśmiech zszedł mi z ust. Przecież to brzmi jak rozmowa starych, filozofujących dziadków przy brydżu i herbatce! Autor tego tekstu (swoją drogą, sam przypominający antycznego filozofa – jest nawet łysy!) mówił, iż każdy bohater ma swój charakter, jednak zupełnie nie pokazał tego dialogami. Taki na przykład Joe, według Łysego Filozofa, twardziel, mówił kwestie o czasoprzestrzeni, paradoksie dziadka, podróżach w przeszłość i przyszłość. To nie dawało aktorom nawet szansy na wybicie się, uczynienie czegoś ze swoją postacią. No dobrze, kilku osobom się udało, ale tylko ze względu na ich umiejętności, doświadczenie oraz (ja w tym nie mieszałam palców! Jam niewinna!) delikatnie zmieniony scenariusz. Jednak muszę przyznać, że mimo tych kilku problemów i braku nagłośnienia, całość prezentowała się całkiem przyzwoicie. Ciekawi mnie tylko, dlaczego Elka na próbach tak często wpadała na pewnego czarnowłosego trzecioklasistę. Nawet z jej skłonnością do radosnych skoków, biegania i wywracania się, uważam to za dziwne. To na pewno jakiś spisek! 9 lutego 2011 Środa. Siedzę na auli za kulisami i skrobię w nota-tniku. Tak zaniedbałam pamiętnik! Ale mam dobre wytłumaczenie. Przez ostatni miesiąc przygotowy-waliśmy Święto Szkoły, które skończyło się dosłownie przed dziesięcioma minutami. Ufff, w końcu można odetchnąć. Oczywiście, odetchnę jedynie wtedy, gdy nie znajdzie mnie Elka. Ostatnio dzieje się z nią coś dziwnego; ciągle gada o tym trzecioklasiście, wypytuje mnie o niego, śledzi go na przerwach… Coś mi tu nie gra. Zrozumiałam wszystko dopiero wczoraj, gdy zapytała mnie o jego adres i uśmiechnęła się tym swoim dziwnym uśmiechem. Zamarłam. Wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Że też wcześniej byłam taka ślepa! Teraz wydaje się to takie oczywiste: Elka dostała zlecenie zabójstwa tego chłopaka! Już dawno podejrzewałam, że para się szpiegostwem lub mordowaniem – normalny człowiek po prostu NIE MOŻE być ciągle tak radosny! Co w związku z tym powinnam zrobić? Pozwolić jej na to? Przeszkodzić? A może pomóc? W związku z rozterkami i niemożnością obrania jasnego stanowiska postanowiłam się przed nią chować. Nie żebym była tchórzem: po prostu wolę unikać stresujących sytuacji. Sądzę, że odcięcie głowy można zaliczyć w poczet sytuacji stresujących. 21 marca 2011 Poniedziałek. Jupi! Pierwszy dzień wiosny! Siedzę na murku przed szkołą, udając, że wcale mnie tu nie ma i ukradkiem obserwuję Elkę. Lepiej mieć ją na oku!

REaD

Elwira, siedząca obok, wprawdzie dyskretnie puka się w czoło, pa-trząc na moje ubranie, ale komple-tnie nie wiem, o co jej chodzi. Przecież na wszystkich filmach szpiedzy noszą prochowiec, kape-lusz i okulary przeciwsłoneczne. Kompletnie nie rozumiem tej dziewczyny. Zachowanie Elki tylko potwierdza moje obawy. Nie ucie-kła dzisiaj z żadnej lekcji, zakłóca-jąc święte prawo Dnia Wagarowi-cza! Może czeka, aż szkoła się wyludni i zamontuje pułapki na swoją czarnowłosą ofiarę? (Tak nawiasem pisząc, mamy razem angielski, więc znam jego imię, ale Czarnowłosa Ofiara brzmi znacznie lepiej). Jednak nie ze mną te nu-mery! Przejrzałam jej złowieszczy plan i nie opuszczę żadnej lekcji, muahaha! Uwaga, ruda zabójczyni zrywa się z trawki i w podskokach biegnie do szkoły. Niepostrzeżenie skradam się za nią, jestem jak wąż, jak mgła, jak cień, jak nie-widzialny…   = Heej! – wykrzykuje do mnie Elka i cały kamuflaż szlag strzelił. – Co robisz za tą paprotką?   - Badam ją – odpowiadam z całą stanowczością, dyskretnie rozglądając się dokoła. Niedobrze, mało świadków. - Czemu robisz to w ciemnych okularach? – pyta nieco podejrzliwie.   - Eeee… bo tak lepiej… widać? Elka przygląda mi się. Korytarz się wyludnił. Spojrzenie zabójczyni jest zimne, a na jej ustach wykwita złowieszczy uśmiech. Przejrzała mnie. Nachyla się nieco, przybliża do mnie i… - Aha. – mówi i odbiega w nieznanym kierunku. Muszę się mieć na baczności. 4 kwietnia 2011 Poniedziałek. Stałam sobie grzecznie przed automatem z napojami, szukając w kieszeniach drobniaków, gdy nagle ktoś za mną stanął. Błyskawicznie obróciłam się do napastnika. Serce mi zamarło. To był(a) Czarnowłosa Ofiara! Przez chwilę walczyłam ze sobą, czy nie powinnam uświadomić go o zbrodniczych zamiarach Elki, ale zauważyłam na jego twarzy dokładnie taki sam uśmieszek, który ostatnio gościł na jej twarzy. Przełknęłam ślinę. Chłopak przegryzł wargę i zaczął mówić coś nieco nieskładnie. Jego wypowiedź brzmiała mniej więcej: „Hej, Addie, chyba przyjaźnisz się z tą Rudą z pierwszej klasy… wiesz, jest taka sprawa… masz jej numer?” Musiałam przez chwilę pomyśleć, zanim dotarło do mnie prawdziwe przesłanie jego słów oraz tajemniczego uśmiechu. On też jest mordercą i ma zlecenie na Elkę! Jeśli podam mu to, co chce, to będzie górą i ją zabije!!! Muszę być twarda. Za nic nie zdradzę tej rudej zmory! -  Nic nie wiem, niczego się ode mnie nie dowiesz! – krzyknęłam szybko i jak najnaturalniej. Czarnowłosa Już Nie Do Końca Ofiara spojrzał(a) na mnie dziwnie, po czym z przebiegłym błyskiem w oku zaproponował(a):   - A przypomnisz sobie za czekoladę? Muszę być twarda, muszę być twarda… Życie Elki jest ważniejsze… -  Ale koniecznie z maxem cukru! 5 kwietnia 2011 Wtorek. Elka ma jeszcze weselszą minę, jednak nadal jest żywa. Czarnowłosy też (jego mina ró-wnież jest jakby szczęśliwsza). Apokalipsa jest blisko. 6 kwietnia 2011 Środa. Oboje jeszcze żyją. 7 kwietnia 2011 Czwartek. Nie zniosę już tego napięcia! 8 kwietnia 2011 Piątek. Złamałam się. Gdy dzisiaj Elka powitała mnie radosnym okrzykiem, nie wytrzymałam. Tonąc w powodzi łez, przyznałam się do mojego haniebnego czynu.  Nie mogłam temu zaradzić! On mnie torturował! Nie miałam sił, żeby mu się oprzeć! Ruda nie wiedziała chyba za bardzo, o co mi chodzi. Prymityw.   - Zdradziłam cię, wybacz! Ach, niegodnam chodzić po tej ziemi! Dałam mu twój numer! – w tym momencie zrobiłam efektowną pauzę. Jednak zamiast spodzie-wanego okrzyku strachu, usły-szałam pisk i pomarańczowa bły-skawica powaliła mnie na posadz-kę. „Żegnaj, świecie”, przemknęło mi przez głowę. Elka jednak wyda-ła z siebie serię pisków pod tytu-łem „To ty? Zrobiłaś to? Weee!”. Wspomniała też coś o tym, że „są razem”, z czego wnioskuję, że są w jednej organizacji przestępczej i nie muszą już na siebie polować. Może doszli do tego wniosku w re-kolekcje? Nigdy nie zrozumiem ludzi. Mirka Urodziny Kopernika



Wiwat "Czerwony"! - chciałoby się rzec po obejrzeniu i zachowaniu w pamięci wydarzeń ze Święta Szkoły obchodzonego w rocznicę urodzin patrona naszego liceum - Mikołaja Kopernika, który według najnowszych plotek "był kobietą". Swoje urodziny "celebruje" co prawda dziewiętnastego, a nie dziewiątego lutego, ale z pewnością nie miałby nam za złe tego drobnego uchybienia. W auli szkoły zasiadło jak zawsze wiele kołobrzeskich osobistości "wysokiej rangi". Zaproszeni goście składali życzenia i przywoływali wspomnienia związane ze szkołą niemalże w formie "orędzia do narodu", które to puentowali w "wymarłym śmiercią naturalną" języku łacińskim - wciąż "wiecznie żywym" w naszym liceum. Większość z nich, jak przystało na tak ważną uroczystość, miała charakter tradycyjny i dość monotonny, standardowo wpychając w "objęcia Morfeusza" uczniowską społeczność. Aczkolwiek, podczas przemowy przedsta-wiciela Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu nastrój uległ nagłemu rozluźnieniu, zapew-ne poprzez niekonwencjonalną wypowiedź autora, iż "jego związek ze szkołą jest taki, że mija ją codziennie w drodze do pracy". Wywołało to niespodziewaną salwę śmiechu zarówno wśród uczniów jak i belfrów, gdyż zadziałał kontrast z poprzednimi wypowiedziami, idealnie wpasowujący się w koncept nadchodzącej części artystycznej. Jeszcze tylko należało grzecznie wyczekać "ceremonii wręczenia laurów oliwnych" w postaci nagród dla wyróżnionych w konkur-sach sportowych (wszak sport to zdrowie, kto nie spróbuje, ten się nie dowie), plasty-cznym i pisarskim (w tym roku nagrody w obu tych konkursach przypadły również Marysi Czaplewskiej i Ewelinie Patek – naszym redakcyjnym koleżankom, z których jesteśmy bardzo dumni!)) i można było rozkoszować się smakiem sztuki. "Zaprawdę powiadam wam (...)" - usłyszeliśmy na początku. Niczym zwój Ewangelii otwarty został kodeks ludzkich umysłów i zmysłów (!), bowiem znaczna część licealistów ponownie próbowała zapaść w błogi egzystencjalny sen, przewidując dawkę zbiorowego zanudzenia. Szczęśliwie próba nie powiodła się, a w zamian za to, zaserwowano nam dawkę



30-minutowej permanentnej rozrywki podczas Zjazdu Kopernikańskiego. Na Prezydium "Zjazdu" przedstawione zostały modele osobowości. Na pierwszy ogień, zgodnie z tradycją, prym w tej dziedzinie "wiedli" niezastąpieni mistrzowie elokwencji - belfrowie. Typów było tak dużo, że niestety bez stałego robienia notatek, nie dało się spamiętać wszystkich. Jednakże mnie ujął jeden, "Dyrektorus Józefus" - bezbłędnie zaopiniowany nadzwyczajną cierpliwością i łagodnością nieadekwatną do swego stanowiska. Sporą sensację wywołała też "Secretarius telefonus" popularnie zwana dotychczas "Cherry Lady". Tym razem zmieniła nazwę na "Szkolną Lady Gagę". Nie do końca rozumiem, dlaczego właściwie Lady Gaga, lecz wedle zasady, że "ze Zjazdem Kopernikańskim się nie dyskutuje", doszłam do wniosku, iż chodzi o niekonwencjonalność i o nieszablonowość pracy - oczywiście w pozytywnym tych słów znaczeniu. Po wnikliwym "belfrów prześwietleniu" przyszedł czas na "uczniaków". Jak się okazało w tej kategorii na ziemi też jest wiele typów i podtypów. Największe wrażenie zrobił niejaki "uczeń z książką", pupil mistrzów oraz typ "taboretus hemoroidus" silnie związany i niemogący się rozstać ze swoim krzesełkiem szkolnym. A jeżeli już o wrażeniach mowa, to nie mogło zabraknąć wspominanej przeze mnie wcześniej Lady Gagi, tym razem we własnej osobie, „przybyłej prosto z Nowego Jorku” wraz ze sztabem filuternych tancerek. Gwiazda dała mini show specjalnie dla "nowo wybranej", po czym, jak szybko się pojawiła, równie "zwinnie" zniknęła w oparach dymu. Ucieszyło mnie to bardzo, gdyż nie jestem jej fanką. Na koniec, jedyne co mogę powiedzieć, to rozpłynąć się w pozytywach. Mimo drobnych uchybień technicznych, zarówno część oficjalną, jak i "tę rozrywkową", należy zaliczyć do najbardziej udanych w 65-letniej "kadencji" szkoły. Historia, co prawda, bez przysłowiowego "przesłania", natomiast zrealizowana z pomysłem i humorem. Aż chciałoby się rzec "artystycznie!". To przedstawienie przepełnione dystansem do szkolnego życia zasługuje na laur konsumenta. Ewa Ferdzyn ŚWIĘTO SZKOŁY



O tym, że będą brali udział w uroczystości szkolnej, uczniowie klasy Id wiedzieli już od dawna. Ba, nawet dostali za zadanie pomyśleć nad tym, co chcieliby pokazać szkolnej społeczności. Oczywiście skończyło się na gadaniu i fantazjach ze strony młodzieży i na pomyśle pani prof. J. Nienałtowskiej, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Scenariusz podobał się wszystkim. Przedstawienie gatunków edukujących i edukowanych - tego jeszcze nie było! Rozdzielenie ról nie było zbyt trudną sprawą, dlatego próby mogły się rozpocząć w trybie natychmiastowym. Praca nad przedstawieniem była miłym przerywnikiem monotonii szkolnego życia. Przy okazji ominęło nas, niestety, kilka lekcji polskiego, z czego byliśmy ogromnie niezadowoleni. Ale czego się nie robi dla „sztuki”! Razem z nami do występu przygotowywały się dziewczęta z Ib, które miały dać popis taneczny. Miło nam się razem pracowało. Jako „bardzo pojętni” i jakże „skromni” młodzi ludzie w mig zrozumieliśmy, co mamy robić i, postępując zgodnie ze wskazówkami prof. J. Nienałtowskiej, dopięliśmy wszystko na ostatni guzik. Najbardziej obawialiśmy się reakcji innych uczniów. Czy wszyscy zrozumieją nasze żarciki i czy będą się śmiali w odpowiednich momentach? Nasze obawy okazały się słuszne, ponieważ, mimo że wśród wymienionych przez nas gatunków uczęszczających do szkoły pojawili się głównie przedstawiciele mat- fizu, to i tak część widowni była oburzona. Stwierdziliśmy jednak, że im bardziej ludzie indentyfikują się z tymi, o których mówiliśmy, tym bardziej prawdziwe są nasze spostrzeżenia. My staraliśmy się nikogo nie obrazić. Na szczęście większość widzów sprawiała wrażenie zadowolonych i przyjemnie zaskoczonych. Spełniliśmy więc swój obywatelski obowiązek, pokazując, że szkolne imprezy nie muszą być nudne. Monika Zdj. M. Dobrowolska Letnie spotkania we Francji

REaD KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA

Każda wyprawa niesie ze sobą nie tylko możliwość zwiedzenia miejsc, ale również poznania nowych ludzi, odmiennej kultury i poglądów. Szczególnie, jeśli jest to obóz dla nastolatków z trzech państw – Francji, Niemiec i Polski. Grupa polska składała się z dziewięciu osób: pięciu z Kopernika, trzech z Sienkiewicza i jednej studentki z Torunia. Niemców również było dziewięciu, Francuzów już tylko sześciu. Dwutygodniowy obóz odbywał się w Saintes, miasteczku położonym na zachodzie Francji w okolicach Bordeaux. Miał on nas zbliżyć, zatrzeć różnice, uprzedzenia i stereotypy. W pokojach byliśmy rozstawieni tak, żeby w każdym były trzy narodowości. Jednak to nie w nich spędzaliśmy większość czasu; harmonogram był bardzo napięty. Codziennie spotykaliśmy się w wielkiej sali, gdzie ćwiczyliśmy, rozmawialiśmy, bawiliśmy się. Czasem opiekunowie urządzali nam zawody polegające na zdobyciu od mieszkańców miasteczka określonych informacji. Zadania pisane były w trzech językach, to znaczy jedno zadanie po francusku, inne po niemiecku, kolejne po polsku… Grupy, rzecz jasna, były pomieszane narodowościowo. Pracowaliśmy też na cmentarzu. Zanim jednak pomyślicie coś niewłaściwego, wyjaśnię, że praca ta polegała na odmalowywaniu napisów na grobach niemieckich żołnierzy. Volksbund – organizatorzy obozu – opiekuje się niemieckimi cmentarzami wojennymi na terenie całej Europy. Przyświecała nam dewiza „Praca dla pokoju”. Pamiętam, że wiele grobów było bezimiennych, znaleźliśmy też kilka polskich nazwisk. Tematem obozu była druga wojna światowa. Wycieczką, która chyba najbardziej zapadła mi w pamięć, był wyjazd do OradoursurGlane e – miasteczka spalonego przez hitlerowców. Nie zostało nigdy odnowione, a na jego miejscu zostało postawione muzeum. Naziści w jeden dzień zabili tam wszystkich mieszkańców – ponad dwa tysiące osób. Po powrocie do schroniska ciąg dalszy na str. 35 zdj. A. Dykowska EUROSCOLA

REaD

"Nie pytaj co twój kraj może zrobić dla Ciebie, zapytaj co ty możesz zrobić dla swojego kra-ju” – postanowiliśmy wziąć sobie do serca słowa Johna Kenne-dy'ego i podjąć wyzwa-nie, jakim był udział w projekcie EUROSCOLA. Ta inicjatywa umo-żliwia uczniom odwie-dzenie Parlamentu Europejskiego w Strasburgu i zapozna-nie się z jego pracą. Młodzi ludzie uczestniczą w symulowanych posiedzeniach "komisji parlamentarnych", a następnie obradują podczas "posiedzenia plenarnego". Taką właśnie szansę otrzy-mała młodzież z „Czerwo-nego”. Pierwszym zadaniem było przygotowanie projektu, który przedstawiał nasz wkład w integrację europejską przed 2004 rokiem. Następnie utworzyliśmy grupę z innymi kołobrzeskimi placówkami - Zespołem Szkół im. Henryka Sienkiewicza oraz Zespołem Szkół Morskich. W Parlamencie Europejskim przyjął nas bardzo uprzejmy Francuz. Po dopełnienieniu wszelkich formalności, udali-śmy się na wspólne śniadanie uczestników. Niestety, byliśmy bardzo rozczarowani i głodni, gdyż podano nam po malutkim rogaliku. Punktualnie o dziesiątej, wprowadzono nas do sali konferencyjnej Parlamentu Europejskiego, która zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Zajęliśmy miejsca posłów i nerwowo wyczekiwaliśmy na rozpoczęcie uroczystości. Podczas spotkania inaugu-racyjnego przedstawiciel każdego kraju wygłaszał jednominutową prezentację na temat swojego państwa w języku innym niż język ojczysty. W ramach „posiedzeń komisji” zostaliśmy podzieleni na pięć grup, w których odbywały się debaty. Członkowie grupy pochodzili z różnych krajów, dlatego tak ważna była umiejętność komunikowania się w języku obcym. Najciekawszym punktem programu była "Eurogame". Gra, w której należało dobrać się w cztero-osobowe grupy. Zdumiewał fakt, iż na karcie konkursowej każde pytanie było w innym języku. Dobrze, że zespół tworzyły osoby różnych narodowości. Wiedza o Unii Europejskiej, przydatna podczas wymienionej gry, była doskonałym pretekstem do integracji młodzieży. Po świetnej zabawie udaliśmy się na kolację. W ten sposób dobiegła końca nasza niezapomniana przygoda w Europarlamencie. Farida i Gheeta ...I kino na deser
Ostatni rok obfitował w porządną dawkę dobrych, wysokobudżetowych produkcji kinowych. Warto było wydać resztkę kieszonkowego na odprężające popołudnie w otoczeniu największych hollywoodzkich gwiazd...


Odurzające ścieżki dźwiękowe Hansa Zimmera były wisienkami na torcie dwóch najlepszych filmów, jakie widziałam w tym roku. Pierwszy to „Sherlock Holmes”. Jego mocną stroną była właśnie niesamowita muzyka twórcy soundtracku „Piratów z Karaibów”, piękna scenografia i montaż, który nie zakłócał odbioru. Wraz z rozwojem akcji wkraczamy w najgłębsze zakamarki Londynu, śledząc próby rozwiązania zagadki. Aktorstwo na wysokim poziomie, widać duży wkład reżyserskiej ręki. Jak zwykle resztę obsady przyćmił czarujący Robert Downey Jr. w tytułowej roli, chociaż także partnerujący mu Jude Law zrobił na mnie duże wrażenie. Słabą stroną była niestety fabuła, która – z pozoru zawiła i logiczna – okazywała się po rozważeniu zbyt ugodowa i troszkę naciągana. Właśnie tu jest dobry punkt oparcia do wspomnienia o „Incepcji”. Film o wiele trudniejszy do strawienia, wymagający skupienia i uruchomienia mózgu. Zawiła fabuła nie pozwoliła mi ani na chwilę odwrócić głowy od ekranu, na którym, swoją drogą, wspaniale prezentował się Leonardo di Caprio i starająca się z nim zrównać Ellen Page (znana z „Juno”). Chociaż mi najbardziej zawrócił w głowie Joseph GordonLewitt. Znowu niesamowita muzyka i przede wszystkim zapierające dech w piersiach efekty specjalne (Oscar!). Tym, na czym się bardzo zawiodłam, była trzecia część „Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca Do Świtu” Harry'ego Gregsona Williamsa, autora soundtracków do dwóch poprzednich części, zastąpił jakiś nikomu nieznany domorosły muzyk, który stworzył taki chłam, iż miałam wrażenie, że film wypadłby lepiej, gdyby w ogóle nie było w nim muzyki. Zmienił się także reżyser, skutkiem czego fabuła filmu odbiega od fabuły książki i jest nieco bezsensowna, zaś ostatnim gwoździem do trumny stała się zmieniona obsada w polskim dubbingu. I o ile poprzednie części mogłam oglądać bez końca, trzecią wolałabym zapomnieć – nawet pomimo zgrabnej roli Bena Barnesa jako Księcia Kaspiana. Można by wymienić jeszcze sporo filmów, wobec których się przeliczyłam („Tron” - beznadzieja, „Jestem Numerem Cztery” - wyglądał raczej jak jakiś tani polski tasiemiec niż duża produkcja) oraz takich, które mnie zachwyciły („Jak zostać królem” - cztery Oscary robią swoje!, „Alicja w krainie Czarów” - genialna obsada i świetny dubbing), ale najważniejsze, że moja opinia o minionym roku jest jak najbardziej pozytywna – po takim kinie ma się wręcz ochotę rozwiązać jakąś zagadkę, przeżyć przygodę w hotelu pozbawionym grawitacji lub chociaż ocalić planetę przed najazdem kosmitów... Marysia RATUJMY SSAKI BAŁTYCKIE
W naszej szkole jest wiele indywidualności. Każdy ma swoje pasje, zainteresowania. Lecz nie jest to tylko taniec, muzyka czy nauka. Są wśród nas też osoby, które interesują się ekologią.


Jedną z nich jest Adrian Struski, uczeń klasy 2d,  który po szkole jest jednym z 40tu wolontariuszy WWF, pracujących w ramach projektu „Ssaki bałtyckie”. Przedsięwzięcie to ma na celu ochronę zagrożonych gatunków fok i morświnów zamieszkujących nasze morze. Byłam ciekawa, na czym dokładnie polega praca takiego wolontariusza, dlatego poprosiłam Adriana o rozmowę. REaD: Jak wygląda dzień członka Błękitnego Patrolu WWF? Adrian Struski: Każdy z wolontariuszy ma wytyczony odcinek od 10 do 15 kilometrów, który przynajmniej raz w tygodniu musi przebyć i sprawdzić, czy nie ma tam foki lub morświna, ogólnie czy wszystko jest w porządku. REaD: A jak to się stało, że zostałeś wolontariuszem? A.S.: Przypadkowo. Po prostu znalazłem informację w Internecie. Z zamiłowania jestem przyrodnikiem, brałem też udział w pieszych wycieczkach. Uznałem, że może to być ciekawa inicjatywa, a odległości nie są aż takie duże. Ponadto zaznajomienie się z gatunkami, które zamieszkują Bałtyk, też może być interesujące i jakoś tak się zaczęło. Jest to też zawsze pewna odskocznia od rzeczywistości, jakieś inne zajęcie. REaD: Czyli raz w tygodniu patrolujesz brzeg. Patrzysz, czy nie ma gdzieś fok, czy morświnów. Jeśli są  to robisz im zdjęcia i spisujesz raport. I to wszystko? A.S.: To jest działalność ludzi, którzy są rozstawieni na wybrzeżu. Oprócz tego mamy raz do roku szkolenia, w czasie których dowiadujemy się, jak działać, jeśli coś się wydarzy. Na przykład ostatnio uczyliśmy się, jak zachować się w razie wycieku ropy naftowej. Do tego fokarium na Helu prowadzi reprodukcję fok szarych. Młode, które rodzą się mniej więcej od połowy lutego do końca kwietnia, są na początku czerwca wypuszczane na wolność w Słowińskim Parku Narodowym. Mają doczepione nadajniki satelitarne, dzięki którym można oznaczyć miejsca, w których te zwierzęta najczęściej przebywają. W fokarium są również edukowani turyści. Dowiadują się przede wszystkim, że w razie spotkania foki, nie wolno się do niej zbliżać ani jej dotykać. Może ona boleśnie ugryźć, a z powodu odmiennej flory bakteryjnej zawartej w ślinie, rany mogą się ciężko goić. REaD: Czy podczas któregoś z patrolów spotkało cię coś interesującego? A.S.: Tutaj, w okolicy Kołobrzegu, fok się za bardzo nie spotyka. Jest tu zbyt duże natężenie ludzi. Udokumentowanych przypadków napotkania fok było kilka. Zdarzyło się też, że znaleziono martwą fokę przy



Kamiennym Szańcu. Był to ostatni tydzień przed wakacjami. Dostałem telefon z Warszawy, że jest foka w Kołobrzegu. Musiałem skontaktować się z kilkoma osobami, w takich wypadkach trzeba wykonać wiele telefonów naraz. Musiałem jednocześnie jakoś zerwać się z lekcji, co na szczęście się udało. Na miejscu czekała na mnie pani z Urzędu Morskiego, która została zawiadomiona o sprawie bodajże przez Zieleń Miejską, sprzątającą plażę. Trzeba było przetransportować fokę z wody na plażę. Udokumentowałem to,  spisałem też raport dla stacji morskiej. Spotkałem się też z ciekawą reakcją pani, która wpadła w histerię, ponieważ była przekonana, że foka została celowo podrzucona przez WWF. Musiałem jakoś ją uspokoić, co szczęśliwie się udało. Warto tu również podkreślić bierność służb sprzątających, ponieważ foka znajdowała się na plaży około 48 godzin w miejscu nasłonecznionym w obecności coraz większej ilości turystów. Na szczęście cała akcja zakończyła się bez większych komplikacji. REaD: Dziękuję Ci za rozmowę. Mam nadzieję, że informacje, które nam przekazałeś zainteresują naszych czytelników i wkrótce WWF dorobi się większej ilości wolontariuszy. A.S.: Dziękuję bardzo. tuptaczek Dla zainteresowanych więcej informacji o projekcie na stronach: ssakibaltyckie.wwf.pl oraz fokarium.pl TOP 7 2010
Rok 2010 mamy za sobą i pokładamy duże nadzieje w tym nowszym. We wszechobecnym futuryzmie i pośpiechu warto jednak na moment przystanąć i przyjrzeć się twórczości muzycznej sprzed roku.
SPOSTRZEŻENIA MUZYKOFILA REaD

Byliśmy świadkami (wie-lu z nas niestety nieświa-domie) wydania kilku świetnych krążków. Z tego, jak i z innych powodów, postanowiłem zrobić małe, zdecydowanie subiektywne zestawienie, opisując w skrócie najciekawsze albumy ostatniego roku. 7. Here We Go Magic – Pigeons Moje zestawienie otwiera amerykański indie rockowy zespół, który na swoim najnowszym albumie proponuje ciekawą mie-szankę rocka psycho-delicznego i elektrofolku, jednocześnie czerpiąc inspirację bezpośrednio z krautrocka, miksując to w lekkostrawne, dreamy-pop’owe melodie. Absolutnym faworytem jest utwór Collector, którego najlepszym określeniem jest chyba sama nazwa zespołu. 6. Sleepy Sun – Fever Kalifornijska formacja, która czerpie inspirację garściami z psychodelicznej muzyki lat 60, uwspółcześniając ją i tworząc zupełnie odrębny styl. Wolne tempo i ciężkie, gitarowe riffy przywodzą

REaD SPOSTRZEŻENIA MUZYKOFILA

na myśl stoner rock, a bluesowe przebiegi na harmonijce, czy spokojne ballady akustyczne z rozbudowanymi woka-lizami, jak np. ‘Rigamaroo’ to ukłon w stronę klasycznego, amerykań-skiego folku. 5. Massive Attack – Heligoland Trip hopowy zespół, którego raczej nie trzeba przedstawiać. Jest to pierwszy long play tejże grupy od 7 lat. Na nowym albumie udziela się wielu znakomitych muzyków, jak choćby Damon Albarn (Blur, Gorillaz). Mimo słabych momentów, jak np. monotonny ‘Atlas Air’ album jest najlepszym ich wydawnictwem od czasów słynnego ‘Mezzanine’, a numery, takie jak ‘Saturday Come Slow’, czy ‘Paradise Circus’ tworzą niesamowity klimat, idealny na deszczowe wieczory. 4. Anathema – We’re Here Because We’re Here Miejsce tuż za podium zajęła nowa płyta Ana-themy. Jest to niebanalne dzieło, przepełnione emo- cjami i uczuciami. Znacznym atutem tej płyty jest także jakość produkcji – a zajmował się nią nie byle kto, bo Steven Wilson z Porcupine Tree czy Blackfield. Polecam zwła-szcza fanom muzyki Pink Floyd, którzy są główną inspiracją dla Anathemy. 3. Arcade Fire – The Suburbs Najniższe miejsce na podium zajmuje trzeci long play kanadyjskiej grupy Arcade Fire, znanej ze swoich ‘orkiestralnych’ kompozycji. Na najnow-szym albumie usłyszymy sentymentalną opowieść o ‘przedmieściach’ i dzie-ciństwie, połączoną wyrafinowaną, eklektyczną muzyką, z której wręcz bije nostalgia za utraconymi latami. 2. Bonobo – Black Sands Jest to wyjątkowa płyta w jego twórczości – wyjątkowo stonowana, unikająca niepotrzebnych eksperymentów. Subtelne, emocjonalne tło w formie souljazzowych, typowo ‘Ninja Tune’owych brzmień znakomicie działa na wyobraźnię, tworząc w naszych głowach oniryczne wyobrażenia. Mocnym punktem jest także gościnny udział Andreyi Triany, z jej ciepłym, soulowym głosem, co w połączeniu z down-tempową muzyką Bonobo tworzy niepowtarzalną atmosferę. 1 The National – High Violet Piękny, melancholijny pejzaż – to najlepsze określenie tego, co możemy znaleźć na najnowszej płycie indie rockowej grupy The National. Doskonale dopracowane kompozycje, świetna produkcja i - co najważniejsze – niesa-mowity klimat składają się na jedną z najlepszych płyt w 2010 roku, a może i poargin="0" indent="0" leading="0"czki, ogólna kameralność i minimalizm formy, połączone z wewnętrzną dramaturgią tworzą ekspresjonistyczny obraz, pełen barw i nastrojów. P A Wiele jest dróg...
Nie ma wątpliwości, że muzyka ich uwielbia, oddała im się w całości. W nietuzinkowy sposób zawładnęli jej umysłem. Różne światy, jedna umiłowana pasja.
ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ REaD

Ona pochodzi z Ukrainy, on od najmłodszych lat mieszka w Polsce. Ukończenie szkół muzy-cznych jest dla niej istotnym etapem na drodze kształcenia muzycznego, dla niego priorytetem jest tworzenie muzyki według własnych odczuć i potrzeb. Erudyta z artystycznym nieładem na głowie, nieczerpiący korzyści materialnych ze swoich zainteresowań (poza częściami garderoby fanek) - oto cały Patryk Arkanów. Właścicielką bajecznego głosu, niezwykle sprawnych strun głosowych i dłoni, stale koncertującą w rodzinnym zespole jest Anastazja Studzińska. REaD: Jesteście wszechstronnymi artystami. Opowiedzcie czytelnikom o swoich zainteresowaniach. P.A: Przede wszystkim jestem basistą. Aktualnie udzielam się na tym instrumencie w trzech koło-brzeskich zespołach. Jednak poza gitarą basową zdążyłem także opanować parę innych instru-mentów, jak choćby perkusję, gitarę elektry-czną, klasyczną czy harmonijkę. Poza tym dużo czasu spędzam na tworzeniu muzyki w domo-wym zaciszu. Z zespołami na ogół tworzę mu-zykę rockową, z różnymi odchyłami od funk’u po cięższe gatunki, a dzięki tworzeniu w domu mam okazję sprawdzić się w np. muzyce elektronicznej. Muzyka jednak nie jest oczywiście jedyną moją pasją. Interesuje się także literaturą, jakkolwiek pompatyczne to brzmi. Uwielbiam zwłaszcza literaturę I połowy XX wieku. A.S: Moje zainteresowania są różnorodne. Oczy-wiście na pierwszym miejscu wypadałoby wy-mienić grę na skrzypcach, śpiew, kształcenie wokalu...a le jest jeszcze fotografia, motoryzacja. R: Jaki macie stosunek do swojej pasji? P.A.: Z każdym rokiem łapię coraz większy dystans do mojej pasji - przerażają mnie realia polskiej muzyki. Wystarczy włączyć na moment jakikolwiek kanał muzyczny, żeby przekonać się, że trudno jest osiągnąć status złotej płyty, nie tworząc muzyki niskolotnej, do której mam wyjątkowo silny wstręt. Oczywiście pozostaje jeszcze tzw. podziemie muzyczne i granie dla pasji. Jednak moim, jak zresztą pewnie każdego innego muzyka, marzeniem, często niestety niespełnionym, jest chęć utrzymywania się z muzyki i spełnienie się twórczo, co jest niestety w obecnych czasach trudne do wyko-nania. Mam jednak nadzieję, że będę mógł rozwijać się w tej materii jak najdłużej, ponie-waż jest to dla mnie element życia, który nadaje sens nudnej, szarej egzystencji. A.S: Pasja dla mnie to wszystko. To marzenia, cel w życiu, motywacja do rozwijania swoich możliwości, odkrywania w sobie nowych

REaD ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ

talentów. Pasja to coś, co nadaje kolorów życiu. Prawie codziennie występuję z rodzinnym zespołem. Gramy koncerty dla różnych ludzi, dajemy im radość. Dzięki niej za każdym razem przed wyjściem na scenę mam tremę i przej-muję się tym, by ludziom się podobało, by zaśpiewać jak najlepiej i włożyć w to całą moją duszę. R: Czy kiedykolwiek próbowaliście swoich sił w muzycznych konkursach? P.A: O konkursie Chopin Garage Band dowie-działem się na lekcji za sprawą mojej polonistki. Nie miałem wcześniej okazji brać udziału w tego rodzaju konkursie, więc doszedłem do wniosku, że może tym razem warto spróbować. A.S: Mój pierwszy konkurs gry na skrzypcach odbył sie w 2003 roku na Ukrainie. Był to kon-kurs wojewódzki. Uczestniczyłam w nim jako reprezentantka szkoły. Inicjatywa była moja, gdyż dwa lata wcześniej byłam jako widz na tym konkursie. Zainspirowała mnie gra uczestników, więc postanowiłam w ciągu następnych dwóch lat dobrze sie poduczyć. By dobrze sie przygo-tować i utrwalić program tata zorganizował w mojej wiosce mój solowy koncert. Stres towa-rzyszący odegraniu repertuaru przed publi-cznością spowodował, iż zajęłam pierwsze miejsce w konkursie. Dwa lata później wzięłam udział w tym samym wojewódzkim konkursie i dostałam wówczas Grand Prix, z czego do dziś jestem bardzo zadowolona. W Polsce także wzięłam udział w konkursie - w zeszłym roku w Stargardzie Szczecińskim. Niestety po dwule-tniej przerwie w intensywnym graniu na skrzyp-cach, otrzymałam tylko wyróżnienie. R: Czym, według Was, poruszyliście serca jury? P.A: Ciężko powiedzieć. Starałem się podejść do muzyki Chopina z nieco innej strony niż re-

ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ REaD

szta uczestników. Utwór, który został wyró-żniony, nazywa się ‘Chopin ambiwalentny’, więc być może jury spodobało się połączenie ekspe-rymentalnej muzyki elektronicznej z nastrojem, jaki tworzą jego utwory. Obawiałem się, że przy tak dużej konkurencji nie mam szans, także z góry zakładałem, że nie zdobędę żadnej na-grody. Werdykt jury był więc niemałym zasko-czeniem. A.S: Werdykt konkursu szczecińskiego był dla mnie zaskoczeniem. Nie byłam zbytnio przy-gotowana na występ. Myślę, że technika, którą wpajał mi tata, spowodowała, że udało mi się dobrze zagrać. Zagrałam jak najbardziej emo-cjonalnie. Podeszłam do występu pełna nadziei, aby uzyskać satysfakcję dla własnej duszy. Na sali była obecna moja mama, która zawsze mi kibicuje i podtrzymuje na duchu, więc nie mogłam podejść do tej sprawy lekkomyślnie. R: Którzy artyści wpłynęli na wykreowanie Waszego stylu muzycznego? P.A: Jest ich naprawdę wielu, zwłaszcza, że nie ograniczam się do tworzenia muzyki w jednym gatunku. Uwielbiam muzykę elektroniczną, ek-sperymentalny rock, jazz i masę innych gatun-ków, wśród których znajduje się wielu wykonaw-ców, którzy mają wielki wpływ na to, co tworzę. Jednak jeśli chodzi o muzykę, którą zrobiłem do konkursu, to na pewno muszę wymienić ta-kich muzyków, jak Aphex Twin, Boards of Cana-da, Thomas Newman, czy Ólafur Arnalds. A.S: Co do skrzypiec, to moim ulubionym artystą i wzorem do naśladowania jest tata. Ze świa-towych to L. Kogan, Perelmann oraz popularny wśród muzyków lubiących jazz -  Grappelli. W kwestii śpiewu przeważnie są to osoby z gór-nych półek, np. operowa śpiewaczka Anna Niet-rebko i znana wszystkim Celin Dion lub Lara Fabian. Od nich można się pouczyć śpiewności, mocy głosu i innych aspektów operowania głosem. R: Czy mieliście okazję występować przed szerokim gronem publiczności? Jakie uczucia temu towarzyszyły? P.A: Tak, i to wielokrotnie. Od prawie sześciu lat regularnie grywam w różnych zespołach, z któ-rymi miałem okazję często występować. Wielu ludzi odczuwa tremę podczas występów. U mnie to wygląda zupełnie odwrotnie – publiczność działa na mnie mobilizująco, przez co uwielbiam koncertować. Na ogół widownia jest dość liczna, a reakcje raczej entuzjastyczne, choć nie ma w ich reakcji nic szczególnego. A.S: Najliczniejsza publiczność, przed którą miałam przyjemność występować, liczyła około 300 osób. Na szczęście posiadam taką pewną „moc”. Potrafię sprawić, że te 300 osób pod ko-niec koncertu będzie klaskało na stojąco, krzy-czało „brawo” i prosiło o bis. Może to nie brzmi skromnie, ale stwierdzam tylko fakty. Po wystę-pie ludzie podchodzą, dziękują, pytają się, kiedy następny raz. Proszą nawet o wizytówki i intere-sują się, kiedy zobaczą mój występ w telewizji. R: Kończąc liceum, myślicie zapewne o przyszłości… P.A: Nie mam jeszcze konkretnych planów na przyszłość, jednak chciałbym, żeby była ona bardziej lub mniej połączona z muzyką. W naj-lepszym przypadku zakładam, że uda mi się spełnić jako muzyk, choćby sesyjny. Interesuje mnie także dziennikarstwo muzyczne, co jest na pewno jakąś alternatywą do aktywnego muzykowania. A.S: Myślę o różnych możliwościach. Oczywiście muzyka towarzyszy mi przez całe życie. Pasja jest zawsze człowiekowi potrzebna. Jeśli jej zabraknie, to już nigdy nie będę mogła nazywać siebie artystką. Farida i Gheeta Na zdjęciu (s.17) Patryk Arkanów Konkurs Kopernikański
Trudno mi zdefiniować Konkurs Kopernikański. Jedyne, co mi się z nim kojarzy i co najtrafniej go opisuje, to chyba zdanie: takie coś, z takim czymś, bez takiego czegoś.


To w sumie nieważne. Najbardziej przejmujący jest fakt, że dwie godziny zamiast w salach, można spędzić na auli. Zeszłorocznymi zwycięzca- mi byli uczniowie klasy II a, więc to oni organizowali tegoroczny konkurs. Datę ustalono na 08.02.2011, dlatego wszyscy „zaproszeni” punktualnie po szóstej lekcji stawili się pod szkolną aulą. Konkurencje, które zostały przewidziane w tym dniu, to  taniec, scenka tematyczna, układ w stylu i do piosenki wybranej przez drugiego humana. Z lekkim poślizgiem, ale w końcu rozpoczął się Konkurs Kopernikański. Na początku przedstawiono jury: Lydia Cosy, uczennica klasy II a, pani prof. Monika Dziewit-Łochocka, pani prof. Elżbieta Kazimierska, pan prof. Marek Muciek. Pierwsza runda: taniec. Zasady: wybrana osoba z każdej klasy miała na scenie prezentować swoje umiejętności taneczne. Był jednak mały haczyk, mianowicie wszyscy występujący dostawali partnera, w dodatku nie zawsze był to człowiek. Pomysł był bardzo dobry. Za każdym kolejnym



występem wybuchały coraz głośniejsze salwy śmiechu. Milkły one, gdy tylko do głosu dochodziło uczniowskie jury utworzone na kształt tego z programu "You can dance". Kopie Michała Piróga, Austina Egurroli i Anny Muchy sypały żartami z rękawa niczym Karol Strasburger. Na szczęście to nie zepsuło za bardzo całokształtu tej części konkursu. Pomiędzy poszczególnymi występami pierwszaków human popisał się swoimi talentami aktorskimi. Nie były one zbyt udane, dlatego lepiej zostawić je bez komentarza. Runda druga: scenki. Zasady: każda klasa musiała ułożyć scenkę na temat podany przez organizatorów. Było tylko jedno "ale": podczas występu młodszym kolegom mogli przeszkadzać uczniowie z II a. Trzeba przyznać, że humaniści popisali się pomysłowością przy wymyślaniu tematów. Na auli można było zobaczyć armię bakłażanów, wziąć udział w lekcji chemii lub dowiedzieć się, jak Kopernik pomaga spełniać marzenia w dziedzinie miłości. Nie wszystkie pokazy były na wysokim poziomie. Chyba najbardziej podobał się wszystkim moment, gdy podczas monologu jednego z lingwistów kurtyna została zasunięta. Kolejna konkurencja: taniec , part 2. Zasady: do muzyki wcześniej przydzielonej trzeba było wymyślić układ taneczny. Przykładowe propozycje? Balet do piosenki zespołu Iron Maiden, Breakdance przy akompaniamencie Celine Dion, salsa w rytmie Justina Bibera. Niestety, przy tej konkurencji zaczęły się problemy spowodowane skróceniem konkursu. Ucinano piosenki w połowie, wzburzeni „tancerze” protestowali, ale na niewiele się to zdawało .  Później sprawy zaczęły przybierać coraz gorszy obrót. Mimo usilnych starań całej klasy II a, konkurs zakończył się klapą. Próbowano zorganizować jeszcze konkurs wiedzy o szkole i szukanie różnych osób w budynku naszego LO,  ale przyniosło to efekt odwrotny do za -mierzonego. Znudzeni uczestnicy coraz bardziej domagali się zakończenia konkursu. Ostatecznie zrezygnowani drugoklasiści ogłosili wyniki. Pierwsze miejsce zajęła klasa Ie i to ona w przyszłym roku będzie organizowała Konkurs Kopernikański. Z całego serca życzę im powodzenia. Może im się przydać ... Monika Niezły zalew kopernikański
Tego pamiętnego popołudnia byłam święcie przekonana, iż nikt ani nic nie jest w stanie zmącić iście wigilijnej atmosfery.


Jednak los zapragnął po raz kolejny ukazać swój fatalizm, a dokładniej wrzucił mnie w nie byle jakie bagno po kolana, a nawet po pas. Za oknami kołobrzeskiej szkoły panował niecodzienny syberyjski klimat, całe szczęście wewnątrz emanowało ciepłem bogato przystrojone świąteczne drzewko. W mojej głowie zagościła na dobre i nie miała zamiaru się wynosić lista przebojów: poczynając od tradycyjnych kolęd, po komercyjne, aczkolwiek niezbędne „Jingle Bells”. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy czekając samotnie na ludzi z grupy dziennikarskiej, usłyszałam przerażające, początkowo delikatne tony, przypominające te,  które wydaje umiłowana mara senna. W miarę narastania natężenia dźwięków, a wraz z nimi mojego cykora, postanowiłam stanąć twarzą w twarz z moim wrogiem. Źródłem, z którego biła rzeka terroru, okazały się drzwi na parterze. Momentem agonalnym był wielki wybuch, podobny do tego z powstania Wszechświata, w wyniku którego hol opanowała klęska powodzi. Przez mój niczym nie zmącony umysł przemknęła myśl: „ale… ale ja nie umiem pływać!” Kojące okazały się obserwacje, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie grozi mi nic złego, no może poza przemoczeniem butów. Skoro opanowałam już sytuację w mojej głowie, nadeszła pora działania. Próby otworzenia monumentalnych wrót, za którymi znajdowała się przyczyna przecieku, spaliły na panewce. Pozostało mi szukanie pomocy dalej. Jak na złość w szkole nie było nawet żywiutkiego ducha. Odwolałam się do środków rdziej radykalnych. Wzięłam w rękę telefon komórkowy i zadzwoniłam po straż pożarną! Chwilę trwało, zanim wytłumaczyłam panu dyspozytorowi, że wzywam straż do powodzi, a nie do gaszenia ognia. "Wszak to też żywioł" - argumentowałam, widać mało przekonywująco, bo w słuchawce dało się słyszeć w odpowiedzi: "Dzwonić w razie poważniejszych kłopotów". Gdy tylko zrezygnowana opadłam na "zielone", zza rogu wyłonił się hipersupermegacień, przypominający łychę koparki. Moim oczom ukazała się pani sprzątająca, z wcale niekolosalną szufelką, którą usiłowała zebrać wodę z mniejszym lub większym skutkiem. W tym miejscu nieprawdopodobne lęki ustąpiły miejsca nieodpartemu atakowi śmiechu, który wzrastał wprost propocjonalnie do heroicznych wysiłków tejże pani. Podczas gdy ta chwytała się wszelkich sposobów mających zapobiec przeobrażeniu się korytarzy szkolnych w nieckę basenową, ja z wolna przekonywałam się o wybujałości mojej wyobraźni. Znów do działania przywróciła mnie konstatacja, że tamowanie wody nie przynosi wymiernych efektów, a wypada ratować dobytek naszych szatni. Ostatecznie pomogło zakręcenie zaworu, a usuwanie skutków zalania zajęło nieco czasu. Mi pozostała refleksja, że pęknięta rura może wzbudzić w człowieku najgorsze wyobrażenia. A może jednak "Kopernik" jest pełen nieodkrytych tajemnic? Farida Studniówkowe wariacje
Kiedy ktoś wpadł na pomysł, żeby zorganizować studniówkę i dlaczego wybrał akurat datę na sto dni przed maturą, tego nawet najstarsi górale nie wiedzą.


Faktem jednak pozostaje, że studniówka w liceach jest i ma się dobrze. Myślimy o niej już od pierwszych dni września, kiedy trzeba zdecydować się na salę, kamerzystę, fotografa. W tym roku organizacja była bardzo burzliwa. Fakty przechodziły metamorfozę w błyskawicznym tempie. W szkole, czy poza szkołą? Po wielu głosowaniach i debatach padło na hotel "Marine". Następna kwestia. Czy szukać kamerzysty? Ponoć ma być jeden dla wszystkich. Nagle okazuje się, że to bajka, informacje nieprawdziwe. Na gwałt szukać kamerzysty. Jakoś się udaje. Mijają dni. Okazuje się, że mamy zaproszenia z cudownym napisem: studniuffka. Kto go wymyślił? Nie wiadomo, ale przeciwników mnoży się coraz więcej. Nagle pojawiają się głosy: sala jest za mała. Orkiestra jest nie taka. Ze wszystkich stron tylko nie, nie, nie. I jak tu organizować imprezę dla trzystu osób, gdzie każdy chce wyrazić swoje zdanie i jeszcze to zdanie przeforsować? Szczerze współczuję zaangażowanym. Ja na szczęście wyszłam z założenia, że te wszystkie szczegóły tak naprawdę nie są ważne, bo liczy się dobra zabawa. W końcu studniówka to jedna z ostatnich okazji, by spędzić wesoło czas ze swoją klasą. Ostatnia chwila przed maturą, gdy można rzucić w kąt książki i zwyczajnie się odprężyć. Niestety, żyjemy w czasach, gdy nie można sobie tak po prostu pójść na studniówkę i się na niej pobawić. Tu trzeba wszystko dokładnie przemyśleć i idealnie się przygotować. Mówię tu głównie z punktu widzenia dziewczyn, choć i chłopaki mogą mieć trudności choćby z dopasowaniem koszuli czy krawatu do sukienki partnerki. Jednak dziewczyny... pobijają wszelkie rekordy. Muszą pomyśleć o tylu rzeczach. Fryzjer, kosmetyczka, kreacja, buty, pończochy, podwiązka, bielizna, paznokcie, torebka. Komplikacjom nie ma końca, bo kiedy odnajduję już fryzjerkę i kosmetyczkę, zdaję sobie sprawę, że zabawa jest w sobotę o 19, a obie panie pracują do godziny 14. I jak tu wytrzymać w gotowej formie tyle czasu, żeby nic nie zepsuć i jeszcze z głodu nie umrzeć? Oczywiście do wszystkiego dochodzą próby poloneza. Wynajmujemy kogoś, czy dajemy radę sami? Bierzemy „Pana Tadeusza”, czy będziemy oryginalni? Kiedy będziemy trenować? Jeśli puścimy muzykę głośniej, zaraz pojawia się nauczyciel w postaci potwora zabraniający nam tańczyć. Gdy ściszamy, nie chcąc narazić się potworowi, nic nie słyszymy i tańczymy nierówno. Piszemy sprawdzian i już słyszymy pierwsze takty. Nasz nauczyciel nie chce się zmienić w potwora – piszemy przy muzyce. Tyle krzyku, a potem kilka godzin i po wszystkim. Choć i teraz nie wszystkie krzyki ustają. W końcu dla jednej osoby było za ciasno,



dla innej za gorąco. Komuś nie smakowało główne danie, kto inny nie był zadowolony z muzyki. Wreszcie słychać głosy, że sala była źle ustrojona. Potem okazuje się, że zdjęcia nie takie, bo mnie mało, albo mi się świeci twarz. Czy nie możemy skupić się po prostu na samej istocie studniówki? Czy musimy wciąż kwękać, że coś nam nie pasowało? I pomyśleć, że kiedyś dziewczyny ubierały się w białe bluzki i czarne spódnice, jakoś same się czesały w ogonki czy warkocze, nawet nie myślały o tym, żeby się malować, a bawiły się równie dobrze, a może nawet lepiej niż my. Oni mają kilka zdjęć, na których jak wyszli, tak wyszli. My mamy kilka setek i narzekamy, że tańcząc zrobiliśmy głupią minę. Tych różnic jest wiele i ze smutkiem myślę, że z biegiem czasu będzie ich coraz więcej. Bo każdy będzie chciał mieć jeszcze lepszą fryzurę i sukienkę. Jeszcze wykwintniejsze jedzenie i jeszcze bardziej kozackiego poloneza. Jednak, co mnie pociesza, to fakt, że w konsekwencji i tak zostanie nam to,  co najważniejsze – wspomnienie dobrej zabawy, we wspaniałym gronie. tuptaczek Zero ściemy
Spora część Polaków przyzwyczaiła się do osiągania ogromnych zysków przy nakładzie minimalnego wysiłku. W końcu dla większości bezczynność nie musi być wyczerpująca.


Jednym z dowodów na istnienie w sercach męskich wrażliwości, może być ofiarowywanie przedstawicielkom płci pięknej upominków. Ten mały gest oddaje kwintesencję ich kobiecości. Podobnie w tym roku, ósmego marca, każda z nas otrzymała mniej lub bardziej udany prezent. Zazwyczaj były to symboliczne wiązanki kwiatów. Radość z nich byłaby jeszcze większa, gdyby nie fakt, iż zdobiły nasze mieszkania tylko przez krótki czas. Następnego dnia nadawały się jedynie do przystrojenia koszy na śmieci. Co się z nimi stało? Która kwiaciarnia oferuje kupują- jącym tak nietrwały towar? W tym momencie przypomniałam sobie o wszechobecnych stoi- skach, okupujących całe miasto od wczesnych godzin porannych. A przecież kwiaty stojące w niekorzystnych warunkach atmosferycznych, nie nadają się do sprzedawania. Niestety, tylko nieliczni stwierdzili podobnie jak ja. Postanowi-łam więc przyjrzeć się bliżej domniemanym handlarzom ulicznym. Przede wszystkim ciekawi mnie kwestia wygórowanych cen, które narzucili. Za zmar-zniętego tulipana musieliśmy zapłacić ponad 0,5 zł,  a za czerwoną różę nawet 4 zł więcej niż w tradycyjnych kwiaciarniach. Zatem dlaczego jednodniowe stoiska cieszyły się tak dużym po-wodzeniem? Jest to ewidentnym wynikiem wprowadzenia ludzi w błąd, a nawet wyra-chowanym oszustwem. Jestem święcie prze - konana, że gdyby każdy z nas sprawdził wcześniej oferowane ceny, z pewnością wybrałby zakupy w odpowiednim do tego miejscu. Z wyselekcjonowanymi przez handlarzy punktami wiąże się kolejna dręcząca kwestia. Wykorzystali oni strategiczne lokalizacje, w których można spotkać się z największym zainteresowaniem kupujących. Odważyli się stanąć pod znanymi marketami, szkołami, a nawet pod jedną z kwiaciarń, co mocno zbulwersowało nie tylko właścicieli. Czy rzeczywiście posiadali oni pozwolenie na handel w tych miejscach? Kto mógł przychylić się do tego naruszenia etyki? Zajmuje mnie również niejasna kwestia rzeczywistego zatrudnienia pracowników. Podczas gdy właściciele kwiaciarń ponoszą olbrzymie koszty utrzymania nie tylko samego sklepu, który musi być stale zaopatrzony w różnorodny towar, ale także zaangażowania pracownika, samozwańczy jednodniowi handlarze dorabiają się szybko i bezboleśnie, nawet nie zadając sobie trudu wzbogacenia oferty o inne, niż najlepiej sprzedające się tulipany i róże, kwiaty. Odpowiedź na całą masę wątpliwości pozostawiłam odpowiednim instytucjom. Ale pomimo ogromnych nadziei pokładanych w rzetelności i dobrych intencjach mediów miejskich, mających lepsze narzędzia w



dociekaniu prawdy, bardzo się rozczarowałam. Mój apel nie doczekał się żadnej odpowiedzi, a sprawa stoisk została tylko pozornie wzięta pod lupę. W trakcie swojego śledztwa czwarta władza skupiła się jedynie na kwestii posiadanych przez „kwiaciarzy” pozwoleń. Mogę jedynie przypuszczać, iż nie byliby zdolni do żadnej odezwy, gdyby nie telefony wzburzonych właścicieli kwiaciarń. Mini dochodzenie prasy wykazało, że sprzedawcy kwiatów posiadali dokumenty wydane przez zarządców dróg. A jedynie zaśmiecenia wokół punktów sprzedaży zaniepokoiły miasto. Dla mnie przykry jest fakt, że media nie podjęły głębszej dyskusji w tej kwestii. Nie poruszyły kluczowych aspektów niejasnego handlu. Może przyczyną bagatelizowania mojego apelu jest mój młody wiek oraz brak doświadczenia? A przecież mój głos jest jednym z wielu w tej sprawie, więc wygląda to na ignorowanie sprzeciwu ogółu. Przy tak miłej okazji, jaką jest Dzień Kobiet, zaczęłam poważnie zastawiać się nad kwestią inwestowania i rozwoju. Wszyscy młodzi kołobrzeżanie zgodnie przyznajemy, że stanowimy filar naszej wspólnoty. Pragniemy w przyszłości założyć działalność przynoszącą korzyści całemu miastu, bądź zabrać głos w pilnej sprawie. Ważna jest dla nas możliwość ekspansji gospodarczej i kulturowej. Bez wątpienia nie pozostaniemy obojętni na nieuczciwe działania. Z głęboką nadzieją patrzę na następne dni, przynoszące celebrację, przykładowo Dnia Matki. Liczę, że nieuczciwa konkurencja nie wpłynie na moje i wasze przyszłe interesy. Farida Bufetowa "magia" „Dawno, dawno temu, za górami i Morzem Bałtyckim był sobie bufet w I LO w Kołobrzegu, a razem z nim „fajne” stoły i krzesła. Jednak do szkoły przybyła niecna młodzież (rocznik '94) i zakłóciła harmonię życia liceum . . . „ Tak mogłaby się zacząć bajka opowiadana dzieciom do snu, niestety nie skończyłaby się szczęśliwie. Powodem masowego pesymizmu stał się brak wspaniałych, dużych, uwielbianych przez uczniów stołów i wygodnych krzeseł w bufecie. I czymże jest teraz spożywanie buły z parówą bez poczucia ciepła „bufetowego ogniska”? Odpowiedź jest oczywista: jest niczym buła bez parówy! A przecież o niekwestio-nowanych walorach takiego połącze-nia kulinarnego według autorskiego przepisu naszej pani bufetowej już kiedyś się rozpisywaliśmy. Według oficjalnych doniesień głównym powodem takiej kolei rzeczy są pierwszaki, które niedługo po przybyciu do szkoły zbezcześciły aurę Aktywniejsza m ł o d z i e ż !
Ostatnio coraz bardziej narzekamy na to, że w naszym mieście nic ciekawego się nie dzieje. Jednak często sami nie wiemy o przygotowywanych imprezach czy powstających organizacjach.


bufetowego spokoju. Ich poczynania pociągnęły za sobą lawinę nieprzyjemności. Przyzwyczajeni do bufetowego luksusu II i III klasiści zostali oblani kubłem zimnej wody. Ponura rzeczywistość spadła na nich jak grom z jasnego nieba, „bufetowe ognisko” zostało ugaszone, a dotychczasowy sielski klimat zburzony przez ustawienie brzydkich, zimnych, szkolnych krzeseł i stolików (o walorze estetycznym już nie wspomnę!). Zatem na koniec zadajmy sobie pytanie: czy rzeczywiście potrzebne były akcje z lipnymi podpisami i połamanymi krzesłami? Wszak nasza bezmyślność doprowadziła nas do bez… bufetowości! Mickey i Mouse Dobrym dowodem na to jest Federacja Młodych Socjaldemokratów. „FMS kołobrzeski powstał całkiem niedawno i już ma na swoim koncie parę udanych akcji, a chcemy zrobić jeszcze więcej”, tłumaczy przewodniczący, Dennis Warcholak. Pierwsza z akcji dotyczyła białogardzkiego Domu Dziecka (zdjęcie), w którym członkowie FMSu spędzali wspólnie z dziećmi czas na różnych zabawach, nie zapominając przy tym o upominkach. Druga natomiast miała na celu promowanie oddawania krwi wśród młodych ludzi i podkreślanie jej ogromnego znaczenia. „Najprościej mówiąc: krew ratuje ludzkie życie”, mówi jeden z członków grupy. Na dowód tego Socjaldemokraci sami wybrali się do punktu krwiodawstwa i tym samym stali się dawcami. „Według nas obie akcje zostały przyjęte przez większość osób bardzo pozytywnie” – stwierdzają jednomyślnie. Jednak z zaufanego źródła wiem, że nie obyło się bez demonstracji „kultury” niektórych kołobrzeżan, którzy nazywają Socjaldemokratów „komunistami”, „czerwonymi pająkami” oraz wieloma innymi epitetami. Największą uwagę przyciągnęła ostatnia z ich akcji, która zarazem wywołała wiele



kontrowersji. Odbyła się ona 14. lutego pod hasłem „Bezpieczne Walentynki”. Członkowie organizacji w dość nietypowy sposób chcieli zwrócić uwagę na to, że, mimo ciągłego rozwoju społeczeństw, młodzi ludzie nadal nie stosują zabezpieczeń podczas stosunków płciowych, ryzykując tym samym zdrowie swoje i swojego partnera. Rozdawali w tym celu ‘paczuszki’ zawierające prezerwatywę i krótką informację o korzyściach związanych z ich stosowaniem. Zaskoczenie ludzi było ogromne, jednak w większości na ich twarzach występował uśmiech. „ Chcemy m.in., żeby było jak najmniej przypadków, gdy dzieci mają dzieci. Szkoda, że w XXI wieku nie potrafi się rozmawiać z młodzieżą o seksie i antykoncepcji”, wypowiada się Kasia Pomes. Oczywiście trzeba dodać, że jest to przede wszystkim organizacja, która rozwija się w kierunkach politycznych i nie można zapominać, że jest ona powiązana z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. ”Bardzo chętnie przyjmiemy również osoby, które popierają inne ugrupowania polityczne, a chcą walczyć o własne idee i pokazać, że młodzi ludzie też zauważają problemy XXI wieku”, zachęcają członkowie. „Wszystkich, którzy mają jakieś pomysły na kolejne ciekawe akcje, bądź są zainteresowani wstąpieniem w nasze szeregi, zapraszamy w każdą środę o 16 do biura przy ulicy Granicznej 6. Można również kontaktować się z nami bezpośrednio przez profil na Facebooku.” W Kołobrzegu coraz więcej młodzieży zaczyna działać i pokazywać, że potrafi coś więcej niż siedzieć pod blokiem. Powstaje pytanie jednak, czy warto w jakikolwiek sposób angażować się w życie społeczne, jeżeli najczęściej spotykamy się z destruktywną krytyką? FMS to tylko jeden z przykładów możliwości rozwoju. Tak samo dobrze można udzielać się w grupie tanecznej, wokalnej czy uczęszczać na coraz popularniejszy fitness. A co ty robisz w „środowe popołudnie”? ;) Guulek Zbrodnicze przypadki panny Ż.  cz.IV

OPOWIEŚCI DZIWNEJ TREŚCI REaD

DZIŚ - Robert! Co ty tam tak długo robisz?! Mamy coś do załatwienia, pamiętasz? - Tak, tak! Jeszcze momencik! Robert wprost nie mógł uwierzyć w to, co właśnie robił. Podstępem wszedł do łazienki swojej najlepszej przyjaciółki i myszkował. Oto, co robił. Grzebał w rzeczach Żanety, by potwierdzić lub obalić podejrzenia, że to ona zabiła te dwie, niewinne dziewczyny. Szukał pilniczka. Jego odnalezienie ostatecznie uniewinniałoby Żanetę. W końcu narzędzie zbrodni zostało zabezpieczone przez policję. Niestety, poszukiwania nie szły Robertowi najlepiej. Przekopał szafki, kosmetyczki i nie mógł znaleźć nic, co by pilniczek przypominało, a co dopiero nim było. Tak bardzo pragnął go znaleźć. Móc wziąć go do ręki i raz na zawsze odpędzić podejrzenia, żeby wszystko mogło być jak dawniej. Jednak czas się kończył, a upragnionego przedmiotu nigdzie nie było. Żaneta coraz natarczywiej uderzała o drzwi łazienki. W końcu musiał się poddać. Westchnął, poukładał wszystko tak, jak było, a potem spuścił wodę i wyszedł na spotkanie z domniemaną morderczynią. Mimo że brak pilniczka tak naprawdę niczego nie dowodził, Robert był złamany. Tak bardzo wierzył, że od razu znajdzie dowód niewinności przyjaciółki i będzie mógł zapomnieć o całej sprawie. Teraz musiał grać przed swoją opiekunką i przewodniczką, a to wszystko przez tego okropnego porucznika Kwacza, który zasiał w jego ufnym sercu ziarno niepewności. „Szukaj

REaD OPOWIEŚCI DZIWNEJ TREŚCI

pilniczka, a wszystko stanie się jasne.” WCZEŚNIEJ, TEGO SAMEGO DNIA - Hej, młody! Robert, tak? Robert zatrzymał się i rozejrzał wokół. Na murku oddzielającym teren szkoły od reszty świata siedział młody mężczyzna, w szarym, znoszonym płaszczu. Robert niechętnie podszedł do niego, miał mieć wkrótce pilne spotkanie z Żanetą. Mężczyzna poklepał murek tuż obok siebie, dając chłopakowi do zrozumienia, żeby usiadł, a potem wyciągnął do niego dłoń. - Porucznik Kwacz, wydział zabójstw. -  Robert niepewnie uścisnął dłoń. - Wydział zabójstw? Dlaczego chce pan rozmawiać, właśnie ze mną? - Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci Barbary Maliny i Aliny Kędyś. Wszystkie tropy kierują mnie tutaj. Mam do ciebie kilka pytań. - Ja nic nie wiem. Nie mogę panu pomóc.    Robert chciał podnieść się z murka, jednak porucznik przytrzymał go za ramię. - Spokojnie. Jeszcze nie znasz moich pytań. Chciałbym porozmawiać o twojej koleżance, Żanecie. Jesteście blisko, tak? - Jesteśmy przyjaciółmi. Po co pan o nią pyta? Ona nie ma z tym wszystkim nic wspólnego. - Sądzę, że może ją łączyć z tymi sprawami całkiem sporo. Twoja przyjaciółka jest naszym głównym podejrzanym. - Myślicie, że to ona? To kłamstwo! Ona nigdy nikogo by nie skrzywdziła! - Tak, rozumiem, że tak mówisz, lecz tylko ona miała motyw. Wprawdzie jest on nieprawdopodobny, któż by zabijał, by dostać stanowisko przewodniczącego szkoły, czyż nie? Jednak ona łączy te sprawy i dlatego chcę cię zapytać, czy ostatnio dziwnie się nie zachowywała. Była drażliwa? Zmieniała temat, gdy wspominałeś o śmierci którejś z dziewczyn? Robert milczał. To było nieprawdopodobne, ale słowa porucznika sprawiały, że zaczynał przypominać sobie wiele faktów. Wszystko zaczęło układać mu się w całość. Szczególnie te dziwne rzeczy, które robił dla Żanety przed śmiercią Basi. Kradzież telefonu jej chłopaka, zaprowadzenie Żanety do zakładu ojca, który tak bardzo chciała obejrzeć, a po kilku minutach już jej tam nie było. To były tylko poszlaki, lecz zrobiły swoje. Robert zaczął rozważać wszystkie za i przeciw i teraz już musiał dowiedzieć się prawdy. Jakakolwiek by ona nie była. Spojrzał przerażonym wzrokiem na porucznika. Ten uśmiechnął się lekko. - Tak, jak myślałem. Wiele na nią wskazuje, prawda? Jednak mamy mały problem. Ona jest dobra i prócz poszlak nie mamy na nią nic. Wiesz, teraz żeby kogoś wsadzić, trzeba mieć DNA, odciski palców, albo chociaż jakiegoś świadka... Dlatego potrzebuję twojej pomocy. - Nie zrobię nic, dopóki nie będę mieć pewności. cdn. tuptaczek Klasyczna skolioza generacji

REaD

Liceum to taki okres, w którym wchodzimy prawnie w dorosłość. Jednak, czy to cokolwiek znaczy? Czy to zmienia w naszym życiu coś więcej oprócz możliwości posiadania prawa jazdy i legalnego alkoholu? Kiedy tak naprawdę zaczyna się dorosłość? Odpowiedź na to pytanie, to jedno z tych uniwersalnych haseł pasujących do rożnych sytuacji. Mianowicie, to zależy od osoby. Bo przecież każdy z nas dojrzewa inaczej. Jedni wcześniej, drudzy później. Niektórzy nigdy. U każdego z nas ewentualna dorosłość też objawi się inaczej. Czy to będzie przygotowanie obiadu, czy sumienne podejście do nauki, a może uczciwa praca w grupie? Przyjrzyjmy się temu bliżej. Skłaniano nas lub zmuszano do pracy w grupie od podstawówki, a może i przedszkola. Prawdopodobnie u wię-kszości wyglądało to tak: jedna lub, jeśli się miało szczęście, dwie osoby, angażowały się w prawidłowe przygoto-wanie pracy. Starały się rozdzielić zadania, na siebie biorąc przygo-towanie największej ilości informacji oraz przedstawienie ich klasie, reszcie pozostawiając narysowanie czegoś na plakacie lub, co częstsze, tego plakatu trzymanie. Czasem lider miewał do reszty pretensje, uczucie żalu, choć przecież, nikt mu nie kazał się wszystkim zajmować. Mógł, tak jak inni, usiąść i czekać, aż ktoś go wyręczy. A jednak brał się do pracy i wytężał wszystkie siły, by wypaść jak najlepiej, a na koniec potwierdzał, że praca jest dziełem całej grupy. Skąd więc ten żal? Odpowiedź jest stosun-kowo prosta. Każdy wymaga od innych tyle samo, ile od siebie samego. Jeśli jest osobą obowiązkową, która przejmuje się przydzie-lonym zadaniem, to od swych współpracowników oczekuje choć cienia



zainteresowania, odrobiny pomocy. A jeśli ktoś zobowiąże się, że coś zrobi, to z pewnością lider będzie wymagał wypeł-nienia obietnicy. Zaostrza się problem w sytuacji, gdy grupa sama zgłosi się do pewnej inicja-tywy, a wyłoni się lider i ci, którzy bez wysiłku usiłują zaistnieć. Od dobrowolnej grupy można wymagać więcej. Narzuca się uczestnikom projektu terminy, nadprogra-mowe zadania. Czeka się na wyniki z ufno-ścią, że każdy z radością wszystko wykona na czas. A tu miesiąc po terminie. Tydzień goni tydzień, a oni wciąż karmią lidera wy-mówkami. „Nie mam czasu” - jest to wy-mówka wyrażająca wszystko: niechęć, brak entuzjazmu, zmęczenie materiału, topór nad głową. Słysząc tę i inne, lider podejmuje działania. Prosi, krzyczy, miesza z błotem, grozi, wzbudza wyrzuty sumie-nia. Na darmo. Dobrowolnej grupy do niczego zmusić nie można. Wszystko zrobi wtedy, kiedy sama będzie chciała i siły na to nie ma. Pojawia się tu ponow-nie pytanie o dojrzałość. Czy jest w Tobie, gdy podejmujesz się wykonania zadania, a potem je zbywasz i brak ci odwagi, by przyznać się do winy, czy poprosić o pomoc? Dorosłości tu nie ma i nie będzie nigdy. Bo nawet gdy już będziemy umieli praco-wać na czas, to nie będzie to wynikało z naszej dobrej nieprzymuszonej woli, a ze smutnej potrzeby posiadania środków do życia, które przychodzą tylko za prawdziwą, bądź udawaną odpowiedzialność. tuptaczek







Między dojrzałością a perfekcjonizmem

GUMOWE UCHO MIRKI REaD

Wiek to całkiem dziwna rzecz. Mam już prawie osiemnaście lat, a czuję się najwyżej na piętnaście. No  może piętnaście i pół. Rodzice często mi mówią „ale jesteś niepoważna!”, nauczyciele „zajmij się obowiązkami”, a redaktor naczelna „jesteś nieodpowiedzialna! Termin minął już dawno!”. I wszyscy mają rację, choć usilnie staram się tego nie przyznawać. Kilka dni temu jechałam autobusem, myśląc właśnie o nienapisanym artykule. Dokładniej mówiąc, starałam się o nim nie myśleć i ze- pchnąć świadomość o nim jak najgłębiej. Z nudów zaczęłam się przysłuchiwać rozmowie obok (przyznacie chyba, że było to usprawiedliwione działanie!). Moimi ofiarami… to znaczy… hmmm… osobami rozmawiającymi, rzecz jasna, były dwie osoby, chłopak i dziewczyna. Chłopak widocznie był spokojniejszy, patrzył na swą rozmówczynię znad okularów. Ona natomiast czuła się trochę nieswojo. Mówili cicho, więc przez zupełny przypadek słuch mi się nieco wytężył.   - Kiedy to w końcu namalu- jesz? –dopytywał się natarczywie okularnik. – Miało być gotowe na moje urodziny!   - No wiem… - bąknęła dziewczyna, nerwowo bawiąc się kosmykiem włosów. – Po prostu nie mam ostatnio czasu… - A na czytanie jakiś głupot to masz czas! Dziewczyna wyraźnie walczyła z chęcią uśmiechnięcia się. Niestety, walkę przegrała. - To nie jest śmieszne! – zdenerwował się chłopak. – Jesteś kompletnie nieodpowiedzialna! Co to za problem, siąść i nary-sować? Ona jednak śmiała się, bezskutecznie próbując powstrzymać swą reakcję.   - Prze… przepraszam… Nie… mogę… się… opa… nować – mówiła, spazmatycznie łapiąc oddech. Rozumiem ją – w chwilach stresu też często włącza mi się taki histeryczny śmiech. Wyraźnie zirytowany współrozmówca odwrócił się

REaD

do okna. Po chwili dziewczyna uspokoiła się. Zapadła cisza. Znudzona zaczęłam wpatrywać się w przesuwający się krajobraz, pewna, że nic więcej się nie wydarzy. Myliłam się jednak – po kilku minutach wrócili do rozmowy na zupełnie inny temat. -  …więc zaraz po przyjściu – mówiła z ożywieniem – muszę koniecznie, koniecznie obejrzeć ten film! Mój przystanek. Wysiadłam. Uszy paliły mnie jak nigdy przedtem. Zrozumiałam, że zachowuję się tak samo – odkładam różne rzeczy na później, a gdy ktoś mnie upomina, zbywam go. Zawsze znajduje się coś ważniejszego, fajniejszego, łatwiejszego. Czy tylko ja tak mam? Pewnie nie, ale to nie jest żadne usprawie- dliwienie – są w końcu ludzie, którzy robią wszystko na czas. Na swoją obronę mogę tylko podać to, że nie da się pisać, nie mając weny ani pomysłu. Bo wtedy wychodzą rzeczy niedoskonałe, a ja wolę się narazić na miesięczną zwłokę, krzyki i złość, ale mieć pewność, że moja praca jest dobra. Bo w gruncie rzeczy, to też jest pewna oznaka dojrzałości. Ach, gdyby udało mi się połączyć jedno z drugim! Zawstydzona Mirka ciąg dalszy ze str.9 wszyscy byliśmy przygaszeni. Na cowieczornym spotkaniu nikt nie chciał pierwszy zabrać głosu. Gdy odezwali się Niemcy, byli wstrząśnięci. Mówili, że czują wstyd i bardzo ich to poruszyło. Jednocześnie dowiedzieliśmy się, że w Niemczech prawie wszystkie lekcje historii mówią o XX wieku i czasem mają ochotę powiedzieć „już rozumiemy, że to było straszne” i że czują, jakby ciągle musieli pokutować za winy dziadków. Następnie wywiązała się rozmowa o marszałku Pétain – czy zrobił dobrze, poddając Francję Niemcom, czy też był zdrajcą. Równocześnie Francuzi chwalili się swoim ruchem oporu, swoją Resistance, w którą, według ich słów, zamieszanych było „aż” 2% narodu. Po chwili zapytali nas, Polaków, czemu nie udzielamy się w dyskusji. Odpowiedzieliśmy, że Oradour owszem, poruszyło nas, ale w Polsce takich miast było więcej – choćby sama Warszawa, która została niemal zrównana z ziemią. Opowiedzieliśmy im o swoim ruchu oporu, o Polskim Państwie Podziemnym, o naszej walce z hitlerowcami… Byli zdumieni. Przyznali, że zazwyczaj o Polsce myśleli jako o kraju dostarczającym pracowników fizycznych. Przeprosili za to i powiedzieli, że nie zdawali sobie sprawy, że byliśmy tak waleczni. To nic dziwnego – ile u nas mówi się o drugiej wojnie światowej we Francji? Codziennie mieliśmy też zajęcia teatralne. Przez ponad tydzień ćwiczyliśmy przedstawienie uliczne, do którego scenariusz wymyślaliśmy sami. Jego tematem były nasze przeżycia i odczucia. W końcu jego ostateczny kształt przybrał formę pantomimy opowiadającej o wojnie, strachu i śmierci. Jednak skłamałabym mówiąc, że wszystko było równie ponure. Bardzo wielką frajdę sprawiło nam uczenie się nowych słów, a jeszcze większą było uczenie polskich słów obcokrajowców. Już drugiego dnia wszyscy witali nas radosnym „cześć”. Kiedyś na śniadaniu do jednej Polki przysiadła się Francuzka, patrzy na nią, uśmiecha się i mówi: „Jesteś… badzo... gupia”, po czym wstaje i radośnie odchodzi. Jednak przy wyjeździe żegnając się powiedziała: „Nie jesteś… gupia”. I wcale nie przyznaję się do uczenia nikogo polskich przekleństw! Mirka