Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Od redakcji
Naszą gazetę możecie znaleźć w Internecie pod adresem: www. mam.media.pl
REaD

Witajcie Drodzy Czytelnicy! Oto szósty numer naszej szkolnej gazety „REaD”. Po wakacjach zasiedliśmy w naszym kółku w większym gronie gotowi do dalszej pracy. W październiku braliśmy udział w dwudniowych warsztatach dziennikarskich, organizowanych przez fundację „Nowe Media”. Uzyskaliśmy podczas nich wiele istotnych wskazówek, jak pisać oraz nauczyliśmy się korzystać z gotowych matryc gazet, umieszczonych na stronie fundacji. Wynikiem tej współpracy jest zupełnie nowy wygląd naszej gazetki oraz to,  że teraz możecie odwiedzać nas również w sieci! A to nie koniec nowości! Nasza redakcja dorobiła się własnej siedziby. Jest to salka na pierwszym piętrze, oznaczona tajemniczą tabliczką: „Radiowęzeł”, którą, mam nadzieję, wkrótce zmienimy na  „Redakcja REaD”. Pracowaliśmy ciężko przez wiele tygodni, by przystosować to miejsce do naszych potrzeb i nareszcie mogą się tam odbywać nasze cotygodniowe spotkania, na które wszystkich chętnych serdecznie zapraszam. Im więcej rąk (a raczej piór) do pomocy, tym lepiej, i dla nas, i dla gazety. Spotykamy się w każdą środę o godzinie 16.45. Pragnęłabym również zdementować plotki krążące po szkole na temat koloru ścian. W żadnym wypadku nie jest on różowy! Otoczyliśmy się pobudzającym do pracy i odprężającym wrzosem (ewentualnie fuksją?). Chciałabym także przeprosić, że tak długo musieliście czekać na wydanie pierwszego w tym roku numeru. Główną przyczyną było zaznajamianie się z nowym programem do składania gazety, co mam nadzieję, że w efekcie końcowym się opłaci. Przyjemnej lektury! redaktor naczelna KOŁA ZAINTERESOWAŃ: |SPIS TREŚCI:

ŚWIATEŁKO W TUNELU 26 listopada zapłonęły światła. Ten oślepiający, jednak optymistyczny znak, był atrakcją finału społecznej akcji Krewni EURO 2012 w Kołobrzegu. I to nie byle jaką. Całe to zamieszanie spowodowane zostało zapaleniem sztucznego oświetlenia, które rozświetliło powstający kołobrzeski stadion. Organizatorzy zapewnili także szereg dodatkowych atrakcji, które nieoczekiwanie przyciągnęły sporą widownię. Zamierzeniem promotorów było zachęcenie jak najwię-kszej liczby osób do wykaza-nia się lwią odwagą. Ochotn-icy musieli zmierzyć się ze strachem towarzyszącym oddawaniu krwi i badaniami poprzedzającymi zabieg. Zbędne są tłumaczenia jak bardzo potrzebna jest krew, po prostu - ratuje życie. Dlatego i my, członkowie koła dziennikarskiego, z wielkim zaangażowaniem poparliśmy tę ideę. Przygotowaliśmy arty-kuły informujące o niezbę-dnych przygotowaniach, jak i przeciwwskazaniach dotyczących oddawania krwi. Przydatne okazały się wizyty w samym centrum kołobrzes-kiego krwiodawstwa, gdzie uzyskaliśmy od pomocnych lekarzy i pracowników pro-fesjonalne porady i informacje. Następnie w dniach trwania akcji, między 22 a 25 listopadem, odwiedziliśmy niektóre ponadgimnazjalne szkoły w celu rozdania ulotek propagujących akcję, co spotkało się z pozytywną reakcją wśród młodzieży. Zamiecie śnieżne i wichury nie ostudziły naszego zapału. Uwieńczeniem owocnej pracy był występ w lokalnej telewizji, do którego niekoniecznie byliśmy przygotowani. Jednakże z każdej sytuacji można wyjść obronną ręką, czego jesteśmy przykładem. Pragniemy wierzyć w to, że Krewni EURO 2012 to nie tylko jednorazowe przedsię-wzięcie, podczas którego udało się zmobilizować jakieś 1500 - 2000 mieszkańców i zebrać 25 650 mililitrów krwi, ale również w to, że dzięki tej akcji ludzie stali się bardziej wrażliwi na potrzeby innych. Sami dołożymy wszelkich starań, aby po raz kolejny wykazać się altruizmem Farida i Geetha

Koło matematyczne prof. R. Kujaczyński sob. 9:00 Aparat Matematyczny w fizyce prof. H. Kazimierski śr. 14:30 Koło astronomiczne prof. M. Muciek czw. 19:00 Koszykówka dziewcząt prof. F. Barta wt. 15:15 Siatkówka dziewcząt prof. Z. Giza Aerobik prof. A. Marciniak śr. 14:30 Koło recytatorskie prof. J. Mieczkowska Koło teatralne ks. D. Andryszczak pon. 15:45 Koło dziennikarskie prof. B. Góral śr. 16:45 Język szwedzki prof. M. Kieś śr. 17:00 3............ŚWIATEŁKO W TUNELU 4..........Z DZIENNIKA ADOLAJDY 6....BĘDZIE MEMORIAŁ CZY NIE? 7..........................HERBERTIADA 8........SKARBY KATALONII cz. III 13..............WIELKI COME BACK 14.....NATURALNIE WDZIĘCZNA 15...................SPOSTRZEZENIA MUZYKOFILA 17..............RETRO(IN)SPEKCJA 18..............JESIENNY POWIEW WAKACJI 21....................Z ARCHIWUM "CZERWONEGO" 23...."ALE TO JUŻ BYŁO I NIE WRÓCI WIĘCEJ" 25...............WSPOMNIENIA Z KOPERNIKA 27 ..ZBRODNICZE PRZYPADKI PANNY Ż. cz. III 29.........OTWARTE SZUFLADY MARZEŃ 31...........MAREK KOMEDA NA WAKACJACH cz. III 33......GUMOWE UCHO MIRKI 35.....................KRZYŻÓWKA 36.......TELEWIZOR GRUNDIK Z dziennika Adolajdy



2 września 2010 Czwartek. „Życie jest złe” autorytarnie stwierdziła Ola, kołysząc się smętnie pod Żelaznymi Drzwiami. Ledwo zaczął się rok szkolny, a nam już nawalili setki sprawdzianów, kartkówek, odpowiedzi, prac klasowych i tym podobnych. Nawet nie zdążyliśmy się dobrze ze sobą przywitać, a już zabierają nam nasz cenny czas. Takie przynajmniej jest stanowisko Oli. Co prawda, jej wypowiedzi zamykają się w zdaniu „życie jest złe”, ale ja  genialna Adolajda, rozumiem jej cierpienia (aż dziw, że nie ma na sobie niebieskiej marynarki i żółtej kamizelki!). Jeśli chodzi o mnie, strasznie się cieszę z powrotu do szkoły! No dobra, może nie z samych lekcji, ale powoli wariowałam bez przyjaciół. Nawet zaczynałam mówić sama do siebie – to chyba nie jest zdrowe? Bądź co bądź, wróciłam. Szkoła wygląda, jak wyglądała, brzmi, jak brzmiała, ale kto wie, może to właśnie jest powód, dla którego czasami lubimy wejść za jej próg. Dłuższy czas perorowałam na ten temat, rzecz jasna, spokojnie i rozważnie, jak mam to  w zwyczaju, podczas gdy Elwira dyskretnie wywróciła oczami i pokręciła palcem w okolicach skroni. Zupełnie nie rozumiem, co miała na myśli. W drodze do domu przypadkiem napotkałam znajomą mojej mamy. Trochę porozmawiałyśmy na różne tematy (takie jak: „Jak ty wyrosłaś!” lub „To już liceum? Jak ten czas szybko płynie!”). Dowiedziawszy się, że nieźle radzę sobie z chemią, oczka jej się zaświeciły. Już wtedy poczułam, jak me serce wzdryga się, w nagłym przebłysku geniuszu uzmysławiając sobie, w czym rzecz. Po chwili okazało się, że koleżanka mojej rodzicielki wcale nie jest zakamuflowanym ufokiem zbierających najwybitniejsze umysły na Ziemi, lecz chciała tylko poprosić, abym udzieliła jej córce korków. Moje serducho trochę się uspokoiło, gdy zrozumiałam, że trochę się pomyliłam, więc od razu wyraziłam zgodę. Przecież nie ma tego złego! Prawda? 17 września 2010 Piątek. „Życie jest złe” stwierdziłyśmy z Olą, siedząc po turecku na szkolnym korytarzu. Wiewióra, zmierzająca właśnie w stronę bufetu, przystanęła koło nas, posłuchała naszej monotonnej śpiewki i kręcąc głową ruszyła w dalszą drogę. Co ja na to poradzę, że dzisiaj życie jest złe potrójnie? Primo: 71 lat temu Sowieci napadli na nasz kraj, co było wybitnie wredne i niemiłe z ich strony. Secundo: Memoriał został odwołany z powodu złych warunków pogodowych dzień wcześniej. To znaczy, same zawody sportowe miały miejsce, a jakże, ale kiermasz – niet. Najgorsze było to



że cały tydzień padało, a akurat dzisiaj, już po tym, jak zapadła decyzja o braku stoisk, pogoda jak na złość stała się wprost olśniewająca! I tertio: wczoraj miałam pierwszą lekcję z Elą. To. Było. Straszne. Ale po kolei. Wczoraj punktualnie o piątej usłyszałam dzwonek do mieszkania. Wstałam od biurka, grzecznie otworzyłam drzwi, po czym zostałam prawie staranowana przez małą, rudą błyskawicę. Zaczęła mnie przepraszać, jednocześnie przedstawiając się i zdejmując buty. Gdy stałam w progu, próbując za nią nadążyć, dziewczyna zdążyła już usiąść na moim krześle, zgubić jeden długopis i prawie zbić mojego szczęśliwego słonika. Jakimś cudem udało mi się wywnioskować z jej radosnej paplaniny, że ma na imię Elka, nasze mamy są świetnymi przyjaciółkami, a ona sama właśnie przyszła do liceum i przybyła do mnie na korki z chemii. Następna godzina dłużyła mi się niemożebnie. Nim udało mi się w końcu przebić przez jej potok słów, minęło piętnaście minut. Za opis całej lekcji wystarczy, że powiem, iż niczego nie pragnęłam bardziej, niż zatyczek do uszu lub knebla. A najlepiej obu. Gdy żywe srebro zbierało się do wyjścia, usłyszałam, jak przeprasza mnie za to, że była przygaszona. Obiecała, że na następnych zajęciach z pewnością będzie w lepszym humorze. Powiedzieć, że zaczynam się bać, byłoby sporym niedopowiedzeniem. 8 października 2010 Piątek. „Życie jest złe” uznałyśmy po długich rozważaniach, siedząc wraz z Olą i Wiewiórą na schodach pod bufetem. Każda z nas miała inny powód, by złorzeczyć na los: dla Wiewióry zabrakło ciacha francuskiego z serem, ja właśnie dostałam jedynkę z odpowiedzi, a Ola marudziła dla samej idei marudzenia. Wyjątkowo miałam powód, by się nie uczyć - wczoraj byłam na szkolnych otrzęsinach! Co prawda, jest to impreza zamknięta, ale czy jest miejsce, do którego Adolajda by się nie wkręciła? Zaprawdę powiadam wam: było genialnie. I wcale nie ma z tym nic wspólnego fakt, że mogłam bezkarnie patrzeć na męki mojej rudej elkowatej zmory. Potajemnie wślizgnęłam się na balkonik i już mogłam podpatrywać zmagania pierwszaków, przebiegające tym razem pod znakiem plaży i pożegnania lata. Z przyjemnością mogę stwierdzić, że wygrała „lingwa” (z przyjemnością, bo od początku im kibicowałam; mam tam wtyki!), przebrana za członków ruchu Hari Kriszna. Ciekawe, co też oni wymyślą za rok? Z wiarygodnego źródła wiem, że mają już kilka pomysłów. Ogółem, zabawa była przednia. Abstrahując już od zabawnie wyglądającej Elki w przebraniu sklepikarza, II „e” spisała się na medal. Tylko pogratulować! 16 października 2010 Sobota. „Życie jest złe” oznajmiłyśmy półgłosem siedząc na apelu. „My”, to znaczy cała żeńska część klasy (męska grała w karty). „Nie rozumiem, o co wam chodzi” zdziwiła się Ola. Jej nagłą zmianę nastroju można przypisać Markowi, którego dłoń dziwnym trafem znalazła się na jej dłoni. Ja natomiast pomstowałam w duchu na głupią Elkę, która nie dość, że okazała się aktywistką, to jeszcze swoją aktywnością musi zarażać innych. Uznała, że jestem „jakaś ponura”, i aby mnie rozweselić zgłosiła mnie do udziału w części artystycznej! Na początku jeszcze siedziałam z klasą, ale zaraz po poświeceniu nowego, pięknego sztandaru szkoły zostałam przez nią zaciągnięta za kulisy, gdzie reszta drużyny szykowała się do wyjścia. Już się miałam wściec, ale gdy zobaczyłam szeroki uśmiech tej rudej terrorystki i podekscytowane oczy, gdy szeptem trajkotała o występie i swojej roli, nie mogłam jej tego zrobić. Uznałam wspaniałomyślnie, że czasami można jej wybaczyć, że się wszystkim zachwyca, ekscytuje i że wszędzie jest jej mało; czasami jest to nawet… słodkie. Chyba się robię miękka na starość. Adolajda Będzie memoriał czy nie?



„Niebo spowite było ogni-stymi chmurami o kolorze niemalże czarnym, ulewny deszcz uderzał w idealnie lustrzaną powierzchnię okien, wydając za sobą głuchy i denny odgłos, a przezro-czyste krople, upadając, rozpływały się, tworząc rozga-łęzioną sieć rzeczną. W oddali słychać było szumiący cicho wiatr oraz echo poruszających swoimi koronami topoli...” Tak mogłoby się zaczynać opowiadanie, dowolnie wymyślona historia z fikcją literacką w tle. Jednak nie była to fikcja, a rzeczywistość. Rzeczywistość opisująca aurę trzech wrześniowych tygodni. Przede wszystkim czas ten to okres poświęcony na roz-ważania przepełnione niepe-wnością dotyczące corocznie hucznie celebrowanego w naszej szkole Memoriału Michała Barty. Przez całe siedem dni uczniowie zastanawiali się, dumali, a nawet próbowali mate-matycznie, zgodnie z rachunkiem prawdopo-dobieństwa, przewidzieć: czy memoriał się odbędzie? Czy w tym roku uczniowie zasmakują świeżo upieczon-ych ciast, frytek, hot dogów i innych specjałów przygoto-wywanych na tę okazję? Czy będą mogli pozwolić sobie na "kontrolowaną szkolną swobodę" pozbawioną adrenaliny przed kolejną lekcją. Wobec powyższego w ruch poszły wszystkie środki „rozmyślania”, gdyż prawdziwi szkolni filozofowie wielokrotnie zadawali sobie to jedno, prawie że retoryczne pytanie, w iście hamletowskim stylu: „ Będzie memoriał, czy nie będzie? Oto jest pytanie”. I chociaż wszyscy mieli cichą nadzieję na „pełnoformatowy” przebieg memoriału, to zorga-nizowana została jedynie tradycyjna część widowiska, czyli zawody. Co w tzw. real'u kopernikańskiego społeczeń-stwa wiązało się z przeby-waniem na wykładach belfrów w budynku „czerwonego” zamiast na świeżym powietrzu. Na łut szczęścia mogli liczyć jedynie "wybrani do grupy ekskluzywnej" uczniowie, którzy za zgodą i pod opieką nauczyciela wydelegowani zostali na sta-dion dopingować swoich kolegów i koleżanki. Niestety, niewielu było takich, do których uśmiechnęło się szczęście, ale licealiści, którzy mieli akurat farta, idealnie wpasowali się w charakter imprezy. Doping wzbudzał ogromne emocje. Krzykom, gwizdom i wiwatom nie było końca... Ewa Ferdzyn Herbertiada



Ogólnopolski przegląd twórczości Zbigniewa Herberta, czyli Herbertiada, po raz kolejny postawił przed młodymi recytatorami wyzwanie zmierzenia się z trudną twórczością lwowskiego poety. W tym roku uczestnicy dopisali – było ich prawie dwa razy więcej niż rok temu; co jest ciekawe, zważywszy, że wiersze Herberta słyną jako trudne do interpretacji i przedstawia-nia na scenie. Mniej obezna-nym samo zrozumienie tekstu może nastręczać trudności, nie wspominając już o odnalezieniu w tekście samego siebie i przeniesieniu tego wszystkiego na język mówiony. Ja sama, jako uczestniczka, borykałam się z podobnym problemem – wiersze Herberta są apodyktyczne – zabierają scenę recytatorowi i zapełnia-ją ją sobą, jakby były samo-wystarczalne. Z tą przeciw-nością najlepiej poradził sobie Daniel Gryń – uczeń kołobrzeskiego „społeczniaka”, który zdobył najwyższą nagrodę – grand prix. Pani Monika Rasiewicz, członek jury (rektor PWST w Kra-kowie), chwaliła go przede wszystkim za zadziwiającą kontrolę emocji, władzę nad tekstem. Jego prezentacja emanowała jakąś głęboko ukrytą siłą. Swoją drogą, ciekawa jestem, jaki efekt dałoby recytatorskie starcie Daniela i laureatki tej samej nagrody z zeszłego roku, Emilii Pechman. Oboje zdecydowanie zasłużyli na grand prix, chociaż zaprezentowali całkowicie odmienne rozumienie poezji Herberta. Zapewne bardziej bliska samemu poecie była recytacja Daniela, chociaż odmienne spojrzenie Emilii nie traciło przy tym na wartości. Z niektórymi przyznanymi nagrodami i wyróżnieniami nie jestem w stanie się zgodzić, ale cieszę się, że poziom recytacji był w tym roku zadowalający, a poprzeczka ustawiona wysoko. Czego, niestety, nie można powiedzieć o konkursie poezji śpiewanej. Rzeczywiście, nie tylko ja, ale i inni zwrócili uwagę na kiepskie prezentacje muzyczne. Co było nie tak? Nie jestem znawcą, ale nawet ja słyszałam, że zbyt często zdarzały się błędy techniczne, zbyt często w śpiew wdzierał się fałsz. A interpretacja? Brak. To wszystko miało swoje odbicie w decyzji jury – w kategorii poezji śpiewanej nie przyznano w tym roku żadnych nagród, tylko jedno wyróżnienie. Mam nadzieję, że to będzie nauka dla wszystkich, którzy już myślą o udziale w konkursie w przyszłym roku. Maria Czaplewska Skarby Katalonii cz. III

KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA REaD

Miasto Gaudiego Barcelona, Barcelona… sama nazwa tego miasta brzmi tak melodyjnie… Stolica Katalonii znacznie różni się od reszty kraju. Posiada własną, wyrafinowaną i pełną finezji kulturę, co szczególnie widać w niespotykanej architekturze Antonio Gaudiego. Wyjątkowym miejscem jest położony w północno-centralnej części miasta Park Güell. Ogród zaprojektowany został przez samego Gaudiego na życzenie jego przyjaciela Eusebio Güella, przemysłowca barcelońskiego, który - zauroczony angielskimi "miastami-ogrodami" - przedsięwzięcie sfinansował. Projekt w założeniu był osiedlem dla bogatej burżuazji mającym powstać na powierzchni 20 ha w pobliżu tzw. Łysej Góry. Projektu tego Gaudi nigdy nie ukończył. W 1922 roku władze Barcelony wykupiły teren i przekształciły go w park miejski. Dom, w którym mieszkał Gaudi nim przeprowadził się w pobliże świątyni Sagrada Familia, został przekształcony w muzeum artysty. Zarówno historia tego miejsca, jak i jego wygląd sprawiają, że jest ono niezwykłe. Kompleks łączy rajski świat przyrody i sztuki, dla której jest ona inspiracją. Przykładem mogą być chociażby schody wejściowe do głównego pawilonu. Gaudi umieścił w nich trzy wysepki: pierwszej nadał formę groty, drugiej - węża na tle katalońskiej flagi - symbolu mądrości, trzeciej - słynnej salamandry - symbolu Plutona. Przechadzając się po parku, mamy do czynienia nie tylko ze sztuką architektoniczną, ale i jej innymi dziedzinami. Schodząc do Sali Kolumnowej - głównego pawilonu, który miał służyć za targ i liczy 86 kolumn o wzorach antycznych- natknęłam się na kwintesencję Katalonii – LUDZI Z GITARAMI. Tak, to właśnie oni sprawili, że zostałam zaklęta w muzyce gitarowej, tym razem wzbogaconej o skrzypce i kontrabasy. Jako że nas - istoty ludzkie -  ograniczał czas, nie mogłam zbyt długo cieszyć się z kojących duszę dźwięków. Jednak od tych młodych i utalentowanych ludzi bił taki blask, że od tego

REaD KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA

momentu jestem przekonana, że każdy artysta dostaje od Boga troszkę więcej jakiegoś „magicznego pyłu”, przez niektórych zwanego talentem, który sprawia, że Ci „wybrani” nie są tacy jak inni. Udając się nieco wyżej, wchodzimy na taras nad pawilonem kolumnowym, nazywanym przez architekta teatrem greckim. Opasany jest wyjątkowo długą ławką (najdłuższą na świecie, znajdującą się w Księdze Rekordów Guinnessa), która jest jednocześnie gzymsem pawilonu pod nim. Wokół rozciąga się niejedno pasmo palm i widok na port, dlatego też w poszukiwaniu natchnienia kręci się tu wielu fotografów, malarzy, rzeźbiarzy, poetów… Z pewnością wielu z Was widziało film Woody'ego Allena pt.: „Vicky Cristina Barcelona”. Co ciekawe, został on zrealizowany na zamówienie władz Barcelony, aby wypromować miasto. Tu wszystkie budowle nawiązują do Gaudiego, począwszy od budynków mieszkalnych, przez centra handlowe i wieżowce (np.: Torre Agbar, wieżowiec mieniący się kolorowymi iluminacjami świetlnymi, zbudowany właśnie na cześć artysty) aż po ogromne obręcze zdobiące barcelońskie ronda. Pisząc o Barcelonie, nie sposób jest nie nawiązać do Świątyni Pokutnej Świętej Rodziny, czyli Sagrada Familia. W założeniu architekta (Gaudiego) sama konstrukcja budowli miała przypominać jeden wielki organizm. Budowę bazyliki rozpoczęto w 1882 roku, jednak z powodu organicznej formy budowli oraz niepowtarzalności detali architektonicznych (tak jak w naturze żaden z nich nie

KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA REaD

jest identyczny i musi być osobno rzeźbiony) do dziś nie zdołano jej ukończyć. Duma Katalonii Mężczyźni i chłopcy przybywający do stolicy Katalonii z niecierpliwością wyczekują momentu, kiedy będą mogli przekroczyć próg świątyni piłki nożnej – CAMP NOU, jeden z największych obiektów sportowych Europy mogący pomieścić 98787 osób, własność klubu piłkarskiego FC Barcelona, tego, w którym gra znany wszystkim Lionel Messi. Na terenie obiektu znajduje się muzeum klubu i sklepik z wszelkimi możliwymi gadżetami FCB: od koszulek, przez kubki i ołówki, aż po smoczki. Zwiedzając Camp Nou napotykamy również polski akcent, wiążący się z XXV Letnimi Igrzyskami Olimpijskimi z 1992 roku, kiedy to Polska zdobyła srebrny medal w piłce nożnej! Na jednej ze ścian widnieją nazwiska naszych złotych medalistów, jednak 2 z nich są zdublowane (a 2 inne pominięte). Mimo wszystko Polacy dumnie stają obok tego miejsca i chętnie się tam fotografują ;)  Uliczni artyści Jest taki kilometrowej długości deptak prowadzący od Plaça de Catalunya w centrum do pomnika Krzysztofa Kolumba na nabrzeżu. Zazwyczaj pełen ulicznych przedstawień, straganów i kawiarenek na wolnym powietrzu. Jego nazwa w języku hiszpańskim i katalońskim oznacza przerywany przepływ wody, co dokładnie oddaje charakter La Rambla, przecinanej wąskimi uliczkami i kipiącej życiem przez całą dobę. Oficjalnie La Rambla stanowi ciąg krótszych ulic, z których każda nosi inną nazwę. Zbudowanie na początku lat 90. centrum handlowego zaowocowało przedłużeniem deptaka w postaci drewnianego molo prowadzącego do portu tzw. Rambla de Mar. Wzdłuż La Rambla można odwiedzić wiele niedużych sklepów lub nacieszyć się ulicznymi przedstawieniami prześcigających się w pomysłach mimów, aktorów i tancerzy. Będąc w Barcelonie, byłam zdumiona niektórymi inwencjami mimów. Kiedy jak każdy szanujący się turysta zakupiłam pamiątkę z miasta Gaudiego, natknęłam się na niezwykły widok: białą skrzynkę, na której stał sedes. Cóż, widok rzeczywiście niecodzienny, ale zaciekawiona, podobnie jak inni przechodnie wrzucający monety do garnuszka mima, oczekiwałam na widowisko. Jednak po 5 minutach podszedł do nas miły pan z wymalowaną na biało twarzą i dłońmi, jednocześnie pałaszując bułkę oznajmił, że ma przerwę. Jakież ogromne było nasze rozczarowanie. Tak czy owak, zarobił na samym pomyśle, a sztuka zaczyna się właśnie od niego. Deptak bywa bardzo zatłoczony, szczególnie w czasie sezonu turystycznego. Z tego powodu jest to niestety także teren działalności kieszonkowców, jak również oszustów oferujących rzekome okazje szybkiego zarobku przez różnego rodzaju nielegalny hazard. Poniekąd również dzięki temu słynna ulica jest pociągająca zarówno dla turystów jak i mieszkańców Barcelony, spragnionych często nielegalnych wrażeń… ;P Innym obowiązkowym punktem programu zwiedzania Barcelony jest Plac Hiszpański, gdzie codziennie o godzinie 21 00 rozpoczyna się pokaz tańczących fontann. Font Magica to podświetlane fontanny tworzące widowiskowy spektakl „światło i dźwięk”, którego nie można przegapić! Ukojenie duszy, grzeszność ciała 40 km na północny zachód od Barcelony, na osobliwych zlepieńcowych formacjach skalnych, 720 m nad poziomem morza usytuowany jest Montserrat – klasztor

REaD KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA

benedyktyński, położony w masywie górskim o tej samej nazwie. Montserrat to główny ośrodek religijny regionu Katalonii i jeden z ważniejszych ośrodków pielgrzymkowych, głównie za sprawą Czarnej Madonny, zwanej La Moreneta. Legenda głosi, że wyrzeźbił ją św. Łukasz, a do Barcelony przywiózł św. Piotr. Ukrywana przed Maurami miała zostać cudownie odnaleziona w jednej z grot masywu Montserrat w IX wieku. Gdy wybierzemy się, może niekoniecznie na pielgrzymkę, lecz na wycieczkę, gwarantowane mamy zapierające dech w piersiach widoki, malownicze krajobrazy i niesamowite formacje skalne o przedziwnych kształtach. Dodatkowo mnisi i okoliczni mali producenci chętnie oferują degustację lokalnych przysmaków, takich jak różnorodne sery i twarogi oraz niesamowite, a wręcz niebiańskie miody akacjowe czy pomarańczowe, wytwarzane przez pszczoły zbierające pyłek wyłącznie na wzgórzach Montserrat. Udało mi się także zerwać listek z prawdziwego lauru, który teraz gdzieś tkwi w moim notesie. Niesłychane jest to  że i w tym miejscu znajdujemy element naszej ojczyzny. Mianowicie na jednej ze ścian klasztoru umieszczony jest fresk przedstawiający drzewo, którego gałęzie symbolizują różne sanktuaria na świecie (patrz zdjęcie), jedną z nich jest Częstochowa (dokładnie zapisana jako ‘Czenstochova’). Na pamiątkę postanowiłam zakupić suszone liście zielonej herbaty ze skórką pomarańczy, zbierane wyłącznie na wzgórzach tegoż masywu. Kto wie, może i rzeczywiście mają jakąś mistyczną moc, napar otrzymywany z tych listków działa na mnie znacznie lepiej niż kawa, no i udało mi się z nią przetrwać maturę ;P (maturzyści nie martwcie się, egzamin to łatwizna!). W drodze powrotnej natykamy się na miejsce dla osób o trochę bardziej wyszukanym guście – jak mówią Katalończycy -

KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA REaD Hiszpania i Katalonia to oczywiście gorący latynoski taniec! Mało kto potrafi zatańczyć flamenco, dlatego warto poświęcić jeden wieczór na wizytę w miejscowości Santa Susana. La Siesta Flamenco Show to niezapomniane wrażenia w gorących rytmach flamenco, które na długo utkwią Wam w pamięci.

miejsce, gdzie konkurują ze sobą tylko Polacy i Rosjanie:D To Bodega – czyli winnica. Miejsce jest o tyle intrygujące, że wchodząc do środka możesz degustować wszelkie wina, likiery, kremy, ale i sery, wędliny czy słodycze, tyle ile tylko zdołasz. Na wstępie otrzymujesz malutki plastikowy kieliszek i …hulaj dusza, piekła nie ma! Przygotowano tu nawet wózki, na których można przetransportować do autobusu tych mniej wytrzymałych. Jednakże to właśnie Polacy i Rosjanie okazują się najwytrwalszymi ‘koneserami’ trunków alkoholowych, ale ku uciesze właścicieli, zostawiają tu także dużo swoich pieniędzy. Miejsce jest bardzo dobrze przygotowane dla zagranicznych gości, m.in. na rozgrzewkę pokazywany jest im film o Bodedze w ich ojczystym języku - także polskim. Winnica jest podzielona na 2 części: pierwszą z beczkami win (z których samemu nalewa się trunki do specjalnie przygotowanych butelek), półkami kremów i likierów, a także oferującą bogatą gamę własnoręcznie przygotowywanych serów, wędlin i tradycyjnego nugatu; drugą nęcącą wielobarwnymi flakonikami perfum i rozmaitością pamiątek. Specjałem okazują się być lokalny Crema Catalunya (krem kataloński), Wino Rioja i nugat migdałowy. Do tego pyszne truskawki i sposób na rozpoznanie Katalonii kubkami smakowymi gotowy! Katalonia to wyjątkowy region na świecie. Moim zdaniem jest niepowtarzalny, nie tylko ze względu na swoją urodę, ale i przyjazne nastawienie ludzi, którzy zawsze przyjmą Cię z otwartymi ramionami. Podróżniczką nie jestem, książek nie pisuję, ale Katalonię zawsze czule w myśli rysuję… Wszystkim czytelnikom życzę udanych podróży, i tych małych i tych dużych. Pamiętajcie, podróże kształcą, więc kiedy tylko możecie, uciekajcie sprzed szklanych ekranów i odkrywajcie wszelkie niezwykłości padołu ziemskiego ;)  Gabriela Jelonek foto: GJ Wielki come back



Pudrujący się Edward? Wilkołak – chihuahua? Tego jeszcze nie było! Ale będzie. Wnajnowszej parodii znanego duetu reżyserskiego Jasona Fiedberga i Harona Seltzera „Wampiry i świry” (twórców takich komedii jak „Poznaj moich Spartan” czy „Straszny film”), wyśmiany został największy popkulturowy fenomen ostatnich lat – historie o wampirach .  Głównym natchnieniem dla filmowców była dobrze znana saga „Zmierzch” S. Meyer. Jedną z niewielu różnic między produkcjami jest fakt, że w parodii wszystkie perypetie bohaterów zostały okraszone dużą dawką humoru .  Film opowiada historię miłości śmiertelniczki do wiecznie żywego, idealnego wampira. Becca Carane, głowna bohaterka, jest nową mieszkanką miasteczka Sporks w stanie Waszyngton. Dziewczyna to typowa nastolatka – zakompleksiona, wyalienowana, niezrozumiana. W nowej szkole spotyka wielu przyjaźnie nastawionych rówieśników, przez co jeszcze bardziej zamyka się w sobie. Wszystko się zmienia, gdy poznaje szkolnego przystojniaka, Edwarda Sullena, nieziemsko przystojnego i jeszcze bardziej nieosiągalnego. Zakochuje się w nim. Ku zaskoczeniu wszystkich Edward odwzajemnia jej uczucia! Jednak nowy chłopak ukrywa przed bohaterka tajemnicę. W dodatku na drodze do szczęścia piętrzą się przed bohaterami coraz to nowe trudności , które mogą przekreślić ich wspólną przyszłość. W rolę boskiego wampira wcielił się Matt Lauter , doskonale znany fanom serialu „90210”, w którym gra zbuntowanego Liama. Młody aktor świetnie sparodiował „prawdziwego” Edwarda. Można stwierdzić, że w rolę wczuł się lepiej niż jego poprzednik, Robert Pattison. Ukochaną Sullena, Beccę Crane zagrała, debiutująca Jenna Proske. Mimo braku doświadczenia poradziła sobie bardzo dobrze. W kolejną ważną postać wcielił się Chris Riggi, grając przyjaciela Beccy, Jacoba. Wydaje mi się, że był stworzony do tej roli. W dodatku miał najcięższe zadanie, gdyż jego charakteryzacja trwała do 5h.  Reasumując, film nie zachwyca górnolotnym humorem, ale jest idealny na nudne, zimowe wieczory .  Monika NATURALNIE WDZIĘCZNA
EKOLOGIA - niby każdy wie, co to takiego, ale jakoś z trudem przychodzi nam zdefiniowanie pojęcia.


Właściwie co to jest przyroda? Jak podaje Wikipedia (:D), przyroda - w szerszym znaczeniu - to świat, wszechświat, rzeczywistość materialna. Po prostu, to wokół nas, o co trzeba dbać. Może ktoś zapytać, "Niby dlaczego, przecież jaki wpływ na naturę ma człowiek? Zdawać by się mogło, że znikomy, ale tak nie jest. To przez człowieka i jego działalność zdro-wie Matki Natury podupada. Rzec by można, staruszka się sypie... i to przez nas. Dlatego trzeba wziąć się do roboty i czynić tak, by w efekcie końcowym nie doprowadzić do samozagłady. Moja wiara w ludzi nigdy nie umrze śmiercią naturalną, stąd mój mały ton mentorski. W zasadzie całe szczęście, ze są na tym świecie jeszcze ludzie zapatrzeni w ratowanie naszego globu jak w obrazek. Brawo dla takich osobników. To oni stworzyli parki narodowe, to oni stworzyli rezerwaty, to oni w końcu stworzyli Naturę 2000. W ostatnim czasie w naszej szkole została przeprowadzona ankietadotycząca Natury 2000. I wstyd przyznać, ale ludzie z Czerwonego nie wiedzą, co oznacza to hasło. Więc dla niezor-ientowanych: Europejska Sieć Natura 2000 (pełna nazwa tego programu) to sieć obszarów chronionych (siedlisk i ptaków) na terenie państw członkowskich Unii Europejskiej. Pozwolę sobie ponownie użyć naszej niezawodnej „Cioci Wiki”: podstawą dla tego programu są dwie unijne dyrektywy: Dyrektywa Ptasia i Dyrektywa Siedliskowa. A teraz pewnie zadajecie sobie pytanie: "O co chodzi?" Już wyjaśniam. Niby zwykły program ochrony przyrody, pilnowanie zagrożonych gatunków jak oka w głowie… takie cele to ma chyba każda forma dbania o środo-wisko. Tylko że na terenach tradycyjnych parków narodowych nie wolno robić dosłownie nic (są i obszary, na które nie można wejść), a w tym wypadku, człowiek może użytkować obszar objęty programem Natura 2000 i jeszcze dostawać za to pieniądze. Fajne? No pewnie. Po pierwsze, dlatego że można zarabiać na tym obszarze, po drugie – dlatego, że nadal można użytkować dla własnych korzyści grunty rolne, po trzecie - wcale nie niszczy się przyrody. W naszych okolicach też są tereny objęte prawną ochroną przyrody. Każdy na pewno był na wydmach w Grzybowie, ale nieliczni wiedzą, że ten obszar należy do omawianego programu. To samo dotyczy lasów koło Mrzeżyna. Prawda, że malownicze? A jakie grzybki jesienią można w nich zbierać, a później borowikowa u mamusi… Łąki sitowotrzęsiskowe pod Kołobrzegiem to też obszar Natury 2000. A teraz moje ulubione Kemy Rymańskie (to dopiero FAJNE tereny). Lasy koło Sławoborza - to miss wśród terenów leśnych. Tyle wspaniałych obszarów blisko Kołobrze-gu! A ile korzyści płynących z tego faktu -przede wszystkim pożądana ochrona przyrody (uwaga!: prawnie wzbronione niszczenie pod karą pozbawiania wolności; uważajcie, żeby na was nie doniesiono, że niszczycie tak cenne dla przyrody tereny!). Ewelina Sulecka SPOSTRZEŻENIA MUZYKOFILA
Od pewnego czasu można w Kołobrzegu zaobserwować duży wzrost procentowy wydarzeń kulturalnych o charakterze muzycznym.


Jest to imponujące zjawisko, zwłaszcza, gdy pod uwagę wziąć fakt, iż przez długi czas Kołobrzeg kojarzony był raczej z tandetnymi potańcówkami w rytmie disco-polo czy corocznymi imprezami, gromadzącymi fanów raczej mało ambitnych podgatunków elektroniki (choć wśród występujących zdarzały się wyjątki). Abstrahując od ukierunkowanego raczej na muzykę rockową Mech Day’u, który w tym roku na pohybel słuchaczom zorganizowany został na nowo wybudowanej scenie letniej (całe szczęście zrekompensował to swoją obecnością Fisz i Tymon, wprowadzając powiew świeżosci w tę podupadającą imprezę), czy też od Latarni, w której od czasu do czasu jednak można się spotkać z ciekawymi koncertami (ostatnio The Cults, Apteka i Percival Schuttenbach), RCK zainteresowało się sferą muzyki, której Kołobrzeg dotychczas



nieczęsto doświadczał, kierując się w stronę szerokiej gamy podgatunków jazzu, muzyki klasycznej (nic dziwnego, w końcu mamy rok chopinowski) i ostatnio nawet blues’a. Jednak rzeczą, której pojawienie się wzbudziło we mnie największą (a może jedyną) reakcję, był koncert Łony, rapera którego uwielbiam za swoje zdystansowane teksty i niebanalne podkłady Webera, z którym to muzyk nieodłącznie kooperuje. Hip hop jest rzadkim gościem kołobrzeskiej sceny, w pamięci mam jedynie dawne dzieje, gdy organizowany był jeszcze turniej Coast2Coast, okraszony pamiętnymi występami m.in O.S.T.R’a. Zaciekawiony poszedłem na koncert. ‘Niestety’ spóźniłem się na suporty i słyszałem jedynie drugą część występu Grubej Fazy Project, który to porażał swoim przerostem formy nad treścią – być może odsłuchy na scenie były źle ustawione, co zmuszało występujących do silnej egzaltacji głosu bliskiej krzykowi, zamiast rapowania. Tak czy inaczej z pewnych względów wiem, że tę grupę stać na więcej. Następny był już Łona, występujący z jazzowym zespołem. Z pozoru ciekawe połączenie spowodowało jednak, że kawałki straciły dużą część swojej magii - przykładem może być całkowicie nowa aranżacja utworu ‘Fruźki wolą optymistów’, którą to ledwo poznałem. Brzmiało to dobrze, jednak brakowało swoistego klimatu, znanego z płyt. Czaru goryczy dopełniła przerwa, będąca efektem omdlenia starszej pani. Sytuacja ta całkiem zdezorientowała publikę, pojawił się Paramedic, karetka i wszechobecne poruszenie. Rzecz w tym, że klimat budowany od poczatku koncertu w połowie wyleciał w próżnię i druga część koncertu była jakby wyrwana z kontekstu. Mimo tych elementów koncert odebrałem pozytywnie. Zespół zagrał większość hitów, takich jak „Nie ufajcie Jarząbkowi”, ‘’Kawa’’, „Konewka”, czy wyżej wspomniane „Fruźki...”, jak i  mniej popularnych kawałków. Instrumentaliści także stali na dość wysokim poziomie, urzekły mnie ciekawe rozwiązania muzyczne i brzmienie całości. Zaś jeśli chodzi o publikę -  dominowała oczywiście młodzież (większość nie bez powodu, Łona ma dość wysublimowany styl). Resztę raczej stanowili przypadkowi ludzie, jak wyżej wspomniana pani. Reasumując - koncert prawdopodobnie najciekawszy w przeciągu ostatnich paru miesięcy. Natłok przeróżnych występów powoduje, że ich ilość przewyższa jakość. Całe szczęście trafiają się takie perełki, jak ten wyżej opisany. P A Retro(in)spekcja
Wywiad z panią Eugenią Dobrowolską,  absolwentką I LO w Kołobrzegu.


Monika Dobrowolska: Bardzo się cieszę, że zgodziła się pani ze mną porozmawiać. Jestem pewna, że usłyszę od pani wiele ciekawych rzeczy o naszej szkole we wcześniejszych latach. Na początku chciałabym się zapytać, kiedy rozpoczęła Pani naukę w I LO w Kołobrzegu i do jakiej klasy była Pani wtedy zapisana? Eugenia Dobrowolska: Oczywiście bardzo chętnie opowiem to, co pamiętam z tamtych czasów. Naukę w tym liceum rozpoczęłam w listopadzie 1974r. Utworzono wtedy pierwszą klasę tzw. „wyrównawczą”, w której byli uczniowie różniący się wiekiem. Różnica między nami wynosiła nawet do trzech lat! Ja należałam do najmłodszego rocznika .  MD: Teraz nie istnieje coś takiego jak klasa wyrównawcza. Pewnie sporo się zmieniło od tamtych czasów, inni nauczyciele, uczymy się innych przedmiotów… Czy pamięta pani kogoś z ówczesnego grona pedagogicznego? ED: Kiedy chodziłam do szkoły, dyrektorem był pan J. Gosiewski. Moją klasę uczył matematyki. Bardzo go lubiłam, tak samo jak przedmiot, którego nauczał. Zapamiętałam go jako szpakowatego, starszego, dystyngowanego mężczyznę. Pamiętam również powiedzenie, którego czasem używał: „głowa do pozłoty”. Wychowawcą mojej klasy był pan Trybulski, który po kilku latach został dyrektorem .  Pan Gosiewski wyjechał do Warszawy. Zapamiętałam też wielu innych nauczycieli. Profesora Langabeima, uczącego łaciny, miłego staruszka, którego wielu uczniów lekceważyło. Polonistę S. Napeirałę, który często omawiał na lekcjach wystawianie np. „Dziadów” Adama Mickiewicza. Nauczyciela fizyki, który wyznał nam kiedyś, że uczy się przedmiotu razem z uczniami .  MD: Bardzo miło wspomina Pani nauczycieli. Ciekawi mnie, czy oni również tak dobrze myśleli o swoich uczniach. Czy może Pani klasa dała się kiedyś we znaki jakiemuś belfrowi albo zrobiła kiedyś nauczycielowi psikusa? ED: Tylko raz nasza klasa zażartowała sobie z nauczycieli. Pierwszego kwietnia cała klasa przed lekcją wyszła na dach szkoły zostawiając na tablicy napis „po nitce do kłębka ” oraz nitkę. Mimo naszych oczekiwań nikt z personelu szkolnego nas nie szukał. Nie wyciągnięto z tego zdarzenia żadnych konsekwencji, ale w milczeniu nauczycieli wyczuwaliśmy dezaprobatę, było ono wymowne i nigdy nie zrobiliśmy już niczego podobnego. MD: Tak, taka reakcja nauczycieli musiała być demotywująca. Teraz na pewno nie uszłoby nam to na sucho. A jak wspomina Pani ogólnie lata spędzone w szkole ?  ED: Był to piękny okres w moim życiu, wspominam go bardzo miło. Zazdroszczę tylko dzisiejszej młodzieży, która może korzystać z różnych środków wizualnych , podręczników i książek popularno – naukowych. Nie rozumiem, dlaczego nie szanuje tego, czego nam w tamtych czasach tak bardzo brakowało. MD: Bardzo dziękuję za wywiad. Miło mi,  że zgodziła się pani ze mną porozmawiać i że dowiedziałam się tylu ciekawych rzeczy z życia szkoły.

JESIENNY POWIEW WAKACJI Wszyscy wiemy o tym, że nasz Kopernik jest szkołą z tradycjami. Ważnym elementem są coroczne szkolne imprezy, o których krążą legendy i które ubarwiają codzienne życie uczniów. Jedną z nich są otrzęsiny klas pierwszych, które w tym roku miały miejsce 7 października. foto Damian Dudek Jak zawsze, już tydzień przed imprezą, po szkole krążyły plotki odnośnie tematyki otrzęsin i specjalnych zadań dla pierwszoklasistów. Uczestniczyłam w dwóch poprzednich edycjach, więc i w tym razem byłam bardzo ciekawa, co przygotują zeszłoroczni zwycięzcy – klasa II E. Tematem przewodnim okazała się plaża. Trzeba przyznać, że koledzy wspaniale wczuli się w klimat zabawy. Byli świetnie poprzebierani, zgodnie z wyznaczonym im zadaniem. Z lekkim opóźnieniem zaproszono wszystkich na aulę. Wystrój sali robił bardzo dobre wrażenie. Palmy, stroje kąpielowe, maski, fajki,





a także zawieszone nad sceną rożki lodowe wprowadzały w beztroski, wakacyjny nastrój. Po krótkiej zapowiedzi i żarcie prowadzącego, przyszła pora na konkurs. W tym roku zmagania uczniów oceniało jury w składzie: pani Elżbieta Kazimierska, pani Anna Daszczyszak i pani Dorota Sienkiewicz. Zaczęto od śpiewu. Każda z klas, do otrzymanej melodii, układała własny tekst. Dodatkowo każdy występ oceniała loża szyderców, mająca szczytne zadanie podcinania skrzydeł pierwszoklasistom. „Soliści prawie doganiali Justina Biebera” – tak skomentowano śpiew I A. Oberwało się także I D – „Proszę, nie chwalcie się, że jesteście z matfizu…”. Na szczęście nie za każdym razem loża była tak surowa, przychylniejsze opinie uzyskała klasa IC, po przekupieniu szydzącej trójki bananami. W pierwszej konkurencji najlepiej oceniona przez jury została I E. Element zaskoczenia, nie pojawiający się we wcześniejszych edycjach otrzęsin, wprowadziła profesor Dorota Sienkiewicz, przyznając dodatkowe punkty w postaci ułamków. Co ciekawe i naszej szkolnej imprezy nie ominął motyw… krzyża. Już po występie drugiej z klas, zaczęto, z niemałym rozbawieniem, skandować znane już wszystkim hasło: „Gdzie jest krzyż?” Po wysłuchaniu wszystkich kolegów, przyszedł czas na popisy tegorocznych organizatorów imprezy. II E zaprezentowała własny układ taneczny, dość prosty, ale jednak w towarzystwie stroboskopów i dymiarek wypadł naprawdę bardzo dobrze. Trzeba przyznać, że nieźle przygotowali się do imprezy, zadbali o sprzęt i całą oprawę swoich występów. Po śpiewie przyszła kolej na taniec. Pierwszaki miały dość jednolitą interpretację wakacyjnej imprezy - swobodny flirt i szał ciał. Zaskutkowało to m.in. zmysłowym tańcem z krzesłami trzech ratowników WOPRu. Przypominało to trochę striptiz, jednak obyło się bez znikania kolejnych części garderoby. Podczas tej konkurencji, na scenie było naprawdę gorąco. Furorę zrobiło pojawienie się tancerza odzianego w białe kalesony, który zaprezentował swój taniec ze wstążką. Wszyscy świetnie się bawili, co najwyraźniej było widać podczas występu klasy I C, kiedy to cała sala powstała z krzeseł, by tańczyć do przeboju Shakiry „Waka waka”. Niemiłe zaskoczenie spotkało tylko klasę I E, której odjęto 2 punkty za nieprzepisowe rapowanie zamiast tańczenia. Po szalonym tańcu przyszła pora, by coś przekąsić. Dwie osoby z każdej klasy miały za zadanie jak najszybciej wypić kolorową zawartość kubeczków. Początkowo z obrzydzeniem spoglądano na „napój”. Z daleka przypominał mi trochę moje nieudane flaczki… ale najwyraźniej smakował lepiej od nich, gdyż bardzo szybko zniknął. Kolejnym wyzwaniem dla pierwszaków była znana plażowa gra – limbo – czyli przechodzenie pod tyczką. Trzeba przyznać, ze poprzeczkę ustawiono wyjątkowo… nisko. Zabawa była przednia, nawet pomimo buczenia publiki w przypadku niezaliczonej próby przejścia. Najbardziej wygimnastykowana okazała się I F. Pomiędzy konkurencjami każda klasa miała do wykonania dodatkowe zadanie. Polegało ono na znalezieniu na szkolnych korytarzach jak największej liczby przedmiotów kojarzących się z wakacjami. Od informatorów otrzymałam wiadomość o drobnych przepychankach między zawodnikami, gdy mieli ochotę przejąć ten sam plażowy obiekt. Mam nadzieję, że nie doszło do żadnych poważniejszych obrażeń, a konflikt został rozwiązany pokojowo. Na sam koniec jury oceniało stroje wybranych uczestników otrzęsin, po czym zabrano się za podsumowanie konkursu. Po chwili pełnego napięcia oczekiwania wreszcie usłyszeliśmy, że tegorocznym zwycięzcą została klasa I F. Gratulacje w imieniu redakcji REaD! Zgodnie z tradycją zwycięzcy zorganizują otrzęsiny w przyszłym roku. Życzymy nowym organizatorom jeszcze lepszych i ciekawszych pomysłów, a co się z tym wiąże wspaniałej zabawy. Bożena Wieczorek Z archiwum "czerwonego"
Najważniejsze jest stworzenie, powołanie do życia. Później można już wszystko: przetwarzać, rozbudowywać, modernizować, pielęgnować… Krystyna Bremborowicz


Pięć lat temu obchodziliśmy 60-lecie naszej szkoły. Aby uwiecznić i podsumować życie młodzieży i nauczycieli „czerwonego” w latach 1945-2005, została wtedy wydana „Księga pamiątkowa”. Dowiadujemy się z niej o wydarzeniach zaistniałych w ciągu tych wszystkich minionych lat. Najbardziej cieszą wspomnienia wielu sukcesów, szczególnie sportowych, za sprawą których szkoła zaistniała na terenie naszego województwa, a nawet kraju. „Na arenach wojewódzkich cała społeczność szkolna zdobyła ponad tysiąc medali. Ponad 1000 razy wyjeżdżaliśmy na różnego rodzaju imprezy, zawody i rozgrywki sportowe. Kolejny 1000 to imprezy organizowane na miejscu w Kołobrzegu. Były to wszelkiego rodzaju rozgrywki międzyklasowe w koszykówce, siatkówce lub piłce nożnej. Szkoła wygrywała kilkakrotnie konkursy na szczeblu województwa organizowane przez ZG SZS w Warszawie o nazwie „Sport dla każdego”. Jako zwycięska, oprócz nagród pieniężnych na sprzęt sportowy – honorowana była udziałem w obozach



sportowych dla najlepszych szkół z całego kraju.” Wspomina profesor Franciszek Barta. Książka zawiera wiele ciekawostek zebranych i opracowanych przez profesora Marka Mućka, dotyczących okoliczności powstawania szkoły i przemian w niej zachodzących. Między innymi można przeczytać o tym, że w miejscu dzisiejszej gabloty widniejącej nad „zielonym” do lat 70tych znajdowało się „szerokie na 7 metrów okno z widokiem na salę gimnastyczną”, a północna, szklana ściana była niegdyś wielkim witrażem. „Wszystkie szyby były wzorzyste i kolorowe – czerwone, żółte i niebieskie.” Natomiast podłoga sali gimnastycznej została po wojnie całkowicie zniszczona, ponieważ Rosjanie wykorzystywali ją jako stajnię „(konie wprowadzano drzwiami od strony stadionu), więc parkiet przegnił. Zapach końskiego nawozu wyczuwało się jeszcze przez dłuższy czas po wymianie podłogi.” Warto również wspomnieć o obowiązującym niegdyś ceremoniale wstępowania ucznió do szkoły. "Drzwi są zamknięte do ostatniej chwili. Przed nimi zbierają się wszyscy uczniowie. Porządek jest ściśle określony: najbliżej wejścia pryma wyższa (klasy maturalne), dalej pryma niższa i coraz młodsi. Dla smarkaczy z kwinty i seksty na ogół nie wystarcza już miejsca pod dachem i stoją na schodach, w deszczowe dni moknąc niemiłosiernie. Dopiero gdy zapanuje ład i porządek, drzwi otwierają się i wszyscy wchodzą." Może powinniśmy przywrócić ten zwyczaj? Miłym dodatkiem wydanej księgi są liczne fotografie zarówno kadry nauczającej jak i młodzieży, która zapełniała mury naszej szkoły. Szczególną uwagę przykuwają zdjęcia naszych nauczycieli, kiedy byli jeszcze młodymi, początkującymi belframi. Jednak w rozpoznaniu ich często przeszkadzał fakt zarówno naturalnych zmian w wyglądzie, jak i zwyczajnego nieopisania fotografii. Niewtajemniczony czytelnik po prostu nie wie, na kogo patrzy. Do niezwykle ciekawych elementów książki można z pewnością zaliczyć wspomnienia. Wyróżnić można tu rozmowę pani profesor Magdaleny Gauer z profesor Krystyną Bartą, która zdradza na przykład swoje początki w zawodzie nauczyciela: „W dzieciństwie bawiłam się w szkołę i byłam nauczycielką, miałam dziennik zrobiony z zeszytu, wskaźnik z patyka i prowadziłam lekcje z matematyki, polskiego, biologii i innych przedmiotów, których przy okazji uczyłam się.” Profesr Gauer natomiast wspomina protesor Bartę jako nauczycielkę: "Uczyłaś mnie przecież i pamiętam Twoje lekcje pełne pasji. Nabrałam wówczas przekonania, że naprawdę poezją może być wszystko - nawet komórka!" Kopernik, czyli „Czerwony”, zawsze był, jest i będzie „opoką” w realizacji marzeń młodych pokoleń. Jesteśmy dumni, że możemy wzrastać czerpiąc kreatywność nieustannie pulsującą w murach naszej szkoły. Obecnie szkoła ma już 65 lat i nie mamy powodu, by sądzić, że zbliża się jej kres. Tak więc z okazji urodzin życzymy naszej szkole, by dalej obfitowała w przynoszących sukcesy uczniów i by jeszcze przez szereg długich lat była źródłem wiedzy dla wielu przyszłych pokoleń. Karolina Wójtowicz Marta Kamińska "Ale to już było i nie wróci więcej"



"...w długiej czasów kolei powstał Kopernik... ciemność ustąpiła" - pisał Ludwik Osiński, polski poeta doby oświecenia. Wówczas, po narodzinach Mikołaja, nastał świt nowego dnia przepełniony głodem. Jednakże nie był to głód postrzegany jako potrzeba fizjologiczna, lecz jako głód wiedzy. Przez ten głód ludzkość miała okazję poznać wielkiego astronoma, tego który przysłowiowo "wstrzymał Słońce i ruszył Ziemię". Tego, który dzięki swoim odkryciom, wydając dzieło "O obrotach sfer niebieskich", nadał nowy porządek otaczającemu go wszechświatowi. I tego, który określił niepowtarzalny charakter kołobrzeskiej szkoły z czerwonej cegły., jednej z najlepszych i najbardziej renomowanych szkół w województwie zachodnio-pomorskim. Dlatego też instytucja, jaką jest I Liceum Ogólnokształcące, obchodzi swoje święto. Święto to odbywa się zawsze z wielką pompą, bynajmniej nie dla slangowego "lansu", lecz po to, aby ożywić wspomnienia z dawnych, młodzieńczych lat, spotkać się z kolegami i koleżankami ze szkolnej ławy oraz po to, aby celebrować trud pracy włożonej w edukację i wychowanie młodzieży (jak również uwrażliwienie młodych ludzi na piękno otaczającego świata). Tradycyjnie już po wystąpieniach dyrekcji, wszelkich zaproszonych gości, krótkim występie chóru wyśpiewującego "Pieśń marynistyczną", "Lady be good" oraz "Niebiosa niosą", tegorocznej uroczysto-ści zmiany sztandaru, nadaniu pośmiertnie legendarnemu już nauczycielowi, p. Michałowi Barcie, tytułu "Honorowego Obywatela miasta Kołobrzeg", wyróżnieniu elitarnej jednostki belfrów w kategorii "najlepsi z najlepszych" oraz ślubo-waniu klas pierwszych, przyszedł czas na wycze-kiwany przez ponad 1 5 godziny (w niektórych przypadkach czas ten był "spożytkowany inaczej" ze względu na atmosferę miejscami wciskającą w objęcia Morfeusza) przez społeczność uczniowską (i nie tylko!) program artystyczny przygotowany w tym roku przez p. Beatę Kowalczyk i "jej aktorów", uczniów klas IIE, IIIA, IIIC, IIID i IIIE. Na pierwszy ogień poszła "opowieść o człowieku", będąca, w moim mniemaniu, retrospekcją ewolucji gatunku homo sapiens - być może



dlatego, pozostawiającą blade, aczkolwiek niebezbarwne wspomnienie w pamięci. Druga scenka tego mini-spektaklu dotyczyła "poważnej" rozmowy Mikołaja z gosposią na temat jego najsłynniejszego dzieła "O obrotach sfer niebieskich". "Zdenerwowany i zawzięty", niczym pan Hilary szukający swoich okularów Kopernik, bezradnie szukał swego "łacińskiego utworu", nie wiedząc, iż dostanie go na końcu historyjki. Banalne? Przewidywalne? Być może, jednak przedstawienie "otulone" nutką humoru i zakończone happy endem dało kolejny, wymowny plus. Kolejną atrakcją programu rozrywkowego okazała się być piosenka Jonasza Kofty "Pamiętajcie o ogrodach" (utwór ten stał się głównym motywem przedstawienia). Przesłanie tekstu dla mnie było "jasnym punktem na rozgwieżdżonym niebie". Ogród z piosenki symbolizuje azyl, ostoję w "dżungli XX i XXI wieku", nadaje pochodzenie oraz jest elementem współczesnej utopii, Arkadii, "krainy mlekiem i miodem płynącej", jaką w ramach 65-lecia stały się mury "czerwonego". Tak jak piosenka w oryginale brzmi lekko i przyjemnie, tak i w szkolnej auli sprawiała podobne wrażenie (pomimo szumu z końca sali). Niewątpliwie stało się tak za sprawą "ciepłego" i delik-atnego głosu wokalistki oraz wirującej w rytmie muzyki walca pary. Tuż po tym dwie kolejne scenki. Pierwsza z serii "rozmowa z ojcem", z której  przyznam się bez bicia - najlepiej pamiętam kwestię "Tak, tato" oraz "wywody ojca" nad wyższością matematyki wśród innych przedmiotów, jak również znamienny tekst "Synu, chyba wiesz, do jakiej pójdziesz szkoły? Do Kopernika?" Tę mieszankę komizmu i ironii każdy chyba powinien ocenić sam. Przedostatni "teatrzyk humorystyczny" to dominacja formy nad treścią, ujęta w ramach akcji "nie samą nauką żyje człowiek". Zwięzłe, finalne i najśmieszniejsze - połączenie lat "adapterowych" z XXI wiekiem, bezbłędnie obrazujące, jak zmieniało się podejście do prywatek na przestrzeni lat. Oj, mości panowie i kochane panie, zmieniło się ciut... zresztą, co tu dużo gadać, "kończę, bo nie mam nic na koncie":) Jeszcze tylko wzmianka o nieśmiertelnym "songu" Maryli Rodowicz - "Ale to już było". Co prawda, tym razem "taniec w tle" nie powalił, ale to drobne uchybienie spowo-dowało, iż jeszcze przyjemniej się klaskało i śpiewało wraz z wykonawczynią. Ewa Ferdzyn Zdjęcia z archiwum szkolnego. Wspomnienia z Kopernika
Październik to dla każdej szkoły ważny mie-siąc – 14.10 swoje święto obchodzi całe grono pedagogiczne.


Jednak dla wszystkich zwią-zanych z naszym liceum, p-aździernik to nie tylko dzień nauczyciela, ale w tym roku również 65-lecie szkoły. Taka okrągła rocznica skłania do wspomnień i przemyśleń, jak wspaniale było być uczniem … Swoje pierwsze rozpoczęcie roku szkolnego w liceum pamiętam tak do-kładnie, jakby zdarzyło się to wczoraj. To wtedy po raz pierwszy weszłam przez roz-suwane drzwi Kopernika i skierowałam się na aulę. W głowie echem odbijały mi się słowa kolegów: „Jak nauczyciel się na ciebie nie uweźmie, to może zdasz do następnej klasy”, które, szczerze mówiąc, wywołały u mnie panikę. Do tego trzeba też dodać przestraszone twarze znajomych z nowej klasy, szydercze spojrzenia starszych uczniów i groźnie wyglądających nauczycieli. Niepewny początek, ale coś było w tych murach, co na 3 lata mnie tam zatrzymało… i pozwoliło mi się przekonać, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Czas spędzony w Koperniku to nie tylko ogrom nauki, kil-kanaście przeczytanych ksią-żek, ale 30 miesięcy magi-cznego klimatu, za którym



teraz na studiach tęsknię. Bez wątpienia atmosferę, jaka panuje w Koperniku, tworzyli i nadal tworzą ludzie: Pan Dyrektor, nauczyciele, koledzy i koleżanki, ale również pani sekretarka czy pani z bufetu. To  Pan Józef Skorupiński stoi na straży zdobywania wiedzy przez młodych ludzi i dba o to, aby jego uczniom niczego nie zabrakło. To na grono peda-gogiczne zawsze można liczyć, gdy ma się jakiś problem. Tylko nauczyciele zawsze słu-żą radą i wyciągają pomocną dłoń do nierozgarniętych uczniów. Tylko wychowawca klasy potrafi zorganizować wycieczki o napiętym progra-mie – do Warszawy czy do Gdańska. Zorganizuje nie tylko zwiedzanie podstawo-wych zabytków, ale zadba o kulturę swoich podopiecznych – zabierze ich do kina, do teatru.Tylko Panią Grażynkę mogliśmy poprosić o papier drukarski, gdy sami o nim zapomnieliśmy i tylko Ona potrafiła udzielić informacji, że jakiś nauczyciel jest nie-obecny, gdy my błąkaliśmy się po holu. A najlepsze pizzerki to tylko u Pani Joli! Nie mogę nie wspomnieć o kolegach i koleżankach z mojej klasy. Z nimi spędzi-łam wspaniałe trzy lata, które teraz przechodzą do wspom-nień. Razem zajęliśmy 2. miej- sce w otrzęsinach, byliśmy ro-werami w Budzistowie, gdzie przez dziesięć minut próbo-waliśmy utrzymać się na koń-skim grzbiecie, wspólnie sza-leliśmy na szkolnych poło-winkach (i tych nieszkolnych też). Razem stawialiśmy pierwsze kroki poloneza, gdy przed studniówką próbowa-liśmy się go nauczyć. Wspól-nie bawiliśmy się na balu na-zego życia, płakaliśmy pod-czas zakończenia roku szkol-nego i razem pisaliśmy matu-rę. Niestety, skończyła się szkoła i nasze drogi się rozeszły… Ten klimat to także nieza-stąpione, jedyne i niepowta-rzalne „zielone”, które nie zawsze zielonym było. Widząc je pierwszy raz, nie przypu-szczałam, jak wiele czasu spędzę na tym niepozornie wyglądającym przyrządzie do siedzenia (do dziś nie wiem czy to ławki, czy jakieś fotele). Gdzie siedzieliśmy na przerwie? Na zielonym. Gdzie spędzaliśmy okienka? Na zielonym. Mimo że o miejsce wcale nie było łatwo. Zielone od zawsze okupowali wszyscy uczniowie i, żeby na nim usiąść, trzeba było naprawdę się nagimnastyko-wać. Na nim nie tylko się odpoczywało, ale również ukradkiem odrabiało zadania domowe, czy powtarzało na kartkówkę. Te liczne go-dziny na nim spędzone z pew-nością są częścią magii Ko-pernika. Specyficznym miejscem jest również zawsze przepełniony bufet. Tylko w nim można by-ło kupić najlepsze bułki zapie-kane z parówką! Czasem na stanie w kolejce po upra-gnioną pizzerkę trzeba było poświęcić całą przerwę. Mimo to miał on swój urok. Chętnie usiadłabym teraz na zielonym albo zjadła coś „spod noża” Pani Joli, bo na mojej uczelni mi tego brakuje. Kopernik zawsze będzie ko-jarzył mi się ze szkolną gazet-ką. To tutaj złapałam dzien-nikarskiego bakcyla, co pchnę-ło mnie na studia w tym kie-runku. To do Readu pisałam swoje pierwsze dłuższe teksty i ćwiczyłam pióro. Obecnie jestem studentką drugiego roku dziennikarstwa i komuni-kacji społecznej i muszę przyznać, że to niewielkie doświadczenie zdobyte w li-ceum, teraz bardzo się przydaje. Na tym skończę moje roz-ważania na temat tego, co by-ło. Ale z drugiej strony...,  cie-szę się, że mam, co wspomi-nać, bo takiego klimatu, jaki panuje w Koperniku, nie ma ani w żadnej innej szkole, ani na żadnej uczelni wyższej! Anna Pasztor Zbrodnicze przypadki panny Ż. cz. III

REaD OPOWIEŚCI DZIWNEJ TREŚCI

TERAZ -Hej Żaneta, co słychać? -Żaneta, świetnie dziś wyglądasz! -Pani przewodnicząca, dzięki za „szczęśliwy numerek”! Te  i podobne zawołania ciągnęły się za Żanetą podczas jej przemarszu przez długi korytarz, jednak ona nie zwracała na nie uwagi. Nie zaszczyciła swych wyborców nawet skinieniem głowy. Upychając dłonie głęboko w kieszeniach usiłowała jak najszybciej dostać się do łazienki. Z jej ust dało się czasem dosłyszeć szeptane wyrazy: „krew, krew, wszędzie krew”. Wreszcie dopadła umywalki, wycisnęła sobie na dłonie znaczną ilość mydła i, nie zważając na obecność innych dziewczyn, zaczęła gorączkowo szorować dłonie. – Krew, krew, krew... KILKA TYGODNI WCZEŚNIEJ Od kiedy Żaneta zdobyła upragnioną pozycję w szkole, wszystko układało jej się jak najlepiej. Każdy z jej pomysłów usprawniających pracę uczniów i nauczycieli, był przyjmowany z entuzjazmem i od razu realizowany. Wszyscy ją uwielbiali. Zdarzało się nawet, że dostawała upominki od swych najzagorzalszych wielbicieli. Dziewczyna czuła się jak w raju, dopóki pewna osoba nie powróciła do szkoły ze szpitala. Osoba, którą Żaneta już dawno wyrzuciła ze swej pamięci. Osobą tą była Alina, była kandydatka do samorządu, za co została zrzucona z mostu. O jej przybyciu przewodnicząca dowiedziała się oczywiście od swego zastępcy Roberta. Wiadomość ta postawiła ją na nogi i wprowadziła pewien niepokój, który z każdym dniem się pogłębiał. Żaneta nie mogła nawet patrzeć na Alinę na przerwach, tak bardzo bała się rozpoznania. Od tego czasu stała się nerwowa. Ręce stale jej się trzęsły, i zawsze wzdrygała się, gdy ktoś znienacka się do niej odezwał. Robert widział jak się męczy, jednak nie rozumiał powodu takiego zachowania i nie potrafił jej pomóc. TYDZIEŃ WCZEŚNIEJ Łazienka opustoszała. Żaneta odetchnęła z ulgą, ostatnio denerwowały ją te wszystkie

OPOWIEŚCI DZIWNEJ TREŚCI REaD

dziewczyny trajkoczące jak najęte, udające wielkie damy, a niepotrafiące spuścić po sobie wody w toalecie, wreszcie gapiące się na nią, jak nie może pomalować ust, bo tak trzęsą jej się ręce. Wyciągnęła pomadkę i podjęła ostatnią próbę. Trzask drzwi sprawił, że po raz kolejny jej ręka zboczyła z toru. Żaneta przełknęła wypowiadane przekleństwo i zwróciła swój wzrok w kierunku przybyszki. Pomadka wylądowała na podłodze – to była Alina! Nawet nie zwróciła na nią uwagi. Tylko urwała sobie kawałek papieru toaletowego i zniknęła w kabinie. Żaneta już miała powrócić do przerwanej czynności, jednak coś nie pozwalało jej na to. Podeszła szybko do drzwi łazienki i wyjrzała na zewnątrz. Korytarz był już pusty. Żaneta była już po lekcjach, więc nikogo nie zdziwiłoby jej zniknięcie. Powzięła decyzję i cicho zamknęła drzwi. Następnie rozebrała się aż do bielizny i położyła wszystko na parapecie okiennym. Potem wyciągnęła z torebki metalowy pilniczek do paznokci i podeszła do drzwi kabiny zajmowanej przez Alinę. Musiała zadziałać szybko i z zaskoczenia, by uniknąć krzyków i szamotaniny. Wiedziała, że może to zrobić. Ręce już jej się nie trzęsły. Usłyszała trzask przekręcanego zamka. Wszystkie jej mięśnie napięły się w oczekiwaniu. Klamka powoli przechylała się ku dołowi, drzwi uchyliły się. Gdy tylko otworzyły się na dostateczną odległość Żaneta zaatakowała. Przytknęła lewą dłoń do ust swojej ofiary i wepchnęła ją z powrotem do kabiny. Przygwoździła ją do ściany, a potem zadała cios. Pilniczek wylądował idealnie na swoim miejscu – w lewym oku Aliny. Dziewczyna nie zdążyła nawet krzyknąć. Z jej oka trysnęła krew, a Żaneta sukcesywnie wpychała pilniczek coraz głębiej, aż do mózgu. Alina zatrzęsła się w konwulsjach, a potem opadła bezwładnie na toaletę. Żaneta oparła się o ścianę kabiny – była wyczerpana. Po chwili otrząsnęła się i sprawdziła puls Aliny – była martwa. Żaneta wyszła z kabiny. Wycisnęła na dłoń mydło i zaczęła zmywać z siebie krew swej ofiary. Potem wyciągnęła z torebki nawilżane chusteczki i wytarła drzwi i ściany kabiny, twarz i szyję Aliny, oraz dozownik na mydło, kurki od kranu, umywalkę, wszystkie miejsca, na których mogła pozostawić krwawe odciski palców. Następnie ubrała się i wolnym krokiem opuściła łazienkę. TERAZ Żaneta wyszła wreszcie z łazienki. Jej dłonie były czerwone od ciągłego tarcia. Na korytarzu czekał na nią Robert. -Żaneta, co się z tobą dzieje? Kaśka powiedziała mi  że coś z tobą nie tak. -Niech lepiej Kaśka pilnuje własnych spraw. Nic się nie dzieje, tylko myłam ręce. -Przez dziesięć minut? -Jakieś paskudztwo, nie chciało się zmyć. Muszę przedstawić tę sprawę na kolejnym posiedzeniu samorządu. Ta szkoła jest obskurnie brudna. -Od śmierci Aliny, coś się z tobą dzieje. Jesteś niespokojna. Aż tak to tobą wstrząsnęło? Żaneta zbliżyła się do niego i utkwiła swój okrutny wzrok w jego sarnich ślepiach. Powoli cedziła każde słowo. -To nie ma nic wspólnego ze śmiercią Aliny. Ze mną wszystko dobrze. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze. - Po czym odepchnęła go lekko i oddaliła się korytarzem, a Robert westchnął tylko i podążył za nią. tuptaczek Otwarte szuflady marzeń
„Istotą harcerstwa jest dążenie do ideału, a nie osiągnięcie go za wszelką cenę!”
REaD ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ

Tymi słowami Alicja Trambowicz próbuje przekazać kwintesencję swojej pasji, jaką jest harcerstwo. Jest ona drużynową 75 Kołobrzeskiej Drużyny Harcerskiej „Globina”, założonej w naszej szkole w 1983 roku. Czym jest właściwie Związek Harcerstwa Polskiego? Jaka jest jego historia, geneza? Związek Harcerstwa Polskiego jest organizacją pozarządową skupiającą się na wychowaniu dzieci zgodnie z obowiązującym prawem harcerskim lub prawem zuchowym. Praca młodych ludzi jest silnie motywowana przez „dobrego ducha”, jakim jest przygotowany pod względem pedagogiki drużynowy. Historia harcerstwa jest wyjątkowo barwna i ciekawa, o czym na pewno przekonają się młodzi ludzie wstępujący do naszej organizacji. Polecam zapoznać się z literaturą, która przybliży młodym, energicznym ludziom sedno roli harcerzy w społeczeństwie: "Czarne Stopy" - S. Szmaglewska, "Kamienie na szaniec", "Zośka i Parasol"- A. Kamiński.

ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ REaD

Wiele osób zastanawia się, czym różni się ZHP od ZHR? Czym się rożni? Zadano mi pytanie… różni się strukturą, celami, zasadami, sposobem oddziaływania na społeczeństwo. Ale z autopsji wiem, że ZHP daje ogromną szansę rozwoju i satysfakcji w życiu osobistym. Szczerze polecam! Co należy zrobić, aby wstąpić w szeregi harcerzy? Wystarczy mieć chęć przeżycia niezapomnianej historii, poznania fantastycznych ludzi. A tak od strony ogólnej należy skontaktować się z komendą hufca ZHP Kołobrzeg - dh. komendant Sławomir Góral. Jakie są obowiązki każdego harcerza? Obowiązkiem nowych członków drużyny tzw. Biszkoptów (tak nazywani są nowicjusze) jest szacunek wobec innych harcerzy oraz posłuszeństwo wobec drużynowego. Jak drużyny spędzają czas, czym się zajmują? Drużyna ze względu na specjalizacje może zajmować się najróżniejszymi rzeczami. Ale najciekawsze jest poznawanie szyfrów, gry terenowe, zwiady nocne, zadania grupowe oraz, co każdy harcerz lubi najbardziej, rajdy, zloty harcerskie, ogniska, pląsy i zabawy do białego rana przy dźwiękach gitary. Jakie są struktury, podziały w poszczególnych drużynach? Każda drużyna ZHP posiada taki sam podział: Drużynowy – opiekun, to on zbiera pochwały i nagany Przyboczny- najważniejsza funkcja, to prawa ręka drużynowego, zaufany człowiek Zastępowy- szczęściarz, który prowadzi własny zastęp i nim dowodzi Szeregowy- podstawowy stopień, lepiej szybko wybić się na wyższy Występuje jednak dużo szerszy podział, o którym z pewnością opowie drużynowy na jednej ze zbiórek harcerskich. Jak długa i ciężka jest droga do osiągnięcia stopnia drużynowej? A to ciekawe pytanie, nad którym się nigdy nie zastanawiałam. Właśnie to jest magia harcerstwa. Przez 11 lat byłam ciekawa wszystkiego i wszystkich. Przez ten okres pięłam się w górę, stawiając sobie cele i zadania. Po długim okresie otrzymałam zaszczytną rolę drużynowej, przyjmując granatowy sznur na lewe ramię- to było niezwykle przeżycie pełne łez szczęścia. Która chwila związana z harcerstwem na zawsze pozostanie w Twojej pamięci? Które wspomnienie jest najbardziej wzruszające, zabawne? Niewątpliwie najzabawniejszą sytuacją była przeprawa przez rzekę w pełnym ubraniu. Wrażenia i zimno niezapomniane! Ciekawe też były zadania na rajdzie Asterix, np. jednym z nich było oddzielanie cukru od maku albo całodniowa próba ciszy. Jak bycie harcerzem wpłynęło na Twoje teraźniejsze życie? Harcerstwo pokazało mi nowy sposób myślenia oraz dało szanse wykazania się w różnych dziedzinach i pełnionych funkcjach. Doświadczenie, jakie zdobyłam, nakierowało mnie na kierunek studiów, jakim jest pedagogika .  Wiążesz z harcerstwem przyszłość? Może pomogło ono w jej realizacji? Każdy, kto złoży przyrzeczenie harcerskie, zostaje harcerzem na całe życie. Z wielką chęcią służę pomocą przyszłym i obecnym drużynowym. Jako Instruktor Związku Harcerstwa Polskiego będę starała się godnie reprezentować działające kołobrzeskie drużyny. Gdybyś mogła jednym zdaniem zachęcić nowicjuszy do zostania harcerzem, bądź zuchem, jakie ono by było? Jeżeli chcesz poznać nową drogę życia, która może zaowocować w przyszłości, wstąp do nas. Czuwaj! Alicja Trambowicz Farida i Geetha







Gumowe ucho Mirki
Niezastapiona Mirka znowu podsłuchuje autobusowe rozmowy!


Najtrudniej jest zacząć. Długo zastanawiałam się, jak to zrobić, miałam wewnętrzne opory, chciałam to zrobić jak najoryginalniej, najciekawiej, najlepiej. Mówię (a raczej piszę) w tej chwili jedynie o artykule, ale nie ja jedna mam problemy z początkami. Głowimy się, co napisać we wstępie szkicu interpretacyjnego, jak zagadać do kogoś, kto nam się podoba… i czy w ogóle to robić. Problem nie jest tak duży, gdy na widoku mamy tylko jedną osobę. Inaczej sprawy się mają, gdy obiektów zainteresowań jest więcej. Na przykład taka sytuacja. Grzecznie siedzę sobie w autobusie, cieplutko mi  przemoczone buty zaczynają wysychać, czytam sobie lekturę, a tutaj moją idyllę przerywa grupka nastolatek w wieku bliżej nieokreślonym. Wbiegły sobie do autobusu, wymachując rękoma i radośnie dyskutując. Przez przypadek (przecież nie miałam zamiaru podsłuchiwać, nie moja wina, że książka jest mało wciągająca…) do moich uszu dotarła istota problemu. -Słuchajcie, słuchajcie, słuchajcie! – Krzyknęła jedna z dziewczyn, wyjątkowo podekscytowana. -Kojarzycie Karola? Cisza, która zapadła po wypowiedzi, musiała wystarczyć jej za odpowiedź. -No, tego z długimi włosami! – Zdecydowała się podpowiedzieć koleżankom. -Aaa, tego, co ciągle chodzi w tej samej bluzie? Odgadła ruda w zielonej czapce. -Nie, Marti, to Kuba. Karol ma takie śliczne, błękitne oczy… -No, trzeba było od razu, że to ten, w którym się ostatnio zabujałaś, Kaśka. I co z nim? -Czajcie taką akcję: idę sobie do szkoły, powolutku, jak to zwykle bywa: muza z mp3 i te sprawy, i nagle zza rogu wychodzi – nie zgadniecie… -… czyżby Karol? -Oszukujesz, Anka! W każdym razie scena jak z filmu, zderzamy się ze sobą, on na ziemię, ja na niego… jakie on ma zajebiste perfumy!... i tak leżymy i… - Pocałowaliście się? -Och, Marta, ty tylko o jednym. No  on wstał i coś takiego, uważacie... – Kasia zawiesiła dramatycznie głos – „nic ci nie jest?”. Nic ci nie jest, czaicie go? No to ja mówię, że wszystko dobrze, no i on wtedy poszedł, no i miał taaakie śliczne oczy… -Oooooch! – Dziewczyny wydały z siebie jęk zachwytu. -A co z tym z humana? Już się odkochałaś? - dopytywała się ruda. -No co ty! – Oburzyła się główna bohaterka - Ale on ma dziewczynę. Na pewno ją rzuci, nie wygląda mi na takiego, który długo by wytrzymał z jedną. I jak z nią zerwie, to wtedy przyjdzie do mnie! – Wyłuszczyła swój przebiegły plan.



-A w ogóle z nim gadałaś? -No… jeszcze nie. Ale się na niego patrzę na każdej przerwie! I wysłałam mu zaproszenie na nk, ale nie zaakceptował. A jutro... – ściszyła głos. Dziewczyny nachyliły się ku niej, a ja wyostrzyłam słuch - …jutro się do niego uśmiechnę! Po tej zaskakującej informacji autobus stanął, dziewczyny wyszły, drzwi się zamknęły. Ja powoli trawiłam informacje, zapominając o otwartej lekturze. Moją głowę zaprzątało kilka spraw. Po pierwsze, jak można zakochać się w kilku chłopakach naraz? Może jestem niepoprawną romantyczką, ale stan zauroczenia zawsze wyobrażałam sobie jako coś niepowtarzalnego, czego nie można czuć do kilku osób jednocześnie. A może po prostu mam za małe serce, aby obdarzyć miłością pięciu chłopaków w tej samej chwili? I kwestia druga, być może dotycząca nieśmiałości: jak długo można poprzestawać na patrzeniu na drugą osobę, bez próby kontaktu z nią? I od kiedy zwykły uśmiech zaczął być przejawem ogromnej odwagi? Z drugiej strony jednak, może to dobrze, że są jeszcze osoby tak wrażliwe. Może naszemu społeczeństwu potrzeba trochę ich delikatności i niewinności, nawet jeżeli oznacza to zakochiwanie się w kim popadnie i niemożność podjęcia jakichkolwiek kroków. Może to całkiem miła odmiana po wszystkich historiach z nastolatkami w ciąży. Może to być nawet urocze – oczywiście, o ile taka osoba nie katuje wszystkich wkoło swoimi rozterkami miłosnymi. Mirka

PIONOWO: 1. Z jakiego przediotu Adolajda udziela korepetycji? 2. Zachowanie Żanety (widzenie krwi na rękach) jest analogiczne do zachowania innej morderczyni znanej z literatury szkolnej, jakiej? (klasa pierwsza). 6. Miateczko do którego wprowadziła się Becca Crane. 8. Zdobywca GrandPrix na Herbertiadzie to Daniel... 10. Serial, w którym gra odtwórca roli Edwarda Sullena. 13. Nazwisko wychowawcy dawnej absolwentki naszego LO. 15. Przyjaciel głównej bohaterki filmu "Wampiry i świry". POZIOMO: 3. Turniej muzyczny dawniej organizowany w naszym mieście. 4. Rodzaj muzyki promowany na Mech Day'u. 5. Jedna z ksiązek dotyczących harcerstwa napisana przez A.Kamińskiego ("Zośka i . . . ") 7. ...szyderców , oceniała występy klas I na otrzęsinach. 9. Artysta, którego koncertowi poświęcona jest większość artykułu muzycznego? 11. Imię odtwórcy roli Edwarda Sullena. 12. Używając go, Żaneta uśmierciła swoją kolejną ofiarę. 14. Jak ma na imię ma dziewczyna chodząca do Adolajdy na korepetycje? 16.Obecna "miłość" bohaterki "Gumowego ucha Mirki". Prawidłowe odpowiedzi wraz z nazwiskiem i klasą należy wrzucać do naszej skrzynki na parterze. Nagrodą jest podwójna wejściówka do kina Wybrzeże na dowolny film. REaD; gazeta uczniów I Liceum im. M. Kopernika; ul. Łopuskiego 42-44; 78-100 Kołobrzeg; tel. 943544633; readakcja1@wp.pl; www.mam.media.pl; nr 8/2011, nakład 50 egzempl. OPIEKUN KOŁA: mgr Blanka Góral REDAKTOR NACZELNY: Aleksandra Stawińska REaDAKCJA: Maria Czaplewska, Monika Dobrowolska, Damian Dudek, Aleksandra Dykowska, Ewa Ferdzyn, Marta Kamińska, Ewelina Patek, Aneta Szustek, Bożena Wieczorek, Karolina Wójtowicz GOŚCINNIE: Patryk Arkanów, Ewelina Sulecka.