Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Warto wiedzieć...
18 listopada w naszej szkole odbyła się I Sesja Dziennikarska. Obszerna relacja z wydarzenia w przyszłym wydaniu REaD! Pełne wydanie REaD możecie znaleźć również na stronie: mam.media.pl/read


Drodzy czytelnicy ! Przed Wami nowy numer REaD, a w nim: relacja z otrzęsin, ciąg dalszy komiksu, zmiany w statucie oraz inne tematy dotyczące nie tylko szkolnego życia. Mamy również przyjemność ogłosić, że zdobyliśmy "Szkolnego Pulitzera 2011", tytuł przyznawany przez Kurier Szceciński jeden raz w roku najlepszej gazecie szkolnej wojewódz-twa zachodniopomorskiego. Jest to dla nas duże wyróżnienie, ale i motywacja do jeszcze cięższej pracy. Życzę wszystkim miłej lektury! Redaktor naczelna Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia cała redakcja gazety REaD życzy Wam wesołych, pogodnych i radosnych chwil spędzonych w gronie najbliższych. Obowiązki szkolne niech nie spędzają wam snu z powiek, a rok 2012 będzie o wiele lepszy od obecnego. WESOŁYCH ŚWIĄT ! SPIS TREŚCI:

REaD WOLNE LICENCJE Wolna Wiki Jako przeciętny internauta z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Wikipedia to najpopularniejsza internetowa encyklopedia. Obecnie zawiera ponad 20 mln haseł we wszystkich edycjach językowych,a istnieje ich ponad 200. Korzysta z niej chyba każdy, ale prawie nikt nie wie, że to dzięki wolnym licencjom, na których opiera się jej funkcjonowanie. Ten zapis umożliwia użytkownikom Internetu dobrowolne redagowanie i wykorzystywanie zamieszczanych tam haseł. W przypadku kopiowania wymaga się podania źródła i autora oraz licencji, na jakiej dostępny jest artykuł. Dzięki wolnym licencjom społeczność wirtualna staje się częścią kultury uczestnictwa, bierze udział w zbiorowej inteligencji. Pierwsza z nich umożliwia aktywność w tworzeniu encyklopedii, druga pozwala podnosić poziom wiedzy i kompetencji eksperckich użytkowników Internetu. Pełna nazwa encyklopedii to „Wikipedia, Wolna encyklopedia" , przy czym ‘wolna’ odnosi się do wolnych licencji. Moi rozmówcy, studenci dziennikarstwa - Kasia i Mateusz,przyznają: - Nie wiemy,co to oznacza. Nie spotkaliśmy się nigdy z takim terminem”. Mateusz nie ukrywa, że często korzysta z zasobów Wikipedii: „ Bardzo często korzystam z haseł popularnej „Wiki”, dla mnie to podstawowe źródło do bibliografii pracy”. Choć oboje wiedzą, że mogą sami zmieniać zamieszczone tam hasła, nie robili tego. Kasia mówi: „Nigdy nie redagowałam żadnego hasła, ale gdybym się zdecydowała, byłoby to pojęcie z dziedziny, w której jestem naprawdę dobra”. W ślad Wikipedii poszedł serwis youtube, który w 2011 r. również wprowadził wolne licencje. Ciekawe, kto będzie następny. Ania Pasztor

REaD; gazeta uczniów I Liceum im. M. Kopernika; ul. Łopuskiego 42-44; 78-100 Kołobrzeg tel. 943544633 readakcja1@wp.pl www.mam.media.pl nr 8/2011, nakład 50 egzempl. OPIEKUN KOŁA: Blanka Góral RED. NACZELNY: Agnieszka Sołtys REaDAKCJA: Dominika Badaczewska,Marysia Czaplewska,Grzegorz Dobek,Monika Dobrowolska,Agnieszka Jaciuł,Klaudia Malek,Monika Nowakowska,Ewelina Patek,Justyna Piąsta,Justyna Skowrońkska,Adam Tokarczyk,Daria Wojciechowicz GOŚCINNIE:Ania Michalska , Ania Pasztor 3................WOLNE LICENCJE 4......Z DZIENNIKA ADOLAJDY 6..............CHCEMY BYĆ SOBĄ 8.............................KRAKÓW MIASTO NAUKI (I NIE TYLKO) 11.......................OTRZĘSINY 14..........................RÓŻOWA ŚWINKA JEST NIEBIESKA 15................WYMIANY CZAS 18....................MISTRZOWIE MISTRZA 21...............TELEPORTACJA? CZEMU NIE! 25.................."A NAGRODĘ OTRZYMUJE..." 27......................POKAZUJE PRAWDĘ, PORUSZA TEMATY NIEWYGODNE 28...................WIĘŹNIARKI DZIEWCZYNY Z JEDNEJ CELI 30.......KTO MA MIKROFON, TEN MA WŁADZĘ? 33.......CZASEM WARTO SIĘ ZASTANOWIĆ, CO I GDZIE MÓWIMY 34.........................KOMIKS 36.......................GRUNDIK Z DZIENNIKA ADOLAJDY
W życiu nie widziałam tylu pierwszaków. Dosłownie. Namnożyło się ich jak jedynek po kartkówce z łaciny. Gdzie się nie obejrzeć – nowa twarz. Przez chwilę pomyślałam nawet, że to ja jestem tu po raz pierwszy, a poprzednie życie było tylko snem, ale na szczęście obok mnie znalazła się Elwira.
Z DZIENNIKA ADOLAJDY REaD

1 września 2011 Czwartek. Z radością rzuciłam się jej na szyję, czego ona z łatwością uniknęła. Wredota jedna. - Mogłabyś być odrobinę milsza dla dawno niewidzianej najukochańszej przyjaciółki - skierowałam na nią bardzo obrażone oczka. - Addie, widziałyśmy się wczoraj. I przedwczoraj. I dwa dni temu. I… - Dobra, dobra, załapałam aluzję. Ale przywitać byś się mogła. Elwira w odpowiedzi przewróciła tylko oczami i skierowała się przez tłum. Chcąc nie chcąc, ruszyłam za nią. Nie mam pojęcia, jak ona to robi – przepływa przez tę ściśniętą masę ludzi nawet ich nie dotykając, podczas gdy ja muszę przeciskać się jak w kolejce do bufetu. Pewnie generuje jakieś pole siłowe. Gdy dotarłam nareszcie do reszty klasy od razu wchłonął mnie wir opowieści o wakacjach, miłostkach, podróżach, opaleniznach, koncertach… Rozejrzałam się po korytarzu. - Co to za klasa, tu obok? – trąciłam w ramię Wiewiórę, zawsze zorientowaną w ploteczkach. - Pierwszy matchem. - A tam? – pokazałam klasę dalej. - Pierwszy matchem. Co to ma znaczyć?! Czyżby wszystkie klasy były podwójne? Sklonowali wszystkich? A może to jakiś spisek mający na celu zdominowanie naszej szkoły przez pierwszaki? Nie zadawałam sobie wtedy pytania, kim są „Oni” (bo że są, nie miałam wątpliwości). Elwira spojrzała na mnie i Wiewiórę z politowaniem i rzuciła coś o sporym naborze i że to „zupełnie normalne”. Ewidentnie nie rozumie powagi problemu. W tym momencie zobaczyłam dwóch chłopaków i od razu wiedziałam, ze to właśnie „Oni”, odpowiedzialni za wszystko. Niewysocy, chuderlawi, stali pod ścianą obok siebie, nie odzywając się ani słowem. Jeden był wyprostowany i zdegustowanym spojrzeniem ogarniał cisnący się przed nim motłoch, drugi natomiast był nieco przygarbiony i łypał spod grzywki. Łypał! Łączyły ich dwie cechy: obaj mieli bladą, wręcz szarawą skórę i obaj pomimo widocznie młodego wieku mieli oczy starców. Oczy, które oglądały już wiele śmierci. Słowem, naszą szkołę odwiedziły wampiry. 9 września 2011 Piątek. Wytrzymałam ponad tydzień, nosząc sama ten straszny sekret. Potajemnie ich śledziłam i dzięki kilku znajomościom (głównie Elki – ta dziewczyna stanowczo zbyt łatwo się zaprzyjaźnia!) dowiedziałam się, że chodzą do pierwszej lingwy (jednej z dwóch – miałam rację ze spiskiem!). Właśnie szłam z Elwirą na kiermasz książek, nie mając na celu, rzecz jasna, zobaczyć znowu moich ulubionych absolwentów, tylko cywilizowanie nabyć książki, gdy na przeciwnym końcu korytarza zobaczyłam Ich. Błyskawicznie przywarłam do ściany i odwróciłam wzrok, gdy jeden z nich na mnie spojrzał. Pokryłam się zimnym potem. Nie mogą spostrzec, że się ich boję! Gdy zniknęli za rogiem, Elwira spojrzała na mnie z ciekawością i zapytała: - Ćwiczysz krok odstawno dostawny? Ach, jaka ona jest niewinna! Jaka nieuświadomiona! Jest w zbyt wielkim niebezpieczeństwie. Muszę jej powiedzieć. Rozejrzałam się dokoła i wciągnęłam ją błyskawicznie do biblioteki. Na szczęście była opustoszała.

REaD Z DZIENNIKA ADOLAJDY

- To są wampiry – szepnęłam jej na ucho. Spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem mówiącym mniej więcej „coś ty sobie znowu ubzdurała?”. Przełknęłam ślinę. - Wszystko się zgadza. Bladzi, złowieszcze oczy, raz widziałam jak jeden miał na brodzie krew! - Z pewnością albo się zadrapał. Pomyśl choć raz logicznie. - Kilka razy? Moje wytłumaczenie tłumaczy wszystko. Elwira wbrew woli poczuła się zainteresowana. - Jakie wszystko? - To, że teraz jest więcej klas. Ta dodatkowa jest tylko po to, żeby mieli więcej zapasów i żeby nikt nie zauważył znikających uczniów! Już jedna osoba podobno – podkreśliłam ostatnie słowo – się wypisała. Na bank została wyssana! Elwira westchnęła znacząco. Chyba mi nie uwierzyła. Cóż, jak zostanie zabita i do cna wyssana, inaczej zaśpiewa! Zwłaszcza, że śledząc po szkole wampiry zauważyłam, że zmierzają do mojego bloku. Okazało się, że mieszkanie moich sąsiadów zostało sprzedane, a oni sami wyjechali i nikt ich już nie widział. To nie może być przypadek! Jestem w niebezpieczeństwie. 10 października 2011 Poniedziałek. - Co robisz? – zainteresowała się Elwira. - Piszę testament. Od tygodnia nie mogę wybrnąć z „zdrowa na ciele i umyśle”; miałam paskudne przeziębienie. Zapisać ci coś szczególnego? Poszła sobie. Kompletnie jej nie rozumiem. Wzruszyłam ramionami i wróciłam do pisania. Po chwili zobaczyłam nad sobą cień. - „Nieodżałowana” pisze się przez „ż” z kropką – usłyszałam głos Elwiry. - A ty znowu tu? Zmieniłam zdanie, jednak ci nic nie zapisuję, możesz sobie iść – oznajmiłam obrażona. - Próbuję właśnie zrozumieć, czemu uważasz ich za wampiry. Tym bardziej, że nie mówiłaś praktycznie nic o tym wyprostowanym. Ani nie widziałaś go ubabranego krwią, ani skradającego się, ani łypiącego spod grzywki. - Widocznie zaspokaja się mentalnie – mruknęłam oburzona – albo Abelard dla niego poluje… - Abelard? - …albo Abelard nie połyka, a Heloiz tak… - … sama to wymyśliłaś, przyznaj się. - No co? Mieszkają w jednym mieszkaniu, chodzą do jednej klasy, są nierozłączni od wieków. Przyznaj sama, czy to nie romantyczne? I znowu poszła. Zdecydowanie, nie zapiszę jej laptopa, niech nawet nie marzy. 21 października 2011 Piątek. Potrząsnęłam mocno Elwirą. - Ale oni byli ubrani! - Po raz piąty powtarzam, że przebranie za wampiry nic nie znaczy. To były otrzęsiny, więc nie mieli wyboru. - Ależ znaczy wszystko! – wykrzyknęłam tak głośno, że nowy bufetowy spojrzał na mnie znacząco. Wymamrotałam coś przepraszająco i wróciłam do sprawy wampirzej – Oni czuli się w pelerynach swobodniej niż zawsze, w końcu mogli poczuć się wolni… Dam głowę, że to Oni podsunęli pomysł horrorowego wystroju drugiej „f”. Wszyscy są zamieszani w ten jeden wielki spisek! Zmrużyłam oczy. Może Elwira dlatego tak mi zaprzecza, bo sama jest w to wciągnięta? Nagle skuliłam się za torbą i zaczęłam udawać, że wcale nie istnieję. Elwira nachyliła się do mnie. Spojrzeniem pokazałam jej wchodzące wampiry. One natomiast podeszły do bufetu, a Abelard powiedział cicho (specjalnie się nachyliłam, by usłyszeć): - To, co zwykle. Bufetowy poważnie schylił głowę. Po chwili wręczył Abelardowi pizzerkę wyjątkowo hojnie polaną ketchupem. Czerwona maź przy pierwszym ugryzieniu ubrudziła brodę przygarbionego wampira. - I masz swojego wampira – mruknęła za śmiechem Elwira. Naiwna. To tylko dowodzi,że bufetowy też uczestniczy w spisku. Będę musiała mieć się na baczności! Adolajda Chcemy być sobą
Zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Ale czy konieczne?


30 czerwca 2011r. uchwalono „Zmianę nr 5 do statutu ZSO im. M. Kopernika w Kołobrzegu”, z którą każdy uczeń Liceum został zapoznany. Większość punktów w tym projekcie przyjęto pozytywnie. Jednak propozycje zmiany w 7. Rozdziale -  „Prawa i obowiązki ucznia” – wzbudziły niechęć, zgubne uczucia i posypała się masa negatywnych komentarzy. Szczególnie bulwersuje punkt 7 – „(…) uczeń (…) nie manifestuje strojem lub innymi elementami wyglądu zewnętrznego przynależności do subkultur młodzieżowych, ma czyste, w naturalnych kolorach, zadbane włosy. W szczególności zabrania się: a) przychodzenia na zajęcia w krótkich spodenkach (…) stroju sportowym, b) noszenia kolczyków dużych rozmiarów, kolczyków w innych częściach ciała niż uszy, tatuażu w widocznych częściach ciała, c) dreadów, d) zarostu”. Mamy swoją kulturę I Liceum w Kołobrzegu to prestiżowa szkoła, w której uczą się osoby o wysokiej kulturze osobistej. „Tak bardzo razi szanowne grono pedagogiczne nasz indywidualizm? " – komentuje jeden z uczniów. Czy to przeszkadza, że różnimy się od siebie, wyglądamy inaczej, charakterystycznie się ubieramy i czeszemy, każdy jest inny? Wygląd zewnętrzny to osobista sprawa każdego z nas. Mamy prawo do decydowania o swoich upodobaniach, a nasi rodzice do wychowywania nas zgodnie z własnymi przekonaniami. Jeden z uczniów mówi - „Nigdy nie komentujemy ubioru i koloru włosów naszych profesorów, mimo tego, że nie zawsze się nam podoba, bo szanujemy ich i ich gusta." To prawda, że szkoła zobowiązuje do pewnego ubioru. Nie możemy przychodzić w takim samym stroju na dyskotekę, na plażę i na lekcje. Ale nasze dobre wychowanie pozwala



nam odróżnić, co kiedy na siebie założyć wypada. A nawet jeśli (mało prawdopodobne) uczeń ma brudne włosy, to świadczy przecież tylko o jego zaniedbaniu. Szkoła to miejsce, gdzie uczą nas tolerancji, gdzie kształtujemy swoją osobowość i upodobania. A co z tolerancją nauczycieli ?  Przecież było dobrze Ogólnie w Koperniku akceptowano autonomię uczniów. Co prawda, w historii szkoły był czas, kiedy chodziło się w mundurkach, ale ten okres już dawno minął, żyjemy w XXI w. Co skłoniło radę pedagogiczną do zmian? „Przecież to jest nasze życie. Chcemy być sobą, nie jednolitą masą. Nie wiem co oburzającego jest w dreadach albo pofarbowanych włosach” – mówi uczennica Czerwonego. Jeden z punktów w statucie mówi o szanowaniu poglądów i przekonań innych ludzi. Subkultury młodzieżowe wiążą się właśnie z określonymi poglądami i przekonaniami. Czy ten rodzaj szacunku też się liczy? To dla nas ważne Nasza powierzchowność dużo mówi o nas samych. Poprzez ubiór i uczesanie możemy wyrazić siebie, swoją osobowość, podkreślić indywidualizm. Różnimy się od przyjętych kanonów i to czyni nas wyjątkowym... Lubimy się wyróżniać. Jak powiedział Jonathan Davis: "Śmiejecie się ze mnie, bo jestem inny. Ja się śmieję z was, bo wszyscy jesteście tacy sami." Właśnie my, uczniowie, tworzymy nasze Liceum i właśnie ta wyjątkowość każdego z nas sprawia, że jest ono dobre i na korytarzach panuje miła atmosfera. Nasza szkoła to mieszanka osób charakterystycznych i różnych subkultur młodzieżowych, jednak wszyscy wzajemnie się szanujemy, nikt nie dominuje, nie próbuje udowodnić swojej lepszości i wyższości. Najważniejsze jest to, jakimi ludźmi jesteśmy. Od małego uczono nas, że to nasze wnętrze jest najważniejsze, to nie szata zdobi człowieka, a teraz tak duża waga przywiązywana jest do naszego wyglądu. Mamy nadzieję, że nowy status szkoły się nie przyjmie, a nauczyciele zaczną akce-ptować to, co nie powinno nikomu przeszkadzać. Artykuł napisany został w październiku, a o wprowadzonych zmianach dowiemy się wkrótce. Klaudia Malek Justyna Skowrońska Kraków – miasto nauki (i nie tylko)!
Dni 15-18 września w Krakowie upłynęły pod znakiem I Ogólnopolskiego Forum Młodych Chemików...
REaD

...zorganizowanego z okazji Międzynarodowego Roku Chemii. Pod opieką prof. Anny Bańkowskiej, Tymoteusz Basak i ja reprezentowaliśmy naszą szkołę na Uniwersyte- cie Jagiellońskim. 4 września pełni entuzjazmu z gotową prezentacją pod tytułem "Badania nad białka- mi wciąż nagradzane Nagrodą Nobla” wyruszyliśmy w długo wyczekiwaną podróż. Chwilę po przybyciu na miej- sce i zameldowaniu się w aka- demiku "Nawojka” musieliśmy biec do budynku Wydziału Chemii UJ na oficjalne powitanie uczestników Forum. Pierwszy nagrodzony głośnymi brawami wykład wygłosił profesor Jerzy Vetulani na temat "Chemii mózgu”. Po tym zachęcającym początku mogliśmy wysłuchać kolejnych, nie mniej ciekawych prezentacji studentów z Naukowego Koła Chemików UJ. Mimo zmęczenia po całym dniu wykładów nikt nie myślał o spaniu. Wieczorem wybraliśmy się do klubu studenckiego "Rotunda” na spotkanie integracyjne uczestników Forum. Już po kilkunastu minutach 130 zupełnie obcych sobie osób dogadywało się bez słów, bo wszystkich nas łączyła ta sama pasja – chemia. Po zakończeniu imprezy grzecznie powiedzie- liśmy nauczycielom dobranoc, a sami przeszliśmy do oficjalnej części integracji. Kraków nocą to najpiękniejsze miasto na świecie. Następnego dnia po wypiciu hektolitrów kawy, wszyscy byli już w stanie brać udział w kolejnych wykładach. Podczas uroczystego otwarcia, pani dziekan Wydziału Chemii UJ zapowiedziała krótki wykład profesora Andrzeja Bielańskiego. Na dźwięk tego nazwiska połowa sali zamarła bez ruchu. Po minie pani Bańkowskiej zrozumiałam, że to TEN Bielański, autor Biblii każdego chemika

REaD

przygotowującego się do olimpiady – ,,Podstaw chemii nieorganicznej”. Jednak największe wrażenie tego dnia zrobił na wszystkich wykład prof. dr hab. Bogusława Buszewskiego o metodach rozdzielania w chemii analitycznej. Jego wykład kilkakrotnie przerywały głośne brawa i salwy śmiechu. Karykaturalne rysunki i nietypowe porównania sprawiały, że uśmiech nie znikał z twarzy słuchaczy. Profesor zaraził wszystkich swoim entuzjazmem, a jego pozytywna energia wzbudziła sympatię uczestników Forum. Po wykładach wysłuchaliśmy prezentacji wszystkich wydzia- łów chemii w Polsce. Dziekani zachęcali nas do podjęcia stu- diów chemicznych i wybrania właśnie ich uczelni. Po południu zwiedziliśmy pracownie Wydziału Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ogromne ilości odczynników chemicznych, skomplikowana specjalistyczna aparatura do spektroskopii czy analiz – po prostu raj! Z laboratorium musieli nas wyrzucać siłą. W końcu do głosu zostali dopuszczeni uczestnicy Forum. Nawet profesorowie byli pod wrażeniem wybra- nych przez nich tematów i profesjonalizmu, z jakim je opracowali. Po wyczerpującym dniu organizatorzy, chcąc zapewnić nam odrobinę rozrywki, zaprosili nas do Teatru Grote- ska na spektakl "Mistrz i Małgorzata”. Po jego zakończeniu szykowaliśmy się do powtórki poprzedniego wieczoru. Naszą dobrą zabawę było chyba jednak słychać bardziej niż nam się wydawało, bo następnego dnia rano pani profesor Bańkowska opowiadała, jak to ,, nie mogła spać, ponieważ jakieś oszołomy biegały w nocy pod oknami i wrzeszczały jak dzikusy”. Zaraz po śniadaniu odbył się pierwszy etap konkursu EChemTest. Niestety, zabrakło mi 2



punktów, ale za to Tymkowi udało się przejść do następnego etapu. Potem czekały nas kolejne godziny wykładów, z których najbardziej zainteresowała mnie prezentacja Zosi Krasińskiej o drukowaniu molekularnym. Zaraz po obiedzie pobiegliśmy na salę wykładową, by zająć jak najlepsze miejsca podczas pokazu doświadczeń. Na stole laboratoryjnym stały zagadkowe termosy, zlewki z kolorowymi cieczami, słoiczki z dziwnymi kryształami, a w rogach wisiały dwa niepozorne baloniki. Skupieni na ciekawych doświadczeniach zapomnieliśmy o balonach do momentu, w którym profesorowie nam o nich przypomnieli. Z uśmiechami od ucha do ucha, przysunęli płomień do pierwszego balonu i … BUM!!! Połowa słuchaczy spadła z krzeseł, połowa zamarła bez ruchu. Po chwili przysunięto płomyk do drugiego balonika i … JESZCZE WIĘKSZE BUM!!! Myślę, że nikt nie spodziewał się aż tak głośnego wybuchu. Pierwszy balon z wodorem, a drugi z mieszaniną wodoru z powietrzem… Tymek siedział z wiele mówiącą miną – ,,muszę powtórzyć to w domu”. Nadal ogłuszeni ruszyliśmy na sesję plakatową. Po obejrzeniu wszystkich dzieł, czekał nas już ostatni wykład przed oficjalnym zakończeniem Forum. Pani Barbara Rys w swojej prezentacji dotyczącej historii syntezy barwników, połączyła chemię z muzyką, sztuką i historią. W czasie wykładu przeprowadziła reakcje otrzymywania niektórych barwników, bardzo szczegółowo opisując przebieg odkrycia każdej z metod. Została nagrodzona owacjami na stojąco. Wszyscy czuli ogromny niedosyt wiedzy i żałowali, że to już ostatni wykład tego Forum. Każdy z wykładowców w ciekawy sposób przekazywał wiedzę, która opisana w książkach nie jest już tak interesująca. Część uczestników opuściła już Kraków, więc tej nocy mniejszą grupą udaliśmy się na ostatni podbój tego cudownego miasta. Siedząc na Smoku Wawelskim, wspólnie oczekiwaliśmy na wschód słońca. Kolejny dzień Tymek rozpoczął od pisania drugiej części EChemTestu. Ja z panią Bańkowską udałyśmy się na spacer po Krakowie. Gdy zwiedzałyśmy Collegium Maius, Tymek zadzwonił z wiadomością, że zajął drugie miejsce i będzie reprezentował Polskę na europejskim finale konkursu. Pani Bańkowska prawie zemdlała z wrażenia. Po wykwaterowaniu z akademika i zostawieniu bagaży w skrytce na dworcu mieliśmy jeszcze dwie godziny do odjazdu. Ruszyłyśmy na zakupy, a Tymek udał się w poszukiwaniu Internetu i czegoś do jedzenia. Wieczorem, gdy w końcu wsiedliśmy do opóźnionego autobusu, nie mogłam uwierzyć, jak szybko minęły te cztery cudowne dni. Zmęczona, ale szczęśliwa, zasnęłam błyskawicznie zwinięta na siedzeniu jak precel. Obudziłam się dopiero rano, już w Koszalinie. Im bardziej zbliżaliśmy się do deszczowego Kołobrzegu, tym bardziej miałam ochotę wrócić do ciepłego Krakowa, w którym poznałam wielu wspaniałych ludzi, tak jak ja kochających chemię. Ania Michalska Otrzęsiny 2011
20 X 2011 - data, na którą z niecierpliwością czekali naj-młodsi uczniowie naszego liceum.


Wszyscy pierwszoklasiści intensywnie przygotowywali się do dnia, w którym staną się pełnoprawnymi uczniami Kopernika. W zeszłym roku wygrała klasa lingwistyczna, więc to oni byli gospodarzami tegorocznej imprezy.W czwartek o godzinie 17:00 wszyscy uczestnicy oczekiwali na wejście do auli. Tym razem tematem przewodnim były horrory. Każda klasa tradycyjnie musiała się przebrać . Uczniowie I „a” zostali duchami, biolchem tworzył trupę przerażających clownów, hisspoł – psychopatów, I „d” była czarownikami i wiedźmami, I „e” zgrają zombie. Nie zabrakło, rzecz jasna ,wampirów – I „f” oraz reprezentacji z piekła rodem (I „g”). W mrocznej scenerii rozpoczęła się mrożąca krew w żyłach uroczystość. Gala prowadzona była przez uroczą rodzinkę Addamsów. Do oceniania uczniów zaproszone zostały: postrach żywych i umarłych – profesor Anna Daszczyszak;







Otrzęsiny rozpoczął krótki pokaz tanecznych umiejętności organizatorów, po czym na scenę proszone były po kolei klasy pierwsze w celu zaprezentowania talentów wokalnych. Niektórzy zbyt dosłownie zrozumieli słowa prowadzących „powyjcie trochę do księżyca”, ale mimo to zabawa była przednia. Następną konkurencją było tworzenie mumii przy pomocy papieru toaletowego.Potem przyszła kolej na prezentację umiejętności tanecznych. Oczywiście, pomysłów było mnóstwo. Pierwszaki popisały się kreatywnością. Widać było, że wszyscy przyłożyli się do zadania. Uczestnicy mieli też okazję spróbować smakołyków szykowanych przez kuchnię Addamsów. Muszę jednak zauważyć z przykrością, że nie wszystkim było to w smak. Cała zabawa zakończyła się wygraną biolchemu i to im przypadnie zaszczyt kontynuowania tradycji w przyszłym roku. Osobiście uważam, że pomysł II „f” był cudowny, stroje zjawiskowe, a oprawa – wręcz przerażająca (w dobrym znaczeniu, rzecz jasna!). Gdybym miała oceniać organizatorów, z czystym sumieniem postawiłabym im 5+, choć były pojedyncze wpadki. Gratuluję drugiej lingwie świetnej imprezy i życzę I „b”, by sprostała wysoko postawionej poprzeczce i w przyszłym roku pokazała równie wspaniałe widowisko Ewelina i Nika Różowa świnka jest niebieska!
GMO to organizm, w którym materiał genetyczny został zmieniony w sposób niezachodzący w warunkach natu-ralnych wskutek krzyżowania lub naturalnej rekombinacji.
REaD

Jeśli ktoś twierdzi, że GMO jemy od tysiącleci, bo DNA ulega mutacjom, to jest w dużym błę-dzie. Genetyczna modyfikacja organizmów to przede wszystkim technologia, która służy też m.in. do produkcji leków. Ale oczywiście wszelkie debaty i kontrowersje kręcą się wokół żywności (niewiedza?). Pierwszą uprawianą rośliną Bt był ziemniak odporny na stonkę. Inne to bawełna, kapusta, pomidory oraz przede wszystkim kukurydza Bt. Zwiększenie zawartości suchej masy poprzez wzrost syntezy skrobi zastosoowano w pomido-rach, stworzono transgeniczny ryż (z genami żonkila), który charakteryzuje się zwiększoną produkcją betakarotenu, prekursora witaminy A - powoduje to też żółte zabarwienie nasion - "złoty ryż". Pszenica o zwiększonej zawartości glutenu, co poprawia cechy mąki uzyskiwanej z takich ziaren, to kolejny przykład zastosowania GMO. Celem GMO jest wprowadzenie genu (fra-gmentu DNA) jednego gatunku (np. bakterii) do DNA drugiego gatunku (np. kukurydzy) w ta-ki sposób, aby nowy zmodyfikowany organizm posiadał określoną cechę (np. wytwarzanie pe-stycydu przez kukurydzę, który normalnie jest wytwarzany przez bakterię). W mediach poja-wiły się spekulacje na ten temat. Nie ukrywajmy - Polska jest uzależniona od importu modyfiko-wanych genetycznie pasz wysokobiałkowych (podobno tańsze!). Warto pochylić się nad fa-ktem, że w czasie gdy Polska coraz bardziej uzależniała się od importu soi GMO, równo-cześnie likwidowano uprawy rodzimych roślin strączkowych, które mogłyby być dochodową dla polskich rolników alternatywą dla importu soi z drugiej półkuli. Po cichu areał uprawy tych roślin w Polsce dramatycznie się zmniejsza. Wypada się zastanowić, czy GMO jest na pew-no dobre dla ludzi? Polska ujawniła się parę lat temu jako kraj wolny od GMO, ale w rzeczywi-stości tak nie jest. W 2008 r. koalicja PO – PSL potwierdziła stanowisko poprzedników, przyjmu-jąc Ramowe Stanowisko Rządu RP Dotyczące Organizmów Genetycznie Zmodyfikowanych, w którym znajduje się taki zapis: „Rząd Polski dąży, by Polska uzyskała status „kraju wolnego od GMO”. Ale Polska nie jest wolna od tego typu organizmów. Może w przyszłości będziemy jeść owoce w proszku… kto wie? To dzięki GMO mamy różowe świnki o niebieskich ryjkach, jabłka, które są gigantyczne i pięknie, czerwone pomidory, które nie tracą daty ważności. Chodzi najbardziej o pocieszenie oka i uszczuplenie naszego portfela, a niekoniecznie o szukanie wymiernych korzyści. Zdań o GMO jest tyle, co ludzi na świecie. Na pewno w najbliższym czasie dyskusje w tym temacie wzrosną na sile. Nam pozostaje jedynie czekać na decyzję rządzących. Z pozdrowieniami Biolog :) Wymiany czas!
"Kopernik" po raz kolejny wziął udział w wymianie uczniowskiej. Tym razem padło na Izrael.
REaD KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA

Tylko pozazdrościć! Słońce, plaża, piękne widoki, morze Śródziemne i Czerwone, Jerozolima, TelAwiw… Tego i jeszcze więcej doświadczyć mogło dwunastu uczniów z klas II i III naszego liceum w ramach projektu "Młodzi dziennikarze/wolon- tariusze mostem pomiędzy narodami, kulturami, pokoleniami i generacjami.” Pod wodzą profesorów Marka Mućka oraz Marka Kiesia zorganizowana została wymiana uczniowska z izraelską Metrowest High School w Raananie. Wymianę objął honorowym patronatem starosta kołobrzeski, Tomasz Tamborski. Celem tego przedsięwzięcia było nawiązanie przyjacielskich więzi polsko-izraelskich oraz poznanie życia codziennego rówieśników z innego kontynentu. Niewątpliwie, było to wspaniałe przeżycie, które pozostawi na zawsze cudowne wspomnienia! Wstępnym, nieoficjalnym etapem wymiany było nawiązanie kontaktów "na odległość" za pośrednictwem portali społecznościowych. Uczestnicy wymiany po raz pierwszy spotkali się na berlińskim lotnisku 20 lipca po przylocie uczniów izraelskich. W niemieckiej stolicy spędzili dwa dni. W trakcie pobytu zwiedzali żydowskie cmentarze, Bundestag, synagogi, muzea m.in. Judisches Musem. Wieczorem, 22 lipca, wszyscy przyjechali do Polski. Uczestnicy wymiany przez pięć dni w swoich domach gościli nowych znajomych. Rankiem dnia następnego wycieczka pojechała do Gdańska. Tam zwiedzono m.in. Westerplatte, Kościół Mariacki. Grupa jadła także obiad w żydowskiej restauracji, choć, zdaniem Izraelitów, jedzenie, jak to w Polsce bywa, w żadnym calu nie przypominało ich kuchni. W Kołobrzegu także czekało wiele atrakcji.

KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA REaD

Gościom z zagranicy pokazano miejsca związane z przedwojenną kulturą żydowską (lapidarium, Siloah, ślady dawnej synagogi). Zorganizowany został rajd rowerowy, oczywiście wyprawa nad Morze Bałtyckie, sprzątanie cmentarza (mogli tego gościom oszczędzić!), warsztaty na temat walki ze stereotypami przeprowadzone przez pracowników Muzeum Żydów Polskich w Warszawie. Poznano "od kuchni" pracę wydawnictwa Kamera. Odbył się wyjazd do Mielna- spotkanie z Leokadią Choińską, której Instytut Yad Vashem nadał tytuł „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” za ratowanie Żydów w czasie drugiej wojny światowej. Uczniowie zorganizowali także grę w paintball, seans filmowy oraz domóweczkę (ale Ćiii, nauczyciele nic nie wiedzą;>)25 lipca odbyło się spotkanie ze starostą kołobrzeskim, władzami Kołobrzegu i lokalnymi mediami. Ogółem rzecz biorąc, nasi goście poznawali życie tutejszych nastolatków. Poza tym zaproszonym bardzo podobały się polskie lasy. 28 lipca Izraelici wrócili do swojego kraju. 18 września nadszedł czas na wylot do Izraela. ,,Koperniczanie” wsiedli w pociąg i wyruszyli do Berlina na lotnisko. Dla niektórych był to pierwszy lot samolotem... Podekscytowani lotem 19 września wysiedli na lotnisku Bengurion w  Tel Awiwie, zakwaterowali się w domach przyjaciół i po krótkiej drzemce wyruszyli na pierwszą wyprawę do Jerozolimy. Tam zobaczyli m.in. domniemany grób Dawida, stare miasto, Górę

REaD KAŻDA PODRÓŻ TO PRZYGODA

Oliwną oraz oczywiście Ścianę Płaczu. W następnych dniach także się nie nudzili, zwiedzili Muzeum Yad Vashem, Tel Awiw, Morze Martwe, Śródziemne, Twierdzę Masada (było naprawdę gorąco, 40 stopni w cieniu), piękne synagogi. Pławili się w cudownym górskim stawie w tamaryszkowym zagajniku, zwiedzili Jerycho, starożytne ruiny Cezarei Nadmorskiej, szkołę w Raananie (zdecydowanie lekcje tam są „dziwne”; uczniowie zapatrzeni w telefony nie słuchają nauczycieli).Wymiana uczestniczyła w podpisaniu partnerstwa pomiędzy Poznaniem a Raananą, zobaczyła przedstawienie teatralne pod tytułem „Getto”. Ważnym wydarzeniem było spotkanie z ojcem dziewczyny zabitej przez Palestyńczyków. Mówiono o bezsensowności walk między Izraelem a Palestyną, o dążeniu do pokoju między tymi państwami- to naprawdę smutne, że w dzisiejszych czasach nadal trwają wojny, w których giną niewinni ludzie. Tam także zorganizowana została dymówka, tyle że w stylu żydowskich nastolatków. Bardzo ekscytującym przeżyciem była nocka w beduińskim namiocie na pustyni. Ostatniego dnia odbył się pożegnalny piknik… Niestety, nic nie trwa wiecznie i po wymarzonych wczasach nadszedł czas na powrót do domu. Rozstanie nie było łatwe, przez ten krótki czas zawiązało się wiele przyjaźni. 26 września Polacy wrócili do kraju. Choć przeżyli szok kulturowy, ogromną zmianę klimatu i kuchni (co powodować może rozmaite dolegliwości; <), wyjazd ten będą wspominać bardzo dobrze. Zdaniem wczasowiczów wymiana była udana. Przy tak napiętym programie nikt nie miał prawa się nudzić, a jeśli jednak - to tylko przez chwilę ;). Izraelici w najbliższym czasie odwiedzą polską stolicę i dzięki temu prawdopodobnie znów dojdzie do spotkania z naszymi przyjaciółmi. Moniczka Mistrzowie mistrza

„Z pęknięcia między mną i światem rodzi się poezja"

Już po raz dwunasty mieliśmy możliwość uczestniczyć w Ogólnopolskim Przeglądzie Twórczości Zbigniewa Herberta, czyli Herbertiadzie. Cała impreza składała się z kilku części: spektakli, konkursu poprzedzonego dwudniowymi warsztatami, prezentacji laureatów, zorganizowany został nawet turniej szachowy o Puchar Pana Cogito (dla niezorieto-wanych dodam, że Pan Cogito jest bohaterem przewijającym się przez liczne teksty Herberta, pojawia się w większości jego najsławniejszych wierszy). Muszę przyznać, że tego-roczne warsztaty wyjątkowo mi się spodobały. Uczestnicy mieli okazję zwrócić uwagę na mankamenty swoich konkursowych prezentacji, których wcześniej nie zauważali. Poruszyliśmy nawet kwestię scenicznego ubioru recytatora. Dowiedzieliśmy się, jakie są nasze złe sce-niczne nawyki, na przykład niepotrzebne poruszanie ramionami czy mówienie do własnych butów. Konkurs był emocjonujący, zwłaszcza przez plotkę o wyjątkowo dużych jak na ten konkurs nagrodach pieniężnych dla laureatów. Wydarzenie miało miejsce w małej sali teatralnej Regionalnego Centrum Kultury. Jak co roku pojawili się goście z daleka, mieszkańcy rodzinnego miasta Herberta, reprezentujący szkołę imienia Marii Magda-leny we Lwowie. Swoim wschodnim akcentem urozmaicili konkurs, a jeden z nich, Artur Łucyk, zdobył najwyższą nagrodę, czyli Grand Prix (Joanna Cieśluk ze Szczecina – I miejsce, Ania Piotrowska z Koszalina – III miejsce). Nie najgorzej poszło uczniom naszej szkoły, Marta Bryl zdobyła nagrodę spe-cjalną, niżej podpisana zajęła



drugie miejsce, a Patrycja Jasińska otrzymała wyróżnienie. Na koncercie galowym dla laureatów wystąpiła także uczennica pierwszej klasy, Estera Kracz-kowska, która pod koniec ubiegłego roku szkolnego, reprezentując jeszcze gimnazjum w Gościnie, zwyciężyła Małą Herbertiadę, czyli odpowiednik głównego konkursu dla młodszych uczestników. Na Gali Herbertiady pojawili się ważni goście, aktorzy, miłośnicy twórczości Herberta i politycy. Ciągnęły się przemówienia, odczytano listy kilku ważnych osób, które nie mogły się zjawić. Zauważyłam jednak, że Herbertiada w tym roku cieszyła się mniejszym powodzeniem niż rok temu. Mimo to nie straciła całego splendoru, który, jak mi się wydaje, wypływa przede wszystkim z siły poezji Zbigniewa Herberta. Wiersze przeczytane, wyrecytowane, powiedziane na scenie Regionalnego Centrum Kultury wciskały w fotel nie tyle wykonaniem, co przede wszystkim treścią. Marysia Czaplewska Każdy mistrz, zanim się nim stał, miał kogoś, kto go inspirował, swojego tak zwanego idola czy bohatera. Taką właśnie osobą dla Zbigniewa Herberta był Juliusz Słowacki. Stąd na tego-rocznej, XII już Herbertiadzie, ukazał się spektakl według dygresyjnego poematu tego wybitnego przedstawiciela romantyzmu, pt. „Beniowski”. Mimo nielicznej obsady (Bernard Maciej Bania i Aleksandra Maj) aktorzy odegrali kilka postaci wyka-zując się nie tylko sprawnością fizyczną, ale też dbałością o pełność żołądków publiczności (podczas przed-stawienia można było zjeść prażoną kukurydzę czy też złapać na przekąskę- lecące ze sceny kawałki kurczaka). Artyści uzmysłowili nam, że do przeniesienia publiczności w świat wykreowany przez poetę wcale nie potrzeba wielu rekwizytów ani wyra-finowanej scenografii. Pozwolili zaistnieć światu tętniącemu życiem, pokazać ludzi pełnych namiętności, gwałtownych, zmiennych emocji. A to wszystko przy wykorzystaniu jednego stołu, dwóch krzeseł, kilku płócien i poruszającej wyobraźnię muzyki. Czy zastanawialiście się kiedyś, ile funkcji może pełnić zwykła, niepozorna chusta? Otóż wyobraźcie sobie, że nie służy jedynie jako okrycie czy przykrycie – może stać się nawet… wiosłem. Oczywiście nie polecamy używać takich pływając po jeziorze.



W sobotę, po prezentacji laureatów konkursu recytatorskiego, obejrzeliśmy monodram pt. „RAPORT 2011 ROK. Poezja Zbigniewa Herberta”. Aktor przedstawił nam swoją osobistą interpretację wybra-nych utworów poety. Zrobił to w bardzo ciekawy sposób, łącząc grę aktorską z muzyką w wykonaniu uzdolnionych artystów. Fascynujące, jak wiele interpretacji można przypisać każdemu utworowi, jak mocno wczuć się w każde wypowiadane słowo i prze-kazać je w taki sposób, by inni chcieli słuchać. W pewnych momentach można było się poczuć jak na prawdziwym muzycznym koncercie. Aktorzy Teatru im. J. Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim w spektaklu pt. „Żegnaj książę” w skrócie przybliżyli widzom historię życia i twórczości Herberta. To, że w skrócie, nie oznacza, że nie przedstawili tego wystarczająco. W jednej chwili na scenie można było zobaczyć płacz, smutek, po czym radość, chwilę refleksji czy też ogromny zamęt. Aktorzy oczarowali nas swoją grą. Do tej pory zastanawiamy się, co zrobili z nami podczas przedstawienia. Siedzieliśmy tam, tak jak zapewne reszta publiczności, wpatrzeni z zapartym tchem w scenę, myśląc, co wydarzy się za sekundę. Każda kolejna minuta przynosiła coś nowego. Artyści sprawili, że zabrakło nam słów, by wyrazić podziw dla nich, mogliśmy więc tylko nagrodzić ich mocnymi brawami. Daria Dominika Teleportacja? Czemu nie!
"Parkour - to sztuka przemieszczania, polegająca na doskonaleniu swojego ciała i umysłu do potrzeb otoczenia, stworzona przez Davida Belle'a"
REaD ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ

Tak w dużym skrócie tłumaczy istotę parkour Dominik Cieszyński, który jest z nim związany od 6lat. REaD- Skąd wziął się pomysł na taką, trzeba przyznać, nietypową aktywność fizyczną? Dominik Cieszyński-Pomysł został zaczerpnięty od kolegi, który właśnie trenował parkour, a sam zainspirowałem się filmem "Yamakasi - współcześni samurajowie". REaD - A teraz też masz kogoś, kto Cię inspiruje, jest Twoim wzorem? DC - W zasadzie nie można tego sprowadzić do konkretnej osoby, inspiracją dla mnie są wszyscy, którzy mają wyższy poziom oraz sam fakt rozwoju parkour, który na ten moment jest monumentalny nie tylko w Polsce, ale i na świecie. REaD - Jak sam powiedziałeś, parkour jest coraz popularniejszy. Czy są jakieś specjalne predyspozycje, które trzeba koniecznie mieć, aby zacząć ćwiczyć? DC - To zależy co rozumiemy przez ćwiczenia, bo jeżeli mówimy o osiągnięciu czegoś konkretnego to tutaj już liczy się wysportowanie i sprawność fizyczna, ale trenować parkour jako sztukę może każdy. Niezależnie od budowy ciała, wagi, płci

ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ REaD

czy wieku. Tu ważny jest zapał do ćwiczeń. REaD - Skoro już mowa o osiągnięciach, bierzesz udział w jakiś turniejach, zawodach? DC - Ja osobiście udziału w tego typu eventach nie brałem, ale każdy kto miał z tym styczność, przekonał się, że jest tam bardzo pozytywna atmosfera sprzyjająca rozwojowi, nawiązywaniu wzajemnych przyjaźni, a każdy kto ma do tego zdrowe podejście, traktuje to jak zabawę. Od znajomych wiem, że na takich zawodach nie ma negatywnej rywalizacji, raczej ludzie wzajemnie się wspierają. Oprócz udziału w turniejach, swoje umiejętności można zaprezentować na różnego rodzaju pokazach czy w teledyskach. REaD - Z tego, co właśnie powiedziałeś, wynika, że parkour daje wiele korzyści nie tylko fizycznych, ale i duchowych. Czy w związku z tym jesteście dobrze przyjmowani przez innych ludzi? Jakie są ich reakcje? DC - Co do reakcji, to są one skrajne, tak jak i ludzie, bo tak naprawdę zależy to już indywidualnie od człowieka. Jedni bardzo pochwalają, cieszą się, że młodzież się rozwija, spędza czas na świeżym powietrzu, a nie np. siedzi przed komputerem. Z drugiej strony zdarzają się niemiłe sytuacje-krzyki czy wyrzucanie z miejsc, w których ćwiczymy. Ludzie twierdzą, że zakłócamy porządek publiczny. Ale i na to jest rada, wystarczy z takimi osobami spokojnie porozmawiać i wytłumaczyć, że nic złego nie robimy. REaD - 14. maja zorganizowałeś w Kołobrzegu warsztaty parkour, które odbyły się na boisku Czerwonego. Czy po tym wydarzeniu zainteresowanie tą sztuką jest większe? Trenujesz teraz w większej grupie? DC - Owszem, jako członek

REaD ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ

Parkour Poland zorganizowałem ogólnopolskie warsztaty, które odbywały się w 12 miastach jednocześnie i równocześnie trenowało ponad 500 osób, więc odzew był naprawdę duży. Przyszły osoby w wieku od 9 do 18 lat i rzeczywiście teraz staram się z nimi spotykać regularnie co weekend. Aktualnie jest to grupa ok.25 osób, a z racji tego, że robi się coraz zimniej, zaczynamy trenować na sali, którą udało mi załatwić w ZSS nr 1 im. Z.Herberta i tam też prawdopodobnie będziemy ćwiczyć w każdy piątek. REaD - Wiążesz w jakiś sposób swoją przyszłość z parkour'em? DC - Jak najbardziej. Nie chcę traktować tego jako główne źródło dochodu, ale chcę trenować jak najdłużej pozwoli mi na to ciało. Parkour pozwala na własny rozwój i samodoskonalenie, a oprócz tego używając swoich umiejętności np. jako kaskader w teledyskach, nie dość, że doświadcza się czegoś całkiem nowego, to rzeczywiście daje to możliwość dodatkowego zarobku. REaD - Czy istnieje jakieś Twoje największe marzenie związane właśnie ze sztuką przemieszczania? DC - Tak. Jest to założenie szkoły parkour, do której przychodzi masa młodych ludzi, którzy dzięki temu, że zobaczą jaki parkour jest piękny i jakie daje możliwości, nie będą sięgać po narkotyki, alkohol i papierosy czy siedzieć przed komputerem całymi dniami, tylko rozwijać się i mieć fajną przyszłość. "Dzielą ich kilometry, ale łączy przyjaźń." Oprócz trenowania w Kołobrzegu Dominik wraz z trzema kolegami z Chodzieży, Węgorzewa i Łobza przejechał w te wakacje Polskę autostopem. Pomysł narodził się w ich głowach po kolejnym przemierzeniu naszego kraju w celu trenowania parkour. Okazało się, że mimo iż podróże pociągiem mają swój klimat, to strasznie dużo kosztują. "Chcieliśmy przeżyć przygodę i trochę zaoszczędzić, a co za tym idzie, zwiedzić więcej miast"-tłumaczy kołobrzeżanin. Przygotowania do wyjazdu polegały na odłożeniu pewnej kwoty pieniężnej, pozyskaniu sponsorów, do których były wysyłane oferty oraz oczywiście zaplanowaniu trasy, która rozpoczynała się w Kołobrzegu, a uwzględniała najróżniejsze miasta takie jak: Warszawa, Kraków, Mińsk Mazowiecki, Olsztyn oraz najmilej wspominane: Malbork, Opole, Gdynia, BielskoBiała. Początek podróży przypadł na lipiec. "Najfajniejsze w tym wszystkim było to, że przebywało się w całkowicie obcym miejscu, z całkowicie obcymi ludźmi, ze świadomością, że nie wiadomo gdzie będzie się dzisiaj spało czy co jadło lub gdzie obudzimy się jutro. Oprócz zwiedzenia fantastycznych miejsc, trenowania w najlepszych miejscach z najlepszymi ludźmi, to właśnie takie poczucie bycia wędrowcem, podróżnikiem jest niesamowite" - mówi Dominik. Okazuje się, że złapanie stopa nie jest takie trudne, a w Polsce jest wiele życzliwych osób. "Oczywiście bywało różnie. Raz łapało się stopa w minutę, a raz czekało się parę godzin, ale ogólnie wyszło bardzo pozytywnie." Taki wyjazd daje nie tylko wiele wspomnień czy umożliwia zacieśnianie więzów między podróżnikami, ale pozwala spojrzeć na świat z całkiem innej perspektywy. Jak mówią sami uczestnicy, cała podróż jest niesamowitym przeżyciem, ale jedną rzecz Dominik wspomina najlepiej: "pewnego dnia z własnej nieuwagi skręciłem kostkę, co

ZARAŹ NAS SWOJĄ PASJĄ REaD

oznaczało dla mnie chwilową przerwę w podróży i wszyscy byli lekko zdenerwowani, a dodatkowo pogoda się całkowicie załamała i nie mieliśmy pojęcia gdzie będziemy spać. Znaleźliśmy stację benzynową, na której mogliśmy przeczekać burzę, a następnie pracownik stacji skierował nas w stronę gospodarstwa, gdzie ku naszemu zdziwieniu, pozwolono nam przenocować w ... najprawdziwszej stodole z sianem. Fantastyczne wspomnienie. Jedynym negatywnym aspektem jest długa lista rzeczy zgubionych o niemałej wartości pieniężnej. Chłopcy przemierzyli łącznie ponad 2000 km. Uważają, że były to najlepsze wakacje w ich życiu i z pewnością je powtórzą, jednak następnym razem planują przekroczyć granice Polski camperem. Życzymy im powodzenia i jeszcze lepszych doznań. Warto również dodać, że w Polsce jest jeszcze jedna taka grupa o znaczącej nazwie "Mega cheap trip". A Wy zdecydowalibyście się na taki wyjazd ? :) Guulek Od czasu przeprowadzenia wywiadu upłynął spory kawał czasu i trochę się zmieniło.Dominik wraz z grupą trenują już na sali.Skontaktować się z nim możecie przez portal społecznoścoiwy facebook. Możecie również obejrzeć parę ciekawych filmików: http://www.youtube.com/AkukProd "A nagrodę otrzymuje..."
Rozdanie nagród Szkolnego Pulitzera to duże wydarzenie w świecie szkolnych gazet województwa zachodniopomorskiego.


21października. Godzina 7.15. Dworzec PKS. Tak w skrócie rozpoczęła się nasza podróż do Szcze-cina. Lekko zaspani, ale pełni pozytywnych emocji usadowiliśmy się na tylnych siedzeniach busa i ruszyliśmy w drogę. Trzeba przyznać, że dwie godziny minęły całkiem szybko i dotarliśmy do Szczecina. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się w miejscu, gdzie miało odbyć się wręczenie nagród Szkolnego Pulitzera. Przygodę w Książnicy Pomorskiej rozpoczęliśmy ok.10, kiedy to pan Twardochleb -główny koordynator konkursu, oficjalnie wszystkich powitał, podał ogólny plan zajęć na dziś, ogłosił następną edycję Szkolnego Pulitzera i wreszcie podzielił nas na trzy grupy: szkoły podstawowe, gimnazjalne oraz ponadgimnazjalne. Wtedy to mogliśmy udać się na zwiedzanie Książnicy. Nasza grupa rozpoczęła je od agendy Zbiorów Specjalnych, czyli zbiorów szczególnie cennych dla Książnicy. Następny przystanek - Magazyn, gdzie przechowywana jest większość książek i czasopism instytucji, a także gdzie



dowiedzieliśmy się jak możemy wypożyczyć książkę w Książnicy oraz co się stanie, jeśli jej nie oddamy. Stamtąd udaliśmy się prosto do Kon- serwatorium, w którym odna- wia się stare, naprawdę stare książki chociażby te z XV w. Zobaczyliśmy jak mniej więcej przebiega ten proces, powiedziano nam dlaczego pisma się kąpie. Był to ostatni przystanek zwiedzania, jednak największe emocje były dopiero przed nami. Ceremonia rozdania nagród odbywała się kolejno w kategoriach od najmło- dszych do najstarszych. Najpierw wszystkim zespołom zostały wręczone nominacje do nagrody głównej oraz drobne upominki. Nareszcie nadszedł moment wyczekiwa- ny przez wszystkich – przyznawanie tytułów Szkolnego Pulitzera. W każdej kategorii był jeden laureat, a dodatkowo było przyznawa- ne Grand Prix oraz nagroda dla najlepszego dziennikarza. W momencie odczytywania naszej kategorii na myśl by nam nie przyszło żeby szykować się do wystąpienia na środek. „A nagrodę otrzymuje…szkolna gazeta „REaD” wydawana w I LO w Kołobrzegu ”.Rozlegają się brawa, a my dalej tkwimy na naszych miejscach. Jeszcze długo po tym nie mogliśmy uwierzyć, że tytuł „Szkolnego Pulitzera 2011 szkół ponadgimnazjalnych" przypadł właśnie nam. Radość i zaskoczenie były ogromne. Po zakończeniu uroczystości mieliśmy również okazję porozmawiać z dziennikarzami TVP Szczecin. Po tym udaliśmy się razem z uczestnikami na obiad i krótki odpoczynek do parku. Niestety nasz czas w Szczecinie dobiegał końca i musieliśmy zmierzać w stronę przystanku i ruszyć w drogę powrotną. Powrót się dłużył, dłużył i dłuuużył. Cała nasza trójka siedziała prawie całą drogę ze słuchawkami na uszach, nie mogąc doczekać się powrotu do domu i chwili odpoczynku po całym dniu wrażeń. Do Kołobrzegu dotarliśmy z 40-sto minutowym opóźnieniem. Szybko pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę. Był to dla nas niezapomniany dzień, który pozwolił nam zobaczyć szkolne gazety z całego województwa i nawiązać parę ciekawych znajomości oraz przekonać się o mocy „słowa pisanego”. Docenienie nas sprawiło, że mamy jeszcze większe ambicje i chęci do kontynuowania zajęcia, które sprawia nam tyle radości i satysfakcji – pisania. Możemy obiecać, że będziemy się starać jeszcze bardziej i nie spoczniemy na laurach. Agnieszka Jaciuł Agnieszka Sołtys Adam Tokarczyk Pokazuje prawdę, porusza tematy niewygodne
23 września 2011 roku o godzinie 18.00 w Zespole Szkół Społecznych im. Zbigniewa Herberta w Kołobrzegu zorganizowano wieczór autorski Piotra Zarębskiego, twórcy filmu dokumentalnego pt. "Więźniarki". Spotkanie było podzielone na trzy części: autoprezentację reżysera, wyświetlenie filmu oraz pytania do autora.


Na miejsce w większości przybyli ludzie starsi. „Upłynęło wiele lat, a dla dzisiejszej młodzieży stan wojenny to tylko suche wydarzenia, fakty i daty. Nikt nie chce uświadamiać młodych jak było naprawdę. Nikt już nie mówi o walce którą stoczyliśmy, aby Polska była wolna!” – powiedziała jedna z kobiet zasiadających na widowni. Podczas autoprezentacji Piotr Zarębski opowiadał o sobie i swoim życiu. Studiował w Łódzkiej Szkole Filmowej na wydziale operatorskim. Jego pasją była fotografia. Łącząc hobby z nauką, tworzył etiudy filmowe. Za zaangażowanie i rzetelność przy wykonywaniu projektów, nieraz był doceniany i nagradzany przez profesorów. Posiadał odmienne i indywidualne podejście do świata, jak sam mówił -  „Zawsze chodziłem własnymi ścieżkami”. Na 5 roku studiów dołączył do „Solidarności” i angażował się w propagandę przeciw ówczesnym rządom. Podejmował się różnych prac, aby zdobyć pieniądze na zakup pierwszego profesjonalnego sprzętu filmowego. Kiedy mu się to udało, zapragnął dalej się rozwijać. Chciał zostać reżyserem. Z biegiem czasu zaczął specjalizować się w dokumentach. Poruszał tematy tabu, o których nikt nie miał odwagi mówić. Kolejnym elementem wieczoru autorskiego, było wyświetlenie filmu "Więźniarki", który tuż po ogólnopolskiej premierze wywołał wiele kontrowersji i trudnych pytań. Dokument opowiada historię 7 kobiet, które za działalność w "Solidarności", podczas stanu wojennego, zostały skazane na długoletnie wyroki. Więźniarki -  dziewczyny z jednej celi
"Więźniarki" to dokument o przyjaźni przeplatany wątkami politycznymi.


Po skończonym seansie, na chwilę w sali zapadła cisza, po której rozległy się gromkie brawa. Tak zaczęła się trzecia część spotkania z Piotrem Zarębskim. -Co skłoniło pana do stworzenia "Więźniarek"? - zapytano.   -Chciałem powrócić do tego, jak może się wydawać, odległego tematu. Mimo upływu czasu, ludzie nadal pamiętają wydarzenia z lat 80. Kiedy zapytamy obcokrajowca, co kojarzy mu się z Polską, odpowie - Jan Paweł II, Lech Wałęsa, "Solidarność". O zwykłych, szarych ludziach, już się nie pamięta, nie są sławni. Może temat, który poruszyłem w tym filmie, jest tematem niewygodnym? Ja po prostu chcę pokazywać prawdę. Myślę, że przełamano "barierę ciszy", która może spowodować lawinę kłótni i oskarżeń dotyczących "Solidarności", czy Stanu wojennego. Wtedy na pewno zwrócę uwagę na tych, którzy będą najgłośniej się bronić, bo przecież, tylko winni się tłumaczą. Reżyserem jest Piotr Zarębski - niezależny twórca, operator i producent filmowy. Na piątym roku studiów dołączył do "Solidarności" i angażował się w antykomunistyczną propagandę. W 2008 r. odbyła się premiera filmu, która wywołała wiele sporów i dyskusji. Bohaterki - ówczesne członkinie "Solidarności", opowiadały się w nim po stronie Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy. O działaniach Lecha Wałęsy nie mówiły dobrze. Skutkiem tego była cenzura pierwotnego tytułu oraz usunięcię początkowych napisów podczas emisji filmu w Telewizji Polskiej. 9. listopada 2008 roku dokument zdobył główną nagrodę na festiwalu "Niepokorni - Niezłomni - Wyklęci" w Ciechanowie. Po Zosię ubecy przyszli rano, zapukali do drzwi, weszli do mieszkania, zakuli ją w kajdanki i przeprowadzili szczegółową rewizję. Dostała 5 lat pozbawienia wolności. Tyle samo dostała Wiesia. Jolę skazano na 2 lata w zawieszeniu na 4, Marylkę na 3 i pół roku, Anię na 3 lata, natomiast Elę na półtora roku. "Rekordzistką" okazała się Ewa, której postawiono wyrok dziesięciu lat pozbawienia wolności. Zarzut ? Nawoływanie do strajków w zakładach pracy oraz posiadanie antypaństwowych ulotek. Ich proces miał być "przestrogą" dla tych, którzy działali w propagandzie przeciwko władzy. Miał im uświadomić, że oni też mogą tak skończyć.



Kobiety w filmie opowiadają o swoich losach podczas "odsiadywania" wyroków. Mówią o swoich lepszych i gorszych chwilach, jak wspierały siebie nawzajem i starały nie tracić nadziei. Organizowały strajki głodowe i układały piosenki mające na celu ośmieszyć "klawiszki". Jednak czasami siła i samozaparcie przegrywały z brutalną rzeczywistością. Podcięcie sobie żył wydawało się dla jednej z więźniarek lepszą opcją niż przeżywanie od nowa codziennej gehenny. Mimo wszystko nigdy nie okazywały słabości, zawsze były dumne i odważne. Po wyjściu z więzienia wyemigrowały do innych państw, ponieważ nie mogły znaleźć sobie stałej pracy. W Polsce były skreślone. Na film Piotra Zarębskiego składają się poszczególne wypowiedzi bohaterek, złożone w logiczną całość, łatwą do odbioru i zrozumienia tematu. Opowieści o potwornych warunkach w niektórych więzieniach, przyprawiały mnie o dreszcze. Natomiast historia o ubekach, którzy licytowali się, ile która z pań dostanie lat wyroku wywołała u mnie śmiech. Tak, przyznaję, śmiałam się z tego absurdu. Byłam zażenowana. Scenariusz, jakże prosty, a zarazem dosadny, to zasługa Jacka Indelaka. Montażem wypowiedzi kobiet zajął się Henryk Szczepański. Moim zdaniem ważną rolę odegrała również muzyka, która nadawała powagi i wyzwalała chwile refleksji. Dzięki producentom, Telewizji Polskiej i Marta Tv & Film, dokument mógł powstać. Film "Więźniarki" zdecydowanie otwiera oczy tym, którzy dotychczas byli nieświadomi wydarzeń mających miejsce ponad 25 lat temu. Pokazuje, jak traktowano ludzi niesubordynowanych i nie zgadzających się na ówczesną władzę oraz ustrój polityczny. To historia siedmiu kobiet, które walczyły o wolną i prawdziwą Polskę, w której ludziom niczego nie brakuje. Miejmy świadomość, że takich "więźniarek" było zdecydowanie więcej. Dżasia Kto ma mikrofon, ten ma władzę?
W dzisiejszych czasach media uczą nas, jak mamy postępować, aby nasze życie było bar-dziej kolorowe i szczę-śliwe. Znane osobowo-ści pokazują nam „właściwą” drogę, jaką powinniśmy kroczyć. Ale czy zawsze musimy korzystać z ich propo-zycji? Nie możemy sami wybrać, czy chcemy wieść ich, czy nasze życie?
2 słowa na temat REaD

Adam Darski „Nergal” - muzyk, kompozytor, producent muzyczny, multiinstrumentalista, lider zespołu Behemoth, a ostatnio również i osobowość telewizyjna. Tak w skrócie można scharakteryzować niekwestionowaną gwiazdę polskiego showbiznesu ostatnich miesięcy. Jednak czy do tych wszystkich tytułów w niedalekiej przyszłości będzie można dodać jeszcze jeden: transformator narodu polskiego? Polacy dowiedzieli się o istnieniu Nergala, jeszcze zanim dostał propozycję oceniania głosów uczestników telewizyjnego show The Voice of Poland, za sprawą związku z Dodą. Już od samego początku wzbudzał wiele kontrowersji i zastrzeżeń. Dlaczego? Na pewno przyczyniły się do tego niejednokrotne oskarżania jego osoby o znieważanie uczuć religijnych innych osób, po tym jak podarł Biblię podczas jednego z koncertów. Bez dwóch zdań jest człowiekiem, który otwarcie mówi o swoich poglądach na temat otaczającego nas świata. „Został ukarany przez Boga” – takie słowa kierowali do niego ludzie, kiedy parę miesięcy

REaD 2 słowa na temat

później jego karierę przerwała choroba. Sam zainteresowany odbiera takie opinie z ogromnym dystansem. Po walce z białaczką zakończył głośny związek z Dodą. Swój mocno nadszarpnięty wizerunek postanowił polepszać w ww. programie. Kiedy tylko zostało potwierdzone, że podpisał kontrakt z telewizyjną dwójką, natychmiast wybuchła wojna: Nergal vs Kościół Katolicki. Już długo (jeśli w ogóle) nie byliśmy świadkami tego typu zdarzenia. Władze kościoła były zdumione i nie rozumiały, dlaczego Telewizja Polska zatrudniła człowieka, który publicznie wyraża pogardę dla chrześcijaństwa. Jednak, jak sam potwierdza zainteresowany, podpisując kontrakt na udział w programie, musiał zgodzić się na warunki w nim zawarte. Jednym z nich był zakaz wypowiadania się na określone tematy. "Nie rozumiem dlaczego miałbym iść do programu muzycznego i rozmawiać o czymś innym niż muzyka. Przecież zgodziłem się na formułę, która jest bardzo przyjazna dla ludzi, którzy tam występują i na udział w programie, który generuje pozytywne emocje. I co miałbym teraz zrobić – wejść tam i wysmarować się gównem? Ludzie, kurczę! Znowu ta sama reakcja, z którą nie mogę sobie dać rady, że jestem postrzegany jako kompletny barbarzyńca. A przecież tak nie jest. Wchodzę do programu muzycznego, żeby rozmawiać o muzyce, bo się na tym znam. To jest zakres moich kompetencji i tego się trzymam. I sianie paniki, że mam robić coś innego na tzw. life’ach to jest wyraz ignorancji i głupoty" – mówi Darski. To jednak nie przekonało kościoła, który postanowił bronić swoich racji i protestować udziałowi Nergala w programie Telewizji Polskiej. Na początku tej „szopki” to wszystko wydawało mi się wyssane z palca (kto wierzy w „niusy” na portalach plotkarskich?), lecz z biegiem czasu postanowiłem się tym zainteresować. Wbrew moim przypuszczeniom, bzdury okazały się prawdą. Podczas czytania rozmaitych nowinek na ten temat non stop zadawałem (właściwie to zadaję sobie nadal) pytanie: Gdzie się podziała tolerancja? Z zaciekawieniem obejrzałem pierwszy odcinek The Voice of Poland i zobaczyłem, że zły, bezczelny, nietolerancyjny Adam okazał się miłym, sympatycznym, uśmiechniętym, a ponadto znającym się na rzeczy jurorem. Tym bardziej nie rozumiałem oskarżeń spływających na jego osobę! Każdy jest indywidualistą, który ma swoje poglądy na dany temat, dlatego nie można oceniać człowieka zbyt pochopnie. Biedny czy bogaty? Hetero czy homoseksualista? Kto jest lepszy? Odpowiedzi na te pytania są na pozór oczywiste, bo ktoś lepszy to dla nas ktoś normalny - taki jak my. Ale pamiętajmy, że czasem pochopne sądzenie może nas sporo kosztować! Darskiego broni ekipa programu, przyjaciele oraz miliony widzów, które go polubiły, a poniża kościół, który jak się okazało ma ogromną siłę przebicia. Po spotkaniu prezesa Katolickiego Stowarzyszenia

2 słowa na temat REaD

Dziennikarzy ks. dra Bolesława Karcza z szefem TVP Juliuszem Braunem triumf ogłosił Kościół Katolicki, który usłyszał, że „zatrudnienie Nergala było błędem”. Przepraszam bardzo, jakim? Sam się zastanawiam czy osoba która parę tygodni temu była po stronie oskarżonego, nie pod naciskiem przeszła na drugą stronę barykady? Uważam, że KAŻDY ma prawo być sobą i nie można nikogo odtrącać, a kościół powinien dawać przykład tolerancji, a nie wybierania „osób lepszych”. Myślę, że ten kto ma mikrofon, wcale nie ma władzy. Bez względu na to, co dzieje się w mediach, każdy ma swój rozum i swoje wartości, którymi kieruje się w życiu. Cała ta sytuacja jest dla mnie spektaklem, który, szczerze mówiąc, ciekawie się ogląda. Sprawia mi satysfakcję patrzeć, jak bitwę wygrywa drużyna, która automatycznie przegrywa wojnę. Nergal zyskał fanów i sławę (w jego obronie stają ogromne rzesze ludzi, co widać np. na facebook;u), a kościół swoim zachowaniem sprawia, że wierni (ja także) zadają sobie pytanie: Czy mnie też chcą się pozbyć? Grzechu Czasami warto się zastanowić nad tym, co i gdzie mówimy!
Początki w nowej szkole są przeważnie trudne. Nowe mu-ry, nowi nauczyciele, wyższe wymagania, sporo obowiąz-ków, ale też i sporo nowych twarzy. To wywołuje emocje!
REaD Gumowe ucho Mirki.

Jak zazwyczaj w autousie  usiadłam na tylnich siedze-niach - przede mną siedziały dwie dziewczyny. Znałam je z widzenia, chyba były z pierw-szej klasy. Słyszałam ich ro-zmowę. Można by pomyśleć  ''wspaniale'', jednakże mnie to nie cieszyło.   - Ej. - zagadnęła jedna -  Olka, widziałaś tego chłopa-ka, co ma czerwoną bluzę z adidasa? Wysoki! O matko, on jest piękny! Takie wypo-wiedzi trafiały do moich uszu co chwilę. Dziewczyny wspo-minały o tym, że ktoś nie umie grać w siatkówkę, albo że jakaś dziewczyna się bez-nadziejnie ubiera, bądź że jeszcze inna, nie umie się ładnie pomalować.   - A ten blondyn z drugiej klasy! Fajnie się ubiera, jest wysoki. Mamy koło niego lekcje w poniedziałki. Wiesz?  - Poczekaj, poczekaj. O tak, tak! Wiem który, a co z nim?   - Jest cudowny, ale słysza-łam plotki o nim. Podobno ma co chwilę nową dziewczy-nę... Ma na imię Adam albo Miłosz. Nie wiem dokładnie.   - To Adam Iksiński. Znam go, chodzimy razem na koło teatralne. Podobno ostatnio był na imprezie. To ten, o któ-rym Matylda ostatnio mówiła. Słuchalam tej rozmowy i własnym uszom nie wierzy-łam. To nienormalne, aby o takich sprawach rozmawiać w autobusie. Każdy przecież mógł całkiem przypadkiem posłuchać sporych fragmen-tów. Ba ! Całej rozmowy. Nagle do dziewcząt podeszła kobieta w średnim wieku, ele-gancka i wyrafinowana. - No proszę. Co jeszcze pa-nienki mają zamiar powiedzieć o moim synu? Ja bardzo chę-tnie posłucham. -  powiedziała donośnym głosem. Automa-tycznie na twarzach plotkar pojawił się strach oraz ogrom-ne zaskoczenie. Ich mimika była nie do opisania. Wszyscy pasażerowie przyglądali się tej sytuacji z ciekawością. Morał z tego opowiadania jest niektórym znany. Nie powinniśmy rozmawiać głośno o osobach, których nie znamy. californialove