Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Redaktor naczelna: Donata Popławska Zca redaktora: Mateusz Kostka Sekretarz redakcji: Aleksandra Kruk Grafik: Borys Brodowicz Dziennikarze: Magda Machowiak, Angelika Podkowa, Anna Pietrzak, Wnikliwy Szyderca Wydawca: Magda Adamczyk Gościnnie: Ewa Biłek



„ W pokoju dziadek czyta gazetę. Akurat, kiedy przeglądał nekrologi, wpada wnuczek i rzuca: O! Dziadziuś znów siedzi na fb!” Ludzie od zarania mieli tendencję do pokazywania tego i owego. I nie pomogły tu skóry w jaskiniach prehistorycznych, peruki a la Ludwik XIV, czy współczesne sznurki w pupie, nazwane handlowo stringami. No i jak dziś nie pochwalić się nowo zakupionym kotem, tudzież wypaśną BMW-icą, najnowszym Misiaczkiem słitaśnym, czy czerwonymi podwiązkami na Studniówce. Dziś nie trzeba już „gębowo” pytać Użytkownika-Znajomego, jak było na Sylwestrze, bo przecież widać to po fociach i komenciach, że „grubo”; czy jak było na wakacjach w Grecji, bo czarno na białym, a raczej kolorowym, że full-mega były. Akcje: „Trzymamy kciuki za Roberta Kubicę-zaproś wszystkich znajomych”, pomogą mu tak jak umarłemu kadzidło, lub jak trenerowi Smudzie: „Orły Franciszka Smudy zdobywają mistrza Europy”. „Nasza Klasa” nie jest już trendy, ani cool, bo nie ma takich aplikacji jak Fejsbuczek: „co ci powie dziś kapsel z Tymbarku”, „sposób na WALĘ TYNKI”, „Tic Tac-świeżość w 2 słowach”. A ileż na Fejsie można wydalić z siebie refleksji pogłębionych, typu: „znów ten cholerny autobus 154 się spóźnił”, „nic nie umiem z historii na poniedziałek”, czy „naleśniki są do d***” ;) (Tak, tak Wydawco! ;P). Immanentną głupotę istot ludzkich na wzór Matki-Natury cechuje permanentna cykliczność! Dlatego wyobrażam sobie, że po chwilowym (być może kilkuletnim) zafascynowaniu Facebook`iem powstaną nowe portale społecznościowe. Podaję dla przykładu i ewentualnego wykorzystania:  posiadacze telefonów NOKIA, kobiety miesiączkujące nieregularnie, Purytanie – czyli zwolennicy puree ziemniaczanego. APENDIX: Użytkownik: WASZ WNIKLIWY SZYDERCA nie to  że nie lubi fb  on po prostu tego nie ogarnia ;))
Wredny monopolista - zniszczyć Pocztę Polską


Gospodarka nie znosi takich sytuacji, gdy ktoś ma ustawowo zagwarantowaną wyłączność na świadczenie jakiegoś rodzaju usługi. Kojarzy się to z komunizmem; ze wszelkimi ustrojami, gdzie państwo chce ingerować w rynek przedsiębiorstw, i sama, przy okazji zajmować się jakąś dziedziną np. przemysłu. Przy okazji ogranicza to inne, prywatne firmy mogące wykonać zlecenie wykonywane przez państwo o wiele, wiele lepiej. Przykładem takiego interesu jest znana nam wszystkim Poczta Polska. W 2003 roku ten oto twór dostał monopol na dostarczanie wszystkich małych przesyłek – do 50 gramów. Zatem pocztówki, listy i dajmy na to... karty okolicznościowe wolno dostarczać jedynie Poczcie Polskiej. Czyż to nie absurdalne? Dlaczego, skoro już musi istnieć nie może wejść na normalny rynek i walczyć z konkurencją? A.. bo to przecież firma państwowa i należą jej się rozmaite ulgi. Niestety dla Poczty Polskiej człowiek ma rozum. Wymyślił więc, że może dociążyć taką kopertę i już jej waga przekroczy 50 gram a prywatne przedsiębiorstwo będzie ją mogło dostarczać. Dostajemy więc rachunki telefoniczne i inne przesyłki od większych przedsiębiorstw świadczących nam jakieś usługi w prezencie metalowe blaszki. Jedną z  takich firm jest Telekomunikacja Polska. Ma blisko 8 mln abonentów i licząc, że połowa z nich otrzymuje w prezencie takie blaszki (zakładam, że druga połowa otrzymuje „naturalnie” cięższe rachunki), to co miesiąc na ten cel przeznacza się...200 ton blachy miesięcznie. A co z tą blachą? Wyrzucamy do śmietnika – nie warto przecież z jedną blaszką iść do skupu. Proponuję zatem inne rozwiązanie. Zbierać tę blachę i wrzucać wrednemu monopoliście Poczcie Polskiej do skrzynek pocztowych – niech im się pourywają! Amen. Mateusz Kostka DLACZEGO POMAGAMY ZWIERZĘTOM ?



Konsumpcyjny sposób życia, jaki kultywują w ostatnich latach polskie rodziny, odbija się na postawach młodych ludzi. Coraz trudniej jest namówić ich do działania bez obietnicy nagrody. Są egoistyczni, nastawieni na wieczne branie, nieczuli, wymagający w stosunku do otoczenia, a pobłażliwi dla siebie. Szkoła ma ważną misję do spełnienia w tym zakresie. Musimy uczyć młodzież empatii w stosunku do drugiego człowieka oraz do zwierząt. Program Wychowawczy Szkoły ujmuje te obowiązki w celach operacyjnych. W klasie drugiej LO brzmi on  „Potrafimy żyć z innymi ludźmi”, a w klasie trzeciej: „Uczymy się odpowiedzialności za siebie i innych”. Trudno sobie wyobrazić, że tylko na lekcjach wychowawczych nauczyciel omawia fragmenty Deklaracji Praw Zwierząt, czy też ubolewa nad losem futrzaków żyjących tylko po to, by stać się okryciem pań, które muszą sobie jakoś podnieść samoocenę. Empatyczne treści serwowane są uczniom na biologii, historii, WOS-ie i języku polskim. „Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś” Antoine de Saint-Exupery Uczenie wrażliwości wobec zwierząt służy nie tylko jednostkowemu rozwojowi człowieka, ale ma też wymiar społeczny, a nawet globalny: Podnosi świadomość w zakresie potrzeby ochrony bioróżnorodności dla przyszłych pokoleń Zwraca uwagę, że właściwa hodowla zwierząt gospodarskich chroni klimat Promuje właściwe

„Duch ten sam jest we wszystkich żyjących stworzeniach, choć ich postać bywa różna” Hipokrates

praktyki w zakresie zrównoważonej produkcji i konsumpcji Kształtuje odpowiedzialne postawy wobec hodowców, przewoźników, producentów, weterynarzy i właścicieli, co pozwoli wpływać na poprawę losu zwierząt. W naszym kraju wiele jest jeszcze do zrobienia w sprawie zwierząt dziko żyjących jak i udomowionych. „Wielkość narodu i jego poziom moralny można ocenić po tym, jak traktuje zwierzęta” Mahatma Gandhi Dobroci wobec zwierząt uczą szkolne akcje charytatywne. Są one wieloletnią tradycją naszej szkoły. Co roku zbieramy dary dla Miejskiego Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Sosnowcu. Pod hasłem „ Przedświąteczna Pomoc dla Zwierząt” gromadzimy karmę, produkty zbożowe, kocyki i miski. Najbardziej hojne klasy wyróżnione zostają certyfikatami miłości, dobroci i wrażliwości wobec bezdomnych zwierząt. Co roku wiosną organizowany jest szkolny kiermasz charytatywny. Na stoiskach za symboliczną złotówkę można kupić ciasta, babeczki, kubki. Klasy dziennikarskie przygotowują z tej okazji okolicznościowe ulotki i specjalne wydanie gazetki szkolnej. Jako szkolny koordynator programu edukacji ekologicznej „Pomagamy Zwierzętom” Klubu Gaja organizuję akcję recyclingową polegającą na zbiórce makulatury i plastiku. Klasy najbardziej aktywne w w/w akcji otrzymują dyplomy, klasy gimnazjalne dodatkowo punkty w rywalizacji o Puchar Patrona Szkoły. Środki uzyskane ze sprzedaży surowców wtórnych

„Zwierzęta to nasi towarzysze niedoli, tak jak ludzie złapani w pułapkę życia”

przesyłane są na konto Klubu Gaja, Przystani Ocalenie lub fundacji SOS dla Zwierząt. W upowszechnianie życzliwej postawy wobec zwierząt aktywnie włączają się szkolne organizacje – Samorząd Uczniowski i redakcja szkolnej gazetki. Zdaniem pani mgr Magdaleny Adamczyk – opiekuna młodych dziennikarzy: „Uczniowie lubią podejmować takie tematy. Poznają treści kontrowersyjne i nie poruszane na szerokim forum. Dla współczesnego człowieka są to często tematy odległe. Młodzi dziennikarze pisząc o okrucieństwie wobec zwierząt wpływają na świadomość swoich czytelników, ucząc ich wrażliwości z punktu widzenia równolatka”. Dlaczego zatem warto pomagać zwierzętom? Bo nauczanie o tym i co ważniejsze działanie, mogą być bardzo inspirujące. Daje to czasem większą satysfakcję niż wykładanie swojego przedmiotu. Podsumowując pozwolę sobie na zamieszczenie dwóch jakże dobitnych cytatów: „Ludzie stają się dobrzy przez ćwiczenie i praktykowanie dobroci; rzadko zdarza się człowiek dobry z natury” Demokryt z Adbery Ewa Biłek
JEDEN CZŁOWIEK NAPRAWDĘ MOŻE ZAPALIĆ ZMIANĘ


6 kwietnia 1994 roku w Rwandzie, rozpoczęła się masakra osób pochodzenia Tutsi dokonana przez Hutu. W ciągu 100 dni zginęło ok. 1 miliona ludzi. Państwa zachodnie (m.in. USA, Belgia, Francja, Wlk. Brytania) nie zainterweniowały, a ONZ nie wyraziło zgody na żadne działania. W tym czasie w Rwandzie przebywało 257 Amerykanów. Carl Wilkens (pastor Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego) jako jedyny nie wyjechał z kraju. Podczas wybuchu ludobójstwa, Carl Wilkens miał już żone – Teresę i trójkę dzieci. Odesłał ich z konwojem amerykańskim do USA. Sam został w Kigali (stolicy Rwandy) ze swoimi przyjaciółmi i współpracownikami. MISJA: STAND UP! 12 maja – RODN „WOM” w Katowicach, dziewięcioro uczniów naszej szkoły zostało zaproszonych na spotkanie z pastorem, który obecnie podróżuje po świecie, uczy tolerancji, pokazuje niebezpieczeństwa związane z rasizmem i ksenofobią oraz opowiada jak wyglądała Rwanda podczas masakry w 1994 i jakie są jej skutki do dziś.

MISJA: committed to inspiring and equipping people to enter the world of “The Other”. “The Other” may be under our own roof or on the other side of the globe.

Kiedy wszedł, pierwsze, co można było zobaczyć to szczery uśmiech oraz koszulkę z konturami Afryki. Kiedy odwrócił się do nas plecami widać było napis „Don’t stand by  STAND UP!” (nie ignoruj, reaguj), który jak się później okazało został zaprojektowany przez amerykańskich studentów na rzecz kampanii aktywizującej pomoc dla Rwandy. Wykład był wyjątkowy, wzruszający, ciekawy, uświadamiający. Najpierw pastor opowiadał o swoim życiu „przed” Afryką. Poznał swoją żonę już w liceum, później przeprowadzili się na Zanzibar, mieszkali też we Francji, ale on chciał jej pokazać Afrykę, w której zakochał się kiedy jeszcze był na misji. Głównym powodem, dla którego Carl Wilkens nie wyjechał z Rwandy, była Tabit - ich przyjaciółka, gospodyni w ich domu, opiekunka ich dzieci - „Jeżeli Bóg jest z nią, to dlaczego nie ma być ze mną” mówił. Młody pastor został, aby budować pokój, w państwie ogarniętym wojną plemion. Na wykładzie nie szczędził opisów śmierci i swojego strachu - „Możesz poczuć śmierć, muchy zlatują się do smrodu, kościół staje się miejscem śmierci. Nagle słyszysz łkanie… ktoś przeżył!” Opowiedział historię różnych osób, które spotkał. Sula - uratowała 17 ludzi, kryjąc ich u siebie w domu, Sita (Hutu) uratowała m.in. Odette (Tutsi)„Twoje łzy będą mnie sądzić”. Nasz gość apelował, abyśmy nie ulegali podziałom, na grubych, białych, czarnych, Azjatów. Tutsi i Hutu są podobni pod względem wyglądu, charakteru, miejsca zamieszkania, języka i mimo wojny, mimo, że widzieli tak dużo śmierci i bólu, potrafią pokonać bariery, żenić się między sobą tak jak np. Tabit… Jej rodzinę zamordowali Hutu. Jej mąż też jest Hutu, Mówiła: „Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga” NIKT NIE ZDECYDOWAŁ, ŻE MA BYĆ INACZEJ Koniec wykładu był gorącą prośbą, abyśmy zainteresowali się losami Afryki, abyśmy brali udział w tworzeni Świata – ME TO WE (Ja dla NAS). Nie trzeba walczyć bronią. Można MÓWIĆ… THINKING, FEELING, ACTING, ponieważ historie zmieniają nasze myślenie, czucie i działanie. Aby dowiedzieć się więcej o działalności Carla Wilkensa, wejdź na : worldoutsidemyshoes.org Donata Poplawska Krakowski/studencki szał
Zbliża się wieczór... Na scenie Żywiołak rozgrzewa studentów, a ja, starając się nie rzucać w oczy, pogrążam się w eksytacji. Z dumną i czcią obracam w dłoniach niewielki skrawek papieru, pozwalający mi na przebywanie wśród dziennikarzy i gwiazd... Studenci wykrzykują ''Wypalanie trawy jest nielegalne!''...


Kiedy na miejsce koncertu dociera Ania Dąbrowska z zespołem, mam już gotową sesję nowego składu Żywiołaka, publiczności, przygotowań do kolejnego występu i niemalże wszystkiego, co w jakikolwiek sposób kojarzy mi się z koncertem. Dostaję też pozwolenie na robienie zdjęć wraz z dziennikarzami i chopć na początku czuję się trochę dziwnie stojąc na palcach pośród profesjonalalistow, wiem, że jest to odpowiednie miejsce i gdy Ania wchodzi na scenę, zabieram się do pracy. Pierwszym zagranym utworem jest ''time of my life'' z filmu Dirty Dancing i gdy tylko przyjemny tembr głosu pani Ani rozlewa się w powietrzu, publiczność zaczyna krzyczeć i śpiewać znany wszystkim utwór. Po kolejnych klimatycznych piosenkach, schodzę z miejsca przeznaczonego dla dziennikarzy. Czuję jak odbija się ode mnie dźwięk z głośników, z których wydobywa się magnetyzujące ''Charlie, Charlie''. Nie mogę uwierzyć, że to dzieję się naprawdę. Popadam w euforię dołączając się do publiczności wiernie wtórującej artystce śpiewającej m.in cover piosenki Cher ''Bang Bang'',

''Nigdy nie mów nigdy'' czy ''Nigdy więcej nie tańcz ze mną''... Koncert zahipnotyzował mnie na tyle, że choć ''trudno mi się przyznać'', przegapiłam przyjazd Hey... Straty nadrobić miałam niespodziewanie szybko. Było już ciemno, ale postanowiłam zrobić kilka niepozornych fotek przed koncertem. Plan był chytry- skradajc się niczym prawdziwy śledczy, wtopiłam się w tłum i ze świadomym sobie spowolnieniem nacisnęłam niewinny przycisk, który (przynajmniej teorertycznie) pozwoliłby mi uwiecznić tę chwilę. Wtedy, już prawie pękając z dumy i szczęścia, celnie wymierzając obiektyw ... Wtedy.... Z mojego szaleńczego aparatu wydobyło się głośne cyk, cyk, cyk i oślepiająca, migająca lampa... Zdjęcia nie ma. Naciskam ponownie... Cyk, cyk, cyk, cyk i ponowne oślepienie Hey lampą błyskową ....  Brawo Kruk- myślę z irytacją, uciekając z miejsca zbrodni. Moje istnie profesjonalne zdjęcie przedstawia gitarzystę Hey z ogórkiem i skwaszoną miną . Zażenowana próbuję opanować zdziczały i niczym nieskrępowany aparat, który zamiast sfotografować zespół, nagle zapałał fascynacją do trawy i moich butów, którym to swawolnie wykonał sesje... Nadszedł czas robienia zdjęć z daleka....



Kiedy w końcu Hey wychodzi na scene, studenci wydają z siebie jeszcze hałaśliwsze okrzyki, gitary grają coraz głośniej, a Katarzyna Nosowska z progu zaczarowuję publiczność głosem. Nawet tłum dziennikarzy wydaje się być bardziej natarczywy tłumnie stercząc pod sceną. Zespół gra niesamowicie, dłonie przybyłych na koncert falują przy największych przebojach zespołu. Studenci szaleją z każdą kolejną piosenką. Przy ''sic'' sama ponoszę się emocjom i jako jedyna osoba zza sceny niezaprzestając robienia zdjęć, bawię się tak, jak zgromadzona publiczność. PŚpiew tłumu osiąga apogeum, gdy Katarzyna Nosowska oświadcza, że zespół zagra ostatnią piosenkę. Studenci wyciągają więc zapaliczki i głośno śpiewają ''Nic naprawdę nic nie pomoże, jeśli ty nie pomożesz dziś miłośći'', i tak łatwo nie puszczają Hey ze sceny, zmuszając do zagrania bisu... I znów lekko zachrypnięty głos Katarzyny Nosowskiej wyprowadza nas w inny świat... Aleksandra Kruk


Muzyczne lato


Organizatorzy polskich muzycznych festiwali przechodzą samych siebie. W tegoroczne wakacje wystąpią u nas m.in. COLDPLAY, THE KOOKS, MY CHEMICAL ROMANCE, PLAN B czy MOBY. Już za niecały miesiąc, bo 17 i 18 czerwca rozpocznie się Orange Warsaw Festival. Do stolicy zawita grupa My Chemical Romance. Będzie to ich pierwszy koncert przed polską publicznością. Band powstał w 2011r. w USA z inicjatywy znanego wokalisty Gerarda Waya. Zespół gra rocka alternatywnego i post hardcore. Jedne z najbardziej znanych utworów My Chemical Romance to  „Helena”, „Teenagers”, „Welcome to the Black Parade", „I Don’t Love You” oraz pochodzące z najnowszej płyty „Sing” czy też „Na Na Na”. Kolejną „atrakcją” koncertu w Warszawie będzie Moby. Richard Melville Hall, bo tak właściwie się nazywa, urodził się



w 1965r. w Nowym Jorku i tworzy muzykę klubową. Jest wokalistą, kompozytorem, multiinstrumentalistą oraz producentem muzycznym. Do jego popularnych utworów należą : „Life me up”, „Porcelain” i „Moby”. W Warszawie będzie można także posłuchać angielskiej rockowej grupy Skunks Anansie. Z pewnością wszyscy kojarzą wokalistę zespołu – Skin. Grupa została reaktywowana w 2009 roku po ośmiu latach przerwy. Polskę odwiedzi również znany ostatnimi czasy angielski raper Plan B, który jest autorem m.in. „The Recluse”, „Prayin’” i „She said”; zespół The Streets, wokalista Jamiroquai i polski zespół Sistars. 30 lipca odbędzie się już dziewiąta edycja Heineken Open’er Festival. Zdecydowanie największą atrakcją jest koncert rockowego zespołu Coldplay. Będzie to pierwsza wizyta brytyjskiej grupy w Polsce. Band istnieje już 13 lat, bo został założony przez wokalistę Chrisa Martina i gitarzystę Johna Bucklanda w 1997roku. Oprócz Martina i Bucklanda do zespołu należą jeszcze Guy Berryman – gitarzysta basowy oraz perkusista Will Champion. Ich skład jest od początku istnienia taki sam. Pierwszy krążek „Parachutes” został wydany w 2000r. Coldplay w mgnieniu oka stał się bardzo popularny. Utwory „Yellow”, „Trouble” i „Don’t Panic” zostały wielkimi hitami. Dwa lata później powstał kolejny krążek z którego pochodzą takie piosenki jak: „Clocks” i „The Scientist”. Trzeci w kolei album Coldplay „X & Y” zapowiedział utwór „Speed of Sound”, który zadebiutował na Hot 100 „Billboardu” na miejscu ósmym. Najnowsza jak dotąd płyta zespołu, „Viva la Vida or Death and All His Friends”, swoją premierę miała trzy lata temu. Album jest laureatem Nagrody Grammy w kategorii „Best Rock Album” za rok 2009. W Gdyni wystąpią również m.in.: M.I.A, The National, The Wombats, Prince, Chanel Club, Brodka, The Strokes, Hurts, Vavamuffin, James Blake, Pogodno, Chrystal Fighters i wielu innych. Natomiast już w sierpniu w Krakowie na Coke Live Music Festival będzie można zobaczyć amerykańskiego rapera i piosenkarza Kid’a Cudiego oraz dużo rockowych zespołów: The Kooks, Interpol, You Me At Six oraz po raz kolejny White Lies. Magda Machowiak Koncertowe opowiadanie...
"Pisk, krzyk, wrzawa w sercach dziewcząt dookoła nas. Powolnym krokiem poszliśmy bliżej sceny [...]"


Obudziłam się dzisiaj rano, mamy... niedzielę? Tak, tak, niedzielę 22.05.2011. Już jest po jedenastej a mnie wciąż zamykają się oczy i głos nie brzmi jak zwykle... Staję przed lustrem i liczę siniaki... 1...2...3... Ała. Wczoraj był koncert... Wraz z chłopakiem i przyjaciółką wyruszyliśmy samochodem z moim tatą na Lotnisko Muchowiec w Katowicach. Cel: IMPREZA. Jaka: JUWENALIA ŚLĄSKIE 2011. Wysiedliśmy, pożegnaliśmy tatę i poszliśmy. Byliśmy tam już o 16:30, sama impreza miała swój „umówiony” początek o godzinie 17. Spodziewaliśmy się od razu masy ludzi... ale nagle się... rozpadało. Oczywiście nasza ekipa wciąż pozostawała - pomimo deszczu - bez parasolek pod sceną. Przecież nie mogłyśmy zostawić przystojnego wokalisty zespołu St. James Hotel w białej koszuli z piękną, czerwoną gitarą... samego, bez piszczących pań. Oczywiście mój towarzysz wciąż jednak się śmiał. Przemoczeni pobiegliśmy do autobusu Eski, w której – jeśli wypełniło się kupon – można było dostać wejściówkę na Eska Music



Awards 2011. Z piętrowego autobusu rzucano w czekających żółtymi, gąbczastymi piłeczkami z uśmiechem. Ah tak... złapałam jedną. Wejściówek na EMA było aż 25... nie trafiła nam się żadna. No cóż. W międzyczasie na scenie był już zespół DASH z wokalistką ubraną w fioletową, błyszczącą sukienkę śpiewającą... na boso. Taki sobie całkiem spoko zespół, ale miałam wrażenie, że to nie jest muzyka dla mnie. Pograli, pograli, później prowadzący zapowiedział... Czesława. Pisk, krzyk, wrzawa w sercach dziewcząt dookoła nas. Powolnym krokiem poszliśmy bliżej sceny. Ah  niby gwiazda wieczoru a nie do końca zachwyciła mnie jego twórczość. Przyjaciółka była wręcz oczarowana, a chłopak... zdziwiony. Ale dopiero na Czesławie powstało coś tak pięknego jak pogo. I tu właśnie źródło mają moje siniaki. Glany, kolce i... zabawa! Jakie to piękne patrzeć na kogoś, kto nagle w tłumie rzucających się ludzi upada i jest podnoszony w jednej chwili przez kilka par rąk do góry... Nie obyło się też bez tych latających „na fali”. Nawet dwóch ninja się załapało... Piszę całkiem poważnie, ninja. Czesław śpiewał długo i całkiem znośnie... Potem okrzyknięto „bis” i „jeszcze jedną”! Tak więc „boski” Czesław wrócił, zaśpiewał jeszcze jedną i w wiwatach i brawach zszedł ze sceny wraz ze swoim zespołem. „Bo oklaski to z łaski, a brawa to dobra sprawa” – a oto jedyne słowa prowadzącego, które na długo zapadły w mojej głowie. Sponsorów imprezy było bardzo wielu, ale trzeba wspomnieć o jednym, który był widoczny niemalże wszędzie. LECH. A ile rzeczy można było wygrać! Okej, okej, wróćmy do muzyki. Następnie na scenę wskoczył BIFF (dla osób słabo znających angielski słowo „biff” wcale nie znaczy wołowina, tylko szturchaniec). Chwila pogo, brak już sił nawet na stanie... Czas: 22 09... no to na przystanek. Niestety ominęła nas gwiazda wieczoru... Myslowitz. Szkoda ale czas naglił... Aaa potem miał być jeszcze Vent. Pozostała już tylko tułaczka autobusami z Katowic i... Nareszcie w domu. Jedzonko, herbatka i sen. I tak właśnie minęło kilkadziesiąt minut pisania artykułu. Idę pomóc przy obiedzie. Miłego dnia. Angelika Podkowa Sympatyczny akordeonista



Widzę krzyczący tłum, krzyczą, bo nie nazwę tego śpiewaniem. Myślę – jakie to piękne kiedy całkiem synchronicznie wydzierają się i śmieją. Nazwać można to stanem euforii przeplatającym się z łzami. Ci ludzie nie widzą niczego poza sceną. Przypominam sobie, że powinnam robić to samo co oni, bo to nie mój koncert. Cóż, zaczynam żałować, że nie potrafię śpiewać i, że to nie moja szalejąca na moim punkcie publika. Jestem częścią publiki, fakt, ale z szerszym zakresem możliwości. - Ha!- Mówię pod nosem – Gnijcie za tymi barierkami! Odwracam się a niebieskie światła powodują, że zaczynam tęsknić za widokiem tłumu, ale przyzwyczajam się. Siedzę na wielkim głośniku, energetycznie bujam się i majdam nóżkami w takt muzyki. Oh! Jestem pod samą sceną. Duma powoduje, że kręci mi się łezka w oku. Nie trudno mi ukryć faktu, że znam co drugie słowo, czasami co dziesiąte, bywa, że śpiewam na wyczucie albo całkowicie odsłaniam inwencje twórczą i śpiewam co mi pasuje – mało tego jestem przekonana o poprawności moich słów. Atmosfera sprawia, że się śmieje, a scena, że wpatruję się jak zahipnotyzowana. Światła, migają, niebieskie, białe, czerwone, żółte i znowu (swoją drogą ile kosztuje oświetlenie na takim koncercie? ), i tak w kółko – niebieskie, białe, czerwone, żółte… W mojej głowie przeważają dźwięki akordeonu i chyba harmonijki. Trzech wesołych mężczyzn skacze po scenie w taki sposób w jaki ja zawsze chciałam zatańczyć na ulicy. Nie jest to jednak klasyczne tango. Tylko kroki, których nikt bez uczestnictwa w zajęciach sportowych nie jest w stanie wykonać. Przezabawny układ. W ręku trzymam pogniecioną wejściówkę za kulisy – „Sosnowiec Piknik Europejski – Media” . To jest jeszcze ten moment kiedy nie ogarniam jak się tu dostałam ( Dzięki Bartek! Jesteś Genialny!). - Media, media, media . Jestem tu jako media, jestem dziennikarzem– myślę



– No fajnie, a więc poczuj się jak profesjonalistka, udawaj chociaż. Potrafisz przecież. Po tym monologu czyje, że nie panuje nad trzęsącymi się kolanami. Już nie majdam nóżkami i zakładam nogę na nogę. Czynność, która powinna dodać mi pewności siebie, powoduje, że sprawiam wrażenie jakbym miała zaawansowaną chorobę. To stres, nogi, trzęsą mi się ze stresu. Nie, to nie jest profesjonalizm. Cud, odśpiewałam dwie piosenki, całkiem poprawnie, przy następnej trochę kaleczę angielski, a kiedy rzeczywiście wczuwam się, mężczyźni schodzą ze sceny. Biję brawo, ale robi mi się trochę smutno - No dobra wracajcie! – Tłum wiwatuje, zaczynam wtórować razem z nimi i razem krzyczymy :  - Czesław Śpiewa, Czesław Śpiewa ! – oczywiście błagamy o bis. Nie zaskoczył mnie fakt, że wrócili. Użyłam złośliwości, ale cieszy mnie fakt, że zagrają jeszcze jakiś znany wszystkim kawałek - „Maszynka do świerkania” . Nie muszę ukrywać prawdy, przy tej piosence robi się głośniej, cała publika zna jednak tekst. Wracam do bujania i majdania nóżkami. Gromkie brawa, gwizdy i krzyki i pan Mozil schodzi ze sceny. Za sceną poruszam się odważnie i udaje, że dla mnie to chleb powszedni. Spotykam się ze zwrotem – pani – rozpiera mnie duma. Z zewnątrz wydaje się być opanowana ( wiadomo profesjonalizm ;p  ) w środku mam ataki dziecięcej radości. W momencie gdy dostaje autograf, grzecznie mówię : - Dziękuje bardzo i miłego wieczoru. Słyszę też odpowiedź. Odchodzę opanowana i spokojna, ale ledwo nad tym panuje, ten stan trwa tylko do najbliższego zakrętu. Anna Pietrzak