Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








OD REDAKCJI



Nowy walentynkowo- niewalentynkowy numer Qlt’u. Zapraszamy do czytania o miłości, muzyce, kobietach, trupach oraz Biebrze i o NICH :D Redaktor naczelna Donata Popławska Dołącz do nas na facebooku! Redaktor naczelna: Donata Popławska Zca redaktora: Mateusz Kostka Sekretarz redakcji: Aleksandra Kruk Grafik: Borys Brodowicz Dziennikarze: Magda Machowiak, Angelika Podkowa, Anna Pietrzak Wydawca: Magda Adamczyk Gościnnie: Wnikliwy Szyderca, Konrad Kaczmarczyk i Anonim Walentynki, czyli komu nie posyłać serducha



No moi kochani! W końcu jest jakieś święto! Bo tak od Bożego Narodzenia do Wielkanocek „jajkowych” jakoś pustawo. No i co… pisankę zrobić, kurpiowsko przyozdobić, wydziergać paznokciem, choinkę „ubrać”? E tam! Serducho wysłać! Jakie? Komu? Za ile? A czy to ważne? Nie liczy się, że pamiętamy o Kimś, liczy się „serducho”. Koniecznie czerwone, koniecznie duże, najlepiej czekoladowe, albo przynajmniej lizakowe. Swięta, to jest rzecz „święta”! Na 1 listopada koniecznie wielki, monstrualny znicz, konieczne wcześnie rano, no bo jakże to  grób jakiś taki pusty będzie, jak nie daj Boże sąsiadka wcześniej obluka…Nieważne, że przez następnych 10 miesięcy będzie nieposprzątany. Ojjj, żeby tylko nie padało i nie wiało…no i, żeby za ciepło nie było, bo ugotuję się w tych karakułach. ……………… Słuchaj Henia…a te karpie to z Chin są? Bo podobno teraz wszystko jest z Chin… E tam, Stefcia, nie z Chin „ino” z targu, bo w „Oszołomie” i Realu podobno tylko Żydzi sprzedają. (Tym i Bareja wysiadają przy takich tekstach) ……………………… Słodziaku kofciany, co Ci kupić na „walentynkę” - Słodziak: walentynkę! -Pustak: oj tam oj tam to kupię Ci serducho, takie wiesz….zajebiste i wierszyk na smsa, i prezent na NK (ale żeby darmowy był). -Słodziak: ehe Jak dożyję do Wielkanocy, to sobie kupię choinkę, przystroję w pomalowane jajca, łuskami karpia przyozdobię, pierdyknę na górze SERDUCHO w kształcie lizaka a potem podpalę to megazniczem. Wrzucę do rzeki, gdzie spływają marzanny i na noc Kupały, jak znalazł. O!  Wasz WNIKLIWY SZYDERCA O Bieberze i  o NICH
,,Baby, baby, baby, NO..."


Zastanawiałem się jakiś czas temu jaki jest powód nagonki medialnej na Justina Biebera. Co prawda znam jedynie jedną jego piosenkę, na którą nastała wszechobecna moda w połowie 2010 i absolutnie nie wpisuje się w mój gust, jaki spełnia najogólniej mówiąc muzyka tradycyjna i popularna obu Ameryk. Zajrzałem więc do źródeł, gdzie piszą o tym wokaliście. Okazało się, że nie jest on jakiś niszowy jak „jożin z bażin” tylko daje wiele koncertów i wydaje pokupne płyty. Ma on grono swoich fanów skupionych w licznych fanclubach. Gościnnie występuje również w serialach. Jednak stał się on  być może nie bez przyczyny symbolem wychuchanego przez mamusię chłoptasia-pedzia nieporadnego życiowego, grającego szeroko pojętą tandetną muzykę (swoją drogą najpopularniejszą na  świecie) pop, zmieszany z „disco polo”. Patrząc na tę sytuację z zewnątrz postanowiłem wgłębić się w jej przyczyny obserwując kilka skandali związanymi z jego osobą. Jeden z nich dotyczy tego, że Justin (Bieber) i jakaś Selena spędzają razem noc w hotelu. Możemy zatem wyrwać z wianuszka obelg



kwiatek pedzio przyklejając co najmniej „bi”. Musimy jednak włożyć tam drugi kwiatek o nazwie „może się maskuje”. Kolejny „niusik” dotyczy informacji o tym, że fani Justina życzą Selenie śmierci. To może świadczyć o tym, że zdaniem fanów nie pasują do siebie, lub fani słynnego piosenkarza to banda homosiów, zniesmaczonych faktem, jak można spotykać się z kobietą. Zatem podnosimy kwiatek „pedzio” i wsadzany go z powrotem do wianuszka. Kolejna informacja dotyczy matki Biebera. Mówi ona o tym, że to Bóg zesłał go jej. Mówi zatem prawdę. Dzieci pochodzą od Boga. Zatem jest szansa, że ma w jakimś stopniu ukształtowany kręgosłup moralny, zapewne przez jakąś wiarę chrześcijańską (najpewniej protestantyzm, ale to tylko mój domysł). Dodaję do wianka „z rodziny chrześcijańskiej” i jest to wystarczający powód, by zmieszać go z błotem przez współczesne masońskie środki masowego przekazu. Następnie media donoszą, że wszyscy fani wykupili lakier do paznokci, którym maluje się Bieber. Yyy... . Zatem kwiatek.... nazwijmy go na potrzeby tego rozrachunku „narcyz” wędruje do wianka „obelg” tuż obok „pedzia”. Słyszymy kolejno, o zachęcaniu przez Biebera do adopcji zwierząt ze schronisk. Moim zdaniem zwierzęta w schroniskach powinno się wystrzelać a pieniądze mające być przeznaczone na ten cel przeznaczyć na starców czy biedaków. Kolejny kwiatek nazwę „czułe serduszko”. Kolejnym newsem jest informacja o tym, że fryzura Justina kosztuje 2000 zł. Nowy element wianuszka to  kwiatek o nazwie „wykreowany”. Na koniec odważna informacja dotycząca tego, że Bieber jest przeciwnikiem aborcji, nawet u zgwałconej dziewczynki. Być może to też część jakiego imadżu, jednak nie wgłębiając się zbytnio w ten problem argument przemawia za dodaniem kwiatka „z ukształtowanymi poglądami wpisującymi się po części w chrześcijaństwo”. Mamy zatem obraz piosenkarza: „wychuchany przez mamusię”, „pedzio”, „nieporadny życiowo”, „gra tandetną muzykę”, „bi”, „może się maskuje”, „narcyz”, „czułe serduszko”, „wykreowany”, „z rodziny chrześcijańskiej”,

,,Your world is my world. And my fight is your fight. My breath is your breath. And your heart"

„z ukształtowanymi poglądami wpisującymi się po części w chrześcijaństwo”. Ostatnie dwa argumenty wystarczają by ONI chcieli go ośmieszyć. Może poprzednie kwiatki to też sprawka ICH – wystarczy by menager Biebera należał do ICH agentów. Może lepiej słuchać niszowej muzyki, której wokaliści nie uczestniczą w żadnych skandalach? ONI* są czujni. *Kim są ci ONI? To grupa ludzi pragnących rozbić społeczeństwo, popchnąć w kierunku wulgarnego postępu, zabicia wartości. To manipulanci i złodzieje powiązani z ekologami, obrońcami praw człowieka, demokratami, Unią Europejską i innymi symbolami postępu. To sponsorzy „parad równości” i kampanii popierających środki antykoncepcyjne, in vitro i aborcję. Mateusz Kostka Dlaczego warto być kobietą?



Po pierwsze kobiety to płeć piękna. Potrafią skutecznie zawrócić facetowi w głowie. Te kobiece "sztuczki" od wieków stosowane na mężczyznach, zawsze odnoszą skuteczne i zamierzone rezultaty. Potrafimy cieszyć się z najmniejszych nawet rzeczy takich jak kwiaty czy czekoladki. To my mamy pierwszeństwo w windzie, nas przepuszcza się w drzwiach. Kobiety nie muszą szukać sposobu, by zwrócić na siebie uwagę mężczyzny. Wystarczy, że po prostu są. W odróżnieniu od mężczyzn możemy się rumienić, okazywać swoją wrażliwość, płakać, co w odwrotnej sytuacji byłoby źle odebrane. Poza tym nie zgłupiejemy do tego stopnia na punkcie jakiegoś faceta, by śpiewać mu serenady pod oknem. Praktycznie od zawsze kobiety były adorowane. Miałyśmy to szczęście, że to nie my musimy zabiegać o względy mężczyzn. Nie musimy wykosztowywać się na kwiaty, słodycze, gdyż to my je dostajemy. A jeśli Wy  mężczyźni, myślicie, że to dla Was dbamy o siebie, malujemy się, chodzimy do fryzjera, kupujemy sterty nowych ciuchów, to wyprowadzę Was z błędu. Robimy to dla siebie...nawzajem, by wyglądać lepiej od innych przedstawicielek naszej płci. Kolejną ważną rzeczą, o której należy wspomnieć to to, co mężczyźni wiedzą o kobietach. Drodzy Panowie! Nie wiecie o nas zupełnie nic. A jeżeli nawet wydaje się Wam, że wiecie, to właśnie - tylko się Wam tak wydaje. Kobieca delikatność zachwyca mężczyzn, wrażliwość potrafi stopić ich serca, zmysłowość powoduje, że spełnią każde nasze życzenie. Jak widać, kobieta jest istotą, która potrafi rzucić sobie mężczyznę do stóp. Zresztą kobieta jest na tym świecie potrzebna, bo drogie Panie, gdyby nie my to kto by się zajął tymi nieporadnymi osobnikami, jakimi są mężczyźni? Aleksandra Sadowska Muzyka, poglądy, słowa



Muzyka stanowi w naszym życiu pewien etap. Każdy z Nas słuchał KAŻEGO gatunku muzyki, choć wielu „metalowców” np. nie przyznaje się do tego, że słuchało... hip-hopu, rapu, a wielu hip-hopowców nie powie, że nie nucą pod nosem znanych piosenek disco-polo. Ja również, choć ciężko mi się do tego przyznać, słuchałam popu – jak byłam mała; reggae, rapu – jak przebywałam w gimnazjum, aż w końcu poprzestałam na metalu. Muzyka ma wpływ na nasze poglądy, chociaż kształt nadajemy im sami. Nieodłącznym problemem związanym z muzyką jest nietolerancja – tak jak i przy kolorze skóry, czy wyznaniu, ludzie słuchający różnych gatunków mają skłonności ku „krzywym” spojrzeniom rzucanym w kierunku innych, „nie swoich”. Nie będę apelować o to, alby wszyscy się „kochali” ale przynajmniej akceptowali, tolerowali. Ale nie o to tu chodzi, więc zmieńmy temat. Niedawno odkryłam piosenkę – z drastycznym tekstem i cichą muzyczką. Porównałam ją do mojej własnej, ulubionej. Wrzucę tutaj po jednym fragmencie każdej z piosenek. Jeśli ktoś ma słabe nerwy lub żołądek, nie radzę mu czytać drugiej piosenki. Z góry przepraszam, jeśli kogoś to urazi lub też... zniesmaczy. Nie chcę być posądzona o plagiat, więc podam tytuły i wykonawców: Slipknot – Snuff “I still press your letters to my lips And cherish them in parts of me that savor every kiss I couldn't face a life without your lights But all of that was ripped apart when you refused to fight” Tłum.: „Ciągle podsuwam twoje listy do moich ust I robię z nich część siebie, zachowując każdy pocałunek Nie mogę stawić czoła życiu bez twojego światła Ale wszystko to oddaliło się, kiedy odmówiłaś walki” A teraz druga piosenka, która swoim wydźwiękiem – moim zdaniem – kaleczy lekko zmysły, ale! - jeśli ktoś ją lubi, nie bronię mu  to jego własna wola. Słoń – Love Forever „Wiedział, że będzie tęsknić, ich miłość jest zatruta Niepoprawny romantyk obdarzył uczuciem trupa Upał przyśpieszał gnicie, lecz



on był nad wyraz twardy Choć z każdego jej otworu wypełzały tłuste larwy Bladożółte barwy martwej panny młodej W nudnym życiu jej kochanka stanowiły osłodę W jego sercu płonął ogień, zdjął jej z twarzy welon Ze łzami w oczach mówił, że miłość jest ich nadzieją [...] Rozebrał ją do naga żeby nie pobrudzić sukni Przeniósł ją do kuchni, położył na stół I z perfekcją chirurga rozciął śliski brzuch na pół Powoli jak żółw zaczął wyjadać trzewia Zaplątał się w jelita niczym w korzenie drzewa Zakochany dewiant taplał się w jej flakach Śmierć najukochańszej to ponadczasowa strata Chwilę jeszcze płakał, rozstanie go zasmuca Silnym pociągnięciem wyrwał z klatki piersiowej płuca Nieżyjąca muza obserwuje jak jej miły Pozbawia jej czterech kończyn przy pomocy piły [...] Zakochana para, której nikt nie widział więcej Został tylko napis , love forever" pod ich zdjęciem...” Widzimy więc jak bardzo muzyka potrafi się rozgraniczać – na piosenki przepełnione smutkiem, miłością, szczęściem, dramatem, brutalnością i czymkolwiek innym, ale zachęcam Was – uważajcie na to, czego słuchacie, bo muzyka jest jak narkotyk – uzależnia i podsuwa pomysły, na które nigdy w życiu byśmy nie wpadli. Angelika Podkowa OSTATNIA DANINA cz II



- Jakie były rozkazy kapitanie? – zapytałem jako pierwszy, przerywając milczenie. Ta nienaturalna cisza jeszcze bardziej potęgowała mój strach. Zaciągnąłem się dymem. - Mamy utrzymać pozycję aż do przybycia naszych kompanów z Siedemnastej Brygady Dragonów. Jeśli się wycofamy, rozstrzelają nas jako heretyków. - Na Cesarza… - wyszeptałem. Więc do tego doszło? Kapitan smutnym wzrokiem spoglądał na nasze twarze. Wiedział doskonale, że niewielu z nas wyjdzie z tej bitwy o własnych siłach. - Umocnijcie swoje pozycje. Pozbierać broń zabitego wroga. Usunąć ich ciała. Karbiro i Sotori, pomóżcie mi zdjąć tego nieszczęśnika. Powiedział jeszcze kapitan, wskazując na rozkrzyżowane i wypatroszone ciało naszego kolegi. We trójkę podeszliśmy i próbowaliśmy zdjąć ciało. Gwoździe mocno trzymały dłonie przybite do ściany. Musiałem na siłę przeciągać je przez otwory w dłoniach. Kilkakrotnie zwymiotowałem, widząc okrucieństwo swoich wrogów. Jakie demony skłaniały do tego człowieka? Dlaczego wyłupili mu oczy i wycięli narządy wewnętrzne, by później przybić zmarłego do ściany. Przed oczami stanął mi obraz oślepionego przyjaciela, jak błagał żebym skrócił jego męki. Zaczęło mi się kręcić w głowie i znów zwymiotowałem, padając na kolana. Ciało poległego przykryto brezentem, by inni nie musieli na to patrzeć. - Spokojnie Sotori. Będzie dobrze. – powtarzał sierżant Karbiro, poklepując mnie po plecach. - Nie sierżancie, nie będzie. Odparłem grobowym głosem. Podoficer wstał i poszedł, a ja zostałem obok bluźnierczych napisów na ścianie. Wyszedłem na zewnątrz i wróciłem z hełmem pełnym błota, którym próbowałem zamalować te pogańskie brednie. Ściskałem karabin, celując w pustkę przedpola. Siedziałem na drugim piętrze ledwo stojącego budynku. Miałem widok na poorane pociskami dawne tereny jakiegoś parku. Wszędzie leżały szczątki domów i kikuty drzew. Gdzieniegdzie dostrzegałem ledwo widoczne



transzeje i okopy, zniszczone przez bombardowanie. Nie dostrzegałem żadnego ruchu, poza lecącymi w stronę nieba kłębami czarnego i szarego dymu. Uniosłem wzrok wyżej, na niebo. Błękitny bezmiar wydawał się surrealistyczny w porównaniu z piekłem jakie było na ziemi. Białe obłoki, przypominające mi rodzinne strony również nie dodawały mi otuchy, tylko jeszcze bardziej utwierdzały w bezsensie walki do samej śmierci. - Przygotujcie się! Nadchodzą! Ostrzegał nas kapitan, chodząc po całym budynku i próbując dodać nam otuchy. Jego pałasz błyszczał w promieniach słońca. Przygotowałem karabin do strzelania. Połowa energii powinna załatwić sprawę z niepokornym buntownikiem. Sprawdziłem, czy bagnet był dobrze osadzony. Wszystko w porządku więc wróciłem do pilnego obserwowania swojego sektora. Nic. Żadnego ruchu. - Idą! Słyszę bębny! Zawołał jakiś żołnierz. Rzeczywiście, bębnienie było wyraźnie słychać. Zagłuszało wszelkie rozmowy i nie pozwalało skupić myśli. Wtedy żywa fala ruszyła na nasze pozycje. Setki ubranych na czarno postaci z zasłoniętymi twarzami. Uzbrojeni w przeróżny oręż biegli prosto na nas. - Utrzymać linię! Niech Cesarz doda wam sił w tej mężnej walce! Wołał kapitan Moloro, strzelając ze swojego pistoletu. Jego potężna postać stała tuz obok mnie. Byłem dumny z tego. Ustawiłem ogień na pełny automat i krótkimi seriami omiatałem swój sektor. Człekokształtne postacie padały po strzałach z mojego lasera. Reszta żołnierzy również odpowiadała zażartym ogniem, ale napór wroga nie osłabł ani na chwilę. - Są w budynku! - rozległ się przeraźliwy krzyk. - Za mną! Zawołał kapitan. Wraz z kilkoma innymi gwardzistami pobiegłem za dowódcą. Na parterze panował doszczętny chaos. Ludzie byli wszędzie, gęsty dym przysłaniał widok i drażnił płuca. Nie miałem czasu na rozpamiętywanie tego. Ruszyłem do walki z okrzykiem na ustach i modlitwą w duszy. Widziałem bluźniercze insygnia, jakie zdobiły stroje pogan. W moich oczach niemal płonęły, zostawiając rany w umyśle. Walka wręcz okazała się niezwykle zacięta. Raz za razem kłułem bagnetem człowieka, który niemiłosiernie krzyczał z bólu. Kolba roztrzaskiwałem kości i czaszki ludzi, błagając Cesarza o wytrwałość. Jeśli Obłęd był czymś namacalnym, to poznałem go właśnie tam, w piwniczce tej przeklętej ruiny. Krew była wszędzie, a Piekło zdawało się być prawdą, a nie tylko wymysłem. Patrzyłem na śmierć, która w wielu wypadkach wydawała się bezsensem. Kapitan i sierżant Karbiro zaciekle siekli swoimi pałaszami, posyłając do piekła kolejnych pogan. Oby ich heretyckie dusze sczezły w nicości. Wyszarpałem nóż i wbiłem go jakiemuś poganinowi tuż pod maską gazową. Zacharczał i zdjął osłonę twarzy. Spojrzałem mu prosto w oczy. Były niebieski z dużą domieszką zieleni. Nie widziałem w nich strachu przed śmiercią, a raczej ślepą nienawiść wobec mnie i całego świata. Skonał, nie wypowiadając nawet jednej bluźnierczej regułki. Widać ostrze przyszyło krtań. Wtedy poczułem uderzenie w plecy, które powaliło mnie na ziemie. Nade mną stał jakiś poganin, unoszący włócznię by zadać nią śmiertelne pchnięcie. Wtedy z piersi wyszedł mu kawałek stali. Zawył z bólu, a ja zacząłem go dźgać nożem po brzuchu, aż w końcu upadł martwy. Moloro wyciągnął swój pałasz z trupa, uśmiechając się zawadiacko. Szturm został odparty. Napastnicy zostawili setki swoich poległych i całą masę broni. Resztki naszej kompani przeczesywały to pobojowisko,



w poszukiwaniu bardziej przydatnego uzbrojenia. Przechodziłem nad kolejnymi zwałami trupów. Odór krwi i ekskrementów powodował wymioty, które jakimś cudem zdołałem zwalczyć. Przetarłem twarz z krwi i sadzy, po czym usiadłem na jakiś zniszczonym meblu. Drżącymi rękami wyciągnąłem papierosa i zapaliłem go. Patrzyłem na ognik, drgający w moich dłoniach. Zamknąłem powieki, ale natychmiast je otworzyłem. Widoki Rutaga i drugiego zwiadowcy wracały jak bumerangi. Bądźcie przeklęci, sługusi Obłędu. Wycedziłem do siebie przez zaciśnięte zęby. Zaciągnąłem się po raz ostatni i zdeptałem niedopałek, zmierzając na wyższe piętro. Tam sierżant Kabiro rozdawał magazynki do karabinów laserowych. Wziąłem od niego dwa i poszedłem na swoje stanowisko na piętrze. Zacząłem gorzko płakać, nawet nie wiedząc czemu. Łzy wielkości grochu spływały mi po policzkach, rozmazując brud na twarzy. Siedziałem i cały trząsłem się jak w febrze. Widok przed budynkiem zmienił się. Wszędzie leżały dziesiątki ciał zabitych ludzi. Niektóre unosiły się w wypełnionych woda kraterach, barwiąc mętną wodę na czerwono. Przekrwionymi oczami spoglądałem na ten krajobraz śmierci i zniszczenia. Próbowałem dostrzec jakiś ruch. Jednak były to tylko szczury, chcące pożywić się świeżym mięsem. Lecz jakaś czarna postać podchodziła coraz bliżej. Wycelowałem i dostrzegłem, że trzyma podniesione do góry ręce. Wszyscy celowali w stronę człowieka, który stał na środku piwnicy. Widziałem jego przerażone oczy i bluźniercze runy na pancerzu. Heretyk stał przed nami i w końcu dostrzegliśmy twarz wroga. - Jesteś zdrajca, heretykiem i sługusem Obłędu. Czego więc chcesz? – zapytał kapitan, przystawiając mu ostrze pałasza do gardła. - Jestem tym, który ma władzę was oskarżyć o herezję. – zamurowało nas, po czym wybuchliśmy śmiechem. Strach zniknął z jego twarzy i przybrał złowrogi wyraz- Nazywam się Ibrahim Larteri i jestem cesarskim Kapłanem. Mówiąc to wyciągnął niewielką broszkę z symbolami Cesarstwa. - Oddział baczność! – rozkazał kapitan- Oddaję swój oddział do dyspozycji Kapłana, sir! - Spocznij. – polecił Kapłan, a wszyscy stanęli trochę bardziej wyluzowani- Dołączam do was jako jeden z żołnierzy i wykonuję rozkazy waszego kapitana. Będę posłuszny jego woli i woli



waszych przełożonych, wykonując powierzone wam zadanie. – zadeklarował Ibrahim. - Więc proszę wziąć karabin i pójść na piętro, by zając pozycję strzelecką. Naszym zadaniem jest utrzymać te ruiny do przybycia posiłków. W przeciwnym razie zginiemy jako heretycy. - Wedle waszego rozkazu. Odpowiedział kłaniając się kapitanowi. Zabrał jeden z karabinów i poszedł na piętro, niedaleko mojego stanowiska. Promienie lasera padały w rozkrzyczany tłum pogan, prących w stronę skrzyżowania. Padali setkami, lecz było ich zbyt wielu. Znowu wdarli się do budynku. Ile sił zbiegłem na dół, by dać im odpór. Szaleństwo jakie tam ujrzałem było wprost nie do opisania. Ludzie strzelali do siebie z bliska, wykrzykiwali modlitwy i przekleństwa, kłuli bagnetami i zabijali się na wszelkie możliwe sposoby. Ktoś szybko wytracił mi karabin z rąk i próbował pchnąć bagnetem. Udało mu się. Ostrze przebiło pancerz i zostałem ranny w prawy bok. Zawyłem z bólu, gdy zimna stal przecinała mi ciało. Niewyobrażalnym wysiłkiem wyciągnąłem ostrze i z okrzykiem na ustach rzuciłem się na oprawcę. Nie zważając na ból i upływ krwi zacząłem go okładać pięściami. Biłem z całej siły, nie patrząc na jego błagalne krzyki i jęki. Czułem, jak po moich ciosach łamały mu się kości. Zamknąłem oczy, by nie patrzeć na ten obraz okrucieństwa i swoje dzieło. W końcu spostrzegłem, że okładałem trupa. Jak w amoku klęczałem nad człowiekiem, którego zabiłem gołymi rekami. Spojrzałem na swoje dłonie, jak na dłonie mordercy. Łzy same popłynęły mi z oczu. - Wstawaj do walki żołnierzu! Wykrzyczał do mnie Kapłan, stawiając na nogi szarpnięciem za kołnierz. Oprzytomniałem. Chwyciłem leżący na ziemi toporek zabitego poganina i ruszyłem do dalszej walki. Uderzałem



ostrzem i obuchem, wysyłając do piekła kolejnych wrogów. Krew bryzgała na wszystkie strony, brudząc mundur mój i moich nielicznych towarzyszy. Kilkakrotnie zwymiotowałem, czując ciepłą maź na ciele. - Za Cesarza bracia! Walczcie z honorem! Wołał kapitan Moloro, lecz jego głos niknął w ogólnej wrzawie. Widziałem jak jego pałasz zabierał kolejne żywoty, a kapitan z uśmiechem na ustach przypatrywał się rzezi. Miłosierna Śmierci przyjdź, powtarzałem w myślach. Wolałem zginąć, niż żyć ze świadomością, że zostałem mordercą. Jeszcze te obrazy… Prześladują mnie przez te wszystkie lata… Niedobitki naszej kompani siedziały zebrane w piwnicy. Zostało nas ledwie dwudziestu zdolnych do walki i kilku rannych. Brudni od krwi i sadzy patrzyliśmy po swoich obliczach, tak nieludzkich, a zarazem takich ludzkich. Nasze przekrwione spojrzenia, zmęczone oglądaniem tego Obłędu, przechodziły po twarzach zgromadzonych. Sierżant Kabiro dyszał ciężko, opierając się o krwawy pałasz. Musiał być ranny, podobnie jak ja. Ledwo zatamowałem upływ krwi. - Żołnierze! – zaczął uroczystą przemowę kapitan, cały pokryty krwią i brudem. Jego głos… Ciągle mam go w pamięci- Dziś jest dzień chwały dla Cesarstwa! Nasze poświęcenie zostanie zapamiętane, a dusze zbawiane za walkę w słusznej sprawie! Do broni bracia! Niech Cesarz będzie z nas dumny! Zakończył, a wszędzie panowała grobowa cisza. Czułem dziwne uniesienie, oddychając pełną piersią. Smród zdawał się w ogóle nie przeszkadzać. Kilka chwil później, ruszyła kolejna fala napastników, zapewne już ostatnia. Promienie lasera trafiały w budynek niczym huragan, zabijając wielu naszych żołnierzy. Usadowieni w drzwiach strzelaliśmy na oślep, zabijając kolejnych pogan. Szczerząc zęby i wykrzykując bluźnierstwa, od których zamierało serce skracali dystans do naszych pozycji. Jeden z nich skoczył na mnie, a raczej wystawiony bagnet. Przerzuciłem go nad sobą i zadałem kolejne kilka pchnięć, podrzynając mu gardło. Czerwona posoka popłynęła na podłogę. Kolejny wróg złapał mnie w pół i przewrócił na podłogę. Uderzenie zabrało mi dech, ale zdołałem się wyrwać i uderzyć go w twarz pięścią. Lekko oszołomionego uderzyłem jeszcze raz w brzuch. Złapałem jakiś kawałek drewna i okładałem nim z całej siły tego poganina. Jęczał i stękał, ale nie zważałem na to. Nie było już miejsca na litość. Dobiłem go ciosem noża w serce, by zbrukać się w krwi kolejnych hord heretyków. - Możecie mnie zabić, ale macie iść do przodu! Zawołał kapitan, przekrzykując zgiełk bitwy. Z dobytym pałaszem ruszył w największe kłębowisko wrogów. Nasze niedobitki pobiegły za nim, wznosząc okrzyki na cześć Cesarza i Cesarstwa oraz naszego wspaniałego dowódcy. Ranek odsłonił obraz grozy i zniszczenia. Siedziałem skulony w kącie, kiwając się do przodu i do tyłu. Zakrzepła krew pokrywała całe moje ciało i mundur, co przyprawiało mnie o mdłości i zawroty głowy. Ogromny fetor, panujący w budynkach dosłownie zabierał oddech. Po tym upiornym krajobrazie chodziły człekokształtne postacie, których nawet nie rozpoznawałem. - Ilu ocalało? – zapytał mnie żołnierz w mundurze



odmiennym od mojej kompani. Spojrzałem na niego nieobecnym wzrokiem- Możesz chodzić? – pokiwałem przecząco głową- Sanitariusz! Mamy rannego! Szybko! Trzymaj się chłopie, wyjdziesz z tego. Powiedział do mnie z uśmiechem, poklepując mnie po ramieniu. Wstał i odszedł, przechodząc nad setkami zwłok tworzącymi istny dywan śmierci. - Doznał głębokiego szoku. Na pewno ma uraz psychiczny. – zaczął pierwszy z sanitariuszy, widząc moją postać. - Wysoce prawdopodobne. Stwierdził tylko drugi. Pomogli mi położyć się na noszach. W końcu rozluźniłem obolałe mięśnie i momentalnie zasnąłem. Obudziłem się dopiero na pokładzie okrętu sanitarnego. Było tam wielu rannych, bo na planecie trwały bardzo ciężkie walki. Ja miałem pocięty bagnetem prawy bok i trochę lewe udo, do tego kilka mniejszych cięć nożem na klatce piersiowej. Ostatnią raną był postrzał z broni kulowej w dolną część brzucha. Jakimś cudem pocisk nie uszkodził ważnych organów i nie wywołał poważnego krwotoku. Próbowałem się podnieść, ale bezskutecznie. Wycieńczony padłem na łóżko, podpięty do różnego rodzaju kroplówek i aparatury medycznej. Jakiś lekarz i pielęgniarka coś zapisywali przy moim łóżku, jednak nie stali tam zbyt długo. W sali było kilkudziesięciu rannych żołnierzy. Łapiduchy poszły dalej. Ktoś usiadł obok mnie. Dwie osoby.  Widać przeżyliśmy, co nie? – powiedział sierżant Kabiro z zawadiackim uśmiechem, mając prawie całą twarz zabandażowaną.  Mieliśmy cholerne szczęście. Jeszcze będziemy podrywali na to pielęgniareczki. – dodał kapitan Moloro, również z wielkim uśmiechem i radością w głosie.  Tak jest, sir. Odpowiedziałem i zasnąłem. Śniłem o tych ładnych dziewczynach w bikini i drinkach z palemkami, na ciepłych plażach sąsiedniej planety, gdzie mieliśmy trafić na wypoczynek. Konrad Kaczmarczyk

ANONIM