Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Cześć! Prezentujemy Wam noworoczny numer Qlt’u. W tym roku postanowiliśmy być jeszcze bardziej QOOL! Chcemy zarażać naszymi pasjami i pomysłami, aby zakręcić trochę światem. Życzymy Wam (i sobie) niesamowitych przeżyć i doświadczeń. Zapraszam do czytania! Redaktor naczelna Donata Popławska Redaktor naczelna: Donata Popławska Zca redaktora: Mateusz Kostka Sekretarz redakcji: Aleksandra Kruk Grafik: Borys Brodowicz Dziennikarze: Magda Machowiak, Angelika Podkowa, Anna Pietrzak Wydawca: Magda Adamczyk Gościnnie: Konrad Kaczmarczyk Jak żyć zdrowo i nie dożyć jutra
Gdybym stosowała się jakimkolwiek radą, które czytam w gazetach i oglądam w telewizji, mogłabym być latawcem na wietrze lub flagą na budynku podczas jakiegoś święta.


W ramach noworocznych postanowień. Kiedy wybija północ, otwieram szampana, nalewam do kieliszków (tylko trochę na dnie, jestem niepełnoletnia;) ) i życzę sobie, żebym schudła, moje słowa odbijają się od przestrzeni kosmicznej i wracają na ziemie? Przyjaciele patrzą się na mnie z półuśmieszkiem po chwili zaczynamy się śmiać. - Co roku to powtarzasz! - Tak wiem, ale wciąż w to wierzę. Jest 3 styczeń ( od czego zacząć jak nie od nowego roku i w dodatku od poniedziałku) stoję przed lustrem i mówię sobie, że nie jestem modelką, a moja psychika koduje właśnie, że tymi słowami kończę dietę. Nie mogę popaść w anoreksje. Gdybym stosowała się jakimkolwiek radą, które czytam w gazetach i oglądam w telewizji, mogłabym być latawcem na wietrze lub flagą na budynku podczas jakiegoś święta. Aczkolwiek, nie wiem czy starczyłoby mi na to czasu. Gdyż na śniadanie powinnam zjeść co najmniej 3 owoce, coś z błonnikiem, bo podobno jest ważny ( musimy wręcz zajadać się błonnikiem) wypić herbatę ( mam zapomnieć,



czym jest cukier) i dwie bardzo, ale to bardzo ważne rzeczy, a mianowicie wypić Actimel (który zawiera L. Casei defensis, chociaż nikt nie wie, co to za wynalazek, kupujemy, bo jeśli to reklamują to jest to coś ważnego) i połknąć Rutinoscorbin ( bo nikt z nas nie lubi czuć się niewyraźnie) a w razie nieposiadania takowego leku pozostać w domu. Po śniadaniu, absolutnie nie mogę zapomnieć o pięciu lekkich posiłkach, które nieodłącznie muszą być popijane dwoma litrami wody. Po czym wolną chwilę między posiłkami spędzam w toalecie, po sporych porcjach błonnika i wody, ubikacja może stać się moim nieodłącznym partnerem w interesach. Ale jak już będę w toalecie, to jedząc jabłko będę myła zęby, zjem mandarynkę i umyję zęby i tak po każdym posiłku. Ale pamiętając, że po śniadaniu jest ich pięć. I dopiero spokojnie mogę wyjść do szkoły! Zabieram ze sobą szczoteczkę do zębów, papier toaletowy, dwa litry wody i owoce ( ogromne ilości owoców) ale zapominam o książkach. Oczywistą sprawą jest, że idę pieszo. Sport to zdrowie! Na przemian biegnę i podskakuję, dziesięć przysiadów i powtarzam czynności. Po drodze uśmiecham się do każdego i przedłużam sobie życie. Jestem szczęśliwa, najedzona i chuda jak szkapa. Bo stosuje się do rad w telewizji. W rzeczywistości po przeczytaniu tylu informacji za jednym razem, zakładam buty, biorę torebkę z niezbędnymi pieniędzmi i idę do Mc'Donalda. Jestem szczęśliwa, najedzona i nie jestem modelką. Anna Pietrzak O książce ,,Podróżnik WC"



Po niemal pięciu latach na rynek księgarń polskich w grudniu ubiegłego roku weszła „nowa” pozycja Wojciecha Cejrowskiego. Jest to wznowienie poprawionej wcześniej książki „Podróżnik WC” wydanej trzynaście lat temu. Dwie poprzednie książki („Gringo wśród dzikich plemion” i „Rio Anaconda” wydane w latach 2003 i 2006) królowały na listach bestsellerów i zdobywały nagrody za najlepszą sprzedawalność nawet po kilku latach od premiery (np. w 2008 „Gringo wśród....” stało się bestsellerem w rankingu organizowanym przez Empik), a ich łączny nakład (wszystkich książek) sięga niemal miliona egzemplarzy. Czytelnicy od dwu lat przekonywani byli przez autora, że kolejna książka się pojawi dopiero w chwili, gdy popularność poprzednich nieco spadnie. W zapowiedziach na stronie internetowej podróżnika od lat zamieszczona była informacja, o planowaniu wydania dwu pozycji (wznowienia dawnej książki o niskim nakładzie „WC na końcu Orinoko”, oraz wydania nowej pozycji „Puerto Vagabundo”, nad którą to Cejrowski pracował już w 2007 roku i prawdopodobnie skończył ją pisać). Wydawca Cejrowskiego zainteresował się jednak zupełnie inną książką. Po przeczytaniu wydanej w 1997 „Podróżnik WC” przekonał Cejrowskiego (mającego wcześniej o książce następujące zdanie: „(...)Książeczka, której stanowczo nie miałem ochoty wznawiać!(...)”; „(...)Próbowałem tę książkę ignorować. Próbowałem lekceważyć. Próbowałem jej nie wznawiać.(...)”; (...)Byłem wtedy młody, buńczuczny. Jak to JA podróżuje i moje EGO. Teraz powiedziano mi  słuchaj (...) teraz jesteś starym spełnionym facetem, możesz sobie pozwolić ta żart z samego siebie(...)”) by poprawił pozycję z przed lat o wyczerpanym nakładzie, z którego wydane książki były licytowane na aukcjach po blisko 250PLN. Owocem prac Cejrowskiego jest więc „Podróżnik WC. Wydanie II poprawione”. Książka, o której nie da się nic opowiedzieć w sposób inny, niż że jest zbiorem opowiadań, często od siebie niezależnych. Budową przypomina „Gringo wśród....” jednak sam autor prosi, by nie porównywać tych dwu książek. Prócz historii, które przeżył autor w książce znajdziemy również bogactwo

teraz jesteś starym spełnionym facetem, możesz sobie pozwolić ta żart z samego siebie

zdjęć. Są to fotografie, które pochodzą wyłącznie z zasobów autora, który, jak czytamy w „Podróżniku WC” trudnił się niegdyś utrwalaniem rzeczywistości za pomocą aparatu fotograficznego na zamówienie firm, czy uczelni amerykańskich. W książce jest trochę o Meksyku – drugim domu autora, a szczególnie o jego stolicy Ciudad de Mexico. Miłośnicy Stanów Zjednoczonych znajdą tu również coś dla siebie, gdyż Cejrowski odbył kilkanaście podróży po tym kraju. Poza tym trochę o dżungli, sporo o Latynosach i bardzo wiele osobistych refleksji autora. Uważam, że warto sięgnąć po tę książkę, jednak wcześniej dobrze byłoby przeczytać poprzednie dwie ważne pozycje Cejrowskiego. Moje zdanie utwierdza świetne wykonanie i oprawa graficzna „Podróżnika WC”, która wpisuje się w serię powstającą pod kierownictwem artystycznym Cejrowskiego „Poznaj świat” i skupia wiele książek najznakomitszych polskich podróżników tj. Tony Halik, Arkady Fiedler czy wielu, wielu innych. Mateusz Kostka

Bo każdy z nas ma jakieś pragnienia... Każdy z Nas o czymś marzy, do czegoś wzdycha, Jedni o zabawie, inni o stopniach, a pies - by pełna była micha. Na ławce rozmarzony siedzi chłopak, obok dziewczyna, Ona marzy o ślubie, rodzinie, a on - o skrzynce piwa. Mija ich starszy pan, o lasce się wspiera, mocno zamyślony, w głowie mu kołata - duża renta, zdrowie... no i zdrowie żony. W pędzie młoda kobieta, na wykłady pewnie leci, ona zaś myśli o sesji, że zda, nie w głowie jej dzieci. Starsza, modna pani, na przystanku czeka, Myśli o kabriolecie, szoferze, a tramwaj ucieka... Gdzieś kot przemknie, między samochodami, On też na marzenia - o skrzynce zapełnionej rybami. I zgraja małych dzieci, rozwrzeszczonych i dzikich marzy o cukierkach, zniknięciu szkoły, podstępach lisich. Młody mężczyzna, widać w sile wieku, też ma marzenia, Liczy na dobrą pracę - dużo pięniędzy i dużo byczenia. Mamy przecież styczeń, miesiąc snów pięknych i marzeń, Rok 2011, postanowienia, nowych w zyciu wydarzeń. Ale najważniejsze jest to, że w nie wierzyć trzeba, Bo wiara czyni cuda - życzę Wam ich spełnienia! Angelika Podkowa

„Don’t let go  never give up  it’s such a wonderful life…”



Te słowa zna zapewne bardzo wielu ludzi. To właśnie one uczyniły zespół „Hurts” jednym z największych odkryć 2010 roku. Zadebiutowali właśnie dzięki piosence „Wonderful life”, której nagranie udostępnili na stronie youtube.com. Utwór zyskał rekordową liczbę wejść i to dzięki niemu zostali zauważeni przez brytyjską stację BBC. „Hurts” tworzą wokalista Theo Hutchcraft i kompozytor Adam Anderson, który gra na instrumentach klawiszowych i gitarze elektrycznej. Ten duet pochodzący z Manchesteru gra muzykę elektroniczną, synth pop, pop alternatywny. Od razu widać, że Hurts „wzoruje” się na muzyce elektronicznej z lat 80-tych. Inspirują ich m.in. Depeche Mode, Joy Division, Michael Jackson, Prince i Interpol. Na początku ubiegłego roku zrobiło się o nich głośno. Wielu krytyków muzycznych pokładało w nich nadzieję. I mieli rację. Ten duet nie jest kolejnym „zespołem na raz”. Mają ciekawe, głębokie teksty, które mogą coś przekazać ludziom, a ich teledyski są oderwane od rzeczywistości. Theo i Adam zdecydowanie wyróżniają się spośród innych zespołów. Brzmią i wyglądają jak wyjęci z lat 80-tych - ubrani w eleganckie garnitury, z gładko zaczesaną fryzurą i nienagannymi manierami, co w dzisiejszych czasach jest rzadko spotykane. Hurts najczęściej kojarzeni są z piosenką „Wonderful life”. Opowiada ona o miłości pewnej Susie do „przypadkowo” spotkanego mężczyzny, który okazuje się jej ideałem. On mówi jej, że wpadł w tarapaty i chce zostać sam, jednak ich spojrzenia się spotykają i już wszystko jest dla nich zrozumiałe. Susie łapie swojego mężczyznę za rękę i mówi mu  żeby nigdy się nie poddawał, bo życie jest wspaniałe. Ich debiutancka płyta „Hapinness” miała promocję 6 września, jednak już wcześniej, bo pod koniec maja, wydali swój pierwszy, w pełni oficjalny singiel „Better than love”. Inną genialną piosenką brytyjskiego duetu jest „Stay”.

miłość pewnej Susie do „przypadkowo” spotkanego mężczyzny, który okazuje się jej ideałem

Theo po raz kolejny śpiewa o miłości. Cała piosenka jest tak jakby wyznaniem uczuć mężczyzny. Jest on zagubiony bez swojej ukochanej, czuje się samotny, jest nikim, nie chce, żeby odchodziła. Bo całe życie czekał na właściwy moment, aby powiedzieć jej, co czuję. Refren brzmi: “We say goodbye in the pouring rain And I break down as you walk away. Stay, stay. 'Cause all my life I felt this way But I could never find the words to say Stay, stay.” Podsumowując, chciałabym powiedzieć, że ja również pokładam ogromną nadzieję w tym zespole. Wydaje mi się, że jeżeli nadal będą tworzyć taką muzykę to daleko zajdą. Bo są szczerzy i prawdziwi w tym, co robią. Magda Machowiak
Ostatnia danina cz. I


- Możecie mnie zabić, ale macie iść do przodu! – wykrzyknął kapitan Moloro, wyciągając swój pałasz z pochwy. W drugiej ręce trzymał pistolet laserowy. Zawtórowaliśmy mu. Ten człowiek zawsze niezmiernie mi imponował, swoją odwagą, determinacja i pogardą wobec śmierci. Dziesiątki razy, gdy prowadził mnie i oddział do ataku, miałem ochotę strzelić mu w plecy, ale nie potrafiłem się na to zdobyć. Po prostu emanował jakąś dziwną energią, która kazała iść za nim w najgorsze piekło. A takie się właśnie szykowało. Pociski ciężkiej artylerii spadały dookoła, burząc bloki jak domki z kart. Pociski po prostu je rozrywały. Deszcze odłamków błota, kamieni i stali ciągle spadał mi na głowę, która próbowałem ukryć pod stalowym hełmem wyścielanym miękką gąbką, amortyzującą uderzenia. W rękach kurczowo ściskałem karabin laserowy Model 37  który nieraz ratował mi życie. Zamocowany bagnet dawał mi choć odrobinę większe poczucie bezpieczeństwa przed wrogiem, mogącym wyskoczyć z najmniejszej dziury. - Karbiro! Twój pluto na lewą flankę! – rozkazał kapitan sierżantowi. - Słyszeliście?! – próbował przekrzyczeć ogłuszający łomot dział- Za mną bracia! Pobiegłem za swoim bezpośrednim przełożonym. On również trzymał pałasz, zdobiony drogimi kamieniami. Wszyscy wiedzieli, że Karbiro pochodził ze starożytnego rodu arystokratów i bez problemów mógł zostać starszym oficerem, a z taki pochodzeniem miał to prawie gwarantowane. On jednak wybrał tradycyjną ścieżkę awansu, przez błoto, gruzy, krew i trupy, by udowodnić rodzinie że nie urodzenie dokonuje aktów bohaterstwa. Z całego serca kochałem tego człowieka, a on kochał swój oddział, choć nigdy otwarcie tego nie powiedział. Weszliśmy do opuszczonego warsztatu samochodowego. Panował nieprzyjemny zapach benzyny i innych smarów, rozlanych po całym pomieszczeniu. Z zewnątrz dochodził słabnący odgłos wrogiej artylerii, która zapewne zdążyła zmasakrować już z połowę naszej kompanii. W powietrzu wyczuwałem napięcie, celując dokładnie w miejsce gdzie patrzyłem. - Sotori i Rutag i idziecie na szpicy. Polecił sierżant i wraz z kolegą poszedłem do przodu. Pot obficie spływał mi z czoła, czułem jego strużki na plecach pod szarym uniformem gwardzisty. Szedłem jako pierwszy, sprawdzając nieprzenikniony mrok korytarza. W myślach powtarzałem na okrągło Litanię Miłosiernej Śmierci. Wiedziałem, jakiego okrucieństwa potrafili się dopuścić mieszkańcy Antarusa VII, opętani przez Obłęd i Rozpacz. - Samuel, będę cię osłaniał. – powiedział



do mnie Darwid Rutag, poklepując po ramieniu. Staliśmy przed wejściem do jakiegoś pomieszczenia. Biła z niego jakaś złowroga aura, przez która mimo gorąca miałem gęsią skórkę. - Ok., tylko nie zastrzel mnie. Odparłem z uśmiechem. W rzeczywistości wolałem zostać zabity przez niego, niż przez tych barbarzyńców po przeciwnej stronie. Wziąłem głęboki oddech i przestąpiłem próg. Wszedłem do wielkiej hali, zniszczonej przez bombardowanie. W oknach zostały kawałki potrzaskanych szyb. Przez dach prześwitywało słońce. Wewnątrz było porozrzucane całe mnóstwo różnych maszyn, w większości zniszczonych. Mimo że nikogo nie widziałem, miałem najgorsze przeczucia wobec tego miejsca. - Czysto! Zawołałem do kolegi. Po chwili dołączył do mnie, a wraz z nim reszta oddziału. Wszedłem do jakiegoś leju po pocisku i celowałem w mroczną przestrzeń. - I jak tam chłopaki? Widzieliście coś ciekawego? – zapytał sierżant, podchodząc do mnie i Rutaga, siedzącego tuż obok mnie. - Czysto, sir. Nawet śladu wroga. – odpowiedział Rutag, nerwowo poklepując karabin. - Idziemy dalej. Wy przodem. Znów szedłem jako jeden z pierwszych. Mijałem kolejne zniszczone maszyny, zapewne jakiejś fabryki jaka tu niegdyś musiała być. Otwarte włazy do tych wielkich pieców przypominały mi paszcze potworów, którymi matki straszą niegrzeczne dzieci. Promień lasera przeszedł tuz obok mojej głowy, trafiając w złom za moimi plecami. Odruchowo padłem



na ziemie, szukając celownikiem miejsca skąd padł strzał. - Snajper! Rozproszyć się! Rozkazał sierżant, klękając obok zniszczonego pieca. Ze swojej kryjówki miał znacznie lepszy widok na kierunek, skąd prawie przyszła do mnie śmierć. Spróbowałem się wychylić, by mieć lepszy widok na halę. Wtedy setki promieni poleciało w stronę mojego plutonu. Wszyscy chcieli jak najbardziej ukryć swoje ciała, niektórzy nawet gołymi rekami rozkopywali gruzy. Wyciągnąłem z kieszeni małe lusterko. Odczepiłem bagnet od karabinu i przymocowałem do niego kawałek szkła. Wystawiłem go ponad krawędź leja. Widziałem tylko błyski, wylatujące z ciemnym kryjówek wewnątrz zniszczonych maszyn. - Ich muszą być setki. – wymamrotał Rutag, spoglądając w moje lusterko. - Więc trzeba pobrudzić ręce. Odparłem zawadiacko, a on tylko skrzywił się na samą myśl o ataku na tamtą pozycję. Halą wstrząsnęła potężna eksplozja. Miejsce, skąd strzelali do nas poganie praktycznie przestało istnieć. Wielka chmura pyłu i kordytu ogarnęła nas, wywołując silne napady kaszlu. - Naprzód wiara! Rozpoznałem głos kapitana i dziesiątki innych gardeł, krzyczących na cześć Cesarza. Wstałem i dołączyłem do nich, podobnie jak reszta plutonu. Wpadliśmy na resztki wrogiego oddziału, który praktycznie nie stawił oporu. Wszystkich zabito bagnetami, nie oddając nawet jednego strzału. Spóźniłem się na walkę. W rzednącym dymie dostrzegłem poranione ciała zabitych wrogów. Ubrani w dziwaczne stroje przypominające habity mnichów, w maskach przeciwgazowych przypominali mutanty. Dobrze że nie widziałem ich twarzy i skóry. W barze słyszałem jakim deformacją



poddawali się poganie, by zadowolić swoje bluźniercze bóstwa i demony, którym składali krwawe ofiary. - Sotori, weź wyrzutnie. – polecił mi sierżant, wskazując na jedno z ciał. - Tak jest, sir. Odpowiedziałem tylko. Przewiesiłem karabin przez plecy i poszedłem wykonać polecenie. Odrzuciłem trupa i wziąłem pancerzownicę, leżącą pod zwłokami. O mało nie zwymiotowałem, dotykając brudnej od krwi broni i  rakiet, których również zabrałem możliwie jak najwięcej. Spojrzałem na sierżanta. Pokiwał na mnie głowa i poszedłem za nim. Na zewnątrz pełno było dymu i pyłu. Zapach materiałów wybuchowych zatykał płuca, odbierając oddech. Krajobraz przypominał księżyc. Dookoła roiło się od kraterów po pociskach, często wypełnionych wodą. Kompania szła coraz głębiej we wrogie pozycje. Prawie wypełniliśmy zadanie zajęcia odległego punktu oporu na skrzyżowaniu ulicy Artemidy i Ortodo. Serce biło mi jak oszalałe, gdy widziałem ruiny niedaleko celu. Wszędzie tam kryły się tłumy pogan. Przystanąłem na chwile i otarłem pot z czoła. Nagle wszyscy zamarli. Dopiero wtedy spostrzegłem, że wrogie działa przestały strzelać. Napięcie wyczuwało się w powietrzu. Twarze moich kolegów zdradzały strach i niepewność. Sierżant Karbiro również wyglądał na zdenerwowanego, choć usilnie starał się to ukryć. Skierowałem wzrok na kapitana. Był niewzruszony niczym skała. Stal wyprostowany na szczycie krateru, oglądając teren przez lornetkę. Obok niego w błoto był wbity jego pałasz. - Sierżancie Karbiro, wyślijcie dwóch ludzi, niech sprawdzą teren przed nami. - Wedle rozkazu. – odpowiedział- Rutag i Wartoro, sprawdźcie komunikatory i idźcie. Powodzenia. Powiedział do nich, gdy wychodzili na zewnątrz. Mieli przestraszone miny i na pewno bali się jeszcze bardziej niż ja. W końcu mieli iść w samą paszczę lwa. Czekanie wydawało się dłużyć w nieskończoność. Koledzy jeszcze nie wrócili, a co gorsza nie dawali znaku życia odką wyruszyli. Siedziałem na stercie kamieni z wyrzutnią na kolanach, o którą rytmicznie stukałem palcami. Nerwowo zaciągałem się papierosowym dymem, napawając się jego smakiem i zapachem. Zwykle nie paliłem, ale w takich sytuacjach zawsze miałem pod ręką paczkę papierosów, zazwyczaj najlepszej marki. Jak palić to chociaż z klasą,



powtarzałem zawsze kolegom, i jak zawsze nie potrafiłem odmówić im papierosa. Zmęczony czekaniem pożyczyłem lornetkę od sierżanta i zacząłem obserwować teren. Cel znajdował się jakieś pięćset metrów dalej. Wyglądał jak kupa gruzów. Mieliśmy zaatakować na wprost. Droga ta wiodła przez setki lejów po pociskach, zawalone budynki, zniszczone rowy łącznikowe i okopy i całą masę innych śmieci. - Sierżancie, tam coś się rusza! – powiedziałem i podałem lornetkę właścicielowi, gdy ten stanął obok mnie- Tam, niedaleko czołgu. – wskazałem ręką dla upewnienia przełożonego. - Rzeczywiście, coś się tam rusza. – wymamrotał bardziej do siebie niż do kogokolwiek- Cholera! To Rutag! Wykrzyknął i każdy zaczął obserwować ziemie przy zniszczonym czołgu. Człekokształtna postać wstawała i upadał, wstawała i upadała. - Cholera on jest ranny! – krzyczałem. Rutag był jednym z moich najlepszych przyjaciół- Idę po niego! – zawołałem i wybiegłem z krateru w stronę żołnierza. - Stój! Wracaj do ciężkiej cholery! Wołali za mną sierżanci i kapitan, choć tak naprawdę życzyli mi powodzenia. Zbyt dobrze ich znałem by było inaczej. Błoto miejscami sięgało kolan, ale mimo to biegłem jak oszalały. Przy każdym potknięciu lądowałem twarzą w mętnej, błotnistej sadzawce. Od razu jednak podnosiłem się i biegłem dalej, byle tylko zdążyć. W końcu dotarłem. Rutag leżał kilka metrów od wraku, twarzą do ziemi. Słyszałem jego ciężki oddech i łkanie, jakie dobywało się z jego gardła. - Darwid, jestem tu. To ja Sotori. – mówiłem spokojnym głosem, podchodząc coraz bliżej. Nerwowo spoglądałem w stronę ruin przede mną, modląc się by snajperzy mieli przerwę na kawę. - Zostaw mnie… Zostaw mnie… Chce umrzeć… - bredził. Musiał bredzić. Odwróciłem go na plecy, chcąc pomóc mu łatwiej oddychać. - Na Cesarza! Co oni ci zrobili!? – wykrzyknąłem i o mało nie zwymiotowałem na kolegę. Zamiast oczu miał dwie krwawe dziury, z których wypływały czerwone łzy. Wszędzie na twarzy był pocięty jakimś ostrym narzędziem. - Dobij mnie! Błagam cię dobij mnie! – powtarzał, łapiąc mnie na oślep za mundur. Był bliski histerii. Cesarzu, chroń jego niewinną dusze przed tym bluźnierstwem, jakiego dopuścili się ci poganie… - Będzie dobrze Darwid! – niemal wykrzyczałem mu do ucha, mimo że był kilka centymetrów ode mnie- Wracamy do swoich! Wziąłem rannego na ręce i przełożyłem go sobie przez plecy. Strasznie jęczał i powtarzał jakieś niezrozumiałe słowa. Miałem nadzieję, że nie dostrzeże nas jakiś snajper. Z trudem pokonywałem kolejne kratery wypełnione wodą. Ziemia uciekała mi spod nóg i kilkakrotnie o mało nie wpadliśmy do tej breji. W kraterze przywitały mnie okrzyki radości i uznania, które szybko przerodziły się w przekleństwa i groźby, na widok naszego rannego przyjaciela. Zasapany spojrzałem na kapitana. Dosłownie kipiał ze złości, zgrzytając zębami jak dzikie zwierze. Chwycił swój pałasz i zwrócił się w naszą stronę. - Pójdziemy im odpłacić za naszego brata! Markoro, zaprowadź go do naszych pozycji! - Tak jest! – odpowiedział szeregowiec, klękając obok rannego i próbując założyć mu opatrunek na rany. - Reszta za mną! Za Cesarza! - Za Cesarza! Zawołaliśmy wszyscy razem. Wziąłem wyrzutnię do rąk i pobiegłem razem z resztą. Cholerne błoto i leje znów witały mnie swoimi objęciami, gdy złośliwy kamień zmieniał swoje położenie w niestabilnym gruncie.

- Za Cesarza! Zawołaliśmy wszyscy razem. Wziąłem wyrzutnię do rąk i pobiegłem razem z resztą

Ostrzał rozpoczął się na jakieś sto metrów od ruin. Wielu naszych chłopaków zginęła, trafiona promieniami lasera. Granaty wybuchały wszędzie dookoła, przez co omal nie ogłuchłem. Strzeliłem kilka razy z wyrzutni, a miejsca trafień zmieniły się w płonące piekło. Czasem wybiegali z nich płonący ludzi. Ich wrzaski prześladują mnie co noc, gdy tylko zamknę oczy. Strzelił z pancerzownicy jeszcze trzy razy po czym wyrzuciłem ją z braku amunicji. Wziąłem z powrotem karabin i z okrzykiem na ustach pobiegłem na bagnety. W budynku panował niezwykły ścisk i zaduch. Było potwornie gorąco od żaru ognia z wywołanych prze mnie pożarów. Dym gryzł mnie w płuca, prawie nic nie widziałem. Jakaś ciemna postać biegła w moją stronę. Strzeliłem kilka razy, a on upadł i już nie wstał. Szedłem dalej w głąb budynku.  Czysto!  Czysto! Rozległy się krzyki naszych. Ze wszystkich stron zaczęli wychodzić gwardziści, z bagnetami pokrytymi krwią. Zebraliśmy się wokół kapitana w głębi budynku. Z jego pałasz spływały strużki krwi, jaką musiał utoczyć poganom. Wolałem nie wiedzieć, ilu ich zabił ale z pewnością wielu. Oficer stał zwrócony do ściany. Spojrzałem w tym samym kierunku.  Na Elsterona… Wyszeptałem, na widok jaki ujrzałem. Do ściany przybito drugiego zwiadowcę, jaki poszedł razem z Rutagiem. Rozebrany do naga został ukrzyżowany, a wokół niego namalowano pięcioramienną gwiazdę z jego własnej krwi. Wyłupiono mu oczy i wycięto serce i wątrobę. Czerwone krople kapały mu z końców palców u stóp, tworząc wielką kałuże. Odwróciłem wzrok, by nie patrzeć na to barbarzyństwo.  Tu kapitan Moloro. Obiekt zabezpieczony. Duże straty. Czekam na dalsze rozkazy. – powiedział do interkomu. Ze słuchawki radiostacji dobyły się jakieś niezrozumiałe słowa i trzaski, a kapitan przytakiwał im- Tak jest, sir. Podła odpowiedź do sztabu. Wszystkie pary oczu spoczęły na oficerze, który miał zmieszaną twarz zalaną potem. Widać również bał się nadchodzącego starcia. Zapaliłem kolejnego papierosa, być może ostatniego w życiu. Konrad Kaczmarczyk