Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






Gimnazjum nr 9 im. św. Jadwigi Śląskiej we Wrocławiu PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki W numerze: O PRL -u Książka i film na wakacje Odkrywamy talenty Jak zrobić film animowany? Zamieszanie wokół lektur szkolnych Historia pewnego klonu Amerykański sen naszej kolezanki

Redakcja Podławka uprzejmie informuje, że od początku lipca do końca sierpnia nastąpi przerwa techniczna w pracy zespołu. W tym czasie jesteśmy wylogowani i niedostępni. ;)
Od redakcji słów kilka na wakacyjne do widzenia
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Kochani! Zapraszamy do lektury ostatniego w tym roku szkolnym wydania Podławka - tworzonego w pocie czoła, przy temperaturach rodem z Afryki! I redakcja na ten czas zmieniła się w istne piekiełko...bo zaliczanie zaległych sprawdzianów, walka o lepsze oceny i walka z czasem, którego zawsze jakoś brakuje, przeplatała się z walką o szpalty w numerze, ale jesteśmy - rzutem na taśmę, tuż przed ostatnim dzwonkiem. Przed nami i Wami dwa miesiące błogiego wypoczynku. Wypoczynku, na który wszyscy zasłużyliśmy sobie roczną pracą. Życzymy więc Wam i sobie również, by pogoda nie kaprysiła, promienie słońca wszystkich rozpieszczały, a dobrego towarzystwa do zabawy - nie brakowało. Nauczycielom zaś - odpoczynku, skutecznej regeneracji sił... bo pewnie tego im potrzeba. A my tu za dwa miesiące przecież wrócimy. Podławek. Sprawki spod szkolnej ławki Zespół: D. Durda, K. Durkacz, W. Gonera, O. Kisielewska, A. Kośmider , M. Majerczyk, J. Mazur, M. Mazurek, K. Miliszewska, E. Musiał, H. Płuska, A. Sykuła P. Tocicki, G. Wrona, N. Pawelec, Wspólpraca: p. E. Alfut, p. D. Babczyńska Opieka: p. Marlena Borowska Okładka: K. Durkacz Gimnazjum nr 9 im. św. Jadwigi Śląskiej ul. Sarbinowska 10 54-320 Wrocław O czym szumią wrocławskie drzewa?
Klara Maj, uczennica klasy I b naszego gimnazjum oraz podopieczna pani Ewy Alfut, wywalczyła sobie pierwsze miejsce w konkursie krasomówczym, zachwycając wszystkich swoim występem. Wcieliła się ona w klon, który rośnie obok budynku szkolnego, a został posadzony w pierwszym dniu istnienia szkoły, 25 lat temu – 1 września 1987 roku. Zachęcamy do lektury tego pięknego tekstu. Poznajcie historię szkoły, wyszumianą przez niemego, przyszkolnego obserwatora.
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Dzień dobry, to ja, taki sobie zwykły - niezwykły klon z pewnego niewielkiego wrocławskiego osiedla, z Kuźnik. Rosnę obok budynku szkolnego już 25 lat i przechowuję w swej pamięci szczególnie historię właśnie szkół - SP nr 37 i Gimnazjum nr 9. To było 1 września 1987 roku na dużym placu wśród czteropiętrowych, biało - brązowych bloków. Przyjechałem wraz z innymi, osesek nieznający świata i bardzo go ciekawy. Spoglądałem wokół, wyszarpnięto mnie ze stosu innych drzewek, co nie było zbyt przyjemne, ale na szczęście nikt potem mnie już nie tarmosił. Ujrzałem wokół wielu ludzi, gromady dzieci, wszyscy odświętnie ubrani. Wsród tłumu biegały chyba nauczycielki i na długich patykach miały poprzyczepiane tabliczki z numerami klas (jak się później dowiedziałem). Olaboga, co się dzieje, gdzie ja trafiłem, co ze mną będzie?! Ale słońce pięknie świeciło na pogodnym niebie, nade mną szumiały starsze drzewa, jakiś sumak trochę drwiąco zagadał: „Cześć młody, witaj na Kuźnikach”, a dostojna brzoza przesłała mi dodający otuchy uśmiech i zaszumiała przyjaźnie. Kręcący się i rozgadany tłum nagle ucichł i głos zabrała młoda kobieta, jak się okazało, dyrektorka

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

szkoły. Powitała zebranych, mówiąc, że dziś rozpoczyna swoje istnienie i działalność szkoła na Kuźnikach, a na pamiątkę tego wydarzenia zostanie posadzone drzewko, które stanie się szczegółnym świadkiem funkcjonowania szkoły i przyjacielem uczniów, a ich zadaniem będzie dbałość o nie. Byłem bardzo ciekaw, co to za drzewo! Ależ mu zazdrościłem! Ale, ale, co to, co się ze mną dzieje? Gdzieś mnie niosą, uroczyście wkładają we wcześniej wykopany dołek, podlewają, wszyscy klaszczą. „No coś takiego?”- słyszę niezbyt przyjemny głos sumaka. „Dlaczego to on, ten małolat ma takie fory?”. Ale już przyjaciółka brzoza szumi radośnie, gratulując mi serdecznie. I tak oto posadzono mnie przed szkołą, gdzie codziennie, już od 25 lat witam swoim radosnym szumem liści, a zimą szeptem gałązek rzesze uczniów zdążających do szkół. Szczególnie są mi bliscy ci starsi. W roku 1999 wydzielono w budynku dwie szkoły, podstawową i gimnazjum. Zaglądam dyskretnie w okna, patrzę , jak uczniowie mozolą się nad zadaniami, piszą klasówki, bawią się na przerwach. Obok toczy się życie niewielkiego osiedla, mojego osiedla. Jest ono częścią wrocławskiej dzielnicy Fabryczna. Najstarsze ślady osadnictwa na tym terenie sięgają epoki brązu i żelaza. Wieś odnotowano po raz pierwszy w 1288 r.W połowie XIV w znajdował się tu folwark, a w 1845 roku osada liczyła 180 mieszkańców, 23 domy, gospodę, 3 zakłady rzemieślnicze i 2 sklepy. Stacja kolejowa powstała na Kuźnikach w 1928 roku, a budownictwo wielorodzinne wkroczyło na ten teren w latach 70. XX wieku. Kuźniki wywodzą się od kuźni, jednej z wielu na Bursztynowym Szlaku. W pobliskim lasku, zwanym Laskiem Kuźnickim, znajdują się pozostałości po dawnym cmentarzu, za nim leniwie płynie Ślęza, w gęstwinie krzewów kryją się sarny,buszują dziki, w niewielkim stawie całe lato koncertują żaby, którym wydaje się, że śpiewają równie pięknie jak ptaki mieszkające w lasku łęgowym, który wyrósł na niegdysiejszej łące.W oddali widać wieżowce Nowego Dworu, z drugiej strony osiedle Żerniki, a w dni, które są świętem fanów piłki nożnej, z nowego stadionu, wybudowanego na Euro 2012, dobiega charakterystyczna wrzawa. Moi starsi koledzy, kiwając głowami nad niektórymi poczynaniami ludzi, powtarzają odwieczną prawdę: „Nie było was, był las, nie będzie was,będzie las”. I to właśnie one - dostojny stary dąb z pobliskiego lasku, rozłożysty grab, wesoły stary klon, brzoza- przyjaciółka, wyszeptały mi w długie zimowe wieczory historię Kuźnik. Z nimi wędrowałem po ul.Hermanowskiej i Majakowskiego, nie będąc nad morzem, spacerowałem po nadmorskich ulicach - Puckiej, Helskiej, Kołobrzeskiej i wielu innych. Wciąż z zaciekawieniem przyglądam się osiedlu i jego sześciotysięcznej społeczności. Ale moje życie szczególnie związane jest ze szkołą. Już od 25 lat codziennie rano cieszę się, gdy do niej spieszą gromadki dużych i małych. W wakacyjne miesiące z utęsknieniem czekam, kiedy powrócą z letnich wojaży, witam ich, szumiąc radośnie, przesyłając pozdrowienia. Byłem świadkiem wielu ważnych wydarzeń. Wszystkie przechowuję w swej pamięci. Niektóre z nich szczególnie. Oto rok 2001. Szkoła Podstawowa nr 37 otrzymuje imię Kardynała Stefana Wyszyńskiego, rok 2009,

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

październik, Gimnazjum nr 9 świętuje uroczystość nadania imienia św. Jadwigi Śląskiej. Rok 2012- uroczyste obchody 25-lecia szkoły. W międzyczasie ma miejsce jeszcze wiele innych ważnych wydarzeń, do szkół przybywa wielu ważnych gości: prezydenci Wrocławia, historyk Norman Davies, pani Janina Ochojska, Jego Eminencja ks. Kardynał Henryk Gulbinowicz, Marian Gołębiewski, profesor Antoni Kiełbasa, znani sportowcy- Rafał Kubacki, Renata Mauer i wielu, wielu innych. Toczy się życie mojej szkoły, mojego osiedla. A ja, dorastając, rejestruję zmiany, jakie zachodzą w „scenach mojego widzenia”. Niegdyś białe, niewysokie bloki Kuźnik, kolorowieją, nie opierając się nadchodzącym modom, z sympatią przyglądam się znanym od lat mieszkańcom, z nostalgią i smutną refleksją zauważając zmiany na ich twarzach, pochylenia sylwetki. Ja też wyrosłem, już nie jestem niewysokim nastolatkiem, ale szeroko rozpościerającym ramiona młodzieńcem. I teraz ja mogę, podobnie jak niegdyś moi towarzysze mnie, opowiadać młodszym kolegom historię mojego osiedla, a szczególnie mojej szkoły. Z kolejką do... O rzeczywistości PRL - u rozmawiam z moją mamą - Sylwią Matecką.
Moja rodzina otrzymała w prezencie grę planszową „Kolejka” wydaną przez IPN. Przybliża ona realia życia codziennego w schyłkowych latach PRL - u. Zainspirowany grą postanowiłem dowiedzieć się więcej o życiu w Polsce w latach 80.
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Marcin Matecki: Co działo się w Twoim życiu w latach osiemdziesiątych? Sylwia Matecka: W tamtych latach chodziłam najpierw do szkoły podstawowej, a potem do liceum. Wtedy nie było gimnazjów, nauka w szkole podstawowej trwała osiem lat, a w liceum cztery. M.M.:Czy w szkole było tak samo jak dzisiaj? S.M.: Myślę, że wiele się zmieniło. Wówczas do szkoły chodziliśmy obowiązkowo w granatowych mundurkach z dopinanym białym kołnierzykiem. W młodszych klasach wszyscy uczniowie codziennie pili ciepłe mleko, które było dostarczane w małych butelkach. Nauki było dużo, zadań domowych też, często musieliśmy się uczyć na pamięć długich wierszy i fragmentów poematów. Czytaliśmy bardzo dużo lektur. Wiele czasu spędzaliśmy w bibliotekach, szukając w książkach i encyklopediach dodatkowych informacji potrzebnych do napisania rozprawek i referatów, bo nie było jeszcze wtedy wikipedii i wyszukiwarki Google. M.M.: Jak spędzaliście przerwy między lekcjami? S.M.: No, na pewno nie graliśmy samotnie w gierki na komórce, bo telefony komórkowe jeszcze nie istniały. W ciepłe dni wybiegaliśmy na boisko szkolne, a w chłodne wspólnie graliśmy w ulubione przez wszystkich kapsle. M.M.: W kapsle? S.M.: Tak, pstrykało się kapslami od butelek i urządzało wyścigi, kto dalej i precyzyjniej porusza swoim kapslem. To było bardzo emocjonujące zajęcie. M.M.: A co robiłaś po powrocie ze szkoły? S.M: To był, poza wakacjami, najprzyjemniejszy czas. Oczywiście, najpierw trzeba było odrobić zadania domowe, ale potem wszyscy spotykali się na podwórku. Nie było komputerów, facebooka, internetu, więc żeby pogadać z przyjaciółmi, trzeba było wyjść z domu. Bez względu na pogodę bawiliśmy się na dworze. Mieszkałam wtedy na nowym wrocławskim osiedlu, w dzielnicy Krzyki. Mieliśmy duże podwórko, ładnie zagospodarowane. Były tam huśtawki, boisko do różnych gier, piaskownica, karuzela, ławki. Rosły tam stare drzewa, na których budowaliśmy bazy. Spędzaliśmy czas, grając w piłkę, rozciągaliśmy gumę i skakaliśmy przez nią, bawiliśmy się w podchody i jeździliśmy na rowerach. Zimą polewano boisko wodą i mogliśmy jeździć po nim na łyżwach. Co chwila mamy nawoływały z okien swoje pociechy, żeby wracały do domów, ale każdy udawał, że nie słyszy, bo szkoda było porzucić zabawę z rówieśnikami. M.M.: Zazdroszczę Ci takiego dzieciństwa. Dzisiaj prawie nikt nie wychodzi z domu na podwórko. S.M: Tak, to smutne, że bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem został zastąpiony przez wirtualne znajomości. M.M.: A jak w tamtych latach żyło się dorosłym? S.M.: Na pewno niełatwo. Lata osiemdziesiąte to czas, kiedy na sklepowych półkach nie było towarów.

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

M.M.: Faktycznie były puste? S.M: Niestety, brakowało właściwie wszystkiego. Po najbardziej podstawowe artykuły trzeba było stać w kolejkach godzinami, a nawet dniami. Ludzie zapisywali się na tak zwaną listę kolejkową i co godzina lub dwa, trzy razy dziennie trzeba było być obecnym przy odczytywaniu nazwisk z tej listy. Jak kogoś nie było, to go wykreślano i trzeba było stać od początku. M.M.: Trudno mi to sobie wyobrazić. S.M: Wierzę, ale tak było naprawdę. W sklepach spożywczych można było kupić bez problemu tylko ocet, musztardę i sól. Wszystkie inne produkty spożywcze się zdobywało. Każdy pracujący dorosły człowiek (a pracę miał każdy, nie było bezrobocia) dostawał kartki na żywność. Pozwalały one kupić tylko określoną ilość towaru w ciągu miesiąca, na przykład trzy kilo mięsa czy dwa kilo cukru. Kartki były na mięso, cukier, ryż, mąkę, kaszę, masło, czekoladę, mleko w proszku, mydło, proszek do prania, a nawet benzynę, buty dla dzieci i pieluszki. Żeby zrealizowac kartkę i kupić potrzebne towary, trzeba było je najpierw upolować w sklepie i godzinami stać w kolejce. To pochłaniało mnóstwo energii. Stojąc pod sklepem, ludzie spędzali czas na rozmowach i wymianie informacji, na przykład mówiąc o tym, w którym sklepie pojawią się jutro masło lub papier toaletowy. M.M.: Papier toaletowy?! S.M: Tak, papier toaletowy to był wielki rarytas. M.M.: A jak ludzie się do siebie odnosili? Byli chyba bardzo smutni, że tak trudno im się żyje? S.M.: Wyobraź sobie, że nie. Wszystkim wtedy było trudno żyć i to powodowało, że ludzie bardzo sobie wzajemnie pomagali. Byli dla siebie życzliwi, otwarci, dużo ze sobą rozmawiali i często się spotykali. Oczywiście, że narzekali, ale pomimo wszystko chyba częściej niż dziś uśmiechali się do siebie. Nie było takich różnic społecznych jak obecnie. Poza wyjątkami status materialny Polaków był podobny. Mieli niewiele, ale potrafili się dzielić z innymi. Cieszyli się z każdej rzeczy, którą udało im się osiągnąć. Wydarzeniem było kupno telewizora, pralki, lodówki czy roweru. No, a samochód, słynny wtedy mały fiacik, to już był szczyt marzeń. M.M.: Powiedz mi, jak ludzie wtedy spędzali wolny czas, bo chyba mimo wszystko znajdowali chwilę na relaks? S.M.: Oczywiście, nie mieli go za wiele, skoro codzienność była tak uciążliwa, ale na przykład moi rodzice bardzo często chodzili do teatru, filharmonii, opery. Ja bardzo lubiłam kino, w którym oczywiście były ogromne kolejki po bilety, ale ceny były dużo niższe niż teraz i można było o wiele częściej korzystać z dóbr kultury. To był też okres, kiedy powstawały naprawdę świetne kabarety, które w inteligentny sposób wyśmiewały tamtą rzeczywistość i ludzi sprawujących władzę. W latach osiemdziesiątych utworzyło się także wiele naprawdę dobrych zespołów muzycznych, które grają do dzisiaj, na przykład: Perfect, Kult, Lady Pank, Dżem. Ich koncerty były niezapomniane… M.M.: Z Twoich słów wynika, że to były ciekawe lata, które chętnie wspominasz. S.M.: Tak, bo zawsze miło wraca się do czasów dzieciństwa i wczesnej młodości, ale lata osiemdziesiąte w Polsce to także czas obfitujący w dramatyczne wydarzenia. Polska nie była wówczas do końca wolnym krajem. Uzależniona politycznie i gospodarczo od Związku Radzieckiego, rządzona przez znienawidzoną przez społeczeństwo władzę komunistyczną, była państwem pełnym wewnętrznych niepokojów. Ludzie buntowali się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. W zakładach pracy, fabrykach i na uczelniach wybuchały strajki, urządzano manifestacje, które krwawo tłumiła władza i ówczesna milicja. W 1981 roku wprowadzono stan wojenny, który miał zmusić społeczeństwo do posłuszeństwa. Wtedy przyszły najtrudniejsze czasy. Wyczuwało się wszędzie atmosferę niepokoju i zagrożenia. Wielu ludzi zostało wówczas internowanych, rodziny przeżywały dramat rozstań i obawy o życie najbliższych. Nie wolno było organizować żadnych imprez masowych, a nawet rozmawiać na ulicy w grupach większych niż trzy osoby. Zakazane było wychodzenie z domów po godzinie 22:00. Po ulicach chodzili żołnierze i milicjanci z karabinami, a jeżdżące czołgi i kolumny opancerzonych wozów dopełniały atmosferę grozy. M.M.: Czy bardzo się wtedy bałaś? S.M.: Chyba wszyscy się bali, bo nie było wiadomo, co jeszcze czeka nasz kraj. Pomimo to Polacy nie poddawali się, w domach słuchali potajemnie radia „Wolna Europa”, wymykali się na różne spotkania z działaczami opozycji, które były organizowane głównie w kościołach, rozwieszali plakaty i ulotki nawołujące do walki

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

z władzą komunistyczną. Pomimo zagrożenia urządzali manifestacje. W tym wyjątkowo dramatycznym czasie ludzie wspierali się chyba najbardziej. Dzięki temu, że społeczeństwo nie ugięło się, dzisiaj żyjemy w wolnym kraju, a komuna przestała istnieć. Lata osiemdziesiąte stały się czasem przełomu i narodziła się nowa Polska. Wszystko się zmieniło i nasza dzisiejsza rzeczywistość jest tak inna, że czasami aż trudno uwierzyć, by kraj przez trzy dekady mógł się tak zmienić. Wspaniałe jest to, że dzisiaj możemy swobodnie podróżować po całym świecie, a wówczas jakiekolwiek wyjazdy za granicę były bardzo utrudnione. M.M.: Gdy myślisz o tamtych latach, jakie masz pierwsze skojarzenia? S.M.: Chyba niezwykły zapach i smak pomarańczy, które były dostępne tylko na święta Bożego Narodzenia. Czasem rodzicom udawało się kupić jeden lub dwa kilogramy. Czekało się na to cały rok, a potem zjadało się z rozkoszą, po kawałeczku. Kojarzy mi się także obrzydliwy smak wyrobu czekoladopodobnego imitującego prawdziwą czekoladę, która była nie do zdobycia, ale również radość z zakupu pierwszego magnetofonu, kolorowego telewizora i prawdziwych amerykańskich jeansów Wrangler. M.M.: Czego Ci brakuje z tamtych lat w dzisiejszej Polsce? S.M: Ludzkiej życzliwości, kultury i szacunku dla innych ludzi, otwartości, spontaniczności i zaangażowania we wspólne dobro. Dzisiaj, w dobie komunikowania się przez internet, ludzie są zamknięci w swoich domach i bardzo, bardzo samotni… M.M.: Bardzo Ci dziękuję za przybliżenie tamtych lat. Teraz łatwiej mi zrozumieć zasady naszej nowej gry „Kolejka”. Wiem już, dlaczego zawsze Ty wygrywałaś. Masz lepszą strategię wynikającą z doświadczenia. To co, może teraz zagramy? Rozmawiał: Marcin Matecki, kl. 1 d Bo człowiek bez pasji nudzi swoją duszę - portret Michała Czajki "Czai"
429 subskrypcji i 90 532 wyświetlonych filmów na popularnym kanale youtube. 1292 polubień fanpage'u i na facebooku. Tak dziś wyglądają statystyki młodego rapera MCzai. Kim on naprawdę jest? Kto kryje się pod tym pseudonimem?
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Michał Czajka „Czaja” ma 17 lat. Uczy się w naszym gimnazjum, kończąc właśnie klasę trzecią. Swoją przygodę z rapem rozpoczął w 2012 roku. Jest człowiekiem, który zawzięcie dąży do realizacji swoich pasji. Wiele przykrych wydarzeń w jego życiu miało wpływ na treść oraz formę jego twórczości. Problemy w szkole i złe towarzystwo, w które zdarzyło mu się „wpaść”, w znaczny sposób przyczyniły się do jego zmiany na lepsze. – Nie lubię na ten temat rozmawiać, ale mogę powiedzieć, że nie byłem wtedy jakoś szczególnie z siebie zadowolony. Michał przez pierwsze dwa lata pobytu w szkole postrzegany był jako uczeń zdolny, ale leniwy. Dość dużo opuszczał, szczególnie pierwsze godziny lekcyjne, czas spędzał nie zawsze w odpowiednim towarzystwie. To spowodowało powtarzanie klasy drugiej. I okazało się, że to wpłynęło na niego bardzo korzystnie, ponieważ pozbierał się, zmienił towarzystwo, a przede wszystkim trafił pod skrzydła p. Dagmary Babczyńskiej - polonistki, wychowawczyni, która na gruncie szkolnym odkryła jego talent - mówi pedagog gimnazjum. Mało kto wie, że Czaja od dwóch lat interesuje się również cwalkiem. -Moja przygoda z cwalkiem zaczęła się wtedy, kiedy poznałem ziomka, który wymiatał. No i spodobało mi się, ale na początku się nie zajarałem tak, żeby tańczyć. Dopiero po jakimś czasie obadałem sobie tutoriale na youtube, zacząłem ćwiczyć, chodzić na meetingi. No i tak jakoś to było. Jego występy są widowiskowe i przyciągają masę obserwatorów. Czaja po prostu wymiata! Nieraz możemy zobaczyć go tańczącego w szkole lub na boisku. Filmiki ukazujące talent Michała możemy obejrzeć na jego kanale youtube (CzajaWalker). Michał jest osobą szczerą do bólu. Spoko tańczy i pisze wspaniałe teksty piosenek. No i świetnie się z nim siedzi w ławce - mówi koleżanka z klasy Asia.- Nikogo nie udaje. Jest sobą. -Michał zawsze wydawał mi się trochę dojrzalszy od swoich rówieśników. Myślę, że za szkołą nigdy nie przepadał i codzienne chodzenie do szkoły, szczególnie na godz. 8:00 czasami go przerastało. Czas czterch lat, bo tyle znam Michała, mogłabym podzielić na dwa dwuletnie etapy. Na pewno bardzo mocno zmienił się na korzyść w tych ostatnich latach. O tym, że Michał ma pasję (pisanie, śpiewanie), dowiedziałam się, nie pamiętam dokładnie kiedy, od mamy Michała, a od ubiegłego roku szkolnego czasami o tej pasji tworzenia rozmawiałam z wychowawczynią Michała p. Babczyńską - kontynuuje pani pedagog. - Jestem pod ogromnym wrażeniem dojrzałości tekstów, wykonania piosenek. Teledyski wydają mi się bardzo profesjonalne. Świetny klimat. Na pewno mają to coś, co decyduje o niepowtarzalności. Pierwszym utworem, który został przez niego nagrany był kawałek pt: „Wypluwam

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

płuca”. Ten utwór jest głównie o niczym. Nie przyznaję się do tego kawałka, bo jest bardzo słaby – kwituje Michał . Jednak wielu rówieśników i dorosłych zastanawia się, jak zaczęły powstawać tak dojrzałe i autentyczne teksty. Normalnie, usiadłem i zacząłem pisać. Swoje myśli spisywałem na kartkach albo na komputerze. Chciałem pokazać, że hip -hop mnie ukierunkował i wykreował mój światopogląd. Poza tym pragnąłem spróbować swoich sił w tym kierunku - mówi MCzaja. - Zawsze staram się przekazać życiową prawdę. Jestem jednym wielkim osiągnięciem - śmieje się. Dziś możemy zauważyć, że jego teksty nabrały dużej powagi oraz dotyczą znacznie głębszych problemów współczesnej młodzieży. Moje utwory zmieniły się pod względem technicznym. Wiadomo - naturalny postęp, więcej emocji i wartości. Podejmuje się takich tematów, ponieważ w***ą mnie pewne sprawy i mam taki, a nie inny pogląd na świat. Są ludzie, którzy się z tym utożsamiają. Utalentowany siedemnastolatek do tego czasu nawiązał już współpracę m.in. z ABCvideoART, producentem Pastelowym, Adisem, Emczasem, Kadejem, Kievem, Maizem, Wojtkiem czy Kiksem1. Od niedawna również jest członkiem ekipy hiphopowej „Bez Ceny Minimalnej”. Do tej pory udało im się nagrać jeden kawałek pt: „O niczym i o wszystkim”. Również członkowie grupy ABCvideoART podzielają zdanie na temat owocnej pracy z MCzają. Zaczęło się od tego, że kolega zaproponował Michałowi nakręcenie zwykłego filmiku. Zajmowaliśmy się asg itd. Chcieliśmy spróbować czegoś nowego. Zgodził się od razu. Po paru dniach się spotkaliśmy. Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale wiem, że była to zima i ciężkie warunki do nagrywania. Z Czają współpracuje się fajnie - mówi Jakub Nurzyński - członek teamu ABCvideoART. Obserwując youtubowy kanał Michała możemy dostrzec wiele pozytywnych komentarzy. Każdy, kto wsłuchał się w jego muzykę, zauważył u chłopaka zdolności oraz ogrom pracy włożonej w rozwijanie swojego talentu. Wielu fanów na znak pozytywnego odbioru, zostawia po sobie miły komentarz : „Ciekawe flow, dobra dykcja, powodzenia! (Rapner911)”, „Trzymaj tak dalej! Masz ogromny potencjał :) Propsy! (mysterious196)”, „Dobre flow, dobry tekst. Props jak stąd do Dallas. (DejvPPP)”. Duże wsparcie daje Michałowi jego ukochana mama. Jestem bardzo zadowolona z tego, że mój syn ma taką pasję. Przepełnia mnie duma. To skarb mieć tak wspaniałe dziecko. Każdemu rodzicowi życzę, aby ich pociechy odnalazły swoje hobby. A co na to Michał? Jest mi bardzo miło, że moja mama mnie wspiera. Wiem, że to, co robię jej się podoba i cieszę się, że mogę dzielić z nią swoje przemyślenia. Dobrze, że mam w swoim życiu kogoś, na kogo zawsze mogę liczyć. Bardzo kocham swoją mamę i dziękuję jej za dar, jaki mi dała – za życie. MCzaja to jeden z niewielu młodych raperów, który czynnie spełnia swoje marzenia. Dużo eksperymentuje z muzyką, koncertuje, rozwija się. Wolny czas spędza na pisaniu wielu nowych tekstów. To wspaniałe, że istnieją tacy ludzie, którzy pragną zostawić po sobie pamiątkę. „Powiedział jeden Bóg, że wystarczy jeden ruch, żeby trafić wam do głów, używając kilku słów”. Warto również podkreślić, że Michał pragnie sporo koncertować. Zależy mu na oswajaniu się ze sceną muzyczną. Ma na swoim koncie już kilka koncertów. Kolejny zaplanowany jest na 28 czerwca 2013 roku w klubie GaFa. Jakie plany na przyszłość ma Czaja? Nie mam jakichś konkretnych planów, wiadomo, że życie potrafi zaskakiwać. Na pewno z***e byłoby, gdyby moja twórczość była dalej doceniana tak jak jest teraz. Miałbym możliwość grania koncertów, może wydania płyty, kto wie. Jednak wiem, że przede mną jeszcze bardzo dużo pracy, ponieważ jeśli coś ode mnie ma wyjść na rynek, to musi być na tyle dobre, żeby przyprawiało słuchacza o ciarki. Mam nadzieję, że koncerty, w których chłopak wystąpi nie będą ostatnimi, a wspaniałym preludium do wymarzonej kariery. Z całego serca życzę Michałowi wielu sukcesów oraz ogromnej sławy. Zasługuje na to, bo jest wspaniałą osobą! "Jak masz ambicje, nigdy ich nie spuszczaj w sedes, bo tego, co sam nie osiągniesz, nie zastąpią Ci koneksje" . ELO! Agata Ziobro III c Niepełnosprawni - też ludzie!
Andrzej Bartyński. Przykład, że niewidomy również może coś osiągnąć.
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

CK Anima i magazyn „Ludzka Sprawa” po raz trzeci zorganizowali konkurs na najciekawszy reportaż pod hasłem POWRÓT Z CIEMNEJ STRONY MOCY. Miło nam poinformować, że nasza koleżanka z klasy III C – Magdalena Trutowska, podopieczna pani Dagmary Babczyńskiej, znalazła się w gronie zwycięzców. W konkursie zajęła I miejsce ex aequo z dwoma innymi uczestnikami. Jury ujęła pracą o niepełnosprawnym poecie, Andrzeju Bartyńskim. Gorąco zachęcamy do lektury! Andrzej Bartyński urodził się 25 maja 1934 roku we Lwowie. Brał czynny udział w ruchu oporu jako łącznik Armii Krajowej. Niestety, zapłacił za to wysoką cenę – torturowany przez gestapo, jako dziewięcioletni chłopiec stracił wzrok. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Debiutował w 1956 roku wierszem „Rapsod o Jesieninie” opublikowanym we wrocławskim czasopiśmie „Życie Uniwersytetu”. W październiku tego samego roku założył z kolegami Wrocławską Grupę Artystyczną „Dlaczego nie”, która była sławna na całą Polskę. Skupiała ona młodych poetów, prozaików, aktorów i artystów plastyków. Swój pierwszy tomik poezji wydał w 1957 roku. Nosił on tytuł „Dalekopisy”. - Nie byłam zbyt przekonana do wierszy Bartyńskiego. Lecz kilka z nich przykuło moją uwagę, więc nabyłam ten tomik. Nie żałuję – mówi pani Joanna z Krakowa. Była młodą kobietą, gdy zdecydowała się na kupno tomiku młodego wówczas poety. Pan Andrzej nie tylko pisze wiersze, ale również śpiewa. Jego koncerty odbyły się m.in. w Czechach, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Rosji, Włoszech, na Ukrainie. To członek Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków. Działa także w Związku Ociemniałych Żołnierzy RP i Stowarzyszeniu Klub Inteligencji Niewidomej RP. Jest pomysłodawcą Międzynarodowych Festiwali Poe¬zji w PolanicyZdroju „Poeci bez Granic”, jak również ich inicjatorem i organizatorem. Odbywają się one co rok w listopadzie. W uznaniu swych zasług otrzymał honorowe obywa¬telstwo miasta PolanicyZdroju. - Byłam na Festiwalu w zeszłym roku. Pójdę i w tym, atmosfera była wspaniała! – dzieli się z nami swymi przeżyciami pani Maria z Warszawy. an Bartyński otrzymał wiele nagród. Dwa razy zdobył pierwszą nagrodę na festiwalach poetyckich „Kłodzka Wiosna Poetycka”. W 1984 roku otrzymał Nagrodę Miasta Wrocławia za wybitne osiągnięcia literatury, a w 2009 roku zdobył Nagrodę Literacką im. ks. Jana Twardowskiego za najciekawszy tom poezji wydany w 2008 roku, którego tytuł głosił „Piętnaście dni w Dusznikach a nasz dom w Polanicy”. - Zasłużył na tę nagrodę! To mój ulubiony tom Bartyńskiego! – twierdzi pani Anna z Torunia. Poeta zdobył również kilka odznaczeń, m.in. Krzyż Ko¬mandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Armii Krajowej i Krzyż Partyzancki. - Pan Bartyński jest przykładem, że niepełnosprawni również coś potrafią! - woła pan Marian z Łodzi. I ma rację. Niedawno usłyszeć można było w telewizji o kolejnej inicjatywie posła spod znaku Ruchu Palikota. Otóż niejaki Piotr Chmielowski, poseł rzeczonej partii, zaczął domagać się wykreślenia z listy lektur szkolnych Sienkiewiczowskich „Krzyżaków”. Swoją inicjatywę argumentował tym, że powieść ta zawiera mnóstwo scen brutalnych i może mieć negatywny wpływ na młodego czytelnika, powodując na przykład wzrost agresji w szkole. Czy rzeczywiście należy traktować ten pomysł poważnie?
Ruch Antykrzyżacki, czyli po co komu powieści Sienkiewicza?
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Załóżmy, że poseł ma rację, twierdząc, iż powieść nie powinna być lekturą szkolną z powodu brutalności. Skreślmy zatem książkę z listy lektur obowiązkowych. Kierując się jednak tą motywacją, powinniśmy jednocześnie usunąć wiele innych pozycji książkowych, które zawierają sceny brutalne, eksponują śmierć i okrucieństwo, a więc wszystko, co według posła źle wpływa na nastolatków. Jako przykład innych książek, które zniknęłyby z kanonu lektur, przywołam chociażby „Kamienie na szaniec” – co bowiem zrobić ze scenami katowania i przesłuchiwania Jana Bytnara przez esesmanów? Jak w ogóle przerabiać w szkole literaturę okresu II wojny światowej? A co literaturą Holocaustu, która też jest w programie? Nie ma przecież bardziej nieludzkich obrazów okrucieństwa niż te, które przynosi jako świadectwo makabry wojennej literatura tego okresu. A co z „Quo vadis” na przykład i sugestywnymi opisami umierających, krzyżowanych, rozszarpywanych przez lwy chrześcijan? Biblię, mitologię – mimo że stanowią one podwaliny kultury europejskiej – też trzeba by było wykreślić. Co zatem by pozostało? Uważam, że największe sceny brutalności i agresji młodzież ma pod ręką: podawane w telewizji czy internecie, a nie w książkach. Samo słowo nie daje tak sugestywnych scen przemocy jak przemoc w obrazie telewizyjnym czy internetowym. W telewizji mamy cały, gotowy obraz, który przedstawia określone działania, często brutalne sceny. Jest to łatwiejsze w odbiorze niż słowo, bo podane na tacy i nie wymaga

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

uruchamiania wyobraźni. Niestety, tego nikt nie zabrania oglądać. Sądzę, że inicjatywa posła z takim uzasadnieniem jest bezsensowna. Poseł nie ma racji, mówiąc, że „Krzyżacy” zwiększają brutalność w młodym pokoleniu. Niestety, niewielu uczniów ma w sobie tyle samozaparcia i ambicji, by przeczytać w ogóle tę powieść. Do scen, w których Jurand przybywa pod bramy zamku w Szczytnie, dobrną nieliczni. A szkoda, bo i oni, i poseł nie dostrzegają pozytywnych, historycznych i moralnych aspektów książki. Zastanawił się Krzysztof Chmielewski z kl. 2 d Rzecz - hipo - ukryto - pospolita Polska
Nie tylko o kontrowersjach wokół Rudego i Zośki
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

„Kupię rozum w każdym stanie! Kontakt: tel. 042…” od dłuższego już czasu przeglądam wszystkie gazety, które tylko wpadną w moje ręce, w poszukiwaniu takiego właśnie komunikatu w „ogłoszeniach drobnych”. „Pukpuk!” –„ …” –pusto, nikogo nie ma! Cóż… Nienawidzę delatorstwa. Po prostu nie potrafię znieść, zdzierżyć plotkarzy. Sam fakt ich istnienia to dla mnie nieustające źródło irytacji, nie mówiąc już o ich wystąpieniach publicznych. A pani Janicka, z całym poważaniem dla jej osoby, przegięła. …I nie wygląda, jakby zamierzała jakikolwiek anons napisać. Chyba już każdy zetknął się bliżej lub dalej z tezami wysnutymi przez doktor, obwieszczającymi całemu światu wszem i wobec antysemityzm, nacjonalizm oraz homoromanse bohaterów „Kamieni na szaniec”. No, ludzie, zlitujcie się! I co prawda jest to jajecznica trzeciej świeżości, ale jajo ma to do siebie, że psuje się szybko, a im starsze, tym ciekawsze atrakcje żołądkowe nam funduje. To nasze jest już morskawe jak chińskie pídàn, z tą różnicą, że niekoniecznie jadalne. No i wszystko fajnie, tylko skąd pani Elżbiecie Janickiej przyszedł do głowy taki pomysł? Jako że w naszym drażniąco przesiąkniętym bezhołowiem kraju na wszelkie podważania autorytetów, norm, zasad reaguje się ogólnym z entuzjazmem, który drażni mnie jeszcze bardziej, to i na dywersantów musiała przyjść kolej. Stosunkowo wcześnie. Jak ziemia stara mówi się o bliskim powiązaniu środowisk ONR - owskich i liceum Batorego w Warszawie. Że niby lakoniczne, jakby przypadkowe napomknienie Kamińskiego w charakterze c i e k a w o s t k i o powstaniu w getcie warszawskim miałoby świadczyć o skrajnym antysemickim nastawianiu całej 23. WDH „Pomarańczarni”. No dobrze, rzeczywiście, autor, jeśli chodzi o eksterminację Żydów, ma zasznurowane usta. Bądź skrzywioną stalówkę. A, nie oszukujmy się, Józef Zawadzki, ojciec Zośki, stawiany jako kolejny wzór dla młodych jest odpowiedzialny za wprowadzenie na politechnice „gett ławkowych” przeznaczonych dla

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

żydowskich studentów. Jednak o eksterminacji Polaków też za wiele nie ma – ba, tak jakby nic. Ale nie tylko te elementy okupacyjnych realiów stolicy zostały w książce pominięte – bo nie taki był cel jej stworzenia! Nie o to rozchodziło się Kamińskiemu! To nie miał być reportaż ze niszczonego miasta, a opowieść o przyjaciołach w służbie dywersji. Swoją drogą, sam Kamiński doskonale orientował się w sytuacji warszawskich Żydów. Będąc jednym z najważniejszych łączników AK z mieszkańcami gett, raczej nie miał wyboru... W każdym razie nawet tak żyzny dla sporów grunt musiał się kiedyś zużyć. Monokultura robi swoje. Na szczęście dla polskiego rolnictwa Janicka wymyśliła genialny plan rewitalizacji wyjałowionego tematu. „Jaki ONR? Przecież ocieka homofobią!” – i poooszło… Pani doktor najwidoczniej urodziła się wczoraj. Góra pierwszego kwietnia wieczorem. I od razu wzięła się za pisanie tekstu na wtorek. Nie powiem, utalentowane to niemowlę, wyobraźni i poczucia humoru mogę pozazdrościć nie tylko ja. Zawadzki, Bytnar – najlepsi przyjaciele, znający się jak łyse konie wierne sobie na zabój, aż do psiej konserwy i jeden dzień po otwarciu (albo jeszcze dłużej, jeśli pan po pupilu nie posprząta), ale… kochankowie? Czy tylko mi coś tutaj zalatuje paranoją? Całe to swatanie ze sobą dywersantów to nic innego, jak kolejny dowód coraz większego odczłowieczenia polskiego społeczeństwa. Braterska, przyjacielska miłość zostały wyparte przez australijskie króliki zwierzęcego popędu reprodukcyjnego. „Kochać” stało się synonimem id, i tak łagodnie mówiąc, „chcieć zaliczyć” tudzież „zaliczać”. Przykre. Jednak to, że dzisiaj przyjaciele mówią sobie „i żebym więcej twojego ryja nie widział” zamiast „do widzenia”, wcale nie oznacza, że było tak zawsze. Jeszcze dekadędwie temu relacje między ludźmi wyglądały zupełnie inaczej, a osiemdziesiąt wiosen wstecz…? Inna rzeczywistość! Ludzie żyjący w przyjaźni n a p r a w d ę tą relacją ż y l i . Przyjaciel był osobą n a j b l i ż s z ą , której swoje przywiązanie się o k a z y w a ł o , a nie liczyło na cud boski i zmiłowanie, że nasz delikwent się wreszcie zorientuje, iż to wcale nie jest tak, że tylko czekamy, aby mu władować scyzoryk w wątrobę. Z drugiej strony, święte oburzenie obrońców cnót wszelakich też jest godne nawet nie potępienia, a politowania (i załamania rąk nad własnym losem człowieka zmuszonego żyć z nimi w jednym kraju i pospołu głosować w wyborach). Już pomińmy fakt nadinterpretacji pani badacz; czy „niewłaściwa” orientacja chłopaków poważnie jest na tyle straszną zbrodnią, aby podejrzenie jakiejś chemii między nimi wrzucać do wora na bluźnierstwa, herezje i z n i e s ł a w i e n i e , zamach na autorytet i honor? Czyli sabotaż, dywersja, patriotyzm i heroizm szlag trafia, utleniają się i nie mają prawa istnieć w towarzystwie homoseksualizmu, a sam podmiot zamienia się w straszliwego zdrajcę i zwyrodnialca? Jeśli chodzi o mój stosunek do Polski, dopadła mnie całkowita ambiwalencja. (Lada moment wyląduję u psychiatry!) Nienawidzę i kocham za to podejście; za Iwaszkiewicza czy Lechonia – ulubionych twórców Narodowców, a że cechą wspólną skinów jest, iż na lekcjach nie uważają, to skąd mają wiedzieć, że pisarze ci deklarowali się jako homoseksualiści? Podobnie rzecz się ma z Konopnicką… I cóż teraz? Czy gdy jednak któryś z nich się w końcu dowie (a taki dzień kiedyś nadejdzie) i rozpowie wśród ziomków, to czy Rota przestanie być śpiewana na manifestacjach? Czasami trzeba się trochę zatroszczyć o swoje zdrowie. Umówmy się wszyscy, że „odkrycie” pani Eli Janickiej, fantastyczny produkt jej zmordowanej długą zimą jaźni, to spóźniony żart na Prima Aprilis i zapomnijmy o całej sprawie. …Proszę. A nawet - błagam . W rozpaczy pisała Gabriela Wrona, kl. 2 d Fenomem niezauważony
rzecz o pewnym skromnym facecie, który w Stanach był zerem, w RPA zaś – legendą.
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

And the Oskar goes to… „Sugar Man” – można było usłyszeć w podczas ceremonii rozdania statuetek w lutym bieżącego roku. Przede mną zaś niełatwe zadanie zrecenzowania tego obrazu. Dokument Malika Bendjelloula nie jest bowiem filmem, który da się opisać bez psucia przyjemności z oglądania paskudnym spoilerem. To poruszająca opowieść o człowieku, który między swymi był nikim, a wśród ludzi z równie zapomnianego jak on kraju zza oceanu stał się bohaterem mas. Nikt nie wiedział o nim zupełnie nic, a mimo to stał się wzorem do naśladowania dla rzesz, które nigdy nie miały nawet okazji zobaczyć go na własne oczy. Bohater tej historii - Rodriguez, odkryty zupełnie przypadkiem w zapadłej portowej knajpie, od razu robi wrażenie na producencie. Nakładem Sussex Records wydaje dwa albumy, które okazują się być totalną klapą. Pomimo ogromnego uznania wśród ludzi związanych z wytwórnią, muzyków czy krytyków, mimo ciągłego porównywania do gwiazd pokroju Boba Dylana, Sussex zrywa kontrakt z artystą, a on sam wraca na swoją „starą, dobrą” budowę. Lecz kiedy Sixto jakby nigdy nic zarabia się przy rozbiórkach domów, w RPA rodzi się nowa ikona epoki i jest nią właśnie Rozdriquez. Najpewniej przypadkiem ktoś kupuje jego płytę. Kolejnym zrządzeniem losu wraz z właścicielem ów winyl ląduje w RPA. Tak się składa, że bardzo spodobał się znajomym, którzy z braku możliwości zakupu go gdziekolwiek postanawiają go sobie przegrać „na własny użytek”… Pewnego razu i oni prezentują swoim znajomym nową zdobycz, która śmiesznym zbiegiem okoliczności, również im wpada w ucho! Następna kopia, może nawet kilka i tak przez znajomych znajomych, kolegów z pracy, ciotki bratanic kuzyna szwagra, a także wydawców płyt, do których też trafia, w posiadaniu albumu nagle znajduje się połowa mieszkańców RPA, a druga połowa zna go na pamięć! Nie ma osoby w całym kraju, której nazwisko Rodriqueza brzmiałoby obco. Przewrotne, buntownicze teksty dotykające problemów ludzi zagubionych, spisanych na straty, aura tajemniczości i parę innych czynników czynią krążek niesamowicie popularnym, a z Rodriqueza robią ideowego przywódcę rewolucjonistów.

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Muzyk staje się symbolem zsolidaryzowanego przeciwko niesprawiedliwości społeczeństwa, ikoną, a jego przeboje soundtrackiem wspomnień z młodości. I tutaj zaczynają się poszukiwania idola. Idola, o którym w Stanach – jak się okazuje - nikt nic nie wie, a który dla mieszkańców RPA był bogiem. Kim zatem jest Sixto czy może Jesus Rodriquez? Wokół postaci narósł już gąszcz różnych pogłosek i legend. Ponoć popełnił samobójstwo podczas jednego z koncertów. Najbardziej zagorzali wielbiciele jego piosenek ruszają jego tropem, rozpoczynając swoje poszukiwania od tego, co mają pod ręką – od twórczości muzyka. Analizują teksty, sprawdzają dokładnie każdy ślad, jeżdżąc z jednego kontynentu na drugi, przeszukują miejsca, o których Sixto wspomina w piosenkach. Efekty tego amatorskiego śledztwa są zdumiewające! Malik Bendjelloul z całą pewnością kręcił swój film, mając jego starannie obmyślony koncept. Dokument przeciąga akcję, buduje napięcie, gra z widzem, który plącząc się między fałszywymi tropami, stertą domysłów i niedopowiedzeń, obija się o własne nietrafione wyobrażenia i rozwiązania zagadki jak ćma o szybę. Kiedy jednak autor zaczyna to wszystko rozsupływać, robi to rzetelnie, nie pozostawiając żadnych niejasności, wykłada nam dokładnie posortowane i poukładane informacje. Obraz emanuje nadzieją na lepsze jutro, na odnalezienie swojej szansy na szczęście, przywodzi nam na myśl zmartwychwstanie, odrodzenie z nicości. American dream bohatera napawa widza optymizmem, a z sali kinowej wychodzi się oczarowanym nastrojowymi utworami Rodrigueza, stanowiącymi tło dla rozgrywających się na ekranie wydarzeń, poruszonym prostotą tego człowieka, a także jakby odrodzonym, z nową wewnętrzną energią i siłą do po prostu życia. Film ogląda się z zapartym tchem. Myślę, że jest wart obejrzenia chociażby dla samej historii i nie tylko wielbiciele starego rocka i folku będą nim urzeczeni. Jak już wcześniej wspomniałam, ocieka optymizmem i wywołuje szczery uśmiech od ucha do ucha, a takie podniesienie na duchu wydaje się być bardzo potrzebne. Film poleca Gabriela Wrona, kl. 2 d Zemsta. Krwawa, bezlitosna, bezwzględna i nieprzebierająca w środkach. Temat, po który sięga wielu twórców literatury, a jej nieprzejednanym królem jest Aleksander Dumas, autor obrazu odwetu doskonałego w „Hrabim Monte Christo”. Perfekcyjny i czasochłonny scenariusz, dopracowany w każdym calu, musi być skazany na sukces i dowodzi tylko jednego: zemsta najlepiej smakuje na zimno. Taki też tytuł nosi kolejna powieść angielskiego pisarza, Joego Abercrombie.
Człowiek człowiekowi wilkiem, a zdrada zdradzie zemstą
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Okładka niepozorna - taka, jakich wiele. Utrzymana w chłodnych barwach, ale przykuwająca uwagę. Spojrzenie głównie przyciąga zdobny jelec szabli, ale znaczny udział ma także uroda przedstawionej na pierwszym planie kobiety. Awers nieco przesycony za sprawą dość długiego tytułu zapisanego dużą czcionką. Na rewers natomiast składa się cała kolumna tekstu, która jest niebywałą niespodzianką dla czytających rekapitulację przed właściwą lekturą – dzięki mnogości wątków książki nie spoileruje, a jedynie zachęca, co w tym wydawnictwie (MAG) rzadko się zdarza. Akcja powieści osadzona jest w uniwersum „Pierwszego Prawa”, debiutanckiej trylogii Abercrombiego. Mimo zapożyczenia niektórych bohaterów, „Zemsta…” jest niezależnym utworem. Główna bohaterka, Monzcarro Murcatto, przechodzi długą drogę, a wszędzie, gdzie tylko się znajdzie, tam leje się krew. Styrią od kilku lat trzęsie wojna. Osierocona przez rodziców wieśniaczka musi walczyć o przetrwanie, zarówno swoje jak i młodszego brata, Benny. Przypadek sprawia, że wybiera drogę naznaczoną śmiercią i wyłożoną złotem. Zaciekła skuteczność najemniczki czyni ją sławną w całej Styrii, a jej popularność zaczyna stawać się niebezpieczna. Zdradzona i niemal zgładzona przez przyjaciela i pracodawcę, księcia Orso, zostaje cudem ocalona i pała żądzą zemsty. Wysoka ranga przeciwników i inne utrudnienia nie są dla Monzy przeszkodą. W odwecie wadzi jej tylko zmasakrowane po upadku ciało. Wiedząc, iż sama nie da rady osiągnąć swoich celów, dobiera sobie osobliwy zespół: potężnego Caula Dreszcza („Pierwsze Prawo”), barbarzyńcę przybyłego z Północy do Styrii, by rozpocząć lepsze i uczciwsze życie, Przyjaznego, autystycznego zabójcę z zamiłowaniem do liczb, którego przydomek jest kompletnym przeciwieństwem do prawdziwych cech charakteru byłego więźnia, śmiertelnie skutecznego truciciela, Castora Morveera, wychowanka domu dziecka, człowieka o zaburzonym wartościowaniu własnej osoby, jego wszystkożerną asystentkę Dzionek, Vitari, doświadczoną zabójczynię i pomocniczkę Kaleki (znów „Pierwsze Prawo”) oraz Nicomo Coscę, rozkochanego w wysoko procentowych napojach najemnika, którego Murcatto osobiście zrzuciła z

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

generalskiego krzesła. Wśród wonnego dymu plew unosi się zasadnicze pytanie: czy Monza może im zaufać? Srebro bywa przekonywujące, ale jak to na wojnie bywa: nigdy nic nie wiadomo. Czytałam już inne książki Abercrombiego i z przyjemnością mogę stwierdzić, iż autor nie próżnuje, a z powieści na powieść widać, jak jego kunszt literacki stale przybiera na wartości. Epickie opisy bitew, które pamiętamy z „Pierwszego Prawa”, zapewniają rozrywkę najbardziej żądnym krwi, a umiejętnie wprowadzane kolejne wątki gwarantują wartką akcję. Znajdziemy tu także wiele niespodzianek w fabule, tak że nieuważny czytelnik może czasami pogubić się w mnogości zdarzeń. Nie brakuje też mądrości życiowych, wypowiedzianych w charakterystycznym już dla Abercrombiego wulgarnym tonie. Książkę przesycają wulgaryzmy, jednak nie są one na tyle rażące, by zniechęcać czytelnika do lektury. Wpasowują się w klimat i dodają charakteru już i tak bezbłędnie wykreowanym postaciom. Kolejny wielki plus dla Joego – każdy z bohaterów posiada indywidualne, wyraźnie ukazane cechy, nie są oni „bezbarwni” i nudni, a zróżnicowane osobowości wzbogacają nieco oklepany scenariusz. Jedynym naprawdę rzucającym się w oczy mankamentem książki jest jej zakończenie – autor może i utrzymał fason w swojej nieprzewidywalności, jednak tym razem nie okazała się ona być na miejscu. Po tak wyczerpującej lekturze spodziewałam się po prostu czegoś lepszego, jakiegoś ognistego smaczku pożegnania. Reasumując – pozycja z pewnością warta przeczytania, jednak skierowałabym ją do bardziej wybrednych czytelników, tych o twardszych sercach i mocniejszych żołądkach. Ckliwość nie idzie w parze z „Zemstą…”, a tym samym z Abercrombiem. Zemsta nie jest po prostu ładnym obrazkiem, a jej ukryte piękno nie każdy potrafić dostrzec. Mnie jednak urzekła. Poleca Ola Gonerska III c Nieśmiertelna Agata Christie

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Wielu z nas ma przekonanie, że jeśli jakaś książka znajduje się w kanonie lektur, musi to oznaczać nudę i przymusowe czytanie, trudny tekst, którego i tak nikt poza polonistami nie jest w stanie zrozumieć. I zwykle tak jest, nie oszukujmy się. Powieści Agaty Christie są jednak wyjątkiem. Utwory tej autorki od niedawna znajdują się w kanonie lektur szkolnych. Należą one do nurtu literatury detektywistycznej. A kto z nas nie lubi rozwiązywania zagadek i podążania tropem oryginalnego detektywa? Autorka w swych powieściach wykreowała dwie postacie detektywów: starszą panią Marple i znanego na całym świecie Herkulesa Poirot. Rozwiązują oni wiele skomplikowanych zagadek kryminalnych. Czytając powieści Agaty Christie, przenosimy się wraz z bohaterami w przeróżne miejsca - od Londynu aż do Bagdadu. Gorąco polecam cykl opowiadań pt."Dwanaście prac Herkulesa". Herkules Poirot na zakończenie swej detektywistycznej kariery podejmuje się rozwiązania dwunastu zagadek, z których każda ma jakiś związek z mitologią. Tytuł nawiązuje do postaci mitologicznego Herkulesa i dwunastu prac, które musiał wykonać w ramach kary. Prace te były niezwykle skomplikowane i przewyższały siły przeciętnego człowieka. Przed podobnym wyzwaniem staje Poirot. I on będzie musiał schwytać łanię lernejską czy byka kreteńskiego. Akcja rozgrywa się w różnorakich częściach Europy. Na pozór większość zagadek wydaje się błaha, lecz dla Poirota są one wyjątkowe, ponieważ nawiązują do czynów jego imiennika. W opowiadaniach nie ma wprawdzie pełnych napięcia zwrotów akcji, lecz mimo to czyta się je jednym tchem, ponieważ dociekliwość i sposób myślenia detektywa intrygują i zaciekawiają. To świetna propozycja książkowa na wakacje! Piotr Tocicki, kl. 2 d Morderstwo na statku „Królowej Anny”
O napisanie opowiadania detektywistycznego inspirowanego perypetiami słynnego detektywa pokusił się Kamil Moszczyc z klasy II d.
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Wiosna, deszczowy poranek w Londynie. Herkules Poirot właśnie niedawno rozwiązał zawikłaną zagadkę morderstwa w Orient Expresie. Zatrzymał się w znanym, luksusowym hotelu „Royal”. Pewnego dnia podczas śniadania podszedł do niego kelner i przekazał list. Jego nadawcą był stary przyjaciel Poirota – pan Bouc. - Ciekawe, w jakim celu on do mnie pisze? Ostatnim razem pisał do mnie, gdy brał ślub - pomyślał Poirot i natychmiast zabrał się do czytania. „Witaj, mój stary druhu, pewnie zastanawiasz się, w jakim celu do Ciebie piszę. Otóż powód jest prosty, moja córka wychodzi za mąż! Wiem, że pewnie masz wiele zagadek do rozwiązania, ale chciałbym cię zaprosić na ślub mojej córki do Paryża. Domyślam się, że na pewno się zgodzisz, więc gdy będziesz czytał ten list, ja będę już w drodze po Ciebie. Mosieur Bouc” - W sumie… czemu nie i tak miałem zamiar odwiedzić Paryż – pomyślał detektyw, usiadł wygodnie w fotelu i rozmyślał, popijając przy tym angielską, czarną herbatę. Kolejnego popołudnia Poirot usłyszał miarowe kroki zbliżające się w stronę jego pokoju. - Takim niespokojnym, nierównym krokiem dysponuje tylko jedna osoba – pomyślał Poirot. - Monsieur Bouc! Wyglądasz lepiej, niż kiedy razem rozwiązywaliśmy zagadkę w Orient Expressie - krzyknął radośnie Poirot, otworzywszy drzwi. - Ciebie też miło widzieć. Wybacz, że nie spytałem cię o zdanie, czy chcesz jechać, ale do ślubu zostało 7 dni. Obaj wiemy, jak szybko działają linie pocztowe w dzisiejszych czasach - zaśmiał się Bouc. - W rzeczy samej. Nie są zbyt szybkie - uśmiechnął się Poirot. - Skoro zostało nam 7 dni, pośpieszmy się. Ja swoje rzeczy mam już spakowane. - A zatem postanowione, jedźmy do portu w Dover, z którego odpłyniemy do portu w Calais. Pośpieszmy się, statek odpływa o godz. 21:00. Kilka godzin później monsieur Bouc i Poirot przybyli do portu. Znalezienie odpowiedniego statku nie było zbyt proste, gdyż w porcie roiło się od statków i pasażerskich, i towarowych. - Tutaj jest! - krzyknął Bouc, wskazując jeden ze statków. - Niezły stateczek, choć widziałem już dostatniejsze - grymasił Poirot. - Nie wybrzydzaj, mają tam małą jadalnięi

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

toaletę - powiedział Bouc. Podszedł do nich zastępca kapitana - młody człowiek, silny i średniego wzrostu. Z twarzy nie przypominał nikogo nadzwyczajnego. - Zwykły Francuz - powiedział w myślach Poirot. - Witam państwa, w czym mogę pomóc? - zapytał młody Francuz. - Prosimy 2 bilety na trasę Dover - Calais - powiedział Bouc. - Dobrze, to będzie 60 funtów – obliczył w myślach młody Francuz. Bouc dał mu wymaganą kwotę i wszedł na pokład wraz z Poirotem. Na pokładzie powitani zostali przez kapitana, pana Freemana. - Witajcie na pokładzie „Królowej Anny”, zapraszam was na deser do jadalni - ogłosił kapitan. Wraz z Poirotem i Boucem w podróż do Calais udała się francuska para – starszy gruby mężczyzna i młoda piękna dama. Starszy mężczyzna od razu nie spodobał się Poirotowi. Punktualnie o 21:00 statek wyruszył w podróż do Calais. - Nadszedł czas na deser w jadalni - rzekł Bouc do Poirota. Tak więc po przybyciu do jadalni Bouc i Poirot zajęli stolik obok francuskiej pary. Kelnerka podała im słynny angielski sernik i herbatę. Dziwne, tak zimny wieczór, a starszy Francuz nawet nie napił się ciepłej herbaty ani nie tknął sernika - mruknął do siebie Poirot. - Może już wcześniej pił herbatę albo jadł sernik - powiedział Bouc. - Możliwe, ale w zimny wieczór ciepłej herbaty nigdy za wiele - zaśmiał się Poirot. - Czepiasz się błahostek - westchnął Bouc. - Właśnie to błahostki pozwalają nam często odkryć naprawdę. Poza tym nie podoba mi się ten człowiek. Jest niski, gruby, brzydki, a towarzyszy mu młoda piękna dama, która całuje go w usta. W takim wypadku związała się z nim dla pieniędzy. Co ciekawe, spostrzegłem zastępcę kapitana, który w ukryciu patrzy na tę parę ze złością – jakby irytowała go ich namiętność. Zresztą, ten staruch bał się zjeść ten sernik czy wypić tą herbatę, jakby w obawie, że ktoś go otruje - stwierdził Poirot. - Przerażasz mnie. Ledwo spojrzysz na ludzi, już wiesz, kim są, co robią i jacy są - stwierdził Bouc. - Dlatego jestem detektywem - zripostował ze śmiechem Poirot. Bouc skończył herbatę (wypił aż trzy) i poszedł do toalety. Poirot postanowił się przewietrzyć. Wychodząc z jadalni, zobaczył tylko starszego mężczyznę nadal siedzącego przy stole i spojrzał na zegarek, była 21:25. Pięć minut później, czyli o 21:30, statek stanął w miejscu, silniki przestały pracować. Poirot udał się więc do kapitana, aby dowiedzieć się, co się stało. Po drodze spotkał zastępcę kapitana idącego w szybkim tempie i rzekł do niego: - Gdzie monsieur tak się spieszy? - Ja... donikąd - rzekł z zawahaniem zastępca. - Skoro tak, czy pomoże mi pan znaleźć kapitana? - spytał się Poirot. - Wystarczy pójść prosto i w lewo – wskazał drogę zastępca. - Nie jestem pewien, czy trafię, proszę pójść ze mną. - Ale ja... Skoro pan nalega, monsieur Poirot - westchnął zastępca. - W rzeczy samej, nalegam - rzekł Poirot. Kapitana nie było w pokoju sterowania,

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

lecz był on w jadalni, jak wszyscy. Tak więc Poirot i zastępca zostali w jadalni. Ktoś zerwał przewody w maszynowni, naprawa tych kabli może trochę potrwać - ogłosił Freeman. - Skoro już tu jesteśmy, to zrobię dla wszystkich rozgrzewającą herbatkę - ogłosiła kelnerka. Nagle rozległ się potężny kobiecy krzyk dochodzący z kuchni. Wszyscy obecni pobiegli tam. Tam zobaczyli wstrząśniętą kelnerkę i martwego, zakrwawionego, starego Francuza, leżącego na ziemi. Wyraźnie widać było głęboką ranę kłutą zadaną w okolicach serca za pomocą noża kuchennego, który trzymany był przez ofiarę w dłoni. Była 21:35, najpóźniejsza możliwa godzina zgonu. Wszyscy zatem udali się do jadalni, by to przemyśleć. Jedynie Poirot został na chwile przy zwłokach, by znaleźć w nich coś, co pomogłoby w śledztwu. - Dziwne, to nie wygląda mi na samobójstwo. Nie ma żadnego powodu, by ten bogaty człowiek miał odbierać sobie życie - mruknął pod nosem Poirot. Zauważył jednocześnie, że z kieszeni denatowi wystawał list. Poirot szybko wziął go i dołączył do reszty w jadalni. - Drodzy przyjaciele, jak już wiecie, dokonano tutaj albo morderstwa, albo pasażer popełnił samobójstwo. Morderca nie miał jak stąd uciec, a więc jest wśród nas! Proszę, aby nikt nie opuszczał jadalni na czas przesłuchań. - Ale kto? Kto mógł to zrobić? - spytał kapitan. - Nie wiem kto, ale obiecuję, że tę osobę poznamy jeszcze dziś - stwierdził stanowczo Poirot. Poirot z Boucem usiedli przy stoliku ze świecą, rozpoczynając przygotowania do przesłuchań. - Wiemy, że morderstwa dokonano w godzinach 21:25 – 21:35, potencjalnym narzędziem zbrodni jest nóż kuchenny, choć według mnie to spreparowany dowód. W końcu mężczyzna popełnia samobójstwo i ,o dziwo, nadal trzyma w dłoni nóż. Niewiarygodne. Sądzę, że prawdziwe narzędzie zbrodni jest gdzie indziej. Morderca pozbył się też wszystkich szalup, poza jedną, którą umiejętnie ukrył i okrył płótnem, morderca jest silnym mężczyzną, gdyż cios przebił żebro, mięsień i płuca. Wiemy również to, że mamy list znaleziony w kieszeni ofiary - stwierdził Poirot. - Skąd ty to wszystko wiesz? - spytał się Bouc. Odkąd na statku zaczęło brakować szalup, cały ten rejs powoli zaczynał być podejrzany. Postanowiłem spisywać to, co się tutaj dzieje. Pewnie chciałbyś się dowiedzieć, co jest w tym liście, otóż już ci go pokazuję - powiedział Poirot. „Zapłacisz za kradzież mej ukochanej, stary grubasie. Oby ci ta bogata twarz zgniła, jak będziesz się z nią żenił.” - Cóż za wściekłość ze strony nadawcy - oburzył się Bouc. - Zapewne nasz nadawca, owy morderca, ma za złe staremu Francuzowi, że ukradł mu ukochaną - stwierdził Poirot. - Ale kto jest tym mordercą? - zapytał Bouc. Nie wiem kto, ale wiem, że niedługo się tego dowiemy. Ten list z pogróżkami to jedyny i bardzo ważny dowód na zidentyfikowanie mordercy. Zatem czas na rozpoczęcie przesłuchań - rzekł Bouc. - Dobry pomysł. Zatem kto pierwszy? -

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

spytał Poirot. - Zacznijmy od kapitana statku - stwierdził Bouc. - Zgadzam się z tobą, monsieur. Kapitanie, prosimy do nas! Czy może się pan nam przedstawić? - zapytał Poirot. - Ależ oczywiście. Nazywam się Charles Freeman. Jestem kapitanem tego statku. To straszne dokonać morderstwa i to na moim statku. Co powiedzą ludzie? - zamartwił się Freeman. - Proszę się nie martwić, mordercę niedługo znajdziemy i przekażemy policji - zapewnił Freemana Bouc. - Całe szczęście, bardzo panom dziękuję - powiedział radośnie Freeman. - A zatem monsieur Freeman, czy podczas rejsu zauważył pan coś, co wzbudziło pana uwagę, coś nadzwyczajnego? - zapytał Poirot. - Owszem. Ktoś ukradł mi szalupy tuż przed rejsem. Nie chciałem stresować pasażerów i załogę. Poza tym zepsuty silnik, jestem pewien, że ktoś zerwał kable celowo, ponieważ zawsze przed rejsem sprawdzamy maszynownię - powiedział zdruzgotany Freeman. „My” ? To znaczy kto? - spytał Poirot. - Ja i mój zastępca Powell, niedawno go zatrudniłem, to dobry chłopak, ambitny - stwierdził Freeman. - Już nam to oceniać. Dziękujemy, monsieur, za pomoc - rzekł Bouc. - To co, czas na zastępcę kapitana, Powella - rzekł Poirot. - Monsieur Powell, prosimy do nas - krzyknął Bouc. - Co może nam pan powiedzieć o zabójstwie starszego Francuza? - zapytał Poirot. - Ja nic nie wiem. Gdy do tego doszło, byłem z panem przewietrzyć się - powiedział wstrząśnięty Powell. - A skąd monsieur wie, że morderstwa dokonano wtedy, gdy monsieur poszedł się przewietrzyć? Podobno widziano pana, jak wychodził z kuchni o godzinie 21:30 , kiedy to właśnie zamordowano starego Francuza – powiedział Poirot. - Jak pan śmie przypisywać mi taki brutalny czyn?! - zbulwersował się Powell. Hernan Powell zrobił się cały czerwony, zaczęły trząść mu się ręce. Poirot od początku podejrzewał, Powella, jednak nie miał stuprocentowej pewności, że to on. Zastosował więc sprawdzony trick: wymyślił sobie, że ktoś go widział w okolicach kuchni w chwili śmierci starego Francuza. Jak się okazało, to był bardzo dobry pomysł, gdyż przestępca ujawnił się sam. - Tak! To ja go zabiłem! - krzyknął Powell. Wcale tego nie żałuję! Byłem zaręczony z Annie Storm, lecz ta wolała pieniądze niż mą szczerą miłość. O tej podróży dowiedziałem się o wiele wcześniej. Mówiła mi, że wyjeżdża do Francji aby poślubić Reyesa, na co nie mogłem pozwolić. Dwa miesiące temu zatrudniłem się u kapitana jako zastępca, akurat było wolne miejsce. Widząc Reyesa robiącego sobie kanapkę, nie wytrzymałem, wyjąłem z kieszeni nóż i pchnąłem go w klatkę piersiową - rzekł wściekły Powell. - Dalej może ja opowiem – przerwał mu Poirot - prawdziwy nóż wyrzucił pan za burtę, a do rąk włożył mu nóż kuchenny, który umoczył w powstałej kałuży krwi. Wszystkie szalupy pozostawił w porcie, ale schował jedną pod płótnem, aby móc opuścić statek. Zniszczył pan też przewody w maszynowni, aby odwrócić naszą uwagę. List, który był w kieszeni ofiary, był od Powella. Dzięki niemu w zasadzie już wiedziałem, kto był mordercą.

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Niewiele brakowało, a Powell uciekłby swą szalupą, na szczęście byłem na miejscu i nalegając, by Powell przyszedł do jadalni, pokrzyżowałem mu plany - rzekł zadowolony z siebie Poirot. - I wszystko uszłoby mi na sucho, gdyby nie ten *** - krzyknął wulgarnie Powell. Storm podeszła zapłakana do byłego narzeczonego i wyprowadziła potężny, siarczysty cios w twarz, aż na policzku został wyraźne, czerwony ślad. Wszyscy się roześmiali, że taka krucha kobieta ma taką siłę w mięśniach. - A więc, monsieur Hernan Powell, policja będzie już czekać na pana w porcie Calais. Bouc, przywiąż go do krzesła - rzekł Poirot. - Ależ z przyjemnością, mój stary druhu - powiedział Bouc. - To był ciężki dzień. Może wypijemy kapkę herbaty? Bardzo polubiłem tę angielską miksturę - rzekł Poirot. - Bardzo chętnie. Ciekawe, czy uwierzą nam na weselu w to, co tutaj przeżyliśmy? - spytał Bouc. - Oj, uwierzą, a jeśli nie, to już ich problem - zaśmiał się rubasznie Poirot. Tak oto Herkules Poirot rozwiązał kolejną zagadkę. Akcja - animacja, czyli animacja poklatkowa krok po kroku
Grupa naszych kolegów ze szkoły, za namową pani Marleny Borowskiej, postanowiła, że w ramach obowiązkowego projektu w drugiej klasie gimnazjum zrobią film. Projekt nosił nazwę „Akcja – animacja”.
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Animcja poklatkowa - nie jest to wcale tak łatwe zadanie, jak mogłoby się wydawać. Nie jest to też tak niemożliwe, żebyście nie byli w stanie stworzyć takiej animacji sami. Postaram się wprowadzić Was w świat realizacji filmu animowanego, przedstawiając kolejne etapy pracy nad produkcją. W dobie nowoczesnych technologii każdy może być bowiem filmowcem amatorem. Ad rem! Pani Borowska zaproponowała naszej klasie realizację filmu animowanego tradycyjną metodą poklatkową. Co to oznacza? To bardzo klasyczny sposób robienia filmu, jeszcze sprzed epoki komputeryzacji, choć wykorzystywany jest do dzisiaj. Realizacja filmu polega na tym, że robi się zdjęcia jakiegoś obiektu, za każdym razem nieznacznie zmieniając jego położenie. Podstawowym tworzywem animacji jest więc fotografia. Kiedy się serię fotografii obiektu połączy w całość – ma się wrażenie ruchu. Rysowaliście czasem na brzegach kartek w zeszycie ludzika, na każdej stronie zmieniając trochę jego położenie? Kiedy szybko kartkowaliście zeszyt, mieliście wrażenie, że ludzik się porusza? Gdybyście zarejestrowali to na jakimś nośniku – mielibyście animację. Na tym polega właśnie animacja. Oczywiście typów animacji jest wiele. Nasze koleżanki i koledzy wybrali dwie spośród nich, mianowicie: rysunkową oraz przedmiotową. Napis Gimnazjum nr 9 tworzyli na przykład metodą rysunkową, ale ożywiali też szkielet z gabinetu biologicznego – to już animacja przedmiotowa (zwana też kukiełkową). Jak wygląda praca nad filmem krok po kroku? Początek to oczywiście skompletowanie ekipy do realizacji filmu. Chętnych nie brakowało. Okazało się nawet, że ekipa jest zbyt liczna. Wierzcie mi – to bardzo utrudniało prace. Kiedy mamy już ekipę, a więc osoby do główkowania, można zastanowić się na tematem filmu. Pomysł to rzecz nie do przecenienia. Ważne, by był dobry i realny. Należy pamiętać, że nie wszystko da się zrobić.

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Tym bardziej, że nie chodziło nam o komputerowe efekciarstwo. Chodziło o świetną zespołową pracę. Animacja komputerowa odkleja ludzi od siebie – przykleja zaś do komputera. Obraliśmy za temat naszej krótkiej animacji szkołę – może dlatego, że główkowaliśmy w szkole. Następnym ważnym etapem jest napisanie scenariusza, na którym później będzie bazować film. W grupach opracowaliśmy krótkie historyjki, które można by przedstawić. Powołaliśmy do życia Pana Gąbkę i Szkieleciora – dwie postacie z naszej animacji. Kolejnym punktem realizacji filmu jest storyboard. Gotowy już scenariusz trzeba rozrysować tak, jak powinny wyglądać poszczególnie sceny. To na storyboardzie opieramy się później, robiąc zdjęcia. Storyboard w swej formie bardzo przypomina komiks. Później oczywiście jest realizacja zdjęć. To praca bardzo żmudna i wyczerpująca, ponieważ należy przesuwać przedmiot czy rysować napis tak, aby po złączeniu filmu wyglądał realnie, a ruch był bardzo płynny. Ręce drętwieją, wierzcie lub nie. Żeby w formie animacji stworzyć napis Gimnazjum nr 9, Gabrysia musiała zrobić kilkadziesiąt zdjęć. W gruncie rzeczy na sekundę filmu przypada ich kilkanaście. Kiedy sesje zdjęciowe już za nami – czeka nas ich montaż. Całe szczęście, że w ekipie był Filip – on wszystko ogarnął, choć nie obyło się bez sporów między nim a panią Borowską, gdyż okazało się, że mieli inną wizją pewnych scen. Spierali się nawet o rodzaj czcionki. Filip montował film w programie Sony Vegas, ale na własny użytek można wykorzystać również Windows Movie Makera – choć ma on niewątpliwie skromne możliwości. Gdy film jest już zmontowany, należy go udźwiękowić. Przy ściąganiu plików z internetu należy pamiętać o tym, aby pochodziły one z legalnych źródeł i udostępniane były na zasadach wolnej licencji – tzw. Creative Commons. Linki do legalnych źródeł muzyki, filmu czy fotografii znaleźć możecie na portalu legalnakultura.pl. Kiedy etap produkcji jest już zamknięty, zadbać należy o „dystrybucję”, czyli film trzeba opublikować po prostu, a potem liczyć lajki. Można to zrobić choćby na popularnym kanale youtube. Do oglądania naszej animacji zapraszamy na stronę szkoły. Nina Pawelec, 2 d

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Kraj mlekiem i miodem płynący, Eldorado, Arkadia, Eden takie wyobrażenie o Ameryce od lat pielęgnowane jest w wyobraźni wielu, także Polaków, którzy od lat domagają się zniesienia wiz do USA. Przez lata to właśnie Stany Zjednoczone stanowiły punkt docelowy podróży polskich emigrantów, którzy właśnie za ocean uciekali przed szarością, brakiem wolności, jakie bezsprzecznie kojarzyły się z PRL- em. Obraz raju na ziemi kreuje też cały przemysł filmowy, telewizja, reklama, teledyski. Z tych wszystkich scen wyłaniał się obraz ludzi pięknych, młodych i bogatych. Czy jest to jednak obraz prawdziwy? Czy pielęgnujemy kolejny stereotyp? Do USA wyjeżdżam praktycznie w każde wakacje, gdyż tam mieszka część mojej rodziny. W czasie tych dwumiesięcznych wyjazdów zauważyłam wiele rzeczy, które dla mnie były dużo ciekawsze i lepsze od tych w Polsce. Na pewno w Ameryce nie jest aż tak idealnie, jak mogłoby się wydać osobom znającym ten kraj jedynie z hollywoodzkich filmów. Ludzie tam żyjący to nie tylko bogacze wożący się najlepszymi autami, mieszkający w willach z kortem tenisowym i basenem, ubierający się u Prady. Tych jest znaczna mniejszość. Większość natomiast – to przeciętność, z taki samymi problemami jak w Polsce: z bezrobociem czy służbą zdrowia na przykład. Mając w Stanach rodzinę mogę jednak z ręką na sercu przyznać, że żyje się tam trochę lepiej niż u nas. Trochę. Przyczyna nie leży jednak w zarobkach, ale w tym że produkty w sklepach (np. ciuchy, buty) są tam o wiele tańsze niż u nas. Markowe produkty w Stanach można kupić za tzw. „grosze”. U nas zapłacilibyśmy za takie same po kilkaset bądź kilka tysięcy złotych. Być może tam marka znaczy mniej. U nas widocznie lansowanie się z torebką marki Luis Vitton warte jest wielkich pieniędzy. Warto więc ubierać się za Oceanem. Nic dziwnego, że wielu celebrytów to robi. Można powiedzieć, że

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

dużo więcej rzeczy jest tam bardziej opłacalnych niż w naszym kraju. Rzadkością są tam dziury w drogach czy też stare, zawalające się budynki. Miasta, a nawet wsie, są bardzo zadbane. Zamiast bloków, na osiedlach jest wiele malutkich domków z ogródkami. W centrum miast zazwyczaj znajduje się mnóstwo drapaczy chmur, ale między nimi są na przykład plaże, gdzie można odpocząć i zrelaksować się. W czasie wakacji organizowane są przeróżne atrakcje dla turystów i mieszkańców. Typowy Polak to malkontent, wiecznie niezadowolony, traktujący narzekanie jak życiodajne powietrze. Bez tego ani rusz. Ludzie w Stanach są natomiast pełni radości, przyjaźni, sympatyczni, a także bardziej tolerancyjni niż Polacy. Często, kiedy byłam na spacerze czy też zakupach, obcy ludzie pytali się mnie, jak się czuję. Tutaj ludzie się nie poznają na ulicy, nie zwracają na siebie uwagi, a pozdrawianie obcej osoby choćby uśmiechem – nie przystoi. Dlatego za każdym razem, kiedy przybywam do mojej rodziny, jestem pełna podziwu dla optymizmu i radości. Moi kuzyni, którzy na co dzień mówią po angielsku i chodzą do amerykańskiej szkoły, nie narzekają na nią aż tak, jak czyni to polska młodzież. Opowiadali mi, że u nich lekcje przeprowadzane są w taki sposób, aby zainteresować każdego ucznia. Szkoły mają lepsze zaplecze, dysponują lepiej wyposażonymi salami, nowoczesnymi narzędziami. Dla nas, Polaków, dużym utrudnieniem jest jednak to, że trudno dostać wizy do USA, choć Polacy od wielu lat domagają się ich zniesienia. Co roku organizowane są loterie wizowe, dzięki którym można wygrać zieloną kartę i legalnie przebywać oraz pracować na terytorium USA. Loteria ma jednak to do siebie, że wszystko zależy od szczęścia. Oczywiście najlepiej jest tam jechać na dłużej, gdyż sama podróż jest bardzo kosztowna: bilety obecnie kosztują ok. 3 tysięcy zł w dwie strony dla jednej osoby. Dla wielu to za wiele jednak. Póki co – dla mnie Stany Zjednoczone to kraj niemal idealny. Być może dlatego, że zawsze jeżdżę tam na wakacje i nie mam żadnych obowiązków ani nie borykam się z problemami mieszkańców tego kraju. Nie muszę angażować się w walkę o prawa mniejszości, nie muszę opowiadać się za lub przeciw posiadaniu broni, nie muszę analizować systemu opieki zdrowotnej. Tam nic nie muszę. Uwielbiam tam latać i co roku zwiedzać różne miejsca, uczyć się języka, bez którego w tych czasach ani rusz, i oczywiście spotkać się z rodziną, dzięki której mam możliwość poznawać ten ciekawy, wielokulturowy zakątek świata. Pewnie zastanawialiście się kiedyś, co robią nauczyciele, kiedy nie sprawdzają sprawdzianów i kartkówek. Okazuje się, że poza szkołą i zadawaniem prac domowych biednym uczniom, mają jednak życie prywatne! Ot, ciekawostka na miarę odkrycia roku. Nie są to maszyny, które znoszą wszystko. Posiadają też uczucia i swe pasje. Ich funkcjonowanie nie opiera się tylko na ocenach i problemach wszystkich uczniów. Jak każdy człowiek lubią odpoczywać i mają długie wakacje, by móc odreagować szkolną atmosferę, odpocząć od nas i pozbierać siły na następne dziesięć miesięcy. Zapytałam niektórych z nich, jak lubią spędzać wolny czas i gdzie wyjeżdżają. Przeczytajcie, co zdradzili...
Co robią, gdy nie siedzą nad naszymi zeszytami, czyli nasi nauczyciele na wakacjach… Podpytywała: Kasia Cichosz, kl. 2 d
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Antonina Świtka- Brooks: Moim ulubionym zajęciem jest czytanie książek i praca w ogródku. Nie wiem dlaczego, ale uwielbiam zapach świeżo skoszonej trawy, dlatego często przycinam ją przed moim domem. Na wakacje wyjeżdżam do Anglii i na wycieczkę do Francji. Bardzo lubię spędzać czas za granicą. Leszek Ubowski : Od zawsze jestem zakochany w górach. Najbardziej uwielbiam wypoczywać w Bieszczadach, gdyż są tam niebieskie anioły. To miejsce mnie odpręża i dzięki niemu odbiegam od rzeczywistości. Moją pasją od osiemnastego roku życia jest Armia Krajowa. Zawsze, kiedy mam czas, zbieram o niej nowe i ciekawe informacje. Oprócz tego czasem dla przyjemności lubię pisać. Ludwika Jagodzińska: Najchętniej jeżdżę w góry i do rodziny. W tym roku wybieram się do Karpacza na parę dni, następnie do mamy nad jezioro. Oprócz tego będę miała okazję zwiedzić piękne zakątki Chorwacji. Nie ominie mnie też praca na działce. Dla przyjemności kocham czytać książki oraz namiętnie rozwiązuję krzyżówki. W wolnym czasie lubię spotkać się z przyjaciółmi i rozmawiać z nimi na różne tematy. Bożena Łasińska: W tym roku na wakacje wybieram się na Sycylię. Kocham tamte rejony i dobrze się w nich czuję. Nie raz byłam we Włoszech i jest to moje ulubione miejsce na wypoczynek. Gdy nie siedzę w szkole i nie sprawdzam zadań uczniów, lubię sobie posiedzieć w ogródku, poczytać książkę. Zazwyczaj aktywnie spędzam czas, ale czasem potrzebuję odpocząć od szybkiego trybu życia.

PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Stanisława Dudek: Zazwyczaj, kiedy mam czas wolny, uwielbiam czytać książki oraz szydełkować. Odpręża mnie to i poprawia nastrój. Na wakacje zostaję w pięknym Wrocławiu, gdyż kocham w nim spędzać czas. Jednak mym ulubionym miejscem są góry, które zwiedzam i poznaję ich nowe zakątki. Bardzo lubię podziwiać i znajdować nowe miejsca. Sami widzicie, nauczyciele nie żyją tylko szkołą, jak nam się czasem wydaje, ale jak każdy z nas lubią odpoczynek i wyjazdy. Jedni kochają spędzać czas za granicą, inni są zakochani w polskich zakątkach. Każdy z nich ma inny sposób na relaks po ciężkim dniu. Okazuje się, że są oni ludźmi lubiącymi spokój, pewnie dlatego że zwykle mają do czynienia z dzikim uczniowskim wrzaskiem na szkolnych korytarzach. Oby zatem wakacje upływały im w spokoju i aby nocami nie śniły się im szkolne koszmary i uczniowskie twarze. Dla ich i naszego dobra.
W cyklu Poznaj belfra swego prezentujemy tym razem nasze panie z biblioteki, zazwyczaj ukryte między regałami książek. Jak poradziły sobie wzięte w ogień przedziwnych pytań i proszone o dokończenie przedziwnych zdań panie: Ela Gorbaczew – Nowak i Joanna Sztyma? Przeczytajcie. Być może informacje tu zawarte uda Wam się kiedyś wykorzystać przy prolongacie książki. ;)
PODŁAWEK Sprawki spod szkolnej ławki

Pani Joanna Sztyma 1. Na wakacjach... odpoczywam. 2. Gdy pada deszcz... czytam książki. 3. Nigdy... - staram się nie używać tego słowa. 4. Muzyka... dodaje mi sił. 5. Żółty... to kolor kwitnącego rzepaku. 6. Moją piętą Achillesa jest... odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę. 7. Najchętniej podróżuję... nad polskie morze. 8. Najlepszym sposobem na relaks jest... taniec flamenco. 9. Moim ulubionym kwiatem jest... - wszystkie są piękne! 10. Wiele radości sprawia mi... patrzenie się na moją córkę i wspólna z nią zabawa. 11. Gdy byłam dzieckiem marzyłam..., żeby mieć kotka. 12. Gdy patrzę w niebo..., wtedy marzę. 13. Słodycze... uwielbiam! 14. Morze Bałtyckie... kocham! Pani Elżbieta Gorbaczew - Nowak 1. Na wakacje... pojadę do mamy. 2. Gdy pada deszcz..., zjadam ogromne ilości czekolady. 3. Nigdy... się nie nudzę. 4. Muzyka... uspokaja i budzi wspomnienia. 5. Żółty... piasek na plaży. 6. Moją piętą Achillesa jest... empatia. 7. Najchętniej podróżuję ... do Lönneberga. 8. Najlepszym sposobem na relaks jest... czekolada. 9. Moim ulubionym kwiatem jest... piwonia i konwalia. 10. Wiele radości sprawia mi... praca. 11. Gdy byłam dzieckiem marzyłam... ??? 12. Gdy patrzę w niebo..., dziwi mnie jego ogrom. 13. Słodycze... słodycze, słodycze, słodycze. 14. Morze Bałtyckie... Zatoka Gdańska… Zalew Kuroński. Oprac. D. Durda, J. Mazur kl. 1d



Test trzyminutowy Sprawdź, czy rozwiążesz. Skopiuj zadania do Worda. Wydrukuj i ... miłego rozwiązywania. Pamiętaj - na zrobienie zadań masz 3 minuty! Gwarantujemy - da się zrobić w czasie krótszym. :) 1. Przeczytaj wszystko, zanim zaczniesz robić cokolwiek. 2. W górnym lewym rogu tej kartki wpisz swoje imię. 3. Podkreśl wyraz imię w drugim zdaniu. 4. Narysuj pięć małych kwadratów w górnym prawym rogu tej strony. 5. W każdy kwadrat z punktu 4 wpisz X. 6. Narysuj koło wokół każdego kwadratu. 7. Podpisz się pod tytułem na tej stronie. 8. Obok tytułu napisz tak, tak, tak. 9. Zakreśl kółkiem zdanie nr 7. 10. Narysuj kółko wokół wyrazu "pięć" w zdaniu nr 4. 11. Na odwrocie tej kartki pomnóż70 x 30. 12. Napisz X w dowolnym dolnym rogu tej strony. 13. Narysuj trójkąt wokół X, które właśnie napisałeś/napisałaś. 14. Kiedy już wykonasz poprzednie polecenie, powiedz głośno swoje imię. 15. Jeśli uważasz, że zastosowałaś/zastosowałeś się dokładnie do poleceń, powiedz głośno: "Zrobiłam/zrobiłem to". 16. Na odwrocie tej kartki dodaj 147 + 278. 17. Zakreśl kółkiem sumę. 18. Normalnym głosem policz od 1 do 10 od tyłu. 19. Zrób trzy małe dziurki w tej kartce tutaj. 20. Jeśli jesteś pierwszą osobą, która dotarła do tego punktu, powiedz głośno: "Jestem najlepsza/najlepszy w wykonaniu poleceń". 21. Podkreśl wszystkie liczby parzyste po lewej stronie. 22. Kiedy już skończyłaś/skończyłeś uważnie czytać, wykonaj tylko polecenie jeden i dwa.