Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 odrobinę za głośno? strona 7 to nie dilerka, tylko przemyt! strona 10 subiektywnie strona 12 melanżbusem po Europie - Bałkany relacja z podróży strona 13 pokaż mi jak piszesz, a powiem ci kim jesteś strona 18 nowe lektury, nowy problem? strona 22 zbrodnia barbarzyństwa strona 28 twarde lądowania w Nowym Jorku strona 32 okiem Widgeta strona 39 CZYTAM, WIĘC JESTEM

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktor naczelny: Paulina Zguda Zastępca: Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Koordynator: Monika Toppich Redaktor prowadzący: Sylwia Bałuk Korekta wydania: Nna Bezpałko Fotoedycja: Sabina Szweda Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Karolina Przybylska (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Nina Bezpałko (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Agnieszka Dydacka, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Kinga Gintowt, Agata Hajduk, Patryk Łowicki, Anna Maciejończyk, Kamil Morawiec, Adrianna Szczodrowska, Monika Węgrzyn, Wojciech Żywolt. Graficy: Adam Białek, Patryk Skoczylas, Jarosław Stępień. Zdjęcie na okładce: CollegeDegrees360 (CC BY -SA 2.0)

Zazwyczaj na końcu wstępniaka szczerze zachęcam Was do lektury najnowszego wydania. To samo zadanie zapraszania do czytania rzeczy ważnych i przydatnych dla każdego ucznia ma pełnić lista lektur. Dzięki zapoznaniu się z propozycjami ze strony oświaty młody czytelnik wypracuje w sobie kulturę obcowania z tekstem i we własnym zakresie będzie czytał więcej, już w zgodzie ze swoimi zainteresowaniami i wartościami – takie przynajmniej są pod-stawowe założenia. Jak podają ostatnie badania Biblioteki Narodowej i TNS OBOP, 56% Polaków nie czyta książek (w jednym z marcowych nu-merów przeczytacie więcej na temat prob- lemu pewnego wtórnego analfabetyzmu w naszym kraju). Warto więc zrobić wszy-stko, by przekonać młodzież, że literatura nie jest największym złem świata już w najprzystępniejszy sposób. Tylko czy metoda zaproponowana przez Ministerstwo Edukacji ma sens i odniesie skutek? Czy „Pan Tadeusz” i proza Sienkiewicza są koniecznie do budowy świadomości his-torycznej, kulturowej i narodowej? Prze-czytacie o tym w temacie numeru. Paulina







ODROBINĘ ZA GŁOŚNO?
Jeśli jest za głośno (w dodatku po 22:00), zadzwoń na policję. Trzeba uciszać tych, którzy zbyt wyraziście manifestują swoje gusta i poglądy. Dla takich odszczepieńców, jak współcześni artyści, jest tylko jeden czas i miejsce: Galeria Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach od 23 sierpnia do 29 września pod szyldem wystawy „Głośno! / Loud!”.
KULTURA

Wideoart połączony z zaskakującym świa-tem dźwięku w ujęciu najważniejszych (lub najbardziej zróżnicowanych) artystów XX wieku to interesująca propozycja dla każ-dego kulturomaniaka. Ponad dwadzieścia projektów wizualnych i dźwiękowych stwo-rzonych przez artystów z całego świata zo-stało zebranych i przygotowanych do eks-pozycji w śląskiej galerii. Przegląd ekspe-rymentów z obrazem i dźwiękiem zamyka się w latach 1958-2012 – od Johna Cage’a, poprzez The Beatles, do Björk i Artura Żmi-jewskiego. W hermetycznym wnętrzu galerii barwne, niemalże agresywne obrazy w połączeniu z chaotycznymi i przenikającymi się dźwię-kami tworzą frapującą i niebezpieczną mie-szaninę. Zwiedzający mogą poczuć się nie-swojo – kontrast białych ścian z narzuca– jącymi się z każdej powierzchni projekcjami czasem przytłacza, zwłaszcza jeśli zza ścianki działowej dobiegają coraz to nowe odgłosy. "Kobiecy głos reinterpretujący popularną, przez co już trochę tandetną i oklepaną piosenkę przechodzi od zwyczajnego śpiewu do groteskowego krzyku (...)" Wszystkie te wrażenia mieszają się, wpro-wadzają w stan pewnego napięcia, niepo-

KULTURA "W hermetycznym wnętrzu galerii barwne, niemalże agresywne obrazy w połączeniu z chaotycznymi i przenikającymi się dźwiękami tworzą frapującą i niebezpieczną mieszaninę"

koją. Jedyną ucieczką mogą być telewizo-ry, na których wyświetlane są niektóre projekcje. Na stojących przed nimi siedzis-kach zamontowano słuchawki, które poz-walają skupić się na danym dziele i odse-parować się choć na chwilę od barwnej całości. Podróż po świecie wideoartu rozpoczęłyś- my od Johna Cage’a. Kilkuminutowy obraz przybliża próby odegrania słynnego utworu „4’33”, którego jedynym dźwiękiem jest ci-sza, a raczej wszystkie elementy, które się na tę ciszę składają. Wszystko to w imię poglądu Cage’a: „Nie istnieje nic takiego jak cisza”. Obraz ukazuje reakcję zwy-czajnych ludzi na ten niezwykły eks-peryment. Kolejnym przystankiem na mu-zycznej mapie miał być niemniej znany utwór zespołu The Beatles „Yellow Sub-marine” w reżyserii George’a Dunninga. Luźna fabuła, narkotyczne wizje i absur-dalny humor – kanadyjski reżyser zrealizo-wał półtoragodzinny klip muzyczny, który na stałe zakorzenił się w kulturze XX wie-ku. Niestety nie miałyśmy szansy zapoznać się z warstwą dźwiękową z przyczyn czys-to technicznych – nakładające się dźwięki innych projektów i słabe nagłośnienie unie-możliwiły pełny odbiór dzieła. Na wystawie nie mogło zabraknąć artysty, który w latach 80. jako pierwszy wykorzy-stał media elektroniczne do artystycznych celów. Nam June Paik dążył do obalenia podziałów między różnymi dyscyplinami sztuki. Świadectwem jego sukcesu są wizualizacje „Merce by Merce Paik”, „Good Morning, Mr Orwell” oraz „Majorca – Fan-

KULTURA

tasia”. Przechodząc od ekranu do ekranu, widziałyśmy rosnące zainteresowanie twórców prezentowanych projektów for-mami wizualnymi. Ostrożna, najpierw tro-chę niepewna, z czasem coraz bardziej wyraźna fascynacja nowym medium zo-stała ciekawie przedstawiona w produkcji telewizyjnej „Two Moon July”. W progra-mie wyprodukowanym dla niekomercyjnej i interdyscyplinarnej organizacji The Kit-chen udział wzięło ponad trzydziestu arty-stów. W korytarzu nieustająco niosły się dźwięki znanej piosenki, powodując nie-kontrolowane nucenie pod nosem: „No, I don’t want to fall in love”. To sprawka Pipikotti Rist i jej eksperymentu zatytuło-wanego „I am victim of this song” oparte-go na wariacji z utworem Chrisa Issaka „Wicked Game”. "Kolejnym przystankiem na muzycznej mapie miał być niemniej znany utwór zespołu The Beatles „Yellow Submarine” w reżyserii George’a Dunninga" Zanim jeszcze zobaczyłyśmy rozmazany obraz niedającego się uchwycić wnętrza, zupełnie jakby kamera (wraz z twórcą) tańczyła właśnie w jakimś nierealnym ryt-mie, już poczułyśmy się adekwatnie do ty-tułu ekspozycji. Kobiecy głos reinterpretu– jący popularną, przez co już trochę tan-detną i oklepaną piosenkę przechodzi od zwyczajnego śpiewu do groteskowego krzyku, niekiedy zagłuszając inne projekcje i po pewnym czasie irytując. Kontrastem do tej pełnej swobody i energii muzyki są, będące rodzajem żałobnego trenu, filmy „My Father” Shigeko Kubota oraz „Ellis Island” Meredith Monk. Martwi bohatero-wie żyjący dzięki wspomnieniom uwiecz-nionym na taśmie wywołują dreszcze, ale też nostalgię. Innym, równie niepokojącym projektem są „Lekcje śpiewu” Artura Żm-ijewskiego. Chór głuchoniemych dzieci, które próbują zmierzyć się z takimi utwo-rami jak „Kyrie” z „Polskiej Mszy” oraz „Serce, usta, czyn i życie”, tworzy cha-otyczną i zdecydowanie niecodzienną ka-kofoniczną kompozycję. To przełamanie wszelkiego rodzaju ograniczeń językowych i muzycznych. "(...) kontrast białych ścian (...) czasem przytłacza (...)" Wystawa „Głośno! / Loud!” to gwarancja kilkugodzinnej i niezwykłej podróży. Nie ty-lko przez dźwięk i obraz, ale też idee i me-ntalność artystyczną współczesnych twór-ców. Jest ciekawie, jest psychodeliczznie, jest głośno. Paulina Zguda Justyna Książek Fot. 1: Moyan_Brenn (CC BY 2.0) DILERKA, TYLKO PRZEMYT!
TO NIE
KULTURA

David jest dilerem marihuany. Gdy pewne-go dnia zostaje okradziony z towaru i po-zbawiony pieniędzy, jego dostawca składa mu propozycję nie do odrzucenia. Musi przemycić „trochę” narkotyku z Meksyku do Stanów Zjednoczonych. Żeby nie zostać złapanym, mężczyzna postanawia zorga-nizować sobie fałszywą rodzinę. Nową żoną Davida zostaje striptizerka Ro-se, synem jego sąsiad Kenny, a córką poznana przez przypadek Cassey, która uciekła z domu. Jak się okazuje „trochę zioła” to ogromna ilość marihuany, a na dodatek Millerowie ukradli ją międzyna-rodowemu dilerowi. Aby film wzbudził je-szcze więcej emocji, główni bohaterowie są nękani przez „przemiłą” rodzinę Fitzgeral-dów, których poznali na granicy. Jeżeli masz ochotę na dużą dawkę śmiechu z odrobiną sensacji w tle, to „Millerowie” nadają się idealnie. Jest to lekki, nieobcią-

KULTURA

żający umysłu film, po którym z kina wyj-dziesz uśmiechnięty od ucha do ucha. W mojej ocenie aktorzy zagrali naprawdę dobrze. Jak zwykle genialna Jennifer Anis-ton w roli cynicznej Rose była bardzo prze-konująca. Z kolei znany z komedii „Szefo-wie wrogowie” i „Bez smyczy” Jason Sud-eikis (diler David) czuł się jak ryba w wo-dzie. Prawie wszystkie gagi z jego udzia-łem powodowały salwy śmiechu na sali kinowej. Will Poulter, grający prawiczka Kenny’ego, pokazał, że potrafi wcielić się we wzbudzającego politowanie 18-latka. Natomiast jego „siostra” (Emma Roberts – bratanica Julii Roberts) mistrzowsko po-radziła sobie z rolą buntowniczej nastolatki. Także aktorzy drugoplanowi zagrali świe-tnie, dzięki czemu żadna scena filmu nie jest nudna czy niepotrzebna. "Jeżeli masz ochotę na dużą dawkę śmiechu z odrobiną sensacji w tle, to „Millerowie” nadają się idealnie" W dzisiejszym kinie naprawdę śmiesznych i zrobionych ze smakiem filmów jest jak na lekarstwo. Jeżeli ktoś przestał wierzyć w is-tnienie dobrych komedii, to zdecydowanie powinien się wybrać na „Millerów”. Chociaż film zawiera kilka scen typu taniec na rurze i mogą go obejrzeć tylko widzowie powyżej 15 roku życia, to produkcja nie powinna nikogo zgorszyć ani nakłonić do przed-wczesnego opuszczenia sali. "David jest dilerem marihuany. (...) Musi przemycić „trochę” narkotyku z Meksyku do Stanów Zjednoczonych" Jeśli chcesz spędzić dwie godziny w atmo-sferze niebezpiecznego przemytu marih-uany przez granicę w towarzystwie rodziny Millerów i w akompaniamencie przezabaw-nych sytuacji z ich udziałem, nie czekaj, tylko poszukaj najbliższego kina. Ostatnimi czasy na wielkim ekranie goszczą sensacje i filmy fantasy przeplatane komediami ro-mantycznymi. Jeżeli chcesz odpocząć od produkcji tego typu, w tym filmie odnaj-dziesz prostą fabułę, dobrze skonstruo-waną, aczkolwiek nieskomplikowaną akcję i dużo śmiechu. Bez wahania wybierz „Mill-erów” - ta przemiła, choć fałszywa rodzina rozbawi cię do łez. Agnieszka Nowak

KULTURA SUBIEKTYWNIE

Wolfsbane–Wolsfbane Save the World Blaze Bayley to człowiek wyjątkowo twór-czy. Angażował się w masę projektów mu-zycznych, m.in. był wokalistą Iron Maiden, założył również kilka zespołów takich jak Blaze. 18 lat temu rozpoczął etap, jakim stał się zespół Wolfsbane – od tamtej pory nie było dane nam jednak zobaczyć jakie-gokolwiek albumu tej formacji, a fani mo– gli nabyć jedynie single. Na szczęście war-to było przez tak długi czas raczyć się tylko nimi - teraz bowiem otrzymujemy napraw-dę przyzwoity krążek - „Wolfsbane Save the World”. To wydawnictwo właśnie tak trzeba traktować – jako powrót do lat 80., okresu buntu, który mijał przy alkoholu i pięknych dziewczynach. Bo mimo upływu wielu lat, melodyczny heavy metal napraw-dę można polubić. Dzięki, chłopaki! Train–California 37 Najnowszy album tej kalifornijskiej grupy powstawał głównie podczas tras koncer-towych. Mimo to myślę, że wielu słuchaczy będzie zawiedzionych - niestety, emanują-ce prostotą utwory nie przykuwają zbytnio uwagi i nie zapadają w pamięć na dłużej. Po odsłuchaniu tej płyty mam wręcz wra-żenie, że panowie odpuścili sobie po nie- małym sukcesie poprzedniego krążka – „Save Me, San Francisco”. Nie da się jednak ukryć, że od strony technicznej wy-dawnictwo wypada rewelacyjnie. Columbia postarała się, by całość była na rynku czymś nowym, świeżym i oryginalnym. Mi-mo wszystko całość jest bardzo słaba. A szkoda, bo chłopaki z Train zapowiadali się naprawdę obiecująco. Michał Fila MELANŻBUSEM PO EUROPIE - BAŁKANY
RELACJA Z PODRÓŻY
WYPRAWA MELANŻBUSA

Mogło zacząć się dobrze, ale było inaczej. 15 sierpnia rano nikt z nas nie spodziewał się, że początek wyprawy będzie obfitował w niespodzianki. Pogoda nie dopisała, było pochmurno i deszczowo. Dodatkowo nasz bus musiał powędrować w ręce mechanika, by ten mógł usunąć pierwszą awarię, co opóźniło nasz wyjazd o kilka godzin. Wie-czorem jednak udało się nam w komplecie wyruszyć w kierunku polskoczeskiego prze-jścia granicznego w Zwardoniu, a jakiś czas później rozpoczęły się nasze dwa dni w Au-strii. Widzieliśmy miasteczko turystyczne Villach, odwiedziliśmy Alpenarenę – słynny kompleks skoczni narciarskich, a nawet udało nam się odpocząć nad jednym z do-pływów Dunaju – nad rzeką Drawą. 19 sierpnia przekroczyliśmy granicę austr-iackosłoweńską i skierowaliśmy się do Ble-du – regionu Słowenii, który odkrywaliśmy przez kolejne dwa dni. Plażowaliśmy nad Jeziorem Bohinjskim, a potem wdrapywa– liśmy się na wzgórze zamkowe Bledu, skąd rozciąga się cudowny widok na kobaltowe jezioro z romantyczną wysepką z kościół-kiem. "Albania była dla nas największym zaskoczeniem. Mieliśmy spore obawy (...)" Poznawanie Słowenii nie skończyło się jednak na Bledzie; zwiedzaliśmy również Lublanę i tamtejszy zamek, a przypad-kowo trafiliśmy także do Predjamy, której atrakcją jest inny zamek – zbudowany w skale. Słowenia, choć jest małym kraj-em, obfituje w wiele atrakcji turystycznych, w tym jaskiń. My wybraliśmy mniej popu-larne, ale piękniejsze Jaskinie Szkocjańskie. Zrobiły na nas ogromne wrażenie: po-dziemny kanion z rzeką Reką jest najwięk–

WYPRAWA MELANŻBUSA "Spędziliśmy również parę dni na plaży, a pewna urocza Greczynka częstowała nas warzywami z własnego ogródka"

szym w Europie! Ostatnim miejscem w Sło-wenii, do którego dotarliśmy, był Piran – piękne nadmorskie miasteczko. W tym czasie nocowaliśmy głównie na dziko, przy leśnych drogach i rzekach. Następnymi punktami naszej wyprawy były Triest i Rijeka. Bardzo duże wrażenie zrobił na nas Park Narodowy Plitwickich Jezior– turkusowa woda i mnogość wodospadów przypominały rajski krajobraz. W Chorwacji pozwoliliśmy sobie na odrobinę luksusu, zatrzymując się, dla odmiany, na campingu w okolicach Zadaru. Dwa dni odpoczywa-liśmy nad zatoką. Dalej na naszej trasie był Dubrownik, który zwiedzaliśmy nocą. Stare Miasto było pięknie oświetlone, a my spa-cerowaliśmy długo po jego zakątkach. Po Chorwacji przyszedł czas na Czarnogórę, po której podróżowaliśmy wzdłuż wyb-rzeża. Odwiedziliśmy Budvę, turystyczne miasteczko, którego jedyną atrakcją było Stare Miasto z cytadelą. Przechadzaliśmy się deptakiem, a w czasie tego spaceru żeńska część wyprawy co chwilę znika-ła w stoiskach z pamiątkami i ciuszkami. Albania była dla nas największym zasko-czeniem. Mieliśmy spore obawy, wjeżdża– jąc do tego kraju, ale serdeczność i pomoc, którymi nas obdarowano, zmieniły nasze przekonania. Podróżując, zwiedziliśmy sto-licę – Tiranę, Vlore i niezwykle widokową przełęcz Llogara. Ponownie zaskoczyły nas kolejne awarie naszego busa, ale dzięki życzliwości Albańczyków spokojnie doje-chaliśmy do Grecji. W tym niezwykłym kraju zwiedzaliśmy Meteory – malownicze skały, na których osiedlili się mnisi, Ateny

WYPRAWA MELANŻBUSA

i wiele związanych z tym miastem za-bytków, Korynt i słynny kanał koryncki, Mykeny – starożytne miasto, Nafplio i teatr Epidaurus. Spędziliśmy również parę dni na plaży, a pewna urocza Greczynka czę-stowała nas warzywami z własnego og-ródka. Niestety, odpuściliśmy sobie wejście na Olimp, ponieważ taka wycieczka trwa-łaby dwa dni, a było zbyt upalnie i nie byliśmy odpowiednio przygotowani na górskie wspinaczki. W tym czasie zmie-niliśmy trasę. Decyzja padła na powrót przez Macedonię i Serbię, rezygnując przy tym z odwiedzenia Rumunii. W Serbii zwie-dziliśmy Nisz, Nowy Sad i Belgrad – piękną stolicę tego kraju. Nie obyło się bez nies-podzianek – w Belgradzie dostaliśmy man-dat za parkowanie. "19 sierpnia przekroczyliśmy granicę austriackosłoweńską i skierowaliśmy się do Bledu – regionu Słowenii, który odkrywaliśmy przez kolejne dwa dni" Na koniec naszej wyprawy odwiedziliśmy Budapeszt. Miasto zachwyciło nas dużą ilo-ścią pięknych budowli i atrakcji. Po mieście przemieszczaliśmy się jedną z najstarszych linii metra w Europie. Na noc zatrzymali-śmy się za stolicą Węgier, gdzie wypiliśmy lokalne wino za udany wyjazd. Następnego

WYPRAWA MELANŻBUSA



WYPRAWA MELANŻBUSA

dnia byliśmy już w domu. Podsumowując naszą drugą już wyprawę, dochodzimy do wniosku, że gdy ktoś raz złapie bakcyla na taki rodzaj podróżowania, już nigdy nie będzie chciał pojechać na zwyczajne wakacje. "Przechadzaliśmy się deptakiem, a w czasie tego spaceru żeńska część wyprawy co chwilę znikała w stoiskach z pamiątkami i ciuszkami" Ta podróż będzie nam się kojarzyła z pię-knymi, nieznanymi miejscami, życzliwością obcych ludzi i kilkoma niegroźnymi wypad-kami. Ledwie wróciliśmy do domów, a już mamy parę pomysłów na kolejne wakacje. Dziękujemy przede wszystkim naszym patronom medialnym oraz firmie Tekom Technologia, która monitorowała naszą wyprawę. Dziękujemy również wszystkim, którzy trzymali za nas kciuki i śledzili nasze poczynania na trasie. Ekipa Melanżbusa Fot. 1,2,3,4,5: Anna Bachleda A POWIEM CI KIM JESTEŚ Czy kształt litery „e”, podpis czy pochylenie pisma w prawo mogą decydować o karierze? Co mówi o nas lewy margines i kropka nad „i”? Na te pytania stara się odpowiedzieć grafologia. Co może zdradzić nasze pismo?
POKAŻ MI JAK PISZESZ,
SPOŁECZEŃSTWO

Termin „grafologia” został stworzony przez J.H. Michon, francuskiego naukowca, który przez 30 lat zbierał i analizował próbki pi-sma. Stworzył naukę zajmującą się analizą osobowości człowieka na podstawie pisma. Nie ma na świecie dwóch takich samych osób, dlatego nie ma dwóch tych samych charakterów pisma. „Nasze pismo jest jak-by zapisem EKG - to, co dzieje się wew-nątrz nas, przelewa długopis na papier. Jeśli człowiek jest pewny siebie i przebojo-wy, to jego pismo również jest takie. Mów-iąc pokrótce - dzięki zbadaniu pisma mo-żemy poznać wady i zalety piszącego” - powiedziała grafolog Agnieszka Rapak w wywiadzie dla „Nowego Kuriera Powia-towego”. Wielu ludzi uważa, że grafologia jest pse-udonauką i niewiele się różni od wróżenia z kart czy fusów. Jednak trafność analizy grafologicznej wynosi 70% - to bardzo du-żo jak na test psychologiczny. Do jej wyko-

SPOŁECZEŃSTWO „Nasze pismo jest jakby zapisem EKG - to, co dzieje się wewnątrz nas, przelewa a długopis na papier (...)"

nania wystarczy niewiele – biała kartka i długopis. Powinno się przeprowadzać ją w wieku, kiedy pismo jest już ukształtowa-ne (ok. 18 – 20 roku życia), osoby, które mają dysleksję lub pobierały lekcje kali-grafii, nie mogą jej przejść, gdyż takie pismo nie odzwierciedla ich osobowości. Jak wygląda sam proces analizy pisma? Na swojej stronie szczegółowo opisała to dr Zuzanna Górska (www.zuzanna-gorska.com). Jest jedną z dwóch osób w Polsce zajmujących się grafologią na-ukowo. W ramach swojej pracy doktor-skiej przeprowadziła największe na świecie badania z zakresu analizy pisma ręcznego. Pisze: „Gdy dostanę próbkę pisma, to na początku sięgam po cyrkiel, linijkę i ką-tomierz. Dzięki nim mogę zmierzyć lub oszacować większość z 50 charakterystyk pisma. Elementów pisma nie mierzy się »na oko«, gdyż kluczową rolę odgrywa dokładność pomiaru. Są też cechy pisma, których nie można zmierzyć, a za to się je zlicza (np. kształty girlandowe i arkadowe). […] Znając wartości 50 charakterystyk pis-ma, mogę je odnieść do wskaźników, które opracowałam w ramach badań naukowych. […] Gdy raport jest gotowy, umawiam się na sesję informacji zwrotnej, która jest integralną częścią całego procesu. [...] Omówienie wyników to nie tylko powie-dzenie, co wyszło, to szansa na rozwianie wątpliwości i wspólne poszukanie możliwo-ści wykorzystania nowej wiedzy w prakty-ce”. W Internecie można znaleźć dziesiątki po-radników jak zinterpretować swoje pismo.

SPOŁECZEŃSTWO

Niemal na każdej stronie przeczytamy, że duże litery są typowe dla osób przebojo-wych, a małe dla tych nieśmiałych, średnie piszą osoby zdolne dostosować się do każdej sytuacji, a artystyczne dusze sta-wiają litery różnej wielkości. Porównać można także marginesy – ten po lewej do-tyczy zachowań zewnętrznych, a po prawej wewnętrznych. Kiedy lewy margines jest szeroki, mamy do czynienia z osobą tole-rancyjną i hojną, a kiedy prawy – z kimś, kto nie wierzy w siebie. Nawet kropka nad „i” może coś o nas powiedzieć. Osoby, które stawiają ją wysoko, prawdopodobnie mają dużą wyobraźnię, ci, którzy nie sta-wiają jej w ogóle, mogą być leniwi. Kro-pka stojąca bardziej z prawej strony litery oznacza nerwowość, a z lewej – ostro-żność. „Na pewno spotkaliście się z opinia-mi, że pismo nachylone w prawo wskazuje na ekstrawertyka, a w lewo na intrower-tyka. Jest to tylko częściowo prawda. Wy-niki moich badań wskazują, że nachylenie jest związane z ekstrawersją, jednak jest to czynnik drugorzędny. Okazuje się, że np. wielkość i szerokość strefy śródlinijnej (np. a o, e) ma o wiele większą wartość diag-nostyczną, niż określenie kąta nachylenia pisma” - pisze Górska na swojej stronie. Warto też zwrócić uwagę na podpis. Osoba otwarta i komunikatywna podpisuje się czytelnie, ktoś skryty używa tylko inicjałów, a ten, kto podkreśla podpis, chce w ten sposób zaznaczyć swoją wartość. Duże po-dpisy składają osoby, które chcą uchodzić za ważniejsze, niż są w rzeczywistości. Grafologia znalazła zastosowanie podczas rekrutacji pracowników do firm. „Gdy dostanę próbkę pisma, to na początku sięgam po cyrkiel, linijkę i kątomierz. Dzięki nim mogę (...) oszacować większość z około 50 charakterystyk pisma" Wykorzystuje ją ponad połowa francuskich i aż 89% szwajcarskich przedsiębiorstw. W Szwajcarii jest to najczęściej wykorzy-stywany test psychologiczny. Analizę zama-wiają też pary, które chcą sprawdzić, czy na pewno do siebie pasują. Oprócz grafo-logii psychologicznej wyróżnia się też jej inne nurty. Jest to np. grafologia sądowa (pismoznawstwo) – dziedzina badań, która określa autentyczność podpisów, dokume-ntów i pozwala ustalić jego autora. Agnieszka Kracla Fot. 1: Vinni123 (CC BY 2.0) Fot. 2: tnarik (CC BYSA 2.0)



NOWE LEKTURY, NOWY PROBLEM?
W ubiegłym tygodniu w polskich szkołach zabrzmiał przysłowiowy pierwszy dzwonek, a wraz z nim zostały wprowadzone zmiany w systemie edukacyjnym. Wiele kontrowersji wybuchło wokół nowego kanonu lektur, czyli książek, których podobno „i tak nikt nie czyta”. Skoro tak, w czym tkwi problem?
SPOŁECZEŃSTWO

„Przeczytajcie na za tydzień »Pana Tade-usza«”- słowa, które demotywowały wielu uczniów już teraz odchodzą w zapomnie-nie. A dzieje się tak za sprawą zmian, jakie zaszły w kanonie lektur. Minister edukacji Krystyna Szumilas ogłosiła nowelizację rozporządzenia, które weszło w życie wraz z pierwszym dniem roku szkolnego. Dla gimnazjalistów oznacza to między innymi wykreślenie z pozycji niegdyś obowiąz-kowych fragmentów „Pana Tadeusza”. Na-uczyciele zachodzą w głowę, słusznie ma-rtwiąc się o znajomość słów: „Litwo! Oj-czyzno moja!” rozpoczynających epopeję narodową. Zamiast tego w nowej podsta-wie pojawiają się takie nazwiska jak Małgo-rzata Musierowicz, J.R.R. Tolkien czy An-drzej Sapkowski. Zmiany dosięgły również szkół średnich, listę lektur opuścił „Konrad Wallenrod” Mickiewicza, a zupełnie zniknę- ły z niej dzieła Sienkiewicza czy Słowackie-go. "O zmianach w kanonie lektur marzył chyba każdy uczeń, który był zmuszany do czytania długich, nudnych klasyków (...)" Być może nie byłoby problemu z okra-janiem listy lektur, gdyby nie nowa podsta-wa programowa, która w ubiegłym roku weszła do polskich szkół i sporo namie-szała w dotychczasowym nauczaniu. Minis-terstwo tłumaczy swoją decyzję wyelimi-nowaniem powtarzających się tytułów. Do

SPOŁECZEŃSTWO

tej pory „Pan Tadeusz” był omawiany za-równo w gimnazjum, jak i szkole średniej. Wykreślenie go z pozycji obowiązkowej dla gimnazjum daje większe możliwości reali-zacji programu w oparciu o książki bliższe zainteresowaniu uczniów. Podobnie sprawa ma się z twórczością Żeromskiego; był do tej pory pisarzem, z którego książek ludzie uczyli się wzorców nowej obyczajowości, obywatelskich postaw, a uczniowie szkół średnich poznawali dwa lub trzy dzieła tego pisarza. Obecnie ta liczba jest ograniczona do jednego, co ponoć ma dawać możliwość poznania twórczości innych autorów. „Ilu ludzi, tyle gustów” - to powiedzenie oddaje najtrafniej zarys kontrowersji wokół nowego kanonu lektur. Na forum pojawiły się obawy, jak i ciekawe stwierdzenie: „Klasyki nie trzeba lubić, ale trzeba ją zna-ć!” ripostowane słowami „Klasyka – coś, co każdy chce przeczytać, ale nikt tego nie robi”. Jeśli tak, po co nam ona w kanonie lektur? Chcemy zachęcić czy zniechęcić uczniów do książek? "(...) w nowej podstawie pojawiają się takie nazwiska jak Małgorzata Musierowicz, J.R.R. Tolkien czy Andrzej Sapkowski"

SPOŁECZEŃSTWO

Błażej, uczeń gimnazjum, otwarcie przy-znaje: „I tak nie przeczytam żadnej lektury, nawet gdyby był to ulubiony »Harry Pot-ter«. Filmy są o wiele ciekawsze”. Niestety takich opinii jest o wiele więcej wśród mło-dzieży, co potwierdzają badania Instytutu Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej, w których ponad 60% Polaków przyznaje, że nie czyta w ogóle. Agnieszka, absolwe-ntka technikum, mówi: „Wymaganie dokła-dniej znajomości treści lektury sprawdza-nej pytaniami typu: »Co bohaterowie jedli na obiad?« utwierdziło mnie w przekona-niu, że książki to zło. "Minister edukacji Krystyna Szumilas ogłosiła nowelizację rozporządzenia, które weszło w życie wraz z pierwszym dniem roku szkolnego" Uważam, że nie zawsze lista lektur jest winna, bardziej sposób ich omawiania. Chociaż gdy znajoma powiedziała mi, że w gimnazjum omawiali »Hobbita«, to nie mogłam w to uwierzyć. U mnie tego nie było – przecież przypadkiem mogłabym zacząć czytać książki!”. Agnieszka dodaje: „Tolkien? Czemu nie! Dodałabym jeszcze Rowling. Poprzez ich dzieła można zachęcić młodzież do poznania tego, co leży u ich podstaw, czyli nielubianej przez wielu mi– tologii i to nie tylko tej greckiej czy rzym-skiej”. Może Agnieszka ma rację, że to właśnie w pierwszej kolejności sposób omawiania lektur powinien ulec zmianie? Kto z nas nie zna pogrążającego pytania „Co autor miał na myśli?”.„Z drugiej strony zastanówmy się też, jakie wzorce ma przekazywać szkoła. Jeśli z założenia jest to instytucja kształtująca młodych Pola-ków, to naturalne powinno być krzewienie wśród nich przede wszystkim rodzimej kultury i wiedzy o literaturze, która nie-rzadko wpływała na historię Polski. Artur Conan Doyle czy Agatha Christie to wybitni pisarze, ale znajomość ich dzieł nie przy-czynia się do kształtowania zmysłu pa-triotycznego. Kryminały wspomnianych autorów uczniowie mogą sobie poczytać w wolnym czasie” – twierdzi Krzysiek, świ-eżo upieczony absolwent studiów polo-nistycznych. „I nie dam się przekonać, że dzieci nie mają na to czasu, bo kiedy ja byłem w gimnazjum, doba trwała tyle samo, a miałem więcej lektur i wyrabiałem się ze wszystkim”. "Tak zwany »wtórny analfabetyzm« jest bowiem poważnym problemem w dzisiejszych czasach (...)" Trochę inne spojrzenie na tę kwestię ma Matylda, jego koleżanka z roku. „Co do wprowadzenia fantastyki czy kryminałów,

SPOŁECZEŃSTWO

Christie to świetna pisarka, cieszę się, że jest w kanonie. Podobnie Sapkowski, ale żeby zrozumieć w pełni, jak zawalona na-wiązaniami literackimi i kulturowymi w og-óle jest saga o wiedźminie, to trzeba mieć pojęcie o kulturze, zatem ograniczanie kanonu prowadzi donikąd. Natomiast co do usunięcia Słowackiego i Sienkiewicza, jest to moim zdaniem przesada, ponieważ akurat ci autorzy są do pokonania przez licealistów, choćby fragmentarycznie. A że nie wszyscy pójdą do szkoły średniej… Ci, którzy nie pójdą, niech chociaż umieją cz-ytać teksty użytkowe. Na czorta polska ku-ltura, jak nie rozumie się artykułu w ga-zecie! Ludzie nie rozumieją tekstów użyt-kowych, nie potrafią pisać pism, podań. Teraz tego powinna uczyć szkoła, lektury to raczej dodatek. Jeśli ktoś ma czytać, to i tak będzie to robił”. Tak zwany „wtórny analfabetyzm” jest bowiem poważnym pro-blemem w dzisiejszych czasach, w których w każdą najdrobniejszą czynność wkracza nowoczesna technologia i komputeryzacja. "Ministerstwo tłumaczy swoją decyzję wyeliminowaniem powtarzających się tytułów" O zmianach w kanonie lektur marzył chyba każdy uczeń, który był zmuszany do czy-tania długich, nudnych klasyków, z których nic nie wyciągnął poza paroma jedynkami

SPOŁECZEŃSTWO

za niezrozumienie treści, uparcie pow-tarzając „Słowacki wielkim poetą był”. Zmiany, czy to na lepsze, czy to na gorsze są do zaakceptowania i jakby na to nie spojrzeć - postępowe, bo choć trochę skupione na zainteresowaniach młodzieży. Jednakże znane jest też powiedzenie: „Najgorsze, co się może stać dobrej książce, to zostać lekturą”, ponieważ wielu i tak nie przeczyta „dla zasady”, a pisarz umieszczony na liście może czuć się na-piętnowany, bo któż sięgnie po coś z listy, która niezbyt dobrze się kojarzy uczniom? Ile osób, tyle opinii. Pewne jest jedno – polska edukacja nie miała łatwo ani teraz, ani wcześniej. Wciąż jakieś innowacje: tworzenie gimnazjów po to, żeby kilka lat później debatować nad ich likwidacją, zmiany programowe, wyrzucanie dobrych i przywracanie wadliwych podręczników. Powiadali, że „Za Giertycha była kicha, za ministra Legutko była przerwa za krótko”, że „Minister Hall trzeba wziąć na hol”. Ciekawe co usłyszymy o minister Szumilas za jakiś czas, chociażby przez pryzmat tej reformy. Ilona Chylińska Krzysztof Socha Fot. 1: DrabikPany (CC BY 2.0) Fot. 2: moriza (CC BY 2.0) Fot. 3: Alexandre Dulaunoy (CC BY–SA 2.0)



BARBARZYŃSTWA Dlaczego ktoś odpowiada za zabójstwo jednej osoby, a ten, który zabija setki tysięcy ludzi, może uniknąć sprawiedliwości? To dlatego, że nie istnieje prawo, na podstawie którego można by tego człowieka postawić przed sądem.
ZBRODNIA
NAUKA

Na początku lat 20. XX wieku taką odpo-wiedź miał, według Marcina Starzewskiego, usłyszeć od jednego z profesorów młody student prawa ze Lwowa, Rafał Lemkin. Dylemat ten podobno zrodził się w przy-szłym adwokacie po zapoznaniu się z info-rmacją o zamordowaniu w Berlinie w 1921 roku przez ormiańskiego zamachowca – Soghomona Tehliriana – byłego ministra spraw wewnętrznych Imperium Osmańs-kiego, Mehmeta Talaata. Motywy tego zabójstwa wydają się jasne, gdy tylko skojarzy się, że zaledwie kilka lat wcześniej na ziemiach Imperium doszło do Rzezi Ormian, w czasie której mogło zginąć 1,5 miliona członków tego narodu,a Mehmet Talaat był za tę zbrodnię odpowiedzialny. Z całą mocą ujawnił się tu więc okrutny paradoks – Tehlirian miał być sądzony za mord na jednym człowieku (ostatecznie jednak został uniewinniony), a tureckiemu ministrowi mord na tak ogromnej rzeszy ludzi uszedł na sucho. Co prawda po upad–

NAUKA

ku Imperium Osmańskiego nowy rząd tu-recki doprowadził do procesu poprzednich przywódców, ale w rzeczywistości Talaat Pasza uniknął kary aż do śmierci z rąk Ormianina. "Motywy tego zabójstwa wydają się jasne, gdy tylko skojarzy się, że zaledwie kilka lat wcześniej na ziemiach Imperium doszło do Rzezi Ormian (...)" Dziś to, czego dopuścił się Mehmet Talaat i inni odpowiedzialni za zagładę Ormian nazywamy po prostu ludobójstwem (geno-cide). Nie jest to jednak wcale określenie, które pojawiło się w języku naturalnie – jego twórcą jest właśnie wspomniany wyżej polski prawnik żydowskiego pocho-dzenia, Rafał Lemkin. Samo określenie „genocide” wprowadził on w wydanej w USA w 1944 roku pracy „Axis Rule in Occupied Europe”. Jednak już w 1933 roku w przesłanym na międzynarodową kon-ferencję w Madrycie referacie omawiał między innymi problematykę przestępstw, określonych wtedy przez niego jako „akty barbarzyństwa”. Miał tu na myśli takie czyny, które u swego źródła mają walkę eksterminacyjną. Innymi słowy, zło aktu barbarzyństwa polegającego na zabiciu kogoś nie ogranicza się do faktu spowo– dowania czyjejś śmierci, ale polega również na dążeniu do eliminacji pewnej grupy. Tego typu czyny są szkodliwe nie tylko dla stosunków między jednostkami, ale rów-nież między zbiorowościami, burzą one bowiem harmonię ich wspólnej egzystencji. Jest to przecież zamach na osobę do-konany przez członka (czy członków) jed-nej z grup dla zniszczenia nie tylko tej wybranej osoby, ale całej drugiej grupy. Dlatego też akty barbarzyństwa są niebez-pieczeństwem międzynarodowym, a nie tylko problemem wewnętrznym każdego z państw. "(...) za ludobójstwo uznaje się pewne czyny dokonane w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych" Być może jednak było jeszcze za wcześnie, by nowatorska koncepcja Lemkina zdobyła ogólnoświatową akceptację. Niewątpliwie przyczynił się do tego dramat ludności cywilnej w czasie II wojny światowej, ze swoim najbardziej znanym przykładem, czyli Holokaustem. Szoa i inne zbrodnie największego konfliktu w historii ludzkości udowodniły, że do takich aktów barbarzyń-stwa dojść może nie tylko gdzieś w Azji, ale i w Europie, uważanej za przodującą

NAUKA

w rozwoju cywilizacji. Uznanie dla Lem-kinowskiej idei przyszło już wkrótce po zakończeniu II wojny światowej, kiedy to zbrodnię ludobójstwa zarzucono przed-stawicielom III Rzeszy w akcie oskarżenia w procesie norymberskim. Polski prawnik był zresztą doradcą Roberta Houghwouta Jacksona, głównego amerykańskiego oska-rżyciela w Międzynarodowym Trybunale Wojskowym w Norymberdze. Lemkin wal-czył jednak dalej, by doprowadzić do międzynarodowego uznania przestępstwa, jakim jest ludobójstwo. Przyszło ono na-jpierw w rezolucji ONZ z 1946 roku, a po-tem w uchwalonej 9 XII 1948 roku Kon-wencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. Osobiste zaanga-żowanie Rafała Lemkina w proces uświada-miania światu czym jest ludobójstwo i jego uznania za przestępstwo w prawie między-narodowym nie znalazło ostatecznie uho-norowania w postaci Pokojowej Nagrody Nobla, mimo że był on do niej sied-miokrotnie nominowany. "Dziś to, czego dopuścił się Mehmet Talaat i inni odpowiedzialni za zagładę Ormian nazywamy po prostu ludobójstwem" Zgodnie z przywołaną konwencją, za lu-dobójstwo uznaje się pewne czyny doko-nane w zamiarze zniszczenia w całości lub

NAUKA

części grup narodowych, etnicznych, raso-wych lub religijnych. Akty te mogą polegać nie tylko na zabójstwie członków grupy, ale i m.in. na przymusowym przekazywaniu dzieci członków jednej grupy do innej. Niezwykle istotny w tej definicji jest wskazany na jej początku zamiar znisz-czenia w całości lub części grup naro-dowych, etnicznych, rasowych lub religij-nych. Bez jego wykazania nie można pra-wnie zakwalifikować np. masowego mordu jako ludobójstwa – będzie to zbrodnia przeciwko ludzkości, ale niespełniająca definicji ludobójstwa. Warto zwrócić uwa-gę, że w konwencyjnej definicji mowa tylko o narodowym, etnicznym, rasowym i reli-gijnym wyróżniku grup, których próba eks-terminacji daje możliwość nazwania pew-nego czynu ludobójstwem. Tymczasem nie jest żadnym problemem wyobrażenie sobie czyjegoś dążenia do eliminacji innych grup społecznych i – jak sądzę – likwidowanie takich innych zbiorowości również powinno być uznane za ludobójstwo. Niestety, póki co zło zostało nazwane po imieniu tylko częściowo. Marek Suska Fot. 1,3: Bundesarchv (CC BY–SA 2.0) Fot. 2: Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych LĄDOWANIA W NOWYM JORKU
TWARDE
SPORT

Ostatni turniej wielkiego szlema, tak jak poprzednie w tym roku, pełen jest niespo-dzianek. US Open znany jest z walki z wia-trem, energicznej publiczności, a dla euro-pejskich kibiców także z nocnego przesia-dywania przed telewizorem. To jedyne za-wody z serii Grand Slam, w których finał mężczyzn odbywa się w poniedziałek (nie zaś w weekend), a w ostatnich setach wy-stępują tiebreaki – przyczyną tych rozwią-zań są wymagania transmisyjne stacji te-lewizyjnej sponsorującej rywalizację. Bę-dzie to jednak ostatnia taka edycja – od przyszłego roku relacjonowanie przejmuje ESPN, która nie będzie żądała żadnych od-stępstw od zasad obowiązujących w pozo-stałej części wielkiego szlema. W zeszłorocznej edycji w pojedynkach sin-glowych zwyciężyli Serena Williams (obec-ny numer 1 światowego rankingu) i Andy Murray (3). Reprezentantka gospodarzy pokonała Victorię Azarenkę (2), a Szkot

SPORT "Ta fantastyczna deblistka o niespotykanej wręcz kondycji przeżywa obecnie gigantyczny kryzys"

wygrał z wiatrem i aktualnym liderem kla-syfikacji – Novakiem Djokovicem. W deblu triumfy święciły znane duety: Włoszki – Roberta Vinci i Sara Errani oraz bracia Bryanowie. Już na starcie US Open 2013 wiadomo było, że pannie Williams nie przeszkodzą m.in. Maria Szarapowa (3) czy tegoroczna triumfatorka Wimbledonu – Marion Bartoli (8). „Sugarpova” po ostat- nich problemach z trenerami i zdrowiem zrezygnowała z amerykańskiego turnieju, podobnie jak Francuzka. Wśród panów faworyci stawili się za to w komplecie. Nie wszystkim udało się pokonać szybką nawierzchnię – od 26 sierpnia w amerykań-skiej stolicy tenisa działy się zaskakujące rzeczy. Jerzy Janowicz (14), nadzieja pols-kiego tenisa, odpadł w I rundzie po meczu z kwalifikantem. Jerzykowi dokuczał wyraź-ny ból pleców, widać było u niego proble-my z serwisem. Niestety w tym sezonie Polakowi nie udało się uniknąć kontuzji. W I rundzie odpadli również koledzy Jano-wicza z kadry – Łukasz Kubot i Michał Przysiężny. W II rundzie dołączyła do nich Ula Radwańska po dotkliwej porażce ze Sloane Stevens, a w IV ostatnia singlowa reprezentantka Polski – Agnieszka Radwań-ska (4). Krakowianka przegrała z Jekateri-ną Makarową 4:6, 4:6 i pożegnała się z marzeniem o ćwierćfinale w Nowym Jorku. Nasi debliści równie szybko opuścili twarde korty. Venus Williams także nie zaliczy tej edycji do udanych – dobry mecz z Kirsten Flip-kens poprzedził jej porażkę już na drugim

SPORT

etapie US Open. Nie pomogły ekscen-tryczne stroje własnego projektu i chęć do walki. Oczywiście dłużej pozostawała w grze deblowej, w duecie z Sereną były nie do zatrzymania aż do półfinału. Jednak główną atrakcją wśród kobiet okrzyknięta została Sara Errani (6). Ta fantastyczna deblistka o niespotykanej wręcz kondycji przeżywa obecnie gigantyczny kryzys. Po porażce ze swoją rodaczką Flavią Penettą krzyczała, że kończy karierę i jej stopa już na korcie nie postanie! Cóż, życzę Sarze powodzenia i przezwyciężenia gorszego momentu w karierze albo chociaż umie-jętności zachowania się w sposób, który przystoi liderce światowego rankingu de-blistek. O pechu może mówić jedna z naj-młodszych uczestniczek turnieju, Sloane Stevens, która objawiła się na tegorocznym Australian Open jako pogromczyni Sereny. Po tym zwycięstwie miała miejsce nie-zrozumiała dla mnie medialna burza mię-dzy tymi paniami, która równie szybko się zakończyła. Jedno było pewne – stara mis-trzyni nie należy do spokojnych charak-terów i z pewnością będzie chciała się ode-grać. Okazję dostała właśnie w IV rundzie nowojorskiego turnieju – co to był za mecz! Kwintesencja współczesnego kobie-cego tenisa, dwa różne pokolenia zawod-niczek, ale ten sam styl. Bombardowanie serwisami, niesamowite uderzenia i ogrom-na siła. Jak słusznie zauważyli komenta-torzy, nie warto było oglądać panów na drugim kanale. Królowa kobiecego tenisa wyszła na kort niezwykle zmotywowana – biegała do każdej piłki szybciej niż jakikol–

SPORT "W deblu triumfy święciły znane duety: Włoszki – Roberta Vinci i Sara Errani oraz bracia Bryanowie"

wiek z jej młodszych koleżanek, nie chciała oddać ani jednego gema. Tu już nie chod-ziło o samą wygraną, tylko o zmiażdżenie Sloane. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 6:4, 6:1, ale mimo wysokiego zwycięstwa naprawdę było na co popat-rzeć. Szczególnie jeśli spojrzeć na „rowe-rek” młodszej z sióstr Williams w ćwierć-finale – pokonanie Carli Suarez–Navarro 6:0, 6:0 musi wzbudzać szacunek. Za-wodniczką mogącą stanąć na drodze ob-rończyni tytułu była Victoria Azarenka, która jako jedyna pokonała ją w tym roku dwukrotnie. Początek ich meczu w finale był walką z silnie wiejącym wiatrem, wy-muszającym na zawodniczkach całkowitą zmianę sposobu gry. Im lepiej grała Vika, tym lepiej grała liderka. Białorusinka bro-niła się dzielnie, cudem doprowadziła do trzeciego seta, ale Serena była za dobra. Mecz zakończył się wynikiem 7:5 , 6:7 (5), 6:1 – później na korcie w szalonych po-dskokach ujrzeć można było tylko Ame-rykankę, wiceliderka drugi rok z rzędu mu-siała przełknąć gorycz porażki i wyłącznie pomarzyć o niebotycznej wygranej (nagro-da dla triumfatorki US Open wyniosła 2,6 mln dolarów, a zdobyta przez nią premia dodatkowy milion – to rekordowa suma w kobiecym sporcie). W turnieju mężczyzn przykrą porażkę (znowu) zaliczył Roger Federer (7). Wspaniały szwajcarski teni-sista odpadł w IV rundzie po fatalnym spotkaniu z Tommym Robredo. Po cichu liczyłam na ciekawy pojedynek w ćwierćf-inale z Rafaelem Nadalem (2), ale niestety nie dane mi było tego zobaczyć. Czyżby król musiał już odejść na sportową emery-

SPORT

turę? Mam nadzieję, że nie, bo byłaby to ogromna strata dla finezyjnego tenisa. Chociaż… Warto wspomnieć, że ma go-dnego następcę. Proszę zapamiętać to nazwisko, bo będzie o nim głośno – Szwajcar Stanislas Wawrinka (9). To wła-śnie on wyeliminował Andy Murraya i ode-brał mu nadzieję na zachowanie trofeum. Stan grał bezbłędnie, momentami ośmie-szał wielkiego mistrza stylem swojego rodaka Federera. Szkot nie ugrał nawet seta, co więcej – nie miał ani jednej szansy na przełamanie rywala. Umarł król, niech żyje król? Lubię niespodzianki, więc trzy-mam kciuki za Szwajcara. W finale zaś dojdzie do konfrontacji numeru 1 na świe-cie, Nowaka Djokovica, z wiceliderem ra-nkingu, Rafaelem Nadalem, a jej wynik ki-bice poznają dopiero po publikacji tego wydania Outro. Kolejne zmagania, kolejne niespodziewane porażki, kolejne nowe gwiazdy. Światowy tenis się zmienia, tylko (póki co) prowa-dzący w klasyfikacjach nie. Ostatnim ważn-ym wydarzeniem będzie turniej Masters dla najlepszej ósemki tego sezonu, a tam z pe-wnością będzie się działo! Póki co wiado-mo, że trudno będzie doprowadzić do tego, by to liderzy zaliczyli twarde lądowania. Klaudia Maciejewska Fot. 1,2,4: karlnorling (CC BY 2.0) Fot. 3:Keith Allison (CC BY 2.0) Fot. 5:Jilliebean8 (CC BY 3.0)





OKIEM WIDGETA