Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 Youth to Business Forum strona 7 oscarowe nominacje strona 9 subiektywnie strona 15 relacja z 85. gali rozdania oscarów strona 16 młodzi i zdolni strona 18 normalni w tandetnym świecie strona 20 wstrzymał słońce, ruszył ziemię strona 24 tak, jestem żoną muzułmanina strona 26 geologiczna historia polski strona 30 upadek bohatera strona 35 POGROM MITU

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktor naczelny: Paulina Zguda Zastępca: Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Redaktor prowadzący: Agata Andrzejak Korekta wydania: Agata Hajduk Fotoedycja wydania: Sabina Szweda Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Karolina Przybylska (społeczeństwo), Aleksandra Bartosik (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Nina Bezpałko (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Kinga Gintowt, Agata Hajduk, Patryk Łowicki, Kamil Morawiec, Cyntia Schmidt, Wojciech Żywolt Graficy: Adam Białek, Angelika Marchewka, Patryk Skoczylas, Jarosław Stępień Zdjęcie na okładce: Elvar Freyr (CC BY 2.0)

Oscary rozdane, choć równie facynujące (jak i przerażające) widowisko dzieje się w świecie rzeczywistym. Oscar Pistorius zo-stał oskarżony o zabójstwo swojej dziew-czyny, proces trwa, a sportowiec dzięki wpłaconej kaucji mógł opuścić areszt. Osądy opinii publicznej (jak i pewnie czy-telników Outro), są podzielone, jednak wydaje mi się, że co do jednego możemy być zgodni – wraz z tą szokującą wiadomością jakiś symbol został obalony. Symbol sportowca, który walczy wbrew przeciwnościom losu i stereotypom, wy-chodzi poza schematy i przekracza granice ludzkiego organizmu. Kogoś, kto inspiruje innych do działania i walki z chorobą, ale też nie pozwala traktować osoby nie-pełnosprawne jako ludzi drugiej kategorii. Teraz jednak, zapewne mimowolnie, bę-dziemy go kojarzyć z tragicznym wypad-kiem? morderstwem? niż z jego doko-naniami sportowymi. A po upadku symbolu zawsze pozostaje jakiś niesmak. Żal, że ktoś tak przez nas uwielbiany nas zawiódł i chęć do szukania kolejnej gwiazdy, kolejnego ideału, który będzie nas inspirował, gdy o tym pop-rzednim już zapomnimy. Paulina







WROCŁAW YOUTH TO BUSINESS FORUM
JUŻ 1 MARCA!
MATERIAŁ PROMOCYJNY

Skąd wziął się pomysł na realizację projektu Y2BF we Wrocławiu? Czy w Polsce, a teraz również we Wro-cławiu, pojawiło się zapotrzebowanie na tego typu inicjatywy? Konferencja Youth to Business Forum jest znana i ceniona w wielu krajach świata. Organizator tego wydarzenia, czyli między-narodowa organizacja studencka AIESEC, daje szansę na lepszy start w zawodowej karierze również polskim studentom. Na rynku pracy w naszym kraju pojawia się zapotrzebowanie na wykształconych, zdol-nych, ale i doświadczonych studentów i ab-solwentów. Chcemy umożliwić młodym ludziom kontakt z prestiżowymi firmami i znanymi ludźmi ze świata biznesu, by zwiększyć ich szanse na początku drogi do sukcesu. To niepowtarzalna okazja, by zrobić kolejny krok naprzód! Kto może wziąć udział w konferencji? Każdy, kto czuje potrzebę skonfrontowania

MATERIAŁ PROMOCYJNY

swojej wiedzy teoretycznej, nabytej w czasie studiów, z wiedzą praktyczną, jest idealnym kandydatem na uczestnika Youth to Business Forum. Poruszane przez nas tematy będą krążyły wokół ekonomii, biznesu i systemu edukacji, dlatego w szczególności zapraszamy studentów zainteresowanych taką problematyką. Jeśli jednak studiujesz coś zupełnie innego, a w obszarze Twoich zainteresowań leży dzisiejszy rynek pracy czy problemy mło-dych ludzi - nasza konferencja jest również dla Ciebie! Na czym będzie polegało wydarzenie i w jakiej formie będą prowadzone warsztaty? W jakich obszarach stu-denci mogą wykazać swoją aktyw-ność i jakie tematy zostały wybrane jako motywy przewodnie paneli dys-kusyjnych? Tegoroczna edycja Youth to Business Forum to jednodniowa sesja wykładów i sesji plenarnych z udziałem prestiżowych firm, takich jak KPMG czy Lidl, która odbę-dzie się 1 marca na Uniwersytecie Ekono-micznym we Wrocławiu. Nasze firmy par-tnerskie zapewnią Wam wartościowe szko-lenie w określonym obszarze. Jeśli chodzi o panele dyskusyjne, jednym z prowadzą-cych będzie Wojciech Paździor, właściciel firmy Active Strategy, natomiast goście specjalni zaproszeni do dyskusji to: Jan Szuba - dyrektor NBP Wrocław oraz Maciej Litwin - dyrektor Biura Współpracy z uczel-niami wyższymi przy Urzędzie Miasta we Wrocławiu. Jako tematy przewodnie w tym roku wybraliśmy zagadnienia związane z wyborem pomiędzy studiami a doświad-czeniem. Zadamy sobie również pytanie: Jak ugryźć pierwszy milion? Odpowiedzi spróbuje udzielić Tomasz Moroz - prezes portalu sprzedajemy.pl. Zapowiada się naprawdę interesująca dyskusja, do której zapraszamy wszystkich odważnych, którzy nie boją się bronić własnego zdania! Jakie korzyści niesie ze sobą uczest-nictwo w projekcie i co wyniesie z niego student? Każdy, kto zdecyduje się na udział w naszej konferencji, może liczyć na nowe umiejętności zdobyte w trakcie szkoleń prowadzonych przez firmy uczestniczące w projekcie. To także niepowtarzalna szan-sa, by nawiązać pierwszy kontakt ze świa-tem biznesu na gruncie przyjaznej wy-miany zdań, zamiast stresującej konwer-sacji w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej. Mogę zagwarantować, że wyniesiecie z te-go spotkania świeże spojrzenie na proble-matyczne zagadnienia ze strony zarówno młodego studenta, jak i doświadczonego pracodawcy. Na pytania odpowiadał Mateusz Kuśmierski – lider projektu Youth to Business Forum. Więcej informacji na temat Wrocław Youth to Business Forum znajdziecie na stronie internetowej y2bpoland.com/wroclaw/ (tu również zapisy na szkolenia oraz panele dyskusyjne!) oraz na facebook.com/ PolandY2BF Fot. 1: xdxd_vs_xdxd (CC BYSA 2.0) OSCAROWE NOMINACJE
W kategorii „Najlepszy film” pozostało nam jeszcze kilka tytułów do prze-śledzenia, więc bez zbędnej gadaniny zabierzmy się za ostatnie filmy, jakie według Akademii warto było w poprzednim roku zobaczyć.
KULTURA: OSCARY

Trzyma w napięciu „Operacja Argo” opowiada historię misji ratunkowej sześciorga zakładników uwię-zionych w Teheranie w 1979 roku. Nic, tylko prosić o patetyczny film, w którym heroizm będzie wylewał się z ekranu przez bite dwie godziny, a Amerykanie zostaną okrzyknięci narodem cierpiętniczym. I nie-spodzianka, bo oczywiście patriotyzm i he-roizm są, ale na poziomie zwykłego thri-llera o amerykańskich szpiegach, to dobra wiadomość. Problem jednak pojawia się, gdy ktoś oglądający najnowsze dzieło Bena Afflecka liczy na coś odkrywczego i dotąd niespotykanego. Zawód będzie srogi. „Ope-racja Argo” jest bowiem filmem sztam-powym. Wszystkie chwyty, których twórcy użyli do podkoloryzowania tej historii, zostały wykorzystane w wielu innych podo-bnych tematycznie czy gatunkowo filmach. Wszystkie zwroty akcji w drugiej części filmu faktycznie budują napięcie, ale też ma się wrażenie, że to po prostu przecią-

KULTURA: OSCARY

ganie wątku, żeby obraz nabrał należytej dramaturgii. Sama budowa „Operacji Argo” to klasyka. Pierwsza część filmu polega na pokazaniu, na czym polegają przygoto-wania do misji, z kolei druga to już sama akcja ratunkowa - jeśli ktoś ma skojarzenia z „Ocean’s Eleven” to bardzo dobrze. Aktorsko jest nieźle. Bryluje bardziej drugi plan siedzący w Hollywood, czyli John Goodman jako John Chambers, zdobywca Oscara za charakteryzację w „Planecie małp” oraz Alan Arkin w roli producenta filmowego - nawet nominacja za tę rolę mu wpadła. Za to nie do końca przekonuje postać głównego bohatera Tony’ego Mendeza (Ben Affleck), który, jak to zwykle bywa, jest najlepszy w swoim fachu, na czym cierpi jego życie prywatne. Mendez to znudzony życiem facet, wiecznie z fajką między zębami i z niepoukładanymi rela-cjami z żoną oraz małoletnim synem, zdolny jednak do heroicznych czynów. Jak już mówiłem, trochę sztampa, bo taki model bohatera można spotkać w co drugiej produkcji. Najważniejszym momentem tego filmu jest finałowa akcja na lotnisku, której oczy-wiście nie opowiem, żeby nie psuć zabawy tym, którzy jeszcze go nie widzieli. Sce-narzysta, Chris Terrio, nie używając w za-sadzie ani jednego naboju, buduje na-pięcie, które nie opuszcza widza przez cały ten wątek. I to chyba największa zaleta filmu, bo starymi jak świat środkami (wiele wręcz nieprawdopodobnych zwrotów akcji) twórcy przyprawiają widza o mocniejsze bicie serca. „Operacja Argo” nie ma być wiekopomnym dziełem, a przynajmniej nim nie zostanie. Jest to film typowy dla amerykańskiego kina, w którym zwyciężają patrioci, dobro i rodzina. To kolejna trzymająca w napięciu bajka dla dorosłych i tego się trzymajmy. Wzrusza To chyba najdziwniejszy film ze wszystkich nominowanych. Dawno nie spotkałem obrazu, w którym autor zastosowałby rea-lizm magiczny. W „Bestiach z południo-wych krain” jest miejsce na klęskę żywio-łową, bajkowość i dramat. Jeśli dorzucić do tego wszystkiego fakt, że główną boha-terkę gra amatorka, to powoli można łapać się za głowę i zadawać sobie pytanie, jakim cudem to wszystko znalazło się w jednym filmie i się nie pogryzło, a wręcz potulnie stworzyło jedną, zgrabną całość. Mała Hushpuppy (Quvenzhane Wallis) łatwego życia nie ma. Dosyć powiedzieć, że ma trudną relację z ojcem, który lubi sięgnąć po coś mocniejszego, to jeszcze żyje w kompletnej dziczy, o której zapo-mniał Bóg, że o pomocy społecznej czy innym cywilizowanym tworze państwowym nie wspomnę. Żeby tego było mało, zbliża się wielki deszcz, który zaleje wszystkie „ośrodki mieszkalne” łącznie z domem Hushpuppy. Jej rodzina jednak jest jedną z nielicznych, która pozostanie na miejscu

KULTURA: OSCARY "Bestie z południowych krain raczej nie dostaną Oscara w żadnej z kategorii. Film nie na tę galę, jest zupełnie niehollywoodzki."

wydarzeń i nie pójdzie w kierunku cywi-lizacji uważanej za największe zło. Tak z grubsza zaczyna się film Benha Zeitlina. Niby nic nadzwyczajnego fabularnie, ale w połączeniu z tym, co widzimy na ekranie, robi wrażenie. Słowem, jakie najlepiej oddałoby cały ten film, jest „syf”. To wszystko jest brudne, stare, odpadające i ubogie. Sanepid zamykałby sale kinowe za puszczanie tego filmu, gdyby się dało. I w tym śmietniku, który dostajemy od pierwszych minut, jest ona - Hushpuppy. Malutka dziewczynka, która musi radzić sobie ze światem, surowym ojcem oraz innymi przeciwnościami. To uosobienie odwagi i charyzmy, taki promyk nadziei na tym wysypisku. W tym miejscu trzeba nadmienić, że ktokolwiek wynalazł Wallis do tej roli, powinien dostać gratyfikację pieniężną. Ona nie gra, bo przecież jest za młoda na bycie profesjonalną aktorką, ona jest Hushpuppy. Dzięki tej bohaterce „Bestie...” nie są jedynie filmem o bezna-dziei. To ona wprowadza elementy magi-czne do tego obrazu, dynamizuje go, spra-wia, że widz jest ciekawy tego świata, jaki widzi na ekranie. To także dziewczynka i jej ojciec są prowodyrami jednej z najbar- dziej wzruszających scen w całym filmie, po której niektórym zapewne będą pociły się oczy. „Bestie z południowych krain” raczej nie dostaną Oscara w żadnej z kategorii. Film nie na tę galę, jest zupełnie nieholly-woodzki. Za dużo brudu, a i ta wspom-niana magia jest raczej mroczna niż bajkowa. Niemniej film wart obejrzenia.

KULTURA: OSCARY

Przytłacza „Miłość” to chyba najcięższy film w tej stawce. Przytłacza zarówno tematyką, jak i wykonaniem. Historia, jaką sprzedaje nam Michael Heneke, jest w gruncie rzeczy prosta. Anne i George to małżeństwo z wieloletnim stażem, żyjące sobie gdzieś we Francji. Ich życie toczy się spokojnie do czasu, gdy Anna dostaje wylewu. Tutaj rozpoczyna się historia właściwa, opowia-dająca o miłości i oddaniu. George musi zaopiekować się swoją żoną, która pod-upada na zdrowiu coraz bardziej, począ-wszy od paraliżu jednej strony ciała aż do kompletnego przykucia do łóżka. O tym, jak zakończy się ta historia, widz zostaje poinformowany już w pierwszej scenie, w żadnej mierze nie odbiera to przyjem-ności obcowania z filmem. Heneke stawia na minimalizm w swoim dziele. Miejscem akcji jest mieszkanie, ot kilka pokoi, łazienka, kuchnia. Liczba boha-terów jest równie skromna - George i Anna, których zmagania obserwujemy przez cały film oraz odwiedzający ich goście. Nie ma tu niczego spektakularnego, nie ma wybuchów, pościgów, ale są dra-maty. Nie zdziwię się, jeśli ktoś uśnie na tym filmie. Nawet nie będę zdziwiony, gdy uśnie kilka razy, bo reżyser poszedł w kino bardzo specyficzne, które nie trafi do wszystkich. Dla jednych będzie wiało nudą, dla innych film będzie pełen emocji, tytu-łowej miłości, ale i cierpienia. Kwestia gus-tu, jednak rozumiem obie strony. Ponieważ wiem, co autor miał na myśli, rozumiem, dlaczego przekazał to takimi, a nie innymi środkami, to jednak film jest bardzo mę-czący i usypia widza, przez co wielu skreśli go już na starcie. "Ona nie gra, bo przecież jest za młoda na bycie profesjonalną aktorką, ona jest Hushpuppy." Słówko należy się odtwórcom głównych ról. Zamysł, żeby zbudować cały obraz na parze aktorów jest tyleż ciekawy, co karko-łomny. Heneke jednak nie jest w ciemię bity i na główne postaci wybrał dwoje znakomitych aktorów. Jean–Louis Trinti-gnant w roli zmagającego się z chorobą żony oraz ze swoją bezsilnością staruszka jest bardzo przekonywający. Widz współ-czuje mu jego losu, chciałby go wesprzeć w tej walce i stara się zrozumieć jego decyzje. Równie świetna jest Emmanuelle Riva. Przeistacza się z pięknej starszej pani w coraz bardziej zniszczoną chorobą oso-bę. Zmienia się jej twarz, cała brzydnie, a jej pojękiwania zaczynają drażnić wszy-stkich dookoła. Ale właśnie o taki efekt chodziło, taka wizja choroby, najbliższa prawdzie, jest tutaj najważniejsza. Nie ma zatem co się czarować, obraz Henekego to film, który jedni pokochają,

KULTURA: OSCARY

a inni uznają za bardzo nudny. Jestem gdzieś pośrodku, z jednej strony wymęczył mnie ten seans, z drugiej natomiast jestem pod wrażeniem opowiedzianej historii oraz jej prawdziwości. Jedno jest jednak pewne, to film nie na Oscara, a już na pewno nie w kategorii na najlepszy film. Zaskakuje Nie spodziewałbym się tego, ale nowy film Kathryn Bieglow jest całkiem dobry. Oczywiście znajdą się głosy nienawiści, że jak tak można wspominać o polskich taj-nych więzieniach, że wcale nie jest tak, jak ukazali to Bieglow i Mark Boal (scena-rzysta, który współpracował z reżyserką przy nagrodzonym Oscarem „Hurt Locke-rze”). Tylko czy o to chodzi we „Wrogu numer jeden”? Chyba nie. Film opowiada historię Mayi, agentki CIA, która zostaje wysłana do Arabii Saudyjskiej, aby nadzo-rować poszukiwania terrorysty numer je-den XXI wieku, czyli Osamy Bin Ladena. Tam spotyka się z metodami działań, jakie CIA stosowało na podejrzanych. I ona, i widz trafiają do suchego, pustynnego i brutalnego świata, gdzie przemoc to najlepsza metoda uzyskiwania informacji. Zaskakujące jest jednak to, że młoda agentka „wyrabia się” w swoim fachu i niedługo to ona będzie zadawać tortury i przesłuchiwać podejrzanych, gdyż główną osią filmu jest jej dążenie do schwytania nieuchwytnego terrorysty. „Wróg numer jeden” to w zasadzie poradnik młodego oprawcy, bo każdy, kto jest chętny, wyciągnie z tego obrazu jakąś metodę tortur, którą mógłby się posłużyć. Bieglow wraz z Boalem stworzyli film

KULTURA: OSCARY

brutalny - ktoś mógłby powiedzieć, że bezsensownie, co byłoby nieprawdą - ale jednocześnie realistyczny. Korzystając ze wszelakich dostępnych informacji, tych potwierdzonych, jak i tych nieoficjalnych, pokazali, jak prawdopodobnie wyglądała walka z terroryzmem od roku 2003. Nie ma tutaj mowy o zachwycie dla postawy Amerykanów, to nie „Operacja Argo”. Tu-taj terrorystów od agentów wywiadu odróżnia tylko strona, po której stoją, i ko-lor skóry. Nie jest to film dokumentalny, więc wszystkie scenariuszowe buble i opie-ranie się na niepotwierdzonych pogłoskach można puścić płazem, bo w zasadzie te czynniki tylko dynamizują obraz. Trzeba przyznać, że dzieło Bieglow jest trochę innego kalibru niż „Operacja Argo”. Tutaj dzieje się więcej, obraz jest sugesty-wniejszy, a w finale nie działa na widza napięcie spowodowane bezbronnością głównych bohaterów. Tutaj na finał dosta-jemy akcję, o której sensowności i powo-dzeniu może zadecydować sam widz. Kto jednak spodziewa się siekaniny rodem z Bourne’a, ten się zawiedzie. "Faworytami są na pewno produkcje traktujące o Amerykanach (...)" Kathryn Bieglow mnie zaskoczyła, bo „Wróg numer jeden” wyszedł jej całkiem nieźle. Nie wiem, czy jest tak dobry jak „Hurt Locker”, ale na pewno ma w sobie potencjał i jest fajnie opowiedzianym thril-lerem, a wiec podobnie jak „Operacja Argo” - bajką dla dorosłych. Na zakończenie Tym oto sposobem dotarliśmy do końca podsumowania filmów nominowanych do Oscara w kategorii „Najlepszy film”. Cieszy różnorodność nominacji, bo nie mamy jedynie dramatów czy komedii. W tym roku jest miejsce na akcję („Operacja Argo”, „Wróg numer jeden”), melodramat („Mi-łość”), dramat z elementami komedii ro-mantycznej („Poradnik pozytywnego myś-lenia”), a nawet - co najbardziej mnie cie-szy - western, ale w krzywym zwierciadle („Django”). Tak więc do wyboru do koloru. Faworytami są na pewno produkcje trak-tujące o Amerykanach, tym sposobem „Operacja Argo”, jako ten najbardziej patriotyczny film, może zgarnąć nagrodę. Osobiście jednak, gdyby wybierać z tego zawężonego grona, to twórców „Lincolna” wolałbym zobaczyć, jak odbierają statu-etkę, bo to godny polecenia film, nie tylko dla historyków. Mój faworyt, „Django”, pewnie przejdzie bokiem niezauważony, ale co tam, i tak gorąco polecam ten film. A kto wygra tak naprawdę? To w kolejnym tekście relacjonującym rozdanie Oscarów. Zapraszam. Norbert Oset Fot. 2 Bex.Walton (CC BY 2.0) Fot 3: GabboT (CC BYSA 2.0)

KULTURA SUBIEKTYWNIE INFO: Muzyka z cyklu „Subiektywnie” będzie prezentowana w każdą sobotę w audycji Muzyka & Słowa o godz. 20:00 w Programie III Radia Aspekt (www.radioaspekt.de).

Nick Cave and The Bed Seed - Push the Sky Away Zespół Nick Cave and The Bed Seed powstał na zgliszczach innego bandu o na-zwie The Birthday Party. Po jego rozpadzie Nick Cave postanowił kontynuować współ-pracę z multiinstrumentalistą, Mickem Har-vey'em z poprzedniej formacji, natomiast w późniejszych latach uformował się skład, który jest znany do dziś pod szyldem Nick Cave and The Bed Seed. Piętnasty studyjny album, na który kazali czekać bez mała pięć lat, to wyjątkowe dzieło. Łączy w so-bie subtelność, wrażliwość wokalisty i bar-dzo liryczne teksty. 5/5 Tame Impala - Innerspaeker Nazwa zespołu utworzona została od ok-reślenia małej antylopy - to dość skąpe wyjaśnienie tego, co kryje się w sobie ta tajemnicza formacja. Debiutowali w 2008 roku mini albumem „Tame Impala EP”. Sławę przyniósł im krążek „InnerSpeaker”, kompilujący ze sobą muzykę psychodeli- czną i naturalność, tak rzadko spotykaną w XXI wieku. Dokonania tego zespołu pozbawione są komercjalizacji muzyki z bardzo prostej przyczyny - nie interesuje ich mainstream. Dla fanów dobrą wiado-mością jest zapowiedź ich obecności na Heineken Open’er Festival w Gdyni. Oby było więcej takich wyjątkowych zespołów. 4/5 Michał Fila Na tę chwilę czekali wszyscy. O najbardziej parszywej porze dla Polaków, czyli w okolicach drugiej w nocy, rozpoczęła się 85. gala wręczenia nagród Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Wielu wielbicieli kina naszej strefy czasowej musiało sobie zadać pytanie: zarwać noc dla tego wydarzenia czy jednak się wyspać?
RELACJA Z 85. GALI WRĘCZENIA OSCARÓW
KULTURA: OSCARY

Oczywiście samo przedstawienie zaczęło się wcześniej, bo przecież czerwony dywan to równie ważne wydarzenie, co samo wrę-czenie statuetek. Wszyscy dzielnie śledzili kolejne, pojawiające się gwiazdy, komen-tując jednocześnie ich kreacje. Jennifer Lawrence w rozkloszowanej sukni, Sally Field w czerni, podobnie Helena Bohnam– Carter, ciągle młoda Jane Fonda na żółto. Mężczyźni w garniturach, acz oni akurat cieszyli się mniejszym zainteresowaniem z oczywistych powodów. Nie tym będę się dzisiaj zajmował, bo dział kultura ma jed-nak swoje granice, podobnie jak niżej podpisany. To, na czym się skupię, to laureaci. Zachodzę w głowę, ilu ludzi obłowiło się na tegorocznym rozdaniu nagród. Bukmache-rzy przyjmowali zakłady bez szemrania, ale potrzeba było czarnego konia, który dostał-by nagrodę, żeby zebrać jakąś niemałą

KULTURA: OSCARY

sumkę. Nie było takiego w najważniejszej kategorii - za najlepszy film. Zwyciężyła „Operacja Argo” Bena Afflecka i co cieka-we, po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat reżyser najlepszego filmu nie był nawet nominowany za swój fach. Warto też wspomnieć, że wynik ogłosiła sama Mi-chelle Obama prosto z Białego Domu. Najlepszą aktorką, tak ja można się było spodziewać, została Jennifer Lawrence za „Poradnik pozytywnego myślenia”. Młoda aktorka zapadnie na długo w pamięć wszystkim oglądającym galę, gdyż dawno nikt nie zaliczył wywrotki na schodach podczas wchodzenia na scenę. Najlepszym aktorem, co mnie bardzo cieszy, został genialny Daniel Day–Lewis za „Lincolna”. Na drugim planie wśród kobiet brylowała według Akademii Anne Hathaway - ta nagroda była wręcz pewna. Z kolei wśród mężczyzn odgrywających role drugoplano-we doceniono po raz kolejny Christopha Waltza, występującego w „Django” - nie muszę mówić, że ta decyzja bardzo mnie ucieszyła. To jednak nie jedyny Oscar dla tego filmu. W kategorii „Najlepszy scena-riusz oryginalny” statuetkę otrzymał Quentin Tarantino. „Życie Pi” otrzymało za to nagrody za najlepszą reżyserię (dla Anga Lee), zdjęcia, muzykę oraz efekty specjalne. Nie sposób się nie zgodzić z tym ostatnim, reszta jednak może być dysku-syjna. Warto odnotować, że „Operacja Argo” nagrodzona została również w kate-goriach „Najlepszy scenariusz adaptowany” oraz „Najlepszy montaż”. Michael Heneke nie został na lodzie w tym roku - jego „Miłość” otrzymała statuetkę za „Najlepszy film nieanglojęzyczny”, co jest chyba odpo-wiedniejsze niż gdyby miała dostać nagro-dę za „Najlepszy film”. W jednej z naj-bardziej interesujących mnie kategorii, a więc „Najlepszej piosence”, tryumfowała Adele z piosenką „Skyfall”. O zaskoczeniu nie może być mowy, bo to jeden z naj-bardziej bondowskich kawałków ostatnich lat. Kolejny odcinek przygód Agenta 007 dostał też Oscara za „Najlepszy montaż efektów dźwiękowych”. Filmy animowane, które zostały nagrodzone to „Merida wale-czna” („Najlepszy film animowany”) oraz „Paperman” („Najlepszy animowany film krótkometrażowy”), a za „Najlepszy film dokumentalny” okrzyknięto „Sugar Mana”. Trudno więc było się obłowić na Oscarach, bo praktycznie wszystko wiedzieliśmy już wcześniej. Na pewno cieszy docenienie Day–Lewisa i Lawrence. Nie dziwi nagroda dla „Operacji Argo”, chociaż czy jest to najlepszy film, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Szkoda, że Janusz Kamiński nie otrzymał swojego kolejnego Oscara za zdjęcia, bo „Lincoln” wyszedł mu bardzo dobrze. Wszystkim nominowanym i nagro-dzonym wypada jednak gorąco pogratu-lować. Nam pozostaje wyspać się po cało-nocnej gali i powrócić za rok, na 86. cere-monię wręczenia nagród. Oby dobre pro-dukcje dopisały, a nominacje były równie ciekawe. Tak więc w przyszłym roku o po-dobnej porze - zapraszam. Norbert Oset Fot. 1: Sebástian Freire (CC BYSA 2.0) MŁODZI I ZDOLNI
Relacja z koncertu zespołu Houston.
KULTURA

Dość długo męczyłem gitarzystę - Michała Hake, by wysłał mi nagrania, które mógł-bym zaprezentować podczas audycji. Pew-nego dnia dostałem wiadomość sms, czy nie chciałbym zorganizować koncertu na żywo, na którym zagrałby zespół Houston. Całość miała zostać podzielona zagranie coverów i na pokaz własnej twórczości. Jak się później okazało, obie części przyspo-rzyły wiele radości i wewnętrznej satys-fakcji - przede wszystkim muzykom. Około godziny 16:30 zespół pojawił się w moim mieszkaniu. Przygotowania do go-dzinnego występu na żywo w Radio Aspekt trwały niemal trzy godziny. Kiedy nadeszła godzina zero – 20:00, wszyscy byli zwarci i gotowi. Ze względu na godzinny materiał, rozpoczęliśmy od kilku utworów znanych i lubianych przez szerokie grono publicz-ności. W tle przygrywali Mark Knopfler, Savoy Brown czy Bob Dylan. Występ roz-

KULTURA

począł się około 20:30, wokalista Miłosz Kaczmarek powitał wszystkich, wybił rytm na palcach i dał znak, by rozpoczynać. Pierwsza część została przeznaczona na 40-minutowe granie coverów. Muzycy stresowali się, ale zależało im na świetnym przekazie i starali się sprostać oczekiwa-niom, jakie sami sobie postawili. O 21:10 zakończyła się ta część koncertu. Na antenie pojawiły się piosenki, które stały się zapowiedzą tego, co nastąpi w części drugiej. W międzyczasie mieliśmy chwilę, by porozmawiać „on air”. Najzabawniejsze było to, że na zadawane pytania w więk-szości odpowiadał tylko Makary. Ten indy-widualizm wywołał wiele śmiechu wśród reszty zespołu. Po krótkiej rozmowie nastą-pił punkt kulminacyjny wieczoru - pokaz własnej twórczości. 20–minutowy występ został bardzo dobrze przyjęty, dobry wokal Miłosza, świetnie riffy Michała i genialne aranżacje Makarego przyćmiły wszystkie niedociągnięcia. Z największym entuzjazz-mem został przyjęty utwór „No problem”, który porwał publiczność i podbił ich serca. Na zakończenie wykonali cover Boba Dy-lana, który klamrą zamknął całe wyda-rzenie. Dziś, po opadnięciu emocji, śmiało można powiedzieć, że warto promować młodych i zdolnych. Michał Fila Zdjęcia autorstwa zespołu Houston. NORMALNI W TANDETNYM ŚWIECIE
Wywiad z wokalistą zespołu Padre, Markiem Smelkowskim.
KULTURA: WYWIAD

Czy czujesz się spełniony? I tak, i nie. Tak, ponieważ płyta jest bardzo udana, domknięta treściowo, pełna kores-pondencji pomiędzy muzyką a stroną wokalną i tekstem. Poza tym zaproszono mnie do współpracy i dano wolną rękę z fantastyczną ekipą. Z drugiej strony nie, bo wiem, że ten projekt i ta grupa ludzi mają jeszcze wiele do powiedzenia. Cze-kam już na materiał na drugą płytę i ko-lejny krok z „Odległej wyspy” do... no właśnie, to jeszcze przed nami. Dokąd chciałbyś dotrzeć? Tam, gdzie wciąż będę mógł realizować siebie i swoje wizje muzyczne bez konie-czności poddawania się niesmacznemu kompromisowi, który być może daje w mu-zycznym biznesie pieniądze, ale nie za-dowala artystycznie. Nigdy nie słuchałem muzyki pop i nie kształtowały mnie hity. Kraina tworzenia pod stacje radiowe czy pod bieżący nurt nie jest moją krainą. Uwielbiam wyzwania, ale głębokie w treści, przekazie i muzyce. Nie boisz się patosu w swojej twór-czości? Nie, na płycie Padre są takie utwory jak „Drowsys Town” lub „From Faraway Is-land”, ale są też takie zwiewne nuty jak „Dancing Prayers” i „Frantic Day”. Trzeba to wyważyć, kształtując projekt, płytę, utwory. W formacji, z której się wywodzę, czyli Liquid Shadows, było podobnie. Jak doszło do współpracy z Padre? Dostałem maila od Krzysztofa Lepiarczyka z pytaniem, czy mógłbym podesłać mu pły-ty „swojego zespołu”. Po przesłuchaniu zapytał, czy nie zechciałbym spróbować nagrać wokali do jego nowego projektu. Zgodziłem się. Otrzymałem jeden utwór - dziś tytułowy - i nagrałem swój pomysł. Krzysiek i Maciej przesłuchali, zaakcepto-wali i tak ruszyliśmy do dalszej pracy.

KULTURA: WYWIAD

"Żałuję, że kiedy LS miało wiatr w żaglach, swoją publikę i zainteresowanie ludzi z branży, nie poszliśmy za ciosem." Jak ona się układa? Bardzo dobrze - praktycznie w ogóle nie ingerowali w tworzone przeze mnie dźwięki i teksty. Materiał był też tak skompono-wany, że nie zgłosiłem ani jednej uwagi dotyczącej tonacji czy aranżu. Mam na-dzieję, że kolejna płyta powstanie w równie dobrej atmosferze, bo to przekłada się na ducha zespołu i muzyki, jaką się wspólnie tworzy. Jak łączysz obowiązki w Liquid Sha-dows i Padre? Zaczynam się nad tym zastanawiać, trzecia płyta Liquid Shadows właśnie się scala. Nie mamy ciśnienia, jednak określiliśmy sobie pewien kalendarz. Ze względu na to, że jeden z członków zespołu mieszka na Zielonych Wyspach, płyta będzie wyłącznie studyjna. Być może okrasimy ją kilkoma koncertami, pokazującymi dotychczasowe dokonania LS. Padre jest natomiast pro-jektem otwartym i ze względu na pobyt wszystkich członków w Polsce bardziej myślimy o koncertach i nadaniu temu większego rozgłosu. Lider Porcupine Tree powiedział, że twórca musi być samolubny - bardzo lubimy nasze dźwięki i jesteśmy przekonani, że szersza publika również je polubi.

KULTURA: WYWIAD

Mogę powiedzieć bez wazeliniarstwa, że tak jest. Rozmawiamy w kontek-ście twórczości Padre, jednak chciał-bym powrócić do lat wcześniejszych. Od kiedy zajmujesz się muzyką? Banał - w trzeciej klasie podstawówki zamarzyłem, aby mieć zespół - jaki? Nie miałem pojęcia - chciałem tworzyć, to pamiętam. Plan powoli zaczął się reali-zować, już w 7. klasie podstawówki, kiedy zacząłem naukę gry na gitarze i perkusji. Trafiłem na swojego „Ojca Chrzestnego”, był nim Henryk Pela. Znakomity muzyk jazzowy, grający z Grażyną Łobaszewską, występujący w Stanach. Chyba wcześniej niż ja zauważył możliwości rozwoju i poży-czał mi instrumenty, na które nie było mnie stać. Później pojawił się pierwszy zespół heavy metalowy, który przekształcił się w progresywnorockowy. Z początkiem stu-diów ruszyła formacja Liquid Shadows, która swój skład zbudowała z muzyków grających jazz i rock. Czy kiedykolwiek przez pryzmat czasu czułeś, że źle wybrałeś (w kontekście muzyki, zespołu)? Ciekawe pytanie. To, że wybrałem muzykę jako swoją pasję - świetny wybór; gatunek, który kocham to prog i art rock i to, co najważniejsze - w zasadzie zawsze trafia-łem na fantastycznych ludzi, muzyków i pasjonatów. Żałuję, że kiedy LS miało wiatr w żaglach, swoją publikę i zaintereso- wanie ludzi z branży, nie poszliśmy za ciosem. Dziś jest Padre i jest OK. Czemu nie poszliście za ciosem? Brakowało nam managera, który zająłby się organizacją naszego zespołowego życia i samozaparcia. Pewnie popełniliśmy błąd, bo zainteresowanie i pozytywny odbiór mieliśmy spory. Dziś, już po tych lekcjach, wiem jak postępować. "Mam nadzieję, że kolejna płyta powstanie w równie dobrej atmosferze, bo to przekłada się na ducha zespołu i muzyki, jaką się wspólnie tworzy." Wspomniałeś, że nie akceptujesz dzisiejszego stylu bycia i radiowych hitów. Czy widzisz, że może się to zmienić? Mam pewną teorię, że to trochę tak jak z kłamstwem powtarzanym wielokrotnie do czasu, aż staje się ono prawdą - tak dziś funkcjonuje rynek muzycznych hitów. Choćby było to słabe i marne, ale jest lekkie i przyjemne oraz do zagwizdania, to trzeba z tego zrobić produkt do sprzedaży i zarabiania pieniędzy. Z jednej strony to rozumiem, bo prowadzę własną firmę, z drugiej jednak mocno wierzę w to, że muzyka to zbyt głęboka rzecz, by spro-wadzać ją do produktu. Jaki jest finał takiego podejścia wytwórni? Zarabiają - zgoda. Co my jednak słyszymy? Czasami

KULTURA: WYWIAD

mam wrażenie, jakbym wciąż słuchał tego samego utworu, tylko prowadzący wyczy-tuje inne nazwiska. Na straży stoi kilka stacji radiowych, które maja inną filozofię, a także tematyczne radia internetowe. Wówczas słuchamy dokładnie tego, co chcemy. "Nigdy nie słuchałem muzyki pop i nie kształtowały mnie hity. Kraina tworzenia pod stacje radiowe czy pod bieżący nurt nie jest moją krainą." Myślałeś może o wspólnym koncercie LS z Padre? Nie, ewentualna decyzja nie leżałaby tylko w mojej gestii. Poza tym, śpiewając w jed-nym i drugim projekcie, wyszłoby na to, że to koncert forujący jedną osobę - tego absolutnie bym nie chciał. Rozmawiał: Michał Fila Fot. 1: Lel4nd (CC BY 2.0) Fot. 2: Robert CouseBaker (CC BY 2.0) >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>W poprzednim wydaniu wkradł się błąd - Krzysztof Lepiarczyk jest klawiszowcem zespołu Padre. Prawdziwy człowiek renesansu, wybitny uczony, którego zainteresowania i sukcesy dotyczyły szerokiego zakresu nauk. 540 lat temu w Toruniu urodził się Mikołaj Kopernik, twórca dzieł z ekonomii i matematyki, lekarz i dowódca wojskowy, ale przede wszystkim astronom. Miasta, z którymi Kopernik był związany, postanowiły uczcić tę rocznicę i wykorzystać jego postać do reklamy i rozwoju.
WSTRZYMAŁ SŁOŃCE, RUSZYŁ ZIEMIĘ
SPOŁECZEŃSTWO

Z polskich miast najwięcej wspólnego z uczonym mają: Toruń (miejsce narodzin), Lidzbark Warmiński (prowadził tam część badań i obserwacji), Olsztyn (bronił go przed Krzyżakami) oraz Frombork (spędził w nim największą część swojego życia i tam zmarł). Te miasta najbardziej chwalą się związkami z astronomem, a jest czym się chwalić. "Ukończył studia medyczne i prowadził praktykę lekarską (...) Dowodził także obroną Olsztyna w czasie wojny polsko - krzyżackiej." Najważniejszym jego odkryciem było sfor-mułowanie teorii heliocentrycznej, zakła-dającej ruch Ziemi dookoła Słońca, co naz-

SPOŁECZEŃSTWO

wano przewrotem kopernikańskim. Jednak nie tylko astronomia była przedmiotem jego zainteresowania. Na włoskich uniwer-sytetach studiował prawo, a w Rzymie pracował w papieskiej kancelarii. Ukończył także studia medyczne i prowadził praktykę lekarską. W Polsce pracował u wuja, bis-kupa warmińskiego, pomagając mu w czynnościach administracyjnych i dyplo-matycznych, negocjując nawet z Wielkim Mistrzem Krzyżackim. Sporządził traktat ekonomiczny, w którym sformułował pra-wo: gorszy pieniądz wypiera lepszy. Do-robił się nawet własnego twierdzenia w matematyce, wysłał do papieża projekt zmiany kalendarza oraz tłumaczył wiele tekstów z greki na łacinę. Dowodził także obroną Olsztyna w czasie wojny polsko-krzyżackiej. "Najważniejszym jego odkryciem było sformułowanie teorii heliocentrycznej, zakładającej ruch Ziemi dookoła Słońca (...)" Z okazji rocznicy rozpoczęto w Toruniu „Dni dziedzictwa kopernikańskiego”, mają-ce przybliżyć spuściznę tej wybitnej pos-taci. Na inauguracji zjawili się rektorzy włoskich uniwersytetów, na których stu-diował Kopernik. Papież Benedykt XVI wystosował specjalny list, a ulicami miasta przeszedł orszak historyczny, w którym brały udział m.in. grupy rekonstrukcyjne w strojach z Kopernikowej epoki. Dla regionów związanych z życiem uczo-nego jest to także okazja do promocji miast i miejsc związanych z Kopernikiem. W planach jest zdobycie środków unijnych na reaktywację Szlaku Miast Koper-nikańskich, szczególnie że zainteresowanie jego osobą wzrosło po odkryciu w 2004 roku jego szczątków i ich powtórnym pochówku w katedrze we Fromborku. "Dla regionów związanych z życiem uczonego jest to okazja do promocji miast i miejsc związanych z Kopernikiem." Ponadto sylwetka wielkiego odkrywcy stoi w opozycji do modnego ostatnio wzoru wyspecjalizowanego w swojej dziedzinie badacza, któremu nie jest potrzebna wie-dza ogólna. Kopernik był idealnym tego zaprzeczeniem, gdyż jego zainteresowania i aktywności dotyczyły wielu różnych nauk. Być może czyni to jego postać bardziej interesującą. Jakub Cichuta Fot. 1: jafsegal (CC BY 2.0) Mając 18 lat, wyjechała na Cypr. W wieku 20 lat jest już młodą matką i żoną. Obala mit muzułmanina–terrorysty: „Ludzie myślą, że wszyscy muzułmanie są tacy sami. Nie każdy jest terrorystą, to są skrajne przypadki”. Rozmowa z żoną muzułmanina – Magdaleną Indrykson.
TAK, JESTEM ŻONĄ MUZUŁMANINA
SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD

Jak to się stało, że obecnie jesteś młodą matką i żoną przybysza z kraju muzułmańskiego? Z uwagi na dość wczesną stratę mojego taty, mając 16 lat chyba szukałam kogoś, kto mi tę pustkę zapełni. Pewnego dnia z nudów, a może w ramach ucieczki przed nauką, zalogowałam się na portalu interne- towym Badoo. Tam pisałam z wieloma osobami, aż któregoś dnia odezwał się do mnie mężczyzna z Cypru. Szybko go zby-łam pod pretekstem obowiązków szkol-nych. Te nawarstwiały się, dochodziły inne i tak przestałam zaglądać na ten portal. Po pół roku znów się tam znalazłam, ale musiałam czekać jeszcze kolejne pół, zanim moje życie obróciło się o 180 stopni. Mój obecny mąż znów do mnie napisał, twierdząc, że skądś mnie kojarzy. Wyjaśniłam mu, że kiedyś już mieliśmy okazję rozmawiać, na co w odpowiedzi przeczytałam: „Nigdy nie napisałem do

SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD

żadnej dziewczyny po raz drugi”. Tak wymieniliśmy się Skypem, a potem nume-rami telefonów. Wtedy też napisał, że „chociaż mnie nie zna, to tęskni za mną”. Potem było już tylko pytanie, czy zech-ciałabym przyjechać do niego na Cypr. To tam spędziłam swoją 18–stkę. Bez „paso-wania”, alkoholu, ale za to w gronie muzuł-manów. "Zabrałam papiery ze szkoły i wyleciałam na Cypr. Zaraz po moim przylocie wzięliśmy ślub w meczecie." Twój mąż znał Polaków? Jeden z jego kolegów miał żonę Polkę. Gdyby nie ona, chyba nie zdecydowałabym się na ten wyjazd. Przed wylotem dokła-dnie wypytałam ją o wszystko, co mnie interesowało. Nie dziwię się. Tak dalekie wyjazdy w młodym wieku zdarzają się nie-często. Musiałaś być odważna. Po prostu coś mnie pchnęło. Zabrałam papiery ze szkoły i wyleciałam na Cypr. Zaraz po moim przylocie wzięliśmy ślub w meczecie. A czy ty teraz jesteś...? Nie, nie jestem muzułmanką. Każda zarów-no chrześcijańska, jak i prawosławna ko-bieta czy też żydówka może wziąć ślub z muzułmaninem i nie musi przy tym zmieniać religii. Czy twoja mama wiedziała o ślubie? Tak. Zawsze miałam dobre stosunki z ma-mą. Nie miałyśmy i nadal nie mamy przed sobą żadnych tajemnic, rozmawiamy otwarcie. Wcześniej mama rozmawiała z moim mężem, a on specjalnie nauczył się dla niej mówić po polsku „Cześć mamo, jak się masz?”. A jak się porozumiewacie? W końcu w związku komunikacja jest bardzo ważna. Po angielsku. Po dwóch – trzech tygodniach pobytu na Cyprze nauczyłam się więcej niż podczas całej mojej edukacji w Polsce. "To, czy pójdę do nieba zależy od tego, czy będę dobrym człowiekiem." Jak odniesiesz się do ostatnio popu-larnego filmu w sieci, na którym Bry-tyjka przyjeżdża do swojego rodzin-nego miasta, Luton, i spotyka islam-skich ekstremistów? Jestem w wielkim szoku. Porównując boha-terów filmu i muzułmanów, których znam, są to dwa odrębne światy. Słyszymy, jak jeden z ekstremistów mówi do owej Brytyjki „Skoro nie jesteś muzułmanką, to pójdziesz do piekła”. Mój mąż natomiast

SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD

uważa, że my, chrześcijanie, tak samo jak oni mamy swojego Boga, ale tak naprawdę to jest ten sam Bóg. Jeden dla wszystkich. To, czy pójdę do nieba zależy od tego, czy będę dobrym człowiekiem. Nie od wyzna-wanej wiary. Czy widzisz zachowania charakterys-tyczne dla wyznawcy islamu w twoim mężu? Oj, tak. Na przykład nie chciałby, żebym kąpała się w bikini na plaży, aby inni mężczyźni nie patrzyli na mnie z pożą-daniem. Nie muszę chodzić zakryta od stóp do głów. Zawsze robię taki makijaż, jaki chcę, idę dokąd i kiedy chcę. Myślę, że początek związku to okres „docierania się”. Mąż chciał pokazać, że wszystko potrafi, że jest takim „macho”. Uważał, że powinnam zajmować się domem, jednak wyjaśniłam mu szybko, że nie jestem kobietą z Paki-stanu, gdzie ma rodzinę, lecz Europejką. Albo zaakceptuje moje zwyczaje, albo nie. A czy twój mąż zaakceptował chęć ochrzczenia syna? Dawid nie ma chrztu. Kiedyś zwątpiłam w Boga, dlatego stanęło na religii ojca. Chcę jednak, by syn sam wybrał sobie religię, gdy już dorośnie. Na razie chcia-łabym się skupić na tym, by wychować go na dobrego człowieka. A powszechny pogląd, że mężczyzna muzułmanin chce, aby jego syn był muzułmaninem i nie dopuszcza innej możliwości? Jest to kwestia dość często poruszana w mediach. Teraz wszystko się zmienia, np. coraz częściej Pakistańczycy biorą so-

SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD

bie za żony Europejki, w tym Polki. Poza głową rodziny męża jest moja teściowa. Nikt nie jest w stanie się jej sprzeciwić. Mężczyźni tylko kreują się na mocnych, a tak naprawdę, gdyby kobiet nie było, nie daliby sobie rady. Natomiast jeśli chodzi o kwestię dzieci – mąż twierdzi, że dziecko powinno być przy matce. Przynajmniej dopóki karmi je ona piersią. Odbiega to od wizerunku muzułma-nina kreowanego przez media. Ludzie myślą, że wszyscy muzułmanie są tacy sami. Nie każdy jest terrorystą, to są skrajne przypadki. Mój mąż nigdy nie zwrócił się do mnie z pogardą, z brakiem szacunku. Prawdziwi muzułmanie wydają się też być spokojni. Twój mąż jest Pakistańczykiem. Czy w Pakistanie nadal małżeństwa są aranżowane? Tak, nadal się to praktykuje. Jest to przydatne ze względu na interesy rodziny, np. kuzynostwo pobiera się ze sobą, gdy ich ojcowie mają dużo ziemi bądź też intratne firmy, a rodzina nie chce, by wszystko to trafiło w ręce obcych. Obecnie jednak Pakistan, jak już wcześniej wspo-mniałam, robi się bardziej otwarty. Nie praktykuje się już zabójstw honorowych, które są karalne. Czym są zabójstwa honorowe? Załóżmy sytuację, gdy żona ucieka od męża. Wtedy plami rodzinny honor i po-winno się ją ukarać. Jednak kamieniowanie czy oblewanie kwasem, jak już wspom- niałam, są obecnie rzadko spotykane, właśnie ze względu na zakazy prawne. "Mój mąż nigdy nie zwrócił się do mnie z pogardą, z brakiem szacunku." Wróćmy do małżeństw aranżowa-nych. Czy twój małżonek miał prze-znaczoną dziewczynę na żonę? Nie. Jednakże bardzo liczy się ze zdaniem rodziców. Pytał swoją mamę o zgodę na poślubienie mnie. Rodzice w islamie są świętością, zwłaszcza matka, która wydaje na świat potomstwo. Jest nie do pomy-ślenia, by znieważyć matkę. Rozmawiamy o islamskich obyczajach i Pakistanie, a co z Polską? Chciałabyś wrócić? Chciałabym, ale na obecną chwilę jest to raczej niemożliwe, ponieważ mąż nie mówi po polsku i trudno byłoby mu znaleźć u nas pracę. Sądzę, że pomyślimy o innym kraju, np. Irlandii. Niestety, czasem trzeba myśleć o innych aspektach, nie tylko sentymen-talnie. Rozmawiała: Sylwia Bałuk Fot. 1: muslimspeople (CC BY 2.0) Fot. 2: Magdalena Indrykson Podróżując po Polsce mijamy różne formy rzeźby terenu. Czasem jest płasko, czasem teren jest pofalowany, na południu mamy więcej pagórków i są góry. Na pewno każdy z nas zastanawiał się kiedyś, dlaczego większość rzek płynie w kierunku północno–zachodnim, dlaczego w niektórych regionach mamy złoża węgla, w innych złoża soli. Wszystkie odpowiedzi o etapach kształtowania się powierzchni naszego kraju są zapisane w skałach.
GEOLOGICZNA HISTORIA POLSKI
NAUKA

W poszczególnych okresach geologicznych klimat Polski zmieniał się od bardzo gorącego (który panował około 600 mln lat temu) do gorącego, by przejść w klimat umiarkowany, aż w końcu zimny i skrajnie zimny. Dowody potwierdzające takie zmiany klimatyczne są możliwe do uzy-skania między innymi poprzez rekon-strukcje paleomagnetyczne. Wiadomo, że pole magnetyczne Ziemi jest zmienne w czasie, ponadto zmienia się jego natę-żenie oraz kierunek. Lokalizacja bieguna magnetycznego nie jest stała, a bieguny co kilkanaście milionów lat zmieniają swoje położenie. Jest to zapisane w skałach – cząsteczki żelaza, które w nich występują, układają się zawsze równolegle z aktual-nym przebiegiem linii sił pola magne-tycznego. Badając próbkę skały jesteśmy w stanie odtworzyć intensywność procesów oraz ukierunkowanie pola magnetycznego w momencie ich formowania. Dzięki temu wiemy także, jak migrowała powierzchnia

NAUKA

Polski w okresie od kambru, trwającego od około 540 do 485 mln lat temu, po dzień dzisiejszy. "Duże ilości roślin zasiedlały obszary płytkowodne, co doprowadziło do powstania rozległych torfowisk i pokładów węgla kamiennego." Schyłek prekambru (około 560 mln lat temu) jest pierwszym okresem, dla którego można wiarygodnie określić klimat oraz procesy kształtujące ówczesną rzeźbę tere-nu. Jednak ślady tych procesów w znacznej części kraju (z wyjątkiem obecnych Sude-tów i Gór Świętokrzyskich) zatarte są przez metamorfizm oraz erozję. Klimat tego okresu był stosunkowo zimny i wilgotny. Kierunkiem transgresji morskiej (wcho-dzenia morza na obszary lądowe) była oś północny zachód – południowy wschód, co wiązało się z występowaniem różnych płyt litosferycznych. Obszary lądowe były pod-dane intensywnym procesom erozyjnym, przez co niewiele z nich pozostało. W kambrze zachodziły niewielkie zmiany. Obszarami lądowymi były jedynie Suwałki oraz Podlasie. Na południu wynurzały się Prakrarpaty i Prasudety, a we wczesnej fazie orogenezy kaledońskiej pojawiły się wypiętrzenia w strefie świętokrzyskiej. Występowały również zjawiska wulkanicz-ne w dotychczas płytkim morzu. W ordo-wiku (485 do 440 mln lat temu) nastąpiła kolejna transgresja morska w centralnej części obecnej Polski. Powstała geosyn-klina, czyli obniżenie dna, przez co basen morski pogłębiał się, a osady głęboko-morskie cechowały się bardzo dużą miąższością. W dalszym ciągu następowało wypiętrzanie się gór w orogenezie kale-dońskiej, które rozciągnęły się aż na sylur. Początkowo morze w tym okresie posze-rzało się i pogłębiało, jednak procesy górotwórcze doprowadziły do jego spły-cenia i ograniczenia zasięgu. Dzięki temu w ówczesnych strefach przybrzeżnych two-rzyły się osady piaskowe. Wynurzyła się strefa kielecka oraz obszar południowo– wschodniej Polski. Obszar ten do dzisiaj jest najwyżej wyniesionym fragmentem powierzchni kraju, co widać między innymi w układzie sieci rzecznej – większość naturalnych cieków płynie w kierunku północo–zachodnim. Procesy zachodzące w sylurze spowodowały pojawienie się pierwszych roślin, które wyszły z obszarów morskich na tereny lądowe. Kolejny okres, dewon (416–359 mln lat temu), charakteryzował się znacznym ociepleniem klimatu, co z kolei doprowa-dziło do zmiany natężenia różnych proce-sów geochemicznych, wpływających mię-dzy innymi na barwę skał. W klimacie ciepłym skały miały odcienie brązowe,

NAUKA

czerwone, czasem nawet żółte. Charakte-rystycznymi osadami z dewonu są czer-wone piaskowce występujące w niektórych częściach kraju i na sporych obszarach całej Ziemi. W tym czasie nadal następo-wało wynurzanie masywu mazursko–su-walskiego, Prakarpat oraz Prasudetów. W karbonie (358–298 mln lat temu) teren obecnej Polski znajdował się w strefach zwrotnikowych i podzwrotnikowych. Klimat był bardzo gorący, co umożliwiło rozwój fauny i flory ciepłolubnej. Duże ilości roślin zasiedlały obszary płytkowodne, co dopro-wadziło do powstania rozległych torfowisk i pokładów węgla kamiennego. Procesy orogeniczne z okresu karbońskiego spowo-dowały cofnięcie się morza i powiększenie obszarów lądowych. Pojawiły się strefy suche i półsuche, oddalone od zbiorników wodnych, co doprowadziło do procesów pustynnienia. Zasypane zostały pokłady węgla kamiennego. Do samego końca epokę charakteryzowały plutonizm i wulka-nizm, a skały wulkaniczne można odnaleźć w dzisiejszych Górach Świętokrzyskich. "Procesy orogeniczne z okresu karbońskiego spowodowały cofnięcie się morza i powiększenie obszarów lądowych." Perm charakteryzowała spora odległość od zbiorników wodnych. Obszar Polski nadal znajdował się w klimacie podzwrotniko-

NAUKA

wym. Lądowe zbiorniki wodne podlegały parowaniu, dzięki czemu osadzały się duże pokłady soli i gipsów. W triasie obszar lądowy nadal był rozległy. Płytkie zbiorniki wodne w całości zostały zasypane przez osady eoliczne. Pod koniec tego okresu zaczynała się tworzyć geosynklina karpacka, która przekształciła się później w ogromny łańcuch górski. "Po krótkim okresie zastojowym czoło lodowca kilkakrotnie przesuwało się do przodu i cofało, dzięki czemu powstały moreny czołowe i pradoliny, obecnie zajmujące znaczne obszary Polski niżowej." Na początku jury (201–145 mln lat temu) płyty kontynentalne rozdzieliły się i zaczął powstawać Atlantyk. Klimat stał się chło-dniejszy i wilgotny, co znów zaznaczyło się w ówczesnych osadach, mających ciemne i szare kolory. W kredzie warunki klima-tyczne w dalszym ciągu ulegały ochła-dzaniu. Początkowo następowała regresja morska (cofanie się linii brzegowej), następnie transgresja, w której morze się-gało od Koszalina po Lublin. Wynurzały się Karpaty, zaczęły się pierwsze ruchy alpejskie, które doprowadziły do powstania Tatr i Pienin. "Procesy wulkaniczne przyczyniły się do (...) powstania krateru na Górze św. Anny." Klimat na początku kenozoiku (około 60 mln lat temu) w dalszym ciągu ulegał ochładzaniu. W Polsce dominowała roślin-ność całorocznie zielona, w skałach wa-piennych pochodzących z jury występowały intensywne procesy krasowe. Deponowane były osady ilaste i piaski kwarcytowe. W środkowym kenozoiku pojawiały się kolejne ruchy orogeniczne, które dopro-wadziły do powstania licznych uskoków (między innymi tego, który oddziela Sudety od przedgórza). Procesy wulkaniczne przyczyniły się do wylewów law bazalto-wych i powstania krateru na Górze św. Anny. Karpaty silnie wypiętrzały się, przez co na przedgórzu powstały zapadliska i kotliny. Ilasty materiał przenoszony był na spore odległości, dzięki czemu przykryte zostały pokłady węgla brunatnego z ob-szarów Poznania, Konina i Bełchatowa. Górny kenozoik to plejstocen i holocen. Pierwszy z nich, trwający od 2,5 mln do 12 tys. lat temu, charakteryzował się naprze-miennymi okresami glacjalnymi i intergla-cjalnymi, czyli zlodowaceniami i okresami

NAUKA

cieplejszymi występującymi między nimi. Każdy z glacjałów można podzielić na kilka etapów. Pierwszym z nich była intensywna transgresja lodowca, gdyż klimat bardzo szybko ulegał ochładzaniu, a obfite opady śniegu nie topiły się, tylko przekształcały w lód lodowcowy, który z kolei pod wpływem własnego ciężaru rozprzestrze-niał się na wszystkie strony. Po krótkim okresie zastojowym czoło lodowca kilka-krotnie przesuwało się do przodu i cofało, dzięki czemu powstały moreny czołowe i pradoliny, obecnie zajmujące znaczne obszary Polski niżowej. W ostatniej fazie, na skutek ponownego ocieplenia klimatu, lodowiec wycofywał się przekształcając w tzw. martwy lód. Ten, topniejąc, pozo-stawiał za sobą moreny denne, jeziora wytopiskowe oraz osady wodnolodowcowe, takie jak kemy i ozy, które stanowią dobrze wysortowane piaski i w większości zostały wyeksploatowane jako materiał budowla-ny. Wraz z zakończeniem ostatniego zlodo-wacenia plejstoceńskiego (około 12 tys. lat temu) rozpoczął się holocen – epoka, która trwa do dzisiaj. Odciążenie lodem litosfery przyczyniło się do powstania osadów rzecznych, takich jak żwiry, piaski, muły i mady, osadów jeziornych, torfów oraz gleb, służących nam dzisiaj w rolnictwie i jako podłoże budowlane. Agata Andrzejak Fot. 1.: cessna5t (CC BY 2.0) Fot. 2.: kjedrych (CC BY 2.0) Fot. 3.: A. Szwarc (CC BY 2.0) Dla wielu był ikoną nie tyle sportu, co walki z przeciwnościami losu. Jego pasja i zaangażowanie pokazały wielu ludziom, że wszystko da się zrobić, jeśli tylko się chce. Dziś Oscar Pistorius znów jest na ustach całego świata, ale bynajmniej nie z powodu swoich osiągnięć sportowych.
UPADEK BOHATERA
SPORT

Oscar Pistorius przyszedł na świat w 1986 roku w Pretorii w Republice Południowej Afryki. Od urodzenia zmagał się z wro-dzonymi wadami kończyn dolnych, wsku-tek których już w wieku jedenastu miesięcy przeszedł amputację obu nóg. Kalectwo nie przeszkodziło mu jednak w uprawianiu różnych dyscyplin sportu: rugby, tenisa, piłki wodnej, boksu czy zapasów. Upór i wytrwałość pozwoliły mu także rozpocząć karierę sportową. Od 2004 roku startował w zawodach przeznaczonych dla niepełno-sprawnych. W 2005 roku zdobył mis-trzostwo świata paraolimpijczyków w biegu na 100 i 200 metrów (pobijając rekord świata na drugim z nich). Rok później jako pierwszy w historii niepełnosprawny biegacz wystąpił w zawo-dach z pełnosprawnymi zawodnikami. Wśród paraolimpijczyków był niezrównany, dlatego czując potrzebę rywalizacji z szyb-

SPORT "Niezależnie od tego, jakim wynikiem zakończy się proces Oscara Pistoriusa, jednego możemy być pewni: kolejna ikona sportu upadnie."

szymi zawodnikami rozpoczął starania o dopuszczenie go do startu w Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku. Wiele kontrowersji wywołały jednak badania nau-kowców, którzy stwierdzili, że wykonane z włókna węglowego protezy dają mu prze-wagę nad w pełni sprawnymi sportowcami. Mimo to Trybunał Arbitrażowy przy Między-narodowym Komitecie Olimpijskim wydał werdykt, w którym pozwolono Pistoriusowi wziąć udział w igrzyskach. Do spełnienia pozostał jeden warunek: minimum olimpij-skie. Niestety w jego najlepszym występie do minimum zabrakło mu 0,7 sekundy, dlatego też został pozbawiony szans na indywidualny start w igrzyskach. Na otarcie łez wywalczył trzy złote medale na Para-olimpiadzie: w biegach na 100, 200 i 400 metrów. Z powodu niepowodzenia operacji „Pekin”, obsesją Pistoriusa stał się występ w Lon-dynie. W 2011 roku wywalczył minimum na Mistrzostwa Świata w Daegu, które jednak zakończyły się rozczarowującym dla niego rezultatem. W roku olimpijskim 2012 udało mu się wreszcie uzyskać minimum niezbędne do startu w igrzyskach. Wystar-tował w biegu na 400 metrów i stał się pierwszym w historii paraolimpijczykiem po amputacji obu kończyn dolnych, który wziął udział w igrzyskach olimpijskich. Z londyńskiej paraolimpiady wrócił nato-miast z trzema medalami: dwoma złotymi i srebrnym. 14 lutego 2013 roku światem wstrząsnęła wiadomość o tym, że Oscar Pistorius zas-trzelił swoja narzeczoną. Wybranka biega-

SPORT

cza, 30–letnia Reevy Steenkamp, została trzykrotnie postrzelona i zmarła w wyniku obrażeń. Podejrzanym natychmiast stał się przebywający z nią wówczas w ich wspól-nym domu Pistorius. Sportowiec został aresztowany. W sądzie w Pretorii usłyszał zarzut morderstwa z premedytacją, a za taki czyn grozi mu dożywotnie pozbawienie wolności. Ze względu na roztrzęsienie i zły stan psychiczny sportowca, na jednej z rozpraw jego oświadczenie odczytał obrońca. Pistorius twierdzi, że obudził się w nocy i usłyszał hałas w łazience. Za-niepokojony oddał cztery strzały przez drzwi. Gdy zauważył, że narzeczonej nie ma w łóżku, wyłamał je i znalazł Reevy postrzeloną. Prowadzone dochodzenie uja-wniło też kilka interesujących faktów, między innymi obecność sterydów ana-bolicznych w domu Pistoriusa. Zdaniem specjalistów efektem ubocznym brania środków dopingujących mogły być agre-sywne zachowania. "Z powodu niepowodzenia operacji „Pekin”, obsesją Pistoriusa stał się występ w Londynie." Jeżeli zabójstwo dokonane przez Oscara Pistoriusa to prawda, a wiele na to wska-zuje, to kolejna wspaniała historia o zma-ganiach sportowca z przeciwnościami losu nie zakończy się happy endem. Kilka tygo- dnit temu dowiedzieliśmy się o tym, że będący symbolem walki z rakiem Lance Armstrong zażywał doping, dzięki czemu po powrocie do sportu zdołał kilkukrotnie wygrać Tour de France. Pomimo jego tłumaczeń, w których zapewniał, że wszy-scy brali, dla wielu przestał być wzorem siły i wytrwałości, a stał się jedynie jednym z wielu, kolejnym „nieczystym”. Z Pisto-riusem może być podobnie, bo przez lata prób i zmagań z kalectwem pokazał, że wola walki i pewne samozaparcie może w końcu umożliwić osiągnięcie nawet bar-dzo trudnego celu. Mimo braku sukcesów w zmaganiach dla pełnosprawnych, sam fakt, że udało mu się w nich wystartować, świadczy o determinacji Pistoriusa. Sytu-acja może okazać się fatalna w skutkach nie tylko dla samego sportowca, ale też dla jego sponsorów. Nike, gigant na rynku akcesoriów sportowych, od lat wspierał Pistoriusa i towarzyszył jego podróży ku igrzyskom olimpijskim. Teraz firma z pew-nością straci grube miliardy, a przypom-nijmy, że Nike był także sponsorem Lance Armstronga i wspierał jego kampanię walki z rakiem. Dla mnie Pistorius nigdy nie był wzorem czy idolem. Nie śledziłem jego wyników, nie interesowały mnie jego zmagania o uzyskanie możliwości startu w igrzyskach dla pełnosprawnych. Twierdziłem, że jego protezy dają mu pewną przewagę nad resztą stawki, dlatego nie byłem spe-cjalnym zwolennikiem jego rywalizacji z w pełni sprawnymi zawodnikami. Mimo

SPORT

to, gdy zobaczyłem na bieżni olimpijskiej chłopaka z dwoma protezami zamiast nóg, pośród kilkunastu wytrenowanych do gra-nic możliwości herosów, coś we mnie drgnęło. I doszedłem do wniosku, że Pis-torius właśnie o to walczył przez całą karierę – by pokazać innym niepełno-sprawnym - ale nie tylko im - że można spełnić nawet najskrytsze i najbardziej niesamowite marzenia. Wystarczy chcieć i poświęcić temu swoje życie. Tym bardziej teraz żal mi Pistoriusa, bowiem w jednej chwili zaprzepaścił lata swojej pracy. Nie będzie już postrzegany jako bohater, któremu się udało, a jako ten, który stoczył się jak wielu innych. "Sytuacja może okazać się fatalna w skutkach nie tylko dla samego sportowca, ale też dla jego sponsorów." Niezależnie od tego, jakim wynikiem za-kończy się proces Oscara Pistoriusa, jednego możemy być pewni: kolejna ikona sportu upadnie. Od przebiegu procesu zależy teraz, czy będzie to upadek cichy i delikatny, czy z hukiem – jeden z najgłośniejszych w historii. Maciej Wdowiarski Fot. 2.: Jim Thurston (CC BYSA 2.0.) Fot. 1, 3.: ashjohnson (CC BY 2.0)

OKIEM WIDGETA