Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












ODROBINA MOBILIZACJI

Outro Ogólnopolska gazeta młodzieżowa Wydawca: Fundacja Nowe Media Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Sekretarz redakcji: Marek Suska Korekta: Martyna Kłopeć, Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Anna Kubaczkowska Szefowie działów: Aleksandra Bieniek (kultura) Elżbieta Janota (filmowo - literacki) Magdalena Kondracka (społeczeństwo) Maciej Kulina (sport) Piotr Kulessa (finanse) Magdalena Kelniarz (korekta) Paula Wyciślok (foto) Projekt okładki: HINT Intermedia Zdjecie: AZRainman Fotoedycja: Dorota Stach Grafiki: Angelika Marchewka

Nie jest łatwo. Zimno na dworze, kla-syfikacja semestralna, sesja. Po świę-tach i sylwestrze, kiedy mogliśmy na chwilę oderwać się od całego świata, ów świat z całym impetem zwalił nam się na głowę. Okazuje się jednak, że człowiek jest w sta-nie zrobić 200% normy. – "Presja czasu inspiruje", powiedział ktoś z redakcji, mając 10 minut na napisanie tekstu. „Terminy w redakcji są straszne!” – żalił się z kolei sekretarz redakcji, dzielnie stwier-dzając, że od 6 rano może przecież poprawić najnowszy numer. Tym razem wszystkie terminy dały nam się we znaki, co zaowocowało... jeszcze bardziej dopra-cowanym wydaniem. Już nie tylko nowa oprawa graficzna, ale też nowe makiety i wiele ulepszeń w tekstach – to wszystko ma za zadanie zapewnienia Wam chwili wytchnienia, oderwania od rzeczywistości. Odłóżcie na chwilę książki, zostawcie notatki na biurku, przeczytajcie o muzyce, filmach, sporcie. Przygotowaliśmy dla Was reportaże, wywiady, zapowiedzi wydarzeń kulturalnych. Wszystko po to, żeby łatwiej było zrobić plany na nadchodzące ferie. Wszystkim gimnazjalistom i licealistom ży-czymy udanego wypoczynku, a studentom przypominamy – wystarczy się jeszcze trochę zmobilizować, a potem… znowu cztery miesiące wolnego! MiK

Spis treści

Wokół kultury Strona 6 Muzyczne podsumowanie roku Strona 10 Pearl Jam Strona 12 Nieznane legendy muzyki – Television Strona 14 Notka biograficzna - Selma Lagerlof Strona 16 Wystarczy mi roboty do końca życia Strona 18 Cinemaniak Strona 19 Wcielone zło Strona 21 Kolorowa wydmuszka Strona 23 Kłamliwy macho Strona 25 Która złota statuetka? Strona 27 Co w kinie piszczy? Strona 29 Złote Globy Strona 31 Capitain, my capitain Strona 32 Magnaci animacji Strona 38 Nie kabluj Strona 43 Chwała mojego ojca, zamek mojej matki Strona 45 Kotom wszystko wolno Strona 47 I solennie obiecuję, że w 2011 roku Strona 53 Mam przed sobą jeszcze długą drogę Strona 56 Kwiat pustyni Strona 59 Po co nam giełda? Strona 62 Życie na biało Strona 64 WOŚP od kuchni Strona 68 Facet polski Strona 71 Zza muru Strona 74 Kryptonim: Bublebee Strona 78 Piłkarscy samurajowie Strona 80 Selekcjoner zna moje nazwisko Strona 84 Czarodziej Nene Strona 90 Zaoczna polska szkoła bramkarska Strona 93 W Polsce powinna istnieć jedna myśl szkoleniowa Strona 96 Prawdziwie męski problem Strona 98 Qmam the Best Strona 99 Życie na biało Facet polski Selekcjoner zna moje zazwisko Piłkarscy samurajowie Magnaci animacji

Teksty polecane

Jak niedaleko jest od zwykłej ciekawości do zrujnowania życia sobie i swoim najbliższym wiedzą na pewno ci, którzy w którymś momencie swojego życia sięgają po narkotyki. Świat białego proszku i strzykawek przybliża Natalia Grzmil. Na jakiego mężczyznę skazana jest przeciętna Polka? I skąd wzięło się stwierdzenie, że większość naszych pańow to "syci debile"? Z Waldemarem Sobotą, piłkarzem Śląska Wrocław o dotychczasowych osiągnięciach, marzeniach i planach na przyszłość rozmawiał Rafał Guzik. Kraj Kwitnącej Wiśni nie od dziś cieszy się sławą prawdziwego potentata nowych technologii. Czy jednak jesteśmy światkami przełomu, po którym Daleki Wschód zdominuje Europę również pod względem piłkarskim? Disney, Pixar i DreamWorks - te nazwy słyszał chyba każdy widz kinowy. O rozwoju, wzlotach i upadkach wych wytwórni pisze Anna Wodzicka. WOKÓŁ KULTURY
Akustyczeń 2011
Wokół kultury

Festiwal Akustyczeń pomimo swej nazwy nie odbywa się tylko jednego miesiąca. Następują po nim projekty w kolejnych: Akustyczeń Lutuje, Klezmarzec oraz Maj Session. W programie znajdują się recitale kameralne, tradycyjne, unplugged (bez użycia prądu), koncerty elektroniczne, elektryczne, akustyczne. Festiwal otworzy 15 stycznia koncert Letters From Silence w studiu S-1 polskiego Radia Szczecin. Jednym z ciekawszych punktów będzie zdecydowanie projekt Metale Lekkie, prze-obrażający ciężkie metalowo - hardcore'owo - funkowe brzmienia na akustyczne. Wys-tąpią CarPets oraz DJ Musk. Oprócz tego będzie można wziąć udział w recitalu Piotra Bukartyka, koncercie energetycznym Łąki Łan, projekcie Supersam: Budyń, Bajzel oraz jedna pani z publiczności, a także Młynarski Plays Młynarski, podczas którego Jan Młynarski wykona utwory swojego ojca Wojciecha w nowych aranżacjach szeregu

Wokół kultury

artystów, między innymi Mariana Wrób-lewskiego czy Gaby Kulki. Atutem festiwalu jest to, że występy odbędą się w wielu różnych miejscach, od studia koncerto-wego po kawiarnie i budynki uczelni. Białoruś wielu kultur Pod tym tytułem kryje się pokonkursowa wystawa prac młodych Białorusinów, która może być ciekawa ze względu na ostatnie wydarzenia w ich ojczyźnie. Zadaniem uczestników było sfotografowanie najpięk-niejszych zabytków czy historycznych miejsc ich kraju. Ekspozycję będzie można zwiedzać w Centrum Kultury Katowice im. K. Bochenek od 20 stycznia do 20 lutego. Wernisaż uświetni recital Agnieszki Błońskiej. Zabawki i zabaweczki Marek Wagner jest absolwentem Państ-wowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi. Jeszcze będąc dzieckiem czerpał inspiracje ze zwykłych zabawek. Z czasem stały się dla niego materiałem do prac. Tworzy, wykorzystując niepotrzebne niko-mu stare przedmioty: wózki dla lalek, taborety, fragmenty mebli. Ofiarowuje im nowe życie i nadaje nowy charakter: łączy z innymi obiektami, wtapia w plastik, przymocowuje kółka. Dość oryginalnym i zaskakującym efektem jest wystawa "Za-bawki i zabaweczki" w Galerii BB we Wrocławiu, dostępna dla zwiedzających od 24 stycznia do 5 marca. Mury Hebronu 19 i 20 stycznia o godzinie 20 w Teatrze Muzycznym CAPITOL we Wrocławiu odbę-dzie się spektakl "Mury Hebronu". Przedstawienie jest muzyczną adaptacją powieści Andrzeja Stasiuka. Według reżysera, Cezarego Studniaka, jest to stan poszukiwania człowieczeństwa i jego sensu w ekstremalnych warunkach. Tematem jest wolność, a szczególnie to, jak jest ona postrzegana przez osoby więzione, nie stanowiące same o sobie. Staje się to punktem wyjścia do rozważań na temat ograniczeń ludzkości w dzisiejszym świecie, drobiazgów, ale i większych kłopotów, uniemożliwiających człowiekowi swobodne funkcjonowanie. Bilety w cenie 25 zł do nabycia w kasie biletowej teatru. (Be)Longing Wystawa fotografii Rafała Łukawieckiego "(Be)Longing" to jego debiut. Na czarno-białych ręcznie wywołanych zdjęciach wy-konanych techniką srebrożelatyny znajdują się pustynne oraz skaliste krajobrazy zachodniej części Ameryki Północnej. Ar-tysta doskonale uchwycił piękno, zło-wrogość oraz magnetyzm tych miejsc. Zastanawia się, co, pomimo niebez-pieczeństw, przyciąga ludzi na pustynię. Wystawa czynna w Muzeum Witrażu w Krakowie do 9 marca. Rosyjskie ballady i romanse 21 stycznia o godzinie 19 w Centrum Sztuki i Tańca KokkoArt odbędzie się recital

Wokół kultury

rosyjskich romantycznych ballad. Piosenki wykona Igor Slavich, poeta, kompozytor, pieśniarz, wielokrotny laureat przeglądów poezji śpiewanej zarówno w Rosji jak i w Polsce. Współpracował z wieloma polskimi artystami (Ryszardem Rynkows-kim, Danielem Olbrychskim) i teatrami (Teatr Mały, Teatr Na Ochocie, Stara Prochownia). Koncertowi towarzyszyć bę-dzie wystawa Maliny Kokoszczyńskiej. "Zagubienie - Poszukiwanie - Odnalezienie" to odważnie namalowane, pełne koloru, wyraziste portrety ludzi przyłapanych na chwili zamyślenia, głębszej refleksji. W rytmie "W rytmie" to wystawa inspirowana tańcem całego świata - od prymitywnego do współczesnego. Justyna Grzebieniowska za pomocą farby i pędzla próbuje uchwycić na płótnie ruch, muzykę oraz emocje towa-rzyszące tańcowi. Odkrywa przeróżne epoki i style. Wybierając zaledwie jedną barwę dla każdego obrazu, artystka doskonale opisuje i oddaje charakter tańca. Swoje prace nazywa "malarskimi choreografiami". Ekspozycję można oglądać do 23 stycznia w toruńskiej Wozowni. Era Nowe Horyzonty Tournée Tournée Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Era Nowe Horyzonty potrwa do 20 marca i zagości w dziesięciu polskich miastach. Widzowie będą mogli obejrzeć nagrodzone w konkursie obrazy: "Zwyczaj-na historia" – Grand Prix dla najlepszego filmu w konkursie głównym, "Le

Wokół kultury

quattro volte" – nagroda publiczności, "I tak nie zależy nam na muzyce" – najlepszy spośród Filmów o sztuce oraz "Mama" doceniony przez krytyków. MFF ENH promuje wartościowe kino i jest okazją do poznania dzieł rzadko pokazywanych w Polsce. W czasie festiwalu można zobaczyć filmy najznakomitszych twórców, którzy nagrody odbierali w Wenecji, Cannes czy Berlinie. Tournée odwiedzi jeszcze Poz-nań, Wrocław, Katowice, Toruń i Białystok. Ścigając zło Wszystkim znane piosenki z filmów o Jamesie Bondzie stały się tematem rewii sensacyjnej "Ścigając zło", której premiera odbędzie się 27 stycznia o godzinie 20 w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Spektakl Teatru Capitol w reżyserii Konrada Imieli to feeria barw, kosztownych kostiumów, prawdziwie szpiegowskich gadżetów, his-torie zapożyczone z filmów o agencie 007, zbrodnie, a także duża dawka dobrego humoru. Przeboje - "Goldeneye", "From Russia with Love", "The World is Not Enough" - zostaną wykonane przez Ewelinę Adamską - Popczyk, Justynę Antoniak, Elżbietę Kłosińską, Tomasza Leszczyńs-kiego, Cezarego Studniaka oraz innych. Kolejne przedstawienia odbędą się 28 i 30 stycznia o godzinie 20 oraz 29 o godzinie 17 i 20. Bilety w cenie od 55 do 30 zł. Aleksandra Bieniek fot. 2 Ana Montesinos fot. 3 Donar Reiskoffer MUZYCZNE PODSUMOWANIE ROKU

Muzyka Rok 2010 mamy już za sobą. Przez tych długich dwanaście miesięcy działo się naprawdę wiele w muzycznym świecie. Wielkie trasy koncertowe, festiwale – a to naprawdę nie wszystko. Dlatego czas to podsumować. Na pierwszym miejscu pojawił się Justin Bieber, którego klip do "Baby" obejrzano 409 milionów razy. Młody wokalista pojawił się jeszcze w ran-kingu na 6, 7 i 9 miejscu. fot. Kevin Aranibar

Serwis YouTube opublikował ostatnio ran-king 10 najczęściej oglądanych w 2010 roku teledysków. Na pierwszym miejscu pojawił się Justin Bieber, którego klip do "Baby" obejrzano 409 milionów razy. Młody wokalista pojawił się jeszcze w rankingu na 6, 7 i 9 miejscu. Drugą lokatę zajęła Shakira z hymnem mundialu w RPA – "Waka waka" – który zanotował 260 milionów wejść. Na trzecim miejscu uplasował się Eminem i Rihanna z teledyskiem do "Love the way you lie", który był wyświetlany 230 milionów razy. Największą przegraną rankingu okazała się Lady Gaga, której klipy uplasowały się dopiero na 8 i 10 pozycji. Ranking YouTube jednak nie do końca odzwierciedla popularność artystów. Otóż „przegrana” Lady Gaga jest nominowana do 6 nagród Grammy, zdobyła 5 statuetek World Music Awards (Bieber był nominowany tylko w dwóch kategoriach i nie zdobył żadnej nagrody). Trzy nagrody WMA zdobył David Guetta – najlepszy DJ, najlepszy producent i najlepszy francuski artysta. Nie można się nie zgodzić, że w tym roku to właśnie jego muzyka królowała na parkietach. Chyba pomogło to, że postawił na komercję. Każdy singiel stawał się wielkim hitem. Trzy nagrody otrzymała formacja Black Eyed Peas - najlepszy artysta r&b, hip hopowy i popowy. Największą przegraną tutaj okazała się Rihanna, która nie otrzymała żadnej statuetki. Jeśli chodzi o najlepszą płytę wydaną w 2010, do Grammy nominowane są: "Recovery" Eminema, "The Fame Monster" Lady Gagi, "Teenage Dream" Katy Perry, "Need you now" Lady Antebellum oraz "The Suburbs" Arcade Fire. Najbardziej prawdopodobnymi zwycięzcami wydają

Muzyka fot. Naomi Lir Największą trasą koncertową może się pochwalić wspominana tu już wielokrotnie panna Gaga. W ramach "The Monster Ball Tour" promują-cej album "The Fame Monster", Włoszka da 158 koncertów, a sama trasa koncertowa potrwa ok. 1,5 roku.

się być Lady Gaga lub Eminem. Największą trasą koncertową może się pochwalić wspominana tu już wielokrotnie panna Gaga. W ramach "The Monster Ball Tour" promującej album "The Fame Monster", Włoszka da 158 koncertów, a sama trasa koncertowa potrwa ok. 1,5 roku. Artystka odwiedziła również Polskę (26.11.10 w Hali Gdańsk/Sopot). Warto także wspomnieć o koncercie, który odbył się 27.05.2010 na warszawskim Be-mowie. Po 20 latach oczekiwania w Polsce wystąpił australijski zespół AC/DC. Na kon-cercie pojawiło się 65 tysięcy fanów le-gendarnej formacji. Warto przypomnieć o Mayday. Organiza-torzy zadbali o wszystkich miłośników mini-mal techno i house’u i otworzyli trzecią scenę – Ballroom. Na jedenastej edycji eventu w Polsce na scenie wystąpiło 35 DJ'ów – tego jeszcze nigdy nie było. Trzeba też wspomnieć o Loveparade w Duisburgu. Tragedia, która wydarzyła się na festiwalu, jest nie do opisania. Zapo-wiadał się jeden z najlepszych eventów elektronicznych 2010, a zginęło 21 osób, ponad 500 było rannych. O tym wyda-rzeniu również trzeba pamiętać, żeby robić wszystko, by taka tragedia się nie powtórzyła. To oczywiście tylko niektóre wydarzenia, które na długo pozostaną w naszej pa-mięci. Można prognozować, że artyści, którzy królowali w 2010, dalej będą utrzy-mywać się wysoko w 2011. Co jednak przyniesie nowy rok, zobaczymy. Sandra Kałuża PEARL JAM

Muzyka fot. Guille.17

Muzyka ma siłę. Najlepszym przyk-ładem tego jest ten zespół. Za sprawą niesamowitego głosu wokalisty – Eddiego Veddera – potrafią porwać miliony. Pearl Jam oficjalnie powstał 22 paź-dziernika 1990 roku, jednak ich początki były bardziej skomplikowane. Wszystko zaczęło się od spotkania trzech obecnych członków grupy w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Stone Gossard i Mike McCready (gitarzyści) oraz Jeff Ament (basista) w 1984 roku postanowili założyć zespół o nazwie Green River, teraz uwa-żany za jednego z prekursorów muzyki grunge. Trzy lata później dołączył do nich Andrew Wood. Wówczas zmienili nazwę na Mother Love Bone. Zespół zjednał sobie wielu fanów, niestety Andrew po prze-dawkowaniu heroiny zmarł przed premierą ich drugiego albumu „Apple”. Jego śmierć wstrząsnęła wieloma muzykami, którzy go znali. Zespół Alice in Chains nagrał pio-senkę poświęconą artyście pod tytułem „Would?”. Mother Love Bone rozpadł się, ale szybko powstał kolejny zespół: Temple of the Dog. Album, który wydali również nosił nazwę „Temple of the Dog”, był poświęcony Andrew Woodowi. Równocześ-nie McCready, Ament, Cameron (perkusista Soundgarden oraz Pearl Jam) i Gossard nagrali kilka piosenek - brakowało im jed-nak wokalisty. Zaczęli szukać także per-kusisty, który chciałby grać w ich zespole na stałe. Tak trafili do Jacka Ironsa, który wysłał ich demo do swojego znajomego - Eddiego Veddera. Eddie przesłuchał instru-mentalne wersje, napisał tekst i dograł

Muzyka

swój wokal na kasetę od Ironsa. Tak pows-tały piosenki „Once”, „Alive” oraz „Foot-steps”. Eddie został oczywiście przyjęty do zespołu. Ich pierwszy koncert (jeszcze pod nazwą Mookie Balylock) odbył się w klubie Off Ramp w Seattle. Później grupa zmieniła nazwę na znane nam Pearl Jam. Muzycy nie próżnują, w styczniu 1991 roku wyruszają w trasę jako support Alice in Chains. Wówczas oczarowali publiczność swoim niesamowitym brzmieniem. 28 sierpnia 1991 roku pojawia się ich pierw-szy album zatytułowany „Ten”. Nazwa ta podobno ma symbolizować liczbę rąk, które stworzyły tę płytę. Tematem prze-wodnim płyty jest śmierć i mordercy, pojawiają się również wątki autobio-graficzne z życia Eddiego. Kolejny krążek odnosi ogromny sukces. Sprzedaje się w prawie milionowym nakładzie, a zespół zostaje uhonorowany wieloma nagrodami: najlepszy artysta roku, najlepszy zespół, najlepszy wokalista, nadzieja roku 1994, najlepszy autor tekstów i najlepszy tele-dysk - a wszystko to w ciągu jednego roku. Zespół prawie się rozpadł po tragicznej śmierci Kurta Cobaina. Eddie Vedder był tak przygnębiony, że chciał na zawsze zrezygnować z muzyki. Na szczęście po wielu tygodniach wrócił do tworzenia. Od tamtej pory wokalista zmienił się nie do poznania. Przestał udzielać wywiadów, a podczas koncertów często był pijany. Nie potrafił uwierzyć w śmierć Kurta i powie-dział, że był pewien, że to właśnie on bę-dzie pierwszy, nie Cobain. Pearl Jam wypowiedział wojnę firmie Ticketmaster, oskarżając ją o narzucanie zbyt wysokich cen biletów. Dopiero po dwóch latach udaje im się wyruszyć w tra-sę koncertową. Zespół nie poddał się, pomimo że nic już więcej nie osiągnął, a Eddiemu zarzucano liczne kłamstwa na temat przeszłości. W 1998 roku wydali swój piąty album: „Yield”. Wbrew krytyce i nieprzychylnym opiniom zespół istnieje do dzisiaj, nagrywa płyty i koncertuje. Jest to zasługa wybitnych muzyków, członków grupy, oraz tego, że Eddie Vedder od zawsze sam tworzył swoje teksty, w których widać, że jest prawdzi-wym artystą. Pisał i pisze o tym, co czuje oraz o wydarzeniach, które na niego wpłynęły. Dowodem na to mogą być piosenki napisane na cześć Kurta Cobaina, Layne’a Stanleya czy Johnego Ramone. Zespół dał również koncert pomagając rodzinom ofiar tragedii 11 września 2001 roku. Grali również dla ofiar huraganu Katrina. Ich ostatnia płyta „Backspacer” nawiązuje do słynnego żółwia i ma zwrócić uwagę na zagrożenia czyhające na wędru-jące żółwie olbrzymie. Stało się tak praw-dopodobnie dlatego, że wokalista jest zagorzałym obrońcą praw zwierząt. Od niedawna Eddie Vedder daje również kon-certy solowe, bez zespołu. Pearl Jam na pewno jest kapelą którą powinno się znać. Myślę, że śmiało można ich nazwać żywą legendą, ponieważ ich wkład w muzykę rockową był i jest ogromny. Emilia Figurniak Rok 1974. Fanów muzyki powoli zaczęły nudzić długie solówki czy spokojna, bluesowa linia melodyczna. Ten dzień zapowiadał się jak każdy inny. W znanym, nowojorskim klubie CBGB, znajdującym się przy ulicy Bowery, miał wystąpić nikomu nieznany zespół Television. Niewielka grupa widzów oraz dziennikarzy zgromadziła się przy scenie, licząc na kolejną kapelę grającą country. Jak się okazało, na niejednej twarzy zauważyć można było zdziwienie. Myślę, że nikt nie był świadomy, jak to wydarzenie zmieni losy muzyki w Nowym Jorku. I nie tylko.
NIEZNANE LEGENDY MUZYKI - TELEVISION
Muzyka

Zespół nie wyróżniał się niczym szcze-gólnym. Podczas koncertów nie organizo-wano bójek, muzycy nie rozwalali gitar, a ich stroje nie przypominały kostiumów rodem z horrorów. Może dlatego przemk-nęli przez lata ’70 lekko niezauważeni i niedocenieni. Co ciekawe, większy sukces osiągnęli w Europie niż w Stanach Zjed-noczonych. Jedno jest pewne: w tamtych czasach byli jak jeden, wielki i czytelny drogowskaz dla młodych, pączkujących kapel rockowych, które nie do końca wiedziały, jak zainteresować publikę. To właśnie Television zainicjowali wielką falę punk rocka i new wave’u. Ich koncert przyciągnął na scenę klubu CBGB takie marki jak Ramones, Misfits, czy Blondie. Założycielami i pomysłodawcami byli Richard Hell (bas, wokal) i Tom Verlaine (gitara, wokal). Artyści doskonale się znali - uczęszczali do tej samej szkoły średniej. Początkowo nazywali się Neon Boys. Skład uzupełniał perkusista Billy Ficca. Pod koniec 1973 roku do kapeli dołączył drugi gitarzysta Richard Lloyd, a zespół zmienił pierwotną nazwę na Television. Ich dzia-łalność obracała się wokół koncertów w CBGB. Mimo wszystko, udało się poszerzyć horyzonty, co zaowocowało kon-certami w klubie Max’s Kansas City. W 1975 roku doszło do małego spięcia między założycielami – Hellem i Verlaine’m. Tomowi nie podobał się styl Richarda. Na koncertach nie grano ulubionych utworów

Muzyka

basisty, co poskutkowało szybkim rozsta-niem z kapelą. Można powiedzieć, że Hell podjął dobrą decyzję, gdyż doprowadziło to do utworzenia kolejnego, świetnego zes-połu – The Heartbreakers. Tymczasem miejsce Richarda w Television zajął basista zespołu Blondie – Fred Smith. W 1978 roku zakończono pięcioletnią działalność zespołu, podczas której udało się nagrać dwa bardzo dobre albumy – Marquee Moon i Adventure. Utwory za-mieszczone na płytach charakteryzują się w miarę spokojną linią melodyczną ze świetnym wokalem. Z pewnością nie są to dokonania na miarę Sex Pistols, co jednak nie przekreśla ostatecznego efektu. Oso-biście polecam odsłuchiwanie krążków podczas spokojnych i samotnych wie-czorów. Czternaście lat później udało się wznowić działalność Television. Po kilku ener-gicznych koncertach zdecydowano się na nagranie kolejnego, trzeciego studyjnego albumu. Nazwany został dokładnie tak samo jak sam zespół, czyli Television. W 2007 roku swoje odejście ogłosił gita-rzysta Richard Lloyd. Kapela grywa do dzisiaj, a miejsce Lloyda zajmuje Jimmy Rip. Maciej Kulina Selma Lagerlöf jest pierwszą w historii Laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Akademia Szwedzka przyznała ją swojej rodaczce „za obecny w jej pismach wzniosły idealizm, żywą wyobraźnię oraz duchowe postrzeganie”. W tym miesiącu przyjrzymy się życiu pierwszej kobiety, której litera- ckie dokonania zostały docenione przez noblowski komitet.
Notka Biograficzna Laureatki Literackiej Nagrody Nobla SELMA LAGERLOF
Notka biograficzna

Żywa Wyobraźnia Selma Lagerlöf urodziła się 20 listopada 1858 w Mårbacka w Värmland w połud-niowej Szwecji. Była czwartym dzieckiem porucznika Erika Gustafa Lagerlöfa, który od najmłodszych lat był dla swojej córki mentorem. Początkowo przyszła noblistka uczyła się w domu pod okiem ojca i babki, którzy opowiadali jej fantastyczne historie, bajki, baśnie i legendy pełne wspaniałych bohaterów, zabobonów i niezwykłych wydarzeń. Wszystko to w otoczeniu mroź-nej i tajemniczej krainy Varmland kształtowało żywą wyobraźnię autorki. Późniejsze wykształcenie odebrała w Royal Women's Superior Training Academy. To właśnie tam rozpoczęła pracę nad pierwszą i zarazem najważniejszą powieścią w swo-im literackim dorobku. Książka nosiła tytuł „Gösta Berling”. Dzieło powstało w duchu neoromantyzmu, konsekwentnie sprzeci-wiając się realistycznym konwencjom, którym hołdowali ówcześni pisarze. Wilki,

Notka biograficzna

duchy, niezwykłe postaci, magia i lokalne zwyczaje – wszystkie te elementy zostały przepięknie opisane przez Selmę Lagerlöf. Dzięki wygranej w konkursie udało jej się opublikować całą książkę i tym samym zwrócić na siebie uwagę krytyków i czytel-ników. Wzniosły Idealizm „Gösta Berling” ukazał się drukiem w 1906 roku. Trzy lata później Selma Lagerlöf odebrała, jako pierwsza kobieta w historii, Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Dzięki finansowemu wsparciu Fredriki Limnell, znanej w Szwecji feministki i mecenaski sztuk, Lagerlöf mogła porzucić zawód nauczycielki, który do tej pory wykonywała, by móc zająć się pisaniem. Od tej pory jej życie obracało się wokół literatury, a ona sama była w stanie utrzymać się ze swojego pisarstwa. Nie tylko jej pierwsza powieść była przyczyną tak wielkiego sukcesu. Ogromnym powo-dzeniem cieszyła się również „Cudowna Podróż” inspirowana prozą Kiplinga, której odbiorcami były głównie dzieci mogące wspólnie z bohaterem Nilsem przeżywać niezwykłe przygody. Dzięki stypendium świeżo upieczona noblistka miała możliwość podróżować i odwiedzać różne zakątki świata, mogące służyć za inspirację dla jej książek. Duchowe Postrzeganie W 1914 Selma Lagerlöf została członkiem ciała przyznającego Nagrodę Nobla w dzie-dzinie literatury – Akademii Szwedzkiej. Podkreśliło to jej prestiż jako autorki. Jednak mimo swojej popularności, pamię-tała o innych, mając z pewnością w pa-mięci swoje ubogie dzieciństwo. Na początku II wojny światowej postanowiła wesprzeć Finlandię atakowaną w tym czasie przez wojska radzieckie. Rząd Finlandii dostał w prezencie od szwedzkiej autorki jej medal noblowski i złoty medal Akademii Szwedzkiej, by zdobyć fundusze na dalszą walkę i kontynuowanie zbrojeń. Rząd Finlandii, poruszony gestem szwedz-kiej pisarki, potrzebne środki zdobył innymi drogami i odesłał Selmie Lagerlöf jej medale. Pierwsza noblistka pomagała także niemieckim artystom w ucieczce z ich rodzinnego kraju, w którym byli prześla-dowani przez nazistów. Udało jej się nawet załatwić szwedzką wizę dla poetki Nelly Sachs i tym samym uratowała ją przed obozem koncentracyjnym. Selma Lagerlöf zmarła 16 marca 1940 roku. Obecnie w jej domu w Mårbacka znajduje się muzeum artystki, a od 1991 roku portret Selmy Lagerlöf znajduje się na szwedzkim banknocie 20-koronowym. Cho-ciaż od śmierci pierwszej laureatki literackiej Nagrody Nobla minęło już ponad siedemdziesiąt lat, to jej twórczość do tej pory cieszy się popularnością, zarówno w Szwecji, jak i na całym świecie. Paulina Rzymanek "WYSTARCZY MI ROBOTY

Muzyka fot. Krzysztof Socha "Ja cały czas mam coś do roboty. Nie szukam tych tematów na siłę, tylko pewnego dnia po prostu budzę się i czuję, że jest coś, co aktualnie chcę zrobić."

DO KOŃCA ŻYCIA" Trzy pytania do Martyny Wojciechowskiej Sport, motoryzacja… To nie-typowe pasje jak na kobietę… Ale też już je zarzuciłam, praw-dę powiedziawszy. Zaintereso-wałam się motoryzacją jeszcze jako dziecko i trochę w tej dziedzinie udało mi się zrobić. Oczywiście najważniejszym wy-darzeniem był dla mnie Rajd Dakar. Teraz motocyklem jeż-dżę jedynie do pracy, nie ścigam się już, bo nie odczu-wam takiej potrzeby. Do wy-czynowego ścigania się już nie wrócę. Wspomniany Rajd Dakar oraz zdobycie „Korony Zie-mi” to eskapady, o których wielu domorosłych poszu-kiwaczy przygód może jedynie pomarzyć. Co więc teraz chciałaby zobaczyć lub poznać sama Martyna Wojciechowska? Ja cały czas mam coś do ro-boty. Nie szukam tych tematów na siłę, tylko pewnego dnia po prostu budzę się i czuję, że jest coś, co aktualnie chcę zrobić. Cały czas jest mnóstwo gór do zdobycia, cały czas jest wiele programów dokumentalnych do zrobienia i pięknych oce-anów do nurkowania, w związ-ku z tym chyba wystarczy mi roboty do końca życia. Nie potrzebuję jednak jakoś tego szczególnie nazywać. "Korona Ziemi” była projektem rzeczy-wiście dość zamkniętym, na który składało się siedem gór i od początku mówiłam, że będę to robić. Poza tym chciałabym po prostu spędzić aktywnie resztę życia. Czy trudno pogodzić obo-wiązki rodzinne z wszyst-kimi podróżami i pracą? To oczywiste, że trudne – gdyby to było łatwe, wszyscy by to robili. Nie robi więc tego każdy, a ci, którzy tym się zajmują, też mają z tym problem. Krzysztof Socha CINEMAniak
czyli kto, z kim, w czym na dużym ekranie.
Film

STAŁO SIĘ W dniach 3-12 grudnia w Warszawie odbył się 10. Międzynarodowy Festiwal Watch Docs - Prawa Człowieka w Filmie. Nagrodę za najlepszy film zdobyła Nathalie Borgers i jej debiut "Karawana kobiet". Jury tak uzasadniło swój wybór: "(...)za pełne sza-cunku spojrzenie na Afrykę i jej kulturę, podróż, w którą zabrały nas silne, mądre i niezależne, walczące o prawo do lepszego życia kobiety, za to, że mogliśmy się przejrzeć w ich oczach, a także za niezwykle piękny i wyrazisty język filmowy." Natomiast publiczność doceniła Roberto Hernandeza za dokument "Winny z założenia". KRĘCI SIĘ Francis Ford Coppola powraca! Wiadomo niewiele - reżyser kręci thriller/horror według własnego scenariusza pt. "Twixt Now And Sunrise". Zdjęcia kręcone są w Kalifornii, a główną rolę gra Val Kilmer. Na ekranie będziemy mieli także okazję zobaczyć młodszą siostrę Dakoty Fanning - Elle. Dziewczynka ma 12 lat i grała już w takich hitach jak "Droga do przeba-czenia" czy "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona". Czas na występ u Coppoli - nic tylko pogratulować kariery. Projekt "Hobbit" rusza pełną parą, fani "Władcy Pierścieni" już zacierają ręce. Kolejna megaprodukcja Petera Jacksona planowana jest najwcześniej na rok 2012, ale już została ogłoszona bestsellerem! "Hobbit" będzie nakręcony jako dwa osobne pełnometrażowe filmy 3D. Reżyser ogłosił już obsadę, hobbita Bilbo zagra Martin Freeman, natomiast role krasnoludów dostali m.in. Rob Kazinsky (Fili), Aidan Turner (Kili), James Nesbitt (Bofur), Richard Armitage (Thorin). Najwi-doczniej krasnolud też może być sexy! MÓWI SIĘ A teraz coś dla fanów teorii spiskowych. "444" to początek trylogii opowiadającej o tajnej współpracy Watykanu i CIA mającej na celu ukrycie prawdy o naturze zła i demonów. Dwóch egzorcystów trafia do alpejskiego miasteczka, gdzie wszystkie zegary zatrzymały się na godzinie 4:44 a przy życiu zostały 3 osoby. Okazuje się, że odkryty trop prowadzący do staro-rzymskiej kopalni ma mało wspólnego z opętaniem... Czy realizacja fimu dojdzie

Film Johnny Depp to istny pracoholik! Tym razem chciałby zagrać Nicka Charlesa, prywatnego detektywa z powieści "Papierowy człowiek" Dashiella Hammetta. Książka już raz została a przeniesiona na duży ekran w roku 1934 i nosi tytuł "W pogoni za cieniem".

do skutku, zobaczymy. Johnny Depp to istny pracoholik! Tym razem chciałby zagrać Nicka Charlesa, prywatnego detektywa z powieści "Papie-rowy człowiek" Dashiella Hammetta. Książ-ka już raz została przeniesiona na duży ekran w roku 1934 i nosi tytuł "W pogoni za cieniem". Adaptacja ta nie miała jednak wiele współnego z pierwowzorem, a Depp jako producent planuje wierną ekranizację. W fotelu reżyserskim widziałby najchętniej Roba Marshalla, reżysera czwartej części "Piratów z Karaibów". ZOBACZ TO Od 13 stycznia będziecie mieli okazję obejrzeć najnowszy film Jean - Pierre'a Jeuneta "Bazyl. Człowiek z kulą w głowie.", który ukaże się na DVD. Radzę Wam skorzystać - jest to prześmieszna, pięknie zrealizowana francuska komedia, a dla fanów "Amelii" - rzecz obowiązkowa! Re-żyser raz jeszcze zabierze nas w magiczną podróż wgłąb wyobraźni. Każdy z Nas widział "E.T". Brytyjczycy też widzieli, ale jak to oni, zawsze muszą mieć własną wersję czegoś made in USA (a może na odwrót?). Tak powstał "Paul". Spokojnie, główny bohater przypomina E.T tylko wzrostem. I na pewno nie jest to film dla dzieci. Brytyjska wersja kosmity jest zabawna, niesubordynowana i... jeszcze raz zabawna. Zupełnie jak zwiastun. Zobaczcie koniecznie. Kalina Mróz fot. 1 bandita WCIELONE ZŁO
Czasem lepiej jest nie rozmawiać o rzeczach, których się boimy lub których unikamy. Najprostszym wyjściem z sytuacji jest więc udawanie, że ich nie ma. Nie dopuszczamy do siebie pewnych myśli. Czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się, co zrobilibyśmy, gdyby przyszło nam stanąć twarzą w twarz z czystym złem?
Recenzja

„Zawsze zaczyna się od samobójstwa” „Devil” to tytuł filmu, który niedawno po-jawił się na ekranach kin. Reżyserzy – Drew Dowdle i John Eric Dowdle – w fan-tastyczny sposób nadali filmowi charakter. Historia zaczyna się od samobójstwa. W niewyjaśnionych okolicznościach ofiara „skacze” z okna, trzymając różaniec w rę-ce. Zostawia po sobie tylko list, w którym ostatnie zdanie brzmi „Widzę diabła, idzie tu”. Po owym zdarzeniu, w filmie pojawia się pięć zupełnie sobie obcych osób, które wsiadają do jednej windy. Można się łatwo domyślić, że owa winda wkrótce się zatnie. Pytanie, co będzie dalej? Przebieg filmu okazuje się przewidywalny. Zostaje wez-wana policja, a ludzie przy każdym zga-szeniu świateł, które jest spowodowane awarią windy, giną. Nikt nie jest w stanie pojąć o co chodzi. Jedynie Ramirez (Jacob Vargas), jeden z głównych bohaterów, domyśla się, że tytułowy diabeł opuścił piekło, by przyjąć ludzkie ciało i opętać czyjąś duszę. Nikt nie wierzy, że piątka coraz bardziej podejrzliwych wobec siebie bohaterów jest w windzie sama.

Recenzja

Siły nadprzyrodzone Nie każdy thriller potrafi trzymać w na-pięciu przez cały czas trwania seansu. W przypadku „Devil” twórcy filmu mogą być z siebie dumni. Siły nadprzyrodzone, które są w nim głównym wątkiem, potrafią nie raz przestraszyć największego konesera filmów grozy. „Devil” ma być pierwszą częścią „The Night Chronicles”. Podsta-wowym założeniem trylogii jest właśnie pokazanie sił nadprzyrodzonych wśród ludzi. Muzyka doskonale dopełnia efektu ciężkiej pracy filmowców. Wprowadza nas w stan oczekiwania na coś, co się wydarzy. Choć przebieg akcji w thrillerze „Devil” z pozoru jest do przewidzenia, to występuje w nim zaskakujący zwrot akcji. Co jakiś czas ginie kolejny niewinny człowiek. Osoby, które pozostały, podejrzewają siebie nawzajem, co jeszcze bardziej podnosi napięcie. Gdy zostaje już tylko dwoje ludzi, dzieje się coś czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Dowiadujemy się, kto jest żywym obrazem diabła. Przemyślanym pomysłem był sam początek filmu. Kamera pokazuje obraz do góry nogami. Ma to symbolizować odwrócony krzyż. Mogłoby się wydawać, że to tylko drobnostka, jednak dla uważnego widza, wyłapującego każdy, nawet najmniejszy, szczegół, których w całym filmie jest mnóstwo, będzie on ciekawym zaskoczeniem, który od samego początku wprowadzi stan napięcia i subtelnej grozy. Efekty specjalne czynią akcję jeszcze bardziej intrygującą. Sprawiają, że widz ogląda film pełen emocji. Stanowią znakomity dodatek do muzyki i zaskakujących zwrotów akcji. Oglądając „Devil” można zauważyć, że są one w dużej mierze realistyczne. Jest to duży plus, a także jedna z głównych cech, która wpływa na odbiór filmu. „Zawsze na koniec mama pocieszała nas i mówiła, że jeśli diabeł istnieje to Bóg tym bardziej…” Zdanie to kończy film i znakomicie podkreśla jego sens. Diabeł najlepiej funkcjonuje w świecie, gdy uda mu się przekonać ludzi, że nie istnieje. W dzi-siejszych czasach horrory o diabłach i si-łach nadprzyrodzonych są traktowane z przymrużeniem oka. Wolimy nie wiedzieć, żeby przypadkiem nie uwierzyć. Dlatego „Devil” jest świetnym pomysłem, nie tylko dla fanów tego typu filmów, ale także dla każdego, kto często nie dopuszcza do świadomości istnienia pewnych spraw, które mogą okazać się jednak warte uwagi. Natalia Grzmil KOLOROWA WYDMUSZKA

Recenzja Wybierając się na trzecią część „Opowieści z Narnii” powinniśmy spodziewać się magii, przygody i tajemnic – tak w każdym razie zapewniają twórcy filmu. Rzeczywistość okazuje się mniej ekscytująca niż obietnice, bo przynajmniej jednego z wymienionych elementów filmowi zdecydowanie brakuje. Szkoda tylko, że mgła szybko okazuje się nie być tajemniczą. Rozwiązanie zagadki leży na wyciągnięcie ręki, tak, jak i zresztą wszystkie inne rozwiązania pojawiające się w filmie. Scenariusz prowadzi nas od pierwszej sceny do napisów końcowych jak po sznurku (...)

Tym razem do magicznej krainy Narnii wracają tylko Łucja i Edmund Pevensie, ponieważ ich starsze rodzeństwo jest już na takie wizyty zbyt dorosłe. Zamiast Piotra i Zuzanny, towarzyszy im jednak młodszy, bojaźliwy kuzyn Eustachy, który do tej pory stanowił dla bohaterów prawdziwe utra-pienie. Kiedy jednak cała trójka znajduje się niespodziewanie na pokładzie okrętu o dumnej nazwie „Wędrowiec do Świtu”, gdzie Edmund i Łucja spotykają dawnych znajomych – młodego króla Kaspiana oraz dzielnego mysiego wojownika Ryczypiska – będą musieli nauczyć się ze sobą nie tylko współistnieć, ale i współpracować. Kaspia-nowi i załodze przyda się ich pomoc w po-szukiwaniach zaginionych baronów oraz wyjaśnieniu zagadki tajemniczej mgły... Szkoda tylko, że mgła szybko okazuje się nie być tajemniczą. Rozwiązanie zagadki leży na wyciągnięcie ręki, tak, jak i zresztą wszystkie inne rozwiązania pojawiające się w filmie. Scenariusz prowadzi nas od pierwszej sceny do napisów końcowych jak po sznurku, bez komplikacji i momentów zwątpienia. Są chwile, kiedy widz aż czeka, by coś poszło nie tak, domyśla się spisków i podstępów, chytrych zabiegów reżysera, a tymczasem nic takiego nie następuje. Bohaterowie wychodzą obronną ręką z każ-dych opałów (i to bez większego wysiłku), i z powodzeniem wykonują swoje zamiary, opierając się na irracjonalnych i naiwnych często decyzjach. Jednym słowem, fabuła jest gorzej niż przewidywalna – czasem nie dorasta do pięt nawet banalnym, ale sprawdzonym schematom filmów przygo-dowych. Kolejnym minusem są dialogi. Zdawało się początkowo, iż mają one pewien potencjał. Zdarzyło się parę komicznych kwestii i ze dwie cięte riposty. Jednakże po wysłuchaniu kilku

Recenzja Odnosi się zresztą wrażenie, że tak Georgie Henley (Łucja), jak i Skandar Keynes (Edmund) rozwinęli się aktorsko od czasu pierwszej części „Narnii”, natomiast Ben Barnes (Kaspian) jest kojąco naturalny. Imponująca jest także staranność wykonania charakteryzacji oraz kostiumów, od których bije teatralny wręcz przepych.

patetycznych przemów z niższej półki oraz pouczającej historii z morałem, musiałam spisać dialogi na straty. Poza tym – choć podejrzewam, że za którymś razem pow-tarzanie tej samej opinii stanie się nudne, to jednak uparcie będę obstawać przy swoim – dubbingowanie filmów fabular-nych często zapowiada katastrofę. W przy-padku „Wędrowca do Świtu” nie jest inaczej – głosy bohaterów irytują, nie pasują do postaci, czasami prezentują dziwną manie-rę mówienia, psują odbiór całej ekranizacji. Dużo bym dała za wersję z napisami. Ale nie można powiedzieć, że „Opo-wieści…” pozbawione są zalet. Obiecywana magia, pod postacią efektów specjalnych i pomysłowej scenografii, rzeczywiście robi wrażenie. Odtwórcy głównych ról, choć nie nazwałabym ich wysiłków wybitnymi, trzymają pewien poziom i nie zniechęcają widza. Odnosi się zresztą wrażenie, że tak Georgie Henley (Łucja), jak i Skandar Keynes (Edmund) rozwinęli się aktorsko od czasu pierwszej części „Narnii”, natomiast Ben Barnes (Kaspian) jest kojąco natu-ralny. Imponująca jest także staranność wykonania charakteryzacji oraz kostiumów, od których bije teatralny wręcz przepych. Obraz ten ma w sobie coś z kolorowej wydmuszki – atrakcyjna oprawa wizualna cieszy oczy, ale tych, którzy decydują się przyjrzeć sprawie dogłębniej czeka przykra niespodzianka, bo w środku nie ma nic. Ani żywej akcji, ani oryginalności przekazu, ani napięcia. Film można oglądać jak pokaz sztucznych ogni – może i ładny, ale pozbawiony głębszego znaczenia. Elżbieta Janota KŁAMLIWY MACHO
Karol – imię to oznacza "wolny człowiek". Takim właśnie jest tytułowy bohater z najnowszej polskiej komedii "Och, Karol 2". Uważa się za Boga, który może mieć każdą kobietę. Potrafi je perfekcyjnie owinąć wokół palca. One ulegaja mu niemal natychmiast.
Recenzja

Dojrzały mężczyzna, prawdziwy dżentel-men. Dobrze zarabia i ma wspaniały dom - jeden z lepszych pracowników dużej firmy – idealna partia dla kobiety. Nic dziwnego, że ma kochającą narzeczoną Marię (Mał-gorzata Socha). Kobiety go wręcz uwiel-biają – za uprzejmości, a także stan majątkowy. On dobrą zabawą nigdy nie pogardzi. Prowadzi życie, o którym nie-jeden chłopak mógłby sobie pomarzyć. Przebojowa i energiczna Wanda (Małgo-rzata Foremniak), niedojrzała i słodziutka Paula (Marta ŻmudaTrzebiatowska) oraz konserwatywna, lecz namiętna Irena (Katarzyna Zielińska), to kwintescencja jego bujnego życia towarzyskiego. Każda jest inna, ale to nie robi mu różnicy. Karol doskonale sobie radzi, zmieniając co chwilę łóżko i partnerkę. Niemal natychmiast speł-nia zachcianki swoich kobiet. Pewnego dnia czeka go dość dziwna niespodzianka. O tym, że zemsta jest słodka, przekona się Marysia. Dowiedziała się o towarzyskich igraszkach ukochanego i postanawia się odegrać. Karol doznaje szoku, gdy wchodzi do własnego domu, a zastaje w nim Marię,

Recenzja

Wandę, Paulę i Irenę, które gotowe są na wszystko. Karol zapamięta, ze nie warto zadzierać z kobietami. W głównego bohatera wcielił się Piotr Adamczyk. To już dojrzały aktor i w tej roli poradził sobie wspaniale. Dobór damskiej części obsady został dobrze przemyślany. Największe gwiazdy polskiego kina przy-ciągają do obejrzenia filmu – każda z ko-biecych postaci ma inne cechy charakteru. Reżyserom w komiczny sposób udało się przedstawić odmienność zachowań kobiet. Pokazali, jak niektóre łatwo ulegają czułym słówkom mężczyzn. Małą trudnością na planie były początkowe spory aktorek. Każda pracuje w innych warunkach i musiały się dogadać. Ten problem został szybko rozwiązany i panie stworzyły bardzo zgrany zespół. Adamczyk na początku nie był pewien czy przyjąć propzcję. Bał się, że nie zdoła zagrać równie dobrze jak Jan Piechociński z pierwotnej wersji „Och, Karol“ (1985 rok). Katarzyna Zielińska narzekała, że musi chodzić na wysokich obcasach i w ciemnych ubraniach w sam środek lata. Jak przystało na prfoesjonalistkę, zniosła te tortury, a jej postać wyglądała oryginalnie. Dobrą reklamą filmu jest piosenka Natalii Kukulskiej "Wierność jest nudna". Została nagrana specjalnie na potrzeby produkcji. Teledysk jest zapowiedzią tego, co mozemy zobaczyć w komedii. Fabuła filmu jest niestety dość podobna do innych polskich obrazów. Bogaty męż-czyzna z bujnym życiem towarzyskim. Na końcu niezadowolone kobiety dążące do zemsty. W scenariuszu mogłyby pojawić się akcenty, które odróżniłyby tę produkcję od innych. Całościowo obraz jest warty obejrzenia. Jest to na pewno komedia, która rozbawi każdego. Nadaje się "babski wieczór" lub dla zranionych dziewczyn. Odpowiednia na romantyczny wieczór. Druga połówka po obejrzeniu filmu nie będzie próbowała zdrady! Zachęcam do odwiedzenia kina, aby oderwać się od codziennych obo-wiązków. Magdalena Tkacz "Całościowo obraz jest warty obejrzenia. Jest to na pewno komedia, która rozbawi każdego. Nadaje się "babski wieczór" lub dla zranionych dziewczyn. Odpowiednia na romantyczny wieczór. Druga połówka po obejrzeniu filmu nie będzie próbowała zdrady!" W zeszłym roku Sandra Bullock z równą elegancją zgłosiła się po odbiór Złotej Maliny oraz Oscara. Osobom zaangażowanym w powstawanie filmu „Turysta” może grozić podobna sytuacja, bo obok trzech nominacji do Złotych Globów, typuje się obraz jako potencjalnego zdobywcę niechlubnej Maliny.
KTÓRA ZŁOTA STATUETKA?
Recenzja

Frank Tupelo jest nauczycielem mate-matyki z Wisconsin, który wybrał się w podróż, by odwiedzić Miasto Zako-chanych, czyli Wenecję. W pociągu siada obok niego piękna kobieta, Elise, której poczynaniami zainteresowane są z jakichś powodów służby specjalne. Frank nie ma pojęcia, że wyrażenie zgody na zjedzenie posiłku w jej towarzystwie, a potem udanie się z nią do drogiego hotelu, okaże się tak groźne w skutkach. Jego tropem zacznie podążać teraz nie tylko Interpol, ale i bezlitośni rosyjscy najemnicy, wysłani przez bogatego gangstera, który pragnie odzyskać swoją własność, a także nacie-szyć się zemstą. Fabuła filmu wciąga, choć nie zapiera tchu w piersiach. Wraz z głównym bohaterem coraz bardziej wikłamy się w niezrozumiałą z początku rozgrywkę, która nabiera tempa i, mimo kilku oczywistych elementów

Recenzja

w scenariuszu, niesie zaskoczenie. Zaletą filmu są dialogi, zabawne, inteligentne, niebanalne, nawet, jeśli dotyczą banalnych kwestii. Kolejny plus to sposób przedsta-wienia Amerykanina, który wreszcie nie jest wszystkowiedzącym, niezniszczalnym i znającym języki oraz realia herosem. Być może jest to wynik niemieckiego pocho-dzenia reżysera i jednego ze scenarzystów, Floriana Henckela von Donnersmarcka. Ale nie można zapomnieć też o aktorze, który w postać Franka tchnął życie. Johnny Depp spisuje się znakomicie, oddając zakło-potanie i zagubienie turysty, przypadkowo wciągniętego w wir zdarzeń, prawdziwie amerykańską pewność siebie w zakresie przynależnych mu praw i przywilejów, a także graniczącą z głupotą brawurę i upór. Warto też wspomnieć o Paulu Bettanym, Timothym Daltonie oraz Alessio Bonim, którzy wcielili się w agentów Interpolu o różnym podejściu do swojej pracy i odmiennym pojęciu o należących do nich obowiązkach. Angelina Jolie, grająca Elise, głównie uśmiecha się enigmatycznie, chwieje na szpilkach i zachowuje zimną krew – odgrywana przez nią postać była jedyną, która nie wzbudziła we mnie emocji, ale należy przypisać to raczej kreacji bohaterki w scenariuszu, a nie grze aktorskiej Jolie. I na koniec, w „Turyście” cieszą widoki znanych i nieznanych części Wenecji, barwne, a także bardziej tajemnicze zakątki. Rozumiem jednak doskonale, jaka jest przyczyna zapowiedzi nominowania filmu do Złotej Maliny. Kiedy przychodzi do scen miłosnych, widz nie wie, czy śmiać się, czy nie wierzyć własnym oczom. Odnosi się wrażenie, że cały wątek miłosny napisany został przez kogoś innego (co wydaje się jeszcze bardziej prawdopodobne, kiedy okazuje się, że scenarzystów było dwóch), na domiar złego, przez kogoś, kto jest wielbicielem powieści typu harlequin albo melodramatów. Płomienna miłość rozkwita w zaledwie parę godzin, a w tym czasie jest miejsce na pocałunki, łzy, poważne rozmowy, wyjawianie tajemnic przeszłości i rozpaczliwe wyznania. Szczerze wolałabym, żeby Frank Tupelo wcale się nie zakochał. Na szczęście, „Turysta” częściej okazuje się filmem akcji niż romansem. Jeśli miałabym zdecydować, nie przyzna-łabym obrazowi ani Złotego Globu, ani Złotej Maliny. Niedociągnięcia, które się w nim pojawiają, nie są tak rażące, by zniechęcić widza do oglądania i zepsuć całościowe wrażenie, bo film ostatecznie jest interesujący. Nie ma w nim jednak takiej oryginalności i porywającej akcji, by należało wyróżniać go prestiżową nagrodą. Ale zobaczyć można – dla rozrywki. Elżbieta Janota CO w KINIE PISZCZY

Film fot. TimShoesUntied

Styczeń i luty - to ulubione miesiące kinomaniaków. Oto przed nami rozdanie Złotych Globów i Oskarów! To właśnie teraz, na dużych ekranach, będziemy mieli okazję zobaczyć większość z nominowanych filmów. Tak więc odłóżmy na bok książki, ponieważ zbliżającą się sesję spę-dzimy w kinie. Zaczynamy od głównego kandydata do Nagrody Akdemii Filmowej - "Czarnego łabędzia" Darrena Aronofsky'iego. Film opowiada o dziewczynie, Ninie (w tej roli rewelacyjna Natalie Portman), ktorej życie skupione jest wokół tańca. On ją definiuje, jest jej jedyną miłością, a zarazem smutną monotonnią egzystencji. Nina jest grzecz-na, poukładana i świetna w tym, co robi, dlatego z łatwością przychodzi jej zdobycie głównej roli w "Jeziorze Łabędzim". Cho-reograf przedsięwzięcia (Vincent Cassel) życzy sobie jednak, by dziewczyna zagrała podwójną rolę - Białego i Czarnego Łabę-dzia. Postać czarnego charakteru wymaga od tancerki temperamentu i złowrogiej ekspresji, której Nina nie posiada. Otwiera się przed nią okrutny świat baletu, gdzie piękno równoznaczne jest z bólem, granica między perfekcją a szaleństwem jest bar-dzo cienka, a pasja prowadzi do destrukcji. Opis ten jest tylko cząstką wszystkich emocji skumulowanych w filmie, który niczym tykająca bomba jest gotowy w każ-dej chwili eksplodować. Obraz Arnofosky'iego to istny melanż gatunków - dramat, horror, erotyk i kino psychologiczne w jednym. Film można nazwać arcydziełem i z pew-nością jest to następny punkt zwrotny w karierze reżysera. Kolejne "Requiem dla snu", tym razem roztańczone. Wyobraź sobie, że stoisz przed tysięcznym tłumem, który całą uwagę skupia na Tobie

Film

oczekując przemowy. Wyobraź sobie, że pocisz się, płoniesz ze wstydu i nie umiesz wykrztusić z siebie słowa, a wszystko dlatego, że jesteś jąkałą. Wyobraź sobie, że jesteś księciem Yorku, Jerzym VI i niedługo masz zasiąść na brytyjskim tronie. A pytanie brzmi... "Jak zostać kró-lem?“ Odpowiedzieć pomogą Ci Colin Firth, Geoffrey Rush oraz Helena Bonham Carter, którzy dzięki swojej rewelacyjnej grze aktorskiej i odrobinie humoru, odkryją przed Tobą historię zakompleksionego monarchy. Zapewniam Cię, że oglądając ten film znajdziesz odpowiedź na jeszcze jedno pytanie: „jak zdobyć Oskara?“. Do obejrzenia "Nieodwracalnych" dojrze-wałam długo i odważyłam się na to do-piero po 8 latach od premiery, do dziś tego żałując. Psychoza i 12-minutowy gwałt na Monice Bellucci robią swoje. Film dostał różne recenzje, od tych bardzo złych aż po entuzjastyczne, w których nazywano go arcydziełem. Jedno jest pewne - okrzyk-nięty został kontrowersyjnym. Jak zresztą cała twórczość francuskiego reżysera Gas-para Noego. Cały dorobek reżysera i scenarzysty można opisać w kilku sło-wach: jazda na maksa bez trzymanki. Taki jest też jego najnowszy film "Wkraczając w pustkę". Oscar i jego siostra Lisa żyją na krawędzi - ona jest striptizerką, a on dilerem narkotyków. W wyniku potyczki z policjantami chłopak zostaje postrzelony i umiera. Zamierza jednak dotrzymać obietnicy i, nawet po śmierci, zaopiekować się siostrą. Obraz jest cały czas rozmazany i kolorowy, zupełnie jakbyśmy byli... na haju. Uwierzcie, ten film to prawdziwy dopalacz! Kalina Mróz ZŁOTE GLOBY!
I już po wszystkim. Drugie, obok Oscarów, najważ-niejsze nagrody filmowe zostały przyznane dzisiej-szej nocy. Gdy my spaliśmy, gwiazdy po drugiej stronie oceanu przechadzały się po czerwonym dywanie. Mówi się, że obyło się bez zaskoczeń.
Film

Niekwestionowanym zwycięzcą okazał się „The Social Network”, który zdobył aż cztery statuetki: za najlepszy dramat, muzykę, scenariusz oraz reżyserię. Komedią roku został natomiast film „Wszystko w po-rządku”. Nagrody dla najlepszych aktorów powędrowały do Colina Firtha („Jak zostać królem”), Natalie Portman („Czarny Ła-będź”) oraz Paula Giamatti („Barney’s Version”) i Anette Benning („Wszystko w porządku”). „Toy Story 3” otrzymało tytuł najlepszego filmu animowanego, a duńska produkcja „Heaven” wygrała w kategorii najlepszy film zagraniczny. Jednak według sondaży przeprowadzonych przez wielkie serwisy filmowe w Polsce i za granicą, kinomani nie zgadzają się z wieloma najważniejszymi wyborami jury. Najwięk-szym rozczarowaniem jest chyba brak jakiegokolwiek wyróżnienia dla „Incepcji”, która nominowana była w czterech ka-tegoriach, a także dla nominowanej trzykrotnie „Alicji w Krainie Czarów” – zdecydowana większość głosujących chcia-łaby nagrodzić Johnny’ego Deppa za rolę w tym obrazie. Fani żałują też, że nie doceniono twórcy muzyki Hansa Zimmera („Incepcja”) lub Danny’ego Elfmana („Alicja w Krainie Czarów”). Pocieszające są sta-tuetki dla niektórych masowych faworytów związanych z telewizją – i tak Globa otrzymał Al Pacino za udział w produkcji HBO pod tytułem „You don’t know Jack”, a aktor komediowy Jim Parsons za „Teorię Wielkiego Podrywu”, natomiast najlepszym serialem komediowym został „Glee”. Sprawiedliwe czy nie, 68. rozdanie Złotych Globów przeszło już do historii. Teraz pozostaje nam tylko czekać na galę oscarową i mocno trzymać kciuki za naszych faworytów! Elżbieta Janota fot. Joe Shlabotnik Gdy uczniowie zmagają się z natłokiem zadań związanym z końcem semestru, a studenci nerwowo odliczają dni do sesji, słowo „edukacja” nikomu z nas nie jest obojętne. Aby jednak złagodzić skojarzenia z morderczym wysiłkiem, które zapewne obecnie budzi, proponuję wam serię filmów o nauczycielach, którzy w swej pracy odrzucili konwencjonalność i sprawili, że życie ich uczniów nabrało barw.
CAPTAIN, MY CAPITAIN
Film

1. „Stowarzyszenie umarłych poetów” Młody Robert Sean Leonard, który ponad dwadzieścia lat później zyskał między-narodową sławę wcielając się w serialo-wego doktora Wilsona, gra wrażliwego chłopca, który robi wszystko, by doktorem nie zostać. Jego bohater, Neil Perry to jeden z wyróżniających się wychowanków elitarnej męskiej szkoły z internatem, w której królują tradycja i dyscyplina. Jego nowym współlokatorem zostaje nieśmiały Todd Anderson, który obawia się, że nie sprosta oczekiwaniom, jakie wszyscy w nim pokładają. Ale nie tylko Todd i jego rówieśnicy przybywają tego roku do Akademii Welton – pojawia się także nowy nauczyciel języka angielskiego, John Keating. Jego podejście do przedmiotu jest jak powiew świeżego powietrza w starych murach szkoły. Rwanie kartek z podręcz-nika, wspinanie się na ławki, pełne me-lancholii i starożytnej filozofii spotkanie ze starymi fotografiami…

Film

Uczniowie są zaskoczeni metodami Keatinga i nie wiedzą, jak powinni się do nich odnieść. „Myślisz, że będzie z tego pytał?” – zastanawia się jak zawsze praktyczny Cameron. Wkrótce jednak chłopcy zaczynają doceniać styl profesora (albo „kapitana”, jak każe im się do siebie zwracać), który uczy ich kochać poezję i żyć zasadą carpe diem, a także wpro-wadza ich w świat tajemniczego Stowarzyszenia Umarłych Poetów. Jak nowe porządki na lekcjach angielskiego odebrane zostaną przez resztę szacownego grona nauczycielskiego? Co powiedzą rodzice Neila, który wbrew ich woli częściej deklamuje wiersze niż zagłębia się w podręcznikach do anatomii? Ten poruszający film w reżyserii Petera Weira jest dramatem prawdziwym jak życie – poważne sprawy, dylematy, konflikty i trudne decyzje stanowią tło dla radości i drobnych wyzwań dnia codziennego. Reżyser jawi mi się przy tym jako mistrz subtelności, który potrafi przekazać nieko-niecznie przyjemne prawdy w nieprzytła-czający, a zachęcający do oglądania sposób. Do tego gładko łączy humor i bez-troską energiczność dorastających chłop-ców ze wzruszającymi do głębi scenami. I choć w scenariuszu brak zapierających dech w piersiach scen akcji, wydarzenia rozgrywają się w mało zróżnicowanej scenerii, a efekty specjalne zwyczajnie nie były potrzebne, „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” ogląda się z niemalejącym zain-teresowaniem. Ponadto, mimo że film nakręcono dwie dekady temu, a jego akcja rozgrywa się w latach 50., niesie on ze sobą wciąż aktualne przesłanie na temat roli nauczyciela w życiu młodego człowieka i konsekwencji sytuacji, w której rodzice wymuszają na dzieciach realizowanie własnych marzeń. Aktorsko obraz wspina się na wyżyny, nie tylko dzięki sympatycz-nej gromadzie uczniów, wśród których wyróżnić trzeba Roberta Seana Leonarda i Ethana Hawke’a, ale również poprzez świetną rolę Robina Williamsa, wcielają-cego się w Keatinga. 2. „Podaj dalej” Kiedy w deszczowy wieczór i w nieciekawej dzielnicy, nieznajomy ratuje nas z tara-patów, a na dodatek postanawia dać nam w prezencie całkiem porządny samochód, abyśmy mogli bez dalszych przygód wrócić do domu – od razu wiadomo, że wpadliśmy na trop niecodziennej historii. A że boha-ter, któremu w pierwszych minutach filmu zdarzył się taki przypadek, jest dzien-nikarzem, wiadomym jest, iż nie pozostawi sprawy niewyjaśnionej. Kiedy usiłuje wydobyć z tajemniczego wybawcy kieru-jące nim motywy, ten odpowiada jedynie, że musiał podać dalej, a obdarowany powinien z kolei, zamiast dziękować jemu, uczynić coś dobrego dla kogoś innego. Potem znika, ale dociekliwy dziennikarz postanawia odkryć, co takiego kryje się za tą sprawą. Tymczasem w innej części kraju introwertyczny, naznaczony bliznami po oparzeniach nauczyciel tyleż ważnego, co

Film

lekceważonego przez uczniów przedmiotu, jakim jest etyka, namawia swoich podo-piecznych, by próbowali zmienić świat. Kevin Spacey wciela się w profesora, udanie odgrywając człowieka, który wierzy w możliwość poprawy ludzkiego życia, mimo iż to tak ciężko go doświadczyło. Haley Joel Osment nie ma najmniejszego problemu z wykreowaniem postaci wraż-liwego i pełnego nadziei chłopca, który zmaga się z problemami zbyt poważnymi jak na jego wiek. Zaś Helen Hunt gra mającą pociąg do alkoholu matkę chło-paka. Całą trójkę łączą relacje, które aktorzy świetnie oddają. Dla fanów rocka dodatkową atrakcją jest pojawienie się próbującego swych sił w aktorstwie Jona Bon Joviego – aczkolwiek w niezbyt sympatycznej roli. Całość ogląda się przyjemnie i chociaż fabuła ma strukturę właściwą filmom obyczajowym, w tle wciąż czai się podgrzewające atmosferę pytanie: "jak to wszystko się skończy?", które do ostatniej minuty trzyma widza w stanie niecierpliwego oczekiwania i zaciekawienia. Nie chcę zdradzać więcej, dodam tylko, że obraz ten widziałam już wielokrotnie, a za każdym razem porusza mnie w takim samym stopniu. Niech to będzie świa-dectwem jego jakości. 3. „Billy Elliot” Tym razem przenosimy się na Wyspy Bry-tyjskie lat 80. ubiegłego wieku. Pod żelazną ręką Margaret Thatcher wiją się w bólach bolesnych przemian kopalnie i huty. I to właśnie w miasteczku zamieszkałym przez rodziny górników rozgrywa się akcja filmu. Strajk sparaliżował pracę kopalni i choć robotnicy deklarują niezłomność, panuje atmosfera ogólnego przygnębienia, bo nikt nie może być pewien tego, co nadejdzie nazajutrz. Rodzina jedenasto-letniego Billy’ego przeżywa dodatkową traumę, spowodowaną odejściem matki. W tym właśnie momencie, chłopak odkrywa całkowitym przypadkiem, że jego powołaniem jest taniec. Choć z początku niezgrabny, pokazuje, że ma w tym kierunku prawdziwy talent i chętnie za-mienia ofiarowane mu przez ojca rękawice bokserskie na parę baletek. Pani Wilkinson, która prowadzi zajęcia z żeńską częścią potomstwa górników, przejmuje i nad nim opiekę. Uczy go nie tylko tańczyć, ale również wierzyć w swoje siły, gonić za marzeniami oraz przeciwstawiać się ste-reotypom i przeciwnościom losu. W nauczycielkę i mentorkę Billy’ego wcieliła się Julie Walters, idealnie łącząc szorstkość i zgorzknienie dojrzałej kobiety, której codzienność nie jest taka, o jakiej śniła, z troską, zaangażowaniem i siłą trenerki walczącej o swego wychowanka. Warto też wspomnieć o dwóch debiutu-jących w filmie aktorach młodszego pokolenia, Jamie’m Bellu (Billy Elliot) oraz mniej znanym Stuarcie Wellsie (Michael Caffrey, przyjaciel głównego bohatera). Obaj stanęli przed trudnym zadaniem sportretowania chłopców, którzy nie wpisują się w małomiasteczkowe schematy

Film

– i udało im się to naprawdę znakomicie. Dodatkowo, żywiołowy pokaz tańca, jaki prezentuje Bell, wprawia z osłupienie. Filmowi towarzyszy świetna muzyka – nie mogło być inaczej. To ona, wraz z odpo-wiednią scenerią i przemyślanymi ujęciami, ukazuje kontrast pomiędzy młodzieńczym entuzjazmem i siłą prawdziwej pasji a sza-roburą górniczą kolonią wraz z jej problemami. Twórcy i aktorzy potrafią wzbudzić w widzach duże emocje. Obraz ogląda się świetnie, coraz mocniej trzymając kciuki za powodzenie budzącego natychmiastową sympatię Billy’ego. 4. „Uśmiech Mony Lizy” W czasach, gdy hasło „Najwięcej radości pod choinką sprawi jej odkurzacz” jest całkiem poważnym sloganem reklamowym, Katherine Wilson przybywa wykładać sztuki piękne na prestiżowej akademii dla dziewcząt. Zarówno ze strony pocho-dzących z wyższych kręgów społecznych uczennic, jak i konserwatywnej kadry spotyka ją wiele nieprzyjemności. Już pierwszy dzień wzbudza w niej chęć ucieczki jak najdalej od Wellesley. Spoglądając na fabułę powierzchownie, można ulec wrażeniu, że ten obraz to niewiele więcej niż „Stowarzyszenie Umar-łych Poetów” w wersji żeńskiej. Okazuje się jednak, iż „Uśmiech Mony Lizy” porusza nieco inne problemy, a już na pewno bohaterki w niczym nie przypominają żywiołowych wychowanków Welton. Jak to zwykle bywa, relacje pomiędzy dziewczę-tami są bardziej skomplikowane, ich

Film Piękna charakteryzacja, kostiumy i rekwizyty pozwalają poczuć ducha epoki. A wraz z nim pojawiają się właściwe dla tamtych czasów dylematy: czy w życiu kobiety ważniejsza jest rodzina, czy wykształcenie? Czy można te dwie rzeczy pogodzić?

zachowania mniej prostolinijne, a pod tym wszystkim w każdej z nich kryje się prawdziwa burza emocji, myśli i oczekiwań. Wielkim plusem tego filmu są właśnie postacie – dopracowane w najmniejszym szczególe i bardzo prawdziwe. Nie znaczy to wcale, że każdą z bohaterek będziemy lubić, rozumieć albo się z nią utożsamiać, na pewno jednak towarzyszyć nam będzie wrażenie, że istoty na ekranie naprawdę żyją. Zdecydowanie pomagają im w tym młode aktorki: Kirsten Dunst, Maggie Gyllenhaal, Julia Stiles oraz Ginnifer Goodwin. Wszystkie z równym wdziękiem wydymają z pogardą usta, ale nie są dla nich problemem również i wznioślejsze uczucia, których ostatecznie nie zabraknie. I choć to one właśnie zrobiły na mnie największe wrażenie, nie można nie doceniać Julii Roberts, która wciela się w postać panny Wilson. Piękna charakteryzacja, kostiumy i rekwi-zyty pozwalają poczuć ducha epoki. A wraz z nim pojawiają się właściwe dla tamtych czasów dylematy: czy w życiu kobiety ważniejsza jest rodzina, czy wykształcenie? Czy można te dwie rzeczy pogodzić? Dlaczego hipokryzja mylona jest z dobrymi manierami? Dlaczego w szkole o niepo-szlakowanej opinii zbrodnią jest rozda-wanie środków antykoncepcyjnych, lecz na nauczyciela sypiającego z uczennicami nie czekają żadne konsekwencje? Na wiele z tych pytań wcale nie tak łatwo znaleźć odpowiedzi, nawet dziś, pół wieku później. Reżyser Mike Newell pozostawia nas z wie-loma tematami do samodzielnego roz-ważenia.

Film

5. „Pan od muzyki” I na koniec, parafrazując znane angielskie powiedzenie, ostatni, lecz na pewno nie gorszy od reszty, film francuskiego reżysera Christophe’a Barratiera. „Pan od muzyki” wzrusza, smuci i skłania do refleksji, ale najważniejsze, że przy całej swej szczerości, potrafi czasem przywołać na twarz widza uśmiech. Akcja przenosi nas tym razem do zaniedbanego budynku, mieszczącego internat dla tak zwanych "trudnych chłopców". Ośrodkiem rządzi despotyczny dyrektor, a jego pomocnicy wydają się tak samo stanowczy i nieczuli. Wychowan-kowie jednak nie są z pewnością stadem zgnębionych, potulnych owieczek – mają swoje za uszami i na surowe kary oraz nieznośną dyscyplinę odpowiadają prze-korą i najróżniejszymi wybrykami. W to błędne koło wkracza pan Mathieu, nowy opiekun, muzyk, który z braku sukcesów na polu kompozytorskim, schował swoje nuty do teczki, by o nich zapomnieć. Chłopcy wystawiają go na ciężką próbę. Ale wraz z upływem czasu tak Mathieu, jak i widzowie zaczynają lepiej poznawać młodych rozrabiaków, a w związku z tym inaczej ich postrzegać. Okazuje się, że nawet Le Querrec miewa wyrzuty su-mienia, Pépinot, mimo zaczepek ze strony starszych kolegów, jest wcieleniem niewinności, a Morhange ma wielki talent muzyczny. W ramach zajęć ukultural-niających, Mathieu powołuje do istnienia chór. Staje się to niespodziewanie ważnym elementem życia w ponurej szkole. Muzyka odgrywa w filmie dużą rolę. Fragmenty utworów doskonale odzwier-ciedlają atmosferę i pasują do sytuacji prezentowanych na ekranie, a po napisach końcowych niejeden oglądający wciąż nuci je sobie pod nosem. Popisy wokalne chłopców, a w szczególności Morhange’a, są naprawdę wspaniałe, a płynność i brzmienie języka francuskiego dodatkowo pomnażają to wrażenie. Ponadto specjaliści od castingu wykonali naprawdę świetną robotę przy obsadzaniu ról. Nie tylko główni bohaterowie – młody JeanBaptiste Maunier i nieco starszy Gérard Jugnot – spisują się znakomicie. Również każdy z aktorów drugoplanowych, a nawet statystów zdaje się być idealnym do-pełnieniem planu. Wszystko razem to naprawdę zachwycający koncert. Z powyższego zestawienia jasno wynika, że nauczyciele z powołaniem zdarzają się wszędzie. Życzę wam, byście oglądali takich jak najwięcej, nie tylko na ekranie. Ale jeśli szkolna i uczelniana rzeczywistość zbyt was przytłacza, proponuję przerwę na film – dla ukojenia nerwów! Elżbieta Janota Film animowany jest produktem, jak by na to nie spojrzeć. Sytuacja ekonomiczna producenta oraz jego rywali, wszelkie rynkowe przemiany i społeczne tendencje mają przemożny wpływ na jego treść: tym większy, im większej wytwórni filmowej dotyczą. Żeby przekonać się, co to oznacza w praktyce, tym razem przyjrzymy się sylwetkom trzech aktualnie najbardziej wpływowych wytwórni filmów animowanych na świecie. To właśnie ich produkcje są lub były najbardziej kasowymi i najpowszechniej znanymi, a z skojarzenie z ich tytułami przywoływało od lat słowo: „animacja”. Warto poznać zarys ich historii i wzajemnych relacji.
MAGNACI ANIMACJI
Animacja fot. Tallapragada

Disney Niewątpliwie najpowszechniej znana wyt-wórnia animacji, mająca wielki wkład w zrewolucjonizowanie tej sztuki. Za czasów swej świetności Disney reprezento-wał pierwszorzędny poziom filmów, za-równo pod względem formy, jak i treści. Owa jakość stanowiła punkt odniesienia dla całego przemysłu. Ponadto, dzięki przeło-mowemu „Królowi Lwu” z 1994 roku Disney na lata zwielokrotnił znaczenie rynkowe animowanych filmów dla dzieci. Do największych osiągnięć Disneya zali-czyłabym „Pocahontas” (1995) i „Dzwon-nika z Notre Dame” (1996), pod względem techniki wykonania i treści, a także „Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnolud-ków” (1937), jako pierwszą pełnomet-rażową animację poklatkową. Co ciekawe, w przeciwieństwie do dwóch wspomnianych poniżej konkurentów, Disney może pochwalić się różnorodnością klimatu

Animacja

swoich produkcji. Oprócz standardowej formy przypominającej film fabularny, we wczesnych okresach w dorobku Disneya pojawiały się również musicale, np. „Fan-tasia” (1940), baśnie, np. „Śpiąca Królew-na” (1959), oraz ewenement, przypomi-nający film dokumentalny „Bambi” (1942). Kto interesuje się animacją, a nie obejrzał „Bambiego”, powinien natychmiast to zmienić! Spośród wszystkich pełnomet-rażowych filmów, jakie miałam okazję widzieć, ten jeden można nazwać „ani-macją dla animacji”. Słów dialogu naliczono w nim tylko 800, najmniej ze wszystkich Disneyowskich produkcji. Najwi-doczniej nie chodzi ani o akcję, ani nawet przesłanie, ponieważ dzieje się dokładnie i tylko tyle, ile w życiu jelenia mogłoby się wydarzyć. W ramach ciekawostki, na klat-kach z „Bambiego” wyświetlanych jedna po drugiej uczyli się nasi animatorzy z Bielska- Białej. Jednakże, na okolice roku 2000 przypadł zmierzch Disney Classics. Filmy rysunkowe będące dotąd specjalizacją firmy zaczęły tracić względem komputerowych. Poziom reprezentowany przez wytwórnię zaczął spadać w szybkim tempie. Ikoną tej porażki jestem skłonna mianować „Nowe szaty króla” (2000). Niedojrzałość filmu i zawartego w nim „humoru” doprowadza do rozpaczy, podobnie jak styl wypowiedzi postaci. Tła są tu zupełnie nijakie, a ruch pozbawiony polotu. Stąd też u mnie paroletnie zaległości w oglądaniu kolejnych produkcji, ograniczam się do przeglądania

Animacja

kinowych zwiastunów. Na ostatnią z nich, „Zaplątani” (2010), obawiam się chociażby rzucić okiem. Epoka Disneya już bezpowrotnie minęła. Powiedziałabym, że zabiła go własna chci-wość, niczym czarny charakter z ich włas-nej bajki. Niestety, albo jest się aser-tywnym artystą i stawia jakość na pierw-szym miejscu, albo przyjmuje się rolę rze-mieślnika i wykonuje, za co zapłacą. Disney wybrał to drugie. Pixar Formalnie, Pixar Animation Studios jest od 2006 roku częścią Disneya, jednak trudno nie mówić o nich oddzielnie. Od samego początku Pixar stosował wyłącznie technikę komputerową. Z pomocą „Toy Story” (1995), pierwszego filmu animowanego wyłącznie tym sposobem, wytwórnia zaczęła torować sobie drogę na rynek. Wpierw czając się w cieniu Disneya, przyzwyczajała widzów do komputerowej rzeczywistości, żeby już niedługo, wraz z DreamWorks, zająć jego miejsce na pie-destale. Z pewnością największym sukcesem Pixara jest wspomniane już „Toy Story”, któremu wiele mu podobnych późniejszych pro-dukcji zawdzięcza utorowanie drogi do kin. Z kolei porażką nazwałabym „Gdzie jest Nemo” (2003), bajkę o wartości przesłania bliskiej zeru, którą ogląda się raz, po czym zapomina. Wątpię, by film ten był owocem ciężkich trudów. W przypadku wytwórni komputerowych środowisko wodne jest wyjątkowo przyjemne do zobrazowania, z tej prostej przyczyny, że ma się mniej do wyrenderowania. Sam fakt, że postacie nie mają futra ani ubrania zdejmuje z animatora olbrzymi ciężar. Nie mówiąc już o tle, które można zastąpić błękitnym gradientem obrazującym głębię, nie kłopocząc się ani-macją trawy, drzew, czy chmur. Warto wspomnieć, że docelowym widzem Pixara nie są wyłącznie dzieci. Mogłoby się zdawać, iż im późniejsze produkcje, tym bardziej podobają się dorosłym (np. o „WALL.E” (2008) słyszałam wyłącznie z ich strony). Owocem tego zaintereso-wania jest los „Odlotu”. Ta wydana w 2009 roku komedia doczekała się w rok później aż pięciu Oskarów, według mnie całkiem bezzasadnie. Wystarczy choć rzucić okiem na konkurujący z nią wówczas film, „Secret of Kells”, a na myśl nasuwa się, że Pixarowi statuetkę dano z rozpędu. Od tej chwili, nie kryję, zwróciłam się przeciw tej wytwórni. DreamWorks Dla większości osób DreamWorks to „Shrek” (2001). Film znany obecnie jak „Król Lew” (a możliwe, aż strach, że lepiej). Nie muszę więc wspominać, co to za produkcja, powiem natomiast, że była właśnie tym dla animacji komputerowej, czym „Król Lew” dla rysunkowej. Mimo, że „Toy Story” przecierało szlaki, to właśnie „Shrek” udowodnił, że animację kompute-rową można zrobić naprawdę porządnie od

Animacja

strony technicznej i że będzie ona w stanie przekonać do siebie dorosłych widzów. Tyle w temacie ikony DreamWorks. Pomimo niezaprzeczalnego sukcesu „Shreka”, to nie on, a „Droga do El Dorado ” (2000) jest definitywnym tryumfem wytwórni. Na te-mat „wyzysku cywilizacji na dzikiej krainie” film powiedział wszystko, co do powie-dzenia było. Mimo to, oczywiście ten zostanie jeszcze przemielony ze sto razy na ekranach kin (daleko szukać nie trzeba: „Avatar” (2009)). Animacja bohaterów jest najmocniejszą stroną „Drogi do El Dorado”, ich mimika i gestykulacja za każdym razem nie pozwalają mi oderwać oczu od ekranu. Zaznaczę od razu – dowcip smaczny i na poziomie, podobnie język. Od tej pory nie doświadczyliśmy już tego ze strony DreamWorks. Zauważając to przejście możemy prześledzić tempo i kierunek zmian w grupie docelowych odbiorców. DreamWorks uparcie promuje „Mada-gaskar” (2005) jako swoje największe osiągnięcie po „Shreku”, podczas gdy moim zdaniem właśnie tego filmu najbardziej powinni się wstydzić. „Mada-gaskar” rozpoczął niepokojący trend animacji pustych, składających się tylko i wyłącznie z humoru (którego poziom na dodatek śmiem kwestionować). Co gorsza, pociąg-nął za sobą nie tylko powyższych kon-kurentów, ale i dziesiątki drobnych wytwórni, odpowiedzialnych chociażby za wieczorynki. Jeszcze jakiś czas po „Shreku”, tj. do 2003 roku, DreamWorks próbował wytrwać przy tradycyjnej ani-macji („Sindbad: Legenda siedmiu mórz”), ale ostatecznie uległ magii komputerowych

Animacja

tekstur. Skoro przedstawiłam zarówno sukcesy, jak i porażki każdej z wytwórni, zrobię to samo dla ich ogółu. Za największe osiągnięcie uważam zdanie wielu młodych ludzi wspominających tamte filmy w słowach: „wychowałem się na tym”. Nie mówiąc już o zachęcie dla aspirujących animatorów… Zdarzały się jednak i potknięcia. Trudno mi dostatecznie wyrazić zawód z upadku technicznego warsztatu, pomysłowości i języka reprezentowanych przez dzisiejsze animacje Disneya, Pixara i DreamWorks. Nieśmiało, bo nieśmiało, ale i Disney, jeszcze niedawno niezależny i wzorowy, popłynął z nurtem. Sprawa języka wyjąt-kowo mi dokucza. Ale może tylko mi przeszkadza, że „...a zatem chodź” z „Pięk-nej i Bestii” (1991) zastąpi „ja nie wyrobię w pudle” z „Małej Syrenki 3” (2008)… Na koniec pozostaje mi tylko zaznaczyć, iż magnatów animacji nie uważam automa-tycznie za jej mistrzów. Nigdy nie jest bezpiecznie stawiać znak równości między popularnością a jakością. Przy typowaniu najlepszych animacji należy brać pod uwagę pojedyncze utwory, nie zaś całą wytwórnię, dlatego temu tematowi poświęcę osobną refleksję. Świadomie pominęłam tym razem udział Warner Bros i Studia Ghibli, wytwórnie te doczekają się swojego miejsca w następ-nych artykułach. Anna Wodzicka fot. 2 rogerbarker2 NIE KABLUJ!
Przedstawiona w artykule wersja zdarzeń to niezwe-ryfikowana w żaden naukowy sposób hipoteza, którą stworzyłem na poczekaniu. Sam chyba zresztą w nią nie wierzę, wszak zmyśliłem ją zupełnie. Ale przynajmniej staram się być szczery – doceniacie to, prawda?
Telewizja

Tato zasiadł w fotelu. Mama wraz ze star-szym synem na kanapie. Młodszy znalazł sobie wygodne miejsce na podłodze. Czy teraz nastąpi coś niezwykłego? Skądże znowu. Po prostu oglądają, czasem się śmieją, czasem dyskutują na temat obrazów zmieniających się na ekranie. Nuda? Mają tylko cztery kanały w telewizji, trzy programy TVP i Polsat. TVNu nie łapią, a czeskich stacji nie liczymy. I tak zawsze znajdą coś do oglądania, a jeśli nie, to tragedii nie ma, można zająć się czym innym. Może będą zmuszeni w każde święta oglądać Kevina, Brzdąca w opałach, Gliniarza w przedszkolu, ale dadzą radę. Albo pójdą na spacer. Ich życie telewizyjne będzie prawie idealne. Do momentu, gdy wpadną na pomysł, że warto byłoby wysupłać kilkadziesiąt złotych miesięcznie na abonament za kablówkę. Nie chodzi o jakieś pranie mózgu. Ani o mało wartościowe programy telewizyjne, do których dostęp dają młodzieżowe stacje. Też nie o ryzyko uzależnienia od Discovery, History, albo National Geographic Channel. Chodzi o mnogość wyboru. Tak ogromną, że osoba, która dysponowała dotąd czte-rema oglądalnymi kanałami, musi się nią zachłysnąć aż do telewizyjnego zaduszenia. Wszak i tu można coś obejrzeć, i tu byłoby fajnie. Tam też, kiedyś tak bardzo chciałem to zobaczyć! Ale tutaj, ten program tak bardzo polecali! Zaczynają się wybory w śmietance telewizyjnych nagrań. Zupa wyśmienita, drugie danie bajeczne, a na określenie smaku deseru w polskim języku słów nie ma. Wszystko co najlepsze, Francjaelegancja. Szkoda, że można oglą-dać tylko jeden program naraz! Aż w końcu, po zasmakowaniu w takim jedzeniu, telewizyjna mortadela, którą dotychczas wchłanialiśmy bez mrugnięcia okiem, zaczyna kłuć w zęby. Żeby tylko ona! Nawet skądinąd nienajgorszy niedziel-ny rosół (z kostki bulionowej) wywołuje potem na twarzy grymas zniechęcenia. Gdzie te omułki? Gdzie wellingtony? Gdzie schab ze śliwkami? Nie ma ich. Toteż podoba się coraz mniej, zaczyna brakować czegoś, na czym można

Telewizja Oglądasz więc coraz mniej i mniej, telewizja nie przynosi dawnej radości. Zaczynasz szukać innych form rozrywki: lektura książek, słuchanie dobrej muzyki, oglądanie filmów (niekoniecznie właśnie w telewizji). Ktoś powie – idealnie! Instalujmy kablówki! I pewnie miałby rację. Tylko potem ta nostalgia – kiedyś to była telewizja! A teraz?

by oko zawiesić. Częściej i częściej godziny płyną na wędrówce przez te czterdzieś-cikilka kanałów. Wymagamy więcej. Wciąż więcej. Aż w końcu – pustka. Bo nagle okazuje się, że nasze, rozbuchane przez te wszystkie upojne miesiące z kablówką, oczekiwania, mogłyby zostać zaspokojone tylko przez …(tu wstaw swoje imię) …(tu wstaw swoje nazwisko) TV. Oglądasz więc coraz mniej i mniej, telewizja nie przynosi dawnej radości. Zaczynasz szukać innych form rozrywki: lektura książek, słuchanie dobrej muzyki, oglądanie filmów (niekoniecznie właśnie w telewizji). Ktoś powie – idealnie! Instalujmy kablówki! I pewnie miałby rację. Tylko potem ta nostalgia – kiedyś to była telewizja! A teraz? Jasne, że czas idealizuje minione rzeczy. Ale pomyślcie, jak dobrze wspominacie programy, które oglądaliście w dzieciństwie. Dziś pewnie Czarodziejkom z Księżyca nie poświęciłbym dłuższej chwili, a jednak pamięć o nich zachowuję. I to nienajgorszą. Czemu? Nie dlatego, że to był dobry serial. Mydło-powidło i takie tam. Ale właśnie to pochłaniałem. Tę japońską potrawę, której skład ciężko ustalić. Może gdybym wtedy miał kablówkę, to dziś objeżdżałbym Czarodziejki… z dołu do góry. Ale nie miałem i właśnie serial takiej jakości znalazł sobie trwałe miejsce w mojej głowie. Marek Suska fot. 1 Krystyna Janysek fot. 2 oddharmonic Magia wspomnień
CHWAŁA MOJEGO OJCA ZAMEK MOJEJ MATKI
Książki

Po raz kolejny, dzięki wydawnictwu Esprit polscy czytelnicy mają okazję poznać bliżej dorobek Marcela Pagnola – prawdziwie francuskiego twórcy kultury. Także i tym razem treści towarzyszą ilustracje au-torstwa Sempé, a czytelnicy zachwyceni „Żoną piekarza” nie zawiodą się czytając „Chwałę mojego ojca. Zamek mojej matki.” Spędzając ponure tygodnie na przygo-towaniach do sesji lub zaliczając przed-mioty na koniec semestru z pewnością każdemu, w mniejszym lub większym stop-niu, przydałaby się odrobina wytchnienia. W świeżo opublikowanej książce Pagnola czytelnik znajdzie nie tylko wytchnienie. Jest tu przygoda, przyjaźń, piękne lato i słodka tęsknota za dzieciństwem. Lektura „Chwały mojego ojca. Zamku mojej matki” to ciepła i pełna humoru podróż w przesz-łość, gdzie wiek XIX właśnie się skończył, a XX stawia pierwsze kroki. Podczas lektury towarzyszymy małemu Marcelowi i jego rodzinie w codziennym ży-ciu. Perypetie urwisa, którym autor niewątpliwie był, są zabawne i pełne cie-kawych uwag, a także interesujących his-torii i z życia najbliższych. Jest więc ukochana przez Marcela matka, jego brat

Książki

Paweł – wierny towarzysz zabaw, ojciec – prawdziwy i kochający autorytet, a także wuj Juliusz i najlepszy przyjaciel Lili. Marcel Pagnol wspomina swoją rodzinną miejsco-wość i szkołę, ale najważniejszym miejs-cem narracji jest dom BastideNeuve, w którym Francuz spędził najpiękniejsze w swoim życiu wakacje. Magiczne miejsce, swego rodzaju raj utracony, gdzie pachnie lawenda, figa wydaje soczyste owoce, cykady co wieczór grają koncerty, piękna pogoda nigdy się nie kończy, a las jest wymarzoną krainą przygód dla wielbicieli powieści o Indianach. To tu Marcel uczy się polować, obserwuje przyrodę, bawi się na wzgórzach, poznaje najlepszego przyjaciela i ze strachu przed szkołą postanawia zostać pustelnikiem. To wspomnienia, które wraz z lekturą stają się drogie nie tylko głów-nemu bohaterowi. Cudowna atmosfera lata czy Boże Narodzenie, pełne chrupiących daktyli smażonych w cukrze, wywołują uśmiech na twarzy, a przeróżne przygody Marcela i jego rodziny są pełne radości i zawsze dobrze się kończą. Cała historia opowiedziana jest lekko i niemożliwym jest, by 400 stron „Chwały mojego ojca. Zamku mojej matki” mogło się znudzić. Po skończonej lekturze pozostaje tylko słodko - gorzka tęsknota za dzieciństwem oraz pragnienie lata, które dopiero przed nami, a także smutek, że tak świetna książka już się skończyła i ostatni akapit dobiegł końca. Sam Pagnol w swoich wspomnie-niach z dzieciństwa stwierdza nostalgicz-nie: „Takie jest ludzkie życie. Trochę radości – bardzo szybko zatartych przez troski, o których nie da się zapomnieć.” Paulina Rzymanek KOTOM WSZYSTKO WOLNO

Książki

Kiedy czarny kot przebiegnie nam drogę, spluwamy przez lewe ramię. Ale dopiero, gdy okazuje się, że mamy uczulenie na jego sierść, nad nami zamieszkał talib, a futrzak okazuje się być sprytnym magikiem, sprawy mogą się prawdziwie skomplikować. „Jedenaście pazurów” to zbiór opowiadań różnego autorstwa, wraz z przedmową Andrzeja Sapkowskiego, powiązanych ze sobą historiami kotów. Wszystkie utrzy-mane są w klimacie szeroko pojętej fantastyki, niektóre ocierają się nawet o science – fiction. Kilka historii można uznać za naprawdę niezłe, inne zaś pozostawiają po sobie jedynie niesmak. Żeby nie wrzucać ich do jednego worka, należy podzielić je na trzy grupy: dobrych, średnich i kiepskich. „Panie są dwie” Justyna, kilkuletnia dziewczynka, mieszka wraz z babcią i mamą. Mają też starego kota, który dostarcza jej przyjemności, dotrzymuje towarzystwa i wywołuje na jej twarzy uśmiech. A potem koleją rzeczy odchodzi z tego świata, by za sprawą dziecka powrócić dość niespodziewanie. Od tej chwili zaczynają dziać się naprawdę dziwne rzeczy i wszystko wskazuje na to, że sprawcą wszystkich kłopotów jest właś-nie kot. Opowiadanie Jagi Rydzewskiej „Kot Szrekingera” poprowadzone jest z punktu widzenia Justynki, która jak to dziecko spolszcza wszystkie nazwy, nie umie zrozumieć kim jest psycholog, a ze sław-nego fizyka robi pana Szrekingera. Choć historia w ostatecznym wydźwięku jest dość mroczna, spojrzenie na nią oczami nieświadomego do końca dziecka powo-

Książki

duje, że staje się ona całkiem przyjemna w odbiorze. Doskonałym zabiegiem było również przedstawienie już na samym początku tajemnicy, której rozwiązanie jest znane głównej bohaterce od pierwszej chwili. „Michała z niespokojnego snu wybu-dził czyjś świszczący oddech” Potem było już tylko gorzej. Nie dość, że do mieszkania nad nim wprowadził się talib, a matka nie do końca pojmowała problemy chłopaka, to w pokoju współ-okatora zamieszkał kot. A może raczej jego mocno irytujący duch, który zachował właściwości żywego zwierza. Michał zaś ma paskudne uczulenie na sierść tego futrza-ka, który za nic w świecie nie da się złapać. Historia Mirosławy Sędzikowskiej „Nietak” zmieściła się na niecałych trzydziestu stronach, ale jej żywy język, dokładne opisanie głównego czarnego charakteru, a także całkiem barwne rozmowy pomiędzy Michałem, a jego matką powodują, że łatwo można wczuć się w sytuację. Opowiadanie ponadto miało być raczej prześmiewcze i nie wzbudzać strachu, lecz uśmiech politowania. I założenie to autorka wypełniła, co podkreślają ostatnie zdania historii. „Nie spłodzę już syna” To była pierwsza myśl, jaka przyszła do głowy głównemu bohaterowi, gdy usłyszał słowa lekarza. Świat, który do tej pory wydawał mu się uporządkowany, sypie się całkowicie, mężczyzna zamyka się w mieszkaniu, rzuca pracę i dziewczynę. Którejś nocy jest świadkiem, jak pies sąsiada na polecenie pana zagryza bezpańskiego kota. Zaraz potem bohater staje oko w oko z kociarką, która doskonale wie, że on wszystko widział. Od tej chwili mężczyzna nie da sobie spokoju, dopóki nie pozna tajemniczej kobiety. „Kociarka” Piotra Patykiewicza nie jest opowiadaniem lekkim, łatwym i przyjem-nym. Traktuje o śmierci, obojętności i pró-bie znalezienia nowego sensu życia, które i tak ma wkrótce przeminąć. Z dodatkową tajemnicą w tle i ludowymi zabobonami stającymi się przerażającą rzeczywistością powoduje, że historia przestaje być banalna, a czytelnik może zacząć się niespodziewanie zastanawiać, czy przesąd mówiący o czarnym kocie nie jest przypa-dkiem prawdą. „Słońce wstawało nad zaświa-tem” Raymond Chwościk, detektyw, czart trze-ciej kategorii, nie ma za wesołego życia. Alkohol nie wywołuje w nim przyjemnego stanu upojenia, a mleko, dzięki któremu może zapomnieć o całym tym zaświecie wcale nie jest takie dobre, jak być powinno. Do tego robota, jaką otrzymał od prawdziwego zjawiska w postaci jasnookiej wróżki okazuje się być o wiele trudniejsza, niż być powinna. Jakby tego było mało jego drogę przecina czarny kot. Kot, który umie się paskudnie którym tak właściwie nic się nie dzieje. Sytuację ratują jedynie dwaj główni bohaterowie, czyli kocury, które mają dokładnie ukształtowany cha-rakter, a także poglądy przez co łatwiej zrozumieć motywy ich działań.

Książki

„Wiem, jak powinien wyglądać kot” Kiedy tylko pojawił się w mieścinie rzucono w niego kotem, który został pozbawiony życia w naprawdę brutalny sposób – głupie wiejskie zabawy. Jednak przyjechał tutaj nie po to, by uganiać się za młodocianymi gnojkami, ale żeby pomóc komuś w potrze-bie. Oczywiście za odpowiednią sumę. Wiedział, że jego praca wcale nie jest tak bardzo ceniona, jak się mogło wydawać, ale czerpał z niej jakąś przyjemnością. Nie inaczej miało być tym razem. „Dobranocka” Pawła Ciećwierza należy do krótkich historyjek, w których możemy doszukać się pewnego morału. Nie należy budzić zmarłych, bowiem może to przy-nieść nam jedynie rozczarowanie i strasz-liwą gorycz. Nie jest ono jednakże jakoś niesamowicie odkrywcze, czy też napisane z polotem, z tego też powodu plasuje się na przedostatnim miejscu pośród śred-niaków. „Kharrx zwolnił do truchtu” Był akurat w trakcie polowania, które odbywał raz na pół roku, jak to na zmiennocieplnego dinozaura przystało. Należał do gatunku panującego nad całym światem, trzymającego ludzi jako zwierzy-nę i służbę. Miał właśnie zamiar pożreć swoją ofiarę, kiedy otrzymał wezwanie nie cierpiące zwłoki. Jedna z uśmiechać, a na-wet wzruszać ramionami. Chociaż pchlarze przecież tego nie robią. A przynajmniej nie powinny. „Paskudny dzień w mieście” Donata Szyllera to historia napisana z lekkim przymrużeniem oka. Utrzymana w tonie taniego kryminału, gdzie detektyw z reguły nie umie rozwiązać sprawy bez strze-miennego, zaś piękna niewiasta wpada

Książki

w tarapaty. Pełna komicznych momentów i dość luźnego podejścia do zaświatów w pełni odpręża czytelnika po poprzednich makabreskach. „Gdy po raz pierwszy usłyszałem „Kosmiczny Marine”, prychnąłem z uciechy” Tygrysia Straż w walce ze straszliwymi Pożeraczami Światów poniosła nieopisane straty. Wydaje się, że tylko Aquila przetrwał tę walkę. Niespodziewanie odnajduje jednak kronikarza, który stra-ciwszy nogi, trzyma się przy życiu resztką sił. Wtedy to mężczyzna wyjawia mu cel misji z jaką przybyli w to miejsce. To tutaj prawie pięć tysięcy lat temu ukryto potężną broń należącą do Tygrysów. I trzeba ją odnaleźć zanim siły Chaosu zdołają się do niej dostać. „Aquila, Aquila” Marcina Przybyłka może z początku zniechęcać. Odwołuje się w końcu do jednej ze znanych gier – Warhammer 40 000, a zatem żeby niektóre rzeczy zrozumieć, trzeba by przewertować liczne podręczniki. Na szczęście akcja, a także wyjaśnienia jakie zostały wpro-wadzone do tekstu powodują, że to wrażenie zostaje ostatecznie zatarte. Nie jest to jednak historia tak przystępna, jak pozostałe, więc plasuje się na ostatnim miejscu w pierwszej grupie. „Ostry dzwonek telefonu” Bezrobotny pisarz i dziennikarz oraz jego przyjaciel próbujący popełnić samobójstwo mieszkają razem. Kiedy pierwszy z nich dostaje zlecenie napisania reportażu z odległej mieściny, gdzie ludzie znikają w niewyjaśnionych okolicznościach wszyst-ko niespodziewanie się zmienia. Są rzeczy, o których nikt nie chciałby wiedzieć i właś-nie takie spotyka na swojej drodze. Widzi to, czego zobaczyć nie powinien i wplątuje się w historię, która już wkrótce stanie się udziałem całego świata. „Podłe życie, podła śmierć” Pawła Kemp-czyńskiego utrzymane jest w klimatach bliższych science – fiction niż fantastyki. Mamy tu do czynienia z istotami z innego świata, nie do końca wyjaśnionymi zjawiskami i tradycyjną już chyba w takich wypadkach ingerencją armii, a także pewnymi lukami w fabule. Niektóre rzeczy nie trzymają się wcale żadnego logicznego porządku, inne po prostu powodują pewne zagubienie czytelnika, który nie jest w sta-nie stwierdzić, o co w danej chwili autorowi chodziło. Niedopowiedzenia bywają cieka-wym zabiegiem literackim, tutaj jednak nie zdały one egzaminu. „Nazwisko?” Kotik był przetrzymywany w piwnicy domu Wszystko jest tutaj właściwie podane na tacy, a swego rodzaju ślepota komisarza może nawet denerwować. Historię ratuje z pewnością ksiądz, który wprowadza do opowiadania pewną nutkę niepokoju. „Noc była czarna” Czarny kot wędrował po dachach posiad-łości, w której mieszkał. Potem wybrał się na spotkanie z rudym towarzyszem, bo ten miał pomóc mu w powstrzymaniu zła, pragnącego ponownie zawitać na świecie. Sprytne koty znalazły pewnego łotrzyka, postraszyły go, by wydobyć cenne infor-

Książki Jak to z reguły bywa ze zbiorami opowiadań, trafiają się lepsze i gorsze. Pośród kilku naprawdę dobrych zaplątały się takie, których czytelnik wolałby raczej nie widzieć, a przynajmniej nie przed tym, jak pójdzie spać. Łączy je wszystkie jedna rzecz – kot.

macje i ruszyły w miejsce, które było najbardziej zagrożone. „Nocą czarną jak kot” Marcina Wełnickiego traci przez to, że jest niebywale krótkie. Nim jakakolwiek akcja zdąży się rozwinąć, czytelnika czeka już koniec opowiadania, w rzecz – kot. Kot, który pojawia się w jednym słowie, jednym zdaniu, lub to-warzyszy głównemu bohaterowi przez całą opowieść. Historie odwołują się do wszystkich możliwych ludowych wierzeń, lęków i chorób, a także niejako marzeń, jakie wiążą się z tym właśnie zwierzęciem. Książka kierowana jest głównie do ailurofilów – miłośników kotów – znających zachowania tych czworonogów chadzają-cych własnymi ścieżkami. I choć śmiało mogę powiedzieć, że zaliczam się właśnie do nich, nie skłaniam się do tego, żeby antologię tę nazwać wybitną. Zasługuje ra-czej na miano znośnej z kilkoma wyjąt-kami, które zostały wymienione na samym początku. Martyna Nowakkobiet zdołała bowiem zabić strażnika i dzięki pomocy specjalnego urządzenia przenieść się w czasie do dnia, kiedy przedstawiciele gatunku Kharrxa powrócili na swoje dawne ziemie. Wtedy właśnie rozpoczęła się ponowna kolonizacja i spychanie ludzi do rangi przedmiotów. A jaki w tym wszystkim był udział kotów, których głosy słyszała ponoć kobieta w swoich snach? „Szczyt piramidy” Artura Baniewicza jest historią dość nietypową. Przedstawia świat takim, jakim mógłby się stać, gdyby ludzie nie zostali jego panami. Trudno jednakże połączyć ze sobą fakt, że dinozaury potrafią mówić, stworzyły niezwykle za-

Książki

awansowaną technologię, pozbyły się ludzi, a przy tym trzymają w domu koty. W opowiadaniu znalazło się również wiele wymyślonych nazw, przez co staje się ono o wiele mniej czytelne, a do tego nie można dokładnie zidentyfikować ani czasu, ani miejsca wydarzeń. Jest ono zawieszone w próżni i gdziekolwiek czytelnik by się nie zwrócił, znajdzie tam nicość. „Jeśli ktoś nie lubi ludzi” Powinien koniecznie zniknąć na odludziu, zaszyć się w swoim starym domu, ukryć się w bibliotece i nie robić nic poza czytaniem książek. A już na pewno nie powinien ratować żadnych kotów, które płaczą straszliwie pod oknami. W końcu to te zwierzęta są sprawcami dziwnych, oży-wających nagle snów, w których wszystko pełza, mlaska i spogląda na nas wielkimi oczami. I chce nas zabić. Koniecznie trzeba przed tym uciekać wiedząc doskonale, że wcale nie ma takiej możliwości. Do tego należy być kimś wyjątkowym, by móc wplątać się w takie bagno. Trzeba być pisarzem. „Koszmar z Providence” Łukasza Orbitowskiego jest prawdziwym koszmarem. Odwołuje się on do twórczości autora „Zewu Cthulhu”, który był miłośnikiem wszystkiego co ma masę macek i goni śmiałka odważającego się wkroczyć do mrocznej świątyni pomimo wszystkich ostrzeżeń, jakie otrzymał. Opowiadanie jest pomimo to przerażające, choć w istocie niesmaczne i mało przy-jemne. „Kot Szrekingera”, „Nietak”, „Kociarka”, „Paskudny dzień w mieście” i „Aquila, Aquila” bezsprzecznie zajmują w zesta-wieniu miejsce pierwsze. „Koszmar z Pro-vidence” ląduje zaś na ostatniej pozycji. „Dobranocka”, „Nocą czarną jak kot” i „Podłe życie, podła śmierć” to z kolei opowiastki, którym wciąż czegoś brakuje. „Kotika” i „Szczyt piramidy” naprawdę ciężko wpasować w którąkolwiek z grup, z tego też powodu będą musiały zająć zaszczytne drugie miejsce, pomiędzy wygranymi, a ostatecznymi przegranymi. Jak to z reguły bywa ze zbiorami opowiadań, trafiają się lepsze i gorsze. Pośród kilku naprawdę dobrych zaplątały się takie, których czytelnik wolałby raczej nie widzieć, a przynajmniej nie przed tym, jak pójdzie spać. Łączy je wszystkie jedna rzecz – kot. Kot, który pojawia się w jed-nym słowie, jednym zdaniu, lub towarzyszy głównemu bohaterowi przez całą opowieść. Historie odwołują się do wszystkich możliwych ludowych wierzeń, lęków i cho-rób, a także niejako marzeń, jakie wiążą się z tym właśnie zwierzęciem. Książka kierowana jest głównie do ailurofilów – miłośników kotów – znających zachowania tych czworonogów chadzających własnymi ścieżkami. I choć śmiało mogę powiedzieć, że zaliczam się właśnie do nich, nie skłaniam się do tego, żeby antologię tę nazwać wybitną. Zasługuje raczej na mia-no znośnej z kilkoma wyjątkami, które zostały wymienione na samym początku. Martyna Nowak fot. Dorota Stach Jeszcze wczoraj twoja głowa była pełna myśli o mnie, a prowadzone z bliskimi rozmowy co rusz zahaczały o temat mojej skromnej osoby. Na jedynej zapisanej tego dnia kartce papieru wyrazy nakreślone eleganckim piórem z fioletowym tuszem mniej lub bardziej precyzyjnie wiązały się ze mną. Dzisiaj moja wartość osiągnęła poziom zeszłorocznego śniegu i nikt już o mnie nie myśli. I mówię ci to z głębi serca ja, twoje postanowienie noworoczne.
I SOLENNIE OBIECUJĘ, ŻE W 2011 ROKU...
Społeczeństwo

Wstęp może rzeczywiście trochę trąca melodramatyzmem, ale złapał mnie ten nastrój podczas refleksji nad moimi osobistymi celami na kolejny rok. Sie-działam nad kartką papieru, opierając dłoń o podbródek. W drugiej trzymałam wspom-niane eleganckie pióro z fioletowym tuszem. Krytycznie przeglądałam swoje zapiski, dochodząc do wniosku, że przecież gdzieś już to, cholercia, czytałam. Godzinami nie byłam w stanie dojść do tego, w jakiej mądrej książce przeczytałam o cudzych postanowieniach, o których mogłabym śmiało powiedzieć, że są mojego autorstwa – tak były podobne. Wręcz identyczne. Siedziałam więc, gło-wiłam się a dzień chylił się już ku końcowi. Wreszcie mnie olśniło: to przecież słowo w słowo moje cele na rok 2010. I tak, mam na myśli ten 2010 rok, który właśnie zakończył się kilkanaście dni temu. Jak to w końcu z tymi naszymi posta-nowieniami noworocznymi bywa? Wymyś-lamy je podekscytowani perspektywą żegnania starego roku, a wraz z nim doznanych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy przykrości i złych momentów. Początek kolejnego roku jawi nam się jako czas zmian o znaczeniu przełomowym – to właśnie w tym roku nasze życie nabiera gwałtownego przyspieszenia, a my sami podążamy tą właściwą ścieżką. W przec-iągu kilku godzin ostatniego dnia grudnia poznajemy nagle odpowiedzi na wszystkie męczące nas pytania. Najczęściej odpo-wiedzi te leżały w odległości przysłowiowej wyciągniętej ręki. Po bilansie zysków i strat pojawiają się więc wielkie wyzwania. Rzucę palenie. Prze-biegnę maraton. Nie będę trwonić swo-jego czasu na portalach społecznościowych.

Społeczeństwo

Pełni nadziei i zmotywowani już drugiego stycznia wypowiadamy się na forum dyskusyjnym grupy wsparcia dla osób eliminujących ze swej codzienności niko-tynę. W kolejnym tygodniu kupujemy profesjonalne buty do biegania godne mistrzów olimpijskich. Codziennie systema-tycznie zmniejszamy częstotliwość logo-wania się na Facebooka czy nk. Nasze życie staje się lepsze. A moje życie co roku jest ciekawsze, pełniejsze, bardziej wartościowe i satys-fakcjonujące. Samej sobie rokrocznie udo-wadniam, że jestem w stanie dotrzymać danych sobie obietnic. I tylko szkoda, że udaje mi się to wyłącznie w styczniu... W tym momencie właściwie mogłabym postawić ostatni znak interpunkcyjny, zamknąć edytor tekstu i wyłączyć komputer. Noworoczne obiecankicacanki bez szans ich dotrzymania to przecież temat stary, znany i przytaczany zawsze w pierwszych dniach stycznia. Mimo to w mojej głowie wciąż kołacze się pytanie: dlaczego? Dlaczego nie potrafię dotrzymać danego sobie słowa? Przecież dążę do tego, by moje życie przypominało choćby w połowie tę wymarzoną przeze mnie wizję. Przy-najmniej staram się, a początek roku wydaje się być idealną ku temu okazją – może powiedzieć każdy. Więc właśnie dlaczego nasze wielkie noworoczne plany z reguły spalają na panewce? Weźmy na przykład ten nieszczęsny bieg maratoński. Korzyści płynące z regularnego uprawiania sportu są kuszące, w dodatku

Społeczeństwo

nierzadko potwierdzone fenomenalnymi wynikami zdrowotnymi biegaczy lub, bar-dziej prozaicznie, ich sylwetkami. Zna-lezienie się w elitarnym gronie mara-tończyków budzi respekt, a pokonanie dys-tansu równego (w przybliżeniu) odległości z Wrocławia do Brzegu to przykład zwycięstwa nad samym sobą, własnymi słabościami i ograniczeniami organizmu, którego podstawową funkcją nie jest przecież pokonywanie sprintem morder-czych, wielokilometrowych tras. Problem w tym, że trudno oczekiwać od osoby nienawidzącej od zawsze wysiłku fizycznego, że z dnia na dzień będzie zażywać radości biegania o świcie, nie-prawdaż? Pojawia się więc przyczyna numer jeden w porzucaniu postanowień noworocznych: brak przekonania do nich. Albo takie papierosy. Większość znanych mi palaczy utrzymuje, że w gruncie rzeczy, to oni wcale nie muszą wychodzić w pięt-nastostopniowy mróz przed klub na dymka. Przecież robią to dla przyjemności, a nie z powodu uzależnienia, Boże uchowaj! To rytuał i celebracja każdego zaciągnięcia się. – mawiał mój dawny znajomy. Mamy więc stereotypowego wyznawcę nikotynizmu, fana Jamesa Deana z tym całym jego nonszalanckim stylem bycia i nieod-łącznym papierosem w ustach, który (palacz, nie James Dean) tak naprawdę wcale nie chce dotrzymać tej obietnicy. A że rząd planuje podnieść stawkę podatku akcyzowego? Przecież nie zrobią tego ani dzisiaj, ani jutro, ani też pojutrze... W kontekście przyczyn niedotrzymywania swych noworocznych postanowień przypo-minają mi się także moje osobiste cele, które przedsięwzięłam z myślą o roku 2009. Wyszło ich ponad trzydzieści, co jest liczbą stanowczo zbyt heroiczną jak na możliwości przeciętnego zjadacza chleba. Przy tej ilości sumienie samo rozgrzesza spędzanie jednej doby tygodniowo na Facebooku jako tzw. mniejsze zło. Zdecydowanie co za dużo, to niezdrowo. O powodach naszej niekonsekwencji po-wiedziano i napisano już wiele. Ja sama też mogłabym rozprawiać o tym godzi-nami. Jednak nie piszmy ani nie rozma-wiajmy już na ten temat. Weźmy się do roboty. Tak zwyczajnie. Magdalena Kondracka fot. David Noah1 "A moje życie co roku jest ciekawsze, pełniejsze, bardziej wartościowe i satysfakcjonujące. Samej sobie rokrocznie udowadniam, że jestem w stanie dotrzymać danych sobie obietnic. I tylko szkoda, że udaje mi się to wyłącznie w styczniu..." MAM PRZED SOBĄ JESZCZE DŁUGĄ DROGĘ
Piotr Dogoński jest na pierwszy rzut oka zwyczajnym licealistą. Jednak pod tą przykrywką kryje się laureat wielu konkursów pianistycznych rangi ogólnopolskiej i międzynarodowej.
Znani nieznani

Muzyka to pasja? Zdecydowanie. Choć ta pasja kosztuje mnie wiele wysiłku i wymaga wyrzeczeń, to sprawia mi ona ogromną frajdę oraz daje mnóstwo satysfakcji. Tydzień ma tylko siedem dni. A ty poza szkołą muzyczną masz również inne obowiązki. Jednak żeby osiągnąć sukces musisz dużo ćwiczyć i rezyg-nować z wielu rzeczy. Ile czasu poś-więcasz na ćwiczenia? Pianistyka jest z pewnością wymagającą dyscypliną. Trudno pogodzić naukę w obu szkołach. Zwłaszcza, że staram się uzys-kiwać jak najlepsze wyniki. Dlatego ciężko mi znaleźć przy tym wszystkim czas dla siebie. Często muszę zrezygnować ze spot-kania z przyjaciółmi czy innych przyjem-ności. Nie wiem czy potrafię precyzyjnie określić czas jaki poświęcam na ćwiczenia. Jest on uzależniony od innych obowiązków. Trzy godziny dziennie przy takim natłoku pracy to dobry wynik. Sukces jest priorytetem? Nie da się dokładnie zdefiniować znaczenia słowa "sukces". Wiem jednak, że nie jest on łatwą zdobyczą i trzeba o to walczyć, dążyć do celu, mimo że czasem się nie chce. Czy jest on dla mnie priorytetem? Jest istotny, ale moim zdaniem w życiu są wartości zdecydowanie ważniejsze.

Znani nieznani

Czyli? Przede wszystkim mam na myśli rodzinę. Musimy razem tworzyć zwartą grupę i po-magać sobie nawzajem. Wspierać się. Jednak najważniejsza jest dla mnie wiara. To od Boga otrzymałem tak wiele talentów. Osiągnięcia są bardzo ważne, ale traktuję je jak aromat... taki aromat do życia. Stawiasz sobie wysoko poprzeczkę? Dużo od siebie wymagasz? O tak. Nigdy nie można poprzestać na tym, co już osiągnęliśmy. Kolejne cele, nowe wymagania, którym staram się sprostać - to sposób, by ciągle się rozwijać. Zasiadasz przy fortepianie. Zaczynasz grać. Co wtedy czujesz? Stres, który towarzyszy mi zawsze. Nawet najwybitniejsi wykonawcy go mają. Ważne by sobie z nim radzić. Chociaż ważniejsza jest ekscytacja. Zależy mi na tym, by jak najlepiej się wyrazić. Chcę przekazać to, co wywołuje we mnie muzyka. A radość? O najważniejszym bym zapomniał... Ra-dość jest nieodłącznym elementem mojej pasji, ponieważ kiedy gram, czuję się speł-niony. Mogę się podzielić czymś, czego nie ma nikt inny. Czuję się wspaniale, kiedy wiem, że moja muzyka wywołuje zdu-mienie i zachwyt. Jedni cię podziwiają, a inni ostro krytykują. Jak na to reagujesz? Krytyka jest potrzebna. Dla artysty (myślę, że mogę się tak podniośle nazwać) ważny jest punkt widzenia innych. Dzięki krytyce wciąż się doskonalimy. Czyli bierzesz ją do serca i idziesz dalej? Tak. Staram się schować dumę do kieszeni i uważnie słucham tych, którzy są bardziej doświadczeni i mądrzejsi ode mnie. Jest to jedyny sposób, aby się czegoś nauczyć. Oceniając mnie, starają się mi pomóc. Domyślam się, że nie zawsze jest kolorowo i miewasz chwile zwątpie-nia. Chciałeś kiedyś zrezygnować z gry na fortepianie i przekreślić tyle pracy? Może nie od razu rezygnować ze wszyst-kiego, ale... Tak. Było wiele chwil zwąt-pienia. Zwłaszcza na początku, kiedy cho-dziłem do podstawówki. Koledzy mi propo-nowali wypad na rowery albo mecz po szkole, a ja odmawiałem, bo miałem jeszcze inne obowiązki. Nie było mi łatwo rezygnować z przyjemności. W dodatku czasem miewam słabszy okres. Nie od razu widać efekty mojej pracy. Mimo wszystko staram się nie zniechęcać i idę dalej. Kiedy dokładnie zaczęła się twoja przygoda z fortepianem? To było gdzieś w maju, dziewięć lat temu. Mama zapytała mnie i moją siostrę - Olę - czy chcemy iść do szkoły muzycznej. Z wielkim entuzjazmem odparliśmy, że tak. Byliśmy mali i głupi. Żadne z nas nie wiedziało, w co się pakuje i jaka praca nas

Znani nieznani

czeka. Ola wybrała skrzypce, a ja forte-pian. Pomysł o szkole muzycznej rzuciła mama. Niespełnione ambicje? Nie. Mama za każdym razem powtarzała, że to nasz wybór. W każdej chwili mogłem zrezygnować, jednak mimo trudności chciałem wciąż grać. Dlatego rodzice pomagali mi w tym na każdym kroku. Wspierali w trud-nych chwilach. Jak wspomniałeś wcześniej, twoje ro-dzeństwo również związało się z muzyką. Wspierają cię także ro-dzice. Czy to im zawdzięczasz do-tychczasowe osiągnięcia czy tylko swoją ciężką pracą i wyrzeczeniami doszedłeś do tego wszystkiego? O nie. Sam niczego bym nie osiągnął. Wszystko to zawdzięczam przede wszystkim rodzicom i oczywiście nauczycielom, któ-rzy kierowali moją edukacją muzyczną. Ich ogromny wkład i poświęcenie są godne podziwu. Prywatnie jakiej muzyki słuchasz? Przeróżnej - od metalu po chorały gregoriańskie. Staram się poznawać różne gatunki muzyczne. Mimo wszystko skła-niam się raczej głównie ku klasyce i jazzowi. Preferuję także niektóre zespoły rockowe, chrześcijańskie i wiele, wiele innych. Plany na najbliższą przyszłość? Przymierzam się do kolejnych konkursów. Tym razem w Szczecinie oraz w Rybniku. Zobaczymy, czy się uda. Mam przed sobą jeszcze długą drogę... Rozmawiała: Justyna Błach KWIAT PUSTYNI
Fascynuje, wprowadza w zachwyt, jest obiektem westchnień wielu – Du-baj, jedno z najbogatszych miast świata.
Finanse

Dubaj, niegdyś niewielkie miasto portowe w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, które kojarzyło się głównie z przeła-dunkiem ropy naftowej i gazu, jest dziś symbolem bogactwa i ekscentryczności szejków znad Zatoki Perskiej. Przez ostat-nich kilka lat, to tutaj lokowano petrodolary płynące z bogatych, ale powoli wyczerpujących się złóż, a lokowano je w najbardziej oryginalne projekty inżynieryjne w rodzaju sztucznych wysp, czy krytych stoków narciarskich, ale także w nowoczesne biurowce, najwyższej klasy infrastrukturę, hotele, port lotniczy. Dzięki tym przemyś-lanym inwestycjom, Dubaj stał się dużym ponad regionalnym centrum finansowym i turystycznym. Dziś PKB Dubaju wytwa-rzane jest przez usługi, w dużej mierze przez handel, usługi finansowe i branżę turystyczną, a udział ropy i gazu w do-chodzie nie przekracza 6%.

Finanse

Naj, naj, naj... Dubaj jest też miejscem bicia rekordów, tutaj wszystko jest ogromne. Największe centrum handlowe - Dubai Mall, parki wodne, sztuczne archipelagi, najdroższy i jedyny na świecie siedmiogwiazdkowy hotel Burj al Arab (Wieża Arabów) i w końcu najwyższy budynek świata – Burji Khalifa. Budowa tej ponad 800 metrowej wieży to tylko część olbrzymiego projektu wartego 20 mld USD obejmu-jącego budowę całej dzielnicy mieszkal-nousługowej Downtown Dubai. Patrząc na dane techniczne budynku można dostać zawrotu głowy. Jak wielkim przedsięw-zięciem nie tylko inżynieryjnym, ale także, a może przede wszystkim finansowym jest ta budowla, może świadczyć koszt jej budowy szacowany na ok. 1,5 mld USD. Deweloperem projektu był gigant lokal-nego rynku nieruchomości Emaar Properties, budowę finansowało konsorcjum w skład którego wchodziło wiele zachodnich firm. W 828-metrowej wieży znajduje Armani Hotel, biura, czy apartamenty sprzedawane w szczycie boomu budowlanego po 21 tys. USD za metr kwadratowy. Sam budynek zaprojektowany przez pracownię Skidmore, Owings and Merrill, swoimi designem nawiązuje do kultury Bliskiego Wschodu i Islamu. Zarys kondygnacji został ponoć zainspirowany pustynnym kwiatem Hymenocallis. Burji Khalifa Ogromna wieża bije wszelkie rekordy pod każdym względem. Nie ma i nie było nigdy w historii nie tylko większego budynku wzniesionego ludzkimi rękoma, ale także wyższej wolnostojącej budowli (to osobna kategoria!), czy w ogóle jakiejkolwiek budowli. Najwyższą budowlą do tej pory (definicja budynku w rozumieniu ran-kingów wymaga, aby przynajmniej połowa wysokości była możliwa do wykorzysty-wana przez ludzi), nie będącą budynkiem, był maszt radiowy w Konstantynowie w Polsce (646 metrów) – niestety runął w 1991 roku. Do ciekawszych rekordów Burji Khalifa należą – najwyżej na świecie położony basen (76 piętro), czy najwyżej położony... meczet (158 piętro). Liczba pięter należy również do rekordowych (160) – wcześniej rekord należał do Willis Tower (wcześniej znany jako Sears Tower) w Chicago, który ma "zaledwie" 108 pięter. Nr 1... Wygląda na to, że Burji Khalifa przez dłuższy czas będzie okupował pierwsze miejsce rankingu najwyższych budynków świata, bo aktualnie w budowie nie znajduje się żaden wyższy. Nie powstają również plany wyższych obiektów z po-wodu pęknięcia bańki nieruchomościowej i braku tak wielkiego, jak jeszcze przed kilkoma latami, zainteresowania powierzch-niami biurowymi i mieszkalnymi w najlep-szych lokalizacjach. Kryzys nie ominął rów-nież Dubaju i jego największej budowli, bo choć ostateczna wysokość Burji Khalifa była trzymana w ścisłej tajemnicy, to mówiło się nawet o 1 km wysokości z możliwością jego podwyższenia.

Finanse

Z powodu oszczędności zdecydowano się jednak na jej obniżenie. Mimo wszystko 828 metry robią wrażenie i na długo pozostaną na przedzie rankingów. ... z kłopotami Niestety rekordy najczęściej wiążą się z kłopotami i choć szczęśliwie bańka nie-ruchomościowa nie zatrzymała budowy w połowie, to nie pozwoliła jej też stać się sukcesem od strony ekonomicznej. Według różnych źródeł nawet połowa powierzchni Burji Khalifa jest pusta. Dodatkowo bu-dowa wszystkich tych wspaniałych pro-jektów, które wstrzymują dech w piersiach, pochłonęła ogromne ilości pieniędzy - także pożyczonych, co w momencie załamania wpływów z wynajmu, sprzedaży i cen nieruchomości, spowodowanego kryzysem finansowym, było realnym zagro-żeniem dla wypłacalności całego emiratu. Pod koniec 2009 roku okazało się, że państwowe konglomeraty inwestycyjne - Dubai World, Investment Corporation of Dubai i Dubai Holding – mają problemy z regulowaniem swoich zobowiązań i gdyby nie szybka pomoc ze strony władcy sąsiedniego emiratu Abu Dhabi, musiałyby zostać postawione w stan upadłości. Najnowsze wiadomości z Dubaju wskazują, jednak, mimo przejściowych kłopotów, na dalszy napływ zagranicznych firm do miasta, powolny wzrost cen nieruchomości i zwiększanie się powierzchni wynajętej w biurowcach, co pozwala tamtejszym szejkom całkiem optymistycznie patrzeć w przyszłość. Piotr Kulessa Łukasz Walkowski fot. 2 Peter Kadlec PO CO NAM GIEŁDA?

Finanse fot. Dorota Stach

Studentka 3 roku ekonomii z rozbra-jająca szczerością pyta: „O co tak naprawdę chodzi w tej giełdzie? Nie mam pojęcia po co te wszystkie, akcje, wykresy...”. Przemilczę fakt, że pytanie zadała przyszła ekonomistka, jednak jak później odkryłem, podobne głosy pojawiają się częściej. Dlatego postanowiłem przedstawić najważniejsze funkcje i możliwości jakie zapewnia giełda. 1.Miejsce pozyskiwania kapitału. Każda firma, która zamierza przeprowadzić ekspansję na nowe rynki, planuje przejęcie innej firmy, albo potrzebuje kapitału na rozwój własnych struktur może skorzystać z możliwości oferowanych przez rynek obrotu papierami wartościowymi. Emitując akcje, sprzedając je na giełdzie, przedsiębiorstwo wymienia część praw do swojego majątku na gotówkę inwestorów. Właściciel firmy decyduje jak dużą część praw do niej chce rozdysponować, jego decyzja zależy od strategii i długofalowych celów. Może on sprzedać sukcesywnie bu-dowaną firmę, zarabiając na wzroście jej wartości i wycofać się z biznesu. Naj-częściej jednak nie pozbywa sie od razu wszystkich praw do niej, tylko ich części, pozostawiając we własnych rękach pakiet kontrolny. Dzięki temu pozyskuje kapitał do dalszego rozwoju przedsiębiorstwa, a jednocześnie nadal sprawuje nad nim kontrolę. 2. Ocena kondycji spółek Obecnie dzięki polskiej giełdzie można zostać współwłaścicielem jednej z ponad 390 firm. Każda z nich zobowiązana jest do regularnego publikowania szczegółowych analiz swoich finansów. Dzięki temu ich stan jest powszechnie znany, w prze-ciwieństwie do kondycji spółek nieno-towanych. Poza tym, oficjalne wyniki

Finanse

finansowe pozwalają ocenić efektywność strategii i działanie władz danej firmy oraz dowiedzieć się jak radziła sobie ona w przeszłości. Taka przejrzystość umoż-liwia inwestorom podejmowanie racjo-nalnych decyzji, ale przede wszystkim udziela przydatnych informacji na temat kondycji danej branży, a nawet gospodarki danego kraju jako całości. Rozsądny inwestor zanim podejmie decyzję o zakupie akcji konkretnej firmy korzysta z publiko-wanych raportów i obserwuje notowania. Właśnie dzięki giełdzie może mieć pew-ność, że uzyskuje wiarygodne informacje. 3. Zróżnicowanie form inwestowania Rynek akcji wraz z tradycyjnymi lokatami bankowymi i obligacjami jest najczęściej wybieraną formą inwestowania pieniędzy. Z tego grona akcje są najbardziej ryzy-kownym, ale też najbardziej zyskownym sposobem lokowania oszczędności. Zysk z lokaty, czy obligacji skarbowych, znamy już w momencie ich zakupu. Co więcej, często ten zysk możemy od razu wypłacić, natomiast giełda nie gwarantuje zysków, a potencjalny zarobek generuje dopiero w momencie sprzedaży akcji. Dlatego jest narzędziem dla świadomych inwestorów, gotowych poświęcić czas na edukację, aby potem cieszyć się wielokrotnie większym zyskiem niż gwarantowanym przez lokatę czy obligacje (który najczęściej bliski jest zeru, przez wpływ inflacji). 4. Funkcja spekulacyjna Do najbardziej kontrowersyjnych funkcji giełdy zaliczyć można spekulację, choć nie jest ona celem z punktu widzenia orga-nizatorów i jednostek emitujących. Spe-kulacją nazywamy każde działanie, które polega na zakupie akcji danej firmy w celu późniejszego odsprzedania ich z zyskiem. Spekulantowi zależy na szybkich zyskach, nie jest zainteresowany przejęciem kont-roli nad spółką, ani jej długofalowym rozwojem. Spekulant zakłada, że wydarzy się coś, co spowoduje nagły wzrost kursu danej akcji (np. bardzo dobre dane o jej zyskach, albo informacja, że duża, znana firma chce ją kupić) i dzięki temu po pewnym czasie będzie mógł ją sprzedać inkasując znaczne zyski. Oczywiście istnieje możliwość wystąpienia nieprzewidzianych, niekorzystnych okoliczności (np. wyciek ropy naftowej na platformie należącej do firmy) i wtedy kurs akcji spółki spada i spekulant traci pieniądze. Funkcja speku-lacyjna jest już tak głęboko związana z giełdą, że nawet dość asekuracyjnie działające fundusze emerytalne, „dbające” o nasze emerytury spekulują na akcjach firm. Przybliżyłem kilka najciekawszych funkcji giełdy, oczywiście jest ich dużo więcej, mniej lub bardziej znaczących. Rynek obrotu akcjami jest rdzeniem systemu finansowego i mimo, że wiąże się z nim kilka kontrowersji, to niezaprzeczalnie jest jednym z najlepszych wynalazków kapita-lizmu i motorem napędowym całej gospodarki. Mateusz Łuszczyński















Druga kawa tego dnia i można zacząć działać. Jest 09:53, a atmosfera jest gorąca już od ładnych kilku godzin. W całym studiu TVP na Woronicza nie ma chyba miejsca, gdzie nie dałoby się spotkać kogoś z identyfikatorem WOŚP – a to wolontariuszy, a to członków Biura Prasowego, a to gości.
WOŚP od kuchni
Społeczeństwo

Znani i mniej znani Wśród tych ostatnich znaleźli się zarówno ci, którym sprzęt kupiony przez Orkiestrę uratował życie, jak i znane osobistości – aktorzy, muzycy, celebryci, a nawet politycy. Zapytany, jakie znaczenie ma dla niego udział w 19. Finale WOŚP Wojciech Majchrzak odpowiada: Liczy się przede wszystkim to, że mogę się tu dzisiaj znaleźć, że mogę pomóc w taki dzień. – Wydaje się, że to właśnie jest idealne podsumowanie idei, jaka przyświeca wszystkim obecnym 9. stycznia nie tylko na Woronicza, ale i wszędzie tam, gdzie rozbrzmiewa charakterystyczny dżingiel Orkiestry. Żółta koszula i czerwone okulary Zdecydowanie facet, który chodzi w spod-niach – a takich nam teraz brakuje. – mówi zapytana o „głównego sprawcę

Społeczeństwo Jednak 19. Finał WOŚP w Warszawie to nie tylko studio. Co zapewne ważniejsze dla mieszkańców stolicy, jest jeszcze scena na Placu Defilad – to właśnie tam skupia się większość finałowych wydarzeń. W tym roku pod Pałacem Kultury i Nauki wystąpiły takie gwiazdy jak Kumka Olik, Zbigniew Hołdys, Blue Cafe, Łąki Łan czy Jelonek.

zamieszania” minister zdrowia Ewa Kopacz. Rzeczywiście, krążący stale wśród tłumu J. Owsiak sprawia wrażenie osoby entuzjas-tycznej i tryskającej energią, jednak do-konale wiedzącej, czego chce i do czego dąży. Nie ma wielkiej różnicy pomiędzy tym, co prezentuje na wizji, kiedy ogląda go cała Polska, a tym, jak zachowuje się przy wyłączonych kamerach. Woodstock? Jarocin? PKiN! Jednak 19. Finał WOŚP w Warszawie to nie tylko studio. Co zapewne ważniejsze dla mieszkańców stolicy, jest jeszcze scena na Placu Defilad – to właśnie tam skupia się stolicy, jeśli powiedzieć, że koncert ten dorównywał największym wydarzeniom muzycznym tego typu. Tradycyjnie finał WOŚP kończy się symbolicznym Światełkiem do Nieba – po raz kolejny i tutaj organizatorzy popisali się praw-dziwym kunsztem. Siedmiominutowy pokaz sztucznych ogni, rozświetlający nocne nie-bo nad Warszawą, naprawdę robił wrażenie. „…i jeden dzień dłużej.” W chwili pisania tych słów zadeklaro-wana kwota zebrana przez WOŚP to 37.008.974zł. To najwyższa zebrana suma w całej historii Orkiestry. Co będzie dalej? Czas pokaże, czy uda się pobić ten rekord w przyszłości. Jedno jest pewne – jeżeli ekipa Jurka Owsiaka będzie grać „do końca świata i jeden dzień dłużej” to takie sumy nie będą już dziwić nikogo. Magdalena Kelniarz

Społeczeństwo Finał WOŚP w obiektywie...

„…swoją drogą, może nie bez przyczyny Jerzy Pilch w jednym ze swoich wywiadów powiedział, że dzisiejsze kobiety są skazane na sytych debili” – jak przez mgłę docierają do mnie te słowa. Budzę się z letargu, uznając, że coś musiało mi się przesłyszeć. A jednak – jestem w szkolnej klasie, a to naprawdę były słowa mojej polonistki.
FACET POLSKI
Społeczeństwo fot. Roksana Grzmil

Tego samego dnia po lekcjach, czym prędzej biegnę do domu, włączam kom-puter, wchodzę do Internetu i już po chwili znajduję to, czego szukałem: „Polskie dziewczyny, fantastyczne przecież, piękne, błyskotliwe, pełne inwencji, czaru, wyni-kającej z wysokiej inteligencji wrażliwości – są w sytuacji strasznej: mają w zde-cydowanej większości przypadków do czynienia (…) z sytymi debilami” – mówi Jerzy Pilch. Z szerszej wypowiedzi wynika, że ma on na myśli stereotypowego Polaka pod tytułem „facet polski”. Według niego, przeciętny polski mężczyzna to zakom-pleksiony dureń, który „łyknie każdą poch-wałę z ust kobiecych”, dlatego też łatwo nim manipulować. Stwierdzenie proste, nietrudne, a jednak boli… Czy to prawda? Przecież tak nie może być! Dochodzę do wniosku, że coś trzeba z tym zrobić. Zakładam buty i wyruszam w świat, aby ustalić jak mają się sprawy w rzeczy-wistości.

Społeczeństwo

Kompleks „koksa” Schody w dół, niski sufit, oszklone drzwi – wchodzę do jednej z dobrze mi znanych, kluczborskich siłowni. To tu przychodzą mężczyźni młodsi i starsi, mali i wielcy, aby w pocie czoła walczyć ze swoimi kom-pleksami oraz udowadniać swoje moż-liwości. Miejsce idealne do obserwacji męskiej natury. Kilku znajomych „koksów” w holu od razu podaje mi rękę. Ubrani na sportowo, w ręku plastikowe shakery z koktajlami, obok gra telewizor. Po chwili namierzam mojego przyjaciela Dawida – to właśnie on wydał mi się kompetentny, aby utwierdzić mnie w przekonaniu, że słowa Pilcha są nieaktualne. Jest to człowiek, który oprócz wyrzeźbionej sylwetki posiada również całkiem spory zasób wiedzy i roz-sądku. - Myślę, że każdy facet ma kompleksy. Polacy jednak, przekonani o swojej wielkości, przy czym to g… prawda, nie zawsze potrafią sobie z tym poradzić – mówi Dawid, lekko wytrącony z równo-wagi. Widząc to, zmieniam temat, by po chwili znów powrócić do rozmowy. Pytam ostrożnie o jego zdanie, skąd u Polaków te kompleksy. - To głównie zasługa historii naszego narodu. Polak nie może być inny, skoro idzie do szkoły, gdzie słucha, jaka to kiedyś nasza ojczyzna nie była, kogo żeśmy nie podbili, gdzie żeśmy nie byli, a po szkole włącza dziennik i ma ochotę wyrzucić telewizor przez okno, gdy obserwuje, co się w tym kraju wyrabia. Święte słowa – myślę. Na pytanie, czy czuje się „sytym debilem”, Dawid odpo-wiada krótko: „Nie”. Cisza. Z przyległych do holu pomieszczeń słychać tylko ciche jęki oraz stukot metalowych ciężarów. - Siłownia to miejsce, gdzie ćwiczymy swój charakter, gdzie przezwyciężamy swoje kompleksy – kontynuuje z namysłem – jest tu paru takich, tępaki. Przychodzą i na-prężają się przed lustrem, jakby czekali na oklaski. Która godzina, czyli obserwacje Idąc ulicą stawiam sobie za zadanie wnik-liwą obserwację każdego faceta, napot-kanego na drodze. Szybko dostrzegam, że znajdę tutaj więcej wspomnianych wcześniej „sytych debili” niż na siłowni. Pierwszy klient – młody nastolatek, drogie ciuchy, kaptur na głowie. Mimo drobnej budowy ciała, mocno kołysze barkami, co sprawia, że cała szerokość chodnika należy do niego. Gdy widzi, że się nie usuwam, patrzy na mnie spode łba i ostatecznie ustępuje. Kolejny przypadek jeszcze ciekawszy. Przygruby Pan około czterdziestki, w opalizującej marynarce, teczka w ręce. O ile jego poprzednik koły-sał barkami, o tyle on, można powiedzieć, agresywnie nimi zarzuca. Niezwykła powaga, którą można wyczytać z jego twarzy, zestawiona z wyglądem daje efekt co najmniej komiczny. Nie mogę się oprzeć i pytam go o godzinę. Ten, z jeszcze po-ważniejszą miną, patrzy na mnie z wyrzutem, jakbym był sprawcą jego złego humoru. Wywraca oczami, przekłada teczkę do

Społeczeństwo

prawej ręki i rzuca okiem na zegarek. - Pięć po – rzuca lakonicznie i już zbiera się do odejścia, gdy nagle, zamiast „Dziękuję”, słyszy z moich ust: - Ładna marynarka. - Dziękuję… - odpowiada zaczerwieniony, z zupełnie zmienionym wyrazem twarzy. Idę dalej i obserwuję liczne pary. Młodzi chłopcy z dziewczynami, nieco starsi mężczyźni ze swoimi żonami, w końcu ci w podeszłym wieku. Wiele się między sobą różnią, jednak zauważyć można pewną ciekawą właściwość. Młodsi chłopcy „wożą się” ile wlezie, idą dumni, wyprostowani, uśmiechnięci, niczym herosi z kreskówek. Śmieją się w głos, robią przesadne miny, opowiadają o swoich przygodach z wielkim zapałem, aby tylko zaimponować swoim towarzyszkom. Ci w wieku średnim już nie są tacy pewni siebie. Idą prosto, kołyszą barkami, lecz brakuje im tego polotu i roześmianych twarzy. Często milczą jak grób, a w ich oczach gości niepewność… W końcu ci najstarsi, zrezygnowani, wyglą-dają przy swych małżonkach nieco żałośnie. Młodzieńcza pewność siebie już dawno uleciała. Czyżby czuli się zdomino-wani…? Jest to duże uogólnienie, bowiem spotkałem również mężczyzn, którzy ze schematu się wyłamali. Takich było nawet więcej, jednak widząc tamtych od razu pomyślałem: „facet polski”. Moda na durnia Czyżby Jerzy Pilch miał rację? Czy polskie dziewczyny naprawdę są skazane na obcowanie z „sytymi debilami”? „Takie zjawisko z pewnością występuje, jednak nie można stwierdzać, że dotyczy ono zdecydowanej większości przypadków” – mówi Ania, lat 17. Każde czasy mają swoje słabości, ale nigdy nie dotyczą one wszystkich ludzi, czy choćby większości. Kiedy pod koniec XVIII wieku J.W. Goethe opublikował swoją, jak się później okazało, przełomową powieść pt. „Cierpienia mło-dego Wertera”, cała romantyczna Europa pogrążyła się w tzw. „werteromanii”. Młodzi, na wzór Wertera, nosili żółte kamizelki i niebieskie fraki, ideałem stała się miłość romantyczna, która była nieszczęśliwa, niespełniona oraz często kończyła się samobójstwem. Liczba targ-nięć na własne życie gwałtownie wzrosła, jednak faktem jest, że były to tylko wyolbrzymione liczby, stanowiące niewielki odsetek „przeciętnych” Europejczyków. Podobna sytuacja dotyczy każdego zja-wiska. Nie wszyscy bowiem średniowieczni rycerze byli lojalni jak Roland, szarmanccy wobec kobiet i dobrze wychowani jak Zbyszko z Bogdańca, nie wszyscy szlach-cice byli pyszni i zepsuci, nie każdy polski żołnierz podczas II Wojny Światowej był jak Janek z „Czterech pancernych”. Tą myślą uspokojony, z wyrazem ulgi na twarzy, udaję się do domu. Nie wiedzieć czemu jednak, podkusiła mnie myśl, aby zadzwonić do mojej dziewczyny. - Jak uważasz, czy jestem „sytym debilem”? - Nie no… - odpowiada, aby po chwili dodać niepewnie – no, może troszkę… Marcin Jasiński ZZA MURU
By wyrósł mur, który podzielił jedno miasto na dwie wrogie strefy, wystarczyła jedna noc. Dwadzieścia osiem lat później wystarczył jeden wieczór, by mur runął.
Historia

Historia ta ma swój początek w latach czterdziestych ubiegłego wieku, kiedy wraz z zakończeniem II wojny światowej rozwiały się niemieckie sny o potędze. Państwo, które marzyło o władzy, musiało stawić czoło zrujnowanej gospodarce, powojennym zniszczeniom i nałożonym przez inne kraje sankcjom. Niedoszłe mocarstwo rozpadło się, tworząc dwa państwa: zachodnie RFN, podlegające aliantom i wschodnie NRD, całkowicie zależne od Związku Radzieckiego. Sytuacja Berlina stała się również skomplikowana. Berlin Zachodni otrzymał status wolnego miasta podlegającego RFN, natomiast Berlin Wschodni natomiast przynależał do NRD. Rozwijający się na zachodzie kapitalizm i panujący na wschodzie socjalizm były nie do pogodzenia. Uciskani mieszkańcy NRD nie wytrzymywali narzuconego dyktatu. Każdego roku na ucieczkę decydowało się ponad dwieście

Historia

tysięcy obywateli. NRD opuszczali przede wszystkim młodzi ludzie, robotnicy, nau-czyciele, urzędnicy, inżynierowie, studenci. Stało się jasne, że wkrótce oprócz rządu i partyjnych działaczy nie zostanie tam nikt. Władze nie mogły biernie przyglądać się spustoszeniu, jakiemu z każdym rokiem coraz bardziej ulegał kraj. Postanowiono podjąć odpowiednie środki zapobiegawcze. Całkowite zamknięcie granic wydawało się jedynym rozwiązaniem. 13 grudnia 1961 roku, o drugiej nad ranem, Berlin został ostatecznie podzielony. Na granicy z Ber-linem Zachodnim żołnierze utworzyli „żywy mur”, a wkrótce rozpoczęto budowę właś-ciwych umocnień, które nieodwołalnie rozdzieliły rodziny i przyjaciół. Dla ber-lińczyków był to początek prawdziwej tragedii. Niemcy mogli jedynie bezradnie przyglądać się poczynaniom władz. W pierwszych dniach istnienia muru setkom osób powiodła się ucieczka, jednak niedługo potem zaostrzono rygor. Wielu śmiałków poniosło z rąk żołnierzy śmierć przy próbie przekroczenia granicy. Oficjalnie mur stanowił „antyfaszystowski wał ochronny”, nikt jednak nie miał złudzeń co do jego prawdziwego znacze-nia. Berlińczycy, którzy żyli nadzieją na ingerencję prezydenta Kennedy'ego, srodze się zawiedli. Nie mogli liczyć też na pomoc Wielkiej Brytanii czy Francji. Byli zdani sami na siebie, w pełni świadomi, że nie mają wielkich szans w walce z ustrojem. Życie po obu stronach muru toczyło się swoim rytmem przez wiele lat. Na wschodzie ludzie żyli w dostatku i spokoju, ramię w ramię budując socjalistyczne, szczęśliwe społeczeństwo. Tak twierdziła propaganda. Prawda wyglądała jednak inaczej. Nawet w najbardziej optymistycznych prognozach władza nie powinna przyjmować za pew-nik, że naród podporządkuje się terrorowi bez protestu. Prędzej czy później musiało dojść do buntów, początkowo nieśmiałych, niepewnych, z biegiem czasu przybiera-jących na sile. Prawdziwa rewolucja miała miejsce w 1989 roku. Wpływ socjalizmu słabł, co odbiło się również na podzielonych Niemczech. Wszystko zaczęło się od desperackich ucie-czek. Dantejskie sceny rozgrywały się na terenach warszawskiej i praskiej ambasady RFN, gdzie szukali schronienia uciekinierzy. Wreszcie, 30 sierpnia, uzyskali pozwolenie na wyjazd do RFN. Specjalne pociągi wioz-ły do wolności tłumy zbiegów, szalejących z radości (kilka dni później powstanie uchwała o konfiskacie ich majątków). Nieu-niknionemu przejazdowi przez NRD towa-rzyszyły dramatyczne chwile. Policja siłą rozpędzała tych, którzy próbowali dostać się do pociągu. Tymczasem w NRD coraz częściej docho-dziło do masowych demonstracji. Protes-tujący domagali się demokracji i reform, sprzeciwiając się reżimowi. W Lipsku odby-wały się pamiętne „demonstracje poniedziałkowe”, rozpoczynane modlitwami o pokój.

Historia

NRD budziło się do życia. Kolejną okazją dla demonstrantów stał się czterdziesty jubileusz NRD, świętowany hucznie w Berlinie Wschodnim, w obecności samego Gorba-czowa. Zebrane tłumy skandowały „Gorbi, pomóż!”, co władze skomentowały jako „godzenie w ideę socjalizmu”. By potwier-dzić, że żadna niesubordynacja nie będzie tolerowana, aresztowano wielu manifes-tantów. Fala przetaczająca się przez Niem-cy była jednak nie do zatrzymania. Zbyt długo naród pozwalał się tłamsić. Raz wy-buchła nadzieja na zmiany nie pozwoliła się już zagasić. Coraz więcej ludzi wychodziło na ulicę – w Lipsku liczba protestujących sięgała stu dwudziestu tysięcy. Demonstranci wykrzykiwali „Wir sind das Volk!” – „To my jesteśmy narodem!” (później, gdy jawnie już domagano się zjednoczenia Niemiec, przekształcono owe hasło w „Wir sind ein Volk!” – „Jesteśmy jednym narodem!”). W Berlinie manifestacje zebrały około miliona zwolenników przemian. Władze nie miały już możliwości bagatelizowania tego, co działo się w całym kraju. Najpierw z pełnienia funkcji publicznych zrezygnował Erich Honecker, nieco później, 7 listopada, do dymisji podał się rząd. 9 listopada, na konferencji prasowej, sekretarz partii SED, Günther Schabowski, ogłosił, że zabronione do tej pory podróże do krajów, które nie są socjalistyczne, są możliwe. Dla berlińczyków oznaczało to jedno: przejście na druga stronę muru jest dozwolone. Schabowski popełnił jednak błąd. Decyzja miała obowiązywać od nas-tępnego dnia, tymczasem sekretarz poin-formował, że postanowienie wchodzi w życie

Historia

natychmiast. Nie było potrzeba niczego więcej. Ludzie pobiegli pod mur. Z powodu pomyłki Schabowskiego nawet żołnierze pilnujący muru byli zdezorientowani, brak było bowiem konkretnych rozkazów. Nie zdecydowali się na użycie siły wobec tłumu. Krótko przed północą otwarte zostało pierwsze przejście graniczne pomiędzy Berlinem Wschodnim a Berlinem Zachodnim. Niemcy świętowali na ulicach. Po dwudziestu ośmiu latach mur przestał istnieć. Oficjalne zjednoczenie Niemiec nastąpiło dopiero 3 października 1990 roku, nikt jednak nie ma wątpliwości, że to tamtego listopadowego wieczora socjalizm runął – razem z wybudowanym przez siebie murem. Nie jest łatwo nadrobić wiele lat izolacji. Podczas gdy zachód rozwijał się, wschód tkwił w martwym punkcie, pochłonięty jedynie ideą krzewienia sztucznego ustroju. Różnice widoczne są gołym okiem nawet teraz, choć od lat Niemcy stanowią jed-ność. Dziś mur berliński to relikt przeszłości. Jego niewielkie fragmenty pozostawiono w sto-licy Niemiec, ku pamięci, ale i ku przest-rodze. Odwiedzający Berlin robią sobie na tle muru zdjęcia, kupują pamiątki, zawie-rające rzekomo jego odłamki. Obecna atrakcja turystyczna była jednak kiedyś przyczyną tragedii tłumów ludzi. Warto o tym pamiętać, spacerując po wolnym, niepodzielonym już Berlinie. Ewelina Tkacz fot. 2 Noir, fot. 3 fot. Daniel Kruczynski „To nie kierowca wybiera samochód, tylko samochód wybiera kierowcę – mistyczna więź między człowiekiem, a maszyną.” – powiedział Bobby Bolivia, podczas jednej z pierwszych scen znanego filmu „Transformers”. Główny bohater – nastoletni licealista – wybiera się do komisu, by zakupić swój pierwszy wóz. Wybór pada na żółty Chevrolet Camaro z roku 1977. W późniejszych etapach filmu znany „Bumblebee” występuje pod postacią nowoczesnej, piątej generacji. Kolejny artykuł nie będzie jednak poświęcony Autobotom, lecz królowi szos, a zarazem młodszemu bratu Corvetty – Chevy Camaro.
KRYPTONIM: BUBLEBEE
Motoryzacja

Sukces Corvetty wiązał się z dużymi cenami modeli, co wywołało lawinę tańszych odpowiedników. W poprzednich numerach mowa była m.in. o Pontiacu GTO, czy Barracudzie. Wszystkie wyprodu-kowane zostały jako odpowiedź na wysokie wymagania finansowe Chevroleta. Po kilku latach do dyspozycji była już szeroka gama fastbacków. Koncern zaczął rozpaczliwie obmyślać plan powrotu na szczyty sprze-dawalności. Gdzieś na horyzoncie pojawiło się widmo, które mogło na zawsze zmienić biegi motoryzacji. Czy opłacalne byłoby postawienie muru przed rozpędzoną Corvettą, tym samym wycofanie jej z rynku i zastąpienie tańszym odpowiednikiem? Czy warto byłoby zakończyć redagowanie pięknej księgi dotyczącej tego super szybkiego wozu? Na nasze szczęście, pomysł ten szybko wylądował w koszu na śmieci. Po wielu rozmowach na szczycie firmy, opracowano świetny plan. Wedle nowych założeń, Corvette miała być przeznaczona wyłącznie dla wymagających kupców o dużych zasobach pieniężnych. Do niższego segmentu trafić miał zupełnie nowy, ale jakże wyjątkowy model – Camaro. Samochód został wprowadzony na rynek na przełomie 1966 i 1967 roku. W po-czątkowej fazie produkcji dzielił płytę podłogową z Pontiaciem Firebird. Już pierwsza wersja tego fastbacka pokazy-wała, że nie na darmo nazywany jest bratem Corvetty. Pod maską groźnie buczała potężna V8, rozwijająca moc 350 KM. Ten silnik, w połączeniu z niebanalną karoserią, tworzył uroczy obraz fastbacka idealnego. Wzdłuż samochodu pojawiły się dwa, równoległe białe pasy, rodem z po-jazdów wyścigowych. Tego wozu nie dało się nie zauważyć. Druga generacja okazała się być strzałem w dziesiątkę. Modele z tych lat osiągnęły najlepsze rezultaty na rynku pierwotnym.

Motoryzacja

Jak ukazuje film „Transformers” – także na rynku wtórnym. Amerykanie nie przywiązują większej wagi do starych, dobrych kla-syków, co widać po cenie, za jaką zakupić można starego Camaro. Pięć tysięcy dolarów za trzydziestoletni fastback, bedący całkowicie na chodzie? W Polsce taka sytuacja nie mogłaby mieć miejsca. Na aukcjach można znaleźć kilka modeli Camaro drugiej generacji – wszystkie kosz-tować nas mogą od 60.000 do 100.000 zł. Chevrolet słynął z wielkich, pojemnych silników. W przypadku Camaro zasto-sowano bagatela 7,4 litra w najmocniejszej wersji! Wynik nieprawdopodobny, jak na tamte czasy. Reforma dotycząca wysokiego spalania zmieniła znacząco gamę silników. Do roku 2002 pojemność nie przekroczyła 5,7 litra. Samochód produkowany był jako dwudrzwiowe coupe, jednak po pewnym czasie zdecydowano się także na nadwozie typu kabriolet. W 2002 roku sprzedano ostatnie sztuki Camaro, kończąc tym samym 35 lat pięknej historii, czterema kołami pisanymi. Wóz do dzisiaj cieszy się wielkim uznaniem w świecie motoryzacji. GM Motors zaskoczyło wszystkich w 2007 roku, prezentując zupełnie nowe Camaro, które swój debiut miało we wspomnianym wcześniej filmie „Transformers”, gdzie odgrywa główną, „samochodową” rolę. Mimo wszystko, pojazd zainteresuje jedy-nie zamożnych klientów, którym niestrasz-ne wydanie tysiący dolarów. A przecież nie o to chodziło twórcom pierwszych, kulto-wych Camaro… Maciej Kulina PIŁKARSCY SAMURAJOWIE
Niedawno działacze Arsenalu Londyn potwierdzili, że ich nowym piłkarzem zostanie porównywany do samego Cristiano Ronaldo, 18-letni Japończyk Ryo Miyaichi. Takich transferów młodych talentów z Kraju Kwitnącej Wiśni do Europy powinno być niebawem coraz więcej. Piłkarska Europo, strzeż się. Nadchodzi fala piłkarskich Samurajów!
Sport

Pierwszym, który naprawdę zaistniał opuszczając Azję, był pomocnik Hidetoshi Nakata. Pamiętają go szczególnie fani ligi włoskiej, bo na Półwyspie Apenińskim strzelił on przez kilka lat 24 gole, grając m.in. w AC Parma i AS Roma. Był gwiazdą swojej reprezentacji na trzech mundialach: w 1998, 2002 i 2006 roku. Karierę zakończył dość wcześnie, bo w wieku zaledwie 29 lat. Zdążył jednak zrobić dobrą reklamę swoim rodakom, ponieważ cecho-wało go profesjonalne podejście do za- wodu. Nie wywoływał skandali, ciężko pracował na treningach i miał przede wszystkim ogromne umiejętności. Najlep-sze kluby przekonały się, że japońscy gracze są pracowici i warto na nich stawiać. Drugim, którego nazwisko znają wszyscy, jest Shunsuke Nakamura. Również przy-godę z europejską piłką rozpoczął od Serie A, jednak zrobiło się o nim głośno dopiero wtedy, gdy przeszedł do Celticu Glasgow i pokazał się w rozgrywkach elitarnej Ligi Mistrzów. W Szkocji, jako kolega klubowy

Sport

Artura Boruca, spędził kilka lat, do chwili kiedy w 2009 roku przeniósł się do Espanyolu Barcelona, co było błędem. Zagrał kil-kanaście razy w lidze hiszpańskiej i pow-rócił do ojczyzny. Teraz to kibice JLeague znów mogą się zachwycać jego niesamo-wicie precyzyjną lewą nogą, którą potrafi strzelać piękne bramki z rzutów wolnych. Wszystko co najlepsze mają przed sobą wspominani Kagawa i Honda. Pierwszy z nich latem kupiony został przez Borussię Dortmund z Cerezo Osaka, a jego transfer już nazywany jest najlepszą transakcją roku. Kosztował (śmieszne w porównaniu do jego potencjału) 350 tys. euro, natomiast obecnie trzeba go wyceniać na znacznie większą kwotę, i za mniej niż 10 milionów na pewno nie opuści Signal Iduna Park. Jego marzeniem jest gra w Barcelo-nie (co jest całkiem realne). Jeżeli utrzyma poziom, jaki prezentował w rundzie jesien-nej Bundesligi doprowadzając Dortmund na pierwsze miejsce, to zapewne latem będzie mógł przebierać w ofertach z największych klubów. 21-latek ma wszystko, czego wymaga się od ofensywnego pomocnika. Kreatywność, szybkość i technika to jego główne atuty. Podobną pozycję zajmuje Keisuke Honda, który przygodę z europejską piłką rozpo-czął w holenderskim Venlo, a z powodze-niem kontynuuje ją w CSKA Moskwa. W zespole aktualnego wicemistrza Rosji dał koncert choćby w spotkaniu Ligi Euro-pejskiej przeciwko Palermo, gdy strzelił bramkę i zaliczył asystę, zapewniając zwycięstwo swej drużynie. Był też naj-lepszym piłkarzem reprezentacji Japonii na mundialu w RPA. Zrobił ogromne wrażenie na Arsenie Wengerze, tym samym, który w zimie sprowadzi do ekipy Kanonierów jego nastoletniego rodaka Miyachiego. Jeżeli nie spuści z tonu, zapewne zapracuje na transfer do zachodniego klubu. Japońscy piłkarze mają opinię perfek-cjonistów. Potwierdza tę tezę Shinji Kagawa, który od początku pobytu w Niemczech dał się poznać jako człowiek, który mimo młodego wieku wie, jak trzeba postępować w wielkiej piłce.. - Otrzymałem trzy płyty DVD z meczami Borussii Dortmund i bardzo uważnie je analizo-wałem. W Bundeslidze gra się o wiele bardziej agresywnie, niż w lidze japońskiej. Ponadto większy nacisk kładzie się na pojedynki siłowe. Muszę więc dużo czasu spędzać na siłowni, bo chcę jak najszybciej poprawić ostatni z wymienionych ele-mentów – imponował swoimi wnioskami i planem działania już na pierwszej konferencji prasowej, odkąd przybył do drużyny Juergena Kloppa. Japończyków znajdziemy w Bundeslidze, Serie A i rosyjskiej ekstraklasie, ale wciąż,

Sport fot. iMorpheus Kto wie, być może niedługo wszyscy ci, którzy pasjonowali się w dzieciństwie popularną serią kreskówek o kapitanie Tsubasie, swego piłkarskiego idola upatrywać będą nie w bajkowej postaci, a w którymś spośród prawdziwych japońskich piłkarzy.

gdy rozsyłane są powołania do reprezen-tacji, przeważają piłkarze z rodzimej JLeague, a nie ci grający za granicą. Z każdym oknem transferowym może się to zmieniać na korzyść Samurajów, którzy sukcesywnie powinni otrzymywać pro-pozycje gry w najlepszych ligach w Eu-ropie. Dynamiczny rozwój futbolu w Kraju Kwitnącej Wiśni nie uszedł uwadze doświadczonego włoskiego szkoleniowca Alberto Zaccheroniego, który przejął schedę na ławce trenerskiej drużyny naro-dowej Japonii po Takeshim Okadzie. Cele są długofalowe, bowiem Japończyków inte-resuje przede wszystkim turniej Mistrzostw Świata 2014, jaki zostanie rozegrany w Brazylii, stąd 57-letni selekcjoner będzie dawał szanse młodym, utalentowanym graczom, z których będzie budował odś-wieżoną reprezentację. Jednak już w styczniu czeka go Puchar Azji, który także jest niezwykle ważny dla kibiców ekipy sklasyfikowanej na 30 miejscu w rankingu FIFA. - Kiedy otrzymałem propozycję od JFA, nie musiałem się długo zastanawiać. Pełen pasji chciałem jak najprędzej podjąć to wyzwanie. Tutaj przez ostatnią dekadę futbol błyskawicznie się rozwijał i przez kolejne lata nie straci dynamiki. Japonia dała dowód wysokiego poziomu na sta-dionach w RPA i będzie jeszcze silniejsza – słusznie wieszczył po podpisaniu kontraktu z japońską federacją popularny Zac. Prawdziwy boom na futbol rozpoczął się

Sport

w Japonii wraz z przyznaniem jej organi-zacji mundialu na spółkę z Koreą Połud-niową w 2002. Udało się co prawda dot-rzeć jedynie do 1/8 finału, gdzie lepsi okazali się Brazylijczycy – późniejsi triumfatorzy zmagań o Puchar Świata. Jednak stadiony, bazy treningowe, infras-truktura pozostały i mają się dobrze, a zatem w Japonii wychowuje się coraz lepszych piłkarzy i dla zwiększenia atrak-cyjności rozgrywek ligowych, nie trzeba już sprowadzać podstarzałych gwiazd, które w przeszłości przylatywały na daleki Wschód wyłącznie w celu wzbogacenia się przed zakończeniem kariery. W jedenastce sezonu 2010 wybieranej przez tamtejszych dziennikarzy, znalazło się tylko trzech obcokrajowców. Warto przy tym dodać, że rok wcześniej drużyna marzeń została przez fachowców złożona wyłącznie z Japończyków. - Reprezentacja Japonii już teraz dzieli się na piłkarzy, którzy grali, grają, a przede wszystkim, będą grać w silnych ligach europejskich. Zresztą liga japońska jest bardzo niedoceniana, choć tak naprawdę pełno w niej diamentów do oszlifowania. Japończycy są bardzo odpowiedzialni i poważnie traktują swoje obowiązki. Nie zdziwię się, jeśli za kilka lat w wielkich klubach będzie ich grało tylu, co piłkarzy z Afryki – powiedział Outro były repre-zentant Polski, a obecnie trener pierwszoligowego Kolejarza Stróże, Marek Motyka. Wygląda na to, że Puchar Azji, który zostanie rozegrany w Katarze od 7 do 29 stycznia, przyciągnie wielu skautów zainteresowanych młodymi graczami repre-zentacji Niebieskich Samurajów. W tym samym czasie trwać będzie okno trans-ferowe, dlatego istnieje duże prawdopo- dobieństwo, że narodzi się kolejna gwiazda, która natychmiast zostanie zatrudniona w zespole grającym o najwyższe stawki. Kto wie, być może niedługo wszyscy ci, którzy pasjonowali się w dzieciństwie popularną serią kreskówek o kapitanie Tsubasie, swego piłkarskiego idola upatry-wać będą nie w bajkowej postaci, a w którymś spośród prawdziwych japońskich piłkarzy. Może kilku z nich odniesie podobne sukcesy jak główni bohaterowie znanego na cały świat animowanego serialu? Michał Mitrut























Zimowa przerwa w ligowych rozgrywkach to nie tylko okazja do podsumowania pierwszej części sezonu, ale także oceny, z perspektywy czasu, posunięć transferowych poszczególnych klubów minionego lata. We Francji najlepszego z nich dokonano bez wątpienia w Paris SaintGermain, które za zaledwie około 5,5 miliona euro sprowadziło do siebie w lipcu Brazylijczyka Nenę z Monaco.
CZARODZIEJ NENE
Sport

- PSG to wielki klub – mówił wtedy lewo-skrzydłowy. – Atmosfera tworzona przez kibiców na stadionie jest niesamowita i sprawia, że piłkarz czuje się tutaj naprawdę wyjątkowo. Prezydent klubu, Robin Leproux, dodawał z kolei: - W poprzednim sezonie brakowało nam zawodnika na tę pozycję (lewego po-mocnika). Nene miał wiele innych pro-pozycji, ale wybrał tę z Paryża. To dla nas duże wzmocnienie. Sternik PSG, ani nikt inny, nie mógł się jednak spodziewać, że Brazylijczyk wniesie do zespołu aż tyle jakości i w błyska-wicznym tempie stanie się jego najbardziej wartościowym graczem. Takim, który jed-nym zagraniem – czy to indywidualną szarżą, strzałem z dystansu, czy podaniem otwierającym drogę do bramki jednemu z partnerów – będzie w stanie dać prze-wagę i przechylić szalę zwycięstwa w danym

Sport

meczu na korzyść swojej drużyny. - Dzisiejszego wieczoru mieliśmy do czynienia z Panem Nene – mówił 11 grudnia, po wygranym spotkaniu z nie-łatwym przeciwnikiem w Valenciennes, szkoleniowiec klubu ze stolicy, Antoine Kombouaré. Nene zdobył w nim dwa gole, drugiego z nich, zwycięskiego, na sześć minut przed końcem regulaminowego czasu gry. 29-letni Brazylijczyk w cudowny sposób, uderzeniem zza pola karnego, wrzucił piłkę bramkarzowi rywala za kołnierz. Skala tego wyczynu przybiera na zna-czeniu, gdy wziąć pod uwagę, że gospo-darze zaledwie chwilę wcześniej dopro-wadzili do wyrównania oraz, że wygrana w północnej części Francji pozwoliła paryżanom awansować na kolejnych kilka-dziesiąt godzin na pozycję lidera tabeli Ligue 1. Nene potrzebował osiemnastu meczów francuskiej ekstraklasy, by aż trzynasto-krotnie wpisać się na listę strzelców i zająć pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców rozgrywek – ex aequo z napastnikiem Lille, Moussą Sow. Do tego, zawodnik wystę-pujący przecież w drugiej linii, dołożył cztery trafienia w Lidze Europejskiej, gdzie PSG już uzyskało promocję do 1/16 finału. Najważniejsze dotychczas zagranie lewo-skrzydłowego w koszulce zespołu, którego oblicze już zdążył zmienić, to jednak prawdopodobnie asysta w listopadowym klasyku przeciwko aktualnemu mistrzowi kraju, Olympique Marsylia. Przepiękne przeniesienie piłki czubkiem buta ponad głowami obrońców przeciwnika do Guillaume’a Hoarau w niemałym stopniu przyczyniło się do zwycięstwa paryżan 2:1. Nene nie jest jednak tylko graczem decydującym o losach meczów. To przede wszystkim niesamowity drybler, któremu futbolówka wręcz klei się do lewej stopy. Można powiedzieć, że należy do wąskiego grona tych piłkarzy, którzy swoimi indywidualnymi popisami przyciągają kibiców na stadiony. - Jeszcze w Brazylii, jako młody chłopak, bardzo często grywałem w hali – wyjaśnia swój fenomen sam zainteresowany. Nie jest tajemnicą, że w futsalu nieoceniona jest tzw. szybka noga i umiejętność gry na 1-2 kontakty, na niewielkiej przestrzeni. Jedynie dobrze wyszkoleni technicznie za-wodnicy mogą osiągać sukcesy w takich warunkach. Piłka halowa, przy odpo-wiednich predyspozycjach gracza, bardzo pomaga podnieść również zdolności piłkarskie. Brazylijczyk (jak każdy) ma także swoje wady. Na murawie wyróżnia się niemałym sprytem i boiskowym cwaniactwem, nies-tety nie zawsze idącym w parze z ucz-ciwością i szacunkiem do przeciwnika. W końcówce wspomnianego spotkania z Olympique Marsylia wymusił rzut wolny dla swojej drużyny, mimo że próbujący go

Sport

powstrzymać obrońca OM, Souleymane Diawara, w żadnym wypadku nie dopro-wadził do upadku swojego rywala. Wywołało to nerwową reakcję ze strony Senegalczyka, który z premedytacją na-depnął Nene na brzuch, za co w rezultacie został zdyskwalifikowany na trzy ligowe mecze. - Gdy grałem przeciwko niemu w Hiszpanii, również zdarzało mu się padać na murawę z ogromną łatwością – mówił następnie inny defensor Marsylii, César Azpilicueta, który w barwach Osasuny stawał naprze-ciwko lewoskrzydłowego Paris Saint - Germain jeszcze, gdy ten zakładał koszulkę Espanyolu Barcelona. Utarło się, że futbolowi geniusze mają prawo do odrobiny słabości, tym bardziej, gdy, mimo wszystko, działają dla dobra swojego zespołu. Sprowadzenie na Parc des Princes Nene dodało drużynie PSG coś extra, coś, czego wcześniej nie miała. Brazylijczyk nie jest oczywiście jedyną przyczyną, dzięki której paryżanie znowu włączyli się do walki o najwyższe cele, ale bez cienia wątpliwości stał się prawdziwym asem w rękawie Antoine’a Kombouaré’a i kimś, na kim w stolicy Francji naprawdę można polegać. Zarówno przy osiąganiu satysfakcjonujących wyników, jak i zapew-nianiu fanom radości oraz rozrywki na boisku. Nene po prostu kocha czarować i bawić się piłką. Wojciech Falenta fot. bonnet „To nieprawdopodobne, że ta Polska ma tylu świetnych golkiperów” – krzyczał angielski komentator Eurosportu, zachwycając się fantastyczną interwencją Wojciecha Kowalewskiego podczas jednego z meczów eliminacji do Euro 2008. Z pozoru taka opinia Anglika może wydawać się prawdziwa. Gdy zaczniemy jednak analizować obecną sytuację naszych bramkarzy za granicą, szybko okaże się, że podobne wypowiedzi nie mają pokrycia w rzeczywistości, a dyskusja o polskiej szkole bramkarskiej już dawno powinna zostać zamknięta.
ZAOCZNA POLSKA SZKOŁA BRAMKARSKA
Sport

Cała historia o micie polskich bramkarzy zaczyna się od Jerzego Dudka i rzutów karnych w finale Ligi Mistrzów w 2005 r. Podczas tamtego spotkania Polak wyko-nując słynny „Dudek Dance”, dał Liver-poolowi zwycięstwo. Tamto wydarzenie oraz ogólnie dobra postawa Polaka w Pre-miership zwróciły uwagę trenerów zagra-nicznych, zwłaszcza brytyjskich, drużyn na utalentowanych bramkarzy znad Wisły. To właśnie w tamtym okresie tacy piłkarze jak Artur Boruc, Tomasz Kuszczak czy Bartosz Białkowski przenieśli się do drużyn z Wiel-kiej Brytanii. Ponadto, kilka lat po nich, kierunek angielski wybrali m.in. Łukasz Fabiański i Wojciech Szczęsny. Sytuacja, w której znaleźli się polscy bramkarze, była ewenementem na skalę światową, bo żaden kraj jeszcze nigdy nie transferował tak dużej liczby golkiperów w tak krótkim czasie. Przez pewien czas byliśmy w Polsce świadkami wielkiej emigracji piłkarskiej. W mediach huczało od głośnych plotek transferowych, łączących takich piłkarzy jak np. Kowalewski z drużynami typu Chelsea Londyn - co absolutnie mijało się z prawdą. W naszym kraju na dobre zapanowało przekonanie o wielkości pols-kich bramkarzy. Okres rozkwitu talentów bramkarskich sprawił, że w pewnym czasie mieliśmy do czynienia z pozornym nadmiarem bogactwa przy obsadzie bramki do reprezentacji. Wydawało się, że goto-wych do walki o najwyższe cele było co najmniej trzech zawodników: Artur Boruc, który przez kilka lat utrzymywał w Celticu kapitalną formę, Fabiański oraz grający w Manchesterze United Kuszczak. W pew-nym momencie golkiperzy zaczęli odgry-wać w naszym zespole narodowym tak ważną rolę, że największe nadzieje na zdobycie korzystnego rezultatu z dobrym

Sport

przeciwnikiem wiązano właśnie z… bram-karzem. Słusznie zresztą, bo niejedno-krotnie interwencje Boruca na mundialu w 2006 r. i Euro 2008, czy Fabiańskiego w starciu z San Marino ratowały białoczerwonych przed bardzo wysokimi porażkami. Jednak szybko okazało się, że gdy warty już ponoć 10 mln Euro Artur obniżył loty, w Polsce zabrakło jego godnego następcy. Żaden z rezerwowych nie potrafił na długo utrzymać takiego poziomu, który zbliżyłby się do umiejętności charyzmatycznego „Holly Goalie”. Sztucznie pompowany przez media balonik pod nazwą „polska szkoła bramkarska” wreszcie musiał pęknąć. W momencie pewnego zamieszania związanego z wyborem pierwszego bramkarza polskiej kadry ukazały się prawdziwe problemy naszych golkiperów za granicą. Wcześniej jakby troszeczkę nie dostrzegano, że Fabiański wraz z Kuszcz-akiem nie posiadali niezbędnego doświad-czenia, bo choćby nie wiadomo jak wielkie byłyby ich kluby, to byli w nich wyłącznie rezerwowymi. Szybko także uświadomiono sobie, że Wojtek Szczęsny to zawodnik bardzo utalentowany, lecz z racji wieku jeszcze nieukształtowany piłkarsko. Wojtek Kowalewski zamiast grać w Chelsea, krążył między Polską a Grecją, aż wreszcie zat-rzymał się w rosyjskim Sybirze Nowos-ybirsk. O reszcie młodych bramkarzy występujących za granicą, takich jak Białkowski z Southampton czy Kazimier-czak z Bolton Wanderers, słuch wtedy zaginął. Słowem, nasi bramkarze rzeczy-wiście terminowali w znanych klubach, ale

Sport

nie dojrzeli jeszcze na tyle, by bronić na stałe polskich barw narodowych. Żeby zebrać plony, trzeba by było jeszcze długo czekać. A na to nie mogliśmy sobie pozwolić. Dzisiaj tę mało ciekawą sytuację łagodzą nieco: Fabiański, regularnie występując między słupkami bramki Arsenalu oraz odrodzony w Fiorentinie Boruc, który jed-nak z powodu afery alkoholowej nie jest żadnym pożytkiem dla reprezentacji. Nie można również zapominać o Przemysławie Tytoniu, robiącym karierę po cichu, ale dość skutecznie. Mimo tego, że teraz nikt nie śmie nawet wspomnieć o bogactwie wyboru wśród polskich golkiperów, warto zastanowić się krótko, co było powodem tak nagłego wysypu talentów bramkarskich w naszym kraju. Patrząc wstecz, Polska nigdy nie mogła narzekać na problemy z obsadą reprezentacyjnej bramki. Już w przeszłości takie gwiazdy jak Józef Młynarczyk czy Jan Tomaszewski dzięki swojej dobrej grze rozsławiały białoczerwonych na międzyna-rodowej arenie piłkarskiej. Jednakże w ostatnich latach liczba polskich golki-perów w składach znanych europejskich klubów wzrosła tak gwałtownie, że kibice i dziennikarze zaczęli uznawać nasz kraj za bramkarskie El Dorado. Czy przyczyną był dobry system szkolenia? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Ciekawą tezę formułuje Jan Tomaszewski mówiąc, że bramkarze w Polsce w odróżnieniu od piłkarzy z pola trenują indywidualnie, więc mogą ćwiczyć według schematów sprawdzonych w in-nych krajach. Ale czy tylko w Polsce bramkarze trenują indywidualnie? Dlaczego np. w innych krajach słowiańskich takie metody nie dawały podobnych rezultatów? Zagadka pozostaje nierozwiązana. Jest jednak duże grono osób, które uważa, że za powstaniem tego zjawiska stoi przede wszystkim jeden człowiek. Jest nim Krzysztof Dowhań – trener bramkarzy Legii Warszawa. Może jest w tym ziarno prawdy, gdyż prawie 90% najlepszych golkiperów z Polski wywodzi się właśnie ze sto-łecznego klubu, a nie z całego kraju. Jeśli więc jakaś szkoła bramkarska w Polsce istnieje, to tylko szkoła trenera Dowhania. Ta ogólnokrajowa działa bardziej w trybie zaocznym: czasem wypuści jakiś talent, ale ciężko nazwać to regułą. Rafał Guzik fot. Jacek Becela W POLSCE POWINNA ISTNIEĆ JEDNA MYŚL SZKOLENIOWA
O źródła pojawienia się tak wielu uta-lentowanych bramkarzy w Polsce w jednym czasie postanowiliśmy za-pytać człowieka, który szkolił m.in. takich zawodników jak Artur Boruc, Łukasz Fabiański, czy Wojciech Ko-walewski.
Wywiad

Swoimi przemyśleniami na temat polskiej szkoły bramkarskiej, specjal-nie dla „Outro”, dzieli się uważany za najlepszego trenera bramkarzy w Polsce Krzysztof Dowhań. Jakie są przyczyny wzrostu liczby talentów bramkarskich w Polsce w ostatnich kilku latach? Ciężko jest udzielić jednoznacznej od-powiedzi. Na pewno jednym z czynników jest to, że w ostatnim czasie wzrosło zainteresowanie grą na pozycji bramkarza wśród młodzieży. Wielki wkład w to mają sukcesy odnoszone przez polskich golkiperów takich jak np. Jerzy Dudek czy Artur Boruc. Istotny również jest fakt, że mamy w Polsce uzdolnioną młodzież, która jest w naszym kraju odpowiednio przygotowywana do tego fachu. Czy mamy zatem do czynienia w Polsce z krajową szkołą bramkarską? Aż tak daleko bym się w tej kwestii nie posunął. Nie możemy mówić o polskiej szkole bramkarskiej, ponieważ w naszym kraju każdy trener pracuje różnymi metodami, według własnego uznania. Osobiście podzielam w tej sprawie zdanie Andrzeja Dawidziuka, który mówi, że w Polsce istnieje szkoła bramkarska, jednak jest ona podzielona na kilka ośrod-ków. W naszym kraju powinna istnieć jed-na myśl szkoleniowa. Wówczas mielibyśmy szansę na stworzenie jednolitego systemu

Wywiad

trenowania bramkarzy. Wiele osób uważa, że to głównie dzięki Pana pracy nasz kraj cieszy się w Europie opinią kuźni bramkarskich talentów. Jak Pan ustosunkowuje się do takich stwierdzeń? Z pewnością nie jest to tylko moja zasługa. W Legii Warszawa staram się pracować własnymi metodami, które dają wymierne efekty. Z drugiej strony wielu bramkarzy, których wyjechało z tego klubu na Zachód wcześniej przyszło do nas ze swoich dru-żyn, gdzie trenowało z innymi szkole-niowcami. Uważam, że duża liczba zdol-nych golkiperów w Polsce to także sukces trenerów, którzy pracują z najmłodszymi. Ja zajmuję się wyłącznie szkoleniem se-niorów. Dlaczego większość naszych bramka-rzy, grających za granicą, nie broni regularnie w swoich zespołach? Rzeczywiście przez pewien czas była taka sytuacja, jednak nie zapominajmy, że tacy bramkarze jak Łukasz Fabiański, Wojciech Szczęsny, czy Tomasz Kuszczak wyjechali do jednych z najlepszych drużyn Europy. W takich zespołach konkurencja jest bardzo duża i nasi rodacy musieli stawiać jej czoła. Z pewnością nie jest łatwo wy-walczyć miejsce w zespołach, gdzie konku-rentami do gry w bramce są przykładowo Jens Lehmann, czy Edwin van der Sar. Odnoszę jednak wrażenie, że np. Łukasz Fabiański poradził już sobie z problemami w Arsenalu i mam nadzieję, że tak stanie się również z resztą polskich bramkarzy. Rozmawiał: Rafał Guzik PRAWDZIWIE MĘSKI PROBLEM
Pytałem matki, pytałem żony, a one mówią – włóż kalesony! Kalesony! Kalesony! Elektryczne Gitary to w ogóle klasa sama dla siebie, ale nie o nich dziś. Teraz o najbardziej wstydliwej części męskiej garderoby.
Napisy końcowe

Komu jak komu, mnie zazwyczaj w nogi nie zimno, ale wyobraź tylko sobie: lodowaty wiatr wdzierający się w nogawki twoich spodni, brutalnie mrożący naskórek twoich goleni i ud. Są ciarki? Pewnie nie, ale nie ma to teraz znaczenia, bo i tak w waszych głowach właśnie pojawiły się ONE – kalesony. Z jednej strony coś do nich człowieka ciągnie, ale z drugiej – jakby ciężko po nie sięgnąć. Wewnętrzny opór. Godność czy komfort termiczny? Wyśmianie czy wychło-dzenie? Czy zdołam je ukryć? Czy nikt nie zauważy, że mam na sobie KALESONY? Kształt i wygląd to jedno, można to zakamuflować. Gorzej z ukryciem wstę-pującego nerwowo na czoła potu, gdy delikwent z przerażeniem w oczach rozgląda się po sali próbując upewnić się, czy nikt nie patrzy na jego nogi. Rozbiegany wzrok i solidniej wyglądające przez spodnie mięśnie kończyn dolnych to jasny dowód na to, że delikwent został ukalesonowiony. Albo zrobił to sam. Oczywiście, że żartuję. Kalesony to nic złego, to wyraz zdrowego podejścia do zimy. Przełammy stereotypowe myślenie o ineksprymablach! Cudne są nazwy, pod którymi kalesony próbowano ukryć. W sumie, to się nie dziwię tej sło-wotwórczej pasji rzeszy zawstydzonych nazwą. Powiedzcie to sobie głośno: kale-sony. Białe czy czarne, niebieskie czy błękitne, bawełniane czy syntetyczne, bardziej przylegające czy luźniejsze, dłuższe czy krótsze, wygodniejsze czy mniej komfor-towe, grubsze czy cieńsze, to wciąż są kalesony. Autorowi tej nazwy udało się stworzyć jedno z najbardziej nieprzyjem-nych słów w naszym języku. Ale, bracia moi w męskiej zimowej niedoli – jak wam zimno, to bieliznę funkcyjną wciągajcie. Marek Suska QMAM THE BEST!
Już znamy wyniki konkursy Qmam the best - najlepszego qmama na drugie urodziny systemu mam.media.pl
Wyniki konkursu

W ciągu dwóch tygodni głosowania oddano łącznie 12 474 głosy na wszystkie re-dakcje. Zacięty pojedynek stoczyły jednak trzy ekipy, więc właściwie do końca nie było wiadomo, która redakcja ostatecznie zwycięży. Konkurs został zamkięty równo o północy. Oto wyniki plebiscytu: 1. Apropos: 4353 2. Bez Tytułu Reaktywacja: 3963 3. Kopernik News: 1905 Komisja konkursowa wybrała również najciekawsze hasła promujące qmama. Oto lista pierwszych trzech, choć wiele więcej zasługuje na uznanie i uwagę: 1. Qmam - zakręć się medialnie. Autor: Angelika Dąbrowska 2. Qmam, bo czytam. Autor: misiek 3. Be cool, be qmam! Autor: Banzaj Gratulujemy wszystkim nagrodzonym i wszystkim uczestnikom!