Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Jak baba z facetem o piłce nożnej Naprawdę wciąż będziemy tacy sami? „Ooh Africa!”

SPIS TREŚCI

Kolejna odsłona starcia na linii: sekretarz redakcji – szefowa korekty. Tym razem o sportowym wydarzeniu roku – Mistrzostwach Świata w piłce nożnej – o tym, dlaczego Hiszpania mimo zwycięstwa nie zachwycała, czy Ghana była wielkim wygranym, czy wielkim przegranym mundialu (i z jakich powodów ten drugi tytuł powinien powędrować do reprezentacji Francji), kto w RPA uprawiał KSW i jaka taktyka sprawdziła się najlepiej. W tle wielowątkowa, ogólna dyskusja piłkarska, czyli co łączy Davida Beckhama z Cristiano Ronaldo, w jakich reklamach powinni występować piłkarze, w czym Włosi na boisku są lepsi od Francuzów i kto powinien zostać „bramkarzem wszechczasów” – Fabien Barthez czy Gianluigi Buffon. – kiedy należy przestać oczekiwać rodzicielskiego: „za sałatą!” i kiedy jest czas wziąć sprawy we własne ręce. – dlaczego kraje Czarnego Lądu pozostają w tyle jeśli chodzi o piłkę nożną - czyli jak radzą sobie ze sławą afrykańscy piłkarze w europejskich klubach i jakie są tego efekty. „Bo co moje nie Moje, podobnież Kradzione!” Grill na działce Baby do garów, mężczyźni przed telewizor! The Art of love Alan Menken Wojna opinii

SPIS TREŚCI

- jak twórczość tego pisarza wpływa na młodych artystów i jak pozostać sobą w świecie, gdzie „było już wszystko” – z perspektywy współczesnej młodzieży o wieloznaczności najprostszych pojęć, zabawie w dorosłość i o tym, dlaczego branży alkoholowej nie grozi załamanie. – kobiecym okiem o MŚ w RPA, czyli dlaczego piłka nożna wcale nie jest męskim sportem i jaką kampanię społeczną powinien wprowadzić rząd w najbliższym czasie. – czyli dlaczego nie sprawdza się stwierdzenie, że „z rodzina wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu” i czego spodziewać się należy w najbliższym czasie w Niemczech. – o ojcu chrzestnym produkcji Disneya, oscarowym rekordziście wśród żyjących kompozytorów i niedoścignionym wzorze twórców muzyki filmowej. – czyli o tym, ile sprzecznych sądów można wygłosić na jeden temat i jak kontrowersyjny może być obraz – recenzja filmowa na dwa głosy. „Czasami trzeba jako dobro oceniać mniejsze zło.” Wokół kultury Cinemaniak Recenzje książkowe

SPIS TREŚCI

– czyli dlaczego Niccolo Machiavelli sprawdza się w naszych czasach, co kieruje obywatelami idącymi do urn, dlaczego warto głosować na tego, a nie innego kandydata i co o polityce mają do powiedzenia wrocławianie – sprawozdanie dziennikarki Outro z wyborczej niedzieli 4. lipca. – krótki przewodnik po tym, jak nie przeleżeć wakacji przed komputerem oraz gdzie się wybrać, aby lato w mieście nie było nudne i pozostawiło dobre wspomnienia. – wakacyjna lista bestsellerów Outro – sześć niezapomnianych filmów na lipcowe wieczory – dla tych, którzy wolą posiedzieć w domu niż dokarmiać komary w plenerze. O patriotyzmie, polityce i byciu obywatelem słów kilka – czyli rozważania na temat politycznych skutków katastrofy smoleńskiej i tego, dlaczego w demokratycznym państwie warto jednak chodzić na wybory. – najnowsze pozycje literackie pod czujnym okiem Outro – co warto zapakować do wakacyjnej walizki, a czego unikać, żeby nie zasnąć z nudów na plaży. OGÓLNOPOLSKA GAZETA MŁODZIEŻOWA

REDAKCJA

Kontakt: redakcja@outro.pl/ outro.redakcja@o2.pl Rekrutacja: rekrutacja@outro.pl Strona internetowa: www.outro.pl/ Forum: www.forum.outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Sekretarz redakcji: Marek Suska Korekta: Magdalena Kelniarz Martyna Kłopeć Jagoda Migoń Agnieszka Dydacka Betina Stanossek Kultura: Aleksandra Bieniek Elżbieta Janota Paulina Rzymanek Martyna Dyjak Joanna Osada Anna Żmuda Sandra Kałuża Anna Wodzicka Martyna Kocenda Magdalena Grzywna Barbara Man Społeczeństwo: Marta Pawłowska Nikola Bochyńska Maciej Kulina Marcin Jasiński Rafał Guzik Agata Hajduk Anna Jasińska Szymon Jelonek Magdalena Kondracka Marek Świszczorowski Współpraca: Piotr Zamelski Strona internetowa: Krzysztof Rudlicki Graficy: Kamil Reszka Angelika Marchewka Dorota Lip Jarosław Stępień Fotografowie: Paula Wyciślok Michał Grajoszek Ewa Mirkowska Marta Krzywda Karolina Rejdych Skład: Michał Boruta Jakub Knopek ............................................ Na okładce - Sonia Godoj fot. Karolina Rejdych Reklamy - fot. Karolina Rejdych





WSTĘPNIAK

Laptopem po piasku. Wakacje w pełni. Miesiąc temu, pisząc wstępniaka obawialiśmy się, że kolejny numer będzie bardzo ubogi pod względem treściowym. Sądziliśmy, że w lipcu trzeba będzie zwyczajnie ograniczyć się do jakichś 60 stron. Bo wolne, bo wyjazdy, bo ludzi nie ma w domu. Tymczasem, nie tylko publikujemy zwyczajne 80, ale jeszcze zapraszamy Was do przeczytania wakacyjnego dodatku, w którym dziennikarze Outro opowiadają o swoich ulubionych miejscach wypoczynku. Jak powstał ten numer? Chyba wolicie nie wiedzieć. Mało istotne były godziny, różnice czasowe, upały, czy brak Internetu w różnych częściach Europy. Na szczęście w tak dużej ekipie zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie wykonać nie tylko swoją robotę, ale też zastąpić kilku kolegów… Deadline okazuje się najlepszym przyjacielem dziennikarza, bo przyjacielem bardzo wymagającym, który zachęca do zrobienia 120% normy. Dziesięć minut to czas bardzo długi, a stwierdzenie „nie da się” powoli wychodzi z użytku. Całość pracy okraszona jest długimi konferencjami na Skype, w czasie których trzeba się mocno pilnować, by nasza praca nosiła choć znamiona konstruktywności. Co zatem znajdziecie w tym numerze? Dużo kultury: książek, by położyć się z nimi na piasku, i filmów, żeby przyjemnie spędzić chłodniejsze wieczory. Nie zabrakło felietonów na rozmaite tematy, czy artykułów politycznych. Wybory prezydenckie to przecież najgłośniejszy temat ostatnich tygodni. Jeśli jednak chcielibyście na bieżąco, codziennie poznawać najważniejsze wydarzenia, szukać ciekawych imprez kulturalnych, przebierać wśród propozycji kinowych, zapraszamy na nową stronę – portal http://www.outro.pl MiK





WOKÓŁ KULTURY

Rozpoczęły się wa-kacje. Czas i pogoda sprzyjają podróżom. Miasta z różnych stron kraju próbują przy-ciągnąć turystów nie tylko reklamując mo-rze, góry czy piękne krajobrazy, ale także organizując rozmaite imprezy. Są takie miejsca na kulturalnej mapie Polski, które są punktami obowiązko-wymi dla amatorów ciekawych wydarzeń, i które z roku na rok przyciągają coraz więcej uczestników. W tym roku organi-atorzy postawili również na folklor i kultury lokalne. Miłośnicy muzyki klasycznej także znajdą coś dla siebie. Era Nowe Horyzonty OFF Festiwal

WOKÓŁ KULTURY

10. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Era Nowe Horyzonty rusza we Wrocławiu. Od 22 lipca do 1 sierpnia pokazanych zostanie kilkaset filmów, odbędą się koncerty i konkursy. Produkcje będą walczyć o grand prix dla naj-lepszego filmu, na- grodę publiczności oraz FIPRESCI, przyznawaną przez Międzynarodową Federację Krytyków Filmowych i inne. Tegoroczna edycja festiwalu odbędzie się pod znakiem Turcji. Zaplanowane są pro-jekcje około 30 filmów, koncerty artystów oraz książka o kinie ture- ckim. Będzie można zobaczyć filmy takich twórców jak Jean Luca Godarda, Laury Mulvey'a czy Daniela Szczechury, nato-miast gośćmi będą Stephen i Timothy Quay. To jeszcze nie wszystkie atrakcje czekające na gości. 1 sierpnia będzie miał miejsce spektakl Michela van der Aa, twórcy oper współ-czesnych. Księga Niepokoju jest ada-ptacją książki por-tugalskiego pisarza Fernando Pessoi. W przedstawieniu, będącym połączeniem muzyki, teatru oraz filmu, wystąpią znani aktorzy, śpiewacy, a muzykę do niego wykona niemiecka orkiestra musicFabric. Festiwal ENH będzie jedyną możliwością zobaczenia spektaklu w Polsce. We wrocławskim Arsenale wystąpią również muzycy: Mike Patton, Konono No.1 z Kongo, Gonjasufi, Kryzys, King Midas Sound, Wojciech Waglewski, O.S.T.R. i inni. Z pewnością wielu czeka już od kilku miesięcy na OFF Festiwal, który w tym roku zamiast jak zazwyczaj w Mysłowicach, odbędzie się w Katowicach w Dolinie Trzech Stawów w dniach 5-8 sierpnia. Program festiwalu jest niezwykle bogaty i zachęcający. Na scenie pojawią się gwiazdy z Polski i zagranicy (USA, UK, Norwegii, Danii, Szwecji), a wśród nich: The Fall, AntiPop Consortium, Efterklang, Matmos, Fennesza, Williama Basińskiego, Philipa Jecka, Lenny Valentino, Something Like Elvis, Indigo Tree, Tides From Nebula, Muchy czy Hey. Ponadto na lotnisku Muchowiec zostanie otwarte miasteczko festiwalowe, gdzie będzie można rozbić namiot, zaparkować samochód i coś zjeść. Sportowe KINO.LATO. Fesiwal Ryśka Riedla Woodstock

WOKÓŁ KULTURY

Miłośników kina inspirowanego sportem i współzawodnictwem Kino.Lab zaprasza na festiwal Sportowe KINO.LATO. Projekcje filmów będą miały miejsce na dziedzińcu Zamku Ujazdowskiego bądź w kinie Lab. Festiwal potrwa do końca sierpnia. Festiwal Filmowy Kino Niezależne Filmowa Góra Festiwal jest częścią międzynarodowego projektu Miasto Ogrodów. Festiwal potrwa do 27 sierpnia w Zielonej Górze. W jego ramach zostaną pokazane filmy biorące udział w dwóch konkursach oraz Diamenty Kina. Poza tym uczestnicy będą mogli wziąć udział w wystawach i koncertach. Nie można także zapomnieć o Festiwalu im. Ryśka Riedla, który w tym roku odbędzie się w Chorzowie na Polach Marsowych w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku w dniach 30-31 lipca. Wystąpią tam Hey, Martyna Jakubowicz, T. Love, Dżem, a także zespoły biorące udział w konkursie. Kolejnym festiwalem, przyciągającym tłumy, jest Woodstock. Tegoroczna edycja będzie trwała od 30 lipca do 1 sierpnia w Kostrzynie nad Odrą. Wśród zaproszonych Gości znajdują się Ewelina Flinta, Justyna Steczkowska, Lao Che, Armia, Maleo Reggae Rockers, Perfect, Papa Roach, Nigel Kennedy, Tonic. Międzynarodowy Plenerowy Festiwal Jazz na Starówce Ogrody Muzyczne

WOKÓŁ KULTURY

Do 28 sierpnia Warszawa, a konkretniej Starówka, będzie gospodarzem 16. Międzynarodowego Plenerowego Festiwalu Jazz na Starówce. Podczas tego jednego z najważniejszych festiwali jazzowych w Europie zagrają koncerty znane gwiazdy: Włodek Pawlik, Marcin Wasilewski, Yaron Herman, Grace Kelly. W związku z trwającym rokiem chopinowskim muzycy nawiążą do twórczości tego kompozytora. Jazz pojawi się także i w Białymstoku podczas festiwalu Pozytywne Wibracje 23 i 24 lipca w Parku Zwierzynieckim. W programie koncerty The Brand New Heavies, Us3, Gabin oraz rockopera Fortepian Chopina. Kolejne dwa wydarzenia również są inspirowane Chopinem i jemu dedykowane. Chopin i jego Europa to międzynarodowy festiwal muzyczny, który będzie miał miejsce przez cały sierpień w Warszawie. 58 koncertów ponad 1000 artystów odbędzie się w Studium Koncertowym Polskiego Radia im. W.Lutosławskiego, Filharmonii Narodowej, Teatrze Wielkim oraz Sali Palladium. Planowany repertuar jest niezwykle różnorodny, od muzyki barokowej, przez klasycystyczną, romantyczną, aż po jazz. Tegoroczna edycja Ogrodów Muzycznych zostanie poświęcona Fryderykowi Chopinowi. W programie znalazły się recitale uczestników XVI Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, filmy oraz spektakle inspirowane muzyką kompozytora, prezentacje kultury i muzyki Belgii - gościa honorowego festiwalu. Dla dzieci przygotowano Dziecięce Ogrody Muzyczne. Dziedziniec Wielki Zamku Królewskiego w Warszawie będzie miejscem koncertów, wystaw, projekcji filmów oraz wielu innych atrakcji.

WOKÓŁ KULTURY

33. Dni Muzyki Karola Szymanowskiego pod specjalnym hasłem 'Drugi po Chopinie Karol Szymanowski' będą miały miejsce w Zakopanem w dniach 18 - 31 lipca. Zaplanowano 11 koncertów, a wśród nich koncerty kameralne, recitale, koncert improwizacji jazzowych. Chętni do rozmowy są zaproszeni do forum dyskusyjnego z udziałem Macieja Łukaszczyka. Oprócz kompozycji Szymanowskiego i Chopina zostaną również wykonane kompozycje Lutosławskiego, Moniuszki, Beethovena, Paderewskiego, Schumana. Zakopane będzie również gospodarzem 42. Międzynarodowego Festiwalu Folkloru Ziem Górskich. Między 20 i 27 sierpnia o Złotą Ciupagę będzie rywalizowało 12 zespołów ludowych z całej Europy. Obok siebie pojawią się tańce afrykańskie, tango argentyńskie i polscy górale. Na uwagę zasługują także imprezy towarzyszące. Mistrzostwa Podhala w Powożeniu, Warsztaty Folklorystyczne, Festiwal Muzyki Łuku Karpat i Koncert na folkową nutę to tyko niektóre z atrakcji. Jest to jeden z najstarszych i największych festiwali, który rokrocznie przyciąga tłumy. Lato jest niewątpliwie czasem Międzynarodowych Festiwali Organowych. W polskich katedrach wystąpią artyści znani na całym świecie, wirtuozi organów. Gdańsk, Frombork, Warszawa, Peplin to tylko niektóre miejsca, gdzie rozlegnie się dźwięk organów w czasie tegorocznych wakacji. Sztuka ludowa jest także tematem 30. Festiwalu Muzyki Inspirowanej Fol-klorem "Dźwięki Północy". Tym razem to Gdańsk w dniach 25 lipca - 1 sierpnia będzie gościł artystów i muzyków. W tym roku festiwal poświęcony został Norwegii. Koncerty, konferencje, wystawy, prezentacje - wszystko to ma ucze-stnikom przybliżyć kulturę tego skandynawskiego kraju.

WOKÓŁ KULTURY

Niewątpliwie warta zobaczenia jest sztuka naiwna prezentowana w Katowicach. Do końca sierpnia w dwóch galeriach na Nikiszowcu - w Galerii Szyb Wilson oraz w Browarze Mokrskich - będzie można oglądać prace w ramach Art Naif Festival. Każdego roku promowana jest sztuka z innego rejonu świata. W tym roku jest to Mongolia. Poza obrazami można obejrzeć wystawę fotografii z tego kraju. Kolejną godną polecenia ekspozycją jest wystawa Medytacje. Sztuka Dzanabazara i jego szkoły. Do 28 lipca w warszawskim Muzeum Etnograficznym będzie można zobaczyć dzieła Dzanabazara, zwanym przez badaczy Leonardem da Vinci Wschodu. Mongolskie rzeźby zachwycają oglądających, a przez samych Mongołów uznawane są za bezcenne. Wystawa została zorganizowana w 60-lecie nawiązania stosunków polskomongolskich. Aleksandra Bieniek The Art Of Love
Leniwie. Tak właśnie zaczęły się wakacje. Nikt nie myśli o pracy, jedynie o słodkim odpoczynku (ja też). Ale ja biorę się do roboty i zaczynam pisać (choć nie bardzo wiedziałam o czym). Ale tak się złożyło, że dostałam wyjątkowo ciekawe zaproszenie...
MUZYKA

Jak to dobrze jest mieć rodzinę w różnych miejscach na świecie, w których dzieje się coś ciekawego. Jak to dobrze jest mieć rodzinę, do której można pojechać właśnie w czasie, kiedy się COŚ dzieje, spełniając przy tym swoje marzenia. No, może marzenia, to za duże słowo. Albo jednak nie. Są wakacje, więc napiszę trochę inaczej niż zwykle, a co się będę. Mogę sobie popisać tak od serca. Ale żeby redaktor się za bardzo nie irytował, że wciąż odchodzę od tematu, to wracam. Jak już wspomniałam dostałam zaproszenie. Ach, nawet kilka. Od Pomarańczy (BielskoBiała) dostałam, że mi urodziny zrobią. Fajnie, nie? Tak to jest, jak się jest stałym klubowiczem ;p Ale do rzeczy. Zaproszenie. Wciąż nie mogę uwierzyć, że tam będę. Oczywiście, jak mi nikt, i nic, planów nie popsuje. Kilkanaście godzin jazdy, ale później – jakie przeżycia... Jak wrócę, to napiszę jakąś relacje, dodam parę fotek, żebyście też choć trochę poczuli moc tej imprezy. Bo to nie jest jakaś sobie domówka, czy jakiś występ gwiazdy, a każda następna edycja jest jeszcze lepsza od poprzedniej. Love Parade. Samo wypowiedzenie tej nazwy wiąże się z wielkimi emocjami. Pewnie niektórym z was ta parada kojarzy

MUZYKA

się z pochodami homoseksualistów. Nic bardziej mylnego! Parada Miłości pierwszy raz została zorganizowana w 1989 roku z okazji urodzin Dr Motte’a. Ze względów formalnych wpisano imprezę jako demonstrację polityczną. Choć Love Parade swój początek ma w Berlinie, już od 3 lat odbywa się w Zagłębiu Ruhry. Niektórzy uważają, że w stolicy Niemiec była lepsza atmosfera, jednak nie mogę się z tym do końca zgodzić. Do Love Parade w Berlinie można mieć sentyment, ale to w Zagłębiu Parada nabiera rozmachu. Oczywiście nie można zapomnieć np. roku 2006, kiedy to po dwóch latach przerwy parada wróciła na ulice Berlina, kiedy to 1 200 000 osób brało w niej udział (kto by pomyślał, że w 1989r. Wzięło w niej udział tylko 150 osób) – wtedy Paradzie towarzyszyła niesamowita atmosfera, ale to w Dortmundzie pojawiło się 1 600 000 osób. Organizatorzy tegorocznej imprezy w Duisburgu przygotowują się na kolejny rekord. Love Parade jest czymś wyjątkowym. Charakteryzuje się atmosferą, muzyką, pokazami audiowizualnymi. Jak piszą organizatorzy na oficjalnej stronie Parady (www.loveparade.de) stadiony Mistrzostw Świata w RPA, nie będą mogły się porównać do tegorocznej edycji imprezy. Oczywiście towarzyszy jej motto – „The Art Of Love” i hymn o tym samym tytule. Impreza charakteryzuje się przemarszem platform muzycznych przez miasto (nie zabraknie i polskiej), ale też doborem muzyków. Na Love Parade nie ma ograniczeń co do ilości występów. Tu każdy DJ jest gwiazdą. W tym roku zawitają tam m.in. Tiesto, ATB, David Guetta, Anthony Rother (producent

MUZYKA

tegorocznego hymnu), Westbam, Fedde la Grand, Monika Krause, Tom Novy, Felix Kröcher czy Moguai. Niewątpliwie jest to największa i jedna z najważniejszych imprez muzyki elektronicznej na świecie. Mogłabym tu pisać jeszcze bardzo wiele, ale po co? Żaden opis nie odda atmosfery imprezy, może jedynie zachęcić do wzięcia udziału. Jeśli ktoś nie może się tam pojawić, Viva DE i RTL wyemitują relację na żywo – od 12.00 do 22.00. Już nie wspomnę, że wstęp jest całkowicie darmowy. Tak więc w tym momencie i ja zaczynam wakacje, i chyba powoli powinnam zacząć się pakować. Przecież 24 lipca już niedługo. Sandra Kałuża The Dead Weather - „Co oznacza nazwa zespołu? - A czego ona nie oznacza…”
The Dead Weather jest amerykańską grupą, która gra rock alternatywny. Została utworzona w 2009r. w Nashville, Tennessee. Swój sukces zespół zawdzięcza doświadczonym muzykom oraz ich swobodzie i naturalności w tym, co robią.
MUZYKA

W skład grupy wchodzą: Jack White (The White Stripes, The Raconteurs), Alison Mosshart (The Kills), Dead Fertita (Queens of the Stone Age) oraz Jack Lawrence (The Raconteurs i The Greenhornes). Jest to mieszanka najlepszych artystów z czołowych zespołów muzyki alternatywnej oraz indie. Fani tych gatunków nie mogliby wymarzyć sobie lepszego składu. Muzycy nie odeszli od gatunków muzycznych, które kultywowali w swoich dawnych zespołach. Jack White stwierdził: „Myślę, że to jest tak jakbyśmy pochodzili z innych domów, ale mieszkali na tym samym osiedlu.” The Dead Weather powstało na potrzeby promocji wytwórni płytowej należącej do Jacka White’a, Third Man Records, w Nashville. W styczniu 2009 r. czworo muzyków zebrało się w tejże wytwórni. Powstały teksty oraz muzyka i zespół oficjalnie zaczął funkcjonować. 11 marca ubiegłego roku grupa odbyła swój pierwszy koncert. Mimo tego, że istnieje niewiele ponad dwa lata, na koncie ma dwa albumy oraz 6 teledysków, z czego dwa zostały wyreżyserowane przez samego Jacka White’a. Ponadto The Dead Weather koncertuje po całym świecie. Zespół już zawitał do Polski na Open’er Festival w Gdyni, na którym mogliśmy poskakać w rytm ich muzyki. W lipcu odbędą się jeszcze koncerty w Berlinie, Paryżu, Montrealu czy Waszyngtonie. Jak już wcześniej wspomniałam, grupa nagrała dwa albumy. W lipcu ubiegłego roku, czyli niespełna siedem miesięcy po powstaniu zespołu, TDW nagrał pierwszą płytę zatytułowaną „Horehound”. Na tym albumie zespół pokazał, że jest w stanie stworzyć coś całkiem nowego w dość krótkim czasie, a co więcej, są to dźwięki, które naprawdę zachwycają. Jednak

MUZYKA

na krążku znajdują się nie tylko nowe brzmienia. Zespół umieścił na nim cover piosenki Boba Dylana pt. „New pony”, oczywiście w zupełnie innej wersji. Wraz z wydaniem tej płyty powstał również pierwszy teledysk. Piosenkę „Treat me like your mother” zinterpretowano w dość agresywny sposób, ponieważ w klipie możemy zobaczyć Jacka White’a oraz Alison Mosshart strzelających do siebie z broni maszynowej. Leje się krew, a na twarzach artystów maluje się niesamowita złość. Mimo to nikt nie ginie, a co więcej, na koniec tego szału Jack White odwraca się pokazując promienie słońca prześwietlające przez dziury w jego ciele. Być może brzmi to dość drastycznie, ale na pewno aż tak nie wygląda. Klip świetnie pasuje do piosenki i niesamowicie zapada w pamięć. 11 maja 2010 r. wydany został drugi album pt. „Sea of Cowards”, poprzedzony singlem „Die by the Drop”, do którego, swoja drogą, później powstał kolejny teledysk. Płyta jest świetna. Psychodeliczna, odważna, perfekcyjna, a zarazem dzika i brutalna. Nie ma na niej ani jednej piosenki, która byłaby gorsza od reszty. Wszystkie wpadają w ucho po pierwszym przesłuchaniu i na długo pozostają w głowie. Dzieje się tak głównie dlatego, że The Dead Weather reprezentuje coś całkiem nowego, a ich nastawienie do życia jest tak pozytywne, że aż godne podziwu. Jednak najważniejsze jest to, że ich muzyka jest jedyna w swoim rodzaju. Jak stwierdził Wojciech Mann: „Mnie się podoba”. A ja mogę tylko dodać: „Mnie też” i serdecznie polecić muzykę zespołu. Magdalena Grzywna Alan Menken to nie tylko kompozytor muzyki filmowej. To przede wszystkim zdobywca ośmiu Oscarów (co stanowi rekord wśród żyjących kompozytorów).

MUZYKA

To właśnie dzięki jego muzyce „Piękna I Bestia” czy „Mała Syrenka” stały się klasykami tej wytwórni i niedoścignionymi wzorami dla współczesnych produkcji tego studia. Nigdy już prawdopodobnie nie powtórzy się złota era Disneya i prawdopodobnie nigdy już żaden film animowany nie doczeka się tak wspaniałej oprawy muzycznej jak te, którym towarzyszą melodie Alana Menkena. Alan Menken urodził się 22 lipca 1949 w Nowym Yorku w żydowskiej rodzinie. Wiele wskazywało na to, że młody Alan zgodnie z życzeniem rodziny zostanie w przyszłości dentystą tak jak jego ojciec Norman, a także tak jak jego wuj i ciotka. Na szczęście przyszły kompozytor już od najmłodszych lat uczęszczał na lekcje pianina i skrzypiec. Od dziecka kochał świat musicali i planował w przyszłości sam zająć się ich tworzeniem. W spełnieniu tego marzenia pomogło mu spotkanie z tekściarzem Howardem Ashmanem. Ta znajomość zapoczątkowała wspaniałą karierę młodego kompozytora. Pierwszym wspólnie stworzonym przedstawieniem muzycznym był „God Bless You, Mr. Rosewater” na podstawie powieści Kurta Vonneguta. Później przyszedł czas na spektakularny musical „Mały sklepik z horrorami”, który zdobył nie tylko nagrodę dla najlepszego musicalu, lecz także nagrodę za najlepsze teksty. Jednak prawdziwe apogeum geniuszu współpracy obu panów przyszło wraz z rokiem 1989, kiedy to Alan Menken i Howard Ashman podjęli współpracę ze studiem Disneya i stworzyli muzykę do „Małej Syrenki”. Ten film przyniósł międzynarodową sławę twórcy muzyki i piosenek, a także dwie Nagrody Akademii w tych właśnie kategoriach. Kolejne sukcesy nagrodzone Oscarami to orientalny „Alladyn” i wspaniała baśń o miłości „Piękna i Bestia”. Ten ostatni film doczekał się również nominacji do Oscara w kategorii „najlepszy film” jako pierwszy film animowany w historii. Niestety Howard Ashman nie doczekał premiery „Alladyna” - zmarł 14 marca 1991 r. Jako wyrazy uznania za jego pracę na rzecz studia Walta Disneya film „Piękna i Bestia” został zadedykowany właśnie jemu, jako

MUZYKA

osobie, która „dała głos Małej Syrence i duszę Bestii”. Przy komponowaniu części piosenek do „Alladyna” Alana Menkena wspomagał tekściarz Tim Rice (bardziej znany ze współpracy z Eltonem Johnem przy „Królu Lwie”). Ostatnim wielkim sukcesem jest „Pocahontas”, która przyniosła ostatniego, jak do tej pory, Oscara dla tego kompozytora. W późniejszych latach dobra passa Alana Menkena zaczęła powoli go opuszczać. Po genialnym, lecz niedocenionym przez akademię „Dzwonniku Z Notre Dame” przyszła pora na „Herkulesa”, na którym współpraca Menkena z Disneyem została przerwana na długie lata. Pomimo wysiłków włożonych w stworzenie oryginalnej i zapadającej w pamięć ścieżki dźwiękowej do „Rogatego Rancza” jego praca nie została doceniona, a piosenki i muzyka stale były porównywane z poziomem, jaki Menken prezentował swoją pracą w latach 90. Zapowiadany wielki come back, jakim miała być „Zaczarowana”, zamiast przywrócić magię, wywołał rozczarowanie i falę krytyki skupiającej się głównie wokół zarzutu kopiowania samego siebie. I chyba właśnie z tego powodu Alan Menken nie podjął się pracy nad „Księżniczką i Żabą”, która to w ostateczności została zrealizowana przez Randy’ego Newmana. Mimo kiepskiego okresu ostatnich lat swojej twórczości Alan Menken na zawsze zostanie najważniejszym kompozytorem muzyki do filmu animowanego. Jego talent objawiający się pięknymi acz prostymi kompozycjami sprawia, że jest idolem wielu osób z lat dzieciństwa i niedoścignionym wzorem dla kompozytorów muzyki filmowej, z których żaden nie może pochwalić się tak imponującą ilością nagród Akademii Filmowej. Być może już niedługo Alan Menken udowodni, że – pomimo niepowodzeń – stać go na napisanie czegoś nowego i niepowtarzalnego i urzeknie słuchaczy na całym świecie tworzoną właśnie ścieżką dźwiękową do zapowiadanego na ten rok nowego filmu Disneya. Paulina Rzymanek
Wakacje! Nareszcie każdy strudzony rokiem szkolnym uczeń może odetchnąć pełną piersią. Dwa miesiące wolnego – przynajmniej od szkoły – dla cinemaniaka oznaczają jedno: w końcu znajdzie się czas na nadrobienie filmowych zaległości! Nie ma to jak po powrocie z plaży odpocząć przy ulubionej komedii, czy jak kto woli, dramacie. Co warto obejrzeć? Cinemaniak rusza na poszukiwania wakacyjnych hitów!
CINEMANIAK

1. „Niania w Nowym Jorku” – to numer jeden na mojej liście (kolejność nie gra roli). Komedia romantyczna. Scenariusz oparty na wielkim światowym bestsellerze. Pełna ciętego humoru, ale zarazem i wzruszeń. W rolach głównych Scarlett Johansson, Laura Linney oraz uroczy Nicholas Art. Według mnie film bardzo pozytywnie wyróżnia się na tle innych w swoim gatunku. Historia w nim zawarta opowiedziana jest w naprawdę ciekawy sposób, intryguje, a nawet i poucza. Doskonałe kino na deszczowy wieczór – skutecznie poprawia nastrój. 2. „Życie ukryte w słowach” – film nie jest łatwy i nie polecam go oglądać, jeśli ktoś ma ochotę na lekki i przyjemny seans. To dramat z rodzaju tych, które poruszają do głębi. Są gusta i guściki – niektórzy lubią trudne i smutne historie, przynajmniej na ekranie. W takim przypadku film jest warty obejrzenia. „Film o 25 milionach fal, o ciszy przed burzą, o hiszpańskim kucharzu i gęsi. O miłości, której siła nie zważa na tragiczny los”.

CINEMANIAK CINEMANIAK 3. „Amelia” – jeśli ten tytuł nic ci nie mówi, powinieneś jak najszybciej to zmienić! Dlaczego? Bo jest to film niezwykły już od pierwszej sceny; całkowicie inny od wszystkich, wyjątkowy. Kino naprawdę warte polecenia. Historia Amelii zaskakuje, jest przewrotna i intrygująca. W tym filmie groteska i surrealizm przeplatają się z magią i bajkowością. Jeśli go obejrzysz, gwarantuję, że będzie to bardzo miło spędzone 116 minut. Dodatkową zachętą niech będzie rewelacyjny soundtrack. 4. „Miss Potter” – Renee Zellweger, kojarzona przez wszystkich z rolą Bridget Jones, świetnie odnalazła się i w XIX wiecznej scenerii. Sama nie wiem, czy jest to komedia, czy dramat? Znajdziemy w nim zarówno momenty radosne, jak i bardzo wzruszające i smutne. Ogólnie film jest bardzo ciepły w odbiorze, jeśli mogę tak to ująć. Historia Ms. Potter bardzo mnie urzekła, jest to doskonały wybór, jeśli chcesz przyjemnie spędzić wieczór.



CINEMANIAK CINEMANIAK 5. „Mamma Mia!” – znam wiele osób, do których ten musical zupełnie nie przemawia, zdołali przebrnąć przez co najwyżej pierwszych 10 minut. Ja jednak obejrzałam go z przyjemnością. Wiele w nim zabawnych momentów, świetnych piosenek Abby, cudownych krajobrazów greckich wysp. Można go oglądać na totalnym luzie i tylko czerpać od aktorów pozytywne wibracje. Film ten jak mało który potrafi zalać przekazać widzowi falę dobrej energii. Może i jego historia jest błaha, a Pierce Brosnan nie umie śpiewać, ale śmiechu jest przy tym co nie miara i to jest ważne. Polecam do obejrzenia w gronie przyjaciół. 6. „Po pierwsze nie szkodzić” – żeby nie było tak słodko. Jest to kolejny film z serii „ciężkich”. Poruszający dramat z genialną kreacją Meryl Streep. Oparty na faktach, niezwykle wartościowy i inspirujący. Nie raz może nam się zakręcić łza w oku – jednak przecież i takich filmów potrzebujemy. Jeśli nie masz pomysłu na spędzenie lipcowego wieczoru to… wypożycz go. Enjoy the movies! Joanna Osada

JAK MIŁOŚĆ, TO TYLKO WE WŁOSZECH

FILM

„Tak. To wyjątkowo ciepły film, wzruszający, uroczy. Ogląda się go z niczym niezakłóconą przyjemnością. A do tego wszystkie te przepiękne krajobrazy Toskanii, stare włoskie miasta, winnice i ciągnące się wzdłuż drogi cyprysy… Tak, zdecydowanie polecam” – mówiłam wszystkim, którzy zapytali mnie o opinię o „Listach do Julii”. Zrobiło się ciepło i przyjaźnie, dlaczego więc i w sali kinowej nie miałyby zapanować podobne nastroje? Nadszedł w końcu upragniony czas lata i wakacji, a więc i piękna Werona, i oświetlona słońcem włoska natura zdają się być odpowiednią scenerią. Sophie (Amanda Seyfriend) i Victor (Gael García Bernal) wkrótce biorą ślub. Ponieważ jednak Victor pochłonięty będzie sprawami nowej restauracji, którą właśnie przygotowuje do otwarcia, postanawiają wyruszyć w nietypową „podróż przedślubną” do romantycznego serca Włoch – Werony. Kiedy przyjeżdżają na miejsce, okazuje się, iż Italia to miejsce odpowiednie nie tylko dla zakochanych, ale również dla początkujących restauratorów. Victor prędko pogrąża się w wirze przygotowań, oddając się spotkaniom z potencjalnymi dostawcami żywności i degustacji win. Sophie pozostawiona samej sobie również musi znaleźć sobie jakieś zajęcie. Przypadkiem poznaje cztery kobiety, które nazywają siebie „sekretarkami Julii” i zajmują się odpisywaniem na listy pozostawione na podwórzu słynnej, szekspirowskiej kochanki. Sophie zaś znajduje list, który przez przeoczenie przeleżał u stóp Julii ponad pięćdziesiąt lat. Dziewczyna postanawia na niego odpisać… Co najciekawsze w historii ukazanej w „Listach do Julii”, to fakt, że główny wątek miłosny dotyczy starszej pani oraz poszukiwanego przez nią towarzysza z lat młodości. Podczas gdy różnorakie filmy uderzają w nas przesłaniem, że czas na znalezienie miłości

FILM

kończy się po trzydziestce, a w starszym wieku prędzej doczekać się można rozwodu niż początku szczęśliwego związku, miło jest od czasu do czasu zobaczyć film, który ewidentnie temu przeczy. Ciekawa jest również galeria bohaterów przedstawiona w obrazie. Zdecydowanym plusem jest fakt, że każdy z nich, jak to się mówi, „ma charakter” – zalety oraz słabostki, swoje cechy szczególne, charakterystyczne zachowania, a także swoją rolę i miejsce w scenariuszu. Nie ma tu bohaterów wyciętych z kartonu, nie ma postaci nieprawdziwych. Ciężko także którejś z nich nie polubić – być może jest to spowodowane specyfiką tego akurat gatunku filmowego, a może umiejętną, pełną życia i humoru kreacją postaci. Aktorzy podołali tak dobrze przygotowanym dla nich rolom. Moim osobistym faworytem pozostaje Gael García Bernal, którego entuzjazm jest niemalże zaraźliwy, a i wyuczonego doskonale włoskiego akcentu przyjemnie posłuchać. Do widza przemawia też ciepło, nadzieja i pogoda ducha bijące od Claire, postaci odgrywanej przez Vanessę Redgrave. Pozostali jednakże, na czele z dwójką młodych aktorów, odtwarzających główne role, Amandą Seyfriend oraz Christopherem Eganem, nie pozostają za nimi daleko w tyle. O pięknych widokach była już mowa. Są one niezaprzeczalnym walorem filmu. Jakkolwiek zatem scenografom sporo pracy zaoszczędziły różnorodne włoskie krajobrazy, widz nie może narzekać na brak wrażeń estetycznych. Muzyka utrzymuje klimat zbudowany przez pozostałe elementy obrazu – i mowa tu zarówno o fragmentach instrumentalnych, jak i o wykonywanych po włosku piosenkach sączących się z samochodowego radia bohaterów. Cała oprawa wokół opowiadanej fabuły sprawia, że jest bardzo włosko, bardzo uczuciowo i bardzo ujmująco. Jest wiele podobnych do siebie komedii romantycznych, które jedynie powielają utarty schemat i nie pozostają na długo w pamięci. I są też takie, które mają w sobie coś na tyle czarującego, że zechcemy postawić je u siebie na półce i sięgać do nich od nowa i od nowa. Tak właśnie jest

FILM "Nie powiem, że film wyróżnia się wielką oryginalnością, albo że wolny jest od tego, co jedni nazywają swoistą naiwnością, drudzy zaś nieodłącznym pięknem romantycznych historii, które zapewnia obecność upragnionego happy endu."

w przypadku „Listów do Julii”. Nie powiem, że film wyróżnia się wielką oryginalnością, albo że wolny jest od tego, co jedni nazywają swoistą naiwnością, drudzy zaś nieodłącznym pięknem romantycznych historii, które zapewnia obecność upragnionego happy endu. Nie jest też obrazem przełomowym, demonstrującym nowe punkty widzenia albo poruszającym trudne tematy – nie spełnia kryteriów, które najczęściej decydują przy wręczaniu Oscarów. Ale na pewno rozproszy zły albo rozjaśni pochmurny dzień. Elżbieta Janota WOJNA OPINII

FILM

Nie ma chyba takiego filmu, co do którego tak krytycy, jak i widzowie byliby zgodni przy wyrażaniu swojej opinii. Jedni chwalą, drudzy ganią, trzeci zaś dyplomatycznie ani nie polecają gorąco, ani nie odradzają w sposób zdecydowany. I wszystko pięknie, są wszak gusta i guściki, o których się przecież nie dyskutuje. Problem zaczyna się w momencie, kiedy potencjalny widz zostaje zaatakowanymi sprzecznymi recenzjami i pojawia się pytanie: komu tu wierzyć? Może krytycy powinni napisać najpierw słówko o sobie? Moglibyśmy wtedy zdecydować, z którym z nich mamy więcej wspólnych cech i któremu chcemy zaufać w kwestii oceny. Czy taki system miałby w rzeczywistości zastosowanie? Postanowiłam skonfrontować was z taką eksperymentalną metodą – i może samodzielnie znajdziecie odpowiedź na to pytanie. Paweł i Magda są w tym samym wieku, chodzą do jednego liceum, mają wspólnych znajomych. Oboje kochają kino, z tym że Magdę nazwałabym raczej filmową entuzjastką, a Pawła – kinowym koneserem. Magda często wydaje kategoryczne opinie, nie wahając się przed sięganiem skrajności, jeśli takie właśnie są jej odczucia. Paweł zaś jest w sądach bardziej umiarkowany, stara się patrzeć na różnorodne sprawy w sposób obiektywny, trudniej go zniechęcić, ale i trudniej zachwycić. Magdę można by określić jako gatunkową realistkę – potrafi dostosowywać swoje spojrzenie na film w zależności od jego gatunku, biorąc pod uwagę jego specyfikę. Paweł to raczej filmowy idealista – ma swoje kryteria oceniania, które są ponadgatunkowe; to znaczy, że film był albo dobry, albo zły i nie zmienią tego ani schematy czy stereotypy typowe dla

FILM

danego gatunku, ani specyficzny styl konkretnego reżysera. Tyle tytułem wstępu. Zobaczmy, jak ci dwoje oceniają nową komedię Roberta Luketica „Pan i Pani Killer”. Nie trzeba bowiem chyba dodawać, że ich sądy znacznie się różnią. Zapytałam o ogólną opinię na temat obrazu, wyrażoną w jednym zdaniu. Żadne z nich się do niego nie ograniczyło – najwyraźniej emocje były zbyt duże. „Mnie osobiście film się nie podobał – powiedział Paweł. – Nie wciągnął mnie w ogóle i dosyć się dłużył. Zmarnowałem pieniądze, kupując bilet na ten seans.” „Mnie osobiście film się podobał” – stwierdziła w tym samym czasie Magda. – „Ale też muszę przyznać, że nie miałam wobec niego wysokich wymagań, ponieważ jest to jedna z wielu amerykańskich produkcji, niewymagająca od człowieka myślenia i rozkładania treści na czynniki pierwsze". Wyraziło się swoje zdanie, trzeba je więc w następnej kolejności uargumentować. Poprosiłam, by każde z opiniodawców wskazało najsłabszy oraz najmocniejszy jego zdaniem punkt filmu. Paweł stwierdził, że główną wadą była duża ilość niepotrzebnych przestojów. „Tytułowy bohater stojący w bezruchu nad swoją ofiarą i kontemplujący swoje dzieło, wymiana długich spojrzeń między nim a jego żoną…” – wymieniał. A oprócz tego –

FILM

powtarzalność. Paweł stwierdził, że ten sam motyw pojawiał się w filmie parę razy, co czyniło komedię nudną i bez tego potrzebnego smaczku. Magda uważa za to, iż największym problemem obrazu jest jego przewidywalność, która sprawia, że widzowie od pewnego momentu są w stanie domyślić się treści nadchodzących scen. Natomiast jako mocną stronę podała obsadę aktorską. „Ashton Kutcher, który fantastycznie zagrał w „Efekcie Motyla”, jest idealnym materiałem do tego typu komedii, których ma już wiele w swoim dorobku. Tym razem również nie zawiódł, czarując damską część widowni swoim uśmiechem i świetnie wczuwając się w rolę płatnego zabójcy.” Dodała też, że Katherine Heigl równie dobrze sprawdziła się w roli Pani Killer. Paweł natomiast stwierdził, że jej gra była „fatalna i sztuczna”, chwalił jednak Ashtona Kutchera, przyznając, że był w swej roli realistyczny i odpowiednio do niej dobrany. Wspomniał także o Tomie Sellecku, który grał ojca głównej bohaterki. „Mała rola, ale wyjątkowo dobrze odegrana” – stwierdził. Pytałam o to, jak oceniają scenariusz. Zgodzili się we wstępnej opinii: „Scenariusz nie jest specjalnie

FILM filmweb.pl

wymyślny, a Luketic ma na koncie kilka lepszych filmów.” – Dalej jednak innowacyjność próbowała dostrzegać już sama Magda: - „Ale jest to pierwsza znana mi komedia, w której ginie aż tyle ludzi! Oczywiście, nie ma wielkiego rozlewu krwi, ale jednak trupy są…” I żeby to ona mogła mieć ostatnie słowo, podsumowała jeszcze: „Uważam, że to idealny film na wakacje, kiedy to porządna dawka amerykańskiego humoru i wspaniała gra aktorska przyda się dla rozluźnienia i dobrej zabawy.” Tak, jak pisałam – przedstawione opinie są całkowicie właściwie odmienne. Czy wspominałam już, że są gusta i guściki? Ja osobiście powstrzymam się od wyrażania własnej opinii, w momencie gdy Paweł i Magda wprowadzili już odpowiednią dozę zamętu. Mam jedynie nadzieję, że w większym stopniu niż przeszkadzał zamęt, pomagała – szersza perspektywa. Elżbieta Janota Toy Story 3

FILM

Od niedawna w kinach całej Polski możemy oglądać kolejną część przygód zwariowanych zabawek Andy’ego, które swoim urokiem przyciągają ogromną liczbę widzów. Zaraz po wyjściu z kina siostra zapytała mnie czy pamiętam, kiedy nakręcono pierwszą część bajki. Po krótkim zastanowieniu zdałam sobie sprawę, że najprawdopodobniej, kiedy byłyśmy mniej więcej uczennicami szkoły podstawowej. Po sprawdzeniu okazało się, że Toy Story wyszło w 1995r. a Toy Story 2 – w 1999r. i myślę, że mimo wszystko warto było czekać te 11 lat na trzecią odsłonę. W najnowszej części bajki historia zabawek nabiera tempa. Andy jest już dorosłym chłopakiem, który wyjeżdża na studia. Mimo tego, że umieszczone w kufrze zabawki starają się zwrócić jego uwagę, bohater zastanawia się, co z nimi zrobić. Zabranie ich ze sobą nie wchodzi w grę. Tak więc Andy pakuje Chudego, Buzza i resztę do worka, który ma wylądować na strychu. Jednak spokojne życie w odosobnieniu nie było pisane zabawkom, które ostatecznie trafiają do przedszkola. Tam też rozpoczyna się prawdziwa przygoda. Zabawki Andy’ego trafiają do sali gąsienicowej, w której najmłodsze dzieci są bezwzględne niczym stado dzikich bawołów. Jednak to nic w porównaniu z grupą czarnych charakterów niczym z filmu gangsterskiego. Tak więc zabawki nie mają innego wyjścia jak zorganizować ucieczkę. Toy Story 3 jest bajką idealną pod względem wykonania, nie ma nawet najmniejszej drobnostki, do której można by się przyczepić. Podobnie jak w poprzednich częściach, trzecia wersja bajki łączy w sobie romans, horror, humor oraz akcję. Jesteśmy świadkami krótkiego romantycznego momentu Buzza i Jessie, drżymy ze strachu przy scenie, w której przerażająca lalka Duże Bobo huśta się na huśtawce w świetle księżyca (swoja drogą, ta

FILM

postać jest naprawdę przerażająca), możemy uśmiać się po pachy w sytuacjach związanych chociażby z Kenem i Barbie („Ku chwale solarium!”), możemy też wziąć udział w mrożącym krew w żyłach szalonym powrocie zabawek do domu. Twórcy przygotowali również pewną niespodziankę dla ludzi lubiących wypatrywać szczegóły na ekranie, niczym Amelia. Wytwórnia Pixar umieściła w filmie kilka „inside jokes” – ukrytych żartów. W filmie znalazł się tytułowy bohater bajki świetnego japońskiego reżysera Hayao Miyazakiego pt. „Mój sąsiad Totoro”. W przedszkolu ciekawskie oko jest w stanie wypatrzeć bohaterów bajki „Potwory i spółka”. Pracownicy Pixara umieścili również swego rodzaju zapowiedź bajki „Auta 2” w postaci plakatu w pokoju Andy’ego. A na koniec, ktoś bardzo spostrzegawczy jest w stanie zauważyć podobieństwo baterii Buzza Astrala z bateriami bohatera bajki „Wall.E” Wszystko to i jeszcze więcej składa się na niesamowicie pozytywne zakończenie sagi, mimo tego, że ja czuję pewien niedosyt. Liczba fanów Toy Story 3 jest niemała. Dorośli ludzie idą do kina z sentymentu (ja jestem tego żywym przykładem) natomiast dzieci z ciekawości. Myślę, że z czystym sumieniem mogę polecić Wam Toy Story 3. Jest jedną z najciekawszych propozycji kinowych sezonu! Magdalena Grzywna „Wszystko, co cię spotyka, przyjmuj z pokorą”

FILM

Tak brzmi motto najnowszego filmu braci Cohen pt. „Poważny Człowiek”, który już został ogłoszony najlepsza komedią tego roku. Ciężko opisać ten film słowami, to trzeba po prostu zobaczyć. Z różnych źródeł można dowiedzieć się, że „Poważny Człowiek” posiada cechy autobiograficzne. Akcja filmu dzieje się w latach 60. XX w., czyli mniej więcej w okresie młodości twórców. Opowiada on o historii amerykańskiego żyda Larry’ego Gopnika, który ma niesamowitego pecha. Zaczynając od wiadomości od żony o chęci rozwodu, poprzez sfrustrowaną córkę, która podkrada bohaterowi pieniądze na operację plastyczną a kończąc na bracie, który nie robi nic poza leżeniem na kanapie. Co więcej Larry - nauczyciel fizyki – dostaje do pracy niemiłe listy a jego uczeń szantażuje go z powodu złej oceny. A wszystko to dzieje się w jednym dniu. Możemy tylko pomyśleć: „biedny człowiek”. Wydawałoby się, że każda normalna osoba miałaby prawo załamać się w takiej sytuacji, ale nie Larry. On, zgodnie ze swoją religią oraz mottem filmu znosi wszystko ze spokojem. Mimo to, jak każdy człowiek ma chwile słabości… Jest ostoją spokoju, nie frustruje się, a we wszystkim szuka pozytywów. Nie przejmuje się drobnostkami. Jest człowiekiem wielkiej wiary, w odróżnieniu od jego syna, który odznacza się niesamowitą nieodpowiedzialnością, biorąc udział w swojej bar micwie „na haju”. Co więcej, na lekcjach po kryjomu słucha muzyki i ciągle kłóci się ze swoją siostrą. Rodzina Larry’ego jest mieszanką wybuchową. Film jest groteskowy, przedstawia skrajności. Z jednej strony znajduje się religia, prostolinijność, a z drugiej są to szalone lata rock’n’roll’a oraz młodzieńczego buntu. Bracia Cohen pokazują w ten sposób okres swojej młodości, czasy, w jakich sami się wychowywali, z których niesamowicie szydzą. Pokazują rutynę życia bohaterów oraz powtarzające się sytuacje, by nadać scenom melancholijności. Chcą

FILM „Poważny człowiek” jest zadziwiająco optymistycznym filmem, który ma wielkie szanse na Oscara. Bracia pokazują i udowadniają swój talent, którego objawienie mogliśmy oglądać w takich filmach jak: „To nie jest kraj dla starych ludzi” czy „Tajne przez poufne”. Jednak jak widać na przykładzie najnowszego filmu."

przekazać odbiorcy, że przejmowanie się drobnostkami nie ma sensu, że życie jest zbyt piękne, żeby martwić się każdą gorszą chwilą. Pokazują, że w każdej sytuacji są jakieś plusy i nie ma takiej bez wyjścia. „Poważny człowiek” jest zadziwiająco optymistycznym filmem, który ma wielkie szanse na Oscara. Bracia pokazują i udowadniają swój talent, którego objawienie mogliśmy oglądać w takich filmach jak: „To nie jest kraj dla starych ludzi” czy „Tajne przez poufne”. Jednak jak widać na przykładzie najnowszego filmu, czują się oni niesamowicie dobrze w czarnych komediach przepełnionych groteskowością i psychologią postaci. „Poważny człowiek” jest filmem, który trzeba obejrzeć co najmniej dwa razy, ponieważ to właśnie drobnostki budują jego klimat. A bracia Cohen znowu udowodnili swoje mistrzowskie zdolności i nakręcili świetny film z wielkim przesłaniem. Magdalena Grzywna David Toscana – Ostatni czytelnik

KSIĄŻKI

Celem tej recenzji będzie troska o czytelnika, by – jak w tytule - nie okazał się ostatnim. Ani nawet pierwszym. Właściwie w tym przypadku radziłabym, aby czytelnik, kimkolwiek jest i gdziekolwiek się znajduje, nie zaszczycał tej książki swoim czytelniczym okiem. Pomimo tego, że okładka przyciąga wszystkich książkowych entuzjastów, opis na okładce obiecuje niezwykle ciekawą i wciągającą lekturę, liczba stron zachęca by spakować ją do wakacyjnej walizki, a cena nie odstrasza przed zakupieniem „Ostatniego czytelnika” ta lektura nie będzie należała ani do przyjemnych ani też to łatwych. Zacznijmy od fabuły. Teoretycznie każdy czytelnik powinien tu znaleźć coś dla siebie. Tajemnicze morderstwo, utracona miłość, problemy klimatyczne, aluzje literackie, flora i fauna w postaci awokado i mułów, bohaterka powieści historycznej sprzed dwustu lat, która znajduje dom w ciele zmarłej dziewczynki wspomnianej przy okazji tajemniczego morderstwa oraz wskrzeszanie umarłych. Niestety wielowątkowość czy też mnogość pomysłów i ich realizacja nie należą do mocnych stron Davida Toscany. Do mocnych stron nie należy też umiejętność wprowadzenia czytelnika w świat, który wykreował. Czytając tę książkę trudno jest się nam „wczuć” ze wszystkich możliwych powodów. Brak dialogów, niezrozumiałe zdania, a przede wszystkim wszechobecne i wręcz przytłaczające aluzje literackie. W pewnym momencie można się naprawdę pogubić i trzeba się bardzo starać, żeby się zorientować kiedy zdania dotyczą bohaterów i wydarzeń należących bezpośrednio do świata przedstawionego, a które są tylko komentarzem polegającym na wprowadzaniu bohaterów z innych dzieł literackich znanych chyba tylko i wyłącznie bibliotekarzowi Lucio, który jest jednym z głównych bohaterów. Bohaterami książka też się nie może pochwalić. I o ile

KSIĄŻKI

pewne grupy czytelników lubią bohaterów „normalnych inaczej” wydaje mi się, że dla tych zaprezentowanych w „Ostatnim czytelniku” określenie ich nienormalnymi nie kryje w sobie żadnych pokładów tajemniczości czy wyjątkowości. Wcześniej wspomniany Lucio jest bibliotekarzem, twierdzącym, iż wszystko już gdzieś zostało napisane i doszukującym się na siłę przejawów literatury w otaczającym go świecie. Jego syn Remigio, który znajduje ciało dwunastoletniej dziewczynki w swojej studni, sypia (!!!) z owocami awokado, a ciało znalezionej ofiary grzebie właśnie między korzeniami drzewa, na którym rosną i z naturą dewianta „pożądliwie czeka na następny urodzaj awokado”. Daruję już czytelnikom tej recenzji przytaczania innych równie niesmacznych opisów pochodzących z książki, ponieważ opisy to kolejna, jakżeby inaczej, słaba strona Davida Toscany. Po przeczytaniu tej książki wątpię, by autor miał jakąś mocną stronę i bardziej niż nad treścią książki zastanawiałam się nad powodem, dla którego „Ostatni czytelnik” otrzymał aż trzy nagrody. Być może to wina dziwnego sentymentalizmu związanego z Meksykiem, jego klimatem, mieszkańcami i kulturą powoduje, że ciągnie nas do literatury latynoamerykańskiej, jednak David Toscana przedstawia wszystkie te elementy w sposób całkowicie nieprzystępny. Zero tajemnicy, granica między rzeczywistością a fikcją niedostrzegalna, a cała charyzma bohaterów prawdopodobnie wysuszyła się podczas suszy, która dotknęła Icamole. Naprawdę próbowałam zrozumieć, co autor chciał przez to wszystko powiedzieć, starałam się docenić jego wysiłek, doszukiwałam się ukrytego klimatu i atmosfery, ale w połowie książki zostało mi tylko jedno postanowienie: by dotrzeć do końca i niczym bibliotekarz Lucio wziąć do ręki stempel z napisem „cenzura”, przybić go na okładce po czym rzucić to grafomańskie dzieło na pożarcie karaluchom. I to jest jedyna przyjemność, która pozostała mi po lekturze „Ostatniego czytelnika” Emmanuel Schmitt – Ulisses z Bagdadu

KSIĄŻKI

Być może nie wszyscy w te wakacje będą mieli okazję udać się w niesamowitą zagraniczną podróż pełną nowych miejsc, ciekawych ludzi i odmiennych kultur. Ci, którzy zostają w domu lub zapragną odwiedzić niezwykłe miejsca bez specjalnych przygotowań związanych z wyjazdem, powinni sięgnąć po książkę uwielbianego w Polsce pisarza Erica Emmanuela Schmitta zatytułowaną „Ulisses z Bagdadu” i śmiało zapakować ją do walizki. Książka opowiada historię młodego chłopaka z Bagdadu o imieniu Saad Saad, który postanawia opuścić swój kraj i udać się do Londynu w poszukiwaniu lepszej przyszłości i lepszego życia. Powodem, dla którego bohater decyduje się na wyjazd z ojczystego kraju jest wojna, która zniszczyła wszystko, co było mu drogie – pozbawiła życia najbliższych i odebrała nadzieje na przyszłość. Wraz z bohaterem przemierzamy kolejne państwa i towarzyszymy mu w jego trudnej i męczącej podróży. Razem z czytelnikiem losy Saada obserwuje także jego tragicznie zmarły ojciec, który jako duch służy swojemu synowi mądrymi radami, które nie zawsze jednak zostają poprawnie zinterpretowane. Mimo niepowodzeń, w podróży Saad poznaje smak prawdziwej przyjaźni, walczy o przetrwanie i o godne traktowanie. W książce znajdzie się też miejsce dla tragicznej miłości i dla nadziei, która koi serca opuszczonych. Godna podziwu determinacja głównego bohatera w dążeniu do celu, jakim jest Ziemia Obiecana – Londyn, oraz jego silny charakter i zdolność do poświęceń pozwalają nam wierzyć, że w końcu osiągnie on swój cel. Najnowsza książka Erica-Emmanuela Schmitta jest warta polecania nie tylko ze względu na ciekawą historię, interesujących bohaterów czy humorystyczny styl, w jakim została napisana. Porusza ona także wiele filozoficznych zagadnień i podejmuje dyskusję na temat nielegalnej imigracji – zagadnienia dość

KSIĄŻKI

problematycznego nie tylko dla krajów takich jak Włochy i Francja, które Saad Saad odwiedza podczas swojej wędrówki. To realne podejście do tematu i opis życia bohaterów, którzy doświadczają trudności na każdym kroku i muszą walczyć z przeciwnościami losu każdego dnia sprawia, że książka to nie tylko wyśmienita i dopracowana lektura, lecz także doskonałe źródło przemyśleń na temat sytuacji w Iraku, tak różne od telewizyjnych reportaży i artykułów prasowych. Mitologizacja tego problemu poprzez nazwanie głównego bohatera Ulissesem – współczesnym Odyseuszem, pozwala nam poznać ogrom tego zjawiska i jego ponadczasowość. Jednak w przypadku Saada i innych pragnących lepszego życia imigrantów następuje odwrócenie ról. Odyseusze tego świata nie wracają do domu. To ludzie, który odpływają i uciekają z miejsca, które kochają, by, świadomi niepowodzeń i trudności, z nadzieją dążyć do upragnionego celu. Mimo, że temat, który Eric Emmanuel Schmitt podejmuje w „Ulissesie z Bagdadu” może wydawać się trudny i zbyt ciężkostrawny jak na idealną lekturę, nadającą się do czytania na plaży, książka przepełniona jest nadzieją i uczuciem, co sprawia, że warto dać jej szansę i zabrać ją ze sobą na wakacyjne wyprawy. Ciekawy język, aktualna tematyka i bohaterowie z krwi i kości to wszystko, czego nie powinno zabraknąć w idealnej książce na wakacje. Paulina Rzymanek Chomikowate wyjaśnienia

RA - MÓW - KA

Jak to w końcu było? Czternaście punktów przewagi, czy tylko pięć? Czy autor tego tekstu naprawdę dąży do tego, żeby się bez żadnej litości i niehonorowo poznęcać nad telewizjami, które chybiły? Czy autor zamierza być zwykłą dziennikarską żmiją, która dla zdobycia popularności będzie kąsać innych reporterów? Czy autor znajduje jakieś wyjaśnienie dla padających pod jego adresem zarzutów, że działa na zlecenie podejrzanych organizacji? Obiektywnie rzecz ujmując, wygrała Telewizja Polska. Zarówno prognozowane wyniki kandydatów, jak i szacunkowa frekwencja wyborcza okazały się być najbliższe rzeczywistości. Za to pozostałe dwie główne stacje telewizyjne przestrzeliły zupełnie. Doszło do ogromnie dziwnej sytuacji: jeśli wybory przeprowadzałaby TVP, to Bronisław musiałby wciąż próbować uciec Jarosławowi, jeśli TVN, to wygrana byłaby niemal pewna, jeśli Polsat – Platforma miałaby wygraną w kieszeni. Zdezorientowany widz umocnił w sobie tylko przekonanie, że te całe sondaże, to się rzadko sprawdzają. Po czym przełączył na mecz. A sztaby kandydatów starały się, chyba, brać pod uwagę najkorzystniejsze dla nich wyniki. Zapraszani analitycy też musieli mieć niezły zgryz. Trochę bałagan. TVP nie omieszkała oczywiście wykorzystać tego, co zaszło. Rozpoczęli niewielką kampanię, która przypomina o tym, co się stało 20 czerwca. Ot, krótka informacja o tym, że to właśnie tam wyniki były najbardziej wiarygodne. Uważam to za zupełnie uzasadnione, biorąc pod uwagę atak, jaki przypuszczono na Telewizję Polską w Internecie zaraz po ogłoszeniu sondażowych wyników. Wiele osób stwierdzało, że TVP podaje niestworzone dane, i że widać, że jest „pisowskosldowska”. Nie oceniając, czy to twierdzenie ma rację bytu, trzeba jednak przyznać, że przynajmniej co do sondaży, niektórzy internauci bardzo się pomylili.

RA - MÓW - KA "I powstaje drabinka wzajemnych oskarżeń, a ten, kto się wdrapie na sam jej szczyt zobaczy… Że ona nie ma końca. Że to bardziej drabiniaste kółeczko dla gryzoni. Bo ci Polacy mogą przecież powiedzieć, że zupełnie nie ufają tym stacjom telewizyjnym, dla których się sondaży robi. I że te stacje manipulują. Pewnie trochę racja."

Oczywiście, od razu trzeba napisać, że to nie telewizje przeprowadzają sondaże, i to nie one są winne, jeno pracownie je przygotowujące. Tylko, że pracownie mogą zrzucić winę na Polaków, którzy podejrzewani są o kłamanie w sondażach. I powstaje drabinka wzajemnych oskarżeń, a ten, kto się wdrapie na sam jej szczyt zobaczy… Że ona nie ma końca. Że to bardziej drabiniaste kółeczko dla gryzoni. Bo ci Polacy mogą przecież powiedzieć, że zupełnie nie ufają tym stacjom telewizyjnym, dla których się sondaży robi. I że te stacje manipulują. Pewnie trochę racja. Ale podając takie błędne odpowiedzi powoduje się powstanie fałszywego obrazu społecznych opinii, co z kolei potwierdza tezę o manipulacji, et cetera, et cetera. Nie wierz telewizji, mówi wielu. Telewizja kłamie. Jasne, że czasem kłamie. Czasem zaś mówi prawdę, niestety, część z nas już jej wtedy nie wierzy, bo ciąży na niej odium fałszywych informacji podawanych wcześniej. Czyli pędzimy na zewnątrz tego kółeczka wg tempa, jakie nam ukryty w nim złowieszczy chomik podyktuje. W konsekwencji zdyszani po szybkim biegu jesteśmy skłonni do wzajemnych oskarżeń o narzucanie zabójczej prędkości. Zaczynają się kłótnie, swary, spory. Potem pojawia się niskie dążenie do zrobienia na złość komuś, kogo nie lubimy. I sami przyspieszamy bieg. Tak, zakończenie tej metafory nie będzie zaskakujące. W końcu wszyscy pospadamy. Ale najistotniejsze jest to, kto w tym kółku robi za chomika. Marek Suska Aparycja prasowo - medialna
Dziennikarskie medium, z racji stanowienia sobą żywego istnienia, karmionego zainteresowaniem odbiorców, podlega również naturalnym procesom zachodzącym w przyrodzie. I tak, także ono może obumrzeć, choć niekoniecznie z powodu przeżycia już swoich lat. Właściwie im starsze media, tym większy prestiż. Ale unicestwić można.
FELIETON

Choć takie medium ciężko zabić na śmierć. Tutaj jest tylko jedna możliwość: głód. Niedostatek odbiorców prezentowanych w nim treści powoduje w konsekwencji nie tylko wyschnięcie strumienia funduszy, ale i doprowadzić może do wypalenia się reporterskich piór, nie zainteresowanych pisaniem dla samego pisania. Gdzie nie ma czytelnika/słuchacza/widza tam ciężko o cokolwiek. Tyleż o pieniądze, co o niezbędną w tym zawodzie determinację. Ale taka sytuacja zawsze ma jakąś przyczynę. Może ona przybierać przeróżne postaci, niekoniecznie prowadzące do całkowitej likwidacji tytułu, jak choćby ukierunkowanie na niewłaściwą, nazbyt małą, grupę odbiorców. Innym przykładem, a tym nad którym chcę się zatrzymać, jest tabloidyzacja mediów. Ciężko jest pisać o mediach w ogólności, dlatego skupimy się na rynku drukarskim. Problemem nie jest istnienie prasy brukowej, jeśli jest to działanie z góry założone i stanowiące cel wydawcy,

FELIETON

problemem jest zmiana profilu pisma. Tabloid, który ma już wyrobioną opinię nie stanie się nigdy czymś, co niektórzy chcą określać mianem prasy poważnej. Choćby prezentował swoje informacje w jak najbardziej wyważony sposób, nigdy nie zrzuci z siebie tej nalepki, która głosi: Jasne, w brukowcu napisali. Wydawca musiałby się posunąć do dalece zakamuflowanego manewru zupełnej zmiany pisma, łącznie, a może przede wszystkim z jego nazwą. Ale to już nie jest próba odwrócenia wizerunku, ale stworzenie zupełnie nowej gazety. Tabloid tabloidem pozostanie na zawsze, i nie da się zmienić tej sytuacji. A próby podejmowane w taką stronę są dla gazety brukowej wyrokiem: straci swoich czytelników, zniechęconych nowym stylem pisania, a nowych nie zyska, wszak wciąż jest brukowcem. W drugą stronę zjawisko zmiany wizerunku działa jednak natychmiastowo, i wtedy jest prawdziwie zabójcze. Choćby najpoważniejszy tytuł na rynku opublikował cokolwiek, jedną tylko informację, w histerycznosensacyjnym tonie, nigdy się od tego nie uwolni. Może ta sprawa, ten artykuł, zdecyduje o upadku pisma? Są na to jakieś szanse. Plotkarskie w tonie artykuły mają to do siebie, że czasem czytelnik wstydzi się przyznać, że je czyta. Choć może przejaskrawiam. Może jeden, dwa, trzy, dziesięć takich artykułów gazety nie zabije. Ale jakaś rysa zostanie. Marek Suska „Bo co moje nie Moje, podobnież Kradzione”
Jednostka tonie w Ilości. Ilość rozcieńcza dramaty, umniejsza osiągnięcia, próbuje ośmieszyć indywidualizm. Zamiast: „WŁAŚNIE TY” mamy: „ZNOWU TY”. Refleksja na temat wyjątkowości w kontekście twórczości Witolda Gombrowicza.
KSIĄŻKI

Gombrowicz! Gombrowicz! Polubiłam go, jeszcze zanim cokolwiek jego autorstwa przeczytałam – słysząc, że „Ferdydurke” jest nielubiane, bo takie dziwne. A wszystko, co ludzi zniechęca dziwnością, mnie nawołuje. Fragmenty „Trans Atlantyku” podczytywałam siostrze przez ramię, ale naprawdę samodzielnie Gombrowicza poznałam dopiero w szkole średniej. „TransAtlantyk” był moją lekturą. Na skserowanym egzemplarzu popodkreślałam pół książki jako „ważne”, na jej podstawie wykonałam prezentację maturalną o Sarmatyzmie i w wolnej chwili (których uczeń realizujący program matury IB nie ma wiele) podbiegłam truchcikiem do antykwariatu, gdzie dopadłam stare, aczkolwiek niesfatygowane nazbyt gorliwym czytaniem „TransAtlantyk” i „Dziennik 1961-1966”. Te słowa piszę pełna weny i zapału, które czerpię z lektury, opierając wyświechtaną kartkę wyrwaną z zeszytu o okładkę powyższego „Dziennika…”. Nie dotarłam jeszcze chociażby do połowy książki, a już od dawna olśniewa mnie dziwne uczucie: jakby Gombrowicz był swoistym mentorem, który nawet mnie nie widząc, odpowiedział na moje pytania, na długo zanim się urodziłam i zdążyłam je zadać. Miewałam wiele wątpliwości identycznych jak jego własne, on jednak potrafił intelektualnie się z nimi zmierzyć i bezstratnie zapisać swoje myśli - a zatem zrobić to, do czego sama dążę jako pisarka. A może on, jakim go sobie wyobrażam, jest moją dojrzałą, doświadczoną wersją, która miałaby prawo kiedyś zaistnieć – przy odrobinie szczęścia? Zza mojego entuzjazmu spoziera jednakże lęk – Gombrowicz już dawno napisał wszystko to, co ja zawsze stawiałam sobie za cel napisać, do tego w odpowiedniej formie, a ponadto dotarł z tym do wielu ludzi. Więc gdzie moja misja? Mam dostać panią papugą Gombrowicza?

KSIĄŻKI

Oczywiście, gdybym pisała to, co on, nie będąc w świadomości, że powtarzam – mogłoby to być usprawiedliwione. Ale jestem… Istnieje tak wielu ludzi, tyle umysłów i wariantów, że staje się niemożliwe uchować jakąkolwiek niepowtarzalną myśl. Tak, kwestia zgubnego wpływu Ilości na człowieka i człowieczeństwo została już poruszona w podobny sposób przez Gombrowicza. I ją zdążył przede mną zawrzeć w treści „Dziennika…” (patrz: zapiski z roku 1962). Czy to jednakże nie egoistyczne, jeżeli nawet usprawiedliwione, aby spisywać wypowiedziane już wcześniej słowa jako własne? W jakim celu? Sprzedać odgrzewany kotlet jako świeży to oszustwo. Albo z drugiej strony, zaprzestanie to ucieczka, lenistwo: mimo że ktoś życzy ci „zdrowia, szczęścia, pomyślności, spełnienia marzeń i miłych wakacji”, a ty chcesz dla niego najszczerzej tego samego, i tak nie wypada poprzestać na bąknięciu: „nawzajem”. Zatem PISAĆ i powtarzać, czy NIE PISAĆ? Chyba już lepiej powtarzać. Zawsze istnieje choć drobna szansa (lub wiara w szansę), że doda się coś nowego, nowy punkt widzenia – byle jedyną różnicą nie była jakość pisania, niższa od gombrowiczowskiej w moim przypadku! Szukam czegoś, co mam, a czego Gombrowicz nie ma. Ale nie znajduję w jego literaturze pomysłów dostatecznie ekstremalnych, by się z nimi nie zgodzić. Tak samo jak pychy, którą można by potępić, ani też pochlebstwa, które by mnie zniechęciło. Wszystko jest tak, jakbym chciała, lub lepsze, więc w czym go przeskoczę? Między nalewaniem dwóch Skalaków ciemnych a płukaniem kufli po tyluż poprzednich głowię się, co mnie różni od

KSIĄŻKI

Gombrowicza. I chyba właśnie to poszukiwanie. Wątpliwość, presja jeszcze większej ilości ludzi i ich człowieczeństw (oto właśnie, to słowo nawet nie ma liczby mnogiej! Powielenie wypłukuje jego wartość), odkryć, przeżyć, która napiera na moją wyjątkowość. Ilości coraz bardziej wszechogarniającej, przeciw której pomocy znikąd nie przybywa. Przy ogromie ilości innych pomysłów, moje okazują się maluteńkie, jeszcze mniejsze, aż stopniowo dążą do zaprzestania istnienia. Chcieć je podnieść do wyższej rangi jest równie absurdalne, co wybranie w całym organizmie jednej komóreczki i oznajmienie, że ta właśnie jest wyjątkowa, ponad wszystkie inne, identyczne! Gombrowicz miał te same przeczucia (a jakże…), ale zamiast się martwić, pisał – i właśnie tak od dzisiaj postanawiam robić. Żywiąc tę samą nadzieję, co następny malarz, decydujący się namalować bilionową martwą naturę i trylionowy portret – że coś od siebie nowego dodam. Wreszcie, przytoczę odpowiedź na powyższy dylemat, stricte dotyczącą twórczości literackiej, udzieloną w „TransAtlantyku” przez samego Mistrza: „A mnie po diabła co Sartoriusz powiedział, gdy Ja Mówię?”. Anna Wodzicka Jakiś czas temu natrafiłem w Internecie na ciekawe, dające do myślenia zdjęcie. Przedstawiało ono mały stoliczek, stojący w jakimś ogródku, dookoła którego siedziało kilka młodych osób. Jednak nie to rzucało się najbardziej w oczy, a fakt, że stoliczek był suto zastawiony… Zielonymi butelkami po piwach oraz flaszkami po wódce. Ktoś by zapytał: „No i co w tym takiego dziwnego?”. Otóż autor zdjęcia, przewidując tego typu reakcje, skomentował fotkę krótkim podpisem, który mówi sam za siebie: „GRILL na działce”.
Grill na działce
FELIETON

Czyżby w tym właśnie momencie na Twojej twarzy pojawił się przenikliwy uśmieszek? A może na Twoich policzkach zagościł rumieniec? O tak, jak dobrze znasz to zjawisko. Grill na działce – jakże wieloznaczne stało się w ostatnich czasach to pojęcie… To niesłychane, na ile sposobów można interpretować te trzy niewinne słowa. Sam Mickiewicz nie wymyśliłby lepszej metafory. A teraz pomyśl. Przypomnij sobie ostatnią imprezę z przyjaciółmi, w której brałeś udział. Nieważne, czy był to grill, dyskoteka, prywatka, parapetówa, czy cokolwiek innego. Spróbuj sobie przypomnieć (o ile w ogóle coś pamiętasz), czy pojawiła się tam choć odrobina alkoholu. Jeśli nie – padam do nóg. Jeśli tak – nie masz się czego obawiać - nie jesteś sam. Otóż zdecydowana większość imprez w dzisiejszych czasach, nie może się obyć bez alkoholu. Mówię to z całą odpowiedzialnością, ale chyba każdy mi to przyzna, że nie jest inaczej… Alkoholowy przemysł chyba nigdy się nie zastanie. Popyt na wszelkiego rodzaju trunki jest prawie tak duży (a w niektórych skrajnych przypadkach nawet większy) jak zapotrzebowanie na chleb. Alkohol od wieków towarzyszy ludziom w ich ziemskim życiu. Towarzyszy nam na przyjęciach urodzinowych, imieninowych, imprezach (tych rodzinnych i tych mniej rodzinnych), przy zdanym egzaminie na studiach, awansie w pracy… Jednym słowem, alkohol kojarzymy z wszystkim tym, co w życiu człowieka piękne i ważne. Kojarzymy go z miłym szumem w główce, dobrym humorem i przemijającym w piękny sposób czasem. Kojarzymy alkohol z długimi nocnymi rozmowami, wywodami, niesamowitymi pomysłami, które przychodzą w okamgnieniu, nie wiedzieć skąd i po co, kojarzymy go w końcu z przyjaźniami, które dzięki niemu nawiązaliśmy. Piękne, co? Skoro wszystko jest tak piękne oraz kolorowe, to co w tym wszystkim złego? Kto się obrazi, jeżeli odrobiną alkoholu przykropimy zwykłą, niewinną imprezę?

FELIETON

Jeżeli przed rozpoczęciem grilla wrzucimy na kark kilka browarków bądź kilka kolejek na dobry humor? Przecież będzie fajnie i wesoło, lepiej się pogada, atmosfera się wyluzuje… Co w tym wszystkim złego?! Dlaczego jest to zjawisko tak bardzo negatywne…? „Outro” jest gazetą kierowaną do młodych. Sam jestem jednym z nich i na własne oczy obserwuję różne sytuacje, z których jak dotąd wyciągnąłem jeden wniosek, tak dobrze mi znany i tak często powtarzany przez moich rodziców. Tak, wiem, nie lubię przyznawać im nigdy racji, jednakże co do tego niestety muszę się zgodzić: Wszystko jest dla ludzi, ale z umiarem i rozsądkiem. Odpowiadając na wcześniejsze pytanie, moim zdaniem, nie ma nic złego, jeżeli alkohol stanie się jedynie dodatkiem do imprezy, a każdy wie ile może wypić, żeby nie zrobić z siebie, przepraszam za wyrażenie, świni. Znam wiele osób, które chwalą się, że mają mocną głowę, jednak gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że głowę

FELIETON

może i tak, ale żołądek już niekoniecznie… Tu właśnie zaczynają się schody. Ofiarami alkoholowych zatruć najczęściej bywają młodzi ludzie. Dlaczego? Nie znają oni bowiem wystarczająco dobrze swoich możliwości, nie potrafią się przeciwstawić naleganiom i namowom rówieśników. Z drugiej strony jest jeszcze ciekawość świata i przygód, tak bardzo ożywiona w okresie dorastania, wczesnej dorosłości. Jest to niebywale niebezpieczna sytuacja dla młodzieży i wiem co mówię, bo widzę to bezpośrednio wśród moich rówieśników, ale i także w moim życiu. Alkohol, który ma być dodatkiem, który ma jedynie pomóc przy rozkręcaniu imprezy, staje się, szczególnie wśród nastolatków, narzędziem ich zguby. Nie jest to przyjemny widok, ani uczucie, kiedy to ktoś wymiotuje po kilka bądź kilkanaście razy efektem zatrucia alkoholowego. Co gorsza, osoba taka zazwyczaj budzi odrazę, a towarzystwo, tak bardzo dotąd przyjazne, odrzuca nieszczęśnika, tworząc go obiektem żartów.

FELIETON

Jeśli już mówimy o negatywnych aspektach alkoholu, posuńmy się jeszcze dalej. Jak dobrze wiemy, odurzeni jakimkolwiek trunkiem, z łatwością nawiązujemy kontakty, czyjś dotyk staje się dla nas milszy, pożądany… Jednakże, jak to mówią, zły dotyk boli przez całe życie. Brak hamulców po alkoholu, w wielu przypadkach prowadzi do niespodziewanej, niechcianej ciąży. Z pozoru przyjemna, piękna opcja, staje się udręką, a nawet tragedią, która, wtargnąwszy w nasze życie, pozostawia po sobie trwałą bliznę. Jest to wielki cios, który raz na zawsze może przekreślić nasze plany na przyszłość. Wiele różnych konsekwencji powoduje nierozsądne spożywanie alkoholu, myślę, że każdy z nas o nich słyszał, czy niejednokrotnie widział. Nie chcę się o nich rozpisywać, bo nie o to mi chodzi. Nie życzę również nikomu, aby jakichkolwiek z tych niemiłych przygód doświadczył. Zważmy jedno – to, o czym czasami słyszymy, jakby przez mgłę, to, co zdaje się być odległe i nas nie dotyczyć, nie zawsze musi takie pozostać. Jeśli nieodpowiedzialność weźmie górę nad rozsądkiem, wtedy może się tak zdarzyć, że przekonamy się na własnej skórze o tym, o czym niejednokrotnie słyszeliśmy z opowiadań. Bo to, co złe, nie dotyczy tylko obcych ludzi, ale może się przydarzyć i nam… W tym miejscu należałoby postawić pytanie, czy problem alkoholowych imprez, alkoholu jako chleba powszedniego, szczególnie wśród młodych ludzi, czy można go wyeliminować. Jednak uważam, że byłoby to bez sensu. Tego po prostu się nie da. Bardzo duża w tym zasługa massmediów, Internetu, które propagują styl życia, polegający na mocno zakrapianych imprezach, czerpaniu wrażeń i „wyciskaniu z życia jak najwięcej”. Moim zdaniem, sukcesem byłoby, jeżeli uda się wypracować w ludziach poczucie odpowiedzialności za własne postępowanie oraz rozwagi w tym, co robią. Może czas pokazać jakieś alternatywy? Może czas w końcu zająć się tym problemem, póki nie będzie za późno? Rozpoczęły się wakacje. Jest to czas, gdy trzeba odpoczywać, jeździć nad wodę, imprezować. Na koniec moich, może trochę zbyt surowych, wywodów, chciałbym powiedzieć jedno: Dobrej zabawy, którą będziecie dobrze wspominać, a nie sobie z trudem przypominać! I żeby grill na działce niekoniecznie był grillem tylko z nazwy. Adios! Marcin Jasiński O patriotyzmie, polityce i byciu obywatelem słów kilka, czyli nieśmiałe rozważania na temat przyczyn dzisiejszych wydarzeń.
W związku z ostatnimi wydarzeniami na scenie politycznej, a także dziejącymi się obecnie, chciałam wysunąć pewne wnioski na temat polityki, patriotyzmu i świadomości obywatelskiej Polaków. Zabrzmiało ciężko, ale niech tam. Mam nadzieję, że te słowa zainteresują choć jedną osobę i zmienią jej nastawienie. A robię to… Dla polityki, bo jakże by inaczej?
POLITYKA - WYBORY

Powinnam jednak zacząć od początku, żeby nie zabrzmiało to zbyt wyniośle. Wszystko, o czym wspomnę i do czego się będę odwoływać, będą wydarzeniami rozgrywającymi się na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy, których finał przewiduje się na 4 lipca. Dość ironiczna data, z punktu widzenia polityki zagranicznej. Najważniejsze święto dla Stanów Zjednoczonych może okazać się dla nas, Polaków, zarówno wielkim zwycięstwem, jak i klęską. Zacznę od zadania pytań, które usłyszałam przypadkiem, a które sprawiło, że zaczęłam myśleć. „Kim jest Polak?”, „Co oznacza być Polakiem?” Zbiłam z tropu? Wyjaśnię. Wybory prezydenckie, którymi żyjemy od katastrofy w Smoleńsku, bitwy polityczne, gry i kłótnie. [Co to są „obywatelskie przemilczenia”…?] Oto, co oznacza być Polakiem. Moja siostra na to pytanie wybuchła gromkim śmiechem. Wymieniła wiele negatywnych cech, a potem dodała, że wcale nie jest dumna, że jest Polką. Nie oskarżam jej. Dlaczego? Bo Polacy w większości są hipokrytami, którzy patriotyzmem wycierają sobie twarz. 10 kwietnia 2010, nad Smoleńskiem rozbija się samolot z 96. osobami na pokładzie. Ogłaszana jest 10-dniowa żałoba narodowa, tylko po to, by słyszeć głosy niezadowolenia, z pogrzebania prezydenckiej pary na Wawelu. Kandydaci na prezydenta bijąc się w pierś przysięgają, że nie będą wykorzystywać tragedii do kampanii. Czy jednak nie można mówić, o wykorzystaniu tragedii, kiedy kandyduje najbliższa osoba zmarłego prezydenta, a wiele osób decyduje się głosować na Jarosława Kaczyńskiego, z powodu śmierci brata? Ale znajdźmy też „winę” po drugiej stronie barykady. O ile tragedia pod Smoleńskiem sama w sobie nie była wykorzystywana przez kandydata PO na prezydenta, o tyle sama partia robiła co mogła,

POLITYKA - WYBORY

by wyjaśnienia i wszystkie zasługi za sprawnie przeprowadzane dochodzenie przypisać sobie, a tym samym wykreować w oczach wyborców obraz Bronisława Komorowskiego, jako tego który rozwiązał tę zagadkę. Manipulacja i dopowiedzenia, które mącą w umysłach przeciętnych ludzi, powodują bezsilność w oczach znawców polityki. Wróćmy do kampanii wyborczej i może samego Lecha Kaczyńskiego. Za swoich rządów słyszał był krytykowany i osądzany za wszystkie swoje słowa, sami wyborcy niejednokrotnie głośno narzekali na politykę przez niego prowadzoną. Po śmierci nagle stał się polskim bohaterem. Co jednak oznacza bycie bohaterem dla Polaków, którzy wstydzą się swojej polskości, swoich korzeni i swoich tradycji? Konstytucja RP mówi o czynnym i biernym prawie wyborczym. Można wybierać, jak i być wybieranym. Zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Bronisław Komorowski liczą na głosy obywateli Polski, ludzi, którzy posiadają obywatelską świadomość i czują się obywatelami – korzystają z praw, jakie im dano.

POLITYKA - WYBORY

Dlaczego o tym mówię? Ponieważ frekwencja, jaką odnotowano przy pierwszej turze wyborów, była zaskakująco niska, jak na kraj w którym tyle mówi się o demokracji. Zadam proste pytanie. Czy mamy prawo oczerniać władzę, której nie wybraliśmy? Za czasów PRL, gdzie istniała tylko jedna słuszna partia i jeden słuszny system, mieliśmy się przeciwko czemu buntować. Teraz, kiedy sami możemy tworzyć system i partie, dlaczego tak niewielu z nas korzysta z tego prawa? Wielokrotnie słyszałam to samo: „mój głos nie ma znaczenia”. I tak mówi 15 milionów ludzi, którzy nie uczestniczyli w wyborach. Jeden głos ginie w morzu innych, ale 15 milionów to całkiem pokaźna liczba. Oczywiście bycie obywatelem nie dotyczy tylko wyborów. Choć nie ukrywam, w chwili obecnej jest to główny temat na arenie politycznej. [To zdanie nie ma sensu kompletnie. I szczerze mówiąc nie jestem w stanie nawet odszyfrować, o co choćby w przybliżeniu mogłoby w nim chodzić.] Bycie obywatelem nie oznacza jednocześnie bycia patriotą. Wywieszanie flagi w święta narodowe też o tym nie świadczy. Kiedyś patriotyzm oznaczał walkę, dziś oznaczać może możliwość walki o siebie w państwie zdominowanym przez bezduszną politykę. Patriotyzm przybrał dzisiaj piękniejszą, łagodniejszą formę. Wystarczy zatroszczyć się o dobro kraju, wybierając na stanowiska urzędnicze odpowiednich i kompetentnych ludzi. Łatwo mówić, ale równie łatwo to zrobić. Za przeproszeniem. Nikt nie chce mieć nad sobą patałachów, którym zależy tylko na zarabianiu pieniędzy. A na tym, niestety, polega dzisiejsza polityka. Od lat na polskiej scenie politycznej działają te same osoby, których wiek pozwala łudzić się nam, że są doświadczeni i mądrze podejmują decyzje, które jednak w rzeczywistości tylko pomnażają im majątki. Słowa: „patriotyzm”, „polityka” i „obywatel” – te, które powinny napawać nas dumę – sprawiają, że czerwieniieje ze wstydu. Przyznam, że chciałabym być dumna z bycia Polką. Z bycia obywatelką kraju, który sprzeciwiał się woli okupanta przez 123 lata, pokonał przeszkody dwóch wojen światowych, poradził sobie z odbudową i stalinowskim terrorem. Potrafiliśmy walczyć o nasze dobro. Wiem, że wybór prezydenta nie umywa się do Powstania Styczniowego czy też Powstania Warszawskiego. A jednak wierzę, że mój głos ma znaczenie, że moja walka z politycznym bałaganem może przynieść rezultaty. Niepoprawny optymizm? Możliwe. To moja nadzieja na lepsze jutro. Obecnie moją nadzieją jest druga tura wyborów i jej wynik. I niezależnie od tego, kto wygra, chcę być dumna z głosu, który oddałam. Chcę być dumna, że jestem Polką, że potrafię dbać o mój kraj, że nie będę się go wstydziła. Anna Jasińska Po katastrofie samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem w dniu 10 kwietnia 2010 r. po raz drugi w historii Polski konieczne stało się zastosowanie procedury tymczasowego wykonywania obowiązków Prezydenta. Poprzednia taka sytuacja miała miejsce w grudniu 1922 r., kiedy po zabójstwie Gabriela Narutowicza jego obowiązki czasowo przejął Marszałek Sejmu Maciej Rataj.
Aspekty prawne katastrody smoleńskiej
POLITYKA - WYBORY

Obowiązująca wówczas Konstytucja przewidywała analogiczne rozwiązanie, jakie zastosowano w obecnej regulacji z tą różnicą, że wybór prezydenta należał do Zgromadzenia Narodowego. Należy mieć nadzieję, że w przyszłości nie będzie potrzeby stosowania instytucji tymczasowego wykonywania obowiązków głowy państwa. Tym niemniej doświadczenia bieżącego roku stały się podstawą do sformułowania różnych, nie zawsze dających się pogodzić, propozycji na temat zmian w zapisach konstytucyjnych. Z tego względu warto przyjrzeć się niektórym analogicznym rozwiązaniom stosowanym w innych państwach, także tych o odmiennych od polskiego systemach ustrojowych. Państwem, które posiada najstarszą obowiązującą obecnie konstytucję, przyjętą w roku 1787, są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. System organizacji władzy państwowej w USA jest zdecydowanie odmienny od polskiego, opiera się na daleko idącym oddzieleniu władzy ustawodawczej i władzy wykonawczej. Władza wykonawcza została powierzona prezydentowi, który wykonuje swoje obowiązki przy pomocy podlegającej mu administracji. Prezydent jest wybierany wraz z wiceprezydentem, który na mocy XXV Poprawki z 1967 r. zostaje prezydentem w razie ustąpienia, śmierci lub usunięcia prezydenta z urzędu. W tym trybie prezydentem został Gerald Ford, który w 1974 r. objął urząd po rezygnacji Richarda Nixona. Należy zwrócić uwagę, że w takiej sytuacji kadencja prezydenta, który objął funkcję jako wiceprezydent, upływa wraz z planowanym zakończeniem kadencji poprzednika.

POLITYKA - WYBORY

Wiceprezydent niejako dokańcza jego kadencję. Sytuacja czasowego pełnienia obowiązków głowy państwa nie występuje zatem na gruncie Konstytucji USA, gdyż w razie opróżnienia urzędu przewiduje się objęcie go przez wiceprezydenta. We Francji na gruncie obecnej Konstytucji z 1958 r. funkcjonuje specyficzny ustrój, który określany jest jako parlamentarnoprezydencki lub półprezydencki. Konstytucja V Republiki przewiduje silny urząd prezydenta, który wybierany jest w wyborach powszechnych na kadencję trwającą 7 lat. Art. 7 Konstytucji przewiduje na wypadek opróżnienia urzędu prezydenta lub przejściowej przeszkody w wykonywaniu funkcji tymczasowe wykonywanie obowiązków przez przewodniczącego Senatu. W sytuacji, gdy przewodniczący Senatu nie może wykonywać funkcji prezydenta, obowiązki głowy państwa wykonuje rząd. Należy jednak zaznaczyć, że osoba lub rząd wykonując obowiązki prezydenta nie może zarządzić przeprowadzenia referendum i rozwiązać Zgromadzenia Narodowego. Wybory nowego prezydenta powinny zostać przeprowadzone najwcześniej dwudziestego, a najpóźniej trzydziestego piątego dnia od momentu opróżnienia urzędu lub stwierdzenia trwałego charakteru przeszkody. Sytuacja pełnienia obowiązków prezydenta miała miejsce we Francji dwukrotnie: w roku 1969 po rezygnacji Charlesa de Gaulle’a i w roku 1974 po śmierci Georgesa Pompidou. W obu przypadkach obowiązki Prezydenta pełnił przewodniczący Senatu Alain Poher. Rozwiązanie przyjęte w Republice Francuskiej jest podobne do rozwiązania obowiązującego w polskiej Konstytucji, oczywiście z uwzględnieniem istniejących różnic ustrojowych. Ustrój przyjęty w Republice Federalnej Niemiec na mocy Ustawy Zasadniczej z 1949 r. określany jest jako kanclerski, gdyż stanowi pewną modyfikację klasycznego systemu parlamentarnogabinetowego. Rola głowy państwa w Niemczech ma charakter reprezentacyjny, zaś prowadzenie polityki wewnętrznej i zagranicznej państwa należy do rządu, na czele którego stoi kanclerz. Nie bez znaczenia jest również federalny charakter państwa i wysoki stopień decentralizacji władzy publicznej, które wywierają wpływ na zakres kompetencji organów centralnych. Prezydent jest wybierany przez Zgromadzenie Federalne, w skład którego wchodzą członkowie Parlamentu Federalnego (izby niższej - Bundestagu) i osoby wybrane przez przedstawicielstwa ludowe krajów związkowych (landów). Kadencja prezydenta trwa 5 lat. W przypadku wygaśnięcia kadencji prezydenta przed upływem kadencji jego obowiązki na mocy art. 57 Ustawy Zasadniczej wykonuje przewodniczący Rady Federalnej (wyższej izby parlamentu –

POLITYKA - WYBORY

Bundesratu). W takiej sytuacji przewodniczący Bundestagu zwołuje Zgromadzenie Federalne, które powinno odbyć się w ciągu 30 dni od opróżnienia urzędu prezydenta. Ustawa Zasadnicza nie wskazuje osoby pełniącej obowiązki prezydenta w sytuacji, w której nastąpiłoby opróżnienie funkcji przewodniczącego Rady Związkowej, co oznacza, że w takim wypadku Rada Federalna powinna dokonać wyboru swojego przewodniczącego. Ostatnia sytuacja pełnienia obowiązków prezydenta przez przewodniczącego Bundesratu miała miejsce w 2010 r., kiedy po rezygnacji Horsta Köhlera funkcję głowy państwa pełnił Jens Böhrnsen. Określenie rozwiązań ustrojowych przyjętych w każdym państwie jest jego wyłączną sprawą, co wynika przede wszystkim z zasady suwerenności państw oraz z zasady samostanowienia narodów. Co za tym idzie, przyjęte klasyfikacje ustrojów mają charakter modelowy i rzadko występują w czystej postaci w istniejących systemach rządów. Opróżnienie urzędu prezydenta przed upływem terminu może nastąpić na skutek ustąpienia, śmierci lub odwołania. Ponadto możliwa jest sytuacja zaistnienia tymczasowej przeszkody w pełnieniu obowiązków głowy państwa, w szczególności na skutek choroby. Poszczególne państwa przyjęły w swoim prawodawstwie ustrojowym różne procedury na wypadek powstania wakatu na funkcji głowy państwa. Kształtowanie tych procedur wiązało się z odmiennymi tradycjami i modelami ustrojowymi oraz doświadczeniami historycznymi. Piotr Zamelski „Czasami trzeba jako dobro
oceniać mniejsze zło.”
POLITYKA - WYBORY

Wybory prezydenckie. Od czasu ogłoszenia wyników pierwszej tury spotykam się ze stwierdzeniem: „trzeba wybrać mniejsze zło”. Nieświadomie obudziło to we mnie męczeńskie wspomnienia florenckiego pisarza, historyka i dyplomaty Niccolo Machiavellego. Autora „Poradnika władcy”, napisanego w 1513 roku, wydanego kilka lat później.

POLITYKA - WYBORY

Książę jest poradnikiem skutecznego sprawowania władzy. Przy czym jest to cel nadrzędny, który usprawiedliwia podejmowanie działań nieetycznych o tyle, o ile okazały się one skuteczne w jej utrzymaniu. To on, właśnie w tej książce (mając co prawda na myśli rządy tyranów), napisał, że „czasem trzeba jako dobro oceniać małe zło”. Polityka wg niego to sztuka skutecznego działania, która musi być oddzielona od moralności – w polityce chodzi o skuteczność, a nie o czynienie dobra. Mąż stanu (władca), aby prowadzić skuteczną politykę, musi także sięgać po środki i metody sprzeczne z zasadami moralnymi. Rządzenie powinno polegać na tworzeniu przeświadczenia, że działania rządzącego są w istocie dobre. Zaczęłam od tej strony? Właściwie to bardzo dobre pytanie. Niestety obawiam się, że wybranie mniejszego zła, jakiekolwiek ono by nie było, spowoduje wśród ludzi kolejne burzliwe nastroje, kłótnie i co najważniejsze, polityka zacznie być widziana tylko i wyłącznie, jako strefa kłótni ludzi władzy. 4 lipca 2010. Dzień niepodległości w USA, dzień wyborów w Polsce. Paradoksalnie czuję się, jakbyśmy właśnie walczyli o niepodległość. 6:30, nie mogę spać. Szybkie śniadanie i wyszłam na głosowanie, z notatnikiem w ręku modlę się o ludzi wyrażających jakiekolwiek zainteresowanie wyborami. Sympatyczna pani w Komisji Wyborczej twierdzi, że ludzie przychodzą po Mszy Św. w pobliskim kościele. I bardziej popołudniem, po obiedzie wychodząc całą rodziną na spacer. Oddaję w pośpiechu swój głos i biegnę na uczelnię. Już od wejścia widzę jedną z koleżanek z roku. Siedzi zdenerwowana i ciągle patrzy w głąb korytarza. „Jeżeli on zaraz nie przyjdzie dać mi tego wpisu nie zdążę wrócić do domu przed 20! – niemal krzyczy. – Głupia, nie wzięłam zaświadczenia. Ale kto spodziewał się zaniedbań?”. Na moje w przestrzeń rzucone pytanie, czy głosuje, odpowiada z oburzeniem: „A kto jak nie ja? Mają decydować za mnie inni? Nie po to dostałam dowód, żeby zachowywać się jak dziecko, które bez mamusi sobie nie poradzi. Głosuję, bo nie chcę być zależna. Głosuję, bo to właściwie jedyna rzecz, jaką mogę zrobić”. Koleżanka jest sparaliżowana od dwunastu lat. W wielu sprawach jest zależna od innych, ale narysować krzyżyk przy jednym nazwisku może i zrobi to z przyjemnością. Student pierwszego roku pojawia się znikąd. „Przynajmniej

POLITYKA - WYBORY POLITYKA - WYBORY

będę mógł ponarzekać. Oddałem głos, a jeżeli oddałem głos na złego człowieka, będę miał obywatelskie prawo do wyciągnięcia konsekwencji z jego czynów”. Oboje twierdzą, że ich kandydatem jest Bronisław Komorowski. Dlaczego? Odpowiadają tak samo. „Polityka Lecha się nie przyjęła. Z całym szacunkiem dla jego zmarłej osoby, ale gdyby to mi zginął bliźniakprezydent rzuciłbym politykę. Żadne namowy, żadne słowa by mnie nie przekonały. Poza tym nie sprawdził się jako premier. Mając inną władzę nie poradzi sobie z opozycyjnym rządem.” „Ale – wtrąca Kamila, koleżanka – jeżeli oddamy władzę Bronkowi wpadniemy z pułapkę rzędów absolutnych Donalda Tuska. To po prostu mniejsze zło.” Wrocławski rynek, południe. Miejsce zwykle zatłoczone, hałaśliwe i pogodne. W tak słoneczną niedzielę powiedziałabym, że wyjątkowo ożywione. Czekam na wyniki egzaminu. Nie ma sensu siedzieć w zimnych blokach, kiedy można pobyć na słoneczku. Razem z przyjaciółmi zajęliśmy prawdopodobnie największy stolik w jednym z pubów. Dołącza do nas stara znajoma, dumnie oznajmiając, że właśnie wróciła z głosowania. Na pytanie, na kogo głosowa odpowiedziała: „Przeciwko Kaczyńskiemu. Teraz miałam tylko jedno wyjście, ale głosowałam przeciwko Kaczyńskiemu. To było jak wybranie mniejszego zła. Nie ma idealnego kandydata. Nigdy nie będzie.” Stałam pod jednym z większych okręgów wyborczych mojego miasta po południu. Mijało mnie wielu ludzi, ale wśród młodzieży, którą pytałam o to, na kogo głosowali, słyszałam dwie odpowiedzi. Albo wybierali Bronisława Komorowskiego, albo nie szli głosować, ponieważ żaden kandydat nie spełniał ich oczekiwań. Może to kwestia i moich własnych przekonań, ale pierwszą osobę, która „przyznała się” do oddania głosu na Jarosława Kaczyńskiego była sympatyczna młoda matka, z najwyżej rocznym dzieckiem w wózku. Z uśmiechem powiedziała, że niedawno skończyło 23 lata, a głos oddany na Jarosława Kaczyńskiego uważa za głos oddany przeciwko koalicji PO. „Mają większość w rządzie. Z łatwością mogą przeforsować własne ustawy. Mając za prezydenta człowieka ze swojej partii, nawet jeżeli będzie zmuszony zrzec się immunitetu poselskiego, opozycja zmaleje do zera. To kwestia zachowania równości w Polsce. Chcę, żeby moim dzieciom dobrze się żyło i żeby polityka istniała.”

POLITYKA - WYBORY

Nieśmiała 18-latka, licealistka podchodzi do mnie. „Ja również głosowałam na Jarosława Kaczyńskiego. Jestem pełnoletnia od dwóch dni i dopiero w drugiej turze mogę zagłosować, ale sądzę, że tylko Kaczyński może wprowadzić zmiany w polityce. Nie lubię jak się kłócą o władzę. Jeżeli ponownie zaufamy, jako naród, tym samym wartościom, może politycy przejrzą na oczy”. Prawdopodobnie jej rodzice kręcą głowami z niedowierzaniem: „Na filozofię się jej zebrało. Na Kaczyńskiego głosować trzeba, bo stracił wszystko. Niech chociaż ma politykę. Zajmie się czymś, nie będzie rozpamiętywał i się martwił”. Siwiejąca staruszka o kuli patrzy na mnie z niesmakiem: „Ksiądz mówił, że rządy prawych i sprawiedliwych są najlepsze”. Z pewnym zniecierpliwieniem czekałam na wyniki wyborów, które, przyznam szczerze, zaskoczyły mnie. Tak niewielka różnica procentowa w głosach nie dawała pewności żadnemu z kandydatów. Początkowa przewaga Bronisława Komorowskiego po przeliczeniu głosów z 50% obwodów zniknęła, a szala zwycięstwa przechyliła się w stronę Jarosława Kaczyńskiego. Jednak oficjalnie podane wyniki

POLITYKA - WYBORY

ogłoszone przez PKW mówiły o zwycięstwie Bronisława Komorowskiego, większością 53,01% głosów. Zaprzysiężenie planowane jest na 7 sierpnia 2010 r., co będzie nadzwyczaj godną uwagi uroczystością. Reakcje ludzi na wyniki były zadziwiająco różne. Od ogólnej radości, poprzez zwykłą akceptację, po sceptyczne zniesmaczenie i żal. O tym, czy wybraliśmy dobrze, zdecydują najbliższe lata, a z obietnic wyborczych Bronisław Komorowski zostanie rozliczony pod koniec swoich rządów. 30% podwyżki dla nauczycieli, 50% zniżka kolejowa dla studentów, bezpłatne autostrady wokół miast, opłacana przez państwo metoda in vitro. Szacuje się, że obietnice te „kosztować” będą około 33,6 mln złotych. Zapłacą za to podatnicy. Jak zmieni się Polska przez te 5 lat? Czas pokaże, nie wolno nam zapomnieć – trzeba będzie rozliczyć prezydenta z jego obietnic. Zatem, czy mówiąc o polityce w kraju demokratycznym możemy mówić o mniejszym źle? Nikt nie chce, żeby łamano jego prawo wolności. Nikt obecnie również nie chce podlegać rządom totalitarnym. Nam, Polakom, nie kojarzą się najlepiej. Czy oddawanie głosu na kandydata, który nie spełnia naszych oczekiwań, ale w jakiś sposób jest lepszy od swojego konkurenta, ma sens? Sądzę, że powinniśmy wierzyć w politykę i w to, że możemy coś zmienić. Wybieranie mniejszego zła w imię naszej przyszłości nie jest dobrą strategią. Jednak obecnie musimy mieć nadzieję, że mniejsze zło wyjdzie nam na dobre, a my, jako Polacy, zaufamy polityce na tyle, żeby w przyszłości wybierać polityków z powodu ich całorocznych działań, a nie wyborczych obietnic i niemożliwości odnalezienia nieistniejącego ideału polityka. Anna Jasińska Baby do garów, mężczyźni przed telewizor!
Kobiety nie lubią sportu. A już zwłaszcza piłki nożnej. Kropka. Śmie się ktoś z tym kłócić?
FELIETON

Chyba nie. Jeżeli kobieta ogląda mecz to: a) wychowywała się wśród siedmiu braci (w dodatku w okolicy, gdzie dziewczynki można policzyć na palcach jednej ręki, a bezdomne zwierzęta samice widziały ostatnio przy swoim porodzie); b) chce zrobić przyjemność swojemu mężczyźnie; c) kusi ją perspektywa półtoragodzinnego wpatrywania się w dwudziestu kilku przystojniaków biegających po boisku. A co, jeśli normalna, całkowicie zdrowa psychicznie kobieta, zasiądzie od czasu do czasu przed telewizorem i wytrwa przed nim dziewięćdziesiąt minut (plus ewentualna dogrywka i karne) nie zadając pytań z rodzaju: „A którzy to Polacy?” (gdzie dziwnym trafem najczęstszą odpowiedzią jest: „Kochanie, to mecz Danii z Kamerunem...”)? Nie mówię już nawet o tych nielicznych z nas, które nigdy nie opuściły w telewizji meczu ukochanego Manchesteru United, znają na pamięć życiorysy wszystkich trenerów w przeciągu ostatniego dziesięciolecia, a pierwszą jedenastkę potrafią wymienić alfabetycznie, według wieku, narodowości i ilości zdobytych goli, bo w istnienie takich kobiet nie wierzy chyba żaden mężczyzna. Dla większości z nich wystarczającym zaskoczeniem jest fakt, że stojąca na co dzień przy garnkach żona może wiedzieć, (ach, klasyka!) co to jest spalony i kiedy sędzia powinien podyktować rzut rożny. A nawet jeśli wasze kobiety nie należą do tych, które odróżniają wolny od karnego, może warto byłoby spróbować wytłumaczyć jej kilka podstawowych pojęć, żeby nie czuła się zagubiona wśród tych wszystkich reguł, i – być może – zyskacie dobrego kompana do kibicowania reprezentacji Argentyny – choćby tylko dlatego, że piłkarze są przecież całkiem niezłymi „ciachami”. Prawda jest brutalna: panowie, nie doceniacie nas! A „kobieca telewizja” wcale nie pomaga burzyć stereotypów, emitując programy dla „piłkarskich wdów”, które – porzucone przez niewdzięcznych mężczyzn na czas Mistrzostw Świata – muszą poradzić sobie przez ten miesiąc same. I stąd wojny o telewizor, konieczność kupowania swojej żonie kwiatów i czekoladek, „męskie wieczorki” w domach kolegówkawalerów. Proponuję nową kampanię społeczną: „Wytłumacz żonie, co to jest spalony!” – ciekawe, ilu kłótni można by przez to uniknąć... Magdalena Kelniarz „Ooh Africa”
Kiedy spojrzałem na rozkład drużyn grających w fazie pucharowej tegorocznego mundialu pomyślałem: „To nie są mistrzostwa świata, to turniej Europa vs. Ameryka Południowa”. Nie mogłem uwierzyć w informację, że do dalszej fazy afrykańskich mistrzostw świata doszła w tym roku tylko jedna drużyna z Czarnego Lądu. Dlaczego więc dzieje się tak, że drużyny afrykańskie posiadając olbrzymi potencjał nie mogą odnieść znaczącego sukcesu na arenie międzynarodowej?
SPORT

Kontynent Afrykański od pokoleń jest słynny z posiadania znakomitych sportowców. Nie jest to bynajmniej zasługą ich skutecznego systemu szkolenia, którego większość państw z Czarnego Lądu wciąż nie może się dorobić. Tajemnica ich sukcesów tkwi raczej w naturze. To właśnie głównie dzięki położeniu geograficznemu i uwarunkowaniom genetycznym Afrykańczycy posiadają niezwykłe warunki do uprawiania sportu. Reprezentanci tego kontynentu charakteryzują się zazwyczaj żelazną kondycją, niewiarygodną siłą oraz naprawdę imponującą szybkością. Afroamerykanie, jak zatem widać, są stworzeni do uprawiania sportu. I owszem, odnoszą oni na tym polu liczne sukcesy, ale głównie w lekkoatletyce. Na tej gałęzi sportowego drzewa radzą sobie oni wyśmienicie. Dzięki dużej przewadze fizycznej są w stanie pokonywać rywali z innych kontynentów. W piłce nożnej sytuacja nie wygląda już jednak tak różowo. Ciężko pojąć ten problem, ponieważ piłkarze z Czarnego Lądu zdecydowanie górują nad swoimi przeciwnikami warunkami fizycznymi. Kiedy niedawno miałem okazję oglądać mundialowe mecze drużyn z Nigerii, Ghany czy Kamerunu, byłem pod wrażeniem postury wszystkich graczy. Przy szczupłych, wysokich zawodnikach z Europy ich budowa ciała przypominała raczej nie piłkarzy, a bardziej znakomicie wyszkolonych atletów. Szybkość i dynamika to kolejny element przewagi zawodników czarnoskórych nad piłkarzami np. starego kontynentu. Zdarzały się w tamtych meczach sytuacje, kiedy piłkarze przeciwnych drużyn nie zdążyli ruszyć się z miejsca,

SPORT

a w tym czasie jakiś rozpędzony Afrykańczyk pokonał właśnie kilka metrów. Przewaga fizyczna drużyn Czarnego Lądu była widoczna już na pierwszy rzut oka. A jakby tego było mało, większość piłkarzy pochodzących Afryki wyróżnia się na tle pozostałych doskonałą techniką, wręcz nieosiągalną dla osób żyjących na naszej szerokości geograficznej. Z piłką Afrykańczycy są w stanie zrobić dosłownie wszystko. Pamiętam jak swego czasu przeglądałem kolejne nagrania wideo z serwisu Youtube, pokazujące techniczne umiejętności piłkarzy z Afryki – dla mnie „Mam talent”. Połączenie takiej techniki z nieprawdopodobnymi uwarunkowaniami fizycznymi powinno tworzyć zeń piłkarzy wirtuozów futbolu. A jednak nie tworzy. Co więcej, mało jest w europejskich ligach przedstawicieli Czarnego Lądu, którzy osiągają wielkie sukcesy. A jakby tego było mało, w tegorocznym mundialu drużyny afrykańskie zagrały poniżej wszelkich oczekiwań, awansując do fazy pucharowej w liczbie jednej. Co jest zatem przyczyną tego, że pomimo dysponowania takim potencjałem fizycznym i technicznym Afrykańczycy nie potrafią szturmem podbić piłkarskiego świata? Kto jest temu winien? Z pewnością winne nie są temu wuwuzele. Winy też raczej nie dopatrywałbym się tutaj w trenerach zespołów biorących udział w mistrzostwach rozgrywanych w RPA. Wątpię, by aż sześciu coachów drużyn z Czarnego Kontynentu okazało się aż takimi nieudacznikami. Każdy zespół składa się z piłkarzy, a więc może, aby odkryć problem to ich postawę należałoby na początku przeanalizować? Europejskie media już nie raz huczały o sytuacjach, w których do silnych europejskich klubów przychodzili uzdolnieni piłkarze rodem z Afryki. Szumnie zapowiadano ich jako nowe gwiazdy futbolu. Gazety, telewizja, a także trenerzy ciągle dawali wyraz swoim zachwytom nad umiejętnościami danego

SPORT

piłkarza, a kibice byli zdumieni prezentowanymi podczas treningów zagraniami. W końcu zaczynał się piłkarski sezon i… zwykle zaczynały się problemy. Do niedawna tak wychwalany za postawę na treningach i w spotkaniach towarzyskich zawodnik nie potwierdzał swej dawnej postawy w meczach o prawdziwą stawkę. Po niedługim czasie zaczynało się zwykle przesiadywanie na ławce rezerwowych, a nawet czasem gra w drużynie rezerw. Od czasu do czasu taki piłkarz strzelał jeszcze jakiegoś gola dla klubu, ale to nic w porównaniu z tym, czego po nim naprawdę oczekiwano. Często zostawał sprzedany za małe pieniądze do słabszych klubów, gdzie sen o wielkiej karierze zwyczajnie znikał. Tak właśnie nierzadko wyglądają drogi kariery nastoletnich zawodników z Afryki, którzy przybywają do Europy w pogoni za sukcesem. Niestety drugie imię tego sukcesu to zazwyczaj pieniądze i tak naprawdę często jesteśmy świadkami sytuacji, kiedy młodzi piłkarze z Czarnego Lądu odnoszą trochę za duży „sukces” i później nie potrafią sobie z tym odpowiednio poradzić. Przykładem, może tu według mnie być Obafemi Martins. Piłkarz pochodzący z Nigerii trafił do słynnego włoskiego Interu Mediolan mając zaledwie 17 lat. Nikt z włodarzy i trenerów nigdy nie ukrywał, że wiązali z tym graczem wielkie nadzieje. Ludzie mawiali o nim, że jest szybszy od butów, a nawet szybszy od piłki. Technika, którą Obafemi prezentował na treningach, predysponowała go do rywalizacji z najlepszymi zawodnikami Europy. Jednak Nigeryjczyk przebył drogę opisaną przeze mnie wcześniej. Obafemi dość szybko opuścił włoski klub. Niektórzy kibice wprost uwielbiali jego styl gry i byli przeciwni sprzedaży, natomiast działacze klubu z Mediolanu zdawali sobie sprawę, że ten piłkarz z pewnych powodów nie jest w stanie dużo oferować ich drużynie. Powodem okazała się zbyt wielka miłość piłkarza do… zakupów. Reprezentant Nigerii potrafił w jednym miesiącu wydać całą swą miesięczną pensję na tzw. shopping. 10 tysięcy Euro zawodnik potrafił wymienić na ciuchy i meble lekką ręką. Martins bardziej niż piłce zaczął się poświęcać innej pasji. Sprawa zrobiła się na tyle poważna, że Inter Mediolan zatrudnił specjalnego menedżera finansowego, by ten umiejętnie zarządzał pieniędzmi niesfornego gracza. Niestety w piłce, jak i w życiu, miłość – w tym przypadku do zakupów – okazała się większa. Dziś Obafemi Martins jest 26-letnim graczem niemieckiego VfL Wolfsburg, gdzie większość piłkarskich ekspertów spisuje go na straty, chociaż w piłce nigdy nic nie jest przesądzone. Kolejnym przykładem podobnych zachowań jest niepokorny 20-latek pochodzący z Ghany Mario Balotelli. Włoski pech chciał, że Mario to także piłkarz nie innego klubu jak oczywiście Interu Mediolan. W przypadku tego gracza sytuacja jest jednak dla zarządców klubu trudniejsza. Mario do Interu trafił wcześniej niż Obafemi, bo w wieku 16 lat. Przez wielu ludzi związanych z klubem jest uważany niemal za ich wychowanka. Umiejętności zawodnika były tak duże, że już rok później trener mediolańczyków pozwolił mu zadebiutować w pierwszej drużynie. Balotelli częściej jednak od Martinsa przejawiał ogromny talent do gry. Niestety z wielkim talentem pojawiło się także duże upodobanie gracza do

SPORT

drogich samochodów, znanych marek i modnych fryzur. Jednak w jego przypadku gdyby samo upodobanie do luksusu było problemem nikt z władz klubu zapewne nie ważyłby się podnieść na niego ręki. Jednak nastolatek słynął także z bardzo niewyparzonego języka. Nie raz zdarzyło mu się publicznie powiedzieć kilka niemiłych słów pod adresem trenera czy kolegów z drużyny. A już jego zachowanie po meczu z ubiegłego sezonu Ligi Mistrzów (Inter vs. Barcelona) zostało okrzyknięte największym skandalem piłkarskim roku we Włoszech. Otóż po ostatnim gwizdku sędziego kibice widząc, iż młody Mario nie przykładał się zbytnio do gry, postanowili w krótkich aczkolwiek zwięzłych słowach co myślą o młodym piłkarzu . Balotelli w odpowiedzi ściągnął z siebie klubową koszulkę i na oczach kilkudziesięciu tysięcy włoskich fanów rzucił nią ze złością o ziemię. W kraju, gdzie piłka nożna jest traktowana bardzo poważnie, taki czyn równa się prawie zbrodni. Sprawiający problemy wychowawcze napastnik nadal jest zawodnikiem swego klubu, lecz jego przyszłość jest nieznana. Nie wiadomo bowiem, kiedy cierpliwość władz drużyny wreszcie się skończy i Balotelli zasłużenie opuści klub, któremu zawdzięcza tak wiele. Podobnych przykładów jest jeszcze naprawdę dużo, jednak w większości przypadków widać u afrykańskich piłkarzy ogromne piłkarskie umiejętności, ale brak odporności psychicznej na stres, napięcie i sławę. Ciężko jest ocenić skąd akurat u wielu piłkarzy wywodzących się z Czarnego Lądu biorą się takie postawy. Może odpowiedzi należy szukać w warunkach, jakich dorastają ci młodzi piłkarze. Bieda i brak perspektyw, jakie

SPORT

doskwierają w Afryce wielu ludziom, może spowodować, że piłkarze wychowani w takiej atmosferze nie potrafią poradzić sobie z rozpoznawalnością i wielkimi pieniędzmi. Może właśnie dorastanie w ubogim kraju w zetknięciu z luksusem jest przyczyną ich słabej konstrukcji psychicznej. To już jednak pytanie kierowane do psychologów. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki i nie inaczej jest w tym przypadku. Fani futbolu na całym świecie rozpoznają takich zawodników jak Samuel Eto’o czy Didier Drogba. Ci piłkarze potrafili ze swoich umiejętności i talentu zrobić odpowiedni użytek, strzegąc się najniebezpieczniejszej wody świata - sodowej. Jednak liczba zmarnowanych afrykańskich talentów jest zdecydowanie większa. Piłkarskie reprezentacje krajów Czarnego Kontynentu często noszą przydomki, które nawiązują do dzikich zwierząt takich jak lwy, orły, czy pustynne lisy. Odnoszę jednak wrażenie, że umiejętności tych utalentowanych graczy podobnie jak wiele zwierząt trzymane są jakby w niewi-dzialnej klatce. Wydaje mi się, że to już najwyższy czas, żeby piłkarze z Afryki wreszcie zmobilizowali się i swoje umiejętności wypuścili na wolność. Szkoda przecież, by kibice słyszeli okrzyk „ooh Africa” tylko w reklamie Pepsi. Rafał Guzik Jak baba z facetem o piłce nożnej

DYSKUSJA

Nie może oczywiście zabraknąć głosu dwóch największych redakcyjnych gaduł w sprawie, która ostatnio była chyba dla nas wszystkich najbardziej zajmująca. Wcale nie chodzi tu o wybory prezydenckie, czy inne podobne kwestie. Wykorzystujemy szansę pogadania o czymś, o czym porozmawiać „na gorąco” możemy jeno co cztery lata. S: España Campeador? K: Dokładnie tak! Jest tak, jak miało być. Moje dwie drużyny (Ghana i Argentyna – korekta po czasie, dalej „kpc”) odpadły, więc jakaś rekompensata być musiała w końcu. S: Nie wiem, mnie Hiszpanie na tym mundialu nie zachwycili. Zauważ, że w fazie pucharowej wszystkie cztery mecze kończyły się po 1:0, przecież to nie jest ta fantazyjna gra, której się po nich spodziewaliśmy. K: Zachwycić to może nie zachwycili, ale patrząc tylko na finał, to należało im się. To, co Holendrzy robili, momentami aż się prosiło o czerwoną kartkę, a nie jakiś miliard żółtych i rzutów wolnych.

DYSKUSJA

S: Cóż, tu się zgodzę, ale i Hiszpanie w tym finale byli bardzo agresywni, niestety nie piłkarsko, ale trochę antypiłkarsko. Już po trzeciej kartce nasunęło mi się skojarzenie z niesławnym meczem Portugalia - Holandia sprzed czterech lat, w którym poleciało coś koło 16 żółtych kartek, że o czerwonych nie wspomnę (16 żółtych kartek i cztery czerwone – kpc) - ale różnica była taka, że w tym finale te kartki były zasłużone, ba - posunę się do stwierdzenia, że największą gwiazdą tego finału była właśnie żółta kartka. K: Nie, wydaje mi się, że trochę przesadzasz. Fakt, Hiszpanie też nie byli specjalnymi niewiniątkami, ale jednak ich zachowanie nie raziło aż tak, jak holenderskie. Holendrzy w pewnym momencie zaczęli uprawiać dwudziestoosobowe KSW z piłką, a nie piłkę nożną. S: No fakt, De Jong po prostu przesadził, taka sytuacja z kopnięciem kogoś w klatkę piersiową nigdy nie powinna mieć miejsca, ale to z całą pewnością nie było celowe. Choć piłkarz powinien myśleć, jakie mogą być konsekwencje zagrania. To nie był dobry finał, nie oszukujmy się. Trafne porównanie do KSW, było brzydko, dużo fauli, mało ładnych akcji i przede wszystkim tylko jeden gol. K: Kwestia sporna, po powtórzeniu mnie się akurat wydawało, że to kopnięcie było celowe. Ale tego się akurat nie dowiemy prawdopodobnie nigdy. A jeden gol był do przewidzenia tak naprawdę. Powielenie zwyczajnych wyników Hiszpanów. Chociaż miałam osobiście nadzieję na jakiś bardziej spektakularny mecz. S: Nie wiem, prawdę mówiąc nie jestem w stanie powiedzieć, ale ciężko mi przypuszczać, żeby poważny piłkarz pozwolił sobie na takie zagranie. Powielenie zwyczajnych wyników, ale tylko na tym mundialu. Wszak nie kojarzą się z wygrywaniem meczów jedną bramką, wręcz przeciwnie. Ale jak zazwyczaj grali cudownie, tak szybko odpadali, więc może i lepiej, że teraz zagrali mniej pięknie, ale

DYSKUSJA

nareszcie - skutecznie. K: Przed meczem padło takie zdanie (ale to chyba a propos Holendrów akurat), że ładną grę zamienili na skuteczność. Myślę, że to się i do Hiszpanów odnosi. S: Cóż, pewnie stracili na tym kibice, ale na pewno zyskali sami Hiszpanie i Holendrzy, wszak wynik osiągnęli piękny. Właśnie oglądam bramkę Iniesty, Holendrzy byli maksymalnie wściekli, chyba sugerowali spalonego, ale go nie było, jak pokazuje powtórka. K: Nie mam pojęcia, o co może chodzić (dyskusja zeszła w pewnym momencie na wątek pretensji, jakie sami Holendrzy i ich kibice mieli do arbitra - kpc) - mnie się osobiście momentami wydawało, że oglądam taką podwórkową kopaninę. Znów się przyczepię do Holendrów (mhm, jestem stronnicza), ale miałam takie wrażenie, że nie mieli pomysłu na agrę. Zwłaszcza w pierwszej połowie - uwiesili się na Hiszpanach jakby czekając na błąd. I całą drużyną rzucali się tak bezsensownie po boisku za piłką. Oranje nosiło, zwłaszcza po tej czerwonej kartce. Ale wiesz, to nie jest powód żeby się tak zachowywać. Ale cóż, Robben przez pół meczu usiłował dyskutować z sędzią. Jak paru innych zresztą - i nie tylko Holendrów. S: Nie było pomysłu na grę, ale i u Hiszpanów za wiele go nie było. Myślę, że Hiszpanie wygrali zasłużenie, ale z całą pewnością nie powalili poziomem gry. Niemniej jednak, dziś mistrzostwo oddali moi ukochani Włosi, teraz mistrzem jest Hiszpania. Umarł król, niech żyje król! To nie był dobry mecz dla Holendrów. Szkoda ich, w sumie. To ich trzeci finał, a dalej bez sukcesu, za to Hiszpanów pierwszy finał, i z sukcesem. K: Niestety, life is brutal. Sami się o to prosili. Zmarnowali kilka ładnych akcji. Swoją drogą, bramkarz hiszpański też zrobił kawał dobrej roboty. To był zdecydowanie jego mecz. S: Tak, Iker zagrał dobre zawody, ogólnie wypadł w całym turnieju dobrze. Choć tej przekopanej bramki ze Szwajcarią nie zapomnę, szczególnie przewrotki, jaką jeden ze Szwajcarów wykonał na samym Casillasie. K: Kibicujesz Włochom? Nie, jakoś ich nie lubię. Nie wiem czemu, coś mi w nich nie pasuje. Osobiście dalej płaczę po reprezentacji Francji - nie mogę uwierzyć w to, co się z nimi stało. S: Ja właśnie nie czuję jakiejś sympatii do Francji, to taka drużyna, która zobaczyć mogę, ale bez specjalnej ekscytacji. Za to nie da się ukryć, że to jest chyba drużyna, która przegrała na tym mundialu najwięcej - i nie chodzi o mecze, tylko o wizerunek i samą drużynę – przed ostatnim meczem już chyba nie istnieli jako zespół. A Włosi, Kielnia! Włosi to jest moja miłość, po Argentynie pierwsza wśród reprezentacji, choć teraz wysoko wskoczył Urugwaj. Włosi są fantastyczni, jeśli się już ruszą. Wtedy dostarczają niebywałych emocji, mecz ze Słowacją był piękny, mimo gorszej dyspozycji Italczyków. I nawet to ich aktorstwo jestem w stanie wybaczyć, cóż, taki urok Włochów. Ale pewnie też swoje robi fakt, że od ośmiu lat kibicuję Milanowi. K: Okres mojej wielkiej miłości do piłki nożnej przypadł właśnie na okres świetności Francuzów - zresztą, mistrzem bramkarzy wszechczasów był, jest i będzie Barthez (i nie waż się zaprzeczać!). A to, co się z nimi stało, to faktycznie - tu masz rację, najwięksi przegrani MŚ (mimo tego, że w paru miejscach spotkałam się z opinią, że ten tytuł powinien powędrować do Ghany. Au contrere.) A Włosi wydają mi się na tym boisku jacyś... Ja wiem? Niepoważni? S: Hihi, ja bym powiedział - Gianluigi Buffon (w kontekście najlepszego bramkarza – kpc), ale siedzę cicho. Ghany zdecydowanie nie nazwałbym największymi przegranymi.

DYSKUSJA

Rozumiem, że stracili niebywałą szansę, ale pokazali się z naprawdę fajnej strony. Włosi niepoważni? Może czasem. Ale popatrz tylko, co się działo cztery lata temu, choćby ten mecz z Niemcami, ta szalona radość w dogrywce, ten Fabio Grosso, który po strzeleniu gola był tak szczęśliwy, że się popłakał, potem drugiego strzelił Del Piero... Popatrz, jak Pirlo (mój milanista!) rozgrywa piłkę, popatrz, jak choćby w meczu ze Słowacją strzelił Quagliarelia... Grali słabo na tym turnieju, to niezaprzeczalny fakt, ale mnie się już z tej miłości nie wyleczy. Fantastyczny zespół. K: No tak, do przewidzenia, że będziesz się kłócił. Ale spójrz na to z tej strony - jaki bramkarz był/jest tak nieobliczalny jak Barthez? Żaden nie potrafi(ł) wybiec na środek boiska, żeby pomóc drużynie, a potem gonić do bramki i jeszcze obronić! A poza tym - jakie to było słodkie, jak oni go wszyscy w tę jego łysinkę na szczęście całowali... Drugiego takiego nie ma i nie będzie, nie ma takiej opcji! A szalona radość to nie argument. Wszyscy się cieszą jak wygrają. Nie widziałeś Ikera, gdy się popłakał jak dziecko dzisiaj. Fakt faktem, są dobrzy (ewentualnie byli, jeżeli patrzeć na to przez pryzmat tego turnieju), ale jakoś mi ten ich styl nie pasuje za nic na świecie. Ale nie neguję, mogą się podobać, i jest to nawet całkiem zasadne. S: Nie odmawiam Barthezowi bramkarskiej wielkości, nie, nie! Doceniam go, doceniam, że nie odpuszczał nawet piłce, która z dala od niego leciała na rzut rożny. Ale Buffon to też fenomen i jeden z najlepszych bramkarzy świata. Ja wiem, że nie argument (szalona radość – kpc), ale sama wiesz, że piłkarskie miłości są irracjonalne. Mnie przypadła miłość do Włochów – i właśnie Grosso zapadł mi w pamięć i zawsze tam pozostanie. Co do stylu - to prawda, że

DYSKUSJA

catenaccio (kolega wykazał się perfekcyjną nieznajomością tego pojęcia, wszak to obrona całą jedenastką – kpc), to ich rozwiązanie, i w sumie, co się może podobać w grze obronnej? Otóż ta gra może się podobać, szczególnie, gdy stoperzy parują wszystko, co się da, a skrzydłowi obrońcy perfekcyjnie włączają się do akcji ofensywnych. Cóż, ja też mógłbym siebie zapytać, czemu Włosi, a nie Francuzi na ten przykład? Może też moja sympatia do kraju dużo robi, może moja klubowe sympatie odgrywają tu role, nie wiem. W każdym razie serce mam na meczach po włoskiej stronie. K: Fenomen owszem (Buffon – kpc) – ale będę się upierać, że nie aż taki! I wszystkie miłości są irracjonalne. To tak jak ja swego czasu kibicowałam Manchesterowi United - tak właściwie bez żadnego konkretnego powodu. I nie miało to NIC wspólnego z "boskim Cristiano" - nie lubię gościa, to aktor jest a nie piłkarz. S: Cóż, Ty z sympatią do Francuzów powiesz Barthez, ja z sympatią do Włochów powiem Buffon, a pewnie jakiś w miarę niezależny komentator rozstrzygnąłby spór między nami, ale nawzajem siebie nie przekonamy, więc nie próbujmy. Barthez jest wielki, Buffon jest wielki. I nie przesadzajmy z krytyką Cristiano – obiektywnie rzecz biorąc, ma spore umiejętności, a jego dryblingi bywają fenomenalne, niestety wielu zniechęca swoim wizerunkiem. K: Niech będzie, zostawmy bramkarski konflikt. W mojej niechęci do niego (do Cristiano Ronaldo – kpc) nie chodzi o wizerunek sam w sobie. Niech sobie wygląda, jak chce i robi, co chce. Ale mam wrażenie, że robi się z niego drugi David. Skupia się na graniu w reklamach Armaniego zamiast na graniu i przy każdym kopnięciu zalewa się wręcz perfekcyjnie łzami. Swoją drogą, to mnie najbardziej irytuje w piłce - te próby wymuszania wolnych. Wiem, że bez tego wiele fauli przeszłoby nieukaranych (patrz dzisiejsza akcja Robbena bodajże właśnie), ale jakoś mnie to odrzuca. S: Tak, ale te kampanie reklamowe to też część wizerunku. Niestety, rozmienia swój talent na drobne, a niezaprzeczalnie ma go ogromną ilość. Dlatego tak szkoda tego, że nie do końca skupia się na piłce. Co do aktorstwa - to już część dzisiejszej piłki, często się mówi o Włochach jako o symulantach - przesadna reakcja nie jest taka zła, jeśli tylko naprawdę był faul, to dobrze, jeśli w ten sposób pomoże się to sędziemu dostrzec. Gorzej, gdy to zwykłe udawanie. K: No tak, wiem. Ale spójrz na to inaczej: wielu piłkarzy bierze udział w kampaniach. Ot, Messi ostatnio, choćby. Ale się przy tym nie rozdrabniają. A on tak. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek to przyznam, ale się marnuje po prostu. I to mnie irytuje. Takie gwiazdorstwo. Jak chciał na reklamach zarabiać, mógł zostać modelem a nie piłkarzem. No i właśnie o to mi z tym niepoważnym zachowaniem Włochów chodziło. O tę przesadę. I symulowanie często. S: Mi piłkarze pasują do reklam butów, sprzętu sportowego, nawet w reklamach Coli wypadają dobrze. Ale z szamponem, to chyba nie to... Co do Włochów: "Miłość ci wszystko wybaczy...". Spojrzę na cudowne podania Pirlo, na waleczność Gattuso i wszystko zrekompensowane. Aktorzą, aktorzą, to fakt, ale to też część ich uroku. K: Z szamponem i majtkami Armaniego przegiął zdecydowanie. Tym bardziej, że jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby z głodu umierał i rzeczywiście MUSIAŁ to robić. Ach, to irracjonalne męskie

DYSKUSJA

przywiązanie do drużyny... Żebyście wy się tak do nas przywiązywali jak do klubu! Ok, żartuję;) S: Majtek nie widziałem, albo nie kojarzę, może to dobrze. Cristiano jest jeszcze młody, nie można przesądzać, czy się zmarnuje, czy nie. Oby nie. Ale David, o którym już wspominałaś, chyba jednak troszeczkę zmarnował swój talent. K: Nie no, z babskiego punktu widzenia na majtki same w sobie (tudzież obu panów w nich) narzekać nie zamierzam. Ale marnują się. I zaryzykuję stwierdzenie, że obaj. Chociaż o ile w przypadku Davida to już raczej pewne, u Cristiano to się okaże. Ale pewnie skończy się tak samo. S: David karierę ma już chyba za sobą, Cristiano jeszcze młody. K: David to emeryt... Nie przesadzajmy. Zresztą, zmarnować się można i wcześnie. „S” dodałby tylko jeszcze, że szkoda by jednak było tego Cristino Ronaldo. I że dobrze by było, gdyby się w porę obudził. Jeśliby się udało, to pewnie mógłby aspirować za kilka lat do grona najlepszych graczy w historii. I trzeba by jeszcze napisać, że smutno, że to już koniec mundialu, a następne dopiero za cztery lata, ale! Ale po drodze Mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie, będzie się działo! Magdalena Kelniarz Marek Suska Naprawdę wciąż będziemy tacy sami?
W teorii najgorsze już za nami. Szkoła średnia ukończona. Matura napisana, cośmy się nadenerwowali to nasze, i nikt nam już tego nie odbierze. Połowa najdłuższych wakacji za nami, a rekrutacja na studia nie powinna nastręczać ogromnych trudności. Jeśli się nie dostaniemy, nie będzie tragedii, pójdziemy do pracy. W teorii najgorsze już za nami.
NAPISY KOŃCOWE

W teorii wiele rzeczy wydaje się być proste. Przykładów mnogo: oddanie głosu w wyborach (tylko skreślić!), prasowanie koszuli (tylko przejechać żelazkiem!), podkręcanie rzęs (tylko użyć tej maszyny do tortur!). Wszak i sytuacja człowieka po szkole średniej wydaje się wybitnie nieskomplikowana: albo się ucz, albo pracuj, jeno bądź odpowiedzialny. Bądź odpowiedzialny. Powoli kończy się nasza zależność od rodziny, która w istocie dawała nam ogromne pokłady niezależności. Ktoś zarabiał na nasz chleb, ktoś nam dawał kąt do spania, ktoś dbał o nas bezustannie. Pewnie czasem mieliśmy jakieś opory, pewnie zdarzały się pretensje, pewnie pokrzykiwaliśmy: Mamo! Ja nie jestem już dzieckiem! Może racja. Ale kiedy trzeba nam odejść na własny garnuszek, kiedy trzeba wziąć się za siebie, pojawia się tęsknota. Może nie u wszystkich od razu, może niektórzy będą lecieć jak na skrzydłach by w końcu stanąć na swoim, ale kiedyś chyba za tym zatęsknią. Może kiedy zaczną się pierwsze problemy, może wcześniej, może później. Nigdy nie wiadomo. Tak łatwo nie będzie. Jeśli wybierzesz studia, może nie będziesz musiał rozstawać się z rodzinnym garnuszkiem. Ale już nie będziesz traktowany jak w szkole. Nie będzie troskliwych nauczycieli. Koniec z prowadzeniem za rękę, czas się nauczyć odpowiedzialności. Nauczyć się samemu radzić ze swoimi błędami. Jeśli nie – przykro nam, musimy się chyba pożegnać. Wybierzesz pracę, będzie podobnie. Po sporym trudzie związanym z jej znalezieniem czeka Cię nauka precyzji, dokładności i sumienności. Nauka tego, że czasem trzeba coś robić nawet wtedy, gdy naprawdę nie ma się na to ochoty. Że nie można całego życia przeleżeć, krzycząc: Mamo! Nie ma nic do jedzenia! I że nie zawsze usłyszy się upragnione: Za sałatą! I nie, to wcale nie jest zabawne. Ale to jest właśnie właściwy wybór. Wstać, ruszyć się, zrobić coś ż życiem. Zrobić coś, żeby się odwdzięczyć rodzicom, jeśli jeszcze nie teraz, jeśli jeszcze musimy trochę skorzystać z ich dobroci – to później. Rzucam banałami. Ale jakimi potrzebnymi, i jak obecnie zapominanymi! Nie da się i nie można żyć przez cały czas na domowym garnuszku, kiedyś trzeba ulepić sobie własny garnuszek. A dzieckiem i tak można pozostać. Ale jak to fantastycznie stwierdziła pewna osoba, można być dzieckiem z głową na karku. Marek Suska