Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












OUTRO

Spis treści W końcu skończyły się święta... str. 5 „Święta, święta… i po świętach!” str. 8 Zimowe uroki (to nie czary!) str. 10 Ironia losu str. 12 Czas karnawału str. 14 Rio de Janeiro, czyli skąd się wziął karnawał? str. 19 „Jeszcze tylko sto dni do matury…” str. 23 Trendy studniówkowe str. 25 Lecytyna naturalna str. 27 W poszukiwaniu przewagi str. 31 Moc grudniowych wspomnień str. 33 „Czasy są ciężkie dla marzycieli"... str. 35 Podsumowując str. 37

Wychodzimy poza schemat Ogólnopolska gazeta młodzieżowa Redaktor naczelny: Kamil Wiśniowski Zastępca: Monika Töppich Sekretarz redakcji: Piotr Kulessa Korekta: Magdalena Kelniarz Martyna Kłopeć Jagoda Migoń Anna Marzec Dziennikarze: Nina Dąbrowska Szymon Godyla Nikola Bochyńska Sandra Kałuża Maciej Kulina Marek Suska Anna Żmuda Marcin Jasiński Agata Hajduk Marta Pawłowska Paulina Januszkiewicz Joanna Osada Fotoedytor: Rafał Równicki Projekt okładki i grafiki: Angelika Marchewka Zdjęcia: Internet – licencje otwarte Kontakt: outro.redakcja@o2.pl Subskrypcja: subskrypcja.outro@gmail.com
Outro - nazwa ścieżki dźwiękowej stanowiącej zakończenie albumu. Swoiste wyjście z płyty.


Śnieg zaskoczył drogowców - słyszymy to często, bo śnieg zaskakuje drogowców z przerażajacą częstotliwością. Właściwie w każdą zimę… Wraz ze śniegiem „spadł” kolejny numer Outro, niestety w związku z warunkami atmosferycznymi, nawet internet odmówił nam posłuszeństwa, przez co Outro, również, ukazuje się nieco później. Lecz jego pojawienie się zapewne nikogo nie zaskoczyło, nie sparaliżowało PKP, może jednak utrudnić dotarcie do szkoły… z powodu zbyt długiego czytania nowych artykułów. Co więc przygotowaliśmy w tym numerze? Poza stałymi działami, których oczywiście zabraknąć nie mogło, zapraszamy Was w podróż, pomiędzy starym a nowym rokiem, od reflekcji na temat świąt, do planów na przyszłość. Bowiem dla części redakcji jak również dla wielu naszych czytelników styczeń to czas studniówek - jeszcze tylko cztery miesiące i egzamin maturalny. Jednak, żeby nie było tak smutno i poważnie, styczniowy numer Outro to wydanie karnawałowe. Gdzieś pomiędzy Brazylią, a Wenecją, w radosnej zabawie można na chwilę zapomnieć o maturze, klasyfikacji, czy sesji… Wszystkim czytelnikom życzymy szczęśliwego Nowego Roku i powodzenia w realizacji wszystkich planów. Redakcja Outro również ma wiele noworocznych planów i postanowień. Jakich? Przekonacie się już od kolejnego numeru! MiK W końcu skończyły się święta...



Dla jednych najlep-szy okres roku, a dla pozostałych zły pod różnym względem. Kiedyś wyczekiwałem na nie od wakacji, by znowu ustroić choinkę, pokolę-dować, spotkać się z ro-dziną. Cieszył mnie okres gdy mogliśmy być razem z bliskimi i wcinać cu-kiereczki oglądając trady-cyjnie jakąś polską ko-medie. Do wigilii moje przygotowania trwały od rana, pilnowałem by wszystko było jak należy, po sianko chodziłem do sąsiadki. Po ostatnich roratach przylepiałem os-tatni fragment obrazku którego części dosta-wałem od księdza po codziennej porannej mszy. A po powrocie do domu w ten magiczny dzień otwierałem w moim kalendarzu największe drzwiczki, gdzie była czekoladka dwa razy większa niż wcześniej przez cztery tygodnie. Jednak przez te wszystkie lata gdzieś gubiła się ta magia, nie cieszą mnie już ranne msze roratnie z obrazami i hitami arki Noego, podobnie jak czekoladki z kalendarza adwentowego. Pod cho-inką brakuje sweterka i skarpetek od babci, a w zamian leży koperta z karteczką, że mam sobie coś samemu kupić. Aj i co tutaj będę pisał! Mam tego delikatnie dosyć, tej komercjalizacji świąt. Wszystkie gwiazdy będące tylko gwiazdami śpiewają kolędy jak tylko potrafią, każda na swój sposób przybierając się za aniołki, mówią o magii, miłości i przebaczeniu a w tym samym czasie w gazetach ukazują się kolejne teksty z ich wybrykami, jakże dalekimi od anielskiego stylu bycia. Wszędzie ten przepych wciskający nam, że na święta trzeba dobrze zjeść, wypić, ubrać się i wyglądać.



We wszystkich dzien-nikach, a w szczególności w Polsacie, pokazywali jakieś ‘płaczki’, które płaczą do kamery, że nie mają za co świąt wyprawić. Pewnie powie-cie, że chce propagować znieczulice społeczną. Nie, nie chce. Po prostu oglądając kolejną taką scenkę zwróciłem uwagę, że najbardziej te płaczą i wypowiadają porusza-jące teksty, za którymi w tle jest wyremon-towane mieszkanie, a sa-me ‘aktorki’ są ubrane nie przeciętnie - tylko lepiej. Sytuacja wygląda tak: żyją w konkubinacie, nie pracują, bo jak by to powiedział Ferdek Kiepski: ,,Dla ludzi z moim wykształceniem nie ma pracy w tym kraju’’, mają kilkoro dzieci na wychowaniu i na święta dostali z opieki społecznej i in-nych takich jak podkreś-lają ‘TYLKO’ ryż, mąkę, mleko, konserwy i jakieś produkty z długą datą ważności. A zastanawiam się czy zwróciliście uwagę na te rodziny gdzie kamera pokazuje zaz-wyczaj biedny dom, następnie małżeństwo, które mówi, że te święta na pewno będą ubogie, bo nie stać ich na lepsze. Mają kilka dzieci na utrzymaniu dlatego cieszą się i dziękują, że z opieki dostali te pro-dukty, które na pewno się przydają, bo można z nich zrobić jakieś dobre dania. Kobieta zazwyczaj zajmuje się dziećmi i domem ale mimo to pomaga z po-ciechami mężowi, który przykładowo wyrabia w lesie drzewo dla ludzi z okolicy by dołożyć się coś do świąt i jakoś je przeżyć. Co mnie w tym poruszyło? Ci ludzie nie narzekają. Starają się jakoś z tym pogodzić i dokładają wszelkich starań, by żyło się im lepiej zamiast mówić jak to im źle. Nie potrzebują kilo schabu i kiełbasy a do tego kartonu słodyczy, bo dla nich nie jest to warunkiem udanych świąt. I cieszą się z tego że ktoś im pomógł i nie wypominają, że dostali za mało. Takich sytuacji nie pokazują dużo w telewizji, a szkoda! Widząc to wszystko powiedziałem sobie, że przez ostatnie trzy dni przed wigilią nie będę oglądał telewizji zbyt często, bo być może właśnie przez nią straciłem ducha świąt. Postanowiłem więc zamiast obejrzeć wia-domości, których treści mogłem się domyślić, zrobić obchód, by poszu-kać tej magii świąt między ludźmi. W po-niedziałek byłem z klasą w Opolu. Co zobaczyłem w galerii? Ludzi goniących po sklepach za prezentami dla najbliższych. Wie-czorem po skończonej lekcji prywatnej idąc ku miejscu gdzie czekała na mnie siostra, prze-chodziłem obok jednego z hipermarketów. Co zobaczyłem? Pełen par-king samochodów oraz ludzi usiłujących zmieścić wszystkie zakupy w ba-gażniku. Wracając do domu. Co zobaczyłem? Ludzi czyszczących okna

"Jakoś w tym natłoku obowiązków przeleciał wtorek, później środa, żeby w czwartek wieczorem ocknąć się i powiedzieć sobie ‘to już!?’. Chciałem przecież poszukać magii świąt, a tutaj za chwile uroczysta kolacja, później pasterka, a ja najchętniej ze zmęczenia poszedłbym spać."

oraz przyzdabiających posiadłości w kolorowe lampki. A po powrocie do domu co mnie cze-kało? Zostałem zmuszony do wykonaniatego tego co wcześniej widziałem. A więc: wypakowałem zakupy, ustroiłem świe-cidełkami dom, pos-przątałem swój pokój, pomogłem tacie, poroz-syłałem życzenia. I w końcu wróciłem do domu, żeby odpocząć, a tutaj oka-zało się, że za kilka godzin wigilia i trzeba nakryć do stołu. Jakoś w tym natłoku obo-wiązków przeleciał wtorek, później środa, żeby w czwartek wieczorem ocknąć się i powiedzieć sobie ‘to już!?’. Chciałem przecież poszukać magii świąt, a tutaj za chwile uroczysta kolacja, później pasterka, a ja najchętniej ze zmęczenia poszedłbym spać. W poprzednim fe-lietonie pisałem że roz-mieniamy się na drobne, gubiąc w tym wszystkim tę magię świąt i samego siebie. Teraz chyba już wiem co to oznacza. Szymon Godyla „Święta, święta… i po świętach!”



Tygodnie przygotowań, generalne porządki w każdym domu, kupowanie prezentów i budowanie świątecznej atmosfery - to wszy-stko już za nami. Czas błogiego lenistwa i jedzenia do oporu tradycyjnych świąte-cznych potraw także minął. Czy to oznacza, że już czas powrócić do codzienności, tej całej nielubianej, życiowej monotonii? Zapomnieć o życzliwości i obdaro-wywaniu uśmiechem każdej napotkanej osoby? Nic bardziej mylnego. Święta Bożego Narodzenia to czas, który spędzamy z najbliższą rodziną, rozmawiamy, żartujemy, dzielimy się tym, co mamy w sobie najpięk-niejszego. Stało się to już niejaką tradycją, dlatego coraz częściej mówi się, że „w Święta wszystkie spory gasną”. Potrafimy wtedy nawiązać kontakt, miłą rozmowę ze znienawidzonym kuzynem czy ciotką, co realnie na co dzień wydawałoby się nam niemożliwe. Dlaczego więc w Święta potrafimy być serdeczni, mili i uczynni, a w normalny, powszedni dzień nie wszystkim przychodzi to tak łatwo? Dlaczego zwykły dzień nie może być dla nas świętem? Czy te świąteczne uczucia są choć trochę szczere? Myślę, że to bierze się z chęci oczyszczenia sumienia, poczucia spełnienia „świątecznego obo-wiązku”, zapraszając krewnych na Wigilię, lub kupując dziecku upragniony prezent w celu zaspokojenia jego potrzeb. Bardzo duży wpływ na tego typu postawy mają również wszechobecne dzisiaj media, które pod przykrywką miłości i ciepła domowego ogniska traktują święta jako czysty zysk, wciągając w szał przedświątecznych za-kupów każdego, kto pojawi się w centrum handlowym. Jednak, mimo wszystko, te

"Tymczasem jednak, korzystajmy z Karnawału i - z nadzieją na lepsze jutro - bawmy się!"

najważniejsze ze świąt, nigdy nie stracą swojego uroku. Powinniśmy pielęgnować tradycję, nie ulegać przed-świątecznej gorączce i spędzać świąteczny czas z tymi, których naprawdę kochamy. Kilka dni temu przywitaliśmy Nowy Rok – 2010. Każdy zapewne ma jakieś noworoczne postano-wienia, które będzie starał się zrealizować, a one być może zachęcą go do rachunku sumienia lub szczerego podsumowania zeszłego roku. Tymczasem jednak, korzystajmy z Karnawału i - z nadzieją na lepsze jutro - bawmy się! Nie zapominajmy oczywiście o uśmiechu, bo jak mówi William Arthur Ward: „Ciepły uśmiech to uniwersalny język dobroci”. Paulina Januszewicz Zimowe uroki (to nie czary!)
„Zima jak co roku zaskoczyła drogowców…” – taki opis ujrzałam na gg u mojej koleżanki, tuż po tym, jak pod koniec zeszłego roku pogoda gwałtownie się zmieniła, i z nieba spadło sporo iałego puchu. Uśmiechnęłam się wtedy do siebie. Bo czy nie jest to prawda?


Wydawałoby się, iż to, że zima jest jedną z czterech pór roku, kalendarzowo zaczyna się zawsze 22 grudnia, i – co zawdzięczamy klimatowi naszego kraju – nierzadko bywa obfita w opady śniegu (choć w ostatnich latach nie zawsze), nie po-winno nikogo dziwić. I to jest właśnie paradoks, że nadejście zimy co roku wywołuje niemałe zaskoczenie u całego społeczeństwa. Ludzie wstają rano i rzędną im miny, gdy widzą za oknem swój zasypany samochód. Potem tłuką się nim do pracy co najmniej o pół godziny dłużej niż zazwyczaj, bo drogi są zaśnieżone, bo jakiś pojazd na letnich oponach spowodował gigantyczny korek. Cóż się dziwić tej sytuacji; kto mógł przewidzieć tak nagłe nadejście mrozu i białych płatków spadających z nieba (chociaż dzieje się to co roku)? Dlatego też wydaje mi się, że ludzie nie lubią zimy. Co rusz słyszę od



kogoś „mogłoby już zrobić się cieplej”, „kiedy w końcu nadej-dzie ta wiosna?”. Dla mnie jednak jest ona czasem aktywnym – narciarsko – i jedno-cześnie pięknym… Wydaje mi się, że świat w kolorze bieli wygląda wcale nie gorzej, niż ten w czasie jesieni czy wiosny. Wszystko ma swój urok. Chciałam też tutaj przytoczyć pewien sympatyczny przykład, może zachęci on kogoś do polubienia zimy. W ostatni weekend wybrałam się z moim tatą na spacer do lasu. Moje miasto szczęśliwie posiada taki piękny zakątek – wielki teren parkowoleśny - który w lecie kwitnie zielenią, a zimą wygląda prawdziwie bajecznie w tym śniegu. Z przy-jemnością spacerowałam między pokrytymi białym puchem drzewami; śnieg skrzypiał mi pod sto-pami. Z radością muszę stwierdzić, że co chwilę spotykaliśmy młodsze i starsze dzieciaki, poubierane w grube kombinezony; ciągnąc najróżniejsze rodzaje sanek biegły w stronę górki, aby się tam pobawić. Były też i całe rodziny; ojcowie chcąc sprawić przyjemność swoim pociechom, sadzali je na sanki i ciągnąc je przemierzali leśne dróżki. Spotkałam wtedy naprawdę sporo osób, zupełnie tak, jakby ta piękna zimowa pogoda wyciągnęła z domów pół naszego miasta, jakby ona sprawiła, że zwykle zajęci wieloma obowiązkami, pochło-nięci rutynowymi zajęciami ludzie (nawet dorośli), zaczęli się uśmiechać; z radością małego dziecka przez całe przedpołudnie rzucali się śnieżkami i razem ze swoimi dzieciakami lepili bałwany. Doprawdy aż ciepło się robi na sercu. Może jednak ta zima nie jest taka straszna…? Joanna Osada Ironia losu



„Zapamiętaj: nigdy więcej nie biegaj w krótkim rękawku na mrozie”. Od kilku dni powtarzam sobie w myślach nieustanie, aż do znudzenia, to jedno zdanie. A czasu na takie przemyślenia mam naprawdę dużo, bowiem leżę właśnie rozłożony w łóżku z gorączką wahającą się w granicach 38 stopni Celsjusza. Leżę i, choć wcale nie chcę, myślę. No bo co mam niby innego do roboty? Tak więc w potach, wraz z towarzyszącym mi szumem w głowie, myślę i dumam… Jak na razie ustaliłem kilka rzeczy, które tak naprawdę już dawno wiedziałem. Szybko doszedłem do wniosku, że mój los jest bardzo wścibski, a nawet, rzekłbym, ironiczny. Czyżby sobie ze mną pogrywał? Na myśl mi od razu przychodzą wydarzenia sprzed kilku dni. Oto widzę siebie. Idę właśnie z dwoma kolegami przez zaśnieżoną ulicę. Z nie-ba pada biały puch, z parapetów zwisają sople lodu, a z pochy-lonych dachów co chwilę spadają na ulicę ciężkie, zlepione porcje śniegu (jakby go czasami zabrakło), bombardując zakaptu-rzonych zmarzniętych przechodniów w ciepłych zimowych kurtkach i płaszczach. No właśnie, tu jest mały detal, który odróżniał mnie od wszystkich (normalnych) ludzi. Wszyscy byli ciepło ubrani i pozawijani, a ja, choć morsem nie jestem, paradowałem w krótkim rękawku na tle tego zimowego klimatu. I, jak na ironię, na pytanie moich kolegów o to, czy nie jest mi czasami trochę zimno, odpowie-działem, że rzeczy-wiście, jest mi zimno, ale nawet jakbym zachorował to bym się ucieszył, ponieważ teraz na koniec

"Ach, gdyby ten wielki polski poeta w chwili pisania tych czterech wersów wiedział, jakie mi męki kiedyś sprawi, może by się zastanowił nad tym, co robi… Nieważne, w każdym razie chciałbym powiedzieć na koniec: nie róbcie tego nigdy!"

semestru będzie dużo sprawdzianów… Dla sprostowania, nie mówiłem tego oczywiście poważnie, bo aż taki głupi nie jestem, żeby cieszyć się z choroby. Chciałem po prostu „zakozaczyć”, co mi oczywiście początkowo wyszło (później się okazało, że bokiem). Co więcej, również wtedy moja rozmowa z kolegami zeszła na temat innego, pełnego ironii incydentu, który przydarzył się pod koniec zeszłego roku pewnemu panu, a mia-nowicie Januszowi Kochanowskiemu. Ten człowiek, dla informacji, jest polskim Rzecznikiem Praw Obywatelskich. To on walczył zaciekle o szczepionki na świńską grypę w Polsce (niestety nieskutecznie), a tymczasem sam, jak na ironię, zachorował na tę chorobę pod koniec grudnia 2009r. Szczerze powiem, że śmiałem się z tego. Przytoczyłem nawet fragment fraszki innego Kochanowskiego, tym razem Jana – renesan-sowego poety. Brzmiał on tak: Ślachetne zdrowie Nikt się nie dowie, Jako smakujesz, Aż się zepsujesz. I oto proszę, kilka dni później pożałowałem tego wszystkiego. Teraz sam leżę i cierpię, a w głowie dźwięczą mi na przemian dwa zdania. Jednym jest zdanie od którego rozpocząłem artykuł, drugim jest przytoczony cytat. Ach, gdyby ten wielki polski poeta w chwili pisania tych czterech wersów wiedział, jakie mi męki kiedyś sprawi, może by się zastanowił nad tym, co robi… Nieważne, w każdym razie chciałbym powiedzieć na koniec: nie róbcie tego nigdy! Nie naśmiewajcie się z czy-jegoś nieszczęścia, bo naprawdę nie warto, a wiem co mówię. Z mojego możecie, pozwalam, niech stracę. A tak poza tym, coś w tym jest, rodzice jednak często mają rację. Jak na ironię… Marcin Jasiński Czar Karnawału
Kolejny rok odszedł bezpowrotnie, by ustąpić miejsca nowemu, świeżutkiemu, który, jak to zwykle bywa, za 365 dni zyska miano starego i w końcu też odda swoje miejsce następnemu, a tamten jeszcze nowszemu i tak w kółko...


Taka już jest kolej rzeczy. Jednak nie o tym będzie ten tekst. Chciałabym poruszyć wystrzałowy temat, jakim jest karnawał. Nareszcie, po długim okresie wstrzemięźli-wości, nadchodzi okazja do tego by poszaleć. Karnawał to czas zimowych balów i za-baw. Kto nie marzy o tym, żeby znaleźć się pośród mieniących się tysiącem barw kostiu-mów i dekoracji? A uwierzcie, że nie musi do być wcale karnawał w Rio de Janeiro. No, bo co z różnego typu maska-radami?! Maski, loczki, sukienki i garniturki, stroje dziwne i dzi-wniejsze. Moim zdaniem: bomba! Nadszedł czas wielkiego szaleństwa. Na serio, bez zahamowań. Najbardziej kolorowy czas w roku, aby zapomnieć o otaczającym nas świecie, puścić wodze fantazji, a po-tem bawić się na całego. Karnawał, karnawał... Co się z nim kojarzy? Imprezy, muzyka,



tańce, po raz kolejny imprezy, alkohol i... jeszcze więcej imprez. Dziwi i wręcz dener-wuje fakt, że większość ludzi woli się napić i upić niż porządnie pobawić. A przecież karnawał nie jest czasem pijaństwa, ale dobrej zabawy, niekoniecznie wśród butelek z alkoholem i zakropionego nim to-warzystwa. Co z Wami? Tak być nie może, zastanówcie się. A może by tak wspaniałomyślne i wręcz fenomenalne postanowienie nowo-roczne: „nie będę pić, wolę dobrą zabawę”? W każdym miejscu na świecie obchodzi się ten czas inaczej. Wiecie co Wam powiem? Od zawsze kręci mnie karnawał w Rio! Szczęściarze, którym udało się tam spędzić jakiś czas. Druga impreza na tą samą skalę, Notting Hill Carnival w Londynie też jest ogromną zabawą, prezentującą różnego typu korowody i gros fantastycznych atrakcji. Długość trasy korowo-du karnawałowego mierzy ponad 5 kilometrów, a samych uczestników jest około 50000! Przecież to muszą być niesamowite doznania! Te stroje, kolory, fajerwerki... Serce rośnie na samą myśl o tym. Po prostu coś niezwykłego. Szkoda jedynie, że w naszym kraju nie ma imprez aż na taką skalę. Pocieszające jest jednak to, że niektóre

"Jako małolaty chętnie bawiliśmy się nawet przy najgorszych i najbardziej żenujących hitach. A teraz? To mi się nie podoba, tamto nudne, to za wolne, więc uciekam, co by mnie przypadkiem ktoś do tańca nie poprosił..."

z polskich imprez są naprawdę dobre. Mnie osobiście czas karnawału przypomina czasy wcze-snej podstawówki. To właśnie ten okres zapadł mi w pamięci najbardziej. Hmm... Bale kostiumowe. Cóż to było za poruszenie, gdy wszystkie dzieci szalały z radości, że ten będzie ninją, tamten piratem, a jeszcze inny Zorro! Co ciekawe, same wcześniej wyga-dywały, które za co się przebierze i nie było niespodzianek, choć później i tak wszyscy twierdziliśmy, że nie poznaliśmy tej drugiej osoby. Pamiętam, jak któregoś razu prze-brałam się za Kopciuszka. Wielkim przeżyciem było to, że mamuśka kupiła mi „naszyjnik z niebieskimi diamentami”. Owy łańcuszek trzymam do dziś, jednak wiem już, że nie są to diamenty. Miałam też wtedy prawdziwą suknię balową (kiecka z ko-munii)! Kiedy byliśmy mniejsi, myśleliśmy, że naprawdę jesteśmy księżniczkami albo rycerzami i mieliśmy z tego niezmierną radość. Przyznam, że zostało mi to do dziś i nadal uwielbiam się przebierać. Za bardzo uparłam się co do tego dzieciństwa. Jako małolaty chętnie bawiliśmy się nawet przy najgorszych i naj-bardziej żenujących hitach. A teraz? To mi się nie podoba, tamto nudne, to za wolne, więc uciekam, co by mnie przypadkiem ktoś do tańca nie poprosił... Może więc choć raz, podczas tego karnawału odpuścicie sobie te wszystkie idiotyzmy i pobawicie się tak na maksa? Może któraś z dziewczyn zaprosi chłopaka stojącego pod ścianą do tańca, a może to właśnie ten chłopak sam się ruszy? Karnawał poza czasem szaleństwa i imprez jest także czasem wielu zmian i postanowień.



Może właśnie teraz nadarzy się okazja by wreszcie przestać być nieśmiałym i przełamać lody? Może to już też czas najwyższy na zmianę wizerunku? A może odpowiednia chwila by pozbyć się nałogu? U jednych dokonają się niewielkie zmiany, innych zaś zaskoczy, wewnętrzne bądź zewnętrzne, „buum”. Często zastanawiam się, jak będzie wyglądał karnawał, powiedzmy, za 50 lat. Obecnie technologia posuwa się w tak zawrotnym tempie, że kto wie, czy kiedyś nie będziemy szaleć np. na Księżycu. To by mogło być ekscytujące! Latać sobie gdzieś tam w przestworzach i bawić się jak na normalnej imprezie. Zapewne zmienią się efekty specjalne na dyskote-kach, a muzyka może mieć lepsze i cieka-wsze, bądź gorsze i monotonne brzmienie. A jak Wy sobie to wyobrażacie? Dobra, koniec gdybania. Niektóre z moich ciekawych pomysłów nie powinny ujrzeć światła dziennego. Zaczął się ten barwny czas, pełen wymyślnych dekoracji i kreacji. Niech będzie dla nas dobrą okazją ku temu by wyjść z domu i zaszaleć. Należy nam się odpoczynek od codzienności. A jeśli chcemy się dobrze bawić w tym roku, zacznijmy już dziś. Każdy, kto chce mieć wiele kolorowych wspomnień, które będzie mógł kiedyś przekazać wnukom (jeżeli takowe się oczywiście w jego życiu pojawią) albo po prostu chce dobrze zacząć ten rok, musi na niej zawitać. Marta Pawłowska Rio de Janeiro, czyli skąd się wziął karnawał?
Większość ludzi kojarzy Rio właśnie ze słowem karnawał.


Poza tym jednym określeniem trzeba jednak dodać, że jest to ogromne miasto, na skraju wyżyny, w południowowschodniej części Brazylii nad Oceanem Atlantyckim. Wśród sąsiadujących z nim wzgórz najpiękniejszym jest chyba tzw. Głowa Cukru nad zatoką Guanabara. Oprócz niego istnieje jednak także drugie – i bardziej charakterystyczne – Corcovado, na którym stoi jeden z najbardziej rozpoznawalnych pomników na świecie: posąg Chrystusa Zbawiciela. Na niezwykłą imprezę, która odbywa się tam corocznie od piątku do wtorku poprzedzającego Wielki Post (oczywiście jedynie oficjalnie – tak naprawdę całe wydarzenie trwa bardzo długo, a przygotowania rozpoczynają się nawet w sierpniu!), zawsze przybywają miliony turystów. Bogaci cudzoziemcy opanowują ulice, przeciskając się przez świetnie bawiący się tłum, który pragnie jedynie popaść choćby w namiastkę alkoholowego zamroczenia i opalić się



na ciemny brąz. Tydzień przed otwarciem uroczy-stości rozpoczynają się wielkie karnawałowe bale, w których warto uczestniczyć choć raz w życiu – nie są czymś, o czym można by kiedykolwiek później zapomnieć. Sam pochód organizo-wany jest w teatrze pod gołym niebem, Sambo-dronie, w którym mieści się aż 60 tysięcy widzów – właściwie jest to Rua Marques do Sapuçai, w pobliżu m Praça Onze, na zachód od Centro, obudowana jedynie trybunami. Nigdy jednak nie wystarcza miejsca dla wszystkich. Na uroczyste zakończenie pochodu fragmenty strojów – na przykład pióra czy barwne wstążki – są bardzo często porzucane pod teatrem. Trzeba jednak pamiętać, że właściwie istotą korowodu jest rywaliza-cja tamtejszych szkół samby. Przez cały rok czternaście brazylijskich szkół tańca ciężko przygotowuje się do wystąpienia na ruchomej, przejeżdżającej przed oczami zachwyconych widzów platformie. Wszystko rozpoczyna się przekazaniem przez burmistrza kluczy do bram miasta wraz z wi-dowiskowym pokazem sztucznych ogni, a kończy wyborem najlepszej szkoły tuż nad ranem. Stroje taneczne są jednym z najważniej-szych elementów pokazu – większość tancerek i tancerzy nosi skąpe, przyciągające wzrok, barwne kostiumy, w których wyglądają jak w drugiej skórze. Każda ze szkół dyspo-nuje również setkami bębniarzy, tysiącami śpiewających i tańczących fanów. Brazylijczycy tworzą najbardziej widowiskowe wyda-rzenie świata – nieświadomi lub niepomni potwornego zamieszania i ogłusza-jącego hałasu, ociekający potem, lecz mimo wszystko szczęśliwi. Ludzie, którzy nie są fanami określonej szkoły, turyści, obserwatorzy, nawet osoby chcące zapomnieć na chwilę o szarości zwyczajnego życia, chętnie dają się porwać feerii barw i równie chętnie podą-żają za platformami w tanecznych korowo-dach prowadzonych przez amatorskie zespoły taneczne zwane bandas. Czasami można dostrzec gdzieś w tłu-mie osobę o nakryciu głowy długości niemal pół metra, czasami na cały kostium składają się jedynie damskie stringi, ozdobione kilkoma górskimi kryształami. Dzieje się tak nie tylko z chęci zabawy, ale także z powodu swoistego rodzaju chęci zaimponowania innym i mieszania się kultur – udział w korowodzie może wziąć każdy, o ile tylko uda się do Rio wystarczająco wcześnie i wstąpi do jakiejś szkoły samby, które bardzo chętnie przyjmują obcokrajowców. Aby dostać najlepsze miejsce, trzeba oczywiście wykupić bilet, kosztujący około 40$, który upoważnia do wstępu na sambódromo. Sprzedają je biura podróży oraz strony internetowe. Około miesiąca przed rozpoczęciem jednak



bardzo trudno jest już trafić na naprawdę dobre miejsca. Ludzie stoją w kolejkach godzinami. Bardzo łatwo się rozczarować, jako że część biletów wykupują także wspomniane już biura podróży. Kolejna szansa pojawia się dopiero o północy w dniu imprezy, w kilka godzin po rozpoczęciu występów. Wtedy bilety na główną trybunę potrafią stanieć nawet do 10 $! Czy jednak poza karna-wałem wiecie cokolwiek o Rio? Bardzo wielu ludzi odpowiedziałoby że tak, oczywiście, wiedzą – tylko co? Przecież i cariocas – jego mieszkańcy – poza przygotowywaniem barwnych strojów i trenowaniem układów tanecznych także muszą się czymś zajmować. Chociaż tak naprawdę wszyscy tylko czekają, aż nastanie. Ludzie z uboższych sfer składają pieniądze na karnawałowy strój czy bilety przez cały rok. Wiele pieniędzy przeznacza się na dekorowanie ulic, które rozpoczyna się na długo przed uroczy-stościami. Wszyscy bawią się chociaż ten jeden raz w roku – nawet jeśli przez resztę będą musieli ciężko pracować, aby móc to kiedyś powtórzyć. Wielu z dziewięciu milionów mieszkańców powoli męczy się

"Czy jednak poza karnawałem wiecie cokolwiek o Rio? Bardzo wielu ludzi odpowiedziałoby że tak, oczywiście, wiedzą – tylko co? Przecież i cariocas – jego mieszkańcy – poza przygotowywaniem barwnych strojów i trenowaniem układów tanecznych także muszą się czymś zajmować."

takie jak Ipanema, świetne piwa – na przykład Antarctica, oraz przede wszystkim: zupełnie zapierającą dech w piersiach przyrodę, którą odkryjesz naprawdę dopiero po wycieczce na szczyt Głowy Cukru. Jedną z kolejnych rzeczy, których musisz koniecznie doświadczyć, jest muzyka – bossa nova. Styl ten wyewoluował z jazzu, ale zawiera kilka zupełnie niespotykanych dotąd trendów. Zaraz za nią podąża rewia, np. w Platformie – gdzie pojawią się popisy artystów, jakich jeszcze nie widziałeś. Oczywiście jeśli zechcesz wejść na Głowę Cukru, naprzeciwko dostrze-żesz z całkiem bliska posąg Chrystusa, który, jak pewnie powiedzą ci poznani mieszkańcy, zaprojektował Francuz. Powinieneś jednak wiedzieć, że Francuz ten miał polskie korzenie i nazywał się Paul Landowski. I jeśli rzeczywiście zdobyłeś się na przyjazd tutaj, nieważne jest, jak wiele czasu nie będziesz spał. Już na zawsze pokochasz to miejsce – skoro zadbało o to, by rzucić na ciebie swój urok, zapragniesz jeszcze kiedyś tu powrócić, gwarantuję! Agata Hajduk „Jeszcze tylko sto dni do matury…”



Mam wrażenie, że wszystkie rozmowy wokół zdominował jeden temat: stu-dniówka. O pardon, tematów jest kilka: partnerzy na stu-dniówkę, kreacje, podwiązki, przesądy i ceny taksówek. Tak chyba wygląda „owczy pęd”. Okej, nie będę się czepiać, sama mu ulegam – mając za sobą niemal miesięczne poszukiwania sukienki trudno temu zaprzeczyć. Nie chodzi jednak tylko o to, żeby na tej studniówce być – chodzi o to, żeby coś jeszcze z niej pamiętać. I wcale nie mam na myśli domniemanej amnezji poalkoholowej i późniejszego kaca. Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że studniówki tracą swój klimat – przynajmniej ja dochodzę do tego wniosku, porównując wspomnienia moich rodziców ze wspomnieniami zna-jomych, którzy nawet jeszcze nie skończyli studiów. Kilkadziesiąt lat temu – mimo, iż odbywały się nawet w południe – pamiętało się je do końca życia. A przynajmniej do mo-mentu, kiedy opowiedziało się je swoim dzieciom u progu ich własnego balu. A teraz? Teraz trwa licytacja – kto z kim idzie, kto kupił droższą (rzadziej: ładniejszą) sukienkę lub buty, kto ma przed sobą ile prób fryzury i w ogóle ile czasu wcześniej musiał się zapisać do fryzjera. A im bliżej tego dnia, tym częstsze stają się opisy na GG czy statusy na facebooku z rodzaju: „Ufff… sukienka już, jeszcze tylko cała reszta.” czy: „Kto ze mną pójdzie (tu data) na studniówkę?”. Ale czy tak naprawdę chodzi o to, kto będzie miał sukienkę Versace a kto (tylko) kupioną w Reserved? Czy nie powinniśmy się raczej skupić na tym, żeby dobrze się bawić?

"Czasami, kiedy słucham rozmów na ten temat, mam wrażenie, że wartość wspomnień zależy tylko od tego, ile w całą zabawę włożyliśmy – nie serca, tylko pieniędzy."

Czasami, kiedy słucham rozmów na ten temat, mam wrażenie, że war-tość wspomnień zależy tylko od tego, ile w całą zabawę włożyliśmy – nie serca, tylko pieniędzy. A potem wchodzimy na salę i okazuje się, że tę samą kreację z naj-nowszej kolekcji kupiły trzy inne dziewczyny – w samej naszej klasie, nie liczę już sześciu innych z innych klas i kolejnych czterech w ramach osób towarzyszących. I po co było to wszystko? Po co był ten stres i prze-siadywanie godzinami w solarium tylko po to, by wyglądać pięknie na zdjęciach, skoro fotograf i tak uwieczni moment, kiedy będziemy mieć najbardziej idiotyczną minę z możliwych? A więc moi drodzy, bawmy się, ale nie dajmy się zwariować – wyglądajmy jak księ-żniczki i książęta z baj-ki, ale niech to nie przesłoni nam czaru samej nocy! I niech to będzie prawdziwa Gorączka Sobotniej Nocy. Magdalena Kelniarz Trendy studniówkowe
Moda na studniówkę? Właściwie nie ma takiego określenia. Ważne, żeby założyć coś, w czym będziesz czuła się swobodnie, pięknie i pewnie, żeby mieć swój własny styl, no i żeby koleżanka nie miała takiej samej sukienki.


Ubierz się odpowiednio do sytuacji. Pamiętaj, że na tym balu będziesz bawiła się razem z nau-czycielami i nie możesz szokować – to nie dys-koteka, żeby świecić negliżem albo być ob-wieszoną ozdobami jak choinka na święta. Jeśli wybierasz skromną sukienkę, starannie do-bierz dodatki, które nada-dzą całości odpowiedniego charakteru. Jeśli masz długą suknię, która sama w sobie jest ozdobą, wystarczy skrom-ne uczesanie, kolczyki np. perełki i do tego delikatny łańcuszek. Gdy sukienka jest czarna, dobierz do niej ko-lorowe dodatki, które nieco „ożywią” strój – to nie jest pogrzeb a najlesza zabawa w życiu! Nie rób z siebie „starej maleńkiej” – buty w szpic, koki, sukienki, które z powodzeniem mogłaby założyć seniorka rodziny tylko dodadzą ci lat. No i z pewnością zadziałają na niekorzyść. Ubierajmy się adekwatnie do wieku. Studniówka to nie czas, aby podkreślać swoje mankamenty. Zakryj np. wylewające się boczki, krótkie nogi, a odsłoń to, co w tobie najpiękniejsze, co odwróci uwagę od



wad. Pomoże ci odpowiedni fason sukienki. Dama Sukienka, która sama jest ozdobą. Wersja dla pań o pięknym „tyle”, szczupłych oraz z wcięciem w talii. Tą sukienką pod-kreślisz to, co masz najlepsze. Buty – mogą być nawet baleriny – nikt ich nie zobaczy. Kolor czerwony odpowiedni głównie dla ciemnowłosych. Delikatne upięcie włosów – np. klasyczny, gładki kok jak na zdjęciu. Srebrna bransoletka i kolczyki – to twoje wszystkie dodatki. Klasyka stylu To się nazywa wersja uniwersalna, czyli klasyk – coś co zawsze będzie modne, będzie trwało wiecznie, chociaż nowe trendy przychodzą i od-chodzą. Taki jest kolor czarny – tutaj połączony z białym. Jeśli wybierzesz czarną sukienkę, możesz zaszaleć z dodatkami – czerwone szpilki czy usta są jak najbardziej pożądane. Pamiętaj jednak, że pewnych kolorów się nie łączy. Wbrew pozorom czarny nie wygląda dobrze z każdym z możliwych, chyba że masz na sobie rurki. Ta zasada nie dotyczy jednak sukienek. Zatem nie łącz jej raczej z zielenią, żółcią itd. Grecka bogini Musisz jedynie uważać, by nikt cię nie nadepnął i byś sama nie potknęła się o poły twojej sukni. Dodatki i uczesanie jak wyżej – im skromniej, tym lepiej. Sprawdzi się przede wszystkim dla szczuplutkich dziewczyn, ponieważ tym bardziej „kobiecym” tylko doda ciężkości. Nikola Bochyńska „Własne imię do dla każdej osoby najsłodszy i najważniejszy dźwięk w jakimkolwiek języku”. Dale Carnegie
Lecytyna naturalna


Dla wielu z nas za-pamiętywanie imion to nie lada wyzwanie. Tym bardziej, kiedy przedstawią Ci się dwie lub trzy osoby naraz (a co gorsza, więcej!), już po chwili usłyszane imiona po prostu wylatują Ci z głowy. Wydaje mi się, że jest to dosyć popularnym problemem, co zaś nie oznacza, że niemożli-wym do rozwiązania. Jest parę sposobów, dzięki którym będziesz mógł zaimponować innym świetną pamięcią do imion, a przynajmniej mieć własną satysfakcję, że już nie musisz ich mylić, denerwując tym samym poznane osoby. Jeśli chcesz zrobić dobre pierwsze wrażenie, wystarczy, że zapamię-tasz imię i użyjesz go w jednej z początkowych rozmów. Sprawi to, że nowo poznana osoba poczuje się w jakiś sposób ważna (wybrana?) i otworzy furtkę do nawiązania z nią dosyć ciekawej relacji. Zacznij od podjęcia



decyzji: „Zapamiętam imię osoby, którą poznam”. Zazwyczaj, kiedy witamy się z kimś po raz pierwszy, nie przywiązujemy dużej wagi do imienia, które nosi, zaś skupiamy się bardziej na osobowości rozmówcy. I dobrze. Za to imię tajemniczego gościa znika z naszej głowy tak szybko, jak szybko się w niej pojawiło. Dlatego tak ważne jest zobo-wiązanie się przed samym sobą do zapamiętywania imion ludzi, których się poznaje. W ramach wyjaśnienia: nie ma czegoś takiego jak „zła pamięć do imion”, bądź całkowity jej brak. Jeżeli nie zapamiętujesz imion, oznacza to, że nie robisz nic, żeby je zapamiętać. Zacznij więc robić coś w tym kierunku. Istotnym elementem jest z pewnością skupienie. Słuchaj tego, co mówi dana osoba, w jaki sposób się przedstawia. Zwróć też uwagę na jej wygląd, wyraz twarzy. Pewne charakterystyczne cechy mogą Ci pomóc w tworzeniu skojarzeń (patrz niżej). Dosyć pomocne w za-pamiętywaniu jest powtarzanie, w tym przypadku: powtarzanie imion. Najlepiej zacznij od razu zwracać się do gościa po imieniu. Możesz też wymawiać

"W ramach wyjaśnienia: nie ma czegoś takiego jak „zła pamięć do imion”, bądź całkowity jej brak. Jeżeli nie zapamiętujesz imion, oznacza to, że nie robisz nic, żeby je zapamiętać. Zacznij więc robić coś w tym kierunku."

w głowie jego/jej imię albo - jeżeli masz możliwość – zapisać je na kartce, czy w tele-fonie, przy zapisywaniu numeru. Zależy to od okoliczności, w jakich się spotykacie. Sam fakt zapisania wspo-może Twoją pamięć. Po usłyszeniu nowego imienia twórz w głowie obrazy, oparte na skojarzeniu go z jakimś przedmiotem, czy sytu-acją. Najlepiej, żeby obraz był przesadzony, śmieszny, ruchomy – to znacznie ułatwi Ci zapamiętanie (np. Marysia – ma rysia, Anna – wanna). Jest to banalnie proste. Kiedy już stworzysz taką zabawną asocjację, zatrzymaj powstały obraz w głowie na kilka sekund. Teraz, gdy tylko będziesz chciał przypomnieć sobie dane imię, wpadnie Ci do głowy to skojarzenie. Możesz już teraz stworzyć sobie kon-kretne asocjacje do wszystkich imion. Wtedy poznając na

"Gdy zapamiętywanie imion przestanie już być dla Ciebie problemem, nie pozostaje Ci nic innego jak tylko ich używać. Pokaż ludziom, że je pamiętasz."

przykład Marysię, dopasujesz do niej odpowiedni obraz. Tym bardziej kreatywnym polecam tworzenie nowych wyobrażeń. Jeśli zdarzyło się tak, że nie mogłeś wykorzystać żadnej w powyższych technik lub po prostu w jakiś niewyjaśniony sposób zdarzyło Ci się zapomnieć imię nowo poznanej osoby – spytaj o nie jeszcze raz. Osoba ta na pewno z chęcią ponownie Ci je poda. Jest to o wiele lepsze rozwiązanie, niż dopuszczenie do sytu-acji, w której będziesz musiał wymówić to imię, zupełnie go nie pamiętając. Wybierz jedną z po-niższych technik, bądź używaj wszystkich jednocześnie. Najlepiej przetestuj je, sprawdź, która najbardziej Ci odpowiada i jej się trzymaj. Połączenie dwóch technik sprawi, że zapominanie imion nie będzie miało z Tobą szans. Gdy zapamiętywanie imion przestanie już być dla Ciebie proble-mem, nie pozostaje Ci nic innego jak tylko ich używać. Pokaż ludziom, że je pamiętasz. Jeżeli chcesz kogoś o coś zapytać, zwracaj się po imieniu, wplataj je w zdania. Nowo poznana osoba poczuje się przyjemnie, gdy zda sobie sprawę, że dopiero co się poznaliście, a Ty już pamiętasz jej imię. Zrobisz na niej świetne wrażenie, a Wasza rozmowa wejdzie na zupełnie inny poziom. Jagoda Migoń W poszukiwaniu przewagi



Nasz inwestor, wiedząc już czego ma szukać – statystycznej prze-wagi, wyrusza na poszukiwania. Wyciąga wykresy, tabele stóp zwrotu, może jakąś gazetę, albo kupuje program do analizy (chociaż i tak wszyscy ściągają z Internetu…) i próbuje doszukać się jakichś powtarzających się tendencji, czyli znaleźć metodę wejścia i wyjścia z rynku. Po kilku dniach ma już opracowaną strategię, która w przeszłości dałaby całkiem spory zysk – „Ciekawe czemu wcześniej na to nie wpadłem” - myśli sobie i rusza by ją zastosować w praktyce. W ten oto sposób popełnia szereg błędów. Po pierwsze, próba badań, które przeprowadził, jest zbyt mała. Zwykle wygląda to tak, że po obejrzeniu kilku wykresów jesteśmy skłonni snuć daleko idące wnioski o jakieś regularności, bo coś powtórzyło się 4 razy, zupełnie ignorując fakt, że na innych wykresach takiego zjawiska w ogóle nie ma. Aby badania były solidne, należy przeprowadzić je przynajmniej na danych z ostatnich 10-ciu lat przeprowadzonych na kilku instrumentach. Zasady wejścia i wyjścia z rynku muszą być jasno określone, a na podstawie historycznych danych należy sprawdzić, jakie transakcje i kiedy zostałyby przeprowa-dzone. Następnie należy opracować krzywą kapitału . Może się okazać, że mimo obiecujących perspektyw, strategia już w prze-szłości prowadziła do bankructwa! Po drugie, prawdopo-dobnie w każdej trans-akcji będzie wykorzy- stywał cały kapitał. Niby nie ma w tym nic złego, bo to, jaką część kapitału będzie wyko-rzystywał, nie jest aż tak istotne jak to, ile może stracić w poje-dynczej transakcji. Jednak używanie całego kapitału w każdej transakcji z pewnością przekracza dopuszczalne ryzyko. Co ciekawe, zdaniem Van Tharpa,



postawa osób, których strategia w jednej transakcji dopuszcza stratę przewyższającą 3%, stoi na pograniczu hazardu. Dodam tylko, że wniosek ten wysnuty został na podstawie szerokich badań statystycznych, a więc jest wiarygodny. W takim razie jeśli np. maksymalna strata w danej transakcji, jaka wynika z naszych zasad wejścia i wyjścia na rynek wynosi 9%, to w transakcję angażujemy maksymalnie 1/3 naszych pieniędzy, tak aby strata mieściła się w założonych wcześniej trzech procentach. Po trzecie, cała uwaga naszego inwestora - jak i większości inwestorów - skupiła się na zna-lezieniu strategii przy-noszącej zyski, zupełnie ignorując najważniejszą kwestię – psychologię. W obliczu rynkowych zawirowań, inwestorzy wystawieni są na wiele różnorodnych pułapek psychologicznych. Emocje, jakie towarzyszą in-westowaniu – chciwość i strach – powodują, że nasze myślenie w klu- czowych momentach jest nieracjonalne. Do tego dochodzą różnego rodzaju działania, wykonywane pod wpływem chwili – czy wiedzieliście, że np. ludzie chętniej zamy-kają pozycje, które przynoszą zysk, niż te które przynoszą stratę? A przecież powinno być dokładnie odwrotnie! Każdemu, kto choćby liznął inwestowania, pewnie przynajmniej o uszy obiło się takie utarte giełdowe powiedzenie – „Tnij szybko straty i daj zyskom rosnąć”. Dlaczego więc większość z nas czyni odwrotnie? Inwestowanie musi być poprzedzone dogłębnym poznaniem swojej psychiki. O psychologicznych pułapkach inwestowania będę pisał w kolejnym miesiącu. Zresztą pierwszy błąd naszego inwestora to też swego rodzaju pułapka psychologiczna. Choć to, co proste jest piękne - a proste strategie najczęściej są najlepsze - to nie każdy prosty sposób, który wydaje się być dobry, rzeczywiście nim jest. Idąc dalej tym tropem, większość z nich nadaje się, kolokwialnie mówiąc, na śmietnik. Jeśli na dziesięć strategii, które opracujemy, dwie będą przynosić zysk w długiej perspektywie, to już mamy powód do zadowolenia. Z kolei jeśli z tych, które będą przynosić zysk, jeden na dziesięć okaże się strzałem w dziesiątkę (czytaj – będzie przynosił solidne zyski) to w krótkim czasie możesz drogi czytelniku zostać rentierem, o ile oczywiście skupisz wystarczająco dużo uwagi na kolejnych dużo ważniejszych elementach Twojego systemu – zarządzaniu kapitałem i psychologii, z naciskiem na to drugie. Piotr Kulessa Moc grudniowych wspomnień



Koniec roku zachęca do pewnych podsu-mowań. 2009 był pełny niezwykle in-teresujących wydarzeń, także w dziedzinie mediów – również tele-wizji. Warto odnotować… Właściwie, po co cokolwiek podsumo-wywać? Rozliczę się z wszystkiego, jak już rzucę tę moją amatorską publicys-tykę. Nie zmusi mnie do tego żaden Sylwester, ani inny Zygmunt. Choćby nosił nazwisko SolorzŻak. Piąty grudnia. Rok zamierzchły, bo 1992. W eterze pojawia się sygnał stacji tele wizyjnej, która do dzisiaj jest stałym gościem polskich teleodbiorników. Nic z tego nie pa-miętam. Tak samo jak nie pamiętam co najmniej trzech pierwszych lat funkcjonowania Polsatu, bo o nim mowa. Pierwsze, co pamiętam z telewizji, to Domowe przedszkole i pewien program, który przed nim był emitowany, a którego nazwę zapomniałem. Ale to TVP. Polsat kojarzy mi się przede wszystkim z różnorakim anime, które stacja Solorza namiętnie dawniej wyświetlała, jako jedna z pierwszych w Polsce (pierwszeństwo należy tu do zapomnianej już Polonii1). Kto nie pa-mięta Czarodziejki z Księ-życa? Mydłopowidłocoś tam! W późniejszych już czasach były też Pokemony… A potem tazo na szkolnych korytarzach, simsamsum! Po części panegirycznej (Polsacie! Mojego dzie-cięctwa muzo!) czas się trochę poznęcać. Było jeszcze Idź na całość! (czerwone koty w wor-kach), Życiowa szansa (te emocje! graj va banque! no co ty robisz?), Awantura o kasę (Kaszę… Kacę… Kasię…), Rosyjska ruletka (zaraz spadnie, zobaczysz!) i Gra w ciemno (bierz te koperty, ko-bieto!). To z teleturniejów. Paszporty Polsatu! Rzecz, która stała się przebojem polskich ciętych ripost (Nic mi nie zrobisz, bo mam Paszport Polsatu!) na długie lata. Do teraz

"...trzy rzeczy w życiu są pewne: śmierć, podatki i Kevin sam w domu w każde święta."

nie bardzo pojmuję, o co w tym zielonych książeczkach szło. Pewnie o jakieś nagrody. Było również audiotele, był program o dźwięcznej nazwie Hugo. I najważniejsze: to Polsatowi zawdzięczamy zjawisko wynaturzonych superprzestojów (w ten sposób sprytnie zachęcam do zapoznania się z moją wcześniejszą twórczością w Outro), przynajmniej na gruncie polskim. Najlepsze i tak zostawiłem na koniec. Chciałbym, z tego miejsca, podziękować stacji p. Solorza za to, że dzięki nim ludzie mają do dyspozycji ten frazes, że trzy rzeczy w życiu są pewne: śmierć, podatki i Kevin sam w domu w każde święta. Marek Suska PS. Ale z frazesem zgadzać się nie trzeba. „Czasy są ciężkie dla marzycieli"...



...mówi ten facet, odwraca się i od-chodzi. Po drodze przeskakuje przez ogrodzenie. Czasy są ciężkie, jeżeli ktoś woli to, co piękne, od tego, co szokujące. Na co komu marzenia, na pewno nie nam, najwyżej psu na złość, łzom na kość. Nie, odwrotnie. „Silni, cyniczni, z ironicznie zmrużonymi oczami”, a późną nocą umie-ramy, chorując na marzenia. A dwa i pół tysiąca lat temu żył ktoś zadziwia-jący – pewien podróżnik, badający ludzkie zwyczaje i historię. Coś go gnało, ciągle czegoś szukał, usiłował poznać i zrozumieć. To właśnie „Dzieje” Herodota dostał Ryszard Kapuściński wyruszając w swoją pierwszą wielką podróż do Indii. A chciał tylko przekroczyć granicę, choćby z Czechosłowacją, chodziło mu przede wszystkim o przekroczenie granicy, mógłby zaraz wrócić, odbierał to przecież jak wyszukane przeżycie metafizyczne, a tu - od razu Indie. W ten sposób sam Kapuściński staje się Herodotem, jeszcze zanim rozpocznie badania nad jego dziełem. Kolejne podróże do Chin i różnych zakątków Afryki pozwalają mu niejako odtworzyć trasy pokonane przez antycznego historiozofa. Jego fascynacja historią, którą przecież wcześniej studiował, nabiera zu-pełnie innego wymiaru, bo jak sam mówi: „Przeskakiwanie z epoki do epoki jest stałą pokusą człowieka, który będąc niewolnikiem i ofiarą nieubłaganych reguł czasu, chce choć przez moment i bodaj iluzorycznie poczuć się jego panem i władcą, stanąć ponad nimi i móc różne etapy, stadia i okresy dowol-nie ze sobą składać, łączyć, rozdzielać i przestawiać.” Szczególne mają dla mnie te słowa nie jest w tym pewna magia, trzeba tylko ją dostrzec, nauczyć się patrzeć na historię - nie jak na suchą opowieść pełną faktów i dat, ale właśnie jak na pewną



podróż – także w głąb siebie. Bo tam właśnie ukryci są konkretni ludzie, w losach których możemy przeglądać się jak w zwierciadle. Już starożytni – może nawet Herodot już to wiedział – mówili: ‘historia est magistra vitae’, co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że historia jest nauką o życiu. Pozwala nam tylko żyć bardziej, daje szansę wyciągnięcia wniosków, postawienia pytań. No i możemy podróżować do woli, wedle życzenia. I tu wracamy już do książek, bo z nimi sprawa ma się przecież dokładnie tak samo. Już kiedy byłam małą dziewczynką uważałam to za misterium, swojego rodzaju czary: siedząc w swoim pokoju w malutkim polskim miasteczku - mogłam podróżować po całym świecie. („I Herodot z zapałem i zachwytem dziecka poznaje swoje światy. Jego najważniejsze odkrycie – że jest ich wiele.”). W samej swojej formie już jest wyjątkowa. Nie umiem określić jaki to gatunek – coś pomiędzy reportażem z podróży a trafnym komentarzem do fragmentów „Dziejów” – to jest książka ponadgatunkowa. Kapuściński pisze prosto. Ale to nie jest prostota bylejaka, ona jest precyzyjna, przemyślana, czemuś służy. Lekkość, a wręcz gawędziarski styl opowiadania tworzy tu taką atmosferę, jakbyśmy i my czuli na plecach ostre indyjskie słońce i zapach kadzideł dokoła. „Podróże z Herodotem” są jak niespodziewana radość, nagła decyzja o podjęciu wyzwania, jak lody malinowe w upalny letni dzień, kiedy na nowo odkrywamy jakąś cześć siebie, o której zapomnieliśmy, której istnienia w sobie nawet nie podejrzewaliśmy. Czystą chęć poznania, zrozumienia, uszanowania. Nie wymyślajmy na siłę, nie bądźmy ‘wielcy’ ani ‘potężni’, nie bądźmy marzycielami „przy szczelnie zamkniętych oknach”. Dam ruskiego rolexa komuś, kto zrozumie wszystkie cytaty i aluzje, ale naprawdę nie mogę inaczej. Anna Żmuda Podsumowując...
... ubiegły już 2009 rok, można powiedzieć, że dla świata muzyki był wyjątkowo udany. Powroty po przerwie, koncerty, eventy, nowe krążki, wydane single – na wszystko było miejsce w minionym roku.


Po dość długiej przer-wie w karierze, na scenie pojawił się Eminem, wydając na-prawdę dobry krążek „We made you”, a tytułowy singiel długo utrzymywał się na najwyższych miejscach światowych list przebojów. Udany powrót po ponad rocznej przerwie, zaliczył też ATB, a kawałki z płyty „Future memories” wciąż królują na dyskotekowych parkie-tach. Największy sukces odniósł singiel „What about us”. Wielkim zaskoczeniem dla fanów był nowy krążek The Black Eyed Peas „ The E.N.D”, w którym grupa pokazała się z nieco innej strony. W utworach takich jak „Boom boom pow”, czy „I gotta feeling” można usłyszeć housowe brzmienia. Zresztą nie powinno to nas dziwić, gdyż z BEP współpracę podjął nie kto inny a sam David Guetta, o których również warto wspomnieć. Wydał on płytę nieco inną niż poprzednie, ale bardzo udaną. Na krążku „One love” można usłyszeć też

"Rok 2009 był obfity w różnego rodzaju wydarzenia muzyczne. Najpierw Toxicator, później House Summer Session, Soundtripolis, Electrocity, Sensation, Sunrise Festival no i oczywiście Mayday, który obchodził w tym roku swoje dziesiąte urodziny."

m.in. Kelly Rowland czy Akona, którzy użyczyli swojego głosu. Nie można zapomnieć też, że Green Day w końcu wydał nową płytę. „ 21st century breakdown” nie odniosła takiego sukcesu jak poprzednia płyta „American Idiot”, ale jest bardzo udana, a singiel „21 guns” długo utrzymywał się na wysokich miejscach list przebojów. Jednak najwięcej w Polsce mówi się o Agnieszce Chylińskiej. Gdy wydała krążek „Modern Rocking” w mediach zrobiło się gorąco. Starzy fani mieli za złe, że zmieniła klimaty, nowi byli zachwyceni dance’ową składanką. No cóż – jakby nie było, płyta pokryła się platyną, więc zmiana wyszła Chylińskiej na dobre. Wracając do płyty - naprawdę, nie jest zła! Rok 2009 był obfity w różnego rodzaju wydarzenia muzyczne. Najpierw Toxicator, później House Summer Session, Soundtripolis, Electrocity, Sensation, Sunrise Festival no i oczywiście Mayday, który obchodził w tym roku swoje dziesiąte urodziny. Z okazji tych festiwali w Polsce poja-wiły się gwiazdy świa-towego formatu m.in.: Westbam, Ferry Cor-sten, ATB, Felix Krö-cher, Dominik Eulberg, Valentino Kanzyani, Robert Natus czy BFront. Oczywiście, nie obyło się bez koncertów. U2 dało świetny występ na chorzowskim stadionie. Żeby zobaczyć ich występ ludzie pojawiali się w Chorzowie na długo przed rozpo-częciem imprezy. Przybyli nie tylko z Polski, ale także z Czech, Słowacji czy Niemiec. Innym ważnych wydarzeniem był kon-cert Madonny w War-szawie Fani i prze-ciwnicy piosenkarki kłócili się o datę jej występu. Zwyciężyli fani, którzy tłumnie przybyli by podziwiać swoją idolkę. A kto królował w radiu? Oprócz wcześniej wymienionych arty-stów, wokalistki takie jak Lady Gaga czy Beyonce. „Pokerface” praktycznie wciąż kró-luje na listach, tak samo jak „Bad romance”. „Sweet dre-ams” czy „Halo”. Sandra Kałuża