Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
OUTRO
Spis treści SPIS TREŚCI
Nie całkeim poważnie - czyli co
w grudnowym numerze.
Przepraszam, czy to juz? str. 6
A jak Wy wysyłacie życzenia świąteczne? A prezenty
- w listopadzie, czy grudniu?
Są Święta? Będą Prezenty! str. 9
Tekst udowadniający, że Boże Narodzenie i mnogość jego tradycji to temat rzeka. Czy mieliście podobne problemy przy śpiewaniu kolęd?
Laponia, czyli z wizytą u Św. Mikołaja str. 12
Kolejna część przewodnika podróżnika na łamach Outro. Tym razem proponujemy Wam wyprawę - spełnienie dziecięcych marzeń - kto by nie chciał odwiedzić Mikołaja?
Tył zwrot str. 14
Felieton o tym, że czasem warto się zatrzymać i pomyśleć nad własnym życiem. Może przy okazji Świąt?
O społeczeństwie słów kilka str. 16
Felieton na temat społeczeństwa, którego częścią jest każdy z nas.
Czy przyjaźń damsko - męska jest możliwa? str. 18
Spychologiczne rozważania na temat rekacji międzyludzkich.
W poszukiwaniu Świętego Graala str. 20
Kolejna część cyklu "Poradnik inwestora" na temat inwestycji giełdocych i zasad inwestowania.
Rolniku, kup wóz ogumiony! str. 22
O okazji zbliżajacej się rocznicy wyrpwadzenia stanu wojennego, rozważanianad okresem PRL. W tle reklama Prince Polo i studia marketingu i zarządzania.
„W mediach nie powinno być miejsca na gladiatorskie popisy!” str. 24
Wywiad z dziennikarzamy Radia Wolna Eropa. Rozmowa na temat działalności radia i kondycji polskich mediów. Przewrotne zawezwania str. 29
Czyli kolejna część stałego działu "Ramówka". Tym razem autor tekst ma propozycję dla prezesa TVN'u.
Duma i uprzedzenie str. 31
Recenzja. Nieco inne spojrzenie na klasykę. Dalej twierdzisz, że uwielbiasz Zmierzch?
Gdzie powitać Nowy Rok? str. 33
Sylwester już za pasem, najwyższy czas pomyśleć, gdzie spędzimy noc sylwestrową.
Wychodzimy poza schemat
Ogólnopolska gazeta młodzieżowa
Redaktor naczelny:
Kamil Wiśniowski
Zastępca:
Monika Töppich
Sekretarz redakcji:
Piotr Kulessa
Korekta:
Magdalena Kelniarz
Martyna Kłopeć
Dziennikarze:
Nina Dąbrowska
Szymon Godyla
Nikola Bohyńska
Sandra Kałuża
Maciej Kulina
Marek Suska
Anna Żmuda
Marcin Jasiński
Agata Hajduk
Marta Pawłowska
Skład techniczny:
Kamil Reszka,
Rafał Równicki
Jarosław Stępień
Projekt okładki i grafiki:
Angelika Marchewka
Zdjęcia:
Internet – licencje otwarte
Kontakt: outro.redakcja@o2.pl
Subskrypcja:
subskrypcja.outro@gmail.com
Outro - nazwa ścieżki dźwiękowej stanowiącej zakończenie albumu.
Swoiste wyjście z płyty.
Wstepniak
Od świętniak :)
Święta dopiero przed nami, jednak prezent od redakcji, kolejny numer miesięcznika „Outro”, trafia w Wasze ręce już dziś. Otwieramy przed Wami również nową możliwość – subskrypcję, dzięki niej będziecie powiadamiani o wydaniu kolejnego numeru naszego miesięcznika na wasz email.
Jak pewnie zdążyliście już zauważyć z numeru na numer staramy się być coraz lepsi. W wydaniu grudniowym będziecie mogli zaobserwować wyszczególnione działy stałe, które będą ukazywały się systematycznie.
W Wasze ręce trafia, więc dział „ramówka”, w którym możecie przeczytać wypociny Marka Suski na temat telewizji, „poradnik inwestora”, w którym Piotr Kulessa przedstawia zagadnienia związane z funkcjonowaniem giełdy. Nie możemy zapomnieć również o „recenzjach”, wktórych Ania Żmuda przedstawia nam swoją ocenę wybranych książek.
Pozostaje nam przekazanie Wam jeszcze jednej ważnej informacji. W ciągu minionego miesiąca Piotr Kulessa oficjalnie został mianowany na stanowisko sekretarza redakcji. Życzymy mu powodzenia! Tymczasem jednak czekamy wciąż na wasze zgłoszenia do redakcji! Nie zapominajcie, że jeśli jesteście zainteresowani współpracą z nami wystarczy ze napiszecie na email redakcji podając kilka informacji o sobie i dodając do tego swój tekst.
MiK
INFORMACJA
W związku z problemami technicznymi systemu QMAM podawana data publikacji listopadowego wydania miesięcznika Outro jest błędna, ukazał się on 10.11.2009.
Przepraszam, czy to już?
Felieton
Nigdy chyba nie zapomnę wycieczki szkolnej do Krakowa sprzed 2 lat, gdy to piątego listopada, tuż po uroczystości wszystkich świętych, wszedłem do jednego z tamtejszych centrów handlowych, albo jak to teraz się przyjęło modnie mówić - galerii, choć ze sztuką nie ma to nic wspólnego. Przeżyłem szok. Otóż wszędzie były już przystrojone choinki, w tle co jakiś czas leciały piosenki stricte świąą-teczne, a na wystawach sklepowych tematem do-minującym były propo-zycje na prezent świą-teczny dla bliskiej osoby. Może dla większości „tamtejszych” było to normą, ale jak dla mnie było czymś nienormal-nym. Ledwie odetchnę-liśmy po cmentarnym maratonie, a już staru-jemy w kolejny, chyba najdłuższy w roku – świąteczny. Już na po-czątku wakacji jeden z banków oferował konto świąteczne, by kiedy na-dejdzie grudzień i będzie trzeba kupić prezenty, mieć na to odłożone fundusze. Co roku zadaje sobie pytanie, co będzie pierwsze: śnieg czy świą-teczna reklama CocaColi? W tym roku chyba się udało, śnieg u mnie spadł wcześniej. Faktem jest, że kolejnego dnia pozo-stały po nim tylko kałuże, ale był. Sukces częściowy, ponieważ na etykietach tego napoju świąteczny nadruk był już od końca października, no cóż, może w przyszłym roku, ostatnio bardzo zakręcona pogoda, pozwoli mi na pełną satysfakcje. A tak wracając do kwestii białego puchu, to z tego co pamiętam, kilka os-tatnich wigilii nie było wcale tak białych, jak ukazują je w telewizji czy na pocztówkach, dlatego w tym roku zastanawiam się nad przystrojeniem w domu palmy, być może dzięki temu wyprzedzę trend. Pewnie sąsiedzi nie popatrzą na mnie jak na zdrowego człowie-ka ale za kilka lat po-zazdroszczą mi mojego wyczucia i sami zrezyg-nują z choinki tak ściśle
Felieton "Chociaż kiedy słyszę słowo „choinka” od razu na myśl przychodzą mi ‘spotkania przy choince’, taka imitacja wieczerzy wigilii Bożego Narodzenia."
kojarzącej się ze śniegiem (pewnie dlatego gro ludzi swoją domową traktuje sztucznym śniegiem w aerozolu). Chociaż kiedy słyszę słowo „choinka” od razu na myśl przycho-dzą mi ‘spotkania przy choince’, taka imitacja wieczerzy wigilii Bożego Narodzenia. Niektórzy tak to nawet nazywają używając słowa ‘wigilia’ jako nazwy własnej, nie zawracając uwagi na to, że oznacza ono: (według wikipedii) dzień lub czu-wanie (często związane z tradycyjnym posiłkiem wieczornym) poprze-dzające ważne święto lub jakieś nadzwyczajne wydarzenie. Dlatego każ-dy z nas może sobie zrobić wigilie własnych narodzin albo innego ważnego dnia dzień przed jego nadejściem i nie powinno być w tym żadnego błędu. A tak wracając do tych spotkań przy choince, wigilii itd. zwał jak zwał, to w tam-tym roku zaliczyłem ich aż 6 oraz siódma – ta właściwa wigilia Bożego Narodzenia w domu z resztą rodziny. Pierwsze kolędowanie i sma-kowanie potraw świątecznych odbyło się już w pierwszą niedziele adwentu podczas spot-kania mieszkańców mojej wsi na Wainachtfeście, a dalej to już się toczyło, była dwa razy z gośćmi z zagranicy, którzy przyje-chali na wymianę młodzie-żową, z klasą, ze znajomymi, z emerytami (mimo że mam 17 lat) itd. Teraz to już chyba każdy z każdym chce się integrować poprzez przełamanie się opłatkiem i składanie sobie wza-jemnie życzeń.
I poruszyłem kolejny te-mat – życzenia. Można tradycyjnie wysłać kartkę, nowocześnie poprzez smsa, komunikator inter-netowy albo poprzez znany portal społecz-nościowy. A więc: kartek już się nie wysyła, bo to niemodne i czaso-chłonne, w tamtym roku dostałem tylko od babci; smsy i komunikatory to teraz normalność, wys-tarczy znaleźć unikatową treść i na zasadzie kopiujwklejwyślij roze-słać do o znajomych i rodziny. W ubiegłe święta hitem były ‘kartki świąteczne’ w popu-larnym serwisie
Felieton "Rozmieniamy się na drobne, gubiąc w tym wszystkim samego siebie. Ciągle zabiegani, mili dla innych pokazujemy jak potrafimy świętować, jednak czy w tym wszystkim czujemy magię świąt tak samo jak wtedy, gdy byliśmy małymi dziećmi?"
społecznościowym, wys-tarczyło tylko wybrać od-powiedni model kartki, zaznaczyć opcję ‘wyślij do wszystkich’ i każdy twój znajomy natychmiast dostawał serdeczności. Ja pierwszą dostałem już 9. grudnia, trochę szybko, ale lepiej szybciej niż wcale. No właśnie, czy to lepiej? Nie lepiej byłoby zobaczyć dekoracje oraz reklamy świą-teczne tuż przed świę-tami? Zjeść Wieczerze Wigilii Bożego Narodzenia w wigilię? Dostać szczere życzenia płynące z serca dopiero w same święta albo jak jest ku temu okazja? Rozmieniamy się na drobne, gubiąc w tym wszystkim samego siebie. Ciągle zabiegani, mili dla innych pokazujemy jak potrafimy świętować, jednak czy w tym wszyst-kim czujemy magię świąt tak samo jak wtedy, gdy byliśmy małymi dziećmi?
Szymon Godyla
Są święta? Będą prezenty!
Felieton
Boże Narodzenie to jedno z tych ciepłych i radosnych świąt, które miło się wspo-mina. Jest to czas wspólnie spędza-nych z rodziną chwil. Co może być ciekawszego od mało śmiesznych kawałów jeszcze mniej śmiesznego wujka, z któ-rych i tak wszyscy się śmieją, czy od miny dziecka, które otworzyło właśnie prezent z ko-lejnym (nietrafionym zresztą zupełnie) swe-terkiem cioci. Tak, pre-zenty. I tu zaczyna się problem. Zazwyczaj wy-gląda to w ten sposób: „Nareszcie święta! Znowu będą prezenty!”. Ej, ludzie, to nie ta bajka, jak sądzę. Nie ważne jest przecież, że Franek dostał laptopa a Marysia skarpetki, prawda? To nie powinno nas interesować, gdyż nie każda rodzina ma wysokie dochody. Zresztą, Boże Narodzenie to nie tylko różnego typu podarunki. To przede wszystkim czas przeba-czania. Poza tym, prezenty to tylko chwilowa pociecha. Podobnie wygląda to z czuciem śwątecz-nego nastroju”. Przecież to nie powinno mieć nic wspólnego z reklamą CocaColi. Nastrój świąt tworzą kolędy, choinka, pasterka oraz wiele innych starych tradycji, a nie jak to by się mogło wydawać re-klamy czy też świątecznie udekorowane centra handlowe. To wszystko ma na celu namówić nas na kupno jak największej ilości prezentów, o których mowa była wcześniej. Kolejny etap, kolędy. Nic nie robi tak dobrze na świąteczną, wesołą at-mosferę jak wspólne fałszowanie. No, bo fakt faktem, nie każdy potrafi pięknie śpiewać. Ale wiecie? To wszystko nieważne. Grunt by wszyscy dali z siebie, co mogą! Nie wiem jak u Was, ale w mojej rodzinie panuje tradycja, że jeżeli ktoś chce dostać swój prezent, musi zaś-piewać. Ja nigdy nie lu-
Felieton
biłam wystąpień pub-licznych, więc etap dosta-wania prezentów był dla mnie co najmniej horrorem. Na szczęście rodzina nie stosuje już takich brutalnych metod, a wspólne śpiewanie kolęd wychodzi całkiem nieźle. Co jeszcze? Ach tak, pasterka! Nie wiem dlaczego, ale w każdym kościele msze odbywają się w zasadzie o nor-malnej porze, maksy-malnie około godziny 22. Mój kościół oczywiście musi być lepszy i pas-terka zaczyna się o 24. Jest to istny pogrom, gdyż połowa osób zasypia bądź mdleje. Na koniec mszy można zauważyć spory spadek frekwencji. Jednakże pasterka sama w sobie jest najpięk-niejszą mszą, jaka może istnieć, jeżeli można to tak w ogóle określić. Co prawda trwa dość długo, ale czuje się tę „magię świąt”. Kolędy z akom-paniamentem organ są bardzo uroczyste i mają w sobie taką siłę i radość. Może kolejny wątek? Wigilia. Już samo słowo brzmi smakowicie, prawda? No tak, w zasadzie każdemu kojarzy się ona tylko z pysznymi potrawami domowej ro-boty. Mi tak nie do końca. Jest taki zwyczaj, że przed posiłkiem czyta się Pismo Święte. U mnie robi to co roku inne dziecko. Niestety czasami przypada to też mnie, a ja naprawdę nie lubię wystąpień publicznych! Później wszyscy dzielą się opłatkiem. To jest moim zdaniem najlepszy moment tego wspa-niałego dnia i nie chodzi tu wcale tylko o to, że lubię opłatek. Najpięk-niejsze chwile następują wtedy, gdy każdy życzy sobie szczerze wszyst-kiego najlepszego nie- zależnie od tego czy akurat godzinę temu zadarł nosa z mamą lub tatą, czy też nie. Ale tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodzi. Chcę Wam pokazać, że Boże Narodzenie to nie prezenty czy dekoracje i reklamy. Są to jedynie jego dodatki. Tak napraw- dę, to jest to wszystko, od śpiewania kolęd po jedzenie bożonarodze-niowych potraw. W na-szych czasach niestety tradycje odchodzą w za-pomnienie. Już w niewielu domach zostawia się puste nakrycie na stole, czy też kładzie się sianko pod obrus, a na wsiach nie spotyka się już
Felieton "Zastanówcie się jak Wy zinterpretowaliście święta. Czy było to to samo dziecinne podejście, czy też może podchodzicie do tego bardziej racjonalnie?"
wędrujących kolędników. Kiedyś to było wielką atrakcją, sama pamiętam jak będąc jeszcze małym brzdącem spędzałam Wigilię u babci na wsi. Odwiedzili nas kolędnicy. To było niesamowite. Trzej królowie, diabeł, anioł... Bardzo się wtedy przestraszyłam. No tak, co mogło pomyśleć sześ-cioletnie dziecko widzące jakieś stwory. Ale to i tak jest niezapomniana chwila, bo kiedy zaczęli śpiewać rozchmurzyłam się i śpiewałam razem z nimi, wraz z całą rodziną. O takie chwile trzeba dbać. Teraz zastanówcie się jak Wy zinterpretowaliście święta. Czy było to to samo dziecinne podejście, czy też może pod-chodzicie do tego bardziej racjonalnie?
Marta Pawłowska
Artykuł
Dawno, dawno temu… Nie, akurat ta historia za-czyna się trochę prościej. Nie dalej niż czternaście lat temu bowiem nastąpiło pewne, bardzo ważne dla historii dziecięcej, wyda-rzenie – minister spraw zagranicznych Finlandii uroczyście przekazał La-ponię we władanie św. Mikołaja. Święty ten, tak bardzo sławny, przyjmuje w swojej wiosce w tym niewielkim „państwie” ty-siące turystów każdego roku – wielu ludzi z chęcią spełnia bowiem swoje ma- rzenia z dzieciństwa i wy-rusza w wielką podróż, by spotkać go osobiście. Niewielu się to udaje, ale na osłodę gorzkich trudów poszukiwań kraina oferuje znakomite atrakcje, które pozwalają na chwilę za-pomnieć o wypatrywaniu czerwonego stroju zza śnieżnych zasp, na przyk-ład wyprawę psim zaprzę-giem (może niezupełnie jak sanie Świętego, ale zawsze to wielka przy-goda), potrawę z renifera (może nie można się na nim przejechać, ale za to można go zjeść), likier z arktycznych poziomek, jedyny taki na świecie. Nic nie da się też porównać z możliwością zobaczenia na własne oczy zorzy po-larnej.
Kto z nas w dzieciństwie nie pragnął choć przez chwilę zobaczyć na własne oczy lodowego pałacu? Wiele biur podróży chętnie zabierze nas tam teraz, jako odrobinę starszych ludzi, byśmy mogli podzi-wiać także srogość i pięk-ność tego niezwykłego kraju, o którym tak na-
Artykuł
prawdę prawie nic nie wiadomo, który kusi i zaskakuje pełnią magii i niezwykłych legend. Jest jednym z ostatnich takich w Europie, a każda wycieczka w tamten re-gion okazuje się nieza-pomnianym przeżyciem.
Fińskie miasto Rovaniemi, nieformalna stolica La-ponii, w pobliżu której znajduje się wioska św. Mikołaja, jest wciąż oble-gane przez turystów nie tylko z tego powodu – nieopodal, można by rzec, znajduje się koło podbie-gunowe, które może nie jest aż tak magiczne i fikcyjne, ale i tak unika-towe, jako jedno z dwóch takich na świecie!
W Laponii słońce przez kilka miesięcy w ogóle nie zachodzi. Mieszkają tam także niezwykli lu-dzie, hodowcy reniferów, którzy są odporni na wszystkie temperatury – zimą, gdy temperatura w nocy spada poniżej trzydziestu stopni, oni potrafią kąpać się między krami. Jednak latem, kiedy nie wybieramy się z wizytą tylko na biegun, kraina ta wydaje się nawet piękniejsza – można przysiąść na poboczu, na trawie, na samiutkim brzegu jakiegoś polodowcowego jeziora, obserwować nietkniętą cywilizacją dziewiczą przyrodę,
i pisać wiersze albo rozmyślać. Zawsze można też napisać przyszłoroczny list do Mikołaja…
A kiedy już przesiąkniemy przyrodą, wilgocią i zim nem, gorącą herbatą chętnie poczęstują nas rdzenni mieszkańcy La-ponii, Saami. Jeśli wykażemy się kulturą i przepięknym, nastro-jowym uśmiechem, może nawet zaproszą nas do jednego ze swoich namiotów…
Agata Hajduk
W tył zwrot
Felieton
I znów nadszedł grudzień. Dwunasty, ostatni miesiąc roku. Kolejny raz przyjdzie Mikołaj, znowu kolę-dowe pieśni będą nam oznajmiać o Bożym Na-rodzeniu, a na końcu, w huku petard i fajer-werków przywitamy Nowy Rok. Ludzie będą dla siebie milsi, na ulicy spotkamy mnóstwo uś-miechów. Będziemy mieli więcej wolnego, aby świętować oraz spędzić trochę czasu z rodziną I znów, jak co roku grudzień przyniesie nam dużo radości oraz odpo-czynku. Więcej wolnego czasu zapewne niejedn-ego z nas skłoni do-przemyśleń. Moim zda-niem ważny jest taki okres w roku, kiedy można się zatrzymać i przemyśleć pewne rze-czy. Dla wielu z nas jest to doskonała okazja, żeby spojrzeć na swoje życie z nieco innej strony i podsumowując miniony rok, skreślić kolejną kres-kę w kalendarzu. Jednak ktoś by się mógł zapytać: po co nam to? Po co z roku na rok rozczulać się nad swoim życiem, sumować co się zrobiło źle, a co się zrobiło dobrze? Po co w ogóle liczyć czas? Święta, to przecież taka nuda. Jak zwykle, już od listopada będą trąbili o wyprze-dażach świątecznych, znów powieszą kilka lampek w centrum, ko-lejny raz pośpiewamy kolędy, później kilka dni wolnego i wyjadania resz-tek ze świątecznego stołu. I tak do sylwestra. A tu znowu, jak co roku, cały świat będzie sobie życzył Happy New Year!”, prezydent wygłosi orę-dzie, na wszystkich kan-ałach telewizyjnych będą transmitowane naj-większe imprezy w Pol-sce, a na zakończenie przywitamy Nowy Rok. Nowe nadzieje i nowe plany. Po tym wszyst-kim znów wrócimy do zwykłego życia. Biznes-men będzie myślał o nowych inwestycjach, a złodziej o nowych kra-dzieżach. Uczeń będzie się martwił nawałem nauki i sprawdzianów,
Felieton "Kolejny raz przyjdzie Mikołaj, znowu kolędowe pieśni będą nam oznajmiać o Bożym Narodzeniu, a na końcu, w huku petard i fajerwerków przywitamy Nowy Rok."
a poeta napisze kolejny wiersz o przemijaniu. Znów, jak co roku, wpad-niemy w wir codzienności i monotonii. Więc po co zamartwiać się nad swoim życiem, skoro i tak z po-wrotem wrócimy do tego co było? W 2008r. powstał film pt. Jestem na tak”, w którym Jim Carrey odgrywał główną rolę. Była to kolejna produkcja z udziałem tego komika. W humorystyczny sposób opowiadała ona his-torię mężczyzny w śred-nim wieku, który popadł w prawdziwą monotonię życia. Carl, bo tak mu było na imię, wiódł zwy-kłe, szare życie i pod-chodził do wszystkiego z dystansem. Był samot-ny, nie miał przyjaciół, dziewczyny, ale to tylko i wyłącznie z własnej winy, był człowiekiem, który zamiast wyjść z kolegami na piwo, wolał zostać w bezpiecznym domu i nieangażować się w życie towarzyskie. Jego los byłby zapewne okrutny i smutny, gdyby nie pewien zwariowany kolega, który to zmusza go do wzięcia udziału w spotkaniu grupy ludzi na tak. Tam, pewien charyzmatyczny guru za-chęca go do zmiany trybu życia i przyj-mowania z zapałem wszystkich propozycji jakie mu się nadarzą. I oto, z gbura i samotnika, Carl przemienia się w du-szę towarzystwa. Wesoły, uśmiechnięty, chętnie podejmuje coraz to nowe wyzwania, a jego życie zmienia się dia-metralnie. Poznaje nową dziewczynę, odnosi sukcesy w pracy. Historia ta, choć fikcyjna, pokazuje nam jednak, że ludzie mogą się naprawdę zmienić. Nie możemy liczyć, że odbędzie się to tak łatwo i kolorowo jak w filmie, ale przy odro-binie chęci i wiary, jest to możliwe! Wystarczy tylko tego chcieć. Życzę Wam i sobie, niech te święta pozwolą nam zatrzymać się i ujrzeć, jakimi naprawdę jesteś-my, pomogą dostrzec, co robimy źle i ustalić co chcielibyśmy zmienić, aby nie popełniać znów tych samych błędów i wracać do starego, monotonnego życia.
Marcin Jasiński
O społeczeństwie słów kilka
Felieton
Dostałam w tym mie-siącu polecenie napi-sania czegoś o społe-czeństwie. O Boże, przecież to temat rzeka. Jak mam do tego podejść, z punktu widzenia jednostki –oby-watela, czy ucznia i dziew-czyny w klasie o profilu społeczno - prawnym? Nie, to będzie nudne, nikt tego nie przeczyta. Sama bym się tym nie splamiła. Co mogę więc powiedzieć o społec-zeństwie? Wychodzę na ulicę. Liście już spadły, gniją na chodnikach. Gołe drzewa szaleją na wietrze jak marne gałązki. Idę dalej, mijam paru ludzi. Wszyscy wydają się być zmęczeni. Próbuję się uśmiechnąć, nikt nie
odpowie tym samym. "Idiotka” – pomyślą. Co to? XXI wiek.
Mam więc społeczeństwo: konsumpcjonistyczne, ponure, nastawione na osobiste dobro, zamknięte. Zdajemy się kierować zdaniem Marksa o walce klas – silniejsi przedsta-wiciele wygrają ze słab-szymi.
Ciągle się śpieszymy i go- nimy za czymś, czego nie możemy mieć. Gdy to zdobędziemy, okazuje się, że przestało być potrze-bne, chcemy jeszcze tego i tego, i tego "Chomikujemy” więc różne graty, zbie-ramy, składamy, produ-kujemy coraz więcej śmieci. Chodzimy na zakupy, bo jednoczą rodzinę, są rozrywką – to jedyna okazja, by się razem spotkać. Nasze święta są na tyle dobre, ile jest na stole, pod choinką. Dodatkowe nakrycie szy-kujemy tylko symbol- icznie, mając nadzieję, że nikt nie przyjdzie. Do kościoła chodzimy, bo tak "wypada”, by po wyjściu z kościoła zdrowo sobie przekląć i obgadać tę grubą "Jolkę”. W tramwaju patrzymy na siebie po-dejrzliwie: "Jakiś facet mi się przypatruje, o Boże, ukradnie mi torebkę!” Mam tego serdecznie dość. Wychodzę na ulicę. Słońce przebija się przez lekką pokrywę chmur. Ach, jak cudownie! Ludzie nigdzie się nie śpieszą. Zdaje się, że czas stanął w miejscu.
Felieton
Uśmiechnęłam się do jakiejśpani z dzieckiem. Odpowiedziała mi tym samym całując swoją pociechę w czoło. Nic nie muszę. Wyszłam w dresie i wielkiej bluzie z kapturem. Nie zwróciłam niczyjej uwagi, widziałam bardziej ekstrawagancko ubranych ludzi. Spotykam kole-żankę, rozmawiamy wesoło, stwierdza, że nie widział-yśmy się tyle, ale nic między nami się nie zmie-niło. Jakie jest więc społe-czeństwo? Myślę, że to zależy od nas. Wiem, że należę do niego, jestem marną jednostką wśród sześciu miliardów dusz na świecie. Wiem, że sama mało mogę, bo jestem uzależniona od innych. Ale biorę los w swoje ręce. Codziennie działam, żeby być szczęśliwą, mieć coś z życia. "Jesteśmy robotnikami w białych koszulach, wykonujemy prace, których nienawi-dzimy, aby kupić niepo-trzebne nam gówno” – to mój ulubiony cytat i święta prawda. Ale kto tak naprawdęzrozumie życie i jego sens? Na dobrą sprawę rodzimy się, uczymy, żeby dostać dobrą pracę, zarobić pie- niądze i nie czekać z upragn-ieniem na emeryturę, bo brakuje nam do pierw-szego. Mamy wnuki, które czasem nas odwiedzą i starzejemy się z obawą, że gdy trzeba będzie za-dzwonić po pogotowie w razie domniemanego zawału, nie będzie miał kto tego robić. "Va-nitas vanitatum” - życie człowieka to marność nad marnościami. Jednak zróbmy coś, by ta nasza chwilka na świecie znaczy ła więcej, niż wypalona zapałka. A może powie-dzieć tak jedynie ten, kto stara się działać. Żeby nie zginąć. Żeby pomagać innym, wykonywać coś nie tylko dla siebie, własnego dobra, ale też dla korzyści ogółu. Kto jest świadom swoich obo-wiązków i praw, i chce ich przestrzegać. Kto głoś-no powie: TAK”, gdy pozostali mówią NIE”, myląc się. Kto nie jest obojętny na to, co nie-dobrego (bądź dobrego, ale to raczej rzadkość) dzieje się w polityce. Jeśli pomyślałeś o sobie: spełniam te wymagania, to znaczy, że jesteś członkiem społeczeństwa
OBYWATELSKIEGO czyli takiego, które bierze los w swoje ręce. Zastanów się tylko do jakiego typu ludzi należysz– wy-chodzącego na szarą ulicę z ponurą miną czy do tego, który energicznie stawia krok do przodu w przeświadczeniu, że robi dobrze.
Nikola Bochyńska
"Mam więc społeczeństwo: konsumpcjonistyczne, ponure, nastawione na osobiste dobro, zamknięte. Zdajemy się kierować zdaniem Marksa o walce klas – silniejsi przedstawiciele wygrają ze słab-szymi."
Przyjaźń damsko - męska, czy to możliwe?
Bez wątpienia jest to temat, który dotyczy więk-szości nastolatków i nie tylko. Czy w dzisiejszych czasach relacje między dziewczyną a chłopakiem mogą istnieć bez podłoża seksualnego?
Felieton
Swoje dywagacje roz-pocznę od dziedziny psy-chologii. Umysł kobiety różni się w wielu aspek-tach od umysłu męż-czyzny. Przykładem może nam posłużyć system emocjonalny, który w mózgu kobiety znaj- duje się w trochę innym położeniu, aniżeli u mężczyzny (stąd choc-iażby płacz na filmach). Skóra kobiety jest siedem razy delikatniejsza i bar-dziej wrażliwa. Sposób myślenia też bywa od-mienny. Cechą charakte-rystyczną u „płci brzyd-kiej” jest mówienie o konkretach i nieow-ijanie w przysłowiową "bawełnę". U kobiet jest wręcz przeciwnie, co potwierdzają godziny plot-kowania czy przeciągające się zakupy. Wszystkie te zależności doprowadziły do podzielenia społec-zeństwa na dwie drużyny: kobiet i mężczyzn.
Czasy się jednak zmie-niają, a razem z biegiem wskazówki zegarowej – obyczaje. Zaglądamy do historii, a konkretnie do lat 70. Ludzie zmęczeni ciągłymi konfliktami, wojnami oraz dyktaturą
Felieton "Mało komu przychodzi na myśl relacja chłopaka z dziewczyną bez podtekstu seksualnego. Wyjątkiem są tu homoseksualiści, do których przyczepiono łatkę pt. „Gej jest najlepszym przyjacielem kobiety”.
próbują coś zmienić w swoim życiu. Dochodzi do wielu protestów przec-iwko komunizmowi. W atmosferze rewolucji obyczajowej przełamy-wano kolejne tabu – młodzi ludzie otwarcie wyrażali uczucia, przesta-wali się kryć ze swoimi preferencjami seksu-alnymi, nierzadko też publicznie eksponowali nagość. Działaniom tym nadawano czasami cha-rakter politycznej mani-festacji, zgodnie z hasłem „Kochaj się, zamiast walczyć”. W końcu docho-dzimy do czasów współ-czesnych, w których przyjaźń staje się nawet modniejsza od miłości, jednak wciąż różnie się z nią obchodzimy.
W poprawieniu relacji między kobietami, a męż-czyznami z pewnością nie pomaga nam polski model edukacji, w którym od początku lekcje WFu odbywają się z podziałem na grupę chłopców i grupę dziewczyn.
Według najnowszych badań Polska jest naj-bardziej – obok Chin – stereotypowym narodem świata. Bez wątpienia jest to kolejna przeszkoda w podróży do przyjaźni. Mało komu przychodzi na myśl relacja chłopaka z dziewczyną bez pod-tekstu seksualnego. Wy-jątkiem są tu homo-seksualiści, do których przyczepiono łatkę pt. „Gej jest najlepszym przyjacielem kobiety”.
A jak to wszystko wy-gląda w praktyce? Na dobrą sprawę każdy zdrowy związek opiera się na przyjaźni, gdzie pociąg seksualny jest jedynie dodatkiem, pewnego ro-dzaju urozmaiceniem. Przyjaźń kobiety i męż-czyzny nie powinna nikogo dziwić, bo w końcu nie do każdego mamy ochotę się przytulić czy całować. A na zwyczajną rozmowę zawsze znajdzie się okazja. Suma sum-marum, dochodzimy do wniosku, że przyjaźń pomiędzy kobietą a męż-czyzną nie jest niczym nadzwyczajnym. Mimo wszystko, zawierając związek emocjonalny z płcią przeciwną, mu-simy być świadomi róż-nego jego odbioru w otaczającym nas śro-dowisku.
Maciej Kulina
W poszukiwaniu Świętego Graala
Artykuł
Każdy, kto zaczyna in-westowanie na giełdzie, po wykonaniu kilku transakcji, zdaje sobie w pewnym momencie sprawę, że nie wie jakie jest kryterium według, którego poruszają się kursy akcji, indeksów, kontraktów, czy walut. I właśnie wtedy zaczy-nają się wielkie poszu-kiwania Świętego Graala. Jak to wygląda? Nasz początkujący kolega szuka wiedzy w książ-kach, czyta blogi eks-pertów, uczy się analizy technicznej, czy funda-mentalnej. Niektórzy nawet szukająpieniędzy w gwiazdach – ostatnio bardzo popularna jest astrologia finansowa, a na pewnym blogu natknąłem się na próbę prognozowania kursów indeksów badaniem pogody. I co się oka- zuje? Święty Graal nie istnieje. Na giełdzie nie ma reguł, które w stu procentach powiedzą nam, że kurs spadnie czy wzrośnie. Takie reguły po prostu nie istnieją! Zawsze jest albo, albo. Czasami jest większa szansa na ruch, w któ-rymś z kierunków, ale nigdy, powtarzam, nigdy nie ma pewności, żecoś nastąpi lub nie. Tu nie ma praw takich jak w fizyce. Kto szuka pewności w graniu na giełdzie powinien jak najszybciej porzucić to zajęcie, bo nie wynik-nie z tego nic innego jak pusty rachunek. Oczywiście bywają metody, które przez jakiś czas (nawet cał-kiem długi) dają same zyski, jednak prędzej, czy później się to kończy i bywa nieprzyjemne (proszę mi wierzyć, bo przekonałem się o tym na własnej skórze), a re-zultat to ogromna strata. Skoro tak, to co robić? Szukać statystycznej przewagi na rynku i grać tak, jak kasyno. Strasznie nie lubię tego porównania, ale jest ono niezwykle trafne. Kasyno w każdej grze, którą organizuje ma statystyczną przewagę nad graczem (znawcy tematu zauważą, że jest jeden wyjątek i gracz licząc karty w Black Jack’u też może zdobyć minimalną przewagę, ale to temat na inny artykuł) – na przykład
Artykuł
w ruletce, chyba naj-bardziej popularnej i najbardziej kojarzonej z kasynami grze, na kole jest 37 liczb, a gracz stawia tak jak gdyby było ich 36, i chociaż gracz czasami wygrywa (może mieć nawet 20 czy 30 wygranych z kolei, choć to mało prawdo-podobne) to w miarę jakliczba zakładów dąży do nieskończoności, uwi-dacznia się przewaga kasyna, które wychodzi "na swoje”, wygrywając częściej niż przegrywa. Matematycy powie-dzieliby, że gra ze statys-tycznego punktu widzenia jest niesprawiedliwa
i tak w istocie jest. Na giełdzie bywa podobnie – gra jest niespra-wiedliwa. Gracz, który dokonuje transakcji zupełnie przypadkowo w długim terminie (trafniejsze określenie to "po zawarciu wielu transakcji”) traci, chociaż jego szansa na zysk wynosi 50/50, bo płaci prowizje. Oczywiście me-tody, które tracą tylko zwiększają tempo tych strat. Cała "zabawa” polega na znalezieniu metody, która daje tą statystyczną przewagę, choć tutaj niespo-dzianka – mając taką metodę również można stracić wszystko - nie stosując żadnych zasad zarządzania pieniędzmi, lub inaczej zarządzania pozycją. Zasady zarzą-dzania pieniędzmi to nic innego jak reguły mówiące nam o tym, ile pieniędzy włożyć w daną transakcję – jak duża ma ona być w stosunku do całości kapitału, którym dyspo-nujemy. Wszystkie te elementy (metoda kiedy wchodzić na rynek i z niego wychodzić, zarządzanie pieniędzmi i psychologia) składają się na sukces w inwes-tycjach giełdowych. Dosyć ciekawie temat ten opisany jest w książce Van K.Tharpa Giełda, wolność, pieniądze”, którą się w dzisiejszym artykule nieco wspo-magałem i którą zdecy-dowanie polecam do przeczytania wszystkim początkującym speku-lantom i inwestorom.
W kolejnych numerach rozwinę wyżej wymie-nione elementy.
Piotr Kulessa
Rolniku, kup wóz ogumiony!
Scenka rodzajowa z reklamy pewnego batonika w złotym opakowaniu: długa kolejka, główny bohater – przybysz z przyszłości i długonoga blondynka, która oddałaby wszystko za reklamo-wany produkt. Kwintesencja PRL, można by rzec.
Artykuł
Lubimy wracać do tego, co było. Z upodobaniem cytujemy starożytne ła-cińskie sentencje, filologia klasyczna zaczyna być kierunkiem obleganym, a za dostrzeżenie śred-niowiecznej koncepcji śmierci w wierszu Grocho-wiaka punktujemy u po- lonisty. A skoro wszystkie w miarę odległe epoki powoli robią się „okle-pane”, to należałoby sięgnąć do bliższej przesz-łości… I tak docieramy do czasów Polskiej Rzecz-pospolitej Ludowej. Okres PRL to czas tak zróż-nicowany i kontrowersyjny jak zróżnicowane i kon-trowersyjne były do niego nastawienia – od epoki dobrobytu dla tych, którzy wiedzieli, jak ułatwić sobie życie w pracy, po okres – delikatnie mówiąc – „nienajlepszy” dla prze-ciętnego zjadacza chleba.
My, pokolenie w więk-szości wychowane już po wydarzeniach roku ’89 traktujemy wspom-nienia sprzed tych kilku-dziesięciu lat z dystansem, nawet pobłażliwością. W głowie nie mieści nam się tygodniowe stanie
Artykuł
w kolejce, dwie kostki mydła czy 4 kg mięsa miesięcznie. Bawią nas slogany takie jak: Rolniku, myj jaja przed skupem! czy legendarne już nie-mal: Kobiety na traktory. Ale gdyby się tak zasta-nowić, ilu z nas – uzależ-nionych od Internetu i telefonów komórkowych, przyzwyczajonych do dostawania wszystkiego natychmiast – poradziłoby sobie w tamtych czasach, które tak często nas po prostu bawią? Przyzwy-czailiśmy się myśleć o PRL jako o barwnym czasie, kiedy trzeba było wymie-niać kartki na papierosy na kartki na czekoladę, żeby dzieci miały Miko-łajki, a każda pani domu była lepszym dyspozy-torem dostępnych środków niż niejeden student mar-ketingu i zarządzania. A prawda jest inna – mimo wszystkich ubarwia-jących nam życie reliktów minionej epoki, wszystkich opowiadanych o niej żartów, nie był to okres lekki i przyjemny. Pomi-jając już nawet kwestie polityczne – jakim utrud-nieniem musiało być wielogodzinne stanie w kilometrowych kolej- kach po najbardziej pod-stawowe artykuły? I jak bardzo musiała być irytująca świadomość, że mimo całego wysiłku włożonego w ich zdobycie niewielkie jest prawdopo-dobieństwo, że wystarczy jeszcze dla nas?
Skąd zatem ta fascynacja okresem PRL? Być może z jej inności – na przest-rzeni kilkunastu, może kilkudziesięciu lat zmieniło się bowiem tak wiele, że nie jesteśmy już sobie w stanie wyobrazić życia w tamtych warunkach. A szczątki informacji, jakie do nas docierają, oder-wane od kontekstu epoki nie mają już takiej siły rażenia, pozbawione są poniekąd całego sensu i znaczenia – pozostaje więc po nich tylko pusta forma, która może już tylko bawić.
Magdalena Kelniarz "Przyzwyczailiśmy się myśleć o PRL jako o barwnym czasie,(...) kiedy każda pani domu była lepszym dyspozytorem dostępnych środków niż niejeden student marketingu i zarządzania."
„W mediach nie powinno być miejsca na gladiatorskie popisy!”
Dziennikarze Radia Wolna Europa przez dziesię-ciolecia walczyli o wolność słowa i niezależność. Dziś mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku, jednak w rozmowie z Moniką Toppich dosadnie krytykują sytuację w polskich mediach.
Wywiad
Radio Wolna Europa – jaki był cel stworzenia?
Cały system komunis-tyczny był budowany na zasadzie ograniczania informacji. Stalin uważał że istotą władzy komunis-tycznej jest społeczny terror i cenzura. Naszym zadaniem, jak również pism podziemnych było umożliwienie dostępu do informacji, jeżeli nawet nie prawdziwej, to przynaj-mniej interpretowanej ina-czej. Radio Wolna Europa również przełamywało monopol informacyjny – wiadomo, że jak czło-wiek stanie na ulicy jednokierunkowej to pój-dzie przed siebie, a tymczasem dróg jest wiele.
Dróg przekazywania informacji?
Tak, chociaż w tamtym czasie owe przekazy-wanie informacji również nie było proste. Naszym głównym problemem był brak korespondenta, brak ludzi na miejscu, więc nie mogliśmy badać re-akcji słuchaczy w sposób natychmiastowy. Teraz jeżeli coś się nie zgadza, po prostu telefonuje się do redakcji i prosi o spros-towanie, tymczasem u nas ten czas reago-wania był dużo dłuższy,
Wywiad
dlatego że mogliśmy rozmawiać dopiero z ludź-mi, którzy wyjeżdżali z Polski – albo biznes-meni zachodni albo dyplomaci. Trzeba było jednak kontaktować się z nimi niemal w tajem-nicy, bo wiadomo było, że oni wracają do Polski i gdyby to się wydało, mogliby zostać narażeni na prześladowania za strony władz. Tak więc nasze zadanie było o tyle trudne, że nie mieliśmy tego bezpośredniego kon-taktu ze słuchaczem i przez to trzeba było wiele rzeczy podwójnie sprawdzać.
Dwa źródła?
Nigdy nie nadawaliśmy wiadomości, jeżeli nie sprawdziliśmy przynajm-niej w dwóch źródłach, bo nie mogliśmy się po-mylić mając przeciwko sobie cały wrogi aparat reżimu komunistycz-nego. Również niezwykle istotne były informacje o represjach. W ten spo-sób, ponieważ informacja była upowszechniona, nawet jeżeli kogoś wyrzucono z pracy czy aresztowano, stwarzało się coś na zwór parasola ochronnego, bo władze liczyły się z tym, że informacjami może zainteresować się prasa zachodnia, zachodni korespondencji, mogą być naciski dyploma-tyczne, żeby te represje w jakiś sposób ograniczyć. Co więcej, władze miały swoje agencje prasowe i podawały w świat to, co im było wygodne i wzmacniało ich prestiż, jednak te informacje były tylko wzmacnianiem ideologii. Należało więc podać możliwie szersze wiadomości.
W jaki sposób?
Po prostu mieliśmy swoich informatorów, skrzynki pocztowe, czy też adresy osób, które się na to zgodziły i ludzie mogli tam pisać listy, to była pula adresów, która nieus-tannie się zmieniała. Lu-dzie pisali, że się wszędzie kradnie, że dyrektorstwo pozwala sobie na to i owo. To nie znaczy, że my o tej sprawie zaraz nadawaliśmy! Nie było możliwości sprawdzenia tej informacji, ale mie-liśmy specjalną komórkę, która zajmowała się tylko selekcjonowaniem in-formacji, czy nawet robieniem teczek!
Teczek?
Ta komórka zajmowała się przeglądaniem również prasy krajowej, jeżeli zdarzył się artykuł, który jakimś cudem przeszedł przez cenzurę i mówił o problemach, że gdzieś po prostu się coś nie zgadza i to zostało pot-wierdzone, mogliśmy taką informację już podać. Czasem to wpływało na bieg wydarzeń.
Na bieg wydarzeń? Co radio mogło zmie-nić?
Były dyrektor, Jan Nowak Jeziorański wspomina w swojej książce sytuację, która miała miejsce podczas wydarzeń czerw-cowych w Poznaniu w 1956r. Rozgłośnia prowadziła też nasłuch rozgłośni polskich, lo-kalnych i ktoś z tego nasłuchu radiowego wyłowił informację w lokalnym radiu gdzieś w Wielkopolsce, że w Poz-naniu są przerwy w pra-cy. To był taki ezopowy język – zamiast strajki, mówiło się przerwy w pracy. Nadaliśmy tą informację, co sprawiło, że stała się znana w całej Polsce. Władze nie mogły więc już dłużej ukrywać, że w Poznaniu coś się dzieje, zostało to nadane w Polskim Radiu i wydarzenia nabrały charakteru ogólnopols-kiego.
Inny przykład to grudzień 1970r., chyba trzynasty.
Wywiad
Andrzej Krzeczunowicz
Magister historii Uniwer-sytetu St.Andrews. W latach 1954-1988 kariera dzienn-karska: Radio Wolna Europa (kolejno redaktor, kierownik dziennika radiowego, członek dyrekcji), współpracownik amerykańskiego tygodnika TIME. 1989-1992 Dyrektor Biblioteki Polskiej i Muzeum im. Adama Mickiewicza w Paryżu. 1992-1997 Amba-sador RP przy, NATO i Unii Zachodnioeuropejskiej. Od 1998 "Senior Associate Member" na St.Anthony's College w Oxfordzie. Stanisław Deja - w Radiu WE początkowo jako spiker, potem dziennikarz. Z wyks-ztałcenia pianista. Po zamk-nięciu Radia w Moonachium wrócił do muzyki. Występuje w Polsce i za granicą.
Ks. Czesław Nowak - był proboszczem Polskiej Misji Katolickiej Monachium II i dyrektorem Instytutu Badań nad Kulturą Polonijną w Mo-nachium.
Konrad Talarowski - dr Filologii Polskiej W latach 1984-94 w Radiu Wolna Europa, publikował w prasie podziemnej teksty dostar-czane z emigracji.
Wywiad "To, co teraz jest, dla mnie jest zupełnie obce. Nic o tym nie wiem i nie chcę wiedzieć, że nadają do Iranu, co to mnie obchodzi!"
Rząd ogłasza bardzo znaczną podwyżkę cen na artykuły pierwszej potrzeby. Nasza koleżan-ka dostaje telefon od znajomej ze Szwecji, z pytaniem co się dzieje na wybrzeżu, bo właśnie słucha Radia Gdańsk. Za-dzwoniła do Jana Nowaka Jeziorańskiego, który puś-cił w ruch cały mechanizm sprawdzania, dowiady-wania się itd. Natychmiast zostały wysłane depesze do agencji prasowych. Była północ, ale bynajm-niej nie było to istotne. W ciągu paru godzin mieliśmy potwierdze-nie, że są rozruchy w Gdańsku i że jest ogłoszony lokalnie stan wyjątkowy, ale Radio Warszawa w ogóle o tym nie mówiło, żeby odizo-lować wybrzeże od reszty kraju, gdzie to się zaczęło.
Wolna Europa oczy-wiście przełamała cenzurę.
Tak, tylko to pociąga za sobą odpowiedzialność. Bo jeżeli są strajki w Gdańsku i my mówimy to wszystkim, mimo tego że władze nie chcą, żeby to było rozpowszechnione, możemy się przyczynić do tego, że strajki będą też w innych miastach, mogły być rozruchy, mógł ktoś zostać zabity. Radio pomogło Pola-kom przetrwać czas komunizmu i bez wąt-pienia przyczyniło się do jego upadku. Nadal funkcjonuje na Świe-cie, jednak w Polsce od dawna jest legendą. Do kogo teraz kieruje swoje audycje?
Do Iranu, Iraku, Rosji, Afganistanu… Radio Wolna Europa przestało istnieć w momencie, kiedy w Polsce została zniesiona cenzura. Tutaj już była wolna prasa, wolne radio, wolna telewizja, więc my byliśmy już niepotrzebni. Jeszcze co prawda ciąg-nęło się to kilka lat, w pewnym momencie re-dakcja została przenies-iona nawet na rok do Warszawy, ale potem się zamknęła i z punktu wiedzenia polskiego, od tamtego momentu nie istnieje. To, co teraz jest, dla mnie jest zupełnie obce. Nic o tym nie wiem i nie chcę wiedzieć, że nadają do Iranu, co to mnie obchodzi!
Jednak w jakiś sposób jest to związane z ra-diem, w którym pano-wie pracowali.
Tak, jest ten sam szyld, ten sam właściciel czyli Kongres Stanów Zjedno-czonych, jednak twory są zupełnie nowe. My nawet
Wywiad
się nie orientujemy jak to działa, kto tym kieruje. Zasada jest ta sama – finansuje to Kongres i jest to radio, które na-daje do krajów, gdzie jeszcze nie ma demok-racji.
Czyli–gdzie wojna, tam wyślijcie Wolną Europę?
(śmiech) Można tak po-wiedzieć! Chociaż fakt, że nadaje na przykład do Iranu jako Wolna Europa to jest jakaś kompletna bzdura!
To się ze sobą kłóci.
Dokładnie, tak jak mó-wiłem, właściciel nazwy czyli Zarząd Radiofonii Międzynarodowej, po prostu postanowił gdzie indziej prowadzić swoją działalność. Nas to już kompletnie nie obchodzi.
Walczyli panowie przez tyle lat o wolność sło-wa. Jak z perspektywy czasu oceniają pano-wie to, co dzieje się w polskich mediach?
Negatywnie. Zdecydo-wanie negatywnie. To jest sprawa niedojrzałości i to się zmieni. Myślę, że młode pokolenie będzie inaczej zarządzało media-mi jak dojdzie do głosu. Musimy ukrócić te dys-kusje, w czasie których politycy tylko się przekrzy- kują, Panuje zupełny brak kultury, nie tylko kultury wypowiedzi, bo przeciwnik jest tylko po to, żeby go zniszczyć. Zniszczyć słowami. Uczestniczą w tym dziennikarze, co jest karygodne. Prze-rywają, nie dają dojść do słowa – to musi ulec zmianie. Mam nadzieję, że jako młodzi ludzie nie dostrzegacie w tym swego rodzaju widowiska dla gawiedzi, gdzie musi się lać krew. Nie powinno być miejsca na gladia-torskie popisy w mediach.
Jakich rad udzieliliby panowie licealistom i studentom, bo oni tworzą redakcję Outro?
Zaczynając od pierwszej fundamentalnej zasady, że nie można mieszać informacji i komentarza, konieczny jest szacunek dla prawdy. Nie można być też na pasku służal-ców jakiejś opcji politycz-nej, która dzisiaj ma coś do powiedzenia, a jutro już nie będzie miała. To jest po prostu świnienie się i niestety w Polsce jest to zjawisko dość częste, że ludzie zmieniają piórka. To nie tędy droga! Jeżeli jesteś za jakąś opcją, to bądź za nią do końca, bo przynajmniej robisz to uczciwie. Wiado-mo, że nie wszyscy będą dziennikarzami, ale ważne jest żeby młodzi ludzie wykształcili w sobie stare dobre cnoty obywatelskie, czyli trzeba dokonać właściwego wyboru, a potem stać za tym wyborem. Czyli inaczej, jeżeli ja głosowałem na A, a zwyciężyło B, to ja mam szacunek do woli większości, nie wzbudza to we mnie frustracji, tylko muszę się z tym pogodzić.
A gdybym zadała takie pytanie – czy czują się panowie bohate-rami, że pracowaliście w Radiu Wolna Europa?
Jakie tam bohaterstwo, bez przesady! Niektórzy pracują, żeby zarabiać i to jest ich cel, ja sądzę że chodzi raczej o to, żeby się spełniać i myślę że każdy, kto tam praco-wał spełnił swoje życie. Po takim czasie, kiedy nie ma już tego miejsca pracy, każdy może z pod-niesionym czołem powie-dzieć – nie zmarnowałem tych lat.
Rzeczywiście, misja nie do przecenienia. Czy zostali panowie w ja-kiś sposób za nią uhonorowani?
Coś tam dostałem…
Rozmawiała: Monika Toppich
Przewrotne zawezwania
Felieton
Wpadłem na dobry po-mysł. Wybaczcie, że sam siebie pochwa-liłem,przemawia przeze mnie wrodzona skrom-ność. Idea jest taka: zbliża się nowy rok – nie kupujmy kalen-darzy! Kalendarz to anachronizm. Nieprzy-datny. Ku większemu wrażeniu, proponuję spalić wszystkie kalen-darze publicznie na głównych placach wa-szych miast i wsi. Niech się cały świat dowie, że Polacy żadnych bez-użytecznych tworów na ścianach i biurkach nie potrzebują.
Drugi listopada. Autor tego tekstu swoim zwy-czajem siedzi przed od-biornikiem telewizyjnym, tzw. telewizorem. Trwa przerwa reklamowa, autor zajmuje się bliżej nie-określonymi czynnościami indywidualnymi. (25 dni później autor już nie pa-mięta, co wtedy robił, więc prosi czytelników o wyrozumiałość dla braku precyzji w jego opowieści.) W każdym razie, nagle posłyszał dźwięk. Ten dźwięk. Właś-nie ten. Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta. Nie będę kłamał, że byłem zaskoczony. Wręcz prze-ciwnie, parsknąłem śmie-chem wystawiając im dobrą ocenę: punktualni! Wiadomo, że po listopa-dowych świętach czas zabrać już znicze z super-marketów i zastąpić je bałwanami, choinami
i bombkami (tutaj zgru-bienie nasuwałoby po-dejrzane skojarzenia), by klienci zobaczyć mogli, że już niedługo święta grudniowe. A telewizja również o tym przypomina, i to zawczasu, co by star-czyło go (czasu!) na odpowiednie przygo-towanie się do nich. Jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że stacje tele-wizyjne – choć może niesprawiedliwie przyz-naję im całą zasługą, możliwe, że powinienem powiedzieć firmy rekla-mowe – nie pozostawiają widza bez opieki. Teraz świąteczne reklamy będą konsekwentnie wyś-wietlane, i nikt nie obudzi się na tydzień przed świętami z "ostrodyżuro-wego ciągu telewizyj-nego", że ma tyle do zrobienia, a zupełnie jesz-cze nie zaczął. Lecz z drugiej strony, być
Felieton
może to strzał w stopę? W udo? W kolano?
Przecież widz dla świąt jest w stanie poświęcić nawet to, co sprawia mu tak ogromną radość w so-botni wieczór. O ileż-ważniejsze od kolejnego odcinka Mam talent! jest dla nas wszystkich (czy ktoś zaprzeczy?) przy-gotowaniu farszu do świą-tecznych uszek? Wybór jest prosty, obowiązek wzywa, obowiązek musi być spełniony. A gdyby tak, drogi TVNie, przewrotnie o tym nie przypominać? Gdyby utrzymać widza w nie-świadomości? Może właś-nie wymyśliłem nową strategię marketingo-wą. Panie prezesie, w razie czego może pan ją brać śmiało – to taki mój Open source. Tak zupełnie po-ważnie – czy drugi listo-pada, czas powrotów z odwiedzin u bliskich zmarłych to zeczywiście odpowiedni już moment na reklamy, które mówią nam, kiedy mamy skoń-czyć nasze przeżywanie tych świąt i oddać się atmosferze przygo-towań do następnych?
Marek Suska
P.S. Konkurs dla wszyst-kich. Nie ma nagród. Podaj dzień (dokładna data!) powstania tego tekstu
Duma i uprzedzenie
Recenzja
Podsłuchałam wczoraj, jak obgadują Austen. W ko-lejce. W piekarni. Przy-padki chodzą po ludziach. (Myśli chodzą po głowie – mówi wyrażenie potoczne. Wyrażenie potoczne prze-cenia ruch myśli” – to chyba Miłosz. Albo Her-bert. Tak, chyba jednak Herbert.) Trzy urocze pod-lotki, niepowiem, jak nazywa je moja babcia (bo to jej zdaniem osobny gatunek dziewcząt). I dla jednej znich Austen jest nudna. Druga nonsza-lancko stwierdziła, że też ostatnio czytała książkę (łał!) a trzecia, zamiast zapytać jaką – zapytała po co. Więc pomyślałam, że o niej, Austen, napiszę, nawet jeśli nikt jej już nie czyta. Nie wiem, czy nieza późno (bo wy nie wiecie, ale ja się z tym tekstem spóźnię) i może nawet na marne, bo wo-alki i krynoliny nie mogą przecież (o zgrozo!) kon-kurować z wampirami i nastolatką, która z dnia nadzień dowiaduje się, że jest księżniczką ma-łego europejskiego państewka (tak, tutaj ukłon w stronę niezapo-mnianego Pamiętnika Księżniczki 7 i 87/13”). Macie więc pecha, bo ja lubię Jane Austen – au-torkę ckliwych powieści o biernych feministkach, jak śmieje się mój pan od angielskiego. Niech się śmieje, na zdrowie. Przeczytałam "Dumę i uprzedzenie” tyle razy, że dawno już straciłam rachubę (jak większość ukochanych książek, czy-tałam ją kiedyś bez przer-wy i to dosłownie – z os-tatniej strony przecho-dziłam znów na pierwszą.). Są tam takie ładne słowa, jak urokliwość. I czyta się to lekko, spokojnie. Jak wszystkie powieści tej autorki, jest harmo nijna, pełna ładu i jakiejś godności, jakkolwiek głu-pio by to nie brzmiało. Książki mają nas wzbo-gacać, ale niekoniecznie każda powinna źle działać na naszą wątrobę. Po kilku latach szczerze przyznaję, że akcja "Du-my" nie trzyma w ciągłym napięciu. Żadnych mo-mentów pełnych grozy, żadnych punktów kul-minacyjnych. Nie zau-waża się tego. Przy-najmniej ja nie zau-ważam. Czytanie tego to przyjemność już ze względu na piękny język,
Recenzja
nie mówiąc o błyskot-liwym poczuciu humoru i panu Darcym. Książka opowiada historię znajo-mości dwojga młodych ludzi: uprzedzonego do innych pana Darcy’ego i dumnej Elizabeth Bennet. To nie takie proste, bo potem Darcy jest dumny, a Elizabeth uprzedzona. W tle an-gielska małomiastecz-kowość wieku XVII: oficerowie, krowy ,liczna i malownicza rodzina Bennetów ("Anonsuję przybycie: to pani Bennet, panna Bennet, panna Bennet, panna Bennet i panna Bennet.”). Obrazowo pokazana ko-nieczność posiadania po-czucia humoru, kiedy się nie ma pieniędzy uczy kpiny i to tej z najwyższej półki, bo uczy kpić z siebie. Wiem, że głową muru nie przebiję, ale to niczego nie zmienia. Mogę sobie być ckliwa. Uśmiecham się, nawet jeśli tylko do siebie, bo chociaż nikogo tu nie goni żaden rozszalały wampir, to moje serce i tak bije jak oszalałe za każdym razem, kiedy Elizabeth Bennet i pan Darcy postanawiają się pobrać.
Anna Żmuda
Gdzie powitać Nowy Rok?
Nieubłaganie zbliża się jeden z najważniej-szych dni, a raczej nocy roku, czyli Sylwester 2009/2010. Oczywiście tę noc trzeba odpo-wiednio uczcić, najlepiej na jakiejś dobrej imprezie, wśród swoich przyjaciół i znajomych.
Artykuł
Uczcić tak, by pamiętać ten dzień przynajmniej przez rok. Niewątpliwie przy świętowaniu będzie towarzyszyć nam muzyka. Na dyskotece będziemy bawić się przy rytmach, które będzie zapodawał DJ, na rynku w Krakowie czy Warszawie przy gwiazdach polskiej i za-granicznej muzyki popu-larnej, na różnego typu zabawach i balach sylwes-trowych przy zespołach, a niektórzy wybiorą się do filharmonii, by posłu-chać muzyki poważnej. Oczywiście nie zabraknie tzw. domówek, na których będzie można usłyszeć prawie każdy rodzaj mu-zyki. A co oferują zagra-niczne miasta? Berlin, Amsterdam czy Londyn, stawiają na klubowe brzmienia. Blake Baxter, Sven Vath czy Olaf Boswijk to tylko niektóre gwiazdy, które będzie można tam spotkać. Jedna z największych, a zarazem najlepszych imprez w Berlinie odbę-dzie się między Bramą Brandenburską a Kolumną Zwycięstwa na jednej
z najpiękniejszych i naj-bardziej znanej ulicy
Artykuł ludzi, by powitaćtu Nowy Rok, by zobaczyć tę mieszankę muzyki, ta-ńca, światła i międzynarodowych gwiazd. Kto choć raz witał Nowy Rok w stolicy Niemiec, wie, że to niezapomniane przeżycie, które na pewno nigdy nie zostanie zapomni-ane.
Sandra Kałuża
świata - 17. Julistrasse. Jak co roku, zgromadzi się tam ponad milion ludzi, ponad 500 dzien-nikarzy z całego świata, bo właśnie w stolicy Niemiec będzie miał miejsce wielki sylwestrowy event. Na ogromnej im-prezowej powierzchni znajdować się będą wiel-kie sceny, platformy ta-neczne, telebimy, namioty dla imprezowiczów, bu-dki z napojami i jedze-niem, niezabraknie też punktów medycznych. Na trzech scenach będzie można zobaczyć gwiazdyświatowego formatu. Nie zabraknie popowych i rockowych zespołów, a także DJ’ów ze swoimi liveact’ami, którzy zapewnią za-bawę do wczesnych porannych godzin. Jedną z głównych atra-kcji będą też pokazy światła oraz spekta-kularny pokaz sztu-cznych ogni o północy. Sylwester w Berlinie ma już swoją wielo-letnią tradycję. Ofi-cjalnie pierwszy raz odbył się w 1995 roku. Z roku na rok pod Bramę Brandenburską przyjeżdża coraz więcej