Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
str. 3 str. 8-14 str. 4-5 str. 15-17 str. 6-7 str. 18-19
Spis treści
O glonach i nie tylko... Charles Avenue 7403 AD Przeziębienie murowane Komiks Morderstwo w czarnej czapce cz. 2 Tym razem Drogi Czytelniku trzymasz w rękach, bądź ręce numer ŁOSIA poświęcony opowiadaniom naszych kolegów i koleżanek. Znajdziecie tu trochę humoru, sciencefiction i kryminału. Mamy nadzieję, że Wam się spodoba i chętnie wszystko przeczytacie
Redaktorzy naczelni:
Dagmara Gątkiewicz
Alex Dulak
O glonach
i nie tylko ...
Pewnie każdy kiedyś zetknął się z wodorostami, lecz jak najszybciej otrząsał się z nich.
Ale jakie tajemnice skrywają te wodne organizmy?
Pewnego razu glony postanowiły:
- Bądźmy jak ludzie!
Nie mogły jednak myśleć bez impulsów elektrycznych, więc ruszyły w kierunku elektrowni. A wiele lat to trwało, albowiem powoli glony się poruszają. Ludzie zdążyli wiele razy zbudować wszystko od nowa, by znów wszystko zniszczyć, nim one w końcu przebyły ocean. Kiedy już tchnęły w siebie prąd, pierwszą myślą było:
- Skąd wiedzieliśmy o elektrowni i impulsach?
A ponieważ z myśleniem pojawiły się charakterystyczne ludziom cechy, a wśród nich ciekawość, zdecydowały wrócić, aby to sprawdzić. Ale poruszały się powoli, więc prąd znikał wraz z biegiem czasu. Nie dostrzegły tego z początku, lecz starzały się nieprędko, więc nie umknęło to z kolejnymi pokoleniami. Jednak zastały tylko dawny, nieznacznie zmieniony przez czas ocean. Wielu ludzi przeminęło, podczas gdy one naradzały się. Ponieważ ostatnie resztki elektryczności krążyły w nich jeszcze, a w związku z tym wciąż tliła się iskierka ciekawości, postanowiły wrócić do elektrowni i skonstruować wynalazek, który pozwoli im dłużej myśleć, by odkryć odpowiedź na nurtujące ich pytanie. A kierunek znały dobrze, toteż wróciły tą samą drogą. Lecz ląd zdążył się przemieścić, a w dodatku natknęły się na wojnę. Po śmierci wielu glonów odnaleźli elektrownię. Jednak nim cokolwiek wymyślili, ta już znikała i musiały poszukiwać drugiej, a ląd ciągle umykał, gdyż przemarsz ich powolny był. Tak więc elektrownie umykały, nim zdołały cokolwiek osiągnąć. Wiele glonów przeminęło, a ludzi po tysiąckroć więcej. W końcu z wielu cech ludzkich wyłoniło się zrezygnowanie. Wróciły więc do pierwotnego miejsca, a długi czas musiał jeszcze upłynąć nim ląd usunął się z ich drogi. Zmęczone osiadły i zapomniały o wszystkim. Lecz resztki myślenia trudno było porzucić. A z każdym pokoleniem stawały się coraz gorsze i uciążliwsze, aż w końcu zakwitła najgłupsza:
- Bądźmy jak ludzie!
Krzysiek Matkowski,
kl. 2 gB
7403 AD
Ludzkość dawno opuściła swoją rodzimą planetę.
Gdy w 2415 roku glob obiegła wieść o dziwnych statkach wyłaniających się zza tarczy Saturna, świat ogarnęło przerażenie ...
Większość ludzi przewidywała zagładę ludzkości, kaznodzieje niczym opętani krzyczeli w kościołach o karze za grzechy. Nie mylili się. Statki wkrótce przypuściły atak na ziemię. Jak się później okazało była to rasa Eronów – cywilizacja szybko rozwijająca w tym międzygalaktycznym świecie, poszukująca za wszelką cenę kolejnych i kolejnych planet, zdatnych do zasiedlenia. Gdy wydawało się, że wszystko już stracone Thomas Candler – angielski żołnierz i inżynier – wprowadził na pokłady siedmiu statków transportowych kilkaset tysięcy osób w tym swojego jedynego syna i pod ostrzałem wrogich dział odleciał. Sam zginął bohatersko podczas szarży na wrogie okręty, w desperackiej próbie zyskania paru minut dla uciekająch cywili.
Jego życie nie poszło na marne – po kilkudziesięciu latach kosmicznej tułaczki ludzkość znalazła trzy planety nadające się do zasiedlenia, znajdujące się w bliskich sobie układach słonecznych. W ciągu paru kolejnych pokoleń opowieść o Candlerze – bohaterze ludzkości – przeszła przez tysiące uszu, by stworzyć wizerunek boga. Już dwa tysiące lat po opuszczeniu ziemi ludzie stali się posłuszni rodowi Candlerów, traktując ich jak synów mesjasza. Każdy kolejny władca nosił tytuł imperatora, oraz posiadał nieograniczoną władzę polityczną, militarną jak i religijną. Nazwisko Candler praktycznie wyszło z użycia, został po nim jedynie sztandar imperium – biała świeca na niebiesko-
czarnej szachownicy.
Przez kolejne 2400 lat imperium kontynuowało swoją ekspansję, spotykając na swej drodze inne rasy, niektóre wrogo nastawione, niektóre przyjaźnie. Zbrojne ramię imperatora stało się jedną z największych sił militarnych we wszechświecie.
Jednak wkrótce coś miało się wydarzyć….
Na ziemię pod uniesiony opancerzony but spadło niedopalone cygaro, by po chwili zniknąć z sykiem. Jimi wtarł peta w ziemię i rozejrzał się po grupie dobrze zbudowanych, uzbrojonych marines w pancerzach wspomaganych. Znajdowali się na jakimś żałośnie małym księżycu na peryferiach cywilizacji. Planeta była jak jedna, wielka, cholerna, rdzawa piaskownica. Z tą różnicą, że w piaskownicach zazwyczaj okruchy kosmicznych skał nie wbijają ci się w tyłek z prędkością 1200km/h. Nawet przez kilkucentymetrowe płyty z najwytrzymalszych materiałów w galaktyce czuć było silniejsze uderzenia. Dowódca rozejrzał się z pogardą po brudnych, pomarańczowych już zbrojach. Gdyby był w stanie, bawiłby się pewnie teraz jednym ze swoich długich wąsów, kręcąc nim w palcach. Nad wąsami na surowej, niczym wyciosanej toporem twarzy osadzony był wielki, kartoflowaty nos, a trochę wyżej małe piwne oczy, świdrujące zimnym spojrzeniem każdego z żołnierzy. Ci poprawiali uzbrojenie, przeładowywali karabiny, ładowali działka energetyczne, liczyli granaty, lub po prostu rozmawiali miedzy sobą śmiejąc się od czasu do czasu. -Ekhm… - zabrzęczał w hełmofonach głos kapitana Jamesa Coll’a. Na ten dźwięk marines stanęli na baczność w ułamku sekundy. Woleli nie narażać się dowódcy, tym bardziej że ten cieszył się wyjątkowo złą sławą - Jak zapewne już wiecie wysłali nas tu gdyż miesiąc temu dokładnie w tej jaskini za moimi plecami – wskazał za siebie opancerzonym kciukiem nawet się nie obracając, ukazując mały kopiec wysokości trzech metrów, pośrodku którego znajdował się nieduży czarny otwór – zaginęła grupka naukowców. Nikt nie wie czego szukali, nie powinno nas to obchodzić. Mamy tylko złożyć w sztabie raport z tego co zastaliśmy na miejscu – Coll rozejrzał się jeszcze raz po swoim oddziale – spocznij.
Kapitan odszedł na bok i wszedł do metalowego obiektu, wyglądającego jak wielka boja. Żołnierze rozluźnili się, ostatni raz sprawdzili stan swojego sprzętu, zerknęli na ledwo widoczny przez pomarańczowy pył zarys słońca. Gdy skończyli oparli się o broń, czekając na dowódcę. Ten wyszedł po chwili z kapsuły desantowej, w której zostali tu zrzuceni. Oparł wielki miecz o ramię i rzekł z lekkim uśmiechem na twarzy.
-Hughes, Johnson, Miller. Wy przodem. Reszta z tyłu.
-Szeregowy Hughes zbliżył się do jaskini. Pochylił głowę i włączył wyświetlacz noktowizyjny.
To był pierwszy krok w stronę koszmaru.
Kuba "Samowar" Gabryś,
kl. 2 gB
Czy zastanawialiście się kiedyś jak powstaje nasz "Łosiu"? Pewnie tak. Dlatego zamieszczamy tutaj komiks przedstawiajacy ten dlugi i żmudny proces :)
By Samowar
Charles Avenue
- Śmierć nie istnieje. – powiedział.
Zdziwiony podniosłem głowę znad książki. Przede mną, na żwirowanej alejce stał młody chłopak o czarnej, zwichrzonej czuprynie, ubrany w jasną koszulę, brązowe spodnie i marynarkę oraz skórzane buty.
O tej porze roku park był już pusty – drzewa zrzuciły liście, które kolorowym dywanem ścieliły się pod stopami. To było jedno z ostatnich takich popołudni tej jesieni. Słońce nie dawało odczuć chłodu i tylko co silniejsze podmuchy wiatru wyrywały z zamyślenia i kazały wrócić do rzeczywistości.
- Dlaczego tak myślisz? – spytałem, odkładając książkę. Po chwili namysłu usiadł obok mnie na ławce. Wiatr szeptał coś wśród liści.
- Nas, żywych ona nie dotyczy, a zmarłych nie ma. – odparł.
- Może i masz rację. Ale pozostaje pytanie: co jest po drugiej stronie?
Przez dłuższy czas nic nie mówił. Zacząłem zastanawiać się, kim jest. Delikatne, młodzieńcze rysy dawno temu zniknęły z jego twarzy. Był starszy, niż mogłoby się wydawać, ale ciągle młody.
- Tam trzeba pójść. Samemu sprawdzić. Inaczej nie da rady.
Kiwnąłem głową.
- Tylko stamtąd nie ma już odwrotu.
Patrzył się na trzymaną w rękach gałązkę, którą łamał na kawałki. Czubek
wysokiego buta wystukiwał nieznany mi rytm.
- Piękna jesień, prawda? – spytał trochę zniecierpliwiony.
- Tak, w tym roku jest wyjątkowo…
Przerywając mi w połowie zdania wstał i odszedł żwirowaną alejką między dwoma rzędami nagich drzew. Wiatr powiał mocniej. Szczelnie opatuliłem się płaszczem i odszedłem w przeciwnym kierunku.
*
- To… to nie do pomyślenia! Przecież to jeszcze dzieci! – Mary wzburzona smarowała chleb masłem. Emilia dyskretnie dolała mi kawy i oddaliła się nie przerywając rozmowy.
- To wojna, kochanie. Nie masz na to wpływu.
- Jak tak można! To bestie, nie obrońcy kraju! Zasilają swoje szeregi kosztem tych bezbronnych… - przerwała, żeby przełknąć kawałek jajka. Wykorzystałem tą chwilę i odsunąłem krzesło od stołu.
- Wybacz, moja droga, obowiązki czekają.
Nie chciałem jej zamartwiać, zbyt wiele dla mnie znaczyła. Ale nawet to nie zwalniało mnie z pracy.
Połykając kolejny kęs rzuciła mi pełne dezaprobaty, smutne spojrzenie. - Kocham Cię. – powiedziałem szczerze i wyszedłem z jadalni.
- Emilio…
Pokojówka zjawiła się po kilku sekundach, zdążyłem już ubrać płaszcz i kapelusz. Popatrzyła na mnie pytająco.
- Tak?
- Zamów taksówkę na Bleeker Street.
*
Miasto nigdy mi się nie podobało. Teraz było jeszcze gorzej. Ludzie bali się zbyt często wychodzić z domów, nieliczne szare postacie snuły się wśród brudnych, starych kamienic. Z każdym dniem na ulicach było coraz więcej żołnierzy, zielone wojskowe samochody wjeżdżające jedną, a wyjeżdżające drugą bramą nie wywoływały już sensacji. Wojna wisiała w powietrzu. Tylko czekać, aż zaczną strzelać.
Ale miasto nadal żyło. Musiało żyć.
Deszcz coraz spokojniej stukał o szyby samochodu. Kiedy kierowca wysadził mnie obok parku, parasol nie był już potrzebny.
Alejka pełna była kałuż, mokre, brązowe liście zalegały po obu stronach ścieżki.
Chłopak siedział na ławce – tej samej, na której rozmawialiśmy parę dni temu i czytał książkę. Kiedy podszedłem bliżej dostrzegłem coś jeszcze – bliznę biegnącą od prawego ucha, przez policzek, aż do
kącika ust. Nie wyglądała na świeżą, a mógłbym przysiąc, że poprzednim razem nie miał jej na twarzy.
- Dlaczego pan tu przychodzi? – spytał nagle, zanim usiadłem. Zastanowiłem się przez chwilę i zerknąłem w jego stronę – cały czas czytał.
- Lubię to miejsce. Poza tym… dobrze jest czasem wyciszyć się, odpocząć od życia…
Gwałtownie pokręcił głową.
- To nic nie daje. Nie uniknie się rzeczy koniecznej, można ją najwyżej odwlec. Ale i tak przyjdzie. – mruknął. Uśmiechnąłem się lekko – nie zrozumiał mnie.
- Czemu mi o tym mówisz? Nie mam zamiaru… - dotarło do mnie, że ja też nie zrozumiałem jego. Popatrzyłem na niego, w końcu podniósł głowę. – Przed czym chcesz uciec?
Patrzył mi prosto w oczy. W rękach nie trzymał już książki, były puste. Spuścił wzrok i zaczął wyłamywać palce. W promieniach popołudniowego słońca blizna stała się jeszcze bardziej widoczna, błyszczała wręcz.
Wiatr wiał coraz mocniej. I wtedy szepnął:
- Ja chcę tylko zapomnieć.
Milczałem.
- Zapomnieć, że jutro znowu trzeba będzie iść. Dadzą broń i powiedzą „idź”. Nic więcej. I pójdę, znowu będę strzelał, widział ich oczy… za dużo bólu! Cały czas… nic się nie zmieniło! Krew jest cały czas taka sama.
Milczałem. Zaczęło mżyć, rozłożyłem parasol. Zegar na wieży kościelnej wybił piątą. Przesunąłem się w jego stronę, żeby nie zmókł, ale on wstał niespodziewanie.
- Ona zawsze będzie taka sama. – powiedziałem. Odwrócił się. Nie potrafiłem do końca rozszyfrować, co mówiło jego spojrzenie, ale równie wiele w nim było tęsknoty, co uporu.
A potem pobiegł wzdłuż alejki, nie zwracając uwagi na deszcz i kałuże.
Westchnąłem, biorąc do ręki książkę, którą czytał i schowałem do przepastnej kieszeni płaszcza, żeby nie zmokła. Wyszedłem z parku. Niewielki tomik poezji podskakiwał w rytm kroków, miarowo uderzając o lewe udo.
W chwili, w której stanąłem przy drodze, zatrzymała się pusta taksówka.
- Wsiadaj pan. – głos kierowcy był zachrypnięty, ale przyjemny dla ucha. Nie potrzebował odpowiedzi. Jedno trzaśnięcie drzwiczek i stary samochód potoczył się przed siebie, we wskazanym przeze mnie kierunku.
*
W korytarzu panował półmrok. Skierowałem się
w stronę salonu, skąd smugi światła wypadały przed przymknięte drzwi. Wszedłem do środka. Mary siedziała wyprostowana na kanapie, ze wzrokiem utkwionym w ścianie. Usiadłem obok, nie poruszyła się.
- Co się dzieje?
Wzięła do ręki leżący na stoliku egzemplarz dziennika i zaczęła czytać pustym, bezbarwnym głosem.
- Berkley. Foster. Redmont. Caldwell. Platts. Kelly. Rosenfeld. Knowlton. – zamilkła I odwróciła głowę w moją stronę. – Syn Heleny. – jej twarz była nieruchoma, poruszały się jedynie usta.
Pamiętałem tę wysoką, postawną kobietę, miłą, ale zdecydowaną. Mieszkała może dwie przecznice dalej, piekła świetnego indyka i organizowała prawie wszystkie akcje charytatywne, w których Mary udzielała się z taki zaangażowaniem.
- Rigway. Hoover… - głos jej się załamał. Odłożyła gazetę. Wziąłem ją za rękę, miała chłodną dłoń. Jej wargi drżały, w kącikach oczu zbierały się łzy. Otoczyłem ją ramieniem i przytuliłem mocno – była taka drobna, bezbronna… w tamtej chwili zrobiłbym wszystko, żeby ta samotna łza spływająca po policzku zniknęła. Żeby wróciła Mary.
- Stracić dziecko… - szepnęła, jej ręka mimowolnie spoczęła na lekko zaokrąglonym brzuchu. Wtuliłem twarz w burzę jasnych loków. Pragnąłem zabrać ją stamtąd, daleko, gdzie byłaby szczęśliwa.
Nie wiem ile czasu minęło, zanim wzdrygnęła się gwałtownie i wyswobodziła z uścisku.
- Emilio!
Odpowiedziała mi cisza.
- Gdzie Emilia? – spytałem.
- Wyjechała. – mówiła już spokojnie, trans minął.
- Dokąd? Jak…
- Pozwoliłam jej wrócić do Blue River. Jej brat został zabity… - urwała. – Ciała siostrzeńca nadal nie odnaleziono. Matka została sama z gospodarstwem. Powiedziałam, żeby jechała. – wstała i spojrzała na mnie jeszcze raz. – Idę już. Przyjdź zaraz.
Kiwnąłem głową. Przed drzwiami przystanęła.
- Poradzimy sobie. – powiedziała. I wyszła.
*
Ławka stała pusta, pokrywająca ją warstwa szronu iskrzyła się w słońcu. Przymrozek w jedną noc przemienił wszystko w lodowe rzeźby, znikające przy najlżejszym dotyku.
Żwir chrzęścił pod podeszwami butów,
kiedy szedłem alejką. Usiadłem na ławce i wyjąłem tomik poezji. Kartkowałem go powoli, czytając niektóre ustępy, przerzucając po parę stron. Na samym końcu natrafiłem na podpis: D.Whtimore, Charles Avenue 28.
Rozejrzałem się dookoła – park był pusty. Whitmore… byłem pewien, że to nazwisko kiedyś obiło mi się o uszy. Czułem, że on już dziś nie przyjdzie.
Wstałem. Jeśli nie przyjdzie dziś, nie przyjdzie już nigdy. Złapanie taksówki nie zajęło mi wiele czasu.
- Charles Avenue. – poleciłem. Kierowca skinął głową i zagłębił się w szarą plątaninę ulic.
*
Drzwi uchyliły się lekko, niepewnie.
- Pani… Whitmore? – zaryzykowałem. Kobieta, która zza nich wyjrzała zmierzyła mnie wzorkiem, smutnym, co mnie zdziwiło. - Tak, słucham pana…
Kiedyś zapewne była piękna. Idealne rysy i czarne włosy upięte w kok robiły wrażenie. Jednak czas zrobił swoje – zatarł wszelkie piękno zostawiając tylko cienie.
- Czy to należało do… kogoś z pani rodziny? – podałem jej książkę. Wzięła ją do rąk, które zaczęły drżeć. Uniosła oczy, duże, piwne, głębokie. Pełne bólu.
- Znał pan Daniela? – wyszeptała. Nie czekała na odpowiedź. – Był pan pewnie jego przyjacielem. Proszę to zatrzymać. – oddała mi zbiór wierszy. – Jako pamiątkę… ja… nie mogłabym tego przyjąć.
- Daniel… nie będzie miał nic przeciwko?
Popatrzyła na mnie z wyrzutem, który po chwili zastąpiła poprzednia melancholia. Mówiłem dalej, nieświadomy niczego.
- Niedawno widziałem, jak ją czytał, jest pani pewna, że nie chciałby dokończyć? Pan… - przebiegła wzrokiem wokół i oparła się ręką o framugę drzwi. – Pan naprawdę nic nie wie?
Nie odpowiadałem. Bałem się tego, co mogłaby powiedzieć.
- Daniel nie żyje od dwóch miesięcy.
W jej oczach, na samym dnie dostrzegłem łzy, skrywane tak długo przed światem. Dotarł do mnie sens słów.
- To niemożliwe. Widziałem go… - cofnąłem się o krok ściskając książkę w dłoniach.
- Ja też go widywałam… ostatnio coraz rzadziej. On… on chyba nie chce wracać.
- … parę dni temu, przysięgam!
Pokręciła łagodnie głową, przygryzając wargę.
- Proszę kiedyś jeszcze przyjść, jeśli będzie pan w okolicy. Wpaść na chwilę, na herbatę… ale
teraz proszę mi wybaczyć… delikatnie zamknęła drzwi. Usłyszałem zgrzyt klucza w zamku. Stałem tak niezdecydowany. W końcu schowałem książkę do kieszeni płaszcza i zbiegłem po schodkach, śliskich od deszczu. Znowu zaczynało padać.
*
W pomieszczeniu pachniało kurzem, kawą i czymś jeszcze, czymś charakterystycznym. Stosy gazet leżały upchnięte w kącie, tuż za literaturą piękną. Kucnąłem obok i zacząłem przeglądać dzienniki, nie do końca wiedząc czego szukam. Pył zostawał mi na palcach, kiedy przerzucałem kolejne egzemplarze. Najświeższe pochodziły sprzed paru dni, najstarsze sięgały kilku lat wstecz. Nagłówki i urywki zdań spływały po zewnętrznych warstwach mojej świadomości, nie docierając głębiej.
„Straty szacuje się na pół miliona dolarów…”, „27 osób zabitych podczas strzelaniny, rannych jest dwa razy tyle”, „Wojsko w gotowości stawiło się w mieście”, „Rząd próbuje odwlec działania zbrojne, zatuszować zaistniałą…”, „Pożar zniszczył wschodnie dzielnice miasta”
Poczułem na sobie zainteresowany wzrok bibliotekarki, która pijąc kawę siedziała za biurkiem.
Nagle coś mnie tknęło. Chwyciłem leżący przede mną dziennik, szukając fragmentu, który przeczytałem przed chwilą.
„Masowe samobójstwa wśród żołnierzy”. Zapamiętale przerzucałem strony. „Hudson Street, Charles Avenue i 42th Street doszczętnie spalone.” Zamarłem, zerknąłem na datę wydania 14 września. „Dotychczas odnaleziono szczątki 36 ofiar. Poszukiwania wciąż trwają.” Przeczytałem jeszcze raz, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Był 8 listopada.
Dłonie trzęsły się, kiedy odkładałem gazetę. Wyszedłem stamtąd szybko, trzaskając drzwiami.
- Do widzenia. – zawołała za mną bibliotekarka. Nie miałem zamiaru odpowiadać.
Kiedy wybiegłem na zewnątrz, z nieba lały się nieprzerwanie strugi deszczu.
*
Charles Avenue leżała cztery przecznice dalej. Teren, na którym pracowała ekipa budowlana, otoczono barierkami. Dzisiaj było tam pusto.
Ze starych kamienic pozostały tylko zgliszcza, a to czego nie zniszczyły płomienie leżało porozrzucane wokół. Parę budynków jeszcze stało, okaleczonych, straszących pustymi otworami okien i drzwi. To miejsce przypominało ranę w ciele miasta, powoli się zasklepiającą. Rozejrzałem się dookoła – poza strefą pożaru, miasto nadal żyło. Poruszające się kolorowe postacie, szare domy i świecące witryny sklepów zlały się w jedną, barwną mozaikę pozostającą za zasłoną deszczu. Byłem całkiem przemoknięty, woda kapała mi za kołnierz. Zaczęły wstrząsać mną
dreszcze, w miarę jak posuwałem się wzdłuż Charles Avenue. W pewnym momencie zatrzymałem się. W miejscu kamienicy, w której znajdowało się mieszkanie Whitmore’ów powstawał już nowy dom. Pozostały tylko osmalone, śliskie schodki.
Sięgnąłem do kieszeni. Książka była tam nadal. Wyjąłem ją już siedząc w taksówce. Deszcz tłukł o szyby, ryk silnika i odgłosy ulicy zlały się w jeden, przeciągły dźwięk.
Przekładałem książkę z ręki do ręki. Wtem mój wzrok padł na coś, co przeoczyłem wcześniej – na zwęglony fragment obwoluty.
Asia Kalemba,
kl. 2gB
Przeziębienie murowane
Zastanawialiście się kiedyś, czy tylko nowojorski Central Park kryje swoje tajemnice? Może dziwne lub wyolbrzymione zdarzenia są też w Twoim mieście?
Właściwie to logiczne, pomyślałem, wysiadając z czternastki po podjęciu szybkiej decyzji przesunięcia szkoły na dalszy plan.
Teoretycznie też bylibyśmy ufolami, gdyby jednak nas nie uprzedzono. Na razie pozostawaliśmy raczej tylko UWO (Unidentified Walking Objects). Poza tym zachowalibyśmy się też głupio, gdybyśmy chcieli wylądować w odpowiedniku nowojorskiego Central Parku w samym środku wielkiej metropolii. Przecież nie dysponowalibyśmy od razu wojenną armadą zdolną do stawienia czoła innym inteligentnym organizmom. Skromny statek badawczy nieśmiało wybrałby na bazę jakieś słabo zasiedlone miejsce.
A to coś mogło uchodzić za skromne. Nawet dziecko zdołałoby zestrzelić ten obiekt z procy. Nic więc dziwnego, że wybrali Opole. Zapewne korzystali z systemów lotniska w Kamieniu Śląskim,choć bliżej nie odważyli się podlecieć. Zdecydowali się na park przy Ozimskiej, a dokładniej w okolicy skrzyżowania z Gdańską. Mieli swoje genialne powody, żeby wybrać to miejsce zamiast jednego z okolicznych lasów.
Przerwałem fantazjowanie i na poważnie rozglądnąłem się za właścicielem tego statku RC. Nie chciałem się zbytnio spóźnić na lekcję, więc ruszyłem w kierunku miejsca, gdzie zniknął mi z oczu wśród koron drzew.
Dostrzegłem kilka połamanych gałęzi. Pokiwałem z uznaniem głową. Co jak co, ale solidne to musiało być. Skąd gościu wziął silniki do tego? Podszedłem bliżej i zrozumiałem, że to nie mógł być model sterowany radiowo. Na wpół pożałowałem, na wpół ucieszyłem się, że przyciśnięty do przedniej szyby spostrzegłem ciemny kształt we mgle i postanowiłem wysiąść (żegnany przemiłymi spojrzeniami).
Nie zdążyłem się dłużej przyjrzeć ciemnoczerwonemu statkowi kosmicznemu (już nie miałem wątpliwości) o nieregularnych kształtach. Z jakiegoś otworu wypadły nagle sześciany barwy… Marsa. Po chwili te nie większe od pięści kawałki skał wypuściły odnóża i sensory. Kilkanaście małych kończyn i czujników drgających nerwowo wyglądało wprost komicznie. Parsknąłem śmiechem.
Jednak ich ruchy nie okazały się nieporadne. Większość oczu skierowała się na mnie. Ze śmiechu nie zorientowałem się o ichnich zamiarach. Pełzły w moją stronę powoli, jakby nie miały sił. Kiedy jednak małe rączki zacisnęły palce na moim ubraniu i przylgnęły do mnie ciasno ze wszystkich stron, przestraszyłem się nie na żarty.
Cofnąłem się w gwałtownie i wywróciłem w głębokim śniegu. Jednokolorowe kostki Rubika obsiadły mnie ze wszystkich stron. Czułem bijący z nich chłód, jeszcze zimniejszy od styczniowego powietrza. Próbowałem się z nich otrząsnąć, ale zaczynało brakować energii. Sięgnąłem po scyzoryk.
Równie dobrze mógłbym próbować ściąć jeden z pobliskich kasztanów nożyczkami. Ostrze odbijało się od twardych jak skały kosmitów. W końcu dałem za wygraną i zacząłem się modlić w myślach, bo na żaden ruch nie miałem siły. Zresztą i tak szło mi to mozolnie, jakby impulsy w neuronach wlokły się leniwie. Kiedy uznałem, że już po mnie, niespodziewanie odpuściły. Mój organizm szybko zaczerpnął ciepła. Nie wiem skąd, ale nie miałem zamiaru dociekać.
- Więcej? – rozbrzmiał przepełniony nadzieją głos w mojej głowie.
- Kanapki. Plecak – pomyślałem, a istoty podały mi drugie śniadanie. Pomogły przy pierwszych kęsach, dalej radziłem sobie sam, zerkając na nie podejrzliwie. Stały czy też siedziały w szeregu naprzeciw mnie, powstrzymywane jedynie przez nieco jaśniejszy sześcian. W głowie słyszałem „Więcej! Więcej!”. – Czego chcecie?
- Energii! Energii!
- Dam wam trochę – zaryzykowałem nieostrożnie, ale ciekawość brała nade mną górę. – Ale powiedzcie mi coś o sobie.
Nagle w głowie pojawiło się pełno obrazów. Najwidoczniej pochodziły z Czerwonej Planety. Potrzebowały energii do funkcjonowania (bo to właściwie nie kwalifikowało się do życia). Nie
przetwarzali materii wewnątrz siebie. Rozmnażanie powinno u nich nosić nazwę produkcji. Wytwarzali się poprzez dostarczanie ogromnej ilości energii w wykuty w skale sześcian. Było to powolnym procesem, ale dysponowali całą planetą i miliardami lat.
Powiedzieli, że będzie ich więcej.
- Tu jest o wiele cieplej – stwierdzili. – Ciepło to energia. (Więcej! Więcej!)
Pomyślałem chwilę. Mogli mnie zabić. Kto wie ile tam powstało i jak bardzo zaawansowani są? Trzeba by się ich pozbyć, uznałem.
- Dalej jest jeszcze cieplej – poinformowałem. – Wenus, Merkury… Słońce. – Po szybkiej penetracji mojego umysłu uwierzyli. Zaślepieni chciwości, nie wyczuli moich pobudek
- Ale brakuje nam energii żeby się tam dostać. (Więcej, więcej!)
Uśmiechnąłem się. Zjadłem resztę kanapek i pogimnastykowałem się trochę, a statek na moje polecenie chłonął energię. Już czułem nieuchronne przeziębienie. Opisałem im drogę do najbliższej elektrowni i pozwoliłem zaczerpnąć stamtąd do woli. Czego się nie robi dla ratowania świata? Nawet nie podziękowali, tylko natychmiast odlecieli.
Do szkoły przyszedłem dwadzieścia po ósmej, ale nie spóźniłem się. Z powodu braku prądu nie działał dzwonek.
I dlatego, mamo, mam ten katar.
Krzysiek Matkowski,
kl. 2gB
Morderstwo w Czarnej Czapce
Część 2
Wieża zegarowa była miejscem szczególnym. Ktokolwiek przechodził ulicą, przy której stała, choćby i mijał ją codziennie, musiał na chwilę stanąć, podnieść głowę i przekonać się o jej nadzwyczajnej wysokości. Historyczne dzieła mówią, że ta słynna budowla powstała w 1456 roku i mierzy sobie ponad 360 metrów. Jednak jeśli zobaczylibyście Godivę (bo tak się nasz budynek, chociaż to słowo kojarzy mi się bardziej z odrapanym, brzydkim blokiem, nazywa) od razu poczulibyście emanującą od niej aurę tajemnicy… Dookoła zabytku rosło dużo drzew. Na wiosnę, lato, wczesną jesienią czy śnieżną zimą to zalesienie pięknie wyglądało, dodawało Godivie… Szczęścia? Tak, tak to można nazwać. Lecz teraz, w czasie pluchy, zimnej zawieruchy, nie mającej nic wspólnego z zimą, raczej z porą roku o nazwie Ohyda, rośliny uwydatniały tylko drobne błędy konstrukcyjne, szaroburość oraz „samotność”, „smutek” wieży. „Samotność” dlatego, że mimo całej piękności nie było to często odwiedzane miejsce.
W środku używanymi pomieszczeniami były tylko sala teatralna oraz zagadkowe mieszkanie, usytuowane prawie na szczycie. Do tego pomieszczenia prowadziły zwyczajne drzwi, których kolor można by opisać jako nieokreślony. Zza tej bariery dzielącej świat od miejsca do życia pewnego osobnika dochodził dziwny i zaskakujący zapach -pachniało chlorem. W środku było tak brudno i panował tam taki bałagan, że ledwo się dało otworzyć drzwi, a żeby przejść z holu do kuchni należało ubrać maskę gazową, aby nie wciągnąć za dużo pyłu, kłębiącego się w powietrzu jak bakterie wąglika. Na szczęście nie wszyscy mieli szczęście przyjrzeć się bałaganowi panującemu w mieszkaniu. Jeśli już ktoś się przybłąkał w okolicę Godivy, i postanowił zajrzeć do środka, wdrapał się na dziesiąte piętro i przez przypadek zauważył owe drzwi, nie mógł wejść dalej, ponieważ się brzydził dotknąć oblepionej niewiadomo czym, starej, (prawdopodobnie zabytkowej, lecz pod kilogramami kurzu trudno dostrzec takie szczegóły) mosiężnej klamki.
Sala teatralna była
zdecydowanie mniej zabrudzona, ale jednak nie można powiedzieć, że była czysta. Należała ona do Recitala Malarsky. Nie wiadomo kto i dlaczego go tak nazwał, ponieważ pan Malarsky zupełnie nie posiadał talentu muzycznego, a wszystkie jego akta i dowody tożsamości zginęły. Recital nie miał też za grosz talentu aktorskiego, mimo to dostawał najlepsze role w teatrze „Starym”, czyli miejscu pracy trupy teatralnej . Trupa składała się z trzynastu aktorów. Między innymi Ronalda Lindseya.
Tyle można by powiedzieć o Godivie, największym zabytku i jednym z bardziej tajemniczych miejsc Crosswordu. I właśnie w stronę wieży udał się po zatargu z policjantem Ron.
W drodze do niej Ron pogwizdywał sobie swoją ulubioną melodię.
Wpadł w taki błogi nastrój, że zaczął śpiewać, lecz nagle zobaczył jakąś dziwną osobę ubraną na czarno, która szła po ulicy i od razu przypomniał sobie całą sprawę z zamordowaniem Elizabeth. Jego Elizabeth. Wszystko dobrze by się potoczyło, gdyby w jego drogę nie wszedł On. Również jedyny w swoim rodzaju, ale Elizabeth była dobra, a On był zły. Prawdziwie zły; okrutny.
-Słuchaj!- Zabębnił mu w uchu głos, który przyprawiłby o ciarki Mc’Gyvera. Ron musiał coś odpowiedzieć, bo nie chciał słuchać tego… Czegoś.
Ale nie umiał wydobyć z siebie nawet dźwięku.
-Słuchaj- jeszcze raz powtórzył On tylko, że tym razem stanął naprzeciwko niego. Twarzą w twarz.
-Słuchasz mnie?! Pytam po raz ostatni.- Zaczął mówić ten obrzydliwy głos.
-Taa… Takk…- wyjąkał Ron
On znów popatrzył na jego oblicze swoim wzrokiem. Wzrokiem, który zabijał muchę, gdy ta nań spojrzała. Ron musiał ulec. Nie mógł się powstrzymać. Bał się. Bo co by się stało, gdyby mu nie opowiedział. Być może już by leżał martwy w grobie albo umierał torturowany… Tak, więc się poddał i zaczął gadać.
-Po usłyszeniu całej historii On wyszeptał:
–Pamiętaj! Nienawidzę Cię, ale dla twojego i przede wszystkim mojego dobra ostrzegam Cię. Nie myśl, że to przeze mnie ona została zamordowana. To nie była ani moja ani Twoja wina.- Na chwilę przestał mówić, a właściwie grozić. Zamyślił się i popatrzył na Godivę. Takim dziwnym wzrokiem…
-Hmm… Dziwne… Intrygujące…
-Słucham?- Zaczął zdanie Ron i popatrzył na Niego, gdy tamten znowu zaczął złowrogim szeptem, wydukiwać:
–Ona wcale nie była dobra, tak jak myślisz. Zakłamana… Gorsza od Ciebie!
I już, już Ronald chciał coś dodać, lecz On biegł przed siebie. Przebiegł pół małego mostu, zatrzymał się i skoczył to rzeki. Ludzie nie mogli uwierzyć w to, co zobaczyli. Tylko Ron mógł.
Po drodze w jego głowie, co chwila pojawiały się, głupie myśli, głucho brzmiące w nędznym mózgu. Spotkanie z kimś takim jak On zawsze kończyło się dziwnie…
Cdn.
Ola Wójtowicz
kl. 2 gA
Humor
Skład redakcji:
Dagmara Gątkiewicz i Alexander Dulak, Paweł Andrejczuk, Katarzyna Chotomska, Kuba Gabryś, Kasia Jaroszewicz, Asia Kalemba, Krzysztof Matkowski, Łukasz Mielczarek, Monika Renkas, Ola Wójtowicz, Stella Stasiak
Opiekun:
mgr Anna Szczęsna - Domagała
*** Przed feriami nauczyciel mówi do dzieci:
- Drogie dzieci, przez ferie zmądrzejcie i bądźcie grzeczne!
- Nawzajem panie profesorze!
*** Zmarznięty w czasie śnieżycy turysta puka do domu bacy i pyta:
- Macie baco coś do jedzenia?
- Niii! - To może chociaż wrzątek macie??
- Mom... ino zimny.
*** Kto to jest prawdziwy narciarz?
- Człowiek, którego stać na luksus połamania nóg w bardzo znanej miejscowości górskiej, przy pomocy bajecznie drogiego sprzętu.
*** Góry. Malarz maluje pejzaż. Podchodzi baca, patrzy jak artysta wiernie kopiuje widok i mówi:
- Ile to się człowiek musi namęczyć jak ni mo aparatu!