Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Juwenalia tuż tuż...



Za niecałe 2 tygodnie w Łomży rozpocznie się największa impreza studencka, tzw. Juwenalia. Jak zawsze, nie zabraknie atrakcji. W tym roku maja wystąpić takie gwiazdy jak: Sidney Polak, Enej, East West Rockers i Łona. Pierwsze juwenalia zostały zorganizowane już w 59 roku naszej ery, lecz dopiero w czasach nowożytnych przybrały taką formę, z jaka mamy do czynienia dziś. W Polsce na pomysł zorganizowania takiej właśnie imprezy wpadli żacy z Akademii Krakowskiej. Dlatego też w maju były organizowane barwne korowody studentów, którym towarzyszyły występy połykaczy ognia, wędrownych grajków, mimów czy żonglerów. Następnie pomysł Juwenalii rozsiał się po całej Polsce. Niektóre obchody trwały ponad 2 tygodnie. Obecnie na czas Juwenaliów młodzież akademicka otrzymuje od prezydenta klucze do bram miasta i hucznie bawi się na jego ulicach. Są organizowane koncerty mniej lub bardziej znanych zespołów, a także kapel studenckich, mnóstwo zabaw, uroczystości oraz pokazów. Największe juwenalia w Polsce odbywają się w Olsztynie pod nazwą KORTOWIADA. Odbywa się ona na początku maja i trwa 4-5 dni. Na te święto zjeżdżają się wszyscy studenci z całej Polski. Nazwa tego święta pochodzi od nazwy dzielnicy studenckiej, Kortowa. Podczas Kortowiady wszystkie imprezy odbywają się na Kortowie, co nadaje juwenaliom unikalny charakter. Nieodłącznym elementem Kortowiady i znakiem przynależności studentów do danego wydziału jest koszulka wydziałowa. Autorskie koszulki są projektowane i wybrane przez studentów każdego z wydziałów w drodze konkursu. Juwenalia posiadają także swój oficjalny hymn – utwór „Kortowiada”, nagrany przez zespół Enej do słów Bartłomieja Kroma. Miejmy nadzieję, że łomżyńskie juwenalia kiedyś dorównają olsztyńskiej Kortowiadzie. W Łomży historia juwenalii jest krótka. Pierwsze takie święto zostało zorganizowane 6 czerwca 2008 roku, przez studentów Wyższej Szkoły Zarządzania i Przedsiębiorczości im. Bogdana Jańskiego w Łomży. Studenci pragnęli pokazać, że warto jest studiować na łomżyńskich akademiach. Jednak te juwenalia zapisały się w pamięci jako akcja charytatywna dla uczennicy, która po wypadku samochodowym potrzebowała ogromnych funduszy na rehabilitację. Zorganizowano licytacje najróżniejszych przedmiotów. Na sam koniec imprezy wystąpiła piosenkarka, Ewelina Flinta i zespół East Clubbers. W tym roku zabawa rozpoczyna się 4 czerwca. Jak zawsze nie zbraknie atrakcji. Mają wystąpić takie gwiazdy jak: Sidney Polak, Enej, East West Rockers i Łona. Miejmy nadzieję, że pogoda dopisze i będziemy mogli bawić się do samego rana. Justyna Wszeborowka1. Hitler. Geniusz czy szaleniec?



Dziś pytanie, dziś odpowiedź... Arek kl. I A Miał wizję, ale nim zawładnęła i stworzyło to z niego szaleńca. Martyna kl. II F Uważam go za człowieka inteligentnego, ale nie popieram jego działania i nie uważam za właściwą żadnej skrajności, w tym przypadku politycznej. Patryk kl. I F Geniusz, ponieważ pociągnął za sobą setki ludzi. Kamil kl. I F Geniusz. Po prostu. P. A. Nitkiewicz Moim zdaniem, to szaleniec, ale można powiedzieć, że niektóre posunięcia miał genialne. Jednak w zbyt makabryczny sposób zniszczył zbyt wielu ludzi, co przysłoniło obraz charyzmatycznego i ponadprzeciętnego człowieka, którym niewątpliwie był, skoro potrafił pociągnąć za sobą i przekonać do swojej ideologii tyle istnień. 2. Eutanazja. Za czy przeciw? Arek kl. I A Nie jestem za ani przeciw. Jeżeli ktoś wyrazi zgodę, jest to jego decyzja i powinni mu na to pozwolić. Martyna kl. II F Uważam, że gdyby Bóg tak chciał, to by umarli i nie powinno się pomagać w utrzymaniu życia ani w jego zabieraniu. Patryk kl. I F Moim zdaniem, eutanazja jest dobra, ponieważ są osoby, które powinny już nie żyć. Są za stare i męczą się. Kamil kl. I F Jestem przeciw, ponieważ wielu lekarzy robi to specjalnie, żeby nie musieć zajmować się już starszymi, niepotrzebnymi ludźmi. P. A. Nitkiewicz Wbrew moim poglądom, człowiek nie powinien ingerować w czas i długość trwania życia. 3. Gdybyś miał poświęcić życie kilku nieznanych Ci osób, dla istnienia tej jednej, na której Ci zależy, zrobiłbyś to? Arek kl. I A Gdyby miała zginąć więcej niż jedna osoba, czyli propozycja większego zła, dla mniejszego dobra, to nie. Martyna kl. II F Nie. Patryk kl. I F Tak, bo bardziej zależy mi na tej jednej osobie, niż na reszcie. Kamil kl. I F Pomógłbym bliskim. P. A. Nitkiewicz Wiadomo, że każdy walczy o bliskich, ale gdybym to ja miała decydować o tym, czy ktoś uratuje bliską mi osobę, myślę, że nie miałabym na to wpływu. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, jednak jeśli miałabym sama komuś pomóc, zrobiłabym to na drodze transplanacji. Rozmawiała: Magda Flera Kolejny niewypał



Ile to już armagedonów i dni ostatecznej zagłady udało mi się przetrwać ? Szkoda czasu, by to zliczać. Wieści o końcu świata napływają do nas praktycznie kilka razy do roku, każdy z „proroków” zapewnia, że to właśnie jego data okaże się tą właściwą. Najświeższa przepowiednia głosiła, że ostateczny koniec ma się dokonać 21.05.2011r. o godzinie 18:00. Ustalił ją znany amerykański kaznodzieja, Harold Camping, i ogłosił na falach swojej radiostacji. Pseudoprorok uważał, że zagładę miało przeżyć 2% ludności na Ziemi. Zadziwiający jest fakt, że ten odsetek to w większości jego zwolennicy, których, według notowań, wciąż przybywa. Camping nie jest w żadnej wspólnocie kościelnej. Twierdzi, że udało mu się dokonać awangardowej interpretacji Biblii, według której ma ona być kosmicznym kalendarzem, który objaśnia kolejność wypełniania się jego rozmaitych zwiastunów. Ludzie popierający kaznodzieję włączyli się na ulicach Nowego Jorku w akcję rozdawania ulotek mówiących o rychłej zagładzie i powinnościach, o których nikt nie może zapomnieć przed śmiercią. Harold Camping nie był pierwszym wróżbitą zwiastującym zagładę ludzkości. Już od najdawniejszych czasów tworzono centurie. Swoistą wyrocznią była Sybilla na dworze króla Salomona. Oto fragmenty jej przepowiedni: „Między chrześcijanami zapanuje wielka nędza i niewiara. Fałszywość tak się rozpanoszy, że chrześcijanie będą nieprawymi przysięgami Boga znieważali, a Bóg ześle na nich za ich nieprawości wiele postrachów i napomnień, kary i utrapienia przez niesłychane choroby i boleści na ich ciała i skrócenie życia przez cztery żywioły, to jest morowe powietrze, gradobicie, powodzie wielkie i wody rozlane, że przez to wielką szkodę na żywności ucierpią, a na koniec nagłą i niespodziewaną śmiercią ich karać będzie […] wielu duchownych stanie się łakomymi, zajmą się lichwą. Niektórzy trwać będą w żeńskiej wspólnocie, przeto lud prosty to zobaczy, że zaniechali przykazań zakonu Bożego jako zwierzchnicy dla swych poddanych. Pomsta Boża spadnie na nich, Bóg przewróci myśli ludzkie w pracy. Będą czynić z jednej pracy dwie, pola przemieniać na drogi, jak niegdyś przy budowie babilońskiej wieży[…]wybuchnie wielka wojna, która długo trwać będzie. W niej się zejdą narody od zachodu słońca i powstanie wielkie przelanie krwi i wiele ludzi życie utraci. Zachodni kraj więcej niż



wschodni zniszczonym będzie.” Przepowiednia jest znacznie dłuższa. Można zauważyć, że niektóre z przewidywanych zdarzeń mają odzwierciedlenie już dziś. Po śmierci Jana Pawła II przypomniano sobie na konklawe przepowiednię Malachiasza. Zgodnie z jej słowami nowym papieżem miał zostać ten, któremu będzie można nadać tytuł "Gloria Olivae" (Chwała Oliwna). Zastanawiano się, co mogą oznaczać te słowa. Wielu twierdziło, że może chodzić o kolor skóry, od czarnego po brązowy. Wśród kandydatów wymieniano kandydata czarnoskórego i kilku Latynosów. Gdy wybrano kardynała Ratzingera, a ten przyjął imię Benedykta XVI, zwolennicy przepowiedni Malachiasza krzyczeli: przecież w godle zakonu benedyktynów jest... gałązka oliwna! Dopiero kilka miesiący po konklawe stwierdzono, że św. Malachiasz - ten prawdziwy, z Irlandii - nigdy żadnej przepowiedni o papieżach nie uczynił. A ta, którą mu powszechnie przypisywano, jest fałszywką pochodzącą z XVI wieku (zatem kilka stuleci po Malachiaszu). Pod koniec drugiego milenium, tak jak i pierwszego, ludzie gorączkowo szukali horoskopów na najbliższą przyszłość, wielu obawiało się końca świata. Zaczęło powstawać niezliczona ilość fantastycznych wizji i domysłów. Zapomniano jednak, że nadchodzące nowe tysiąclecie było tylko przełomowe dla chrześcijan. Dla Chińczyków minęło wtedy już ponad 4700 lat ! Jedną z bardziej intrygujących przepowiedni, którą przywoływano w tamtym okresie, jest „Proroctwo Oriona”. Zgodnie z nim 21 grudnia 2012 roku dojdzie do przebiegunowania Ziemi - w związku z bardzo dziwnym układem planet zdarzającym się raz na 12 tys. lat. Ponoć wiedziano o tym już za czasów Majów. Nikomu nie udołało się jednak przewidzieć pożarów, które nawiedziły Australię i Florydę pod koniec lat ’90 czy fal tsunami w Tajlandii w 2004 roku. Istnieją także mniej popularne wizje końca świata przechowywane na dnie babcinych szuflad i zakamarków. Są one najczęściej przekazywane z ust do ust, rzadziej spisywane. Kiedyś miałem okazję usłyszeć część takiej przepowiedni. Głosiła ona o anomaliach i nagłych zmianach pogodowych w kilka dni przed dniem sądu. Na niebie miał się ukazać również biały krzyż zwiastujący rychłe przyjście Sędziego Sprawiedliwego i nawołujący do pokuty. Na Ziemię ma spaść ognisty deszcz i pustoszyć ją z grzesznej i nieprawej ludności. W domu należy ustawić wtedy 4 zapalone gromnice w oknie i gorliwie się modlić o miłosierdzie Boga, którego gniew dosięgnąć ma wszystkich złoczyńców. Wizja nie ma bliżej określonego czasu, określa jednak zwiastuny prowadzące do skończenia świata. Przepowiedni jest znacznie więcej niż tych, które zdołałem tu przytoczyć, niektóre z nich są podobne, niektóre zupełnie inne. Jak widać, ostateczna zagłada to temat, który inspirował ludzi już od niepamiętnych czasów. Każdy chciał wiedzieć, kiedy to nastąpi i jak ma się na nią przygotować. Prawda jest jednak taka, że koniec będzie tylko jeden, gdy przybiją ostatni gwóźdź do naszej trumny. Wszystkie inne idee i koncepcje zagłady są bujną fantazją ludzi, bo o tym co się będzie dziać i kiedy, wie tylko jeden- Bóg. Kamil Nierwiński Następna matura za rok..



Od wielu lat maj jest miesiącem pisania przez trzecie klasy liceum i czwarte technikum matur. Pomimo iż nas, pierwszaków, czeka to dopiero za dwa lata, postanowiłam bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Przez trzy tygodnie widziałam na korytarzach naszej szkoły wielu odświętnie ubranych młodych ludzi. Wśród nich znalazła się moja koleżanka Ania, z która zamieniłam kilka słów. Jak każdy uczeń podchodzący do tego ważnego egzaminu była zdenerwowana. Jej słabszą stroną był język polski, toteż z tej części egzaminu była najmniej zadowolona, jednak ustny egzamin zdała z dobrym wynikiem. Część matematyczna, jak sadzi Ania, nie była aż taka trudna, lecz wymagała posiadania odpowiedniej wiedzy. Z kolei język angielski okazał się dla niej najtrudniejszy. Z zasięgniętych przeze mnie informacji wynika, że absolwenci naszego liceum zdali tą cześć bez problemu. Za dwa lata matura czeka każdego z nas. Pamiętajmy o tym już dziś i uczmy się, póki czas!!! Sylwia Sawicka O tańcu nie da się pisać [...] taniec trzeba tańczyć. —Paulo Coelho Czarownica z Portobello



Tak twierdzi jeden z najsłynniejszych autorów książek filozoficznych ostatnich lat. Jednakże należy spróbować cokolwiek napisać o wydarzeniu, które miało miejsce 28 maja tego roku... Tegoż dnia odbył się XV Turniej Tańca Towarzyskiego o „Puchar Prezydenta Miasta Łomży”. Brało w nim udział aż 288 par (!) dziecięcych i młodzieżowych. W jednej z nich startował nasz były uczeń, a wychowanek p. Elżbiety Kaliściak: Damian Ustaszewski, któremu udało się zdobyć tuż przed pójściem na studia upragnioną klasę A*. Towarzyszyła mu Amanda Darmetko - uczennica II LO w Łomży. Pierwsze, co rzucało się w oczy to ogromna sala w SP 10 ozdobiona przeróżnymi światełkami, drzewkami dekoracyjnymi czy też lśniącymi kulami dyskotekowymi. Moje skojarzenie: jak w typowo amerykańskich produkcjach dla nastolatków podczas sceny balu maturalnego czy czegoś w tym stylu... Nie powiem, było też na co narzekać. Gorąc i upał, który bił od tańczących, był nieznośny, aczkolwiek sprawiał, że całym sercem dopingowało się wybranym parom tanecznym. Oczywiście, pierwsi zaprezentowali się najmłodsi. Przyznaję, że poza uroczo wyglądającymi i potykającymi się o własne nogi przedszkolakami... nie widziałam zbyt wiele. Następnie starsi. Tu, było już nieco lepiej. Ale z prawdziwą niecierpliwością czekałam na godzinę osiemnastą... Wtedy to dopiero się zaczęło dziać. Mnóstwo młodych ludzi, chłopcy we frakach, dziewczęta w finezyjnych, niebywale barwnych i błyszczących sukniach... Gdy człowiek tak się im przyglądał, zaczynał tworzyć sobie w głowie jakąś historię rodem z przekazywanych ustnie lub pisemnie baśni. Większość z nich kończyła się przecież na balu, podczas którego pary wirowały dookoła sali w niezwykle pięknej scenerii i oprawie melodycznej. Do tego materiał sukienek, które tak wspaniale błyszały przy oświetleniu reflektorów... Nic, tylko rozpływać się w zachwytach. Ale wracając do rzeczywistości. Popisy taneczne naszych kochanych „łomżyniaków” pokazały tylko, że nie damy sobą pomiatać. Nawet w takiej kategorii jak taniec towarzyski. Wielokrotnie staliśmy na podium, przez co łomżyński „Akat” pokazał prawdziwą klasę. Jak zwykle. GRATULACJE! Modyfikacje ciała: Piercing i BodyArt
Jak bardzo ciało ludzkie jest w stanie przystosować się do człowieczej ingerencji? Poniżej przedstawię Wam kilka osób, które łamią wszelkie bariery i dla których nie istnieje pojęcie nieprzekraczalnych granic.


Formy ozdabiania swojego ciała zna każdy z nas. Ozdabiamy je chociażby ubraniem, makijażem, biżuterią. Wśród młodych ludzi popularną formą ozdób stał się piercing pępków, brwi, warg, nosów, języków. Coraz częściej można dostrzec też fryzury inne, niż wszystkie mające na celu podkreślenie piękna. Jednak co się dzieje, kiedy fantazja i budżet modyfikującego popychają go nieco dalej? Oto kilkoro ludzi, którzy się o tym przekonali. Coraz częstszą formą modyfikacji są tatuaże... chociaż nie. Je można już nazwać powszechnymi. Dziś u nikogo nie budzi odrazy tatuaż z prostej przyczyny, zatracenia czarnej przeszłości jego kojarzenia. Minęły czasy, kiedy z "dziarami" obnosili się jedynie więźniowie i degeneraci. Jednak są osoby, którym mały tatuaż nie wystarcza i postanawiają zatuszować ponad 80% swojego ciała. Jednym z takich ludzi jest Rick Genets. Chcąc upodobnić się do kościotrupa, pokrył swoją twarz, tors, plecy, nogi, ręce i inne części ciała tatuażami imitującymi ludzki kościec. Mimo że bez wątpienia jest jedną z najbardziej odrażających osób, jakie przyjdzie Wam spotkać może w życiu, on sam udziela wywiadów i na swoim wyglądzie zbija niemałą fortunę. Jest jednak osoba, która pobiła Ricka. Julia Gnuse. Osoba ta nosi zaszczytny tytuł najbardziej wytatuowanej kobiety świata. Jej decyzja jest uwarunkowana chorobą, porfirią, na którą cierpi. Jej ciało pokrywało się pęcherzykami, które pękając, tworzyły blizny. Postanowiła więc je zatuszować, co zakończyło się prawie stuprocentowym pokryciem ciała przez tatuaż. Po wspomnieniu o skórnych malunkach, przyszedł czas na piercing. Nie... nie niewinne cyrkonie w noskach czy uszach. Skrajnie modyfikowani ludzie posuwają się dużo, dużo dalej. Głównym przedstawicielem zamiłowania do weird piercingu jest tak zwany Unstoppable Pauly [Niepowstrzymany Pawełek]. Tunele w jego uszach osiągnęły średnicę ponad 10 cm, a rozciągnięte chrząstki nosa dają mu, przy dozie dobrej woli, możliwość oglądania wnętrza swojej czaszki. Jest też szczęśliwym (?) posiadaczem tunelu w brodzie. Póki nie założy sobie spirali zamiast rozpychacza, może jeść bez obaw, że połowa strawy znajdzie się poza jego jamą ustną. Był mężczyzna, pora na kobietę. Elaine Davidson jest rekordzistką Guinessa w przekłuwaniu swojego ciała. Obecnie założonych ma 2500 kolczyków, w tym 500 dookoła samych genitaliów. Niektóre z nich wszczepiła sobie pod skórę, zapewne już w celu jedynie bicia rekordu. Łączna waga jej ozdób wynosi 3 kilogramy. Tatuaże i kolczyki są jednak, można powiedzieć, niczym, przy tak zwanym Body Arcie. Zacznę od Lizardmana, dokładniej Erica Sprague. Jak sama nazwa wskazuje, ów człowiek zechciał upodobnić się do jaszczurki. W tym celu poddał się zabiegowi pokrycia swojego ciała tatuażami imitującymi łuski, implantami podskórnymi, mającymi to samo zadanie, spiłowaniu zębów w szpic oraz rozdwojeniu języka. Przyjmuje się, że to właśnie on zapoczątkował modę na "dwa języki", która to z roku na rok staje się coraz bardziej powszechna. Zabieg ten jest długotrwały, ponieważ po rozcięciu języka na około 3 centymetry, posiadacz musi go regularnie rozrywać, ze względu na szybkie gojenie się tegoż narządu. Ludzie przeprowadzający wywiady z Lizardmanemi,



znający go nieco bardziej niż jedynie ze zdjęć, utrzymują, że jest, mimo budzącego lęk wyglądu, człowiekiem obdarzonym niesamowitym poczuciem humoru. Nieco dalej niż Eric, zaszedł Denis Avner. Jego miłość do dzikich kotów urzeczywistniła się w tym, że... zmienił się w tygrysa. Wytatuowane tygrysie pręgi na twarzy i ciele, rozdwojona warga, silikonowe implanty imitujące kocie policzki, zaostrzone uszy, sztuczne, wkręcane w skórę wąsy, wzmacniane pazury, autentyczne, tygrysie zęby wbudowane w jego własną szczękę, i ogon, póki co tylko sztuczny, dają niesamowite połączenie. Niestety, Denis nie budzi swoim wyglądem okrzyków zachwytu dziewcząt choćby dlatego, że jest 44-letnim, dość otyłym mężczyzną wyglądającym jak ostatni oszołom. Podobno jego wygląd uwarunkowany jest wychowaniem w plemieniu amerykańskim, za obyczajem i wiarą którego Denis postanowił zmienić się w czczone ogólnie zwierzę, tygrysa. Modyfikacje ciała... cóż, jeżeli nadal uważacie, że kolczyk w pępku jest szczytem nieprzekraczalnym dla porządnego obywatela, a wiem, że takie osoby się zdarzają, zapoznajcie się z grafiką Google, wpisując poszczególne imiona wymienionych tutaj osób. Swoją drogą, ciekawe, jak taka osoba poradziłaby sobie na naszych, polskich drogach...



Jest godzina 9.30. Przygotowuję się do drogi. Mam nadzieję, że uda mi się zobaczyć coś wcześniej nieznanego. Gdzieś w Otwocku znajduje się cmentarz żydowski. Szukam ulicy Androlliego. Moje zainteresowanie historią Żydów w tym mieście obudził ośrodek wypoczynkowy, w którym mieszkam - przedwojenne sanatorium warszawskich Żydów, które teraz jest placówką Towarzystwa Społeczno - Kulturalnego Żydów w Polsce. To miejsce skłoniło mnie do bliższego poznania ich kultury. Na cmentarzu, do którego docieram po dwóch godzinach, zachowały się macewy. Droga wcale nie była łatwa – śnieżne zaspy, dzikie psy – to wszystko sprawiło, że wydawała się nie mieć końca. Idąc, mijam stare drewniane domy, wille oraz obojętne ludzkie twarze. Wprowadza mnie to w coraz głębsze refleksje, jak żyli pochowani tam ludzie i w jaki sposób powinnam się zachować, gdy dotrę na miejsce. Pewnie dlatego nawet nie zauważyłam, że Otwock już za mną. W mojej głowie zaczęły rodzić się pytania. Czy dotrę do celu? Czy moja wędrówka ma sens, skoro nie wiem nawet, czego mam się spodziewać po przybyciu na miejsce? Do nekropolii zaprowadziła mnie asfaltowa droga biegnącą wzdłuż lasu. Tabliczka z napisem – CMENTARZ ŻYDOWSKI pojawiła się przed moimi oczami niespodziewanie, co jest bardzo nietypowym zjawiskiem, ponieważ brak zainteresowania ze strony społeczeństwa powoduje, że raczej nikt nie odwiedza takich miejsc, są więc zazwyczaj nie oznakowane. Nagle za swoimi plecami usłyszałam czyjś niewyraźny głos, odwróciłam się i z lekkim przerażeniem zapytałam stojącego tuż obok mnie mężczyznę: „O co chodzi?” Z ironią w głosie powiedział: „Idziesz zobaczyć groby Żydów?” I zaczął się śmiać. Odpowiedziałam: „Tak, a czy robię coś złego?” Wtedy ten spojrzał na mnie przeszywającym wzrokiem i z obojętnością w głosie spytał: „Po co odwiedzać te groby? To bez sensu, lepiej zainteresuj się historią swoich przodków, a nie jakichś tam Żydów.” W tym momencie zdałam sobie sprawę, że rozmawiam z antysemitą. Próbowałam wytłumaczyć mu, że ten naród jest także częścią naszej historii, której nie da się tak po prostu usunąć. Niestety, moje argumenty okazały się bezskuteczne. Mężczyzna powiedział kilka nieprzyjemnych słów pod moim adresem i odszedł. Ja jednak nie zwątpiłam w sens swojej wędrówki, a moja ciekawość rosła z minuty na minutę, popychając do szybszego marszu. Z trudem pokonałam wielkie śnieżne zaspy ciągnące się około trzystu metrów, gdy nagle moim oczom ukazał się kirkut. To było coś niezwykłego… O człowieku znikąd.



Jego historia jest podobna do wielu, jakie wydarzyły się w okupowanej Polsce. Przebrany za dziewczynkę został wyniesiony z getta lwowskiego w 1943 roku i przewieziony do Przemyśla, gdzie podczas jakiegoś zamieszania trafił do ochronki. Gdy jego ciocia poszła go odebrać, nie było już niczego: ochronki, zakonnic ani dzieci. On znalazł się w transporcie do Auschwitz. Podczas przejazdu, w Płaszowie, partyzanci podpalili jeden z wagonów, który został odczepiony od składu. Dzięki temu uratowała się grupa dzieci, wśród nich Michał. Wszystkie trafiły do Krakowa, gdzie był zorganizowany przez biskupa Sapiehę wielki ruch pomocy. Proboszcz ogłosił najbardziej zaufanym parafianom, że są dzieci do oddania – tak został przygarnięty przez polską rodzinę. Jako dziewczynka. Gdy się potem okazało, że to chłopiec, a do tego obrzezany, nie było tu już dla niego miejsca. Zaopiekowali się nim kolejni Polacy. Dzięki ich wielkoduszności przetrwał zagładę własnego narodu. Wszystkim dzieciom czasów Holokaustu, teraz już dorosłym ludziom, żyje się ciężko. Przeżyli traumy, z których się nie wyrasta. Mówią, że „siedzą w szafie”. Jak stwierdza pani Zofia, nawet tym dobrze sytuowanym, wykształconym, którzy w czasach powojennych osiągnęli wszystko, jest bardzo trudno. Makabryczne przeżycia zostają w nich na zawsze. Żyją bez wiedzy, kim w rzeczywistości są. Nie wiedzą, jak się naprawdę nazywają i jakie są ich korzenie. Niestety, nawet psychoterapia nie pomaga uciszyć wspomnień. Zdaniem pani Zofii, ślad tego, co się wydarzyło w przeszłości, zostaje na zawsze, a z wiekiem nawet pogłębia się. Osiągnęli bardzo dużo, jednak pamiętając o tym, że za przyznanie się do żydostwa groziły im represje, że musieli się ukrywać, mają rozdwojoną osobowość, co nie ułatwia im życia w społeczeństwie. Obrośnięte mchem i przysypane śniegiem macewy wkomponowały się w krajobraz. Widok niezwykły. Rozciągające się na horyzoncie kamienie, które wyglądały na samotne, sprawiały wrażenie czekających na chwilę uwagi. Panująca cisza powodowała, że wyobraźnia malowała w mojej głowie obraz Żydów odwiedzających w jorcait swoich bliskich, pochowanych właśnie w tym miejscu. Wioleta Walewska Zły wybór!



Mam na imię Gosia. Gdy podjęłam pierwszą złą decyzję, miałam 18 lat. Jak każda nastolatka spotykałam się z koleżankami, chodziłam na dyskoteki. Któregoś razu poznałam Tomka. Był kolegą mojej przyjaciółki, która nas ze sobą poznała. Na pierwszy rzut oka super chłopak, wysportowany, przystojny, dokładnie taki, jakiego mogłabym sobie wymarzyć. Oczywiście, nic nie miałam przeciwko, żeby się z nim spotykać. Z czasem zostaliśmy parą. Każdy nam zazdrościł tego, jacy jesteśmy zakochani, wpatrzeni w siebie i nierozłączni. Chciałam, żeby tak zostało na zawsze. Tomek dawał mi prezenty i zabierał na wspaniałe randki. W końcu jednak dotarło do mnie, że coś jest nie tak. Tomek zaczął mnie kontrolować i sprawdzać moje rzeczy, jakby szukał dowodów, że spotykam się z kimś innym. Którejś niedzieli, kiedy poszliśmy na spacer, Tomek umówił się z jakimś dziwnym typem. To wtedy zorientowałam się, że mój chłopak jest dilerem. Teraz stało się jasne, skąd miał pieniądze na te wszystkie rzeczy dla mnie. Zaproponował mi działkę. Powiedział, że nic mi się nie stanie, bo to nie uzależnia, a ja głupia mu uwierzyłam. Potem sama prosiłam go o następne działki i tak w ciągu miesiąca uzależniłam się od narkotyków. Po jakimś czasie wyrzucili mnie ze szkoły. Wiedziałam, że staczam się na dno, ale sama nie mogłam się z tym uporać, a wstydziłam się poprosić kogoś o pomoc. W końcu moja przyjaciółka, ta sama, która poznała mnie z Tomkiem, postanowiła mnie z tego wyciągnąć. Byłam na nią zła, że nie powiedziała mi, kim on naprawdę jest, ale w tej chwili nie to było najważniejsze. Pierwszym krokiem do zerwania z nałogiem było zerwanie z Tomkiem. Nie powiem, że przyszło mi to łatwo, ale udało się. Magda zaprowadziła mnie na odwyk. Na początku wstydziłam się, że spadłam tak nisko. Ale potem za wszelką cenę starałam się wytrwać w abstynencji, bo wiedziałam, że to moja jedyna nadzieja na powrót do normalności. Kuracja trwała rok. Znowu jestem na powierzchni. Powiedziałam sobie jednak, że nigdy w życiu nie zaufam już tak żadnemu chłopakowi. Gorszej nauczki niż ta nie mogłam dostać. Moje życie się odmieniło, ale staram się o wszystkim zapomnieć. Poszłam do liceum zaocznego i zdałam maturę. Długo zastanawiałam się nad kierunkiem studiów, aż w końcu stwierdziłam, że najlepsza będzie resocjalizacja. Chciałam pomagać ludziom, tak jak oni pomogli mi. Teraz pracuję w ośrodku odwykowym i jestem szczęśliwa. Gdyby osiem lat temu ktoś mi powiedział, że moje życie tak się potoczy, pewnie bym nie uwierzyła, ale tego kim jestem, nie żałuję. Niech to, co mi się przydarzyło, będzie przestrogą dla innych dziewczyn.
Dzień, którego nie zapomnę...


Wraz ze znajomymi zaplanowaliśmy wspólne wakacje już pod koniec maja. Ustaliliśmy, że lipiec spędzamy w naszym mieście, w Białymstoku, a w sierpniu ruszamy. Naprawdę cieszyłam się na ten wyjazd. Głównie dlatego, że rodzice pozwolili mi wyjechać, pomimo iż wybieraliśmy się do Chorwacji bez ich opieki. Był już sierpień, środa rano. Ulice powoli budziły się do życia. Tego dnia, popołudniową porą miałam wyjechać na upragnione wakacje. Spakowałam się w poniedziałek, na dwa dni przed wyjazdem. Jeszcze musiałam iść tylko na małe zakupy przed podróżą. Umówiłam się z moją najlepszą przyjaciółką, że spotkamy się przed jedną z galerii i ruszymy na podbój sklepów. Miałyśmy spotkać się około 10.00. Byłam na miejscu już o 9.40. (Pamiętam to tak dokładnie ze względu na późniejsze wydarzenia.) Dochodziła 10, a Majki nie było. Gdy spóźniała się dwadzieścia minut, postanowiłam do niej zadzwonić. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Dzwoniłam do niej kilkanaście razy. Na początku myślałam, że po prostu zaspała. W ostatnich dniach bowiem siedziałyśmy do późna w nocy i planowałyśmy, jak będziemy cudownie spędzać nasze wakacje. Mogła więc być przemęczona. Jednakże, gdy moje dwudzieste połączenie zostało odrzucone, zaczęłam się poważnie martwić. Zadzwoniłam do mamy Majki. Pani Kasia powiedziała, że Maja wyszła z domu około godziny temu. Myślała, że razem szalejemy na zakupach, jak to zwykle miałyśmy w zwyczaju. Pani Kasia powiedziała, że zadzwoni do męża, by zapytać, czy nie ma jej u niego. Moim zadaniem było skontaktowanie się z naszymi wspólnymi znajomymi. Rozmawiałam ze wszystkimi. Nikt nie spotkał się tego dnia z Mają. Wsiadłam w autobus i pojechałam do jej mamy, żeby ją trochę uspokoić i razem z nią czekać na jakiekolwiek informacje od Majki. Gdy tylko weszłam do ich domu, zobaczyłam, że pani Kasia jest cała roztrzęsiona i płacze. Bałam się zapytać, co się stało, ale musiałam. Powiedziała mi, że Kasia miała wypadek. Podobno wbiegła na jezdnię, nie upewniając się, czy droga jest wolna. Od razu pojechałyśmy do szpitala, w którym była Maja. Po kwadransie byłyśmy na miejscu. Szybko pobiegłyśmy do sali, w której leżała. Okazało się, że jej stan jest stabilny, ale będzie musiała zostać kilkanaście dni w szpitalu na obserwacji. Po kilku godzinach spędzonych koło jej łóżka zadzwoniłam do znajomych, by opowiedzieć im, co się wydarzyło. Razem ustaliliśmy, iż odkładamy wakacje. Niedługo po rozmowie z nimi zjawili się całą ekipą w szpitalu. Maja w końcu odzyskała przytomność i próbowała nas przekonać, żebyśmy jechali bez niej. Nie zgodziliśmy się. Jako że nie było sensu siedzieć przy niej taką grupą, a na dodatek lekarze zalecili jej odpoczynek, wyznaczyliśmy sobie dyżury i non stop ktoś był przy jej łóżku. Wakacje, niestety, zostały odwołane, ale wtedy najważniejsza była dla nas Maja. W szpitalu spędziła tylko kilka dni, jednakże musiała jeszcze długo dochodzić do siebie. Postanowiliśmy, że wyjedziemy razem na ferie zimowe. Paulina