Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
Spis treści:
Artykuł wstępny piszę zwykle po zebraniu w całość materiałów kolejengo wydania. W międzyczasie obmyślam sobie jego konstrukcję i tematykę. Przy wiosennym Eskulapie proces koncepcyjny był powtórzony kilkukrotnie. Numer chcieliśmy wydać tuż po warsztatach szefów inspektoratów. Następnym terminem publikacji, po sporych opóźnieniach, był okres przedświąteczny, więc we wstępniaku miały znaleźć się życzenia z okazji Wielkiejnocy. Z uwagi na nawał pracy poza redakcją, nie udało Nam się wydać gazety tydzień temu. Mam takie wrażenie, nasilające się z kolejnymi miesiącami, że trochę zaczyna nas przerastać łączenie obwiązków redakcyjnych z zarządzaniem największym inspektoratem. Czasami jako Redakor Naczelny nie mam serca poganiać do cięższej pracy, mojego Zastępcę i mojego Szefa - Bruna. Gdy dojdzie do tego nawał obowiązków innych ważnych dla Eskulapa osób, robi się już nieciekawie. Marzec i kwiecień był pod tym względem trudne. Były warsztaty szefów inspektoratów, manewry HGR, kursy prowadzone przez członków redkacji min. w Suwałkach i Zduńskiej Woli, do tego sporo pracy bieżącej. Maj nie będzie łatwiejszy. Stąd moja prośba - wspomóżcie Redakcję Waszymi talentami i w mniejszym zakresie czasem. Potrzebujemy stale nowych autorów z różnyc rejonów Polski, przynajmniej jednej osoby do działu korekty, no i przydałby się nam jakiś grafik.
A na razie oddaję w Wasze ręce numer gorszy i spóźniony w stosunku do naszych planów. W wiosennym Eskulapie znajdziecie dalsze felietony o klasach instuktorskich, relację z zimowych manewrów ratowniczych i tekst o zabezpieczniach medycznych największych w Polsce koncertów. Życzę miłej lektury.
Redaktor Naczelny
Skośnym okiem Naczelnego
Ratownicy mają wp..., czyli kilka słów o zabezoieczniach koncertów
Ratownicze Manerwy Zimowe
Relacja ze szkolenia lodowego
Oto dwa artykuły znad morza
Instruktor HSR z klasą B - trzy spojrzenia
Ratownicy mają wp…
czyli słów kilka o zabezpieczeniach koncertów
HGR „Bemowo” zabezpiecza wielkie koncerty od samego początku swojego istnienia, czyli od 2002 roku. Na liście gwiazd, które mieliśmy przyjemność (lub nieprzyjemność, zależnie od gustu) oglądać z punktu widzenia ratownika znajdują się sławy takie jak Madonna, Sting, Rammstein, Iron Maiden, AC/DC, Behemoth, Tokio Hotel, Metallica, Myslowitz, Lao Che i dziesiątki krajowych wykonawców. Łącznie od 2002 r. zabezpieczaliśmy ponad 20 koncertów. Przez pierwsze lata ograniczaliśmy działalność koncertową do stolicy, od kilku lat jednak zdarza się nam odwiedzać inne miasta. Byliśmy już m.in. w Katowicach, Gdańsku i Łodzi. Wiele osób pytało mnie w przeszłości, w jaki sposób można uzyskać dostęp do takich zabezpieczeń i jak duże pieniądze można na nich zarobić. Na pierwsze pytanie odpowiedź jest dla wszystkich taka sama: odrobina szczęścia i lata ciężkiej pracy żeby zdobyć zaufanie partnera, oraz poziom umiejętności ratowniczych pozwalający na pracę z zawodowcami. Odpowiedzi na drugie pytanie nie znam: nasza HGR nie bierze pieniędzy za zabezpieczenia medyczne. Od partnera oczekujemy wyżywienia, zwrotu kosztów dojazdu i refundacji zużytych środków opatrunkowych, ale nie wynagrodzeń
dla ratowników. Przez takie postawienie sprawy nasi partnerzy mogą wygrać większość przetargów na organizację zabezpieczeń medycznych. Praktycznie każdy Ratownik ZHP z HGR „Bemowo” ma od kilku do kilkunastu rozmaitych historii „z życia”. Opowiadamy je sobie w długie, zimowe noce i często wykorzystujemy do ilustrowania wykładów na kursach. Oto kilka z nich:
ratownicy mają wp…: Sonisphere Festival Koncerty grup heavymetalowych przyciągają specyficzny typ publiczności: długowłosych, odzianych w czerń i wytatuowanych ludzi, którzy na koncert przychodzą z sześciopakiem piwa pod każdą pachą. Kiedy na bramce dowiadują się, że nie mogą wnieść alkoholu na teren, utylizują go w najprostszy dostępny sposób: wypijają wszystko, co ze sobą przynieśli. Po dwóch godzinach stania w upale są już kompletnie pijani i mocno spragnieni. Ponieważ pod sceną jedynymi dostępnymi płynami są zazwyczaj napoje energetyczne sprzedawane po wyśrubowanych cenach, wcześniej lub później ktoś wpada na pomysł, żeby poprosić o wodę ratowników. Co ma uczynić zespół ratowniczy, dysponujący może dwoma litrami płynów w apteczce, kiedy trzysta spoconych, przyciśniętych do barierek dwa metry od nich osób domaga się od nich wody? Organizatorzy nie przewidują rozdawania czegoś, co można kupić, tak więc ratownicy oszczędzają wodę dla poszkodowanych, co zazwyczaj nie spotyka się z aprobatą tłumu. W tym roku jednak po raz pierwszy spotkaliśmy się z groźbami: zza barierek poleciało skandowane przez kilkadziesiąt gardeł „ratownicy, macie wp…”. Poczuliśmy się niepewnie; przewaga liczebna była po stronie tłumu. Barierki przestały sprawiać wrażenie bezpiecznej zapory a w pojedynczej linii ochroniarzy oddzielającej nas od agresywnego tłumu ziały znacznych rozmiarów przerwy. Nie mogliśmy jednak opuścić posterunku (za nami była już tylko scena), więc czekaliśmy na rozwój sytuacji nie podejmując polemiki z rozwścieczonymi ludźmi. Na szczęście awanturnicy wkrótce się wyciszyli. Pointą do całej historii było zasłabnięcie jednego z głównych prowodyrów, który, ewakuowany ponad barierkami, szybko trafił w nasze ręce. Poza tłumem, w potrzebie, okazał się zwyczajnym, komunikatywnym a nawet sympatycznym człowiekiem, który podziękował nam za udzielenie pomocy.
Oblicza histerii: Tokio Hotel Prawdziwe jatki zaczęły się jednak dopiero po otwarciu bramek- tłum falował i przyciskał miłośniczki TH do barierek; efektem były wrzaski, histeria i omdlenia. Co chwila wzywano nas do kolejnej wyciągniętej z tłumu na pół przytomnej dziewczyny. Podawaliśmy wodę z cukrem, windowaliśmy nad barierkami kolejne ciała i usiłowaliśmy przekonać tłum, że wszyscy zdążą wejść. Przez dobrą godzinę mieliśmy nawet na własność fankę TH- zagubioną przez krewnych 10-letnią dziewczynkę, która czekała na swój bilet (mieli go krewni- po drugiej stronie barierek i tłumu). Ochroniarze zachowywali się jak podczas zamieszek- i mieli powody, bo tłum był bardzo bojowo nastawiony. Dawno nie mieliśmy do czynienia z taką ilością obustronnej agresji werbalnej - oberwało się i nam i ochroniarzom, w furii ludzie nie rozróżniali czerwonego mundurka od czarnego. W końcu jednak wszyscy weszli do hali a my podążyliśmy za nimi. Natychmiast na piętrze przydarzył się atak padaczki- musieliśmy przenieść dziewczynę do karetki. Większość z naszej ekipy powędrowała na płytę i pod samą scenę, jeden patrol chodził po piętrze a koncert trwał w najlepsze. Sala szalała- pisk pięciu tysięcy
dziewcząt rozsadzał bębenki. Na prośbę zatroskanej mamy patrol z piętra dokonał rzeczy pozornie niemożliwej, znajdując w ogarniętym amokiem tłumie jej pięcioletnią córeczkę. W punkcie pierwszej pomocy na parterze rozwijało się tymczasem pandemonium- załoga R-ki wspomagana przez jeden z naszych zespołów usiłowała zapanować nad rosnącą z każdą chwilą liczbą rozhisteryzowanych, omdlałych dziewcząt, które donosili bez przerwy ochroniarze. Kiedy liczba poszkodowanych przekroczyła możliwości punktu, wezwano na pomoc wszystkich ratowników HGR w okolicy. Przez kolejną godzinę dziewczęta przewijały się jak w kalejdoskopie, pojawiały się i znikały coraz to nowe postacie histerii, wyczerpania, niedożywienia i przegrzania. Większość z fanek po krótkim odpoczynku doznawała nagłego przypływu sił i wybiegała z powrotem na salę, gdzie temperatura sięgała zenitu. I nagle okazało się, że na sali jest cicho a w punkcie zostały nam dwie poszkodowane- jedna wyczerpana do granic, podłączona pod drugą już kroplówkę, i druga w pełnej histerii- wyrwano jej ręcznik, który w tłum rzucił jeden z członków zespołu. Większość z nas nie wiedziała nawet, co właściwie zagrał zespół. Jak się
Harcerski Eskulap – Jest pan pewien, że to właściwe miejsce dla dziecka?! Ten hałas może jej uszkodzić słuch! Obejrzał się przez ramię; nie mająca nawet waty w uszach dzidzia uśmiechnęła się do mnie słodko.
– Nie! – odkrzyknął – Jest przyzwyczajona! To jej czwarty koncert!
zdaje, niewielka strata.
rój: Duran Duran Wezwanie nie było zbyt precyzyjne: „Coś się dzieje przy barierkach, sprawdźcie”. Z daleka wyglądało to jakby coś zapaliło koło wejścia do sektora pod sceną – wokół bramki wirowała chmura dymu. Dopiero kiedy podeszliśmy bliżej i usłyszeliśmy złowrogie buczenie zorientowaliśmy się, że to co z daleka wydawało się mgiełką, jest w rzeczywistości wielkim rojem pszczół, który najwyraźniej postanowił przejąć funkcje ochrony w bramce. Jako, że było to jedno z dwóch wejść do sektora, co bardziej zdesperowani widzowie próbowali przemknąć się obok roju, osłaniając głowy koszulkami i kurtkami. Niewiele mogliśmy zrobić; zorganizowaliśmy kordon, nie dopuszczając ludzi do bramek i wezwaliśmy straż pożarną. Po trzydziestu minutach na płycie pojawił się strażak w pełnym stroju pszczelarza, okadził rój dymem i zręcznie zapakował większość pszczół do worka. Pozostawione pojedyncze pszczoły nie stanowiły już zagrożenia. Kiedy DD zagrali A box full o’honey parsknęliśmy śmiechem.
heavymetalowe niemowlę: Iron Maiden Niemowlę, dźwigane na plecach przez wytatuowanego rockera, było ostatnią rzeczą jakiej bym się spodziewał na koncercie Iron Maiden, do tego w bezpośrednim sąsiedztwie baterii potężnych głośników. Podszedłem do podrygującego w rytm muzyki tatusia, zdjąłem słuchawki, wydobyłem z uszu zatyczki i wrzasnąłem mu do ucha (w panującym hałasie nie było innej możliwości porozumiewania się): Jest pan pewien, że to właściwe miejsce dla dziecka?! Ten hałas może jej uszkodzić słuch! Obejrzał się przez ramię; nie mająca nawet waty w uszach dzidzia uśmiechnęła się do mnie słodko. - Nie! – odkrzyknął – Jest przyzwyczajona! To jej czwarty koncert! Dałem sobie spokój.
phm. Marcin Bartosiewicz Szef HGR „Bemowo”
Ratownicze Manewry Zimowe
RATMAZ 2011
Dnia 26 lutego 2011 roku na terenie Sopotu, przy Sanatorium Leśnik, odbyły się I Ratownicze Manewry Zimowe – RATMAZ, organizowane przez Inspektorat Ratowniczy Hufca ZHP Sopot. Celem manewrów było nawiązanie współpracy między grupami ratowniczymi działającymi w strukturach organizacji pozarządowych na terenie Trójmiasta. Wspólne działania są szczególnie ważne ze względu na zbliżające się mistrzostwa EURO 2012, w czasie których ratownicy z organizacji pozarządowych będą na szeroką skalę zaangażowani w zabezpieczenia imprez towarzyszących oraz samych rozgrywek EURO 2012.
W manewrach RATMAZ wzięłoudział 38 ratowników w 7 patrolach: Grupa Ratownictwa Specjalnego PCK – sekcja psów ratowniczych, Grupa Ratownictwa Specjalnego PCK – patrol medyczny, Poszukiwawcze Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, Harcerski Klub Ratowniczy „Medicus”, Harcerska Grupa Ratownicza „ALFA”, Inspektorat Ratowniczy Chorągwi Gdańskiej oraz Stowarzyszenie na rzecz Ratownictwa „Adiutare”.
Manewry rozpoczęły się od sprawdzenia mobilności grup, dlatego ratownicy nie zostali poinformowani o miejscu zdarzenia, które stanowiło rozpoczęcie manewrów. Po krótkiej odprawie w budynku Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Sopocie grupy zostały zawiadomione przez Centrum Powiadamiania Ratunkowego o wypadku komunikacyjnym z udziałem osób uzbrojonych w broń palną, do którego doszło na ul. 23 Marca w Sopocie.
Działania ratowników zostały wsparte przez grupę realizacyjną Policji, w rolę której wcieliła się grupa
rekonstrukcyjna oddziałów SPAP – GPA TEAM.
W pierwszej kolejności na miejsce zdarzenia dotarł autobus z większością ratowników i sprzętem ratowniczym oraz psami poszukiwawczymi. Przed przystąpieniem do akcji teren wypadku został zabezpieczony przez antyterrorystów, którzy zatrzymali osobę niebezpieczną.
Na zabezpieczony teren wypadku wszedł koordynator medyczny, który zajął się segregacją rannych i dopiero po wstępnym triage’u ratownicy ruszyli na pomoc poszkodowanym. W trakcie udzielania pomocy CPR rozpoczęło wysyłanie zespołów ratownictwa medycznego. Trzy karetki będące własnością grup zostały wsparte przez karetkę „R” z zespołem ratunkowym Miejskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego Sopot.
W trakcie udzielania pomocy i przeprowadzanych wywiadów ratownicy dowiedzieli się o „ustawce” pseudokibiców w pobliskim lesie. Lekarze, po przejęciu koordynacji akcji, wydelegowali patrole, które udały się we wskazaną przez ofiary wypadku okolicę. W drodze na miejsce potyczki psy poszukiwawcze znalazły pierwsze ofiary pseudokibiców – przypadkowych narciarzy i spacerowiczów.
Po zabezpieczeniu miejsca ustawki kibiców i segregacji rannych ratownicy podjęli wstępne działania medyczne. Większość rannych została zakwalifikowana do natychmiastowego transportu ze względu na ciężkie obrażenia, takie jak wytrzewienie, rany cięte i przedmioty wbite w ciało. Dodatkową presją dla ratowników było poważne wyziębienie ofiar. Ranni zostali przetransportowani do punktu medycznego, który został rozstawiony w okolicy wypadku komunikacyjnego.
W trakcie manewrów RATMAZ ratownicy zostali postawieni w sytuacji, w której musieli zmierzyć się z wieloma różnymi problemami. Były one związane nie tylko z udzielaniem pomocy poszkodowanym - ratownicy musieli działać w warunkach podwyższonego stresu, m.in. reagować na działania ludzi znajdujących się w stanie szoku, którzy najczęściej nie mieli dużych obrażeń, natomiast panikowali i krzyczeli, co utrudniało akcję ratowniczą. Małgorzata Lisek z patrolu medycznego GRS PCK mówi: „Doświadczyliśmy, jak to jest działać pod presją, szczególnie taką wywołaną trzęsącymi się z zimna pozorantami […] Trudno było skupić się na zadaniu, gdy wszystko naokoło rozpraszało uwagę.”
Kolejnym wyzwaniem była komunikacja i współpraca między grupami, a także miedzy grupami i służbami zawodowymi. Karolina Krzyzińska, szefowa Inspektoratu Ratowniczego Chorągwi Gdańskiej zauważa: „Moim zdaniem najciężej było z tą komunikacją i współpracą pomiędzy grupami, bo w grupie była bardzo dobra. (…)”
W zorganizowaniu manewrów wzięło udział 30 pozorantów, którzy mimo ujemnej temperatury i prawdziwego wyziębienia starali się odgrywać swoje role jak najbardziej realistycznie.
Manewry zostały wsparte przez służby zawodowe związane z ratownictwem: Jednostkę Ratowniczo-Gaśniczą w Sopocie, Miejską Stację Pogotowia Ratunkowego Sopot i sopocką Policję. Całość manewrów była obserwowana przez widzów, którzy zostali przewiezieni na miejsce dzięki uprzejmości Zarządu Transportu Miejskiego w Gdańsku. Honorowy patronat nad akcją objął prezydent Miasta Sopotu Jacek
Karnowski, patronat medialny objął portal trojmiasto.pl.
Manewry RATMAZ zakończyły się odprawą, w trakcie której grupy wymieniły się swoimi spostrzeżeniami i najważniejszymi wnioskami oraz doceniły inicjatywę Inspektoratu Ratowniczego Hufca ZHP Sopot, który zorganizował całą imprezę.
Rafał Olszewski, szef Inspektoratu Ratowniczego Hufca ZHP Sopot, tłumaczy: „Wszystko zaczęło się od harcerskich pomysłów na ćwiczenia dla naszych grup ratowniczych. Po głębszych przemyśleniach i burzy mózgów doszliśmy do wniosku, że dawno nie było na terenie trójmiasta imprezy ratowniczej dla wszystkich organizacji pozarządowych.”
„Stwierdziliśmy, że to świetny pomysł na rozpoczęcie współpracy między jednostkami, która będzie niezbędna na EURO 2012.” – dodaje Patrycja Misiołek, członek kadry Inspektoratu Ratowniczego Hufca ZHP Sopot.
„Ćwiczenia są istotnym elementem pracy każdej jednostki ratowniczej, a ćwiczenia wspólne dają nam możliwość poznania siebie nawzajem i wymiany doświadczeń.” – mówi Michał Haponiuk, zastępca szefa Inspektoratu Ratowniczego Hufca ZHP Sopot.
Ratownicy biorący udział w manewrach podzielają zdanie organizatorów. Kuba Otta z Inspektoratu Ratowniczego Chorągwi Gdańskiej napisał na oficjalnej stronie manewrów: „Dzięki bardzo ekipie Inspektoratu Ratowniczego Sopot za zorganizowanie świetnych manewrów i udostępnienie nam możliwości integracji środowisk ratowniczych z Trójmiasta.”
W manewrach najważniejsza była możliwość sprawdzenia siebie i swojej grupy w symulowanym wypadku masowym, w warunkach możliwie zbliżonych
do realnych. Małgorzata Lisek z patrolu medycznego GRS PCK podsumowuje manewry następująco: „Wyciągnęliśmy wnioski odnośnie konfiguracji apteczek, sprzętu itp. Łączność to podstawa, wymaga wielu ćwiczeń.”
Główny problem, podkreślany przez większość grup ratowniczych, to zbyt mała liczba podobnych przedsięwzięć, które uczą koordynowania i zarządzania tego typu akcjami. Kolejną istotną sprawą była słaba komunikacja radiowa między grupami, która spowolniła działania ratowników. Jacek Cieśla, szef Harcerskiego Klubu Ratowniczego "MEDICUS" zauważa: „Problemem było to że w pewnym momencie nasza grupa się rozdzieliła i nie było kontaktu między członkami.”
Przedsięwzięcie zorganizowane przez Inspektorat Ratowniczy Hufca ZHP Sopot spotkało się z dużym zainteresowaniem, zarówno ze strony organizacji współpracujących, jak też grup
ratowniczych biorących w nim udział. Kuba Osipow, ratownik z Poszukiwawczego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego komentuje RATMAZ takimi słowami: „To były najlepsze ćwiczenia, na jakich byłem! Wielki szacunek dla organizatorów i dla pozorantów, było naprawdę realistycznie i doceniam cały trud. Nie możemy się doczekać następnych ćwiczeń w waszym wykonaniu.” Bardzo zaangażowani byli również widzowie, którzy w skupieniu obserwowali rozwój wypadków oraz wysłuchiwali udzielanych na bieżąco komentarzy o czynnościach ratowników.
Społeczny odbiór tej imprezy jasno wskazuje, że istnieje zapotrzebowanie na tego typu akcje. Patrycja Misiołek, członek Kadry Inspektoratu Ratowniczego Hufca ZHP Sopot, mówi: „Bardzo cieszymy się, że nasza praca włożona w organizację manewrów została doceniona przez tak liczne grono odbiorców.” Rafał Olszewski, szef Inspektoratu Ratowniczego Hufca ZHP Sopot, dodaje: „Dziękujemy serdecznie za miłe słowa! Przy takiej motywacji RATMAZ 2012 jest pewny!”
pwd. Marta Bednarska – zca komendantki hufca ZHP Sopot ds. promocji
i pwd. Marta Derkiewicz pracownik biura hufca ZHP Sopot.
Na sam koniec lutego, na Pomorzu, odbyło się harcerskie szkolenie z technik ratowniczych na kruchym lodzie
Harcerze na lodzie!
W telegraficznym skrócie:
Pod koniec lutego, mimo że większość kraju z utęsknieniem wyczekiwała pierwszych oznak wiosny, jako Inspektorat Ratowniczy Chorągwi Gdańskiej zorganizowaliśmy szkolenie poświęcone technikom ratowniczym na kruchym lodzie (ratownictwo ludzi i zwierząt). Szkolenie z dość mało popularnej dyscypliny zostało przygotowane specjalnie dla ratowników ZHP, ale wśród uczestników mieliśmy również czterech strażaków Państwowej Straży Pożarnej. Poziom trudności zajęć był zatem uniwersalny.
Większość szkolenia miała fajną formę zajęć praktycznych na lodzie z użyciem skafandrów suchych, które zapewnialiśmy jako organizator. Rzadko kiedy można kruszyć własnym ciałem lód i pływać w zimie w najbliższych (!) okolicach gdańskiej starówki. Atrakcji było wiele. Poruszone i przećwiczone zostały między innymi tematy: autoratownictwa
w przypadku załamania się kruchego lodu w warunkach dziennych i nocnych, ewakuacji osób poszkodowanych z zamarzniętych zbiorników wodnych, ratownictwa z użyciem profesjonalnych, jak i improwizowanych środków ratunkowych, organizacji i zabezpieczenia akcji ratowniczej na lodzie oraz współpracy z innymi służbami. Wszystko poprowadzone
z uśmiechem, w formie przystępnej i jakże atrakcyjnej.
Szkolenie dla grupy 20 osób poprowadzili instruktorzy Fundacji Ratownictwa „Bezpieczni nad Wodą” z Gdańska, którym na łamach „Harcerskiego Eskulapa” jeszcze raz serdecznie dziękujemy. Równocześnie zapraszamy już teraz wszystkich zainteresowanych takim szkoleniem ratowników ZHP z głębi Polski – do
zobaczenia za rok: „Wyczekujcie pierwszych oznak zimy”.
Karolina Krzyzińska, szefowa Inspektoratu Ratowniczego Chorągwi Gdańskiej i uczestniczka szkolenia: „Baliśmy się głównie o pogodę na koniec lutego i czy zgłosi się do nas wystarczająca liczba uczestników. Po szkoleniu wiem, że nie było o co się martwić: lodu było, aż za dużo, a chętnych tylu… że szkoda gadać. Dla mnie osobiście było to skrajnie interesujące przeżycie i wiem, że za rok będę intensywnie namawiała cały mój Inspektorat do organizacji podobnego przedsięwzięcia. Było grejt. Rozmów o szkoleniu – nie ma końca. I teraz wiem (tak jak inni uczestnicy), że nie warto wchodzić w zimie na lód.”
Karolina Krzyzińska – szef Inspektoratu
Tomasz Niewolin – instruktor d/s informacji i promocji,
Inspektorat Ratowniczy Chorągwi Gdańskiej
Instruktor HSR z klasą B - trzy spojrzenia.
W wiosennym numerze "Harcerskiego Eskulapa: kontynuujemy cykl felietonów na temat klas instruktorkich.
Przed Wami trzy artykuły trójki instuktorów:
Kasi Kaczmarek, Tomasza Barlaka i Piotra Skowrońskiego.
Włóczykij z klasą
Jaka jest Twoja ulubiona postać z bajki z dzieciństwa? Bohater, który fascynował i sprawiał, że każdy kolejny odcinek stawał się długo wyczekiwanym wydarzeniem? Zastanów się nad tym, zanim zaczniesz czytać kolejne akapity tego tekstu i spróbuj określić, kto to był i dlaczego.
Dla mnie kimś takim był Włóczykij z „Muminków”. Zapamiętałam go jako tajemniczego i oddalonego od reszty bohaterów chłopaka, który zawsze był dla Muminka, Migotki, Małej Mi i Ryjka kimś w rodzaju starszego brata. Mądry, uważny obserwator, który wiele już w życiu przeżył i widział niejedno ciekawe miejsce. Podziwiali go za umiejętność gry na harmonijce, opowiadania historii, za doświadczenie i niezależność, którą kochał ponad wszystko. Zawsze służył radą lub pomocą i nie raz ratował Muminki z opresji. Włóczykij odwiedzał Dolinę Muminków co jakiś czas i były to dla wszystkich bardzo radosne spotkania. Nigdy jednak nie chciał się u nich zadomowić i to też było dla niego bardzo ważne - poczucie absolutnej wolności. Potrafił samodzielnie kierować swoim życiem.
Czemu służy ten przydługi wstęp? Być może zauważyłeś, Drogi Czytelniku, że mój Włóczykij ma dużo wspólnego z modelowym liderem harcerskim. A jak to się odnosi do rzeczywistości jeszcze bliższej nam, członkom Harcerskiej Szkoły Ratownictwa? Wśród ratowników i instruktorów też można znaleźć dość pokaźną grupę Włóczykijów. To Włóczykije z klasą B. Zielony pasek (nota bene w kolorze włóczykijowego kapelusza), na którym zawieszona jest srebrna odznaka instruktorska, nie zobowiązuje do zadzierania nosa. Oznacza odpowiedzialność za przebieg kursów, którym szefuje instruktor z klasą B. Pozwala wierzyć, że możemy zwrócić się do niego z wątpliwościami dotyczącymi programu kursu, czy metodyki. Daje poczucie bezpieczeństwa, bo nosi go to ktoś, komu można zaufać. Taki instruktor ma wiedzę i doświadczenie, powinien być obowiązkowy i zorganizowany.
"(...)zawsze był dla Muminka, Migotki, Małej Mi i Ryjka kimś w rodzaju starszego brata. Mądry, uważny obserwator, który wiele już w życiu przeżył i widział niejedno ciekawe miejsce.(...)
To mentor, wychowawca, przyjaciel i starszy brat. Można na nim polegać, ale jednocześnie liczyć na odrobinę szaleństwa i niezapomniane przygody w jego towarzystwie. Być może nie powinien aż tak bardzo kochać samotności jak Włóczykij, ale to przecież tylko postać z bajki, a tacy bohaterowie pozwalają na odrobinę luzu i dowolności w interpretacji.
W Dolinie Muminków był tylko jeden, niepowtarzalny Włóczykij. Na szczęście w prawdziwym świecie „zielonych” instruktorów jest znacznie więcej. Z pewnością nie każdy reprezentuje wszystkie wymienione przeze mnie powyżej cechy, ale czy naprawdę o to chodzi? Przecież najważniejsze jest nie to żeby być ideałem, ale żeby dążyć do niego i stale pracować nad sobą. To również oznacza, że każdy z instruktorów może w swojej wędrówce dojść do tego miejsca, kiedy założy zielony kapelusz i przyjmie nową rolę. Wyruszajmy więc w podróż na podobieństwo Włóczykija, tak jak on cieszmy się życiem i odkrywajmy nowe lądy. Dzięki temu (zdaję sobie sprawę, że może to brzmieć jak pusty frazes, ale o to przecież w naszej pracy chodzi!) po powrocie na kurs będziemy mogli dawać z siebie jeszcze więcej.
P.S. Proszę o poświęcenie jeszcze odrobiny uwagi i cierpliwości;). Ryzykowne byłoby przyporządkowywanie członkom HSR pozostałych postaci z bajki o muminkach, ale nie mogę się powstrzymać przed jeszcze jednym porównaniem ról, które samo się nasuwa. Pozdrowienia dla Mamy Muminka/HSR
Katarzyna Kaczmarek
O szefach trochę inaczej…
O szefach trochę inaczej…
Próba opisania instruktora z klasą „B” w całości (od „A” do „Z”), stworzenia pełnego profilu, zdaje mi się zadaniem pracochłonnym i zdecydowanie przekraczającym możliwości pojedynczej osoby. Nie chcąc wyprodukować pustej laudacji pełnej patosu, proponuję czytelnikom formę odmienną – opis od „S” do „A”. Załączam zachętę do starań o podwyższenie klasy, a opis dedykuję moim ulubionym szefom szkoleń.
Starszy kolega i partner dla innych instruktorów
Zespół swój posiada, wie z kim lubi pracować, ale potrafi pracować z każdym
Elokwentny, dyskutuje, wymienia doświadczenia z innymi szefami szkoleń, pyta
Fajny z niego gość, wzbudza sympatię
Szkolenie planuje z wyprzedzeniem, ale nigdy kosztem szkoły, pracy, czy rodziny
Zajęcia prowadzi z pasją, szuka nowych form i zaskakuje, nigdy nie przynudza
Każde kolejne szkolenie stara się poprowadzić trochę lepiej od poprzedniego
O tym, ile wie i potrafi, wiedzą wszyscy – on sam wciąż chce wiedzieć więcej
Ludzie chcą z nim pracować, są świadomi, że mogą się od niego dużo nauczyć
Efektywnie reaguje na potrzeby swoich kursantów, świadomie kształtuje atmosferę szkolenia
Nie stoi w miejscu - kończy studia, rozwija się, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa
Imponuje innym nie tylko jako instruktor HSR
Absolutnie każdy może rozpocząć starania o przyznanie klasy „B”
phm. Piotr Skowroński
Brudna robota?
W HSR często jest tak, że poszczególne grupy instruktorów mają różne zdanie na pewne tematy, ale w każdym przypadku chodzi o dobro szkoły. Wydaje mi się, że jest jednak temat, wktórym stanowiska nie są tak bardzo podzielone. Wielu twierdzi, że funkcja szefa szkolenia to brudna robota…
Zastanawiając się, na ile ta teza jest prawdziwa, wróciłem myślami do swojego kursu stażowego na klasę B. Po roku od zostania instruktorem HSR udało mi się zdobyć wszystkie podpisy na karcie i odbyć staż. Wybierając opiekuna stażu postanowiłem poszukać osoby która zrobiła naprawdę wiele kursów w swojej karierze i robi je nadal – wybór padł na Ligię Basińską.Nie chcę pisać o samym kursie, ale z pewnością długo go nie zapomnę, bo właśnie podczas tego kursu tak naprawdę zrozumiałem rolę szefa szkolenia podczas kursu pierwszej pomocy HSR.
Istnieje cała masa rzeczy, na które trzeba poświęcić wiele czasu, sił i energii - zaczynając od tak prozaicznych rzeczy, jak wypełnianie wszelkiego rodzaju dokumentów czy kontakt z organizatorem kursu . O wielu z tych rzeczy nie wiedziałem, bądź nie do końca zdawałem sobie sprawę z ich znaczenia. Oczywiście, że wypełnianie dokumentów nie należy do najmilszych zadań na kursie, ale nie wszystkie trzeba wypełniać samemu. Jako szef szkolenia można delegować zadania, przygotować kurs wspólnie z instruktorami i kadrą pomocniczą.
Szef szkolenia to czasem też taki smutny jegomość, który siedzi na wykładach i czuwa
nad poprawnością merytoryczna kursu. To też taki ktoś, na kogo można liczyć praktycznie cały czas. Często też właśnie dlatego chodzi się spać późno, by od rana ponownie czuwać nad przebiegiem kursu, ale zarazem też wspierać i motywować wszystkich, aby wszystko wypadło jak najlepiej – tak instruktorów jak i kursantów. Niekiedy trzeba też powiedzieć parę smutnych słów, jak na przykład w sytuacji niezaliczenia kursu przez uczestników, choć takich sytuacji przeważnie jest niewiele… Potem powrót do domu, duże zmęczenie i analiza kursu – co poszło dobrze, co źle, nad czym trzeba popracować? Nic tylko praca i praca…
Faktycznie brudna robota?
Może i szef szkolenia ma mnóstwo pracy, być może wraca zmęczony po kursie i odsypia nieprzespany weekend, ale niemal zawsze kładzie się spać zmotywowany i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku!W końcu po co się jedzie na kurs? Uczymy pierwszej pomocy, motywujemy do pracy ludzi, którzy swoim zaangażowaniem będą później motywować nas ze zdwojoną siłą! I choć rzeczywiście czeka nas mnóstwo pracy, to jest to zawsze wielka frajda - być świadkiem, jak inni ludzie opuszczają kurs pełni energii i z uśmiechem na twarzy! Choć bywa ciężko – warto!
phm. Tomasz Barlak