Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Trzydziestego marca bieżącego roku w Jarocińskim Ośrodku Kultury, już po raz czwarty, odbył się Festiwal Piosenki Gimnazjalnej. Organizatorami tej imprezy było Niepubliczne Gimnazjum w Golinie i Stowarzyszenie Edukacyjne „Gimnazjum 2000”. Wszelkie zmagania rozpoczęły się o siedemnastej, ale już dobre pół godziny wcześniej można było natknąć się na Magdę Mróz i Emila Matuszaka wypytujących o szczegóły życiorysu występujących w konkursie. Nasi konferansjerzy spisali się znakomicie, można rzec, że zasłużyli na złoty medal w kategorii ‘ Najlepsi prowadzący’. Przez długi czas, bez jakiegokolwiek odpoczynku, zapowiadali kolejnych uczestników, nie zważając na tremę i ból nóg, na który później skarżył się Emil. No tak, emocje sięgały zenitu, dlatego też nie było czasu nawet na to, aby usiąść. Tego roku, udział wzięła rekordowa liczba artystów łącznie wystąpiło 28 osób, w tym jeden chłopak, tzw. rodzynek. W ubiegłym roku do konkursu przystąpiły same dziewczyny- to one zdominowały scenę Jarocińskiego Ośrodka Kultury. Jaka jeszcze zaszła zmiana w tym roku? Chociażby taka, że poszerzono terytorium poszukiwań talentów i w tym roku mogły zaprezentować się osoby z powiatów: jarocińskiego, średzkiego, krotoszyńskiego i pleszewskiego. Repertuar był najróżniejszy! Można było posłuchać współczesnych piosenek, a także i tych sprzed lat, m.in.: „Małe tęsknoty”, „Czas nas uczy pogody” oraz „Ludzkie gadanie”. „Z roku na rok młodzież coraz lepiej przygotowuje się do imprezy, co zresztą słychać. My też co roku staramy się zrobić im coraz lepszą oprawę. Podczas tej edycji festiwalu widać było wielkie zdenerwowanie Śpiewająco w JOK - u czyli IV Festiwal Piosenki Gimnazjalnej Śpiewająco w JOK - u czyli IV Festiwal Piosenki Gimnazjalnej
wielu uczestników i tremę, ale poziom, wydaje mi się, co roku rośnie. Jury ma nad czym debatować.” - mówi Tomasz Jankowski, pomysłodawca Festiwalu


Piosenki Gimnazjalnej. Wszystkich wysłuchiwało i oceniało jury w składzie: Lidia Kalinowska, Grażyna Pawełka, Mirosława Kochanowska i Dominik Bukowski. A oto efekty ich pracy, czyli wyniki: Grand Prix – Zuzanna Kulka (Golina) 1 miejsce – Angelika Wojciechowska (Cielcza) 2 miejsce – Anna Stachowiak (Nowe Miasto) 3 miejsce – Justyna Piątka (Kotlin) Wyróżnienia: Weronika Stachowiak (Żerków), Joanna Michalak (Wola Książęca), Julia Bażant (Jarocin Gimnazjum nr 1), Katarzyna Szeps (Żerków) i Alicja Kaszewska (Jarocin Gimnazjum nr 1). Jeśli ktoś był głodny lub spragniony, mógł udać się do minibaru, gdzie grupa dziewcząt pod opieką pana Palczewskiego przygotowywała kawę i herbatę(nie zabrakło też obowiązkowych ciasteczek). Co roku konkurs zwieńczony zostaje koncertem gwiazdy wieczoru. W poprzedniej edycji festiwalu była to Cała Góra Barwinków, a w tym roku gościem specjalnym była grupa Ludzie Mili (rzeczywiście mili, miałyśmy okazję się o tym przekonać, robiąc z nimi wywiady- zamieszczone w tym wydaniu Giganta). Ludzie Mili, czyli nowe, rockowe wcielenie Piotra Banacha i Gutka. Koncert był naprawdę udany, czego dowodem był mały tłum pod sceną i bisy. Na koniec trzeba podziękować tym, bez których cała ta impreza by się nie odbyła, czyli sponsorom. A byli to: Gmina Jarocin, Bank Spółdzielczy w Jarocinie, Jarociński Fundusz Poręczeń Kredytowych i firma MyMusic z Poznania. Honorowy patronat nad przedsięwzięciem objęła



Federacja Inicjatyw Oświatowych z Warszawy. Zapytałyśmy kilka osób o opinię: „Festiwal Piosenki Gimnazjalnej jest wizytówką naszej szkoły i świetnie ją promuje. Poziom uczestników rośnie, goście są rewelacyjni i przyciągają publiczność. Myślę, że festiwal wkomponował się z powodzeniem w życie kulturalne nie tylko naszej gminy, ale i regionu.”- p. Urszula Kowalczyk, dyrektor Gimnazjum w Golinie. „Festiwal Piosenki Gimnazjalnej jest świetną imprezą. Gimnazjaliści mogą pokazać swoje możliwości przed większą publiką. Na zakończenie zagrał zespół Ludzie mili, który przekazał wiele pozytywnej energii. Uważam, że z roku na rok poprzeczka podnosi się coraz wyżej, pod względem występów, jak i organizacji.”- Klaudia, uczestniczka. "Według mnie ten festiwal był bardzo fajny (był to pierwszy na którym byłem) . Wszyscy wykonawcy byli świetni , moim zdaniem na zwycięstwo zasłużyła co druga osoba śpiewająca na tym festiwalu . Najlepsze było to, że wygrała uczennica z naszego gimnazjum , Zuzia Kulka.” - Hubert, widz. „Myślę, że jest to dobre, że powstało „takie coś” jak Festiwal Piosenki Gimnazjalnej. Kształtuje to młode talenty i pokazuje, jakich zdolnych ludzi mamy w naszej okolicy. Atmosfera była bardzo przyjazna, pewnie dlatego, że większość ludzi się tam zna.” - Marika, uczestniczka. „Uważam, że Festiwal Gimnazjalny to bardzo fajne wydarzenie nie tylko dla uczestników, ale także dla oglądających, którzy mogą również się tam świetnie bawić dzięki wielu atrakcjom, zaplanowanym przez organizatorów, między innym koncertom.”- Dominika, widz. Dominika Kordus, Adrianna Pańczak NIE ZOSTANĘ SŁAWNĄ PIOSENKARKĄ Wywiad z Zuzanną Kulką, zdobywczynią Grand Prix IV Festiwalu Piosenki Gimnazjalnej. GIGant: Od kiedy śpiewasz? Mogłabyś opowiedzieć nam o początkach swej kariery? Zuzanna Kulka: Śpiewam od dziecka. Moja przygoda ze śpiewaniem zaczęła się już w przedszkolu. Pani Dorota Hoffman odkryła mój "talent" i zgłosiła mnie do castingów "Od przedszkola do Opola". Brałam w nich udział około 4 razy, jednak zawsze był ktoś lepszy ode mnie, czegoś brakowało w moim występie i nie dostałam się do programu. Później, w szkole podstawowej, p. Czekaj zaczęła angażować mnie w różne międzyszkolne konkursy. Moim pierwszym wyróżnieniem było zajęcie I miejsca w konkursie kolęd i pastorałek w szkole podstawowej nr 1 w Jarocinie, w którym wzięłam udział mając 7 lat. Później, w roku 2005 i 2006, wraz z koleżanką



Dominiką Kordus zdobyłam główną nagrodę w konkursie kolęd i pastorałek w Kobiernie. Po tym czasie zrobiłam sobie małą przerwę w śpiewaniu. Wróciłam do tego zajęcia w piątej klasie szkoły podstawowej. Wzięłam udział, ponownie z Dominiką, w konkursie kolęd i pastorałek w Żegocinie, gdzie zostałyśmy laureatkami. Poważniejszą przygodę ze śpiewanie rozpoczęłam wraz z rozpoczęciem nauki w gimnazjum. Pan Jankowski zauważył, że mam do tego "dryg" i zaprosił do udziału w zajęciach wokalnych grupy "Yankee". Z czasem zaczęłam dostawać tam swoje solówki. I tak oto przedstawia się moja kariera. GIGant: Co uważasz za swój największy sukces? Z.K.: Uważam, że każdy sukces jest ogromnym wyróżnieniem. Sprawia, że to co robimy, staje się dla nas przyjemnością i dodaje zapału do dalszej pracy. Na pytanie, co uważam za swój największy sukces, ciężko jest mi odpowiedzieć, każdy był dla mnie ważny. Jednak bardzo duży osiągnięciem była dla mnie wygrana w IV Festiwalu Piosenki Gimnazjalnej. Po długich przygotowaniach, ostatecznie trzy dni przed konkursem, razem z p. Jankowskim wybraliśmy dla mnie utwór. Miałam niewiele czasu na przygotowanie. Do samego końca nie byłam pewna, czy dam sobie radę, jednak ku mojemu zaskoczeniu publiczność i jury dobrze odebrało mój występ. Starałam się oddać klimat tego utworu i chyba mi się to udało :) GIGant: Czy planujesz związać przyszłość z karierą wokalną? Z.K.: Z pewnością nie zostanę sławną piosenkarką, jednak mimo wszystko nie zamierzam rezygnować ze śpiewu. Jest to dla mnie coś, co odrywa mnie na chwilę od szarej rzeczywistości i "porywa" w inny świat. W ten sposób mogę pokazać swoje emocje i przekazać swoją energię publiczności. Już niedługo przyjdzie czas rozstać się z murami



gimnazjum. Nowa szkoła, więcej nauki, mniej czasu, jednak niewątpliwie znajdę chwilę, aby zanucić coś pod nosem. GIGant: Czym jest dla ciebie muzyka? Z.K.: Muzyka jest dla mnie czymś wyjątkowym, czymś, co jak już wcześniej wspomniałam, pozwala mi oderwać się na chwilę od szarej rzeczywistości. Mając słuchawki, mogę zapomnieć o otaczającym mnie świecie i wszystkich problemach. Zapadam w trans. Poza śpiewaniem gram także na skrzypcach oraz udzielam się w Zespole Folklorystycznym Pieśni i Tańca "Snutki" z Potarzycy. Jednym słowem żyję muzyką i to właśnie jej się oddaję. Nie wyobrażam sobie życia bez niej... Na co dzień słucham wszystkiego, co mi wpadnie w ucho. Nie mam ulubionego gatunku muzycznego. GIGant: Wiem, że grasz na skrzypcach, to twój jedyny instrument? Z.K.: Na skrzypcach gram od sześciu lat. Obecnie jestem uczennicą ostatniej klasy. Pierwszy rok nauki spędziłam w Szkole Muzycznej I stopnia w Jarocinie, jednak od klasy drugiej rozpoczęłam naukę gry w Ognisku Muzycznym w Jarocinie. Moje lekcje prowadzi pan Zbigniew Obara. Gra na skrzypcach sprawia mi przyjemność. Może w przyszłości uda mi się połączyć moje dwie pasje - śpiew i grę. Poza skrzypcami gram także na gitarze, w sumie to tylko ją posiadam. Mimo wszystko planuję nauczyć się podstawowych chwytów i w końcu zacząć na niej grać ;) GIGant: Śpiewasz w "Yankee", czy to jedyny zespół, w jakim działasz? Z.K.: Owszem, udzielam się w zespole "Yankee", jednak to nie jedyna grupa, z która "pracuję". Od niedawna należę też do rockowego zespołu, który na razie nie posiada nazwy (ale pracujemy nad tym ;) ) razem z Frankiem Ostojskim, który gra na basie, Dominikiem Ratajczakiem, grającym na perkusji i jego bratem Maciejem- specjalistą od gitary elektrycznej. Wszystko zaczęło się od tego, że chłopcy pewnego dnia poprosili mnie, abym zaśpiewała podczas ich popisu w ognisku muzycznym piosenkę "Angelene" z repertuaru Pj Harvey, w wersji Hey i Chylińskiej, zgodziłam się bez wahania. Publiczność bardzo miło zareagowała na naszą wersję tego utworu. Wspólnie z chłopakami stwierdziliśmy, że fajnie się ze sobą zgrywamy i brzmimy, więc postanowiliśmy jakoś to wykorzystać. Jak na razie nasz zespół ukrywa się w piwnicach ogniska muzycznego, gdzie ćwiczymy bardziej ambitny repertuar, jednak, jeśli szczęście nam dopisze, nasza kapela już wkrótce ujrzy światło dzienne. GIGant: Wolisz śpiewać z podkładem czy z instrumentami "na żywo"? Z.K.: To trudne pytanie. Zwykle śpiewam z podkładami, jednak, od niedawna z wcześniej wspomnianą kapelą. Myślę, że mimo większego ryzyka „wpadek” na scenie lepiej jest śpiewać z "żywym" zespołem. Czuje się wtedy ten wyjątkowy nastrój i energię. Daje to mobilizację do stawania się coraz bardziej wartościowym członkiem kapeli, motywuje do rozwoju. GIGant: Życiowe motto? Z.K.: Moje motto, może trochę oklepane, lecz szczere i dodające otuchy "Uwierz w siebie, dąż do swoich marzeń i pamiętaj, że dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą" GIGant: Czego można ci życzyć? Z.K.: Myślę, że wytrwałości, wiary w siebie, abym mimo porażek nie poddawała się i brnęła do przodu :) Franciszek Ostojski



POLOWALIŚMY NA WAMPIRY Podczas IV Festiwalu Piosenki Gimnazjalnej miałam przyjemność przeprowadzić wywiad z Piotrem Banachem – członkiem grupy Ludzie Mili. Przyznaję, że bardzo się denerwowałam, co chwila sprawdzałam, czy mam pytania, długopis, kartkę do autografu… Na szczęście pan Piotr okazał się bardzo miłym i sympatycznym człowiekiem. Niestety, później okazało się, że zbyt daleko trzymałam dyktafon i nagrania nie słychać… Na szczęście wszystko filmował Mateusz Kasołka, któremu chciałam serdecznie podziękować za … współpracę. Gigant: Tekściarz, poeta, pisarz? Jak nazywa pan swój zawód? Piotr Banach: Myślę sobie, że te wszystkie środki wyrazu to jest po prostu sposób na wyrażanie siebie. To nie jest zamierzone, że ja sobie nie wymyśliłem czegokolwiek, tylko kiedy ja mam coś do powiedzenia, to albo się wypowiadam za pomocą tekstu, albo komponowania, albo napiszę felieton. W przyszłości mam zamiar pisać formy bardziej rozbudowane, takie jak opowiadania chociażby. Tak że… nie potrafię siebie określić, po prostu ja za pomocą tworzenia wypowiadam się, tak jak jedni ludzie wchodzą na mównicę i próbują w polityce realizować swoje cele. Ja realizuję swój cele poprzez pisanie piosenek. Gigant: Kiedy zaczął pan pisać pierwsze teksty? Czy wiedział pan, że staną się one piosenkami? P.B.: Chyba tak, chyba od początku próbowałem pisać piosenki. Myślę, że wtedy miałem czternaście lat, kiedy powstawały jakieś pierwsze takie protest-songi - bo zawsze albo prawie zawsze były to jakieś protest-songi. Tak naprawdę zacząłem pisać teksty mając lat dziewiętnaście-dwadzieścia, kiedy zacząłem grać w zespołach
POLOWALIŚMY NA WAMPIRY


reggae’owych. Pisałem teksty dla zespołu Grass, pierwszego poważnego zespołu, z którym się tak najbardziej utożsamiałem. Potem tych zespołów reggae’owych, punkowych było bardzo wiele, a potem… miałem wiele lat przerwy w pisaniu tekstów. Grałem wtedy w zespole Hey, teksty pisała Kaśka Nosowska. No i po latach… (chyba dziesięciu?) wróciłem znowu do pisania. Gigant: Najtrudniejsze momenty? P.B.: Myślę, że najtrudniejszym momentem było zetknięcie się z showbiznesem, takie rozczarowanie. Ja marzyłem o tym, żeby zostać - nazwijmy to umownie: gwiazdą rocka, bo to jest coś fajnego, bo to są fajni ludzie. Bo ci wszyscy muzycy są takimi ludźmi, którzy chcą zmieniać świat na lepszy. A to się okazało, że to nie jest takie fajne, że to jest niestety biznes, tak jak ma to w nazwie. I okazało się, że wiele osób podchodzi do tego w sposób cyniczny, taki, jaki mi się nie podoba. Dla mnie zetknięcie się z showbiznesem było właśnie najtrudniejszym doświadczeniem. Gigant: Co powstaje pierwsze: muzyka czy tekst? P.B.: To jest różnie. Czasami piosenki powstają już w całości, czyli na zasadzie… „śpiewa” mi się tekst. Podczas pisania tekstu on mi się już „śpiewa”. Czasami jest to jakiś riff na gitarze, a czasami są to po prostu słowa. Pojawiają się same i do tego potem przychodzi jakaś melodia. Bardzo różnie, tutaj nie ma jakiejś stałej recepty. Gigant: Co uważa pan za swoje dotychczasowe największe osiągnięcie muzyczne? P.B.: No wiadomo, to największe to mam nadzieję jest jeszcze przede mną. Jestem cały czas dumny z niektórych etapów, takich etapów, które mi się po drodze przydarzały. Wiadomo, co się działo na samym początku. Pierwsza nagrana płyta, pierwsze koncerty na dużych scenach, za granicą, potem ta kariera z zespołem Hey, potem nagranie płyty samemu w domu, już jako także realizator dźwięku, ale i jako producent. To było po prostu takich kilka etapów i każdy krok wspominam jako przełomowy. Jestem z siebie dumny w takim sensie, że coś zrobiłem, zrobiłem coś takiego, co mi daje satysfakcję. Gigant: Kiedy powstają teksty? Jak wygląda proces ich tworzenia? P.B.: Same się układają w głowie. Jeśli się samo nie ułoży, to nie będzie tekstu. Pamiętam kiedyś taką jedną noc, taką bardzo płodną w teksty, słowa. Położyłem się spać, nie miałem zamiaru pisać, i raptem pojawił się tekst. Pojawiły się słowa, które



czułem, że coś w sobie mają i musiałem wstać i zapisać. Więc wstałem, zapisałem tekst, położyłem się, potem znowu wstałem, znowu napisałem tekst… I tak siedem razy - z czego cztery teksty stały się piosenkami. Gigant: Naszą gazetkę tworzą gimnazjaliści. Jaki był pan w wieku 14-15 lat? P.B.: (Westchnięcie) To było dosyć dawno temu, ale wydaje mi się, że byłem outsiderem. Nie żyłem życiem klasy, nie żyłem życiem jakiejś tam grupy. Miałem swoją wąską grupę trzyosobową, takich naprawdę kumpli, z którymi gdzieś tam biegałem po okolicznych lasach wokół Szczecina polując na wampiry lub po prostu łowiąc ryby. No na pewno byłem outsiderem, to mogę powiedzieć. Gigant: A jak wspomina pan swoją dość długą współpracę z Heyem? P.B.: Grupę Hey założyłem i grałem z nią przez siedem lat. Już dłużej nie gram w grupie Hey, jak w niej grałem. Wspominam to różnie. Były takie momenty, które mnie uskrzydlały, które były spełnieniem moich marzeń. Były i takie momenty, które powodowały zwątpienie i które doprowadziły do mojego odejścia z tego zespołu. Mam całą gamę różnych wspomnień, ale generalnie to jest dobre wspomnienie. Gigant: Jakiej muzyki słucha pan na co dzień? P.B.: Bardzo różnie, bo od samego początku mojej fascynacji muzyką to się wszystko mieszało. Są ludzie, którzy słuchają punk rocka, inni metalu, jeszcze inni reggae. Ja słuchałem tego wszystkiego naraz. Przeskakiwałem z jednego gatunku do drugiego, jednocześnie nie wyskakując z tego poprzedniego. Słuchałem muzyki hippisowskiej, bardzo rozbudowanej, wręcz symfonicznej momentami, jednocześnie fascynowała mnie punkowa prostota i surowość. Słuchając ostrych punkowych kawałków jednocześnie byłem zafascynowany reggae’owym miękkim bujaniem. I tak mi się wszystko mieszało: metal z punk rockiem, reggae z jakimiś odmianami nowej fali, z poezją śpiewaną, z bluesem… Gigant: Czy uważa pan, że istnieje współczesna ikona muzyki na miarę Kurta Cobaina czy Boba Marleya? P.B.: Współczesna… Ja trochę jestem odcięty od tych współczesnych rzeczy, dlatego że one strasznie szybko się pojawiają i strasznie szybko przemijają. Wiem że są tacy artyści, którzy wzbudzają bardzo wiele emocji, ale zwykle jest tak, że ikonami stają się dopiero po odejściu, po śmierci. Tak było z Jimem Morrisonem, Kurtem Cobainem czy Bobem Marleyem. To będzie po prostu weryfikowała historia, będą weryfikowały czasy. Gigant: A jakie są pańskie plany na przyszłość? P.B.: Ja nie robię planów na przyszłość, dlatego że jak piszę w swoich tekstach: dzień dzisiejszy jest najważniejszy. Tylko tu i teraz. Planowanie przyszłości jest czymś bardzo niepewnym. Przyszłość ma to do siebie, że owszem, wszyscy jesteśmy kowalami swojego losu, ale tak naprawdę to się splata wiele różnych wątków. To jest właśnie efekt motyla, że gdzieś tam motyl ruszy skrzydłem, a u nas będzie tajfun, bo ta równowaga zostanie zburzona. I tak jest z tymi planami. Ja sobie mogę planować, ale sprawy toczą się własnym biegiem. Dlatego właśnie jestem skoncentrowany na tym, co się dzieje tu i teraz. Staram się na bieżąco dostosowywać do tego, co się dzieje i na bieżąco się z tym mierzyć.



Gigant: Dziękuję bardzo za rozmowę. P.B.: Dziękuję również. Adrianna Pańczak Piotr Banach – kompozytor, autor tekstów, producent, felietonista. Grał m.in. w takich zespołach jak Kolaboranci, Grass, Dum Dum czy Hey. Obecnie jest liderem dwóch formacji – Indios Bravos i Ludzie Mili. Muzyka jest dla mnie najistotniejszą rzeczą w życiu, oprócz rodziny – wywiad z Gutkiem. Piotr Gutkowski - polski wokalista rozpoznawany pod pseudonimem artystycznym jako Gutek .Znany wykonawca muzyki reggae i hip hop. Zasłynął na scenie muzycznej dzięki swojemu niepowtarzalnemu. Współtwórca, razem z Piotrem Banachem zespołu Indios Bravos. Występował gościnnie u takich sław polskiego hip hopu jak : Kaliber 44, Paktofonika, AbraDab, Vienio & Pele oraz Praktik, HST, Mercedresu, Tede oraz wielu innych. Gigant: Trzy przymiotniki opisujące Gutka. Piotr Gutkowski: Jeju, ale to jest bardzo trudne pytanie. Nigdy się nad sobą nie zastanawiałem… (chwila namysłu) Takie trudne pytanie na początek? Cokolwiek nie powiem, to nie będzie prawdziwe. Nie da się kogoś opisać w trzech przymiotnikach. Gdybyśmy mieli opisywać mamę, to można o niej powiedzieć, że jest miła, kochana i dobra. Ja nie jestem ani kochany, ani miły, ani dobry. Chociaż staram się, ale nie potrafię



uwrażliwianie się, poprzez szkolenie, granie, nagrywanie płyt. Dla mnie tak naprawdę jest to całe życie. Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Wydaje mi się, że gdybym musiał diametralnie je zmienić, to miałbym spory problem, ponieważ nie wiedziałbym, od czego się zacząć. Gigant: Jakie przesłania niosą zwykle teksty twoich piosenek? P.G.: Generalnie opowiadają o życiu, o obserwacjach tego życia. siebie opowiedzieć w trzech przymiotnikach. Gigant: Jak zaczęła się pana przygoda z muzyką? Czy już w wieku młodzieńczych lat, wiedział pan, że chce z nią związać przyszłość? P.G.: Proszę pani, ja nadal czuję się młodzieńcem. (śmiech) Wracając do pytania, kiedy objawiła się moja fascynacja muzyką. Chyba należałoby zapytać moich rodziców, którzy mogliby lepiej o tym pamiętać. Z tego co wiem, to od zawsze wyjawiałem zainteresowanie muzyką. Lubiłem słuchać muzyki, na pewno mnie ona interesowała i ciągnęło mnie do niej, ale pierwsze próby muzykowania miały miejsce dopiero w szkole podstawowej. W przedszkolu też śpiewało się różne piosenki, ale to jak wszystkie dzieci. A w szkole podstawowej śpiewałem w chórze, zakładałem już jakieś pierwsze zespoły… Gigant: Czym dla pana jest muzyka? P.G.: Muzyka jest dla mnie najistotniejszą rzeczą w życiu, oprócz rodziny. Jest dla mnie celem samym w sobie, pragnieniem, które staram się realizować poprzez rozwijanie się na tym ‘polu’, poprzez słuchanie, Często ludzie przychodzą do nas i pytają: ‘ skąd wiedzieliście o mnie tak wiele? Przecież ta piosenka jest o mnie’. Okazuje się, że nasze egzystencje są całkiem do siebie podobne, ludzie przeżywają podobne uczucia, mają podobne problemy i zmartwienia. Bardzo łatwo jest dotrzeć do kogoś w tej sferze emocjonalnej. Nasze piosenki ‘traktują’ o ludzkich słabościach. Przede wszystkim mają na celu postawienie człowieka tak jakby przed lustrem. Mają także na celu zadanie pytań, czasami takich niewygodnych, które samemu ciężko zadać. Czy



jestem tym, kim mi się wydaje, czy może jest trochę inaczej? Gigant: Interesuje się pan również hiphop’em. Jednak, czy jest on równie ważny w pańskim życiu jak reggae? P.G.: Hiphop nie jest dla mnie ważny tak samo jak reggae, stanowi też część moich zainteresowań muzycznych. Miałem kolegów, którzy bardzo mocno ‘siedzieli’ w hip-hopie. Przez tą koleżeńskość bardziej ‘wsiąknąłem’ w to, aniżeli poprzez własną fascynację. Owszem, słuchałem różnych kapel, które oni mi podsyłali, ale ja tak samo podsuwałem im te reggae’owe, tudzież z jakiś innych gatunków. Na przykład Marcin Marten zwany „AbradAb”. Ja generalnie lubię ten hip-hop z zeszłego tysiąclecia. Hiphop po roku 2000 mniej miał w sobie tego, co ja ceniłem. Co jest dla mnie ważniejsze? Nie ma jednego gatunku muzyki, który jest dla mnie najważniejszy, ale hiphop składa się na mnie, tak samo jak reggae. To dzięki niemu jestem teraz sobą. Gigant: Kto jest pańskim idolem? Z kogo/ czerpie pan inspiracje? P.G.: Jednym taki idolem, i to nie muzycznym, jest Budda. Buddą może być każdy, nie chodzi mi o jakiegoś boga, ale o postawę życiową. A takich muzycznych, to jest wielu. Już jako dziecko pałałem ‘zapałem’ do Beatlesów i jest to podstawowa kapela, która w dużym stopniu kształtowała moją wrażliwość muzyczną. Jednym z wielkich moich idoli jest Bob Marley, który miał wielki dar do barwnych melodii. Moim idolem jest tak samo Jim Morrison, który potrafił czarować na scenie, to była magia. Jego koncerty to niesamowite widowiska i przeżycia. Gigant: Reggae kojarzy się z dredami, Jamajką, a także …marihuaną. Czy jest pan za jej legalizacją? P.G.: Kiedyś bym powiedział, że tak. Dzisiaj już nie jestem taki pewien, czy jestem za legalizacją. Jestem na pewno za tym, żeby nie wsadzać ludzi do więzienia za posiadanie jakieś nieznacznej ilości marihuany. Dla mnie nieznaczna ilość marihuany to nie jest na przykład 50 gram. Palikot coś ostatnio mówił, że chciałby, żeby tyle było legalnie. 50 gram to musi być całkiem sporo. Uważam, ze nie powinno się wsadzać do celi człowieka, który miał przy sobie skręta, który relatywnie nie wyrządza szkody ani społeczeństwu, ani rodzinie. Człowiek sam sobie szkodzi paląc, to nie jest zdrowe dla płuc, gardła i tak dalej, ale w porównaniu do alkoholu, nie wyrządza takich szkód. Gdybyśmy mieli wsadzić do więzienia wszystkich tych, którzy piją, to zabrakłoby nam społeczeństwa. W dzisiejszych czasach spożywanie marihuany jest równie popularne jak spożywanie innych używek. Spożywanie czegokolwiek niezdrowego jest niezdrowe, a marihuana też nie jest najzdrowsza. Nie wsadzałbym ludzi to więzienia za to, ale czy byłbym za jej legalizacją, musiałbym się dobrze zastanowić. Kiedyś –tak, dzisiaj chyba nie… Gigant: Indentyfikuje się pan z kulturą rastafariańską? P.G.: Nie, absolutnie nie. Nigdy się z nią nie identyfikowałem, chociaż kilka razy w moich młodzieńczych tekstach nawiązywałem do rastafarianizmu, ale nie na zasadzie śpiewania. Dready kiedyś miałem, ale to bardzo, bardzo dawno temu. Nie, nie utożsamiam się z rastafarianizmem. Dla mnie ta muzyka ma oczywiście fajne wartości, dlatego, że to nie jest tylko muzyka. Reggae w zasadzie było kiedyś niezależne,



było przeciw Babilonowi, przeciw uwikłaniu w brudnie gierki itd. To była muzyka, która niosła swego rodzaju wartości trochę hipisowskie, wolnościowe, anarchistyczne. Gigant: Przypomina pan sobie jakąś anegdotę związaną z pańskim życiem koncertowym, muzycznym? P.G.: Anegdot mógłbym opowiadać wiele, ale nie wszystkie nadają się do tego, bo jak to w życiu bywa – nie wszystko jest do opowiedzenia. Wracając jednak do legalizacji i nie legalizacji marihuany, miałem kiedyś przygodę grając na koncercie bodajże w Będzinie. Był to koncert ku czci Boba Marley, na którym występowała tzw. czołówka polskiego reggae. Policja chciała się wykazać swoją skutecznością i przyjechała na ten koncert, aby szukać wśród młodzieży tej nielegalnej marihuany. Mieli ze sobą pieska- takiego labradora z lotniska. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że nie przyjechałem tam z zespołem, tylko z jakimś kolegą, ponieważ ja jestem z Katowic, a Będzin jest niedaleko. Wchodziłem głównym wejściem, gdzie był ten piesek oraz ci panowie w cywilu. Piesek do mnie podbiegł, zaczął merdać ogonem, ja go zacząłem głaskać- jaki super, fajny piesek. A panowie do mnie podeszli i mówią, że mam iść z nimi. Musiałem powiedzieć naszemu menagerowi, że zabierają mnie na tak zwane przeszukanie osobiste, a ja posiadam przy sobie nielegalną substancję zwaną marihuaną. Całe szczęście, dobrze się to skończyło, ponieważ panowie nie znaleźli przy mnie ‘tego’. Przeprosili mnie za tą całą zaistniałą sytuację, powiedziałem, że nie ma sprawy, że rozumiem, iż jest to ich praca. Od tego czasu nie wożę już ze sobą żadnych nielegalnych substancji.(śmiech) Gigant: To się panu ‘upiekło’. (śmiech) P.G.: Miałem farta, to prawda. Wiem, że za to nic strasznego by się najprawdopodobniej nie stało, ale mógłbym mieć kłopoty, a tak ich nie miałem. To nie była anegdota, ale taka opowieść ku przestrodze. Gigant: Istnieje przepis na to, aby zyskać sobie przychylność publiczności? Jak wy to robicie? P.G.: Chyba nie ma takiego przepisu. Jakby takie istniały, to każdy mógłby zakładać kapele i odnosić sukces za sukcesem. Myślę, że naszym przepisem na to, aby ‘nie dać ciała’ jest to, że zawsze wychodzimy na scenę trzeźwi, nigdy nie spożywamy ani łyka alkoholu, co nie jest takie codzienne w tym świecie, w jakim my się obracamy. Większość kapel pije dla rozluźnienia, nałogu, albo jeszcze czegoś innego. Wchodzimy rzetelni, przygotowani. Ja gdybym zatrudniał na przykład hydraulika, nie życzyłbym sobie, żeby on przyszedł do mojego domu ‘nawalony’, aby cokolwiek zrobić. Tak samo jak ktoś przychodzi na koncert to nie po to, aby oglądać świetnie bawiących się pijaków, tylko po to, aby posłuchać muzyki. Wychodząc z tego założenie, szanujemy tych ludzi, którzy płacą za bilety na nasze koncerty. I myślę, że ten szacunek jest tym głównym ‘kluczem’. Gigant: Jak ocenia pan stopień popularności reggae w Polsce? Na jaki rodzaj muzyki jest teraz największy „popyt”? P.G.: Tego nie wiem, ponieważ nie śledzę tak zwanego rynku muzycznego. Słucham bardzo dużo muzyki, jednak nie jest to muzyka, którą można znaleźć w radiu lub na listach przebojów. Nie oznacza to, że przekreślam taką muzykę, tylko po prostu nie znajduję tam niczego



dla siebie. Czy reggae jest popularne? Wydaje mi się, że jeszcze jest . Tak naprawdę nigdy nie miało się źle. Tak to jest z tymi gatunkami- mają one swoje wzloty i upadki. Pierwszy taki szczyt fali popularności reggae był w czasach, kiedy pani nie było jeszcze na świecie, ponieważ był to początek lat 80-tych. Wtedy w Polsce pojawiło się bardzo wiele kapel grających muzykę reggae. Był to zespół Izrael, Baksish. Były to kapele, które odniosły naprawdę spektakularny sukces. Później, w połowie lat 80-tych to reggae tak jakby ucichło. Na początku lat 90-tych mało kogo interesowało, chociaż były środowiska i ludzie, którzy lubili tę muzykę oraz organizowali takie imprezy, jednak nie byłoy to imprezy masowe, ani wielkie festiwale. Dopiero w drugiej połowie lat 90tych reggae zaczęło odżywać. My nagraliśmy płytę jako Indios Bravos z Piotrem Banachem. Kiedy to robiliśmy, wszyscy zaczęli pukać się w czoło- ‘Reggae?! Zwariowaliście? Kto tego słucha? To jest dla nikogo, to jest gorsze od bluesa’. Robiliśmy to nie z tego względu, że oczekiwaliśmy sukcesu, chcieliśmy robić taką muzykę, której sami chcieliśmy słuchać. Wtedy jeszcze nie było ‘bumu’ na reggae, ale kiedy nagraliśmy drugą płytę, świat powoli otwierał się na reggae. Świat, czyli ten nasz polski rynek muzyczny. Zaczęły się festiwale w Bielawie, w Ostródzie, gdzie jest taki duży festiwal reggae, który co roku ściąga wiele tysięcy ludzi, oprócz tego pojawiają się tam gwiazdy zagraniczne. Mieliśmy okazję grać na tym festiwalu kilkakrotnie. Widziałem, jak on się rozwijał. Z takiego małego, niezależnego zrobił się wielki festiwal, który był świetnie zorganizowany. Wracając do pytania - wydaje mi się, że teraz nastąpił spadek popularności reggae. W pewnym momencie to reggae podzieliło się na roots reggae, czyli takie „korzenne”, nawiązujące do tej tradycji marley’jowskiej i na reggae kojarzone bardziej z hiphopem, czyli dancehall- rytmiczne nawijanie. Tutaj gwiazdą światową był chociażby Sean Paul. Mnie osobiście za bardzo nie podobał się dancehall w polskim wykonaniu, ja wolę jego tradycyjne dźwięki. Kamil Bednarek jest beneficjentem tej ostatniej fali popularności reggae, ale wydaje mi się, że on zamyka tak jakby tę ‘górkę’. Myślę, że jeśli chodzi o reggae, jest teraz coraz mniejsza popularność. Gigant: Poproszę o dokończenie zdań: „gdybym nie był muzykiem, zostałbym…”- Zostałbym w domu z moją córeczką i żoną. „Moim największym marzeniem jest pojechać na koncert…”- Najfajniej byłoby zagrać własny koncert na przykład w Japonii albo w Stanach Zjednoczonych. Gigant: Czuje się pan spełniony zawodowo? P.G.: Nie . Gigant: Dlaczego? P.G.: Gdybym się czuł spełniony zawodowo, nie miałbym żadnych rzeczy do udowodnienia ani sobie ani innym. Chciałbym jeszcze wiele osiągnąć, rozwinąć się, być kimś jeszcze lepszym w przyszłości. Gigant: Czego można życzyć panu i reszcie zespołu? P.G.: Myślę, że przede wszystkim zdrowia, miłości do świata i muzyki, a reszta to już się sama poukłada. Wirginia Strażacki sukces Marcina



Uczeń naszego gimnazjum, Marcin Bryll, startował w gminnym konkursie o wiedzy pożarniczej kwalifikując się do eliminacji powiatowych. Przeprowadziliśmy z nim wywiad aby się dowiedzieć coś więcej. GIGant: Proszę się przedstawić i powiedzieć kilka słów o sobie. Marcin Bryll: Nazywam się Marcin Bryll, mieszkam w Golinie i chodzę tu do gimnazjum. GIGant: W jaki sposób przygotowywałeś się do tego konkursu? M. B.: Przygotowywała mnie pani Marta Wojtczak, a w domu czytałem książki i szukałem materiałów w Internecie. GIGant: Od jak dawna jesteś w straży pożarnej i jak to się zaczęło? M. B.: Myślę że około 3,5 roku. Ktoś mnie namówił, i poszedłem zobaczyć i zostałem. Gant: Czy masz jakieś plany na przyszłość związane ze strażą? M. B.: Nie myślałem o tym, na razie nie wiem, a później zobaczymy. GIGant: Co cię skłoniło do udziału w konkursie? M. B.: Pierwszy raz startowałem w tym konkursie będąc w piątej klasie. Do startu namówiła mnie pani Marta Wojtczak. Poszło mi dobrze i później startowałem co rok. GIGant: Czym się jeszcze interesujesz, jakie masz hobby? M. B.: Interesuję się piłką nożną, oglądam mecze i gram w Gromie Golina GIGant: Czego można ci życzyć? M. B.: Można mi życzyć większego zapału do nauki. GIGant: Więc bardzo ci tego życzymy i dalszych sukcesów. Marta Łukaszewska



Olivia Wieczorek, 9-letnia mieszkanka Goliny na castingach do programu „Must be the Music –tylko muzyka” zachwyciła jurorów wykonaniem piosenki „Szklana pogoda” . Dostając się do kolejnego etapu wystąpiła w półfinale owego programu rozrywkowego. Jej występ na żywo mogliśmy zobaczyć w niedzielę, 15 kwietnia o godzinie 20:00 na antenie Polsatu. Oliwia zaśpiewała przebój grupy Enej, „Radio Hello”. Owa grupa była z nią i bardzo jej kibicowała. Rywalizowała z takimi uczestnikami jak: Katarzyna Moś, Czessband, Tax Free, Tomasz Madzia, Gethomil Lamarre oraz Empire. Ostatecznie zajęła 3 miejsce, była o krok od wejścia do finału. Jednak ciągle ma szansę, wystarczy walczyć dla niej o dziką kartę, oddają ca Olivię głosy na facebook’u. Warto także podkreślić ,że tak młoda wokalistka wystąpiła w programie emitowanym na żywo przed ogromną publicznością, co jest z pewnością wielkim sukcesem. Oto kilka opinii o występie Olivii Wieczorek: Moim zdaniem ten występ jak na 10-latkę był całkiem niezły . Tylko piosenka nie pasowała do jej głosu A po za tym to świetnie. - Uczeń klasy Ia Oliwa ma wielki talent jak na dziewięciolatkę ( chyba tyle ma lat, nie ? ) Oglądałam jej niedzielny występ i jestem zaskoczona tym wykonaniem. Ma poczucie humoru, nie boi się sceny, publiczności i tego inni mogą jej zazdrościć . - Natalia IIa Bardzo mi się podobało, dziewczyna żywiołowa i pełna charyzmy. Bardzo odważna jak na swój wiek. Strój pomysłowy i



ciekawy. Posiada predyspozycje na piosenkarkę. - Mieszkanka Krotoszyna No ja uważam , ze ładnie zaśpiewała. Chociaż jest bardzo młoda, daleko zaszła, jednak moim zdaniem jest jeszcze za młoda. Na taka karierę przyjdzie jeszcze czas . Jej występ był bardzo dobrze przygotowany (piosenka , strój ). - Julita z Jarocina Uważam ostatni występ Oliwii za udany, mimo że nie miała łatwej piosenki do zaśpiewania. W ogóle podziwiam ją za to, że ma odwagę śpiewać przed taką publicznością i być ocenianą przez takie jury. - Ada IIIa Uważam, że występ Oliwii był dobry, jednak to nie do końca jest program dla tak młodych wokalistów. - Mieszkanka Jarocina Podobał mi się Olivii występ, fajnie zaśpiewała. Szkoda, że nie przeszła do finału, ale nie ukrywam tego, żeinni byli lepsi. - Uczennica klasy IIc Wypowiedź pani Beaty Wieczorek dotycząca występu: Jestem bardzo zadowolona z występu mojej córki, aczkolwiek Oliwia marzyła ,żeby zaśpiewać piosenkę „Cyklady na Cykladach” lub „Raz Dwa Raz Dwa”. Są to piosenki wykonywane przez Korę, lecz niestety producenci nie wyrazili na to zgody. Podkład do piosenki „Radio Hello” został zmieniony i zawierał elementy rockowe. Bardzo się cieszę z tego ,że Olivia miała swoje pięć minut w tym programie. Ma teraz mnóstwo fanów, ludzi, którzy doceniają jej talent. Świadczy o tym fakt, iż codziennie ma na Facebook’u i Naszej Klasie około 100 zaproszeń do znajomych. Są to osoby nieznajome. Obce osoby ,które jej nie znają, założyły jej fancluby (obecnie 3). Wczoraj jeden z twórców napisał ,że jest ogromne zainteresowanie Olivią. Na jej temat wypowiadają się nie tylko ludzie z Polski, ale także ze Stanów Zjednoczonych, Rosji, Ukrainy, Austrii, Niemiec i Holandii. Po zakończeniu pierwszego BRAWO OLIVIA!



półfinałowego odocinka jeden z reżyserów programu stwierdził ,że są zszokowani ogromną ilością głosów oddanych na Olivię. Szkoda tylko ,że w tym programie jest takie dziwne założenie ,że dzieci nie dopuszcza się do finału. Właśnie takie zdanie wypowiedział producent podczas nagrywania materiału o Olivii. Jestem bardzo dumna z mojej córci, bardzo ją kocham i mam nadzieję ,że ten program pomoże jej w dalszej edukacji muzycznowokalnej, bowiem żeby skorzystać z profesjonalnych warsztatów prowadzonych przez znanych muzyków, należy zapłacić wysoką sumę. Olivia ma tak jak każde dziecko chodzić do szkoły i zdobywać wiedzę i umiejętności, ale chciałabym także, by jej talent mógł się dalej rozwijać. Kiedyś marzyłam by zostać piosenkarką, teraz to marzenie spełnia Olivia. Siostra Olivii bardzo ją wspiera, wspomaga i mimo, że także ma talent muzyczny potrafi śpiewać. Nie zazdrości jej sukcesu, ale cieszy się razem z nią. Przed występem w półfinale programu prowadziła kampanię promującą Olivię. Monika ćwiczy z nią w domu.Jjest wymagająca ,ale tez bardzo szanuje i kocha swoją siostrę. Cały czas trzymała za nią kciuki i dopingowała. Cała rodzina ją wspierała. Oliwia dziękuje wszystkim za głosy i dobre słowa. Na Olivię można głosować na stronie: https://apps.facebook.com/mustbethemusic/ c/ Redakcja Gigant serdecznie gratuluję Olivii sukcesu i życzy FINAŁU! Opracowała: Dominika Kordus

stronę – kiedyś zginęła tu dziewczyna. Szkoda, że nawet taka tragedia nie skłoniła władz do postawienia tu sygnalizacji świetlnej. Po drugiej stronie zaczyna się droga wybrukowana kocimi łbami (ciekawe, kto wymyślił tę nazwę?). Po niecałym kilometrze dochodzę do jakiegoś gospodarstwa, wewnątrz widzę pasące się krowy. Mogłabym dalej po skręcie w lewo dojść na ulicę Opłotki albo pójść w prawo i dojść do Goliny, miejscowości, w której się obecnie uczę. Zamiast tego wracam do domu. Tutaj wita mnie zieleń przedpokoju i zapach pieczonego ciasta – tak, jestem u siebie… Ada Pańczak

JESTEM U SIEBIE Jest takie miejsce na Ziemi… Tam chciałabym się zatrzymać podczas życiowej wędrówki. Nie jestem jakąś oflagowaną patriotką, ale nie zniosłabym chyba życia poza Polską. Owszem, podoba mi się Paryż, Irlandia i Szkocja. Lubię też norweskie pejzaże i hiszpańskie uliczki. Pojechać tam kiedyś – to moje marzenie… Ale mieszkać, tak z dala od ziemi, na której się urodziłam? Nie, tego sobie nie wyobrażam. Najchętniej zostałabym tu, gdzie mieszkam: w Jarocinie. Jest to małe miasteczko w województwie wielkopolskim. Mogłabym nawet mieszkać na tej samej ulicy – Wybudowanej. Ciświca, bo tak się nazywa dzielnica, w której żyję, jest przedmieściem Jarocina. Jakie są moje codzienne widoki? Wychodzę na dwór. Mieszkam w dość nowoczesnym domu. Nie jest on zbyt wielki, ale wystarczający dla czterech osób. Pokryty cegłą, z czterospadowym dachem z czarną dachówką, balkonem opartym na dwóch kolumnach… Byłam świadkiem, jak to wszystko budowano. Idę w prawo. Po obu stronach widzę domy jednorodzinne – zazwyczaj większe od mojego, ale mniejsze też się zdarzają. Z oddali dobiega szum kół pociągu. Wychodzę zza zakrętu i widzę przejeżdżające po torach wagony. Po jakichś dziesięciu minutach spokojnego spaceru dochodzę na skraj lasu. To tutaj znajduje się drzewo, na którym ludzie przyprowadzani przeze mnie zwierzają się z najskrytszych tajemnic. Lubię te kilkaset drzew, które wcale nie straszą swoim wyglądem, a wręcz odwrotnie – zachęcają do tego, by je objąć, przyłożyć ucho do kory i słuchać, jak dzięcioł wybija rytm życia - niczym perkusista do piosenki. A gdybym przed domem skręciła w lewo? Przechodzę obok sklepu. Dobiega mnie rechot mężczyzn z tzw. ogródka piwnego. Dochodzę do dosyć ruchliwej ulicy. Jestem ostrożna przy przechodzeniu na drugą
Ta nasza młodość...


10 marca 2012r. w Poznaniu odbył się finał Wojewódzkiego Konkursu Języka Polskiego dla uczniów z terenu Wielkopolski, zorganizowany przez Wielkopolskiego Kuratora Oświaty – Panią Elżbietę Walkowiak. Motywem przewodnim konkursu były słowa: „Ta nasza młodość... Odkrywanie świata, ludzi i siebie”. Celem konkursu jest uwrażliwienie młodzieży na język polski oraz rozwijanie i propagowanie mowy ojczystej. Zadaniem konkursowym było napisanie pracy pisemnej (rozprawka lub esej) dotyczącej dorastania. Uczniowie musieli korzystać z przeczytanych wcześniej lektur, przewidzianych w regulaminie olimpiady. W ostatecznej rozgrywce wzięło udział ok. 200 uczestników, którzy wcześniej pomyślnie przeszli etap szkolny i rejonowy. Start w olimpiadzie okazał się szczęśliwy dla Natalii Mąki, uczennicy klasy III golińskiego gimnazjum, która została finalistką konkursu. Natalia przygotowywała się pod okiem pana Bartosza Tabaki – polonisty a zarazem wychowawcy. Dodajmy, że była ona jedną z niewielu osób z powiatu jarocińskiego, które zakwalifikowały się do finału. Oprócz Natalii w etapie rejonowym wzięła udział także Adrianna Pańczak (kl. III), której zabrakło niewiele, aby dostać się do ostatecznej rozgrywki. Opiekunem Adrianny była pani Eliza Słowik. Każdy uczestnik etapu wojewódzkiego otrzymał zaświadczenie informujące o zdobyciu tytułu finalisty Wojewódzkiego Konkursu Języka Polskiego. Niestety, nasza reprezentantka nie została laureatką olimpiady. Jednak sam udział w finale wojewódzkim jest sporym sukcesem. Gratulujemy obu dziewczętom i życzymy kolejnych sukcesów. Opinia Natalii Mąki, finalistki Konkursu Języka Polskiego: „Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam wziąć udział w finale Wojewódzkiego Konkursu Języka Polskiego. Moim marzeniem była kwalifikacja do ostatecznej rozgrywki. Sam fakt, że jestem finalistką tak prestiżowego konkursu to całkiem spory sukces. Dzięki olimpiadzie utwierdziłam się w przekonaniu, że swoją przyszłość zwiążę z językiem polskim. Korzystając z okazji, pragnę podziękować wszystkim za wsparcie i wiarę we mnie. Podziękowania kieruję do całej rodziny, grona pedagogicznego, uczniów. Za pomoc w przygotowaniach oraz ogromną wyrozumiałość i cierpliwość dziękuję też panu Tabace, ponieważ wiem, że czasami trudno ze



mną wytrzymać . „ Opinia Pana Bartosza Tabaki, opiekuna Natalii: „Etap wojewódzki to już miejsce wyłącznie dla najlepszych. Każdy, kto tam się dostał, dysponuje już wielką wiedzą i umiejętnościami. Zostanie laureatem takiej olimpiady wymaga wiele szczęścia, gdyż oceniane jest wypracowanie, a to zawsze mocno subiektywna ocena. Biorąc pod uwagę wielkość naszego województwa, cieszę się, że także mała Golina miała swoją dzielną reprezentantkę.” Natalia:)* Redakcja GIG - anta: Red.nacz.: Wirginia Wojtczak, Julita Golka, Dominika Kordus, Zuzanna Kulka, Marta Łukaszewska, Magda Mróz, Franciszek Ostojski, Adrianna Pańczak, Szymon Radziejewski, Olga Wojtczak, Sandra Wolicka. WAŻNE ŚWIĘTO Pan Marek Tomczak, nauczyciel historii w golińskim gimnazjum: „Święto 3 maja jest niewątpliwie najważniejszym po święcie Niepodległości świętem państwowym. Jest to również święto radosne. Uchwalenie Konstytucji 3 maja było przecież dowodem na odrodzenie się Rzeczpospolitej z upadku i anarchii. Wskazywało na wysoki poziom polskiej myśli politycznej, było też przejawem patriotyzmu. Sami wrogowie Polski, Prusacy, ocenili, że Konstytucja była najlepszym dokumentem ustrojowoprawnym w Europie. W dniu święta 3 maja wywieszam flagę oraz jeśli jest to możliwe uczestniczę w uroczystościach oficjalnych”. Agata Barczak



Ksiądz Ignacy Niedźwiedziński Urodził się 30 stycznia 1875 r. w Koźminie Wielkopolskim, jako syn młynarza Jana i Marianny z Dorszewskich. Uczył się w gimnazjum w Krotoszynie. Studia teologiczne odbywał w Seminarium Duchownym w Poznaniu. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1902 r. i otrzymał skierowanie na wikariat w Opatowie w dekanacie kępińskim. Od 1 stycznia do 1 kwietnia 1906 r. był proboszczem w parafii mikstackiej i przyborowskiej. Następnie przeniesiony został na wikariat do Ostrowa Wielkopolskiego. Od 1908 r. powierzono mu funkcję kapelana w więzieniu we Wronkach. Pozostał tam do roku 1917. Walczył wtedy z władzami pruskimi o polskie śpiewy kościelne, kazania i polską bibliotekę dla więźniów. Częste rozmowy z Różą Luksemburg i Karolem Liebknechtem zaowocowały wydaną przez niego książką pt. „Socjalizm. Jego rozwój i zasady”. Przedstawił w niej historię i jego ideologię. Po śmierci Franciszka Podlewskiego w roku 1917 został powołany na proboszcza parafii w Jarocinie. Do Jarocina przybył 1 kwietnia. Był tu jednym z założycieli i wiceprezesem Komitetu Obywatelskiego. W roku 1919 był członkiem Rady Miejskiej oraz zasiadał w Magistracie. Pomagał organizować polskie szkolnictwo. W 1922 roku prze kilka miesięcy zastępował burmistrza Jarocina. Z okazji 25-lecia kapłaństwa w 1927 roku otrzymał tytuł Honorowego Obywatela Miasta Jarocina. Przewodniczył też Towarzystwu Czytelni Ludowych w Jarocinie. Był inicjatorem powstania Komitetu Założycielskiemu Uniwersytetu Ludowego. W 1924 tymczasowo powierzono mu obowiązki dyrektora Kasy Pożyczkowej. Największym jego przedsięwzięciem w Jarocinie była budowa kościoła. W 1928 odbyło się poświęcenie kamienia węgielnego. W 1930 roku odbyła się pierwsza pasterka w nowej świątyni. We wrześniu w 1941 roku został usunięty z probostwa prze Niemców, a w październiku został aresztowany i osadzony w Forcie VII w Poznaniu. Zmarł w szpitalu więziennym w Bojanowie 31 grudnia 1941 roku. Pochowany został na miejscowym cmentarzu. 4 listopada 1945 roku jego zwłoki zostały



przewiezione i pochowane na cmentarzu w Jarocinie. Ksiądz Ignacy Niedźwiedziński był człowiekiem mądrym . Zawsze starał się pomagać ludziom angażując się w sprawy państwowe i społeczne. Krzysztof Bochna GOLINA- moja mała ojczyzna "Golina jest to bardzo duża wieś sołecka w Polsce, położona w województwie wielkopolskim, w powiecie jarocińskim, w gminie Jarocin"- dokładnie to możemy wyczytać o naszej miejscowości we wszelkich źródłach internetowych. Opisywany jest tam również nasz kościół oraz zabytkowy dom na Patoce. Wspomniane jest także o Zakładach Mięsnych Biernacki. Jednak dla nas Golina to coś znacznie więcej. To miejsce, w którym przeżywamy swoje przykre jak i radosne chwile. To miejsce, gdzie uczymy się, pracujemy, spędzamy wolny czas. Golina to dla nas miejsce, w którym żyjemy. Czy



wyobrażamy sobie, by mieszkać w innej miejscowości? Pewnie są osoby, które o tym marzą. Duże miasta, ogromne perspektywy, duże możliwości realizacji... A jednak wiele osób nie przeprowadza się, pozostaję w naszej małej ojczyźnie, nie żałując tego... Golina to z pewnością coraz lepiej rozwijająca się wieś, idziemy naprzód, a na tle innych wiosek wypadamy bardzo dobrze, a czasem nawet i lepiej. Z pewnością jest to powód do dumy. Ale czy należy osiąść na laurach? Pewnie, że nie! Należy działać i starać się cały czas rozwijać. Nowa sygnalizacja świetlna, nowa droga, nowe lampy, renowacja kościoła. Myślę, że to nie powinien być koniec zmian. Pomyślmy, czego nam jeszcze brakuję. Osobiście, jako 16-letnia mieszkanka Goliny, stwierdzam, iż nie ma w naszej wiosce miejsc, gdzie można by było się spotkać, porozmawiać. Kawiarnia, bar, restauracja? Myślę, że byłoby to idealne rozwiązanie, a na obecność młodzieży nie można by wówczas narzekać. Ale myślmy dalej... może jakaś mała kręgielnia? Coś, co mogło zrelaksować i wyluzować często skwaszone miny mieszkańców Goliny? Czemu nie! Jeszcze wiele ulic w Golinie jest w dość opłakanym stanie. Ulica Wojska Polskiego? Straszne dziury. Po deszczowej nocy przejazd jest tam wręcz niemożliwy. Z pewnością mieszkańcy tej części Goliny byliby zadowoleni z nowej, lepszej drogi. Idąc dalej drogą zmian najbardziej nam potrzebnych oraz praktycznych, można by, przedłużyć sygnalizację świetlną na ulicy Stefanowskiej. Wieczorne spacery zdecydowanie nie należą do najmilszych, gdy tak słaba jest na tym odcinku widoczność. A więc – oświetleniem. A może dodać jeszcze jakiś punkt medyczny, małą przychodnię? Chorzy oraz starsi mieszkańcy mieliby możliwość uzyskania pomocy medycznej na wyciągnięcie ręki, co z pewnością byłoby dla nich dużym ułatwieniem. Gdybać można bardzo długo. Z pewnością każdy ma inne plany oraz pomysły na rozwój naszej miejscowości. Najważniejsze to wziąć się do roboty i odnaleźć w sobie choć odrobinę motywacji do pracy. Nie zapominajmy również, że sympatia oraz wspólna pomoc jest kluczem do sukcesu! Zachęcam do działania! Julita Golka Moja egipska przygoda
Mistrzostwa Świata Juniorów Taekwondo WTF 2012


2 kwietnia 2012 Zbiórka na dworcu PKP w Poznaniu już o 5.30. Musiałam dojechać na „własną rękę”. Na miejsce dotarłam pociągiem, który odjeżdżał o godzinie 4.02 z Jarocina. Nie spóźniłam się. Kolejny cel: Berlin. Wraz z czteroosobową ekipą byliśmy już o 9.00 na miejscu. Pojawiły się małe problemy przy odprawie na lotnisku, a mianowicie kontrolerzy nie pozwolili na przepuszczenie apteczki jako osobnego bagażu. 10.45 – lecimy. Lot, bezpośrednio do Sharm ElSheikh w Egipcie, trwał około trzech godzin. Wychodząc z samolotu poczułam straszne gorąco, wokół widziałam piach, w oddali nieznajome budynki i niesamowite palmy. Oczekujący na nas kierowca zawiózł nas do naszego miejsca zakwaterowania – Hotelu Aida. Na pierwszy rzut oka zauważyłam wielkie dwa baseny. Nasza pierwsza reakcja? Pójdziemy tu dziś ?! ^^ Oprócz nas w hotelu mieszkali zawodnicy innych państw m.in. Francji, Korei, Cypru, Tajlandii, RPA i Meksyku. Po rozpakowaniu się - dostałam swój własny pokój – chcąc się



odświeżyć, odkręciłam kran. Woda na początku była czarna jak cola, później pomarańczowa, aż wreszcie stała się normalna. „Eeee…dziękuję” – pomyślałam. Około 18.00 wraz z kadrowymi kolegami wybraliśmy się na basen. O 19.30 kolacja. Jedzenia było strasznie dużo, nie wiedziałam, co wybrać. Bufet oferował m.in.: makaron, ryż, kurczaka, sałatki, ciasta i wiele owoców. Pamiętając o trzymaniu wagi i tak wszyscy usłaliśmy sobie smakołykami pełne talerze. Po wieczornym rozciąganiu i zapoznaniu się z jutrzejszym planem położyłam się do łóżka. Nie mogłam jednak długo zasnąć, ponieważ pod moim oknem Arabowie długo śpiewali i tańczyli. 3 kwietnia 2012 Wstałam około godziny 8.20. Po obfitym śniadaniu: omletach, pączusiach bez nadzienia, croissantach, pitach wyruszyliśmy do miasta w celu wymiany dolarów na funty egipskie i zaopatrzeniu się w prowiant. Strasznie denerwujący okazali się taksówkarze. Wszędzie roiło się od taksówek, których kierowcy co chwilę trąbili na przechodniów. Do godziny 18.00 wraz z kolegami odpoczywaliśmy nad basenem. W międzyczasie Michał pojechał na wagę. O 18.00 mieliśmy trening. Na zewnątrz było bardzo duszno, ok. 30 stopni. W związku z tym po dwudziestu minutach nie mieliśmy już siły. Po pysznej kolacji położyłam się spać. Niestety, przespałam tylko niecałe trzy godziny – egipskie komary są o wiele złośliwsze niż polskie. 4 kwietnia 2012 Pobudka około godziny 6.00. 7.00 – śniadanie. 7.30 – wyjazd na salę. Dziś walczyły z Polski cztery osoby, w tym trzy z Olsztyna. Olsztyniacy przegrali swoje pierwsze walki, natomiast nasz kadrowy zawodnik Michał zdobył trzecie miejsce. Wygrał trzy walki - z Cypryjczykiem, Kazachem i Grekiem. W półfinale uległ niestety Koreańczykowi, który wygrał tę kategorię. W trakcie otwarcia zawodów miałam okazję obejrzeć niesamowite pokazy taneczne. Zdziwieniem dla mnie było to, że osoby, które zajęły miejsca na podium, zostały poddane testowi dopingu. Po powrocie do hotelu i, jak zwykle, pysznej kolacji wszyscy zasnęliśmy. 5 kwietnia 2012 Dziś żaden z polskich zawodników nie brał udziału w zawodach. W związku z tym na śniadanie zeszliśmy dopiero o 9.00.



Dzień spędziliśmy na mieście i nad basenem. Ok. 14.00 trener wraz z Karolem pojechał na wagę. O 17.00 mieliśmy trening. O 19.00 poszliśmy na kolację. Później, po „złapaniu” łącza z Internetem, rozmawialiśmy z rodzinami. Około godziny 23.00 siłą zostałam wrzucona do basenu przez kolegę Michała. Po udanym dniu poszłam oczywiście spać. 6 kwietnia 2012 7.30. – trener wraz z Karolem i Albertem jadą na salę. Ja zostałam z Michałem w hotelu. Około 9.00 zeszliśmy na śniadanie. Musiałam jednak ograniczyć ilość jedzenia, ponieważ o 15.00 miałam wagę. Później wybraliśmy się po prowiant. Strasznie denerwowałam się wagą. Wiedziałam, że na pewno zmieszczę się w swojej kategorii, jednak stresik był. Spaliłam parę kalorii na basenie. Waga. Czekając w długiej kolejce czułam wielkie burczenie w brzuchu. Miałam pół kilo zapasu Następnie kibicowałam walczącemu Karolowi. Zajął także trzecie miejsce. Na sali spotkałam starych, zagranicznych znajomych. Nie obeszło się bez zdjęć. Po treningu i zapełnieniu żołądka położyłam się spać. Musiałam bardzo dobrze się wyspać. Zapamiętać: włączona klimatyzacja zagłusza komary ! Jutro walczę. 7 kwietnia 2012 – mój start w MŚ Pobudka 6.00 Śniadanie 7.00 Wyjazd na zawody 7.30 Początek zawodów 9.00 Po przyjeździe na salę spotkałam ekipę dopingującą z Jarocina m.in.: moją klubową trenerkę Józefinę NowaczykWróbel. Po



rozgrzewce oczekiwałam na walkę. W mojej kategorii startowało 35 zawodniczek. Bardzo denerwowałam się, bałam się, że nie dam rady. W pierwszym pojedynku spotkałam się z Jordanką. Po wyrównanej i zawziętej walce wygrałam 8:6. Drugą walkę, po dwugodzinnej przerwie, stoczyłam z Tajlandką. Niestety, nie udało mi się jej wygrać. Były momenty, kiedy to ja miałam nad nią przewagę, zazwyczaj jednym punktem, ale w ostateczności wynik zmienił się na moją niekorzyść. Byłam jednak zadowolona. Udało mi się wykonać kilka celnych kopnięć na głowę. Tą walką zakończyłam mój udział w zawodach zajmując miejsca 9-16. Pocieszono mnie mówiąc, że nie jestem jeszcze nawet juniorką, że mam jeszcze szansę na medal na przyszłych mistrzostwach świata juniorów, które odbędą się za dwa lata i że wiemy nad czym teraz pracować, aby się zrewanżować. Po zawodach wróciliśmy do hotelu, gdzie zmęczona zasnęłam. 8 kwietnia 2012 - Wielkanoc O 7.30 wyjechaliśmy na salę. Dziś startował nasz ostatni reprezentant, Albert. Niestety uległ w pierwszej walce także reprezentantami Tajlandii. Przez resztę dnia odpoczywaliśmy nad basenem, objadaliśmy się przepysznym jedzeniem, fotografowaliśmy się z zagranicznymi przyjaciółmi. Wieczorem zorganizowano przyjęcie pożegnalne – kolacja przy basenie, muzyka, tańce. Pełna wrażeń spakowałam bagaż na jutrzejszy wyjazd i przeniosłam się w objęcia Morfeusza. PS.: Nie zjadałam ani jednego jajka 9 kwietnia 2012 Do godziny 12.00 musieliśmy opuścić pokoje. Około 14.30 czekaliśmy już na samolot do Berlina. Na miejsce dotarliśmy o 22.00. Wychodząc z lotniska usłyszeliśmy krzyki, głosy trąb. Była to czekająca na nas rodzina Michała. Szczęśliwi pozowaliśmy do zdjęć, po czym udaliśmy się busem do Poznania. Pod poznańską arenę dotarliśmy około 2.00. Następnie wraz z moimi rodzicami wróciłam do domu. Patrycja Adamkiewicz SPORT... SPORT... SPORT...



AOROBIK – SUKCES! Dziewczęta z naszego Gimnazjum zajęły trzecie miejsce w mistrzostwach rejonu w aerobiku grupowym, które odbyły się w Jarocinie i awansowały do finałów wojewódzkich. Mistrzostwa województwa odbyły się w poznańskiej Arenie. Reprezentantki Gimnazjum w Golinie w składzie E. Gładczak, M. Mróz, W. Potarzycka, K. Orpel, M. Paterska, S. Wolicka, K. Marcisz, W. Teodorczyk, J. Górnaś i N. Patryniak się bardzo dobrze i zajęły XV miejsce. Marcin Szymkowiak – nie tylko piłkarz Uczeń klasy szóstej SP w Golinie Marcin Szymkowiak zwyciężył w mistrzostwach powiatu w indywidualnych biegach przełajowych, które zostały rozegrane w Żerkowie i awansował do finałów wojewódzkich. Tam zajął bardzo dobre 10 miejsce (spośród 115 startujących) I miejsce piłkarzy w Orlik Cup Reprezentacja szkoły podstawowej w piłce nożnej zwyciężyła w rundzie eliminacyjnej na szczeblu gminy w turnieju Orlik Cup (obecnie rozgrywki piłkarskie szkół podstawowych odbywają się na boiskach orlik). Piłkarze awansowali do finałów powiatowych. W decydujących o awansie spotkaniach zremisowali z SP Witaszyce 1:1 i pokonali SP 2 Jarocin 6:1 SP Golina reprezentowali: B. Kubiak, M. Szymkowiak, M. Mikołajewski, A. Lisiecki, A. Łabędzki, K. Wojtczak, Sz. Kościelniak, K. Radomski, M. Kwiatkowski, A. Pluta, A. Bryll, M. Walczak. Sukcesy w „Czwartkach LA” Rozpoczęła się runda wiosenna „Czwartków LA” czyli zawodów lekkoatletycznych dla uczniów szkół podstawowych z powiatu. Sebastian Tuszyński zajął I miejsce w skoku w dal wśród klas V, Daniel Łukaszyk zajął I miejsce w biegu na 1000 m wśród klas V, Maria Pospieszna II w biegu na 60 m miejsce wśród klas IV. redakcj@ sportow@ Zasady są po to, żeby je przestrzegać!
Już czas, aby zapoznać wszystkich z regulaminem boiska sportowego przy golińskich szkołach. On oczywiście znajduje się na terenie szkoły, a dokładnie przy obiekcie sportowym, ale nie cieszy się dużym zainteresowaniem wśród uczniów i nie tylko…


Oto ów regulamin, z którym należy się zapoznać przed wejściem na boisko sportowe. 1. Boisko szkolne jest miejscem przeznaczonym do prowadzenia zajęć z wychowania fizycznego, zajęć rekreacyjnosportowych oraz spędzania przerw międzylekcyjnych przez uczniów szkoły. 2. Zajęcia wychowania fizycznego odbywają się w obecności nauczyciela. 3. Za bezpieczeństwo uczniów podczas przerw odpowiadają nauczyciele dyżurujący. 4. Przed rozpoczęciem zajęć lekcyjnych i po ich zakończeniu szkoła nie ponosi odpowiedzialności za bezpieczeństwo uczniów znajdujących się na terenie boiska sportowego. 5. Korzystanie z boiska przez osoby postronne możliwe jest wyłącznie po uprzednim uzgodnieniu z dyrekcją szkoły. 6. Z urządzeń znajdujących się na terenie boiska należy korzystać zgodnie z ich przeznaczeniem. 7. Wszelkie uszkodzenia boiska i jego urządzeń należy zgłaszać do nauczyciela wychowania fizycznego, nauczyciela dyżurującego lub w sekretariacie szkoły. 8. Stan techniczny obiektu sportowego i jego urządzeń kontroluje nauczyciel prowadzący zajęcia. 9. Za wszelkie uszkodzenia odpowiada materialnie osoba, która wyrządziła szkodę lub jej prawni opiekunowie. 10. Na obiekcie obowiązuje zakaz: - wprowadzania psów i innych zwierząt - niszczenia urządzeń, - palenia wyrobów tytoniowych, - spożywania napojów alkoholowych, - przebywania osobom pod wpływem alkoholu lub pod działaniem innych środków odurzających, - zaśmiecania terenu. 11. Osoby przebywające na terenie obiektu sportowego zobowiązane są do zachowania porządku i przestrzegania powyższego regulaminu. Za wypadki zaistniałe z powodu nieprzestrzegania regulaminu dyrekcja nie ponosi odpowiedzialności.