Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








„A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas”(J. 1,14)
Przyjście na świat Jezusa to nie zwyczajne urodziny! Tego dnia Syn Ojca Przedwiecznego, Chleb Boży „z nieba zstępuje i życie daje światu” (J. 6,33) . Świętując ten radosny dzień, zastanówmy się głębiej nad tym, w jaki sposób Jezus dał życie światu.


Przychodząc na świat, przyniósł ze sobą nową naukę. Uczył, jak myśleć, postępować i modlić się w sposób miły Ojcu Niebieskiemu. Uczył, że miłość do siebie nawzajem jest równie ważna jak miłość do Boga. Postanówmy dziś, że będziemy codziennie wprowadzać w życie naukę Jezusa i uczyć się miłować nawzajem, jak On nas umiłował. Podczas swego ziemskiego życia, Jezus, dokonał również wielu cudów, które pokazały Jego władzę nad siłami natury, chorobą i grzechem. Co więcej, powiedział, ze jeśli uwierzymy, będziemy w stanie dokonywać jeszcze większych znaków (por. J. 14,12). Zdecydujmy się dziś uwierzyć słowom Jezusa. Odnówmy swoją wiarę w Niego i w Jego moc. Módlmy się o cuda, małe i wielkie, z wiarą, ze Bóg odpowie na naszą modlitwę. Jezus przyszedł przed dwoma tysiącami lat, aby wybawić nas os grzechu. Przyszedł jako Bóg z Boga, światłość ze światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Tylko On ma moc zniszczyć grzech i śmierć. Adorując dziś Dziecię w żłobku, mówmy Mu: „Dziękuję Ci, Jezu, za to, że przyszedłeś mnie zbawić i obdarować życiem wiecznym.” Wcielenie Syna Bożego jest wielką tajemnicą, równie trudną do ogarnięcia, jak tajemnica Trójcy Świętej. W jaki sposób Stwórca może wejść w stworzenie? Jak Odwieczny może wejść w czas? Dziś i przez wszystkie dni naszego życia wyznajmy z wiarą: „Jezu, Ty jesteś moim Panem. Tobie oddaję moje życie.” ksiądz Janusz Pytlik



Spokoju i radości, tylko miłych gości! Smacznej Wigilii i całusów moc – w tę najpiękniejszą w roku noc! Szczęścia kilogramów, ze śniegu bałwanów! Życzliwych ludzi wokół, żadnej łezki w oku. Przyjaciół jakich mało. Przez życie idźcie śmiało! Niech miłość bez ustanku Was dotyka. A w Nowym roku szczęście spotyka! Życzy redakcja gazety GIGant WIGILIA 30 LAT TEMU Zapewne wszyscy pamiętacie, jak kilka dni temu przeżywaliśmy 30 rocznicę ogłoszenia przez ówczesny polski rząd stanu wojennego. Było to 13 grudnia 1981r. Nie wszyscy jednak pamiętacie, jak wyglądała wigilia, którą przeżywali wtedy ludzie. Święta Bożego Narodzenia były cokolwiek smutne, a zarazem biedne. Tak wspominają je ludzie. W Wigilię 1981 r. wielu z nich przeżywało smutek z powodu internowania ich bliskich, którzy działali w Solidarności. Niejedna żona spędzała ten dzień tylko z dziećmi. Masowo zwalniano w tym czasie ludzi z pracy, dlatego tez wigilia i święta były skromne. Organizowano często tzw. składkową wigilię, czyli każdy przynosił to, co zdobył. Trzeba było biegać od sklepu do sklepu i stać w długich kolejkach na dużym mrozie. Jedzenie było wówczas na kartki i brakowało go. Dzień Wigilii różnił się jednak od poprzedniego i następnego, ponieważ rząd zniósł w tym dniu godzinę milicyjną, ale za to na ulice wyjechały czołgi. Miały utrzymywać porządek,



chociażby wtedy gdy ludzie pójdą na pasterkę… W tym szczególnym dniu ludzie dzielili się opłatkiem nawet z czołgistami i przynosili im w miseczce barszcz z uszkami. Dobroć w ludziach nie zanikła mimo, że czuli wtedy smutek i strach. Przeżywali tę Wigilię biednie ale szczerze. Życzenia jakie sobie wtedy składali, były inne niż dzisiaj, pewnie bardziej przyziemne. Miejmy nadzieję, że te chwile pozostaną już tylko szczególną kartką z kalendarza. Cieszmy się spokojem i dostatkiem Wigilii Anno Domini 2011. Krzysztof Bochna Z PAMIĘTNIKA ŚWIĄTECZNEGO ŁAKOMCZUCHA 22. grudnia Już czas! Mama i babcia zaczynają przygotowania od gotowania i pieczenia, po prezenty i procenty. Za dwa dni przecież Wigilia, a ja już wyjadam pierogi, dlatego pewnie ich później zabraknie. Starannie przeszukuję też każdą szafkę, każdą szufladę i wszystkie kąty w poszukiwaniu prezentów… Bez skutku, przynajmniej na razie. Oczywiście, nie podważając argumentów dzieci, pewnie Święty Mikołaj przyniesie je właśnie 24 grudnia, i do tej daty właśnie odliczam czas, co chwila wyjadając pyszne potrawy, które zostały już przygotowane. Właśnie wróciłam z wigilii klasowej - jak co roku, kupowaliśmy sobie prezenty. Dostałam 3 czekolady i dużego mikołaja, czekoladowego oczywiście! Poza tym zjadłam chyba z tonę mandarynek. 23. grudnia Od rana słychać mamę krzątającą się po kuchni. Coś się smaży. Chyba karp. Ślinka cieknie. Wczoraj wieczorem zjadłam jeszcze tabliczkę świątecznej czekolady. Skusił mnie papierek z reniferem, był taki słodki. Niestety po zjedzeniu miałam dość dziwny sen. Śniło mi się, że biję się z
niedźwiedziem o tabliczkę tej właśnie czekolady. Nic przyjemnego, mimo że wygrałam, a czekolada była pyszna, zupełnie jak smak zwycięstwa. Po południu mama i tata wyjechali do miasta dokupić brakujące rzeczy, bo wiadomo- coraz mniej czasu. Wykorzystując okazję poszłam do kuchni - wiadomo w jakim celu. Przed moimi


oczami ukazał się garnek z barszczem i uszkami. Pokusa była zbyt silna. Nad piekarnikiem jest szafka, gdzie mama zawsze chowa słodycze. Myśli, że o tym nie wiem. Zajrzałam i jak się okazało - pełna reklamówka najróżniejszych słodkości - poczynając od bombonierek, kończąc na żelkach i batonach - oczywiście ze świątecznym motywem. Innych w tym czasie pewnie bym nie zjadła. Właśnie - innych, a te nie były inne, więc poszłam do swojego pokoju i zabrałam się za to jak należy. W pewnym momencie zauważyłam karteczkę leżącą na dnie reklamówki: „kochanie, nie jedz tego, to prezent dla kuzynki Julki!” Co miałam w takim momencie zrobić? Przecież bym tego nie zwróciła, w żaden magiczny sposób. Więc poszłam do babci. Babcia, wiadomo, zlitowała się i dała 10 zł na „nowe” słodycze dla kuzynki. Powędrowałam do sklepu w pośpiechu, aby zdążyć przed rodzicami. Kiedy weszłam do sklepu, od razu zauważyłam pyszną promocję! 3 batoniki w cenie 4! Chwila, to chyba było inaczej… 3 batoniki w cenie 2! Zapominając o prezencie dla wspomnianej już kuzynki, wzięłam od razu 9 batoników, co sprawiło, że mój budżet gwałtownie się zmniejszył, i z uśmiechem na twarzy poszłam do domu. Teraz tylko czekać na wyrok, który mama sama wyda i pewnie będzie to kara na... jedzenie? Ewentualnie na komputer. 24. grudnia Ok. godz.10.00 Miałam postanowienie, że nie wstanę wcześniej niż o 11. Przynajmniej zaoszczędziłabym na śniadaniu. Intrygujący zapach, wbijający się do mojego przytulnego pokoju już od wschodu słońca sprawił jednak, że przestałam stawiać opór. Wspominałam już kiedyś, że to po prostu spodnie skurczyły się podczas prania. Niewątpliwie. Za jakiś czas znów będę w nich śmigać, wystarczy je odrobinę rozciągnąć.



kocham święta? Godzina 11.00 Mama nie pozwala mi zjeść nic porządnego, miałam dziś w ustach jedynie jogurt naturalny. Kto to w ogóle wymyślił? Bóg się rodzi, a ja mam pościć? Mój żołądek zdecydowanie domaga się czegoś do przekąszenia. Uszy chyba mają z nim jakiś układ, uważnie przysłuchują się poczynaniom mamy. W każdej chwili może gdzieś wyjść... Chciałam dziś założyć moje ulubione dżinsy, jednakże... hm... jakby to ująć... miałam „malutki” problem z ich dopięciem. To pewnie tylko jakieś chwilowe zaburzenia wagi. Pff, o czym ja też mówię, Godzina 21.00 Szczerze mówiąc, nie czuję się najlepiej. A to chyba nie głód, przecież najadłam się jak nigdy dotąd. Zaraz idziemy na pasterkę, mam nadzieję, że jakoś przetrwam tę godzinę. 25. grudnia Nie przetrwałam. W połowie mszy zrobiło mi się tak nieprawdopodobnie słabo, że aż wybiegłam z kościoła. Od wczorajszego wieczoru siedzę nieprzerwanie z głową nad miską, co chwila… no, wiadomo. To chyba koniec moich łakomych świąt na ten rok. Czasem mam wrażenie, że moja cudowna rodzinka, podjadając przy mnie najpyszniejsze smakołyki chce mnie po prostu wyprowadzić z równowagi. Co jednak nie zmienia faktu, że nie mogę patrzeć na jedzenie. Czy ostatnie dni mnie czegoś nauczyły? Bo ja wiem? Nawet jeśli, to do przyszłego roku i tak zapomnę o tym wniosku. Magda i Ola SPOD CHOINKI



Jestem drzewem iglastym. Konkretnie to świerkiem. Całe swoje dzieciństwo traktuję jako miłe przeżycie. Pamiętam dokładnie wszystko. Drzewa nigdy niczego nie zapominają, nie odczuwają upływającego czasu i są stałe w swoich uczuciach. Pewnie się teraz dziwicie i pytanie: 'Jak to, to drzewa mają uczucia?'. Zdziwię Was, ale tak. Kochamy się wszyscy nawzajem i dbamy o siebie. Obce są nam uczucia zazdrości czy też nienawiści. Mam dość liczną rodzinę. Wszyscy uwielbiamy święta Bożego Narodzenia. To piękne święto i jesteśmy szczęśliwi, mogąc zagościć w czyimś domu. Niektórzy wyznają zasadę, że żyją tylko po to, aby właśnie to uczynić, spełnić swoją misję i odejść w spokoju... Każdy dom oraz każda rodzina ma swoje zwyczaje. Niektórzy lubują się w przepychu na choince, cudownych lampkach, kolorowych bombkach, niektórzy mają dość wysublimowany, perfekcyjny styl. Jeszcze inne rodziny stawiają na prostotę. Każde wystrojone drzewko czuje się wówczas wyjątkowe oraz zadbane. Uwielbiamy sprawiać ludziom przyjemność. Święta Bożego Narodzenia to czysta magia, która sprawia, że wszyscy kochają ten okres. Ludzie przestają gdzieś, zaczynają być milsi, bardziej uczuciowi, a przede wszystkim... Mają czas porozmawiać, spotkać się i wszystkim tym magicznym momentom mogą przyglądać się wspaniale przybrane choinki, które błyszczą od kolorowych lampek niczym jakieś gwiazdy, dopełniające spokojną harmonię świąt. Mnie również przypadł taki zaszczyt. W pewien grudniowy dzień przyszedł do mojego domu dobrze nam znany stary drwal. Chwilę porozmawialiśmy, po czym zaczął wybierać najbardziej dojrzałe i gotowe na święta drzewka. Wszyscy się wyrywali, prosząc aby to właśnie oni zostali wybrani, jednak drwal był nieugięty. Zdecydował się na 20 drzewek, w tym byłem również i ja. Poczułem lekkie zdenerwowanie i ciekawość, jaka to rodzina mnie wybierze. Drwal ostrożnie zapakował nas na furgonetkę i odjechaliśmy. Po raz ostatni spojrzałem w stronę mego ukochanego lasu, w ciszy żegnając się z rodziną i przyjaciółmi. Droga trwała strasznie długo, co chwila zapadałem w drzemkę. Jednak w końcu udało nam się dojechać. Znaleźliśmy się na wielkim rynku, gdzie pełno było ludzi. Nigdy nie widziałem tylu ludzi naraz. Wówczas drwal



ostrożnie postawił każdego z nas osobno w donicy, po czym spryskał delikatnie sprayem, co sprawiło, że nasze igliwie ślicznie lśniło w porannym blasku słońca. Godziny mijały, a prawie wszystkie drzewka znikały w ekspresowym tempie. Zacząłem się zamartwiać: cóż takiego jest we mnie, że nikt jeszcze nie spojrzał na mnie przychylnie. Co prawda moi bracia owszem, prezentowali się niezwykle dostojnie i pięknie, posiadali również dużo grubsze igliwię ode mnie, które pięknie komponowało się z całością. Może to było przyczyną? Moje rozważania nagle zostały przerwane, gdy spostrzegłem, że ktoś od kilku minut wpatruję się we mnie z uwielbieniem. Była to mała dziewczyna. Postanowiłem jej pomachać, delikatnie poruszając gałązkami, na co dziewczynka zareagowała uśmiechem. Nagle podszedł do niej mężczyzna z pytaniem, czy odnalazła już swoją choinkę, na co dziewczynka skinęła i wskazała na mnie. Byłem bardzo szczęśliwy. Mężczyzna spojrzał się na mnie z lekkim zaskoczeniem, jednak zauważył, że nie ma szans przekonać swojej córki do zmiany decyzji, zawołał drwala, aby zapakował mu wybraną choinkę. Po przyjeździe do domu mężczyzna zabrał mnie z bagażnika, po czym zaczął odwijać z folii. Pojawiła się wówczas jakaś kobieta, trzymając za ręce dziewczynkę oraz w drugiej dłoni ozdoby świąteczne. Dom dziewczynki był mały, ale niezwykle przytulnie urządzony. Postawiono mnie w rogu, obok stołu, a potem nastąpiła najprzyjemniejsza z wszystkich moich chwil- ozdabianie. Byłem w siódmym niebie! Wszystko skupiało się na mnie. Mój wygląd z minuty na minutę stawał się coraz piękniejszy. Po kolei witałem się z każdą nową ozdobą, a było ich wiele. Na końcu nadszedł czas na lampki, dzięki którym błyszczałem niczym gwiazda. Potem nastąpił moment uroczystej Wigilii. Na stole znajdowały się przeróżne, SPOD CHOINKI
pięknie wyglądające potrawy. Po podzieleniu się opłatkiem oraz zjedzeniu wszystkich potraw, nastąpił moment rozdawania prezentów. Wszystkie prezenty znajdowały sie tuż pod moimi gałązkami. Dziewczynka była zachwycona wszystkimi obdarowanymi ją niespodziankami. Również i rodzice dali się ponieść magii świąt i cieszyli się z podarunków jak małe dzieci... Dalsze dni świąt mijały mi w bardzo pogodnym tonie, rodzinę odwiedzało wiele


osób, jednocześnie zachwycając się moim pięknym przystrojeniem. Po kilku dniach nadszedł moment rozstania, moje igły pomalutku odłączały się od gałązek. Ale byłem na to przygotowany. Zdjęto ze mnie ozdoby i wywieziono mnie do jakiegoś obcego mi lasu, gdzie w ciszy sobie umierałem. Czy ja żałuję, że tak szybko umieram? Pewnie tak. Ale z pewnością nie żałuję tych chwil spędzonych z ową rodziną. Po dołączeniu do moich bliskich w niebie, pozostaną mi jedynie wspomnienia. Ale JAKIE to będą wspomnienia. I proszę was ukochani ludzie, abyście i Wy uszczęśliwi jakąś małą, przestraszoną choinkę. Zabierzcie ją do domu i spędźcie przy niej święta. Z pewnością nie będziecie tego żałować, a uszczęśliwicie i ją, i siebie. Julita Golka
RENOWACJA OBRAZÓW


Stowarzyszenie „Nasza Wspólnota” pozyskało 20 tys. zł dotacji z Urzędu Marszałkowskiego, dzięki którym zostanie odnowionych pięć figur i cztery obrazy w Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Golinie. Są to m.in. obraz zasłonowy Matki Bożej z Dzieciątkiem, wizerunki św. Sebastiana oraz św. Tobiasza. W ołtarzach bocznych znajduje się jeszcze 9 figur wymagających odnowy, jednakże do pokrycia kosztów renowacji pięciu z nich zdeklarowali się indywidualni sponsorzy. Także obraz św. Andrzeja, patrona parafii, zostanie poddany odnowie, lecz tym razem ze środków własnych parafii. Mieszkańcy zaproponowali, by przyczynili się do tego przede wszystkim imiennicy patrona. Koszt tych prac to ok. 45 tys. zł. Za to renowację obrazu Matki Bożej Pocieszenia mają sfinansować matki. Dzięki środkom unijnym udało się już zakończyć wszystkie prace na zewnątrz sanktuarium, takie jak odrestaurowanie całej dębowej bryły kościoła, naprawienie fundamentów i drogi dojazdowej oraz zbudowanie parkingu i placu procesyjnego. Do tej pory wydano ok. 1,7 mln. zł, a na dokończenie wszystkich prac potrzeba jeszcze co najmniej 1,2 mln zł. Osoby, które chciałyby pomóc w renowacji kościoła, mogą zgłaszać się do Jolanty Mielcarek lub Hieronima Grygla – skarbnika stowarzyszenia „Nasza Wspólnota”. Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej parafii: www.golina.npc.pl Ola



DO DIABŁA! Często kiedy ktoś się zdenerwuje, używa niecenzuralnych słów. Fakt, uspokaja to i jest to potwierdzone naukowo. Każdemu się to zdarza, jednak z czasem zaczynamy robić to regularnie, i w ogóle przestajemy to kontrolować. Przestajemy zastanawiać się nas sensem tego co mówimy. Ale czy zastanawiał się kiedyś ktoś z Was, jak wiele osób, potocznie mówiąc „przeklina”, i skąd to się wywodzi? Otóż zagadka rozwiązana! Ogólne „przekleństwo” to inaczej figura retoryczna polegająca na użyciu wykrzyknienia będącego wyrazem oburzenia i życzeniem niepowodzenia, klęski, złego losu dla obiektu przeklinanego Wątek przeklinania pojawia się już w Biblii. Przekleństwo istnieje w świecie od samego początku, ale jako swoisty kontrapunkt, gdyż tematem głównym jest błogosławieństwo. Przekleństwo jest jakby odwróconym echem błogosławieństwa prawdziwego, jakim jest stwórcze Słowo Boże. Kiedy Słowo, światłość, prawda, życie dosięgną Księcia ciemności, ojca kłamstwa i śmierci, to błogosławieństwo, które Słowo ze sobą przynosi, ukazuje zbrodniczy opór szatana i przekształca się, wskutek kontaktu z szatanem, w przekleństwo. Grzech jest złem, którego Słowo nie stwarza, lecz które obnaża i dopełnia go: przekleństwo jest bowiem już wyrokiem potępienia. Bóg błogosławi, ponieważ jest Bogiem żywym, jest źródłem życia. Kusiciel, który występuje przeciwko Bogu i wciąga człowieka w swój grzech, sprowadza nań również przekleństwo: zamiast bliskości Boga spotyka człowieka wygnanie i przebywanie z dala od Boga i Jego chwały, zamiast życia - śmierć. Jednakże tylko ten główny winowajca, diabeł zostaje przeklęty „na zawsze". Kobieta nadal będzie rodzić, ziemia będzie



również wydawać owoc. Błogosławieństwo raz udzielone i przyobiecujące płodność wszelkiego rodzaju nie zostało odwołane. Zawisło jednak nad nim przekleństwo niczym unosząca się chmura, cierpienie, trud i praca, walka ze śmiercią. Lecz życie, jako silniejsze od wszystkiego, będzie zapowiedzią ostatecznej klęski przeklętego. Po wielu latach, wulgaryzm się rozwijał i tworzył wraz z coraz to współcześniejszym językiem jakim posługują się ludzie. Słysząc to od innych sami uczymy się posługiwać wulgaryzmami. Przeklinają już coraz młodsi, czego niestety przestaje być pod kontrolą. Czasami mi się zdarzy, ale nie robie tego regularnie. Czasami mam nawet wyrzuty sumienia z tego powodu.. ~ uczennica 2 kl. Gimnazjum. Przeklinam, najczęściej kiedy rodzice doprowadzają mnie do szału, czasami przeklinam, kiedy ktoś mnie wyprowadza z równowagi, ale przeważnie klnę cicho pod nosem albo w myślach. ~ internautka. Tak, przeklinam, czasami. ~ internautka. Z drugiej strony Kościół twierdzi że można przeklinać, tyle że po chrześcijańsku, zakazane jest jednak „przeklinanie” w stylu „Chryste Panie!”. Powinniśmy posługiwać się wyrażeniami typu „kurza stopa”, lub „motyla noga”. Mimo to, iż większość z nas jest katolikami, używamy raczej współczesnego rodzaju przeklinania. A nie ono do dobrego tonu. Lepiej więc ugryźć się w język – i tyle. Magda. ;) KAPŁANEM POZOSTAJE SIĘ DO KOŃCA SWOICH DNI wywiad z księdzem Błażejem Michalewskim GIGant: Proszę powiedzieć kilka słów o sobie, opowiedzieć historię powołania kapłańskiego. Ks. Błażej Michalewski: Od 14 lat jestem kapłanem, obecnie pracuję na swojej pierwszej samodzielnej placówce, w parafii p.w. św. Andrzeja Boboli w Lubini Małej. Droga mojego powołania rozpoczęła się już w szkole podstawowej, przejawiając się fascynacją mszą świętą, czynnościami, jakie wykonywał ksiądz. Dlatego też zapisałem się do ministrantów. Później uczestniczyłem w rekolekcjach powołaniowych. Po zdaniu matury wstąpiłem do Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Gnieźnie. GIGant: Czy zawód ten planował Ksiądz wykonywać od dziecka, czy to przyszło tak nagle? Ks. B.M.: Przede wszystkim kapłaństwo to nie zawód, tylko powołanie. Dlatego też w naszej chrześcijańskiej kulturze do osoby wybierającej drogę powołania zwracamy się: ksiądz, kapłan, ojciec, siostra zakonna. To sam Bóg powołuje kogo chce i kiedy chce. Człowiek w swoim sercu ma zdolność usłyszenia tego Bożego wezwania i pójścia za Nim. Kapłanem z chwilą świeceń pozostaje się do śmierci. Nawet jeżeli zdarzy się, iż ktoś rzuci posługę kapłańską, to jednak kapłanem pozostaje do końca swoich dni. Jak już wspomniałem w moim przypadku powołanie dojrzewało od najmłodszych lat. Wsłuchiwanie się w głos Boga, czy iść za nim w kapłaństwie, czy ma być to droga kapłana diecezjalnego, czy zakonnego.



GIGant: Jakie role powinien spełniać kapłan XXI wieku? Ks. B.M.: Rola kapłana od dwóch tysięcy lat pozostaje taka sama, a wynika ze święceń - czyli głosić Dobrą Nowinę, być narzędziem w ręku Boga przy sprawowaniu sakramentów oraz być pontifex – mostem miedzy Bogiem a ludźmi. Dlatego też rola ta nie zmienia się. Zmienia się forma, czyli używanie wszelkich dostępnych środków, by dotrzeć do człowieka XXI wieku. Od formy tradycyjnej, jak homilia, katecheza, po radio, telewizor, Internet itp. GIGant: Czy uważa się Ksiądz za takiego kapłana? "Godnego" XXI wieku? Ks. B.M.: Cytując ewangelie wg. Św. Łukasza : ”Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać.” (Łk 17,10). Staram się jak najlepiej wykonywać powierzone mi obowiązki. GIGant: Żyjemy, we wspomnianym wcześniej, już trzecim tysiącleciu, jakie zagrożenia niesie ten wiek Kościołowi? Jak możemy z nimi walczyć? Ks. B.M.: Mówiąc o zagrożeniach bardziej należy zwrócić uwagę na zagrożenia dla człowieka. Kościół od zawsze był w mniejszym czy większym stopniu atakowany i to się nie zmienia. Lecz współczesny człowiek zagrożony jest relatywizmem moralnym – „wszystko mi wolno” – który w konsekwencji może prowadzić do samozagłady człowieka. Skoro wszystko mi wolno, a dobre jest to, co sprawia mi przyjemność, więc jeżeli jakieś zasady bądź ludzie temu przeszkadzają, to należy je zmienić albo wyeliminować. GIGant: Zbliżają się Święta. Czy według Księdza coś jeszcze dla nas znaczą? Czy katolik, który spędza je w sklepie, jest prawdziwym "świadkiem Jezusa"? Ks. B.M.: Już samo postawienie pytania stawia kolejne pytanie. O jakie święta idzie? Reklamy bombardują nas wyrośniętymi krasnoludkami w przykrótkich płaszczykach, kolorowymi choinkami, reniferami. Ale prawie w ogóle nie mówi się, że są to święta Bożego Narodzenia, a nie np. świata choinki. Tu właśnie otwiera się zadanie dla katolika - uświadomić sobie i dać świadectwo wobec innych, że są to świata przypominające, iż Bóg stał się człowiekiem, aby nas zbawić, aby odmienić oblicze ziemi, by w serce człowieka tchnąć nadzieję dobra. I nawet w sklepie takie świadectwo można dać, choćby dzieląc się z potrzebującymi. GIGant: Mówimy o narodzinach Jezusa, ale czy jest miejsce w dzisiejszym świecie dla Niego? Co by było gdyby chciał powrócić właśnie w tym roku? Ks. B.M.: W postawionym pytaniu można wyczuć nutkę z zagrożeń dzisiejszego człowieka i obawę. Czy gdyby Jezus teraz przyszedł, czy nie potępił, zganiłby tego, co robię? Jezus Chrystus jest cały czas pośród nas obecny w sakramentach, obecny w Kościele i drugim człowieku, jak przypomina to w ewangelicznej scenie sądu – cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili… A miejsce? Dwa tysiące lat temu z miejscem były problemy, ale się znalazło! Miejsce dla Boga ma być w moim „sercu”. GIGant: Wielu ludzi neguje istnienie Boga. Jak obroniłby Ksiądz wiarę? Ks. B.M.: Wystarczy być świadkiem osobistego doświadczenia Boga. Ja Go spotkałem i jestem z tego powodu szczęśliwy i mogę mówić o tym innym ludziom. A naukowe dowody na istnienie Boga zostawmy naukowcom. Chociażby pięć dróg św. Tomasza. Ciekawe jest



powiedzenie: mała wiedze od Boga oddala, duża rzuca na kolana. Mądremu dość. GIGant: Myśli Ksiądz, że chrześcijaństwo, wiara, przetrwają w dzisiejszym świecie postępu? Ks. B.M.: Wystarczy choć trochę poczytać historii. Mocarstwa upadały, władcy umierali, idee przemijały, a Chrystus trwa. GIGant: Kto według Księdza jest dobrym człowiekiem? Jak nim być? Ks. B.M.: Kiedyś bogaty młodzieniec zapytał Pana Jezusa: Nauczycielu dobry, co mam zrobić, by być zbawiony? A Chrystus odpowiedział mu cytując dziesięć przykazań. Nic dodać, nic ująć. GIGant: Dziękuję za rozmowę. Franciszek Ostojski JAK MIŁO WYGRAĆ Uczniowie naszej szkoły odnieśli wiele sukcesów w różnego rodzaju konkursach. Konkurs historyczny Historia, dla osób, które mają problemy z pamięcią- trudna do opanowania. Okazało się, że w naszej szkole są też osoby, które lubią historię, i są jej pasjonatami. Krzysztof Bochna, uczeń pierwszej klasy, przeszedł etap szkolny i będzie dalej walczył o pierwsze miejsce w kolejnym etapie, który odbędzie się w styczniu. Etap szkolny konkursu wiedzy o antyku odbędzie się w styczniu. Udział w nim wezmą następujący uczniowie: Krzysztof Bochna, Julia Pospieszna, Miłosz Kubiak, Michał Hertel, Przemysław Stawecki, Patryk Popież, Mateusz Kasołka i Franciszek Ostojski. Życzymy powodzenia! Konkurs matematyczny Tutaj wykazał się uczeń klasy drugiej gimnazjum, Grzegorz Łabędzki, który w konkursie dla trzecich klas gimnazjum, przeszedł do finału wojewódzkiego. „Zrób test na HIV” Wyróżnienie w tym konkursie zdobyła uczennica trzeciej klasy Wirginia Wojtczak. Na konkurs trzeba było przygotować ulotkę, która powinna zachęcić do zrobienia testu. Został on zorganizowany ze względu na wzrastającą liczbę zachorowań na HIV. „Pracowite żywioły wokół szkoły” Na konkurs trzeba było przygotować plakat, komiks lub fraszkę na temat energii odnawialnej oraz racjonalnego gospodarowania energią. Drugie miejsce zajęła w nim uczennica naszego gimnazjum, Natalia Mąka. „Dworki i domy wielkopolskie” – konkurs plastyczny W tym konkursie Małgorzata Grzech, Martyna Paterska i Krzysztof Mizgalski dostali wyróżnienia Do konkursu przygotowywał ich pan Wiesław Grygiel. Wszystkim gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów! Sandra



Odległóść nie ma znaczenia w przyjaźni Wielu z nas wątpi w przyjaźń. Na pewno jeszcze trudnej jest uwierzyć w tę internetową. Mimo powszechnie panujących uprzedzeń do tego typu przyjaźni, jest ona możliwa. Zaczyna się zwykle od sporadycznej, banalnej wymiany zdań, aż w końcu zdajemy sobie sprawę, że łączy nas wiele spraw, problemów, że myślimy w podobny sposób. Wirtualna znajomość może zamienić się w przyjaźń, bo jak zgodnie twierdzą bohaterki mojego wywiadu: przyjaźń nie zna granic. Przykładami internetowych przyjaciółek są dwie Pauliny, z którymi postanowiłam porozmawiać na temat łączącej ich więzi. GIGant: Jak się poznałyście? P.J.: W zasadzie poznałyśmy się przez przypadek. Około miesiąc przed pierwszym koncertem Paramore w Polsce, napisałam, że strasznie żałuję, że nie mogę na niego pojechać. Problemem byli głównie rodzice i fakt, że mieszkam około sześciu godzin drogi od Warszawy. Wtedy napisała do mnie Paulina mówiąc, że to nie ostatni taki koncert i na pewno jeszcze nie raz będzie taka okazja. W końcu zaczęłyśmy rozmawiać dosłownie o wszystkim i utrzymujemy bliski kontakt do tej pory. Paulina jest dla mnie jak starsza siostra i mam nadzieję, że w końcu nadarzy się okazja na nasze pierwsze spotkanie. To będzie niesamowite doświadczenie! GIGant: Którą ze stron internetowych uważacie za najlepsze miejsce do poznawania ludzi? Dlaczego? P.B.: Twitter.com, ponieważ można pisać tam, co komu leży za sercu pozostając anonimowym. Dzięki temu można poznać ludzi z podobnymi problemami lub zainteresowaniami. Nie widzimy się wzajemnie i możemy się poznać. Bez wywierania pierwszego wrażenia, bez oceniania. Z czasem zwykle rozmowy przeobrażają się w coś więcej. P.J.: Według mnie Twitter. Poznałam tam wielu wspaniałych ludzi! Dla większości może się to wydawać dziwne, bo w końcu z niektórymi z nich nie miałam okazji się spotkać, ale traktuję ich jak przyjaciół. Są mi bardzo bliscy i nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich nie być. GIGant: Macie pewność, że ludzie, których tam poznajecie nie są



oszustami, podającymi się za kogoś, kim nie są itp.? P.J.: Często się słyszy o takich przypadkach, ale nigdy mi się to nie przytrafiło. Szczerze mówiąc nigdy się o to nie bałam. Z przyjaciółmi poznanymi w Internecie zazwyczaj rozmawiam przez różnego rodzaju czaty i dzięki kamerze internetowej widzimy się nawzajem, więc mam pewność, że nie udają kogoś innego. P.B.: Nigdy nie ma pewności, kto siedzi po drugiej stronie, ale to kwestia zaufania. Tak samo człowiek nie ma pewności, że ma prąd w gniazdku. Wierzy w to. Rozmowa jest nieszkodliwa. Zawsze można ją przerwać. Poznałam wielu ludzi w Internecie i jeszcze nigdy nie spotkałam negatywnych postaci. Zawsze przed osobistym spotkaniem odbywają się videorozmowy, więc nie kupujemy kota w worku. GIGant: Co internetowi przyjaciele wnoszą do waszego codziennego życia? P.B.: Internetowi przyjaciele wnoszą do życia przede wszystkim poczucie przynależności i zaufania. Można powiedzieć im wszystko i nikt nikogo nie będzie oceniał. Potrafią spojrzeć na sytuacje czy problemy z obiektywnej strony. Wnoszą także dużo rozrywki. W Internecie można poznać osoby z podobnym charakterem. Wtedy trudno się razem nudzić. Nawet jeżeli są to zwykle rozmowy na gadu - gadu czy skype. GIGant: Jest coś, co was łączy, wspólne zainteresowania, hobby, marzenia? P.B.: Marzenia, zainteresowanie, hobby... wszystko ujęłabym w dwóch słowach - One Direction. Jest to brytyjski zespół, który na Wyspach zdobył niewyobrażalną sławę w zaledwie rok. U nas nie są zbyt popularni, ale to tylko kwestia czasu. Uwielbienie dla 5 chłopaków przerodziło się w internetową przyjaźń. P.J.: Tak! Zdecydowanie! Obydwie uwielbiamy ten sam zespół. A to dziwne, bo poza nimi słuchamy całkiem innej muzyki. Potrafiłybyśmy rozmawiać o nich godzinami. Obydwie marzymy o wyjeździe do Londynu i spotkaniu chłopaków. Może to dziwne, ale chwilami sądzę, że mam z nią więcej wspólnych tematów, niż ze znajomymi ze szkoły. Sądzę, że się dopełniamy. GIGant: Wasi rodzice i realni przyjaciele wiedzą o waszych internetowych znajomościach? Jak na to reagują? P.B.: Moi rodzice wiedzą w sumie o jednej osobie, o Dominice, ponieważ mamy zamiar mieszkać razem na studiach. Spotkałyśmy się kilka razy i nigdy nie mieli nic przeciwko. Natomiast moim najbliżsi przyjaciele wiedzą o wszystkich i myślą, że... genialnie się Odległóść nie ma znaczenia w przyjaźni



dobrałyśmy. P.J.: Jasne, że wiedzą! Moi rodzice są na to nastawieni bardzo pozytywnie. Z moimi znajomymi bywa różnie.. Czasami sądzą, że za dużo czasu poświęcam 'przyjaciołom online', ale głównie nie mają nic przeciwko. GIGant: Dlaczego nawiązujecie znajomości w Internecie? P.J.: Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Sądzę, że to świetna sprawa mieć znajomych również w innych częściach kraju.. A nawet świata. Takie możliwości daje np. Twitter. P.B.: Bez powodu. Samo wychodzi. Przeważnie zupełnie przypadkowo. GIGant: Mieszkacie w różnych częściach Polski, planujecie się kiedyś spotkać? P.J.: Oczywiście, że tak! Już nie raz wyobrażałam sobie nasze pierwsze spotkanie. Odległość nie ma znaczenia w przyjaźni. P.B.: No pewnie! Np. na koncercie One Direction. GIGant: Co według was jest największą zaletą i największa wadą przyjaźni przez Internet? P.B., P.J.: Zaleta - nikt nikogo nie ocenia. Wada - możliwość spotkania się jest ograniczona. GIGant: Jakim mianem się określacie? Przyjaciółek, koleżanek, znajomych? P.J.: Jak już powiedziałam, jest dla mnie jak starsza siostra. P.B.: Przyjaźń to przyjaźń, to, że przez Internet, nie oznacza, że nie nazywamy się przyjaciółkami. GIGant: Jakie według was są najbardziej dostrzegalne różnice między zawieraniem przyjaźni w Internecie, a robieniem tego w rzeczywistym życiu? P.J.: Jak już Paulina wspomniała, w Internecie nikt nikogo nie ocenia bezpodstawnie i według mnie ludzie są tam bardziej otwarci na nowe znajomości. Oczywiście przyjaźnie w codziennym życiu mają też lepsze strony. Nie ma tak dużych ograniczeń podczas rozmowy. GIGant: Jaką rolę w waszym życiu odgrywa przyjaźń, ta internetowa, jak i ta realna? P.J.: Przyjaźń jest jedną z najważniejszych wartości w moim życiu. Nie wyobrażam sobie tego, że nie miałabym do kogo napisać, z kim porozmawiać, czy komu się wyżalić. To właśnie przyjaciele są ze mną w tych złych, jak i dobrych momentach i za to jestem im wdzięczna. P.B.: Wierzę w prawdziwą przyjaźń, bez niej życie byłoby jakby... niepełne. GIGant: Jakie macie plany na przyszłość? P.B.: Jestem tegoroczną maturzystką. W październiku chciałabym poruszać się w murach Uniwersytetu Warszawskiego jako studentka dziennikarstwa. P.J.: Po gimnazjum mam zamiar wybrać się do jakiegoś liceum ogólnokształcącego. Swoją dalszą przyszłość wiążę z



fotografią. GIGant: Czego zatem można by wam życzyć? P.J.: Szczęścia. Spełnienia marzeń, mamy ich chyba aż zbyt wiele. I oczywiście, żeby udało nam się w końcu spotkać. P.B.: Perfekcyjnie to ujęłaś. Dodam tylko: powodzenia na maturze. Rozmawiała: Ola ZATRZYMAĆ CZAS Wywiad z Radosławem Żyto, interesującym się fotografią studentem informatyki na poznańskiej politechnice,. GIGant: Od jak dawna zajmujesz się fotografowaniem? R.Ż.: Moja przygoda z fotografią zaczęła się dobre kilka lat temu. Tak na poważnie fotografuję od 5 lat. GIGant: Jak to się stało, że zacząłeś fotografować? R.Ż.: Pierwsze zdjęcie zrobiłem analogowym aparatem. Była to dla mnie nowość, do końca nie wiedziałem, jak się nim obsługiwać. Zrobiłem zdjęcie rodzicom, ale jak się okazało po wywołaniu, na zdjęciu uchwyciłem tylko ich głowy. Siostra, notabene starsza o 10 lat, śmiała się z młodszego brata, że nie umie zdjęcia zrobić, więc wziąłem aparat i zacząłem robić więcej zdjęć, i więcej, i więcej. Ponadto zacząłem czytać dużo poradników. I tak się to wszystko zaczęło. GIGant: Co najbardziej lubisz w fotografowaniu? R.Ż.: Najbardziej lubię to, że jednym ruchem palca mogę zatrzymać czas. Mając zdjęcie mogę wrócić potem pamięcią do chwil, które ono przedstawia i to jest piękne. GIGant: O czym pamiętasz robiąc zdjęcie? R.Ż.: Dusząc na spust migawki zastanawiam się, jaki efekt chcę osiągnąć i co dane zdjęcie ma przedstawiać. Potem staram się szukać nietuzinkowych ujęć czy też niezwykłych sytuacji. Robiąc zdjęcia innym, a przede wszystkim publikując je później, musimy pamiętać o tym, aby nie naruszać prywatności osób fotografowanych. GIGant: Jakie zdjęcie według ciebie jest dobre? R.Ż.: Nie mam uniwersalnej definicji na dobre zdjęcie. W każdym rodzaju zdjęć (np. krajobrazy, reportaże, portrety, akty) ważne jest coś innego. Jest jednak coś, co te zdjęcia łączy. Dobre zdjęcie musi być intrygujące, zaskakujące, niekiedy musi zmuszać nas do refleksji, budzić emocje. Bez emocji zdjęcie jest nudne, a co za tym idzie, ląduje na stosie zdjęć bezbarwnych, pospolitych. GIGant: Czy startujesz w konkursach fotograficznych? R.Ż.: Tak, startowałem w kilku konkursach. W kilku udało mi się zająć jakieś miejsca, wyróżnienia, w kilku nie osiągnąłem nic. Teraz prawie każdy ma aparat cyfrowy, konkurencja jest duża. W konkursach ogólnopolskich zazwyczaj wygrywają zdjęcia wykonane drogim sprzętem, które przedstawiają egzotyczne miejsca, a nie nietuzinkowe ujęcia zwykłych rzeczy. GIGant: Masz zdjęcie, które lubisz najbardziej? R.Ż.: Moje ulubione zdjęcie, które nie ja zrobiłem, to fotografia Tomasza Tomaszewskiego(zdjęcie roku 2010 Grand Press Photo), która prezentuje Górny Śląsk, a konkretnie Lipiny i dziewczynki obsypujące się płatkami kwiatów pozostałych na drodze po przejściu procesji Bożego Ciała. Jest to dowód na to, że nie trzeba jechać do Afryki, czy w wysokie góry, aby zrobić rewelacyjne zdjęcie. Zwykła miejscowość, zwykłe dziewczynki, zwykła sytuacja, a niezwykłe zdjęcie. I o to właśnie w fotografii chodzi. Do moich ulubionych zdjęć zaliczam: dwumetrową panoramę Giewontu, którą mam powieszoną nad łóżkiem; ponadto zdjęcie krowy, która żuje trawę oraz kręcącą się o zmroku karuzelę. GIGant: Czy masz ulubionego fotografa, którego chcesz naśladować? R.Ż.: Nie mam konkretnego idola w tej dziedzinie. Staram się oglądać dużo zdjęć zarówno profesjonalistów, jak i amatorów, analizować je i w ten sposób się uczyć GIGant: Jakie zdjęcia lubisz robić najbardziej? R.Ż.: Najbardziej lubię robić wszelkiego rodzaju reportaże. To chyba, dlatego, że taki rodzaj fotografii preferowany jest w gazetach, a tam najwięcej moich zdjęć się ukazało. Ponadto bardzo lubię wziąć aparat i robić zdjęcia Golinie i za każdym razem odkrywać ją na nowo. Bo najfajniejsze zdjęcia dla mnie są te, które ukazują codzienne zwykłe tematy, w niezwykły sposób… Lubię publikować swoje zdjęcia. Opinie innych osób sprawiają dużo satysfakcji. Nawet jak to jest konstruktywna krytyka, bo jest to znak, że jednak kogoś interesuje to, co robię i to jest sympatyczne. GIGant: Mógłbyś podać rady dla początkującego fotografa? R.Ż.: Przede wszystkim zawsze należy się trzymać pewnych technik, metod, które obowiązują w fotografii (reguła trójpodziału, regulacja światłem, kadrowanie – można o tym poczytać w Internecie). Pamiętajmy o tym, że tak popularne wśród nowicjuszy „ukośne” zdjęcia, nie zawsze wyglądają dobrze. Skrzywienie ma sens tylko wtedy, gdy jest symetryczne do linii fotografowanego obiektu. Ponadto należy pamiętać, że lampa błyskowa nie jest do rozświetlania kadru, a do doświetlania go. To takie podstawy. Aby robić dobre zdjęcia musisz najpierw obejrzeć 10 razy więcej zdjęć innych autorów. Polecam stronę www.digart.pl. Można tam znaleźć fotografie na wysokim poziomie. GIGant: Czy masz jakieś marzenie związane z fotografią? R.Ż.: Chciałbym założyć firmę i świadczyć usługi fotograficzne oraz zająć się tworzeniem stron internetowych tak na poważnie i zawodowo, bo hobbystycznie robię to już teraz. Ponadto chciałbym założyć studio, ale do tego są potrzebne pieniądze. GIGant: Życzę spełnienia tych marzeń. R.Ż.: Dziękuje, zapraszam wszystkich na moją stronę internetową ze zdjęciami i nie tylko – www.fotokedar.pl Marcin Bryll



fotografią. GIGant: Czego zatem można by wam życzyć? P.J.: Szczęścia. Spełnienia marzeń, mamy ich chyba aż zbyt wiele. I oczywiście, żeby udało nam się w końcu spotkać. P.B.: Perfekcyjnie to ujęłaś. Dodam tylko: powodzenia na maturze. Rozmawiała: Ola ZATRZYMAĆ CZAS Wywiad z Radosławem Żyto, interesującym się fotografią studentem informatyki na poznańskiej politechnice,. GIGant: Od jak dawna zajmujesz się fotografowaniem? R.Ż.: Moja przygoda z fotografią zaczęła się dobre kilka lat temu. Tak na poważnie fotografuję od 5 lat. GIGant: Jak to się stało, że zacząłeś fotografować? R.Ż.: Pierwsze zdjęcie zrobiłem analogowym aparatem. Była to dla mnie nowość, do końca nie wiedziałem, jak się nim obsługiwać. Zrobiłem zdjęcie rodzicom, ale jak się okazało po wywołaniu, na zdjęciu uchwyciłem tylko ich głowy. Siostra, notabene starsza o 10 lat, śmiała się z młodszego brata, że nie umie zdjęcia zrobić, więc wziąłem aparat i zacząłem robić więcej zdjęć, i więcej, i więcej. Ponadto zacząłem czytać dużo poradników. I tak się to wszystko zaczęło. GIGant: Co najbardziej lubisz w fotografowaniu? R.Ż.: Najbardziej lubię to, że jednym ruchem palca mogę zatrzymać czas. Mając zdjęcie mogę wrócić potem pamięcią do chwil, które ono przedstawia i to jest piękne. GIGant: O czym pamiętasz robiąc zdjęcie? R.Ż.: Dusząc na spust



migawki zastanawiam się, jaki efekt chcę osiągnąć i co dane zdjęcie ma przedstawiać. Potem staram się szukać nietuzinkowych ujęć czy też niezwykłych sytuacji. Robiąc zdjęcia innym, a przede wszystkim publikując je później, musimy pamiętać o tym, aby nie naruszać prywatności osób fotografowanych. GIGant: Jakie zdjęcie według ciebie jest dobre? R.Ż.: Nie mam uniwersalnej definicji na dobre zdjęcie. W każdym rodzaju zdjęć (np. krajobrazy, reportaże, portrety, akty) ważne jest coś innego. Jest jednak coś, co te zdjęcia łączy. Dobre zdjęcie musi być intrygujące, zaskakujące, niekiedy musi zmuszać nas do refleksji, budzić emocje. Bez emocji zdjęcie jest nudne, a co za tym idzie, ląduje na stosie zdjęć bezbarwnych, pospolitych. GIGant: Czy startujesz w konkursach fotograficznych? R.Ż.: Tak, startowałem w kilku konkursach. W kilku udało mi się zająć jakieś miejsca, wyróżnienia, w kilku nie osiągnąłem nic. Teraz prawie każdy ma aparat cyfrowy, konkurencja jest duża. W konkursach ogólnopolskich zazwyczaj wygrywają zdjęcia wykonane drogim sprzętem, które przedstawiają egzotyczne miejsca, a nie nietuzinkowe ujęcia zwykłych rzeczy. GIGant: Masz zdjęcie, które lubisz najbardziej? R.Ż.: Moje ulubione zdjęcie, które nie ja zrobiłem, to fotografia Tomasza Tomaszewskiego(zdjęcie roku 2010 Grand Press Photo), która prezentuje Górny Śląsk, a konkretnie Lipiny i dziewczynki obsypujące się płatkami kwiatów pozostałych na drodze po przejściu procesji Bożego Ciała. Jest to dowód na to, że nie trzeba jechać do Afryki, czy w wysokie góry, aby zrobić rewelacyjne zdjęcie. Zwykła miejscowość, zwykłe dziewczynki, zwykła sytuacja, a niezwykłe zdjęcie. I o to właśnie w fotografii chodzi.



Do moich ulubionych zdjęć zaliczam: dwumetrową panoramę Giewontu, którą mam powieszoną nad łóżkiem; ponadto zdjęcie krowy, która żuje trawę oraz kręcącą się o zmroku karuzelę. GIGant: Czy masz ulubionego fotografa, którego chcesz naśladować? R.Ż.: Nie mam konkretnego idola w tej dziedzinie. Staram się oglądać dużo zdjęć zarówno profesjonalistów, jak i amatorów, analizować je i w ten sposób się uczyć GIGant: Jakie zdjęcia lubisz robić najbardziej? R.Ż.: Najbardziej lubię robić wszelkiego rodzaju reportaże. To chyba, dlatego, że taki rodzaj fotografii preferowany jest w gazetach, a tam najwięcej moich zdjęć się ukazało. Ponadto bardzo lubię wziąć aparat i robić zdjęcia Golinie i za każdym razem odkrywać ją na nowo. Bo najfajniejsze zdjęcia dla mnie są te, które ukazują codzienne zwykłe tematy, w niezwykły sposób… Lubię publikować swoje zdjęcia. Opinie innych osób sprawiają dużo satysfakcji. Nawet jak to jest konstruktywna krytyka, bo jest to znak, że jednak kogoś interesuje to, co robię i to jest sympatyczne. GIGant: Mógłbyś podać rady dla początkującego fotografa? R.Ż.: Przede wszystkim zawsze należy się trzymać pewnych technik, metod, które obowiązują w fotografii (reguła trójpodziału, regulacja światłem, kadrowanie – można o tym poczytać w Internecie). Pamiętajmy o tym, że tak popularne wśród nowicjuszy „ukośne” zdjęcia, nie zawsze wyglądają dobrze. Skrzywienie ma sens tylko wtedy, gdy jest symetryczne do linii fotografowanego obiektu. Ponadto należy pamiętać, że lampa błyskowa nie jest do rozświetlania kadru, a do doświetlania go. To takie podstawy. Aby robić dobre zdjęcia musisz najpierw obejrzeć 10 razy więcej zdjęć innych autorów. Polecam stronę www.digart.pl. Można tam znaleźć fotografie na wysokim poziomie. GIGant: Czy masz jakieś marzenie związane z fotografią? R.Ż.: Chciałbym założyć firmę i świadczyć usługi fotograficzne oraz zająć się tworzeniem stron internetowych tak na poważnie i zawodowo, bo hobbystycznie robię to już teraz. Ponadto chciałbym założyć studio, ale do tego są potrzebne pieniądze. GIGant: Życzę spełnienia tych marzeń. R.Ż.: Dziękuje, zapraszam wszystkich na moją stronę internetową ze zdjęciami i nie tylko – www.foto-kedar.pl Marcin Bryll



Zakończyła się długo oczekiwana budowa boiska sportowego ze sztuczną nawierzchnią przy naszej szkole. Od połowy września ruszyły prace, wykonywane przez firmę „ Madro ” z Puszczykowa. Był to już drugi wykonawca inwestycji. Pierwszy przetarg ogłoszony przez gminę na realizację tego przedsięwzięcia wygrała firma „ Speed Sport” z Warszawy. Ze względu na przekroczenie terminów realizacji, przy jednoczesnym braku rozpoczęcia prac , gmina zdecydowała o odstąpieniu umowy z tą firmą. Boisko zostało zmodernizowane. Sztuczna trawa zastąpiła stary popękany asfalt na boisku do piłki ręcznej. Nawierzchnia wykonana jest z trawy krótszej niż na „ orlikach ”ze względu na to, że będzie służyć nie tylko do gry w piłkę nożną, ale i do siatkówki i piłki ręcznej. Niestety, grę będzie można rozpocząć dopiero na wiosnę, gdyż do tej pory trawa musi się uleżeć. Koszt całej



inwestycji to około 178 000 zł. Budowa boiska została dofinansowana kwotą 40 000 zł z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013, które pozyskała gmina Jarocin. Z boiska będzie można korzystać pod opieką nauczyciela i w odpowiednim obuwiu. Uroczyste otwarcie nastąpiło 12 grudnia 2011 roku. Nie zabrakło wyśmienitego tortu, oczywiście w kształcie boiska. Uroczystościom oficjalnym towarzyszyły występy sportowe i muzyczne przygotowane przez nauczycieli i uczniów obu golińskich szkół. Zapytaliśmy kilka osób o to, co sądzą na temat nowego boiska. Warto zaznaczyć, że wszystkie odpowiedzi można zaliczyć do pozytywnych! Poniżej publikujemy kilka z nich. Moim zdaniem, jest to bardzo dobry pomysł. Boisko to najważniejsza rzecz w szkole, bo można dzięki temu rozwijać swoją sprawność fizyczną. Myślę, że będzie ono dostarczało uczniom maksimum komfort - jeśli chodzi o sportową stronę. Zapewne będą nim usatysfakcjonowani także nauczyciele, nie tylko wfu - nauczycielka naszego gimnazjum. Nowe boisko jak najbardziej mi się podoba. Szkoda tylko, że nie ma zapowiadanego wcześniej kompleksu sportowego. Mamy nadzieję, na kolejne inwestycje – uczeń III klasy gimnazjum. Według mnie nowe boisko to świetna sprawa! W gronie naszych uczniów znajduje się mnóstwo utalentowanych sportowców. Nowy obiekt pomoże im w rozwijaniu swoich umiejętności i zainteresowań – uczennica III klasy gimnazjum. Dla Goliny jest to dobra inwestycja. My , jako mieszkańcy, walczyliśmy o gimnazjum. Uważam, że każdy nowy obiekt, tak jak boisko, ułatwi i urozmaici naukę młodszym pokoleniom - mieszkanka Goliny. Dla każdego ucznia, boisko to ważna sprawa, a w szkole zawsze przyda się coś nowego, dlatego też uważam, że wybudowanie nowego boiska, było świetnym pomysłem – mieszkaniec Goliny. Szymon Radziejewski & Wirginia Wojtczak UŚMIECH POD CHOINKĘ



Święty Mikołaj i elf w Boże Narodzenie lecą saniami z prezentami do dzieci. W pewnym momencie elf mówi do św. Mikołaja: - Powiem ci dwa słowa. Mikołaj po krótkim zastanowieniu: - Wesołych świąt ? A elf : - Nie, zapnij pasy Jasio krzyczy na cały głos - Święty Mikołaju, przynieś mi zdalnie sterowanego robota! Mama:- Dlaczego tak wrzeszczysz? Przecież Św. Mikołaj słyszy każdy szept. - Ale tatuś jest w sąsiednim pokoju i może nie usłyszeć. Jasio mówi do mamy: - Mamusiu, chciałbym Ci coś ofiarować pod choinkę. - Nie trzeba, syneczku. Jeśli chcesz mi sprawić przyjemność, to popraw swoją jedynkę z matematyki. - Za późno, mamusiu. Kupiłem Ci już perfumy. Szczęśliwego nowego roku! -Zwariowałeś, w lutym? -To już luty? Ups, jeszcze nigdy nie wracałem tak późno z sylwestra... List do Świętego Mikołaja: Drogi Mikołaju proszę o podwójne egzemplarze zabawek, bo ja też chcę się bawić kiedy tata jest w domu. Kochanie, co byś powiedział, gdybyśmy wzięli ślub w Boże Narodzenie? Daj spokój! Po co mamy sobie psuć święta? Jasio mówi do mamy: - Mamusiu, chciałbym Ci coś ofiarować pod choinkę. - Nie trzeba, syneczku. Jeśli chcesz mi sprawić przyjemność, to popraw swoją jedynkę z matematyki. - Za późno, mamusiu. Kupiłem Ci już perfumy. Opracowała : Wirginia



MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ Wywiad z Pauliną Nieścioruk, dziewczyną, która pokazała że „never say never” ma coś w sobie. Jesteśmy trochę do siebie podobne, obie lubimy Justina Biebera (choć lubimy to trochę mało powiedziane) i obie interesujemy się aktorstwem.. Jej marzenie się spełniło, pokazała, że jeżeli się chce, to można dojść do celu. GIGant: Opowiedz coś o sobie. P.N.: Nazywam się Paulina Nieścioruk. Mieszkam we Fromborku. Mam 13 lat, chodzę do I klasy gimnazjum. GIGant: Udało Ci się wygrać casting do nowego serialu „Ja to mam szczęście” także pokazałaś, że marzenia się spełniają. Czy masz jakieś plany na przyszłość związane z aktorstwem? P.N.: Od dziecka marzyłam o aktorstwie i o sławie. Nigdy nie miałam styczności z prawdziwym, profesjonalnym aktorstwem, aczkolwiek do dzisiaj jest to moje jedno z największych marzeń. Jeżeli chodzi o plany na przyszłość związane z aktorstwem, to jak najbardziej! Mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła rozwijać się w tym kierunku. GIGant: Czy jest ktoś, kto ciągle motywował cię do działania właśnie w tym kierunku? P.N.: Do działania motywowała mnie przede wszystkim rodzina i przyjaciele, którzy od zawsze uważali, że sprawdziłabym się w aktorstwie. Uważam, że do działania zmotywował mnie również Justin Bieber, który jest dowodem na to, że trzeba walczyć o



swoje marzenia, nigdy nie mówić nigdy, a przede wszystkim w nie wierzyć. GIGant: Dzięki castingowi do serialu "Ja to mam szczęście" byłaś w Warszawie i uczestniczyłaś w programie "Pytanie na śniadanie". Jak wrażenia? P.N.: Prawda jest taka, że dalej nie wierzę, w to, że miałam pierwsze miejsce w internetowym castingu! Na 900 filmików największa ilość internautów głosowała na mnie, więc to już jest wielkie wyróżnienie. W Warszawie miałam dzień pełen przygód, ponieważ zaczęłam go od wywiadu w „Pytaniu na śniadanie” w studiu TVP, a po wywiadzie warsztaty na planie serialu Rodzinka.pl z Antonim Królikowskim. Po warsztatach oprowadzili nas po planach seriali takich jak "Plebania" oraz pokazali nam plan nowego serialu dwójki, jakim jest właśnie serial, w którym mam szansę zagrać. GIGant: Ale nie to nie Twoje jedyne osiągnięcie. Stworzyłaś na Facebooku fanpage "Polish Beliebers". Dzięki temu zjednoczyłaś już prawie 900 polskich fanek! Skąd był taki pomysł? Jaki był tego cel? P.N.: Moim celem założenia tej strony było przede wszystkim "zjednoczenie" polskich fanek Justina. Ilość fanek rośnie z dnia na dzień, więc myślę, że Justin byłby z nas dumny. Każda fanka marzy o spotkaniu Justina, czy o byciu na jego koncercie, więc myślę, że ta strona to świetny pomysł na zrealizowanie takich pomysłów jak spotkanie Justina, czy choćby samo zauważenie nas przez niego. GIGant: Warto też wspomnieć, że prowadzisz blog, który odwiedza mnóstwo internautów. Od kiedy go prowadzisz i dlaczego? P.N.: Blog zaczęłam prowadzić w maju tego roku. Od bardzo dawna prowadzę również swój osobisty pamiętnik, w
MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ


którym opisuję swoje uczucia, refleksje, jak się czuję w danym momencie, jak mija mi dzień, czy co się działo w szkole. Lubię takie rzeczy "wyrzucać z siebie" więc pomyślałam, że może bym tak założyła swój "internetowy pamiętnik" w którym dzieliłabym się swoimi przeżyciami z czytelnikami mojego bloga. GIGant: A jak sobie radzisz z krytyką? P.N.: Przyzwyczaiłam się już do krytyki. Prowadząc blog o sobie zdałam sobie sprawę z tego, że zawsze będą osoby, które będą chciały abym zeszła na dno, poprzez dodawanie obraźliwych, anonimowych komentarzy. Rozumiem to, że nie wszystkim musi się podobać to co robię, aczkolwiek dziwi mnie to, że takie osoby nie mają wstydu i nie doceniają tego co robią inni. Po częstym spotykaniu z krytyką, dobrze wiem, że nie warto przejmować się takimi rzeczami, bo zawsze będą osoby, które będą doceniły to co robisz. Chciałabym, dzięki temu co robię być inspiracją i autorytetem dla innych. GIGant: Czyli Twój cel- bycie inspiracją i autorytetem. Myślę że cel zaczynasz powoli osiągać, i życzę Ci żebyś osiągnęła go do końca, i dziękuję za wywiad. P.N.: Dziękuję. Opracowała: Magda Mróz Never say never – (z ang.) nigdy nie mów nigdy, motto Justina Biebera. fanpage – strona na Facebooku, na której kliika się przycisk „Lubię To!” Polish Beliebers – Polskie fanki Justina. STOKROTKA – TO BRZMI DUMNIE
Wywiad z dyrektorem Publicznego Przedszkola nr 1 „Stokrotka” w Jarocinie, panią mgr Beatą Kotulą.


Historia przedszkola sięga ubiegłego stulecia, kiedy to powstało niemieckie przedszkole tzw. kinder garden. Od 1 kwietnia 1945r. rozpoczęło tu swoja działalność polskie przedszkole. Jednak pierwsze oficjalne wzmianki dotyczące placówki pochodzą z przed 60 lat, z czerwca 1949 roku. Od początku swego istnienia przedszkole cieszyło się dużą popularnością wśród mieszkańców Jarocina, świadczy o tym m.in. bardzo duża liczba uczestniczących do niego dzieci. Pani Beata była dyrektorem w czasie, kiedy ja uczęszczałem do przedszkola w dzieciństwie. Pierwszy rok mojego pobytu pełniła funkcję wicedyrektora, a dyrektorem była pani Irena Polerowicz. W 2001r. pani Polerowicz odeszła na emeryturę, a jej miejsce po konkursie na dyrektora zajęła pani Kotula. Od tego czasu do dnia dzisiejszego cały czas zajmuje stanowisko dyrektora. Przedszkole za jej rządów przyjęło nazwę „Stokrotka” oraz przeszło wiele zmian. GIGant: Witam Panią serdecznie po kilku latach. Moje pierwsze pytanie - jak długo jest pani nauczycielem w przedszkolu? B.K.: W marcu tego roku minęło 26 lat jak pracuje z



dziećmi. Bardzo lubię tę pracę, bycie nauczycielem to jest to, co chciałam robić w dorosłym życiu. GIGant: Wiem, że przedszkole prowadzi kroniki, czy pamięta pani, kto po wojnie był pierwszym dyrektorem przedszkola? B.K.: Faktycznie przedszkole prowadzi kroniki, są w nich zapiski od 1 września 1949r. Dyrektorem w tedy była pani Maria Gaworzewska. Potem przez lata przedszkole miało jeszcze kilku dyrektorów. Jedną z nich była Pani Irena Polerowicz, którą chyba pamiętasz? GIGant: Jak uczęszczałem do przedszkola to brałem udział w zajęciach dodatkowych z rytmiki. Jakie dziś dzieci mają zajęcia dodatkowe? B.K.: W tym roku szkolnym przedszkole prowadzi różne zajęcia dodatkowe dla dzieci w różnym wieku. Dzieci uczęszczają na zajęcia z rytmiki, plastyki, muzyki, na zajęcia przyrodnicze oraz kółko taneczne i teatralne. Są też gry i zabawy planszowe. Ponadto od wielu lat dzieci uczą się języka angielskiego na różnych poziomach zaawansowania. Przyjeżdża też instruktor szachowy i uczy podstawowych zasad gry w szachy oraz instruktor tańca towarzyskiego, starsze dzieci uczą się tańczyć układy w grupie. GIGant: Słyszałem, że moje przedszkole jest jedynym w mieście, które prowadzi oddział żłobkowy. Jak wygląda praca z takimi maluszkami? Oddział żłobkowy powstał 1997r. Od tego B.K.: czasu opiekujemy się dziećmi w wieku od 1,5 roku do 3 lat. Co roku coraz więcej rodziców poszukuje miejsca dla swojego malucha. Obecnie mamy 25 dzieci w tym oddziale. Po nadaniu imienia oddział przyjął nazwę Biedroneczki. Praca jest bardzo trudna, opieka nad małymi dziećmi wymaga



dużej uwagi, cierpliwości i wytrwałości. Ale za to przynosi wiele satysfakcji. Tu dzieci uczą się same jeść, mówić czy wołać „siusiu”. Śpiewają swoje pierwsze piosenki oraz tańczą tańce. Panie uczą malować i wyklejać z plasteliny. Opiekę nad dziećmi sprawują cztery panie z kwalifikacjami do pracy jako opiekunki dziecięce. GIGant: Co sądzi pani o tym by 6 – latki poszły do szkoły? B.K.: Osobiście uważam, że pomysł pani minister nie jest dobry dla dzieci. Jestem przeciwna temu rozwiązaniu. Według mnie dzieci w tym wieku powinny mieć więcej czasu na zabawę. GIGant: Przedszkole istnieje od bardzo dawna, czy zawsze było w tym budynku? B.K.: Od początku istnienia znajdowało się przy ul. Wrocławskiej. W zniszczonym przez działania wojenne budynku sale były puste, brakowało podstawowych mebli, zabawek, przyborów do zajęć, środków czystości, wyposażenia kuchni i łazienek. W 1957 i 1988 roku w przedszkolu przeprowadzono generalne remonty. W 1992 roku przeniesiono przedszkole do nowo wybudowanego budynku przy ulicy Hallera, który w pierwotnej wersji miał służyć za żłobek. GIGant: Jakie prace remontowe zostały przeprowadzone w przeciągu dziesięciu lat pani kadencji? B.K.: Budynek trzeba było dostosować do pracy przedszkola. Corocznie przeprowadzane są remonty i naprawy zarówno w budynku jak i na placu zabaw. Po wyburzeniu kilku ścianek na górnym holu powstała sala do zabaw ruchowych. Przedszkole jest ocieplone i po termoizolacji dachu. Na bieżąco wymieniane są wykładziny na podłogach oraz malowane sale. Zakupiono place zabaw z atestem bezpieczeństwa. GIGant: Ile czasu trwały przygotowania do nadania imienia przedszkolu? B.K.: Nadanie imienia było powiązane z 60 rocznicą istnienia przedszkola. Do tego wydarzenia przygotowywaliśmy się wszyscy przez ponad rok. Dzieci wraz z rodzicami pomagały wybrać nazwę przedszkola, było kilka propozycji. Wybrano „Stokrotka”. Nauczycielki ogłosiły konkurs na logo przedszkola. Wygrała uśmiechnięta stokrotka. Cała uroczystość była skrupulatnie przygotowywana przez panie i dzieci. Wszystko wyszło na medal. GIGant: Do przedszkola uczęszcza obecnie 150 dzieci, ilu nauczycieli pani zatrudnia i jakie mają kwalifikacje? B.K.: Personel pedagogiczny stanowią nauczycielki w przedziale wiekowym od 35 – 50 lat, z których osiem ma wykształcenie wyższe, pozostałe dwie ukończyły Studium Nauczycielskie (SN) o kierunku wychowanie przedszkolne. Swoje kwalifikacje podnoszą poprzez uczestniczenie w studiach podyplomowych, różnego rodzaju kursach, warsztatach metodycznych, zapoznawanie się z literatura pedagogiczną oraz poprzez wymianę doświadczeń między sobą. Nauczycielki znają i rozumieją potrzeby psychofizyczne dzieci, nawiązują z nimi bliski kontakt, traktują je w sposób indywidualny, są pogodne, życzliwe i wyrozumiałe. Większość nie ma trudności w nawiązywaniu współpracy z rodzicami. GIGant: Budynek jest dość duży, aby zapewnić porządek musi pracować tu kilka osób. Jaki jeszcze personel pracuje w przedszkolu poza



nauczycielkami?. B.K.: W dużej mierze miłą atmosferę w przedszkolu wytwarzają pracownicy obsługi. Dbają wraz a nauczycielkami o każde dziecko opiekując się nim w szatni, przy stole, w umywalni. Każda nauczycielka ma do pomocy woźną oddziałową, która jest z nią przez cały czas pobytu dzieci w placówce. Wszyscy pracownicy starają się, aby dzieci w przedszkolu czuły się bezpiecznie, tym samym zapewniają bezpieczeństwo sobie. Ponadto jest jeszcze jeden pan, który pilnuje porządku i naprawia wszystko. Nad całymi wydatkami panuje księgowa i pani intendent. GIGant: To już moje ostatnie pytanie. Z pewnością funkcja, jaką pani pełni zabiera mnóstwo czasu, jak godzi to pani z życiem rodzinnym? B.K.: Dużym wsparcie jest dla mnie moja rodzina. Mąż i syn bardzo mi pomagają. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że kierowanie tak duża placówką pochłania mnóstwo czasu i energii. Bardzo im za to dziękuję, że są zawsze, przy mnie, gdy tego potrzebuję. GIGant: Bardzo dziękuję pani za poświecony czas. Życzę dalszych sukcesów w pracy i życiu osobistym. Filip Zjeżdżałka STOKROTKA – TO BRZMI DUMNIE ZABAWY KARNAWAŁOWE



Czas karnawału, to czas tańców i swawol. Poniżej prezentujemy propozycję zabaw organizowanych w tym okresie w Golinie. Zabawa organizowana przez Radę Rodziców Szkoły Podstawowej w Golinie: - odbędzie się 07 stycznia 2012 r. o godz. 19 00, bilety w cenie 130 zł od pary Rezerwacja biletów – Anna Jarmuż (tel. 504 159 603) __________________ Zabawa organizowana przez Przedszkole „Puchatek” w Golinie: - odbędzie się 14 stycznia 2012 r. o godz. 19 00, bilety w cenie 130 zł od pary , __________________ Zabawa organizowana przez LZS GROM Golina: - odbędzie się 28 stycznia 2012 r. o godz. 19 00, bilety w cenie 130 zł od pary Rezerwacja biletów – Magda Kubiak (tel. 724 514 032) __________________ Zabawa organizowana przez Radę Rodziców Niepublicznego Gimnazjum w Golinie: - odbędzie się 18 lutego 2011r. o godz. 1900, bilety w cenie 130 zł od pary __________________ UWAGA: wszystkie zabawy – sala OSP w Golinie Redakcja GIGanta: Red.nacz.: Wirginia Wojtczak, Julita Golka, Dominika Kordus, Zuzanna Kulka, Marta Łukaszewska, Magda Mróz, Franciszek Ostojski, Adrianna Pańczak, Szymon Radziejewski, Olga Wojtczak, Sandra Wolicka