Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
W NUMERZE...
Witajcie po przerwie!
Pracując w pocie czoła nad tym specjalnym wydaniem, kazaliśmy Wam na siebie wyjątkowo długo czekać... Jednak publikuję ten numer z pewnością, że nie będziecie zawiedzeni ani znudzeni. Oddajemy do Waszej dyspozycji trzydzieści jeden stron różnorodnego materiału. Nie mogliśmy przejść obojętnie obok zbliżającej się wielkimi krokami uroczystości nadania naszej szkole imienia, dlatego nasza uwaga została skupiona na prezentacji patrona - Janusza Kusocińskiego oraz ukazaniu zaplecza przygotowań do tego, co czeka nas już pod koniec marca. Ale pamiętamy także o naszych szkolnych perełkach i ich talentach, o których pragniemy wykrzyczeć całej naszej szkolnej społeczności. Dodając to do siebie, otrzymujemy: felietony, wywiady, komiks, fotorelację, projekt szkolnego sztnadaru, ale również zupełnie niedotykaną przez nas wcześniej formę dziennikarstwa, jaką jest SONDA ULICZNA.
Oprócz stałego składu redakcyjnego podziękowania należą się Rafałowi Łazarskiemu - za projekt okładki, autorce komiksu - Justynie Więckowskiej oraz naszym szkolnym fotografom Mateuszowi Dudce i Adamowi Krukowi - mamy nadzieję, że spodobała Wam się przygoda ze szkolnymi mediami. ;)
Panie i Panowie, zapraszam do lektury !!
Monja
O wyborze patrona, organizacji uroczystości i znaku Koziorożca - rozmowa z panią dyrektor Hanną Kobus
.......................... str. 4-9
Komiks "Spotkanie z Kusocińskim" - wykonany przez Justynę Więckowską z kl. III B
..................... str. 10-11
Janusz Kusociński - szlachetny człowiek, wielki sportowiec, Polak - rys biograficzny
...................... str. 12-14
Projekt szkolnego sztandaru
............................ str. 15
Stadion "Kusocińskiego" w obiektywie naszych maturzystów
...................... str. 16-20
SONDA ULICZNA str. 21
Mój patron szkoły - refleksje Piotra Walkowiaka
...................... str. 22-24
Poświęcenie, ból i osiągnięcia - wywiad z Kasią Kozerą
...................... str. 25-27
Po co IM to wszystko? - felieton Franki
...................... str. 28-31
Wokół Kusocińskiego
O wyborze patrona, organizacji uroczystości i znaku Koziorożca-
rozmowa z panią dyrektor Hanną Kobus
Anty
Czy według Pani Janusz Kusociński jest dobrym wyborem na patrona szkoły?
- Moim zdaniem to najlepszy wybór dla naszej szkoły spośród wszystkich propozycji, jakie się pojawiły.
Jaka jest Pani opinia na temat patrona i czy był lepszy kandydat?
- Moja opinia jest jak najbardziej pozytywna. Janusz Kusociński to postać godna naśladowania nie tylko przez uczniów wszystkich naszych szkół, ale także przez nauczycieli i pracowników. Czy był lepszy wybór? Chyba nie, ale był inny. Optowałam w pierwszej kolejności za Henrykiem Boratyńskim, ale cieszę się, że mnie przekonano.
Czy w wyborze patrona szkoły kierowała się Pani sercem czy rozumem?
- Patrona wybierali uczniowie, rodzice i nauczyciele. To nie była moja jednoosobowa decyzja. Nawet na ostatnim spotkaniu była burzliwa dyskusja odnośnie postaci, które otrzymały największą ilość głosów. Każda z tych osób zasługiwała na to, by być patronem, ale należało wybrać taką osobę, która będzie odpowiadała każdej naszej szkole w Zespole. Kusociński jest taką osobą i dobrze, że to na niego padł wybór. Mnie szczególnie satysfakcjonował ten wybór, bo pamiętam jeszcze sprzed 25 lat ( pokazuje tarczę szkolną z tamtych lat), że nosiłam właśnie w tej szkole tarczę
z Januszem Kusocińskim a jego popiersie wisiało na kamiennej ścianie tam, gdzie teraz stoi automat do kawy. Niestety, nie pamiętam sztandaru i najpewniej go nie było. Podejrzewam, że sytuacja polityczna w latach osiemdziesiątych skutecznie utrudnił zakończenie procedury a moi poprzednicy może nie mieli potrzeby rozpoczęcia i dokończenia jej. Mam nadzieję, że nie tylko ja, ale każdy głosował zgodnie ze swoim sumieniem, kierując się sercem i rozumem przy wyborze.
Jak długo trwała cała procedura związana z uzyskaniem zgody na nadanie naszej szkole patrona ?
- Procedura rozpoczęła się w czerwcu 2010 roku od wniosku złożonego przez samorząd uczniowski na moje ręce z prośbą o rozpoczęcie procedury. Zakończyła się na sesji 28.10.2011 r,, kiedy to Rada Powiatu podjęła uchwałę o nadaniu z dniem 01 stycznia 2012 r. naszej szkole imienia Janusza Kusocińskiego. Trwała więc prawie 1,5 roku.
Zdarzały się jakieś problemy , które uniemożliwiały dalsze postępowanie związane z nadaniem patrona szkole?
- Nie było żadnych problemów. Wszystko szło sprawnie, ale powoli. Niestety, działania związane z nadaniem szkole imienia zazwyczaj trwają ok. 2 lat szkolnych. Od 2007 roku po zmianie przepisów jest tak, że nie nadaje się imienia zespołowi szkół, a każdej szkole wchodzącej w skład zespołu. Dlatego cieszę się, że u nas będzie jeden i ten sam patron we wszystkich szkołach, bo w ten sposób będziemy mieć jeden sztandar.
Czy według Pani osiągnięcia J. Kusocińskiego są wielkimi sukcesami?
- Jego osiągnięcia na pewno zasługują na to, by o nich pamiętać, by o nich mówić i pisać. I to nie tylko te z bieżni, ale przede wszystkim te, które były zmaganiami nie tylko sportowymi, ale ponadludzkimi, z chorobą, z własną „niepełnosprawnością” i niemocą.
Czy wśród grona pedagogicznego zdarzały się sporne kwestie co do patrona?
- Oczywiście, ale właśnie po to przeprowadza się dyskusje i głosowanie. Dyskusja toczyła się pomiędzy wyborem Henryka Boratyńskiego i Janusza Kusocińskiego.
Jaka jest Pani wiedza na temat Janusza Kusocińskiego?
- Na pewno nie powiem, że wiem już o nim wszystko, ale teraz jest właśnie okazja, by dociekać i poznawać go coraz lepiej. Wiem, że pochodził z wielodzietnej rodziny , sprawiał wiele problemów wychowawczych swoim
rodzicom, miał swoją pasję w postaci sportu, zaczynał od piłki nożnej a potem kiedy pokochał bieganie, biegał już zawsze i wszędzie, ścigał się z psami i pociągami. Rodzina próbowała mu wybić z głowy to bieganie i sport, ale to było silniejsze od niego, to była jego pasja. Kiedy był już w drużynie narodowej, największy wynik, jaki osiągnął, to złoty medal w biegu na 10 km na letnich Igrzyskach Olimpijskich w 1932 w Los Angeles oraz rekord świata z tego samego roku w biegu na 3 km. Miał jeszcze znaczące wyniki na Mistrzostwach Europy i chyba z 25 rekordów Polski. Niestety ,zmagał się też z chorobą i własnym kalectwem. Wszystkie swoje rekordy i osiągnięcia zabrał ze sobą, kiedy był rozstrzelany przez Niemców, mając zaledwie 37 lat. Acha no i wiem jeszcze, że był spod znaku Koziorożca (śmiech), bo urodził się dokładnie tego samego dnia i miesiąca co ja, ale 60 lat wcześniej (śmiech).
Jak przebiegała współpraca z innymi pracownikami jak i uczniami?
- Współpraca przebiegała bez zastrzeżeń; zarówno z rodzicami, uczniami jak i pracownikami.
Jaka była Pani pierwsza reakcja , gdy dowiedziała się Pani , że w końcu szkoła może mieć patrona?
- Oczywiście ucieszyłam się dwukrotnie. Raz kiedy po burzliwych dyskusjach i głosowaniu okazało się, że to jednak będzie Janusz Kusociński. Drugi raz, kiedy się dowiedziałam, że sesja się już odbyła i że głosowanie nad uchwałą dotyczącą nadania imienia naszym szkołom został przegłosowana pozytywnie.
Czy na dzień dzisiejszy pojawiły się komplikacje uniemożliwiające dalsza procedurę?
- Na chwilę obecną cała procedura jest już zakończona. Od 1 stycznia 2012 możemy posługiwać się posługiwać się
imieniem, jednak uroczyste nadanie planujemy dopiero na marzec, bo chcemy się do tego dobrze przygotować.
Jak wyglądają przygotowania do uroczystości która ma się odbyć w marcu?
Liczę na to, że przygotowania przebiegają sprawnie. Najsłabszą stroną są jednak finanse. Cała uroczystość pochłonie ok. 30 tys. złotych. Jak do tej pory wybudowano ścianę patrona, wykonano projekt sztandaru i tablicy pamiątkowej, zaproszono Biskupa, zamówiono mszę na poświęcenie sztandaru, wykonano cegiełki, zaprojektowano gadżety, wypożyczono scenę, na której będzie odbywać się cała uroczystość. Ponadto rozdzielono prace, więc tworzy się scenariusz, powstaje dekoracja, powstają projekty edukacyjne związane z Kusocińskim, jest hymn, przygotowuje się poczet sztandarowy i cały ceremoniał, powstają projekty zaproszeń, listy gości zaproszonych, trwają rozmowy ze sponsorami. I to ostatnie idzie niestety najgorzej. Do tego dochodzą jeszcze czynności niezwiązane już z samą marcowa uroczystością ale musimy to mieć już z początkiem roku 2012 a więc nowe pieczątki, tablice przed szkołą, pewne poprawki na stronie WWW. Zmiany w programie komputerowym do wypisywania świadectw, zmiany do statutu szkoły.
Czy sponsorzy, do którymi zwróciła się Pani z pomocą, są chętni do wspomożenia całej kampanii? Jeśli tak to jacy?
- To, co wspomniałam wcześniej. Niestety, to jest najsłabsza strona, ale pracujemy nad tym, może z pomocą rodziców i naszych uczniów uda się zebrać odpowiednią sumę, abyśmy mogli w sposób uroczysty uczcić ten historyczny moment.
Jak rozłożyła się praca na grono pedagogiczne i jak zostały rozdzielone obowiązki?
- Całe grono pedagogiczne podzieliło się na grupy zadaniowe i praktycznie każdy jest w czymś zaangażowany. Całe szczęście, że mogę liczyć na umiejętności i doświadczenie naszych nauczycieli, posiadają wiele ukrytych talentów zarówno tych artystycznych jak i tych organizacyjnych. To główna siła napędowa tej uroczystości, bez nich niczego by nie było. Nauczyciele sami się rozdzielili do poszczególnych zadań, wiedzieli, w czym są dobrzy i w której dziedzinie mogą się sprawdzić lub być pomocni. Teraz nad całością czuwa pani Ania Prędki i pan Wojciech Dąbrowski , potem w marcu całą uroczystość będą koordynować pan Seweryn Smędra i pan Mikołaj Grzeszak . To oni będą dyrygować i spinać poszczególne działania. Mam nadzieję, że uroczystość zaplanowana na sobotę 31 marca będzie wspaniałym przedsięwzięciem i zapadnie w serca i umysły nie tylko całej naszej społeczności szkolnej, ale wszystkim zaproszonym gościom.
~ Kamila Adamin
JANUSZ KUSOCIŃSKI szlachetny człowiek, wielki sportowiec, Polak
Można o nim wiele pisać. To człowiek o wielkim sercu do sportu, ojczyzny i życia. Choć kontuzjowany- nie poddawał się, choć aresztowany- dalej wierny Polsce. To nasz patron.
Anty
Janusz Kusociński, wybitny polski lekkoatleta oraz zdobywca złotego medalu Letnich Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w biegu na 10 km i srebrnego medalu w biegu na 5km w pierwszych mistrzostwach Europy. Przyszedł na świat 15 stycznia 1907 roku w Warszawie i był najmłodszym z sześciorga dzieci Klemensa i Zofii ze Miechowskich. Kusociński uczęszczał do Prywatnej Szkoły Powszechnej im. Nawrockiego w Warszawie. Dojeżdżał tam koleją z Ołtarzewa, gdzie spędził swoje dzieciństwo wraz z rodzicami w ich małym gospodarstwie rolnym.
Lekkoatletyka nie była jego pierwszym sportem, początkowo zajmował się piłką nożną, w którą grał jako napastnik. Nie był zbytnio utalentowany w tym sporcie, ale przewyższał rówieśników szybkością, kondycją jak i ambicją, i wolą walki. Grał w wielu amatorskich drużynach, a w biegach wystąpił po raz pierwszy zupełnie przypadkowo, w 1925 roku wystąpił w biegach sztafetowych w zawodach klubów robotniczych w Warszawie. W jednej ze sztafet brakowało jednego zawodnika, zwrócono się więc do Janusza Kusocińskiego z prośbą, by wystąpił w zawodach. W ten sposób rozpoczęła się jego kariera biegacza. Mimo że na początku nie traktował on biegania poważnie, to w 1927r,. który okazał się przełomowy w jego życiu, wystąpił wtedy na Igrzyskach Robotniczych na
Pradze i właśnie tam odkrył swoją prawdziwa pasję, jaką było bieganie.
W 1928r zaczął reprezentować barwy "Warszawianki", czym rozpoczął poważną karierę lekkoatletyczną oraz dostał się pod opiekuńcze skrzydła estońskiego trenera naszej kadry Aleksandra Klumberga, który był jego pierwszym i jedynym trenerem. Po zdobyciu dwóch mistrzostw Polski został przymusowo wcielony do wojska. Janusz Kusociński trenował eksperymentalnie jak na tamte czasy. Jego trening opierał się o interwał a organizm nieprzygotowany do tego rodzaju wysiłku, często buntował się przed takim wysiłkiem. W 1931r. jego kariera przybrała niespodziewanie szybki obrót. Wystąpił w 43 zawodach w kraju i zagranicą, odnosząc wiele sukcesów. Gigantyczna praca treningowa zaowocowała niedługo później dwoma rekordami świata - w biegu na trzy kilometry oraz cztery mile.
Do historii przeszła też krajowa rywalizacja między „Kusym” a Stanisławem Petkiewiczem. Obaj pojedynki między sobą traktowali bardzo prestiżowo, co dodawało dodatkowo rozgłosu wokół ich rywalizacji. O obu zawodnikach krążyło wiele anegdot i dowcipów, oczywiście
niektóre z nich były autentyczne.
Wreszcie 13 lipca 1932 roku spełniło się jedno z marzeń Kusocińskiego. Znalazł się na stadionie olimpijskim, gdzie otrzymał numer 364. Dwudziestu siedmiu biegaczy rozpoczęło o godzinie 16:30 walkę o medale olimpijskie na dystansie 10 000 m. Wśród nich był również Polak. Nikt nie miał pojęcia, jaką cenę przyszło zapłacić
naszemu mistrzowi za to zwycięstwo. Podczas 15 okrążenia Kusociński poczuł lekki ból w stopach, który w miarę upływu czasu stawał się coraz trudniejszy do wytrzymania. Przyczyną tego bólu było złe dobranie butów do nawierzchni. Kolce, w których wystąpił „Kusy”, przystosowane do biegu po trawie okazały się bardzo złe na utwardzoną powierzchnię i mogły uniemożliwić zwycięstwo Polaka. Na szczęście Kusociński przezwyciężył ból i z czasem 30:11,40 dobiegł pierwszy na metę.
Dalsza część kariery Kusocińskiego nie była już tak bardzo pomyślna. Polak cierpiał na odnawiającą się kontuzję kolana i poza wicemistrzostwem Europy zdobytym w 1934 roku w Turynie nie wygrał już niczego. Startował jednak ambitnie (z przerwami na operacje) do 1939 roku, pozostając wiernym barwom „Warszawianki”.
Kusociński był nie tylko sportowcem, ale także żołnierzem i nie mógł pozostać obojętny wobec agresji III Rzeszy względem Polski. Zgłosił się jako ochotnik do armii i brał udział w kampanii wrześniowej. W listopadzie 1939 roku rozpoczął pracę w sportowej karczmie "Pod Kogutem" wraz z innymi wybitnymi przedwojennymi sportowcami, m.in. Marią Kwaśniewską, Ignacym Tłoczyńskim i Jadwigą Jędrzejowską. 26 marca 1940 został aresztowany przez Gestapo w bramie domu, w którym mieszkał, i więziony na Mokotowie, następnie na Alei Szucha. Dnia 21 czerwca 1940 roku został rozstrzelany w Puszczy Kampinoskiej, w pobliżu miejscowości Palmiry, a wraz z nim zginęło tego dnia dwóch innych wybitnych polskich sportowców - Feliks Żuber oraz Tomasz Stankiewicz.
Za zasługi na polu walki 2-krotnie przyznano mu "Krzyż Walecznych". Raz za życia, w 1939 roku, oraz pośmiertnie w roku 1967. Na jego cześć od 1954r. co roku odbywają się międzynarodowe zawody – Memoriał Janusza Kusocińskiego.
~ Adam Kruk
Po raz pierwszy prezentujemy projekt szkolnego sztandaru SZTANDAR – weksylium będące znakiem szkoły, instytucji itp. Składa się z płata i drzewca zakończonego głowicą. Płat ma różne wzory na obu stronach, przeważnie obszyty jest frendzlą i przymocowany do drzewca skórzanym rękawem i ozdobnymi gwoździami. Sztandar występuje w jednym egzemplarzu.
Stadion "Kusocińskiego" w obiektywie naszych maturzystów
fot. Adam Kruk i Mateusz Dudka
Kto z nas chociaż raz nie przebiegł 400m na wfie na tym stadionie?
Kto z nas chociaż raz nie był na Dniach Wałbrzycha organizowanych w tym miejscu?
SONDA ULICZNA: CO WAŁBRZYSZANIE WIEDZĄ O JANUSZU KUSOCIŃSKIM? W tym numerze "Anty" prezentujemy coś, czego jeszcze nie było !
Sondę uliczną, w której sprawdzaliśmy wiedzę wałbrzyszan na temat naszego patrona, obejrzycie na stronie www.youtube.com wpisując w wyszukiwarkę frazę:
Co walbrzyszanie wiedzą o Januszu Kusocińskim?
Ni stąd ni zowąd szkołę opanował lekki "chaos". Transparenty, gotowość klas do zgłaszania swoich przedstawicieli, przepraszam, kandydatów oczywiście. Wszystko to z myślą o "powołaniu" patrona szkoły, bo placówka bez odpowiedniego imienia w tych czasach ma się zupełnie nijak, czyż nie? Ostatecznie na ostatniej, finiszowej prostej jako pierwszy przebiegł linię mety, tym samym pokonując swoich przeciwników, może nie sromotnie, ale z dosyć dużą przewagą - Janusz Kusociński. Praktycznie od początku oczy "bukmacherów szkolnych" skupione były praktycznie tylko na nim. Zupełnie w niepamięć poszli jego konkurenci, zarówno wybitni artyści, sportowcy, a przede wszystkim ludzie wybrani przez uczniów Zespołu Szkół Nr 4, wśód których uznanie znalazł również
Henryk Boratyński - prawdziwy nestor wałbrzyskiej turystyki...
Henryk Boratyński, słysząc to nazwisko turyści, wędrowcy, góry i otaczające je przeważnie bory świerkowe promienieją i zarazem biją pokłony. To dzięki tej wybitnej postaci podróżnicy mogą rozkoszować się licznymi szlakami przechodzącymi przez najwyższe szczyty Gór Wałbrzyskich oraz Kamiennych, a wspomniane szczyty górskie mogą cieszyć się niezwykłą popularnością. Boratyński zasłynął z uprawiania i promowania turystyki kwalifikowanej w naszym rejonie. Głównie we wspomnianych Górach Kamiennych oraz w obrębie Sudetów Środkowych. Rzetelnie działał i wpływał na rozwój wałbrzyskiego PTTK. Żaden szlak czy chociażby ścieżka nie były mu obce. Dumnie przemierzał, poznawał, opisywał i oprowadzał ludzi przepięknymi drogami prowadzącymi przez góry, pomniki przyrody, zahaczającymi o liczne schroniska górskie, kompleksy takie jak Andrzejówka, Mała Upa czy Przełęcz Okraj. Podczas tych wędrówek przekazywał wiedzę, którą zdobył przez tyle lat propagowania swojej pasji podróżniczej. Turystyka kwalifikowana charakteryzuje się aktywnym wypoczynkiem. Ileż to ludzi zamkniętych w miastach niczym w sześcianie nie ma pojęcia, co traci, wylegując się przed telewizorem czy jadąc nad morze, zamiast poświęcić chwilę czasu i zdobyć, poznać i odkryć to, co piękne i znajduje się nieopodal w okolicy.
Mógłbym wymieniać godzinami szczyty takie jak: Ruprechticky Spicak, Lesista Wielka czy Wielka Sowa, miasteczka takie jak: Chełmsko Śląskie, Krzeszów czy czeskie Janovicky, pomniki przyrody takie jak: Rezerwat Kruczego Kamienia obok Lubawki, Trypański Kamen nieopodal wspomnianych Janovicków i pogranicza Głuszycy Górnej czy chociażby Średniowieczny Stół Sądowy zlokalizowany w Kochanowie obok Mieroszowa. Wspomnę również o niezwykle pięknym zielonym szlaku przygranicznym, na który można wejść z Mieroszowa i dojść aż na Przełęcz Okraj, pokonując co prawda 50 kilometrów, ale za to podziwiając piękne, malownicze widoki, przechodząc przez Bramę Lubawską, Lasocki grzbiet, a przy tym rozkoszować się pięknym pohledem(z czeskiego - widok) na Karkonosze i czeskie, naturalne "malowidła". Te trasy nie były obce Henrykowi Boratyńskiemu, który przemierzał je wraz z grupką przyszłych, a obecnych przewodników kwalifikowanych. W dużej mierze dzięki niemu nasze rejony są tak
wypromowane w światku polskiej turystyki, że nieraz na szlakach miałem okazję spotkać i porozmawiać z licznymi przybyszami z najdalszych zakątków naszego kraju. Tak wiele osiągnął, tak wiele szlaków przemierzył... Chciałoby się powiedzieć, że jeszcze wiele terenów było do poznania przed nim.
Niestety 8 października 2010 roku udał się w swoją ostatnią drogę. Przeżywszy lat 90, zmarł w wyniku tragicznego wypadku samochodowego. Wierzę w to, że obecnie przemierza i poznaje nowe szlaki turystyczne, innego świata...
Moim zdaniem Henryk Boratyński to nie tylko prawdziwy wędrownik, laureat wielu nagród, ale przede wszystkim wspaniały człowiek. Zasłużył na to, aby znaleźć się na liście kandydatów do pretendentów imienia szkoły, zasłużył jak najbardziej na wygraną. Ja osobiście popierałem właśnie jego imię na patrona szkoły po części ze względu na moje zamiłowanie do turystyki i zwiedzania okolic. Ale wierzę, że ten człowiek zapisze się w pamięci tych, którzy z turystyką kwalifikowaną nie mają za wiele wspólnego. Kto wie, może wkrótce zaczną poznawać bliżej okolice (?)
~ Piotr Walkowiak
POŚWIĘCENIE, BÓL I OSIĄGNIĘCIA
Do naszej szkoły, jak wiadomo, uczęszcza wielu sportowców. Najwięcej jest jednak lekkoatletów, którzy mają się czym pochwalić. I nie chodzi tu o jakieś zamknięte szkolne zawody, tylko naprawdę o godną rywalizację na szczeblu krajowym.
Jedną z wielu, z którą postanowiłem przeprowadzić wywiad, jest uczennica klasy sportowej 2ABS LO - Katarzyna Kozera, która jest nie tylko uczennicą, ale i godną reprezentantką naszej szkoły w pchnięciu kulą oraz prawdziwym tytanem pracy.
Piotr Walkowiak: Jak dobrze mi wiadomo, trenujesz pchnięcie kulą oraz rzut dyskiem. Zdobywałaś wiele nagród. Jak lekkoatletyka działa na Ciebie? Sprawia Ci ona
przyjemność, można powiedzieć, że zaspakaja Twoje potrzeby w jakiś sposób?
Katarzyna Kozera: Szczerze powiem, że była to przyjemność 5 lat temu, jak zaczynałam trenować! Teraz to wielkie poświęcenie, wiele bólu i litry wylanego potu, ale mimo tego nie wyobrażam sobie życia bez trenowania.
PW: Kto zachęcił Cię do uprawiania tego sportu? Od jak dawna zmagasz się z licznymi startami i treningami? Zdradzisz imię ojca Twoich osiągnięć?
KK: Zmuszono mnie do pchania kulą na szkolnych zawodach w czwartej klasie podstawówki.... Byłam zła, bo wydawało mi się, że to sport dla grubasów, praktycznie nic o nim nie
wiedziałam. Na pierwszych moich zawodach byłam chyba przedostatnia. W 5 klasie nie chciałam już startować, ale wtedy wziął się za mnie tato i w sumie dzięki niemu wygrałam Mistrzostwa Dolnego Śląska.... I się zaczęło! Także dzięki tacie zaczęłam trenować na poważnie!
PW: Gdy stajesz na starcie i przygotowujesz się do rzutu, towarzyszą Ci jakieś konkretne myśli, emocje czy raczej wyciszasz się, na zawodach najwyższej rangi chyba presja daje się we znaki?
KK: Pomiędzy rzutami staram się rozluźnić i odprężyć.... Podczas wchodzenia do koła wyobrażam sobie to, jak ma wyglądać rzut i staram sie go wykonać. Gdy zaczynam rzucać, to nie myślę już o niczym, za mało na to czasu. Musi to być kilka konkretnych, współgrających ze sobą ruchów, które ciągle powtarzam na treningach. I jest po wszystkim. Staram się do każdych zawodów podchodzić poważnie... A presja zawsze mi towarzyszy. Szczerze mówiąc, to jeszcze nie radzę sobie z emocjami, ale pracuję nad tym. Ciężka sprawa....
PW: Ostatnie dni spędziłaś na zgrupowaniu. Wspomniałaś mi, że podczas tych kilku dni nie tylko odbywały się treningi siłowe i techniczne, ale także ćwiczenia psychologiczno-relaksujące. Zdradź pokrótce, na czym one polegają.
KK: Nie jest to bardzo skomplikowane, ale za to skuteczne.... Zazwyczaj kładziemy się na matach. Podczas relaksującej muzyki trener mówi nam, o czym konkretnie mamy myśleć i jaką grupę mięśni napinać. Tak najczęściej się to odbywa.
PW: Przypomnę Ci Mistrzostwa Świata w Lekkiej Atletyce, które odbyły się w Berlinie w 2009 roku. W Twojej specjalności w piątym dniu Piotr Małachowski wywalczył srebrny medal. Pobił
dwa razy rekord Polski, który wynosi obecnie "69,15 metrów". Przegrał złoto jedynie z reprezentantem Niemiec - Robertem Hartingiem. Co czujesz, gdy słyszysz takie wieści? Są one dla Ciebie motywujące, sprawiają, że chcesz walczyć?
KK: Moją konkurencją jest pchnięcie kulą, dyskiem rzucam przy okazji. Tak dla urozmaicenia... Oczywiście, że się cieszę z sukcesów polskich sportowców, nie tylko lekkoatletów. Zawsze w pewien sposób działa to motywująco.
PW: Zapewne wiadomo Ci, że nasza placówka od tego roku posiada patrona, którym stał się Janusz Kusociński. Jak odniesiesz się do tej decyzji? Miałaś jakiegoś swojego kandydata na piastowanie tej funkcji?
KK: Właśnie na Kusocińskiego głosowałam.... Cieszę się, że to on, wybitny polski lekkoatleta, został patronem naszej szkoły. Moim zdaniem jest to jedna z najciekawszych postaci z historii polskiej lekkoatletyki!
PW: Niewątpliwie jednym z Twoich marzeń jest udział na Mistrzostwach Świata i Igrzyskach Olimpijskich. Może już na tych w Rio De Janeiro, które będą miały miejsce w 2016 roku?
KK: Pewnie, że mam podobne marzenia! Ale jednak jestem trochę za słaba, żeby kiedykolwiek wystąpić na imprezie tej rangi..
PW: Myślę, że niedługo będziemy mogli podziwiać Cię na zawodach międzynarodowych. Życzę Ci dużo sukcesów, woli walki, a także dużo zdrowia. Powiesz jeszcze parę słów na koniec
dla młodych sportowców?
KK: W mojej konkurencji od jakiegoś czasu króluje przesłanie '' Klata, plecy, barki - od tego są ciężarki'' szczególnie na siłowni, na którą chodzę ok. 4-5 razy w tygodniu... (hehehe) śmieszne, ale prawdziwe!
Rozmawiał
Piotr Walkowiak
Po co IM to wszystko...?
Po co IM to wszystko…?
Mam takie wspomnienie z dzieciństwa. Kuchnia u dziadków, mały telewizorek na kuchennej szafce, niedzielny rosół i skaczący Adam Małysz...
Te emocje, napięcie- miałam może z 8 lat, nie bardzo w ogóle wiedziałam, o co chodzi ani w skokach narciarskich, ani w ogóle w sporcie, nie pamiętam wiele, ale pamiętam swoje przejęcie, gorączkowe oczekiwanie na Niego.
Zazwyczaj jest tak, że z upływem czasu zwiększa się pojemność mózgu danego osobnika, sądzę, że i w moim przypadku miało to miejsce- trochę przez obserwację, a trochę i może przez autopsję zaczynałam rozumieć, czym jest sport, co on właściwie daje ludziom. To przecież nie jest tak, że coś się zwyczajnie przytrafia- zdarza się w określonym miejscu i czasie i zbiega się to z naszym życiorysem, ale na nas nie wpływa.
Przechodząc do rzeczy- ilu z Was patrząc na sportowca, pomyślało sobie „w życiu mu nie wyszło, został sportowcem, sterta mięśni i tyle”. Wcale nie musicie mi odpowiadać, nie chcę Was wciągać w jakieś publiczne zwierzenia i dyskusje- odpowiedzcie sami sobie…
I tu pojawia się kolejne pytanie- co o sporcie wie człowiek, który od czasu do czasu wsiądzie na rower, przez chwilę będzie sprinterem, biegnąc na odjeżdżający autobus albo czasami w celach czysto- rekreacyjnych uda się na basen, - już niekoniecznie w celu pływania, ale dlatego że mają tam fajną zjeżdżalnię…? Trudno więc cokolwiek powiedzieć o życiu
sportowców- i życie nie jest tu przypadkowym słowem, bo to przecież nie jest tak, że się sportowcem bywa powiedzmy od 8 do 16, a później to już można sobie żyć swoim życiem… Sportowcem się jest. Przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu przez cały rok.
Pytanie numer dwa- ilu z Was oglądając finisz jakichś zawodów czy finał turnieju, zastanowiło się nad tym, co ten biedny człowiek musiał zrobić, żeby dojść do miejsca, w którym stoi? Właśnie. My się nad tym nie zastanawiamy, a jeśli już, to przy sprzyjającym ułożeniu planet, podczas pełni i w wolnym czasie, kiedy nasze myśli są zawieszone gdzieś między interesującym programem telewizyjnym, a wypracowaniem, które akurat trzeba napisać na poniedziałek.
Sądzę, że nadszedł czas na rewizję tych poglądów. Zacznijmy od początku- sportowiec, dużo mięśni, za to ten najważniejszy najmniej rozwinięty, a wnosimy to na podstawie tego, że jedynymi tematami, na które można z nim porozmawiać są:
a) sport
b) sport
c) diety
d) sprzęt sportowy
e) sport
Ci ludzie są tak monotematyczni, że nawet człowiek o mocno zawężonym polu umysłowym zaczyna się czuć rozwiniętym intelektualnie osobnikiem. Ale właśnie w tym miejscu w mojej głowie rodzi się myśl- pytanie- czy to nie jest przypadkiem tak, że zawsze mówimy o tym, co jest akurat w naszym życiu najważniejsze, czym się akurat interesujemy i zajmujemy, o czymś, co w danym odcinku czasowym dogłębnie nas zajmuje? I teraz kolejne pytanie-zagadka- ile rzeczy w życiu zajmuje przeciętnego człowieka na jakiś dłuższy okres czasu? Ile godzin, dni czy lat jesteśmy w stanie dobrowolnie (nie, nie mówię o szkole) robić ciągle to samo? Gdzie jest ten moment, w którym dopada nas zwyczajne znudzenie, zmęczenie czy intelektualna monotonia? Sądzę, że u różnych ludzi ten proces jest mocno rozciągnięty w czasie, ale prędzej czy później zajść musi- no nie ma wyjścia, przepraszam za brak wiary w ludzi, którzy są przyszłością tego narodu- ale to się dzieje i już.
A teraz taki sportowiec- oprócz normalnych życiowych obowiązków, ma coś, czemu jest oddany, na co musi pracować- i dodam, że to praca najcięższa, jaka w ogóle istnieje- to jest praca nas sobą, nad doskonaleniem siebie, zmienianiem, poprawianiem wyników, ciągłe zmaganie z czasem, zmęczeniem, dopiero na końcu z przeciwnikami. To ciągłe ocieranie się o granice, ciągłe ich przesuwanie, oddalanie od siebie, podnoszenie poprzeczki, ciągła motywacja i szukanie nowych
celów.
Trening- coś, bez czego nie zostaniemy mistrzami nawet w jedzeniu hamburgerów na czas. Dla sportowca- jeden z wielu stałych elementów codzienności. To jest właśnie moment na moją kolejną małą dygresję- pytanie: czy na czas treningu jesteśmy w stanie wyłączyć naszą psychikę? Czy jesteśmy w stanie jakoś zablokować nasze myśli? I otóż właśnie! Nie da się wyłączyć mózgu, a co za tym idzie, trzeba być ciągle świadomym, ciągle przytomnym, obecnym. Trzeba całym sobą odczuwać zmęczenie i ból. Niekoniecznie jest tu miejsce na jakąś satysfakcje- to pojawia się dużo, dużo później. Na ten moment robimy coś, na czym jesteśmy maksymalnie skupieni, w co wkładamy całą energię i co najważniejsze nie mamy żadnej gwarancji, że ta nasza inwestycja w jakikolwiek sposób zaprocentuje. To jest ryzyko, które wymaga czasu i pracy. To godziny spędzone na robieniu tego samego- na trzymaniu się planów treningowych, pomiarach wydolności organizmu, na trzymaniu wagi, odpowiedniej ilości tkanki mięśniowej, porannych pomiarach tętna, na poznawaniu swojego organizmu w ekstremalnych sytuacjach, na sprawdzaniu jak te sytuacje wpływają na psychikę- w każdym razie nie zanudzając nikogo- to przygotowywanie własnego ciała i umysłu do walki.
Po całym długim cyklu przygotowań przychodzi czas na sprawdzian. To jest dopiero ten moment, który widzimy my (pozwolę sobie użyć określenia „publiczność”). I tu pojawia się kolejne pytanie- co dzieje się w głowie kogoś, na kogo patrzą setki albo tysiące ludzi, którzy wierzą w to, że wygra? Problemem pozostaje fakt, że wiara to tylko (może i aż) 20% sukcesu. Po całą resztę trzeba iść schodami- czyli odpowiednio 60% treningu i kolejne 20% szczęścia (osobiście polecam odprawienie modłów do czegokolwiek- ważne, żeby było obdarzone kosmiczną mocą).
Chwile przed startem, myślenie o taktyce, o tym, co się może wydarzyć, analiza różnych wariantów- później już nie będzie na to czasu, o tym trzeba myśleć teraz. 10 sekund do startu- jeśli coś pójdzie źle? 8…- Nie może pójść źle. 6…- Rób swoje. 4…Nie patrz na innych. 2…- to twój czas, po to żyjesz. START- w uszach bicie własnego serca, głośny oddech, szybciej krążąca krew, adrenalina, próba przebicia się na początek, zmęczenie, zmaganie się z psychiką, zmęczenie, rywale, czas, spadający poziom tlenu we krwi, zmęczenie, meta.
mówicie sobie co chcecie- jak dla mnie sport sprawia, że ludzie są lepsi, bardziej łaskawi dla innych, bardziej rozumieją siebie, określają cele, które realizują, uczą się konsekwencji swoich decyzji i swoich czynów, stają się z dnia na dzień innymi ludźmi, jednocześnie pozostając sobą.
~ Franka
Myślenie przychodzi dopiero później- co było tak, co poszło źle, co można poprawić następnym razem? –Nieważne, czy się wygrało czy nie- w każdym razie nieważne teraz- teraz trzeba doprowadzić organizm do normalnego staniu- uzupełnić braki wody, dać mięśniom szansę na rozluźnienie.
Kiedy się myśli o tym, że się wygrało, że w ogóle było warto poświęcić cały ten czas dla tej jednej chwili, dla tej, kiedy człowiek staje się zwycięzcą? – Sądzę, że to dociera do naszych umysłów w chwili ciszy- wcale nie podczas gratulacji, zaraz po. Nie, trzeba zostać samemu ze sobą, z ciszą, ze swoimi myślami- dopiero wtedy mamy szansę pomyśleć, o tym, że wyszło, że było się najlepszym, że plan został zrealizowany w 100%, dopiero teraz można poczuć dumę- wcześniej owszem, to uczucie się przewija, ale nie jesteśmy w stanie tego poczuć tak maksymalnie. Teraz czuje się moc, przychodzi siła, chce się poczuć to jeszcze raz, chce się więcej i mocnej- dopiero teraz. I to właśnie jest wspaniałe- to, że się zrobiło więcej niż inni, że się to zrobiło w taki sposób, w takim stylu, że nikt nie zrobił tego właśnie tak, bo to my wygraliśmy…
Właśnie w tym miejscu nadszedł czas na koniec mojego wywodu i małe podsumowanie- nie ma znaczenia, czy gramy w szachy czy akurat wspinamy się na K2, czy walczymy z czasem, przeciwnikami czy przedmiotami martwymi, a w końcu nieważne, jakimi jesteśmy ludźmi, z jakiego kraju pochodzimy i czym się w życiu kierujemy-