Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
KWIECIEŃ 2010:
SPIS TREŚCI 15. Forum Pismaków
czyli o najnowszym sukcesie Outro
Polska tragedia, światowy odzew
O międzynarodowych reakcjach
na smoleńską katastrofę.
Śledzikowi patrioci
Czego nauczy nas 10 kwietnia 2010r.?
Recenzja Outro
Na co - zdaniem Outro -
warto pofatygować się do kina.
Pyrkon 2010
Reportaż z wizyty Outro w Poznaniu.
Miało być o maturach.
Bo naczelni kazali.
Pożegnanie z liceum
z nieco innej strony.
Rekrutacji czar...pfu, koszmar!
Bo i na studiach
rozpoczyna się ciężki okres...
Aspekty psychologiczne w Auschwitz
Co stoi za jedną
z największych zbrodni w historii?
Nie zapomnij!
"...a nam pomóż pojąć
rozmiar naszych zbrodni."
15. FORUM PISMAKÓW
str. 8
Relacja z Warszawy
str. 12
Polska tragedia, światowy odzew
str. 14
Luźne myśli
str. 16
Śledzikowi patrioci
str. 18
Zatracona cisza smoleńskiego smutku
str. 20
Wokół kultury
str. 22
Afisz kulturalny
str. 25
Czesław Śpiewa
str. 26
Notka biograficzna
str. 27
Pecenzja Outro
str. 29
Cinemaniak
str. 38
Ra - mów - ka
str. 40
Rok 1984
str. 42
Pyrkon 2010
str. 44
Miało być o maturach.
Bo naczelni kazali.
str. 47
Egzamin dojrzałości
str. 48
Rekrutacji czar...pfu, koszmar!
str. 50
Nie wychylać się!
str. 52
Aspekty psychologiczne w Auschwitz
str. 54
22 kwietnia:
Ogólnoświatowy Dzień Ziemi
str. 56
Nie zapomnij!
str. 58
Ogólnopolska gazeta młodzieżowa REDAKTORZY NACZELNI:
STOPKA REDAKCYJNA
Kontakt:
mail: redakcja@outro.pl
(stary mail: redakcja.outro@o2.pl)
rekrutacja: rekrutacja@outro.pl
Strona www:
outro.pl
NK:
nasza - klasa.pl/
profile/32387999 Kamil Wiśniowski
Monika Toppich
SEKRETARZ REDAKCJI:
Anna Jasak
REKRUTACJA:
Szymon Godyla
KOREKTA:
Magdalena Kelniarz
(szefowa działu)
Martyna Kłopeć
Jagoda Migoń
Julia Moczygemba KULTURA:
Aleksandra Bieniek
(szefowa działu)
Elżbieta Janota
Paulina Rzymanek
Martyna Dyjak
Joanna Osada
Anna Żmuda
Sandra Kałuża
Marek Suska
Anna Wodzicka
Martyna Kocenda
Magdalena Grzywna
SPOŁECZEŃSTWO:
Marta Pawłowska
(szefowa działu)
Nikola Bochyńska
Maciej Kulina
Marcin Jasiński
Agata Hajduk
Anna Jasińska
Szymon Jelonek
Magdalena Kondracka DZIAŁ TECHNICZNY:
Kamil Reszka
(szef działu)
Graficy:
Angelika Marchewka
Dorota Lip
Jarosław Stępień
Fotografiowie:
Paula Wyciślok (nadzór)
Michał Grajoszek
Anna Zawadzka
Piotr Lycko
Ewa Mirkowska
STRONA INTERNETOWA:
Krzysztof Rudlicki
WSTĘPNIAK
Gdy emocje już opadły
Zaproszenie do Wałbrzycha zastało nas w trudnym momencie, kiedy podejmowaliśmy ważne decyzje dotyczące przyszłości redakcji i wiele kwestii stało pod znakiem zapytania. Jeden mail bardzo szybko pomógł nam podjąć (słuszne? mamy taką nadzieję) decyzje. Po pewnych, acz nie drastycznych, zmianach, praca nad kolejnym numerem ruszyła z kopyta, a my mogliśmy ze spokojem wyjechać na finał konkursu, który potraktowaliśmy jak trzydniową wycieczkę. Było to błędne założenie, gdyż warsztaty stały się dla nas czasem niezwykle pracowitym, ale również emocjonującym. Relację z wyjazdu możecie przeczytać już na pierwszych stronach nowego Outro.
Gala finałowa, otrzymany dyplom, a w szczególności przemówienie prezesa fundacji Nowe Media, Pawła Sito, który wręczał nam pierwszą nagrodę, pokazały, że Outro, działające zaledwie od kilku miesięcy, stało się już redakcją nie tylko rozpoznawalną, ale również docenianą przez szerokie grono czytelników. Niezmiernie cieszy również fakt, że wielu uczestników 15. Forum Pismaków przyjęło propozycję współpracy, przez co redakcja powiększyła się o zdolnych
i rzetelnych ludzi, z którymi współpracowaliśmy
w Wałbrzychu, tworząc dwa warsztatowe qmamy.
Treść najnowszego numeru została drastycznie zmieniona ze względu na aktualne wydarzenia w naszym kraju. Wiadomość
o katastrofie usłyszeliśmy następnego dnia po przyjeździe. Nadal zmęczeni po podróży, próbowaliśmy z pierwszych relacji telewizyjnych oddzielić fakty od spekulacji. Niedługo potem
w redakcji zebrała się specjalna grupa, która w przyspieszonym tempie miała przygotować teksty prezentujące różnorakie spojrzenia na tę tragedię. Dyskusja trwa, dlatego też poświęciliśmy jej wiele miejsca, które pierwotnie miały zająć teksty muzyczne i sportowe. Znajdziecie je w kolejnym numerze.
Zwycięstwo Forum Pismaków i tytuł najlepszego qmama w Polsce jest oczywiście wielkim wyróżnieniem. Nie zamierzamy jednak spoczywać na laurach. Można powiedzieć, że konkurs stał się impulsem do dalszej, wytężonej pracy, by wciąż ulepszać
i rozwijać Outro. Co jeszcze wymyśliliśmy? Dowiecie się o tym już wkrótce, jak tylko znaczna część redakcji zda w końcu maturę.
MiK
Outro, Outro i… GOL!!!
Ciężka praca się opłaca. Takie wrażenie możemy wyciągnąć po 15.MAM Forum Pismaków, które, jak co roku, odbyło się w Wałbrzychu.
15.MAM FORUM PISMAKÓW 15.MAM FORUM PISMAKÓW
Konkurs odbywa się regularnie od 1996 roku. Na początku obejmował wyłącznie ówczesne województwo wałbrzyskie. Wraz z rozwojem powiększał się – aż do ogarnięcia terenu całej Polski – również zasięg przedsięwzięcia. Dotychczas udział w zawodach mogły wziąć jedynie gazetki szkolne – w tym roku wraz z nowym współorganizatorem, Fundacją Nowe Media, pojawiły się również qmamy. Zmieniła się też otoczka konkursu. Dotąd zwycięzcy uczestnicy przybywali do Wałbrzycha na galę, podczas której dowiadywali się o zajętej przez siebie lokacie. W tym roku oficjalne spotkanie zostało poprzedzone dwudniowymi warsztatami dziennikarskimi, na których nie mogło oczywiście zabraknąć naszej reprezentacji - naczelnych.
Czas start i oby do przerwy
Zaproszenie na galę było dla nas wielkim zaszczytem. Nikt nie spodziewał się, że po siedmiu numerach będziemy mieli okazję pojechać na najbardziej prestiżowy konkurs w kraju. Pojechaliśmy 7 kwietnia, w ramach pobytu zapowiedziane były
15.MAM FORUM PISMAKÓW
warsztaty dziennikarskie, odpoczynek
i wyjście do teatru. Sielanka - można by pomyśleć. Jednak już sam przejazd do Wałbrzycha okazał się katorgą (na temat PKP nie będę się teraz rozwodził i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi), ale tak naprawdę był niczym w porównaniu
z dalszymi wydarzeniami. Na miejscu okazało się, że każda z osób reprezentujących poszczególne redakcje została przydzielona do innej grupy warsztatowej. Powstały tym samym dwie nowe ekipy, niebiescy i różowi ( o losie!), które miały w ciągu dwóch dni stworzyć konkurujące z sobą qmamy. Na początku dokonano demokratycznego wyboru redaktorów naczelnych – każdy miał się przedstawić, pokazać, jak pracuje
w grupie, a potem na podstawie tych wypocin grupa decydowała o swoim przywódcy. Należy w tym miejscu podkreślić, że nasi reprezentanci okazali się nadzwyczaj przebiegli – w obu redakcjach objęli to najbardziej honorowe stanowisko. (I tu właśnie zaczęły się schody! Otóż panowie z Fundacji nie przewidzieli, że jeśli zostaniemy redaktorami naczelnymi, to cała idea współzawodnictwa między nami zejdzie na drugi plan. Jak można rywalizować z kimś, z kim robi się od dłuższego czasu jeden projekt? Efekt jest taki, że nawet okładki qmamów warsztatowych są bardzo podobne, a przecież wcale tego nie konsultowaliśmy.) Resztę dnia stanowiło zbieranie materiałów do wydania
i wymyślanie koncepcji nazwy. Moja redakcja miała mnie w pewnym momencie tak dość, że zaproponowali, aby „zamordować naczelnego”, ale na szczęście z czasem odpuścili. Wieczorem odbyło się spotkanie z przedstawicielami Fundacji, które swoją uświetnił swoją osobą prezes Paweł Sito. Po wszystkim byliśmy tak zmęczeni, że łóżko okazało się naszym najlepszym przyjacielem.
Druga połowa, prawie jak deathmatch
Drugi dzień był istną masakrą. Gazety miały być wydane do 17 a ludzie jak zwykle podchodzili do tego z największym z możliwych luzem. Efekt był oczywiście taki, że redaktorzy latali jak z piórkiem żeby zapiąć wszystko na ostatni guzik
a dziennikarze zapewniali, że wszystko się uda. No i nie udało. Nadeszła godzina publikacji a redakcje były w proszku, nie mogliśmy przeciągać terminu gdyż za chwilę zaczynał się spektakl w teatrze, po którym miała się odbyć dyskusja. To dopiero było wydarzenie – oczywiście na początku nikt się nie odzywał i wszyscy siedzieli starając się zajmować w swoim fotelu jak najmniej miejsca, ale po przełamaniu pierwszych lodów wszyscy stali się nagle otwarci, kreatywni
i oczywiście jakże obeznani w temacie. Spektakl („Człowiek roku”) faktycznie mógł budzić kontrowersje i dyskusję
w młodych dziennikarzach. Najgorszym elementem całej dyskusji okazali się poloniści, którzy obdarci z wszelkich uczuć, próbowali dokonywać analizy literackiej życia postaci. Do dziś nie rozumiem, jak można intensywne przemiany zachodzące w obu bohaterach sprowadzić do jednego banalnego zdania, po który wygłasza się epilog „i nie ma
o czym dyskutować”. Wspominając drugi dzień w Wałbrzychu nasuwa mi się jeszcze jedna dygresja – nie próbujcie iść tam na
15.MAM FORUM PISMAKÓW
pizzę po godzinie 22, i tak nie zajdziecie otwartego lokalu.
Wielki finał
Zakończenie Forum Pismaków stanowiła oczywiście wielka gala, na której oficjalnie ogłoszono wyniki. Nie pytajcie mnie jednak jak to wyglądało. Nie dotarłem tam. Jako że qmamy nie ukazały się poprzedniego dnia byliśmy zmuszeni (my – naczelni) zawitać rano do szkoły, gdzie odbywały się warsztaty i dokończyć pracę nad nimi własnoręcznie. Na szczęście udało się zdążyć przed rozpoczęciem gali, na której miały być prezentowane. To jednak jeszcze nie koniec atrakcji.
W zasadzie to dopiero początek, bowiem pojawili się również dziennikarze z TVP, którzy chcieli sfilmować warsztaty. Musieliśmy zatem szybko coś zorganizować i robić dobrą minę do złej gry. Po dziesięciu minutach zakończyli przygotowywanie relacji z warsztatów
i przeprowadzili z nami krótki wywiad dotyczący Outro. Potem czym prędzej popędziliśmy na galę (swoją drogą trzeba przyznać, że Telewizja Polska zatrudnia całkiem konkretnych kierowców). Jak się okazało wpadliśmy na sam koniec, ponieważ… wszyscy na nas czekali. Pomijając jednak wszystkie sprawy organizacyjne, to właśnie słowa, które usłyszeliśmy na gali wywołały w nas największy szok. OUTRO najlepszym qmamem w Polsce! Nikt nie spodziewał się, że po siedmiu miesiącach pracy będziemy w stanie konkurować
z gazetkami szkolnymi, które istnieją lata. W efekcie wracaliśmy do domu jak na skrzydłach, zmęczonych skrzydłach
- podpowiadają redakcyjne koleżanki.
Kamil Wiśniowski
Relacja z Warszawy
KATASTROFA W SMOLEŃSKU
Sobota, 10 kwietnia
Nieco przed 10 wysiadłem z warszawskiego autobusu linii 116 i pędem pobiegłem do szkoły na jedną z sobotnich lekcji przysposobienia obronnego, prowadzoną przez sędziwego i szalenie dowcipnego majora. Przekraczając bramę liceum, na korytarzyku zobaczyłem byłego wojskowego z grupką mych kolegów, rozmawiających o czymś przyciszonym głosem. Podszedłem nieco, przysłuchując się rozmowie, i po chwili już wiedziałem.
Szok. Szok i niedowierzanie. Przeżył to chyba każdy z nas w sobotni poranek. Major, zwolniwszy nas o godzinę wcześniej, sam pogrążony w smutku, powolnym krokiem udał się ku pokojowi nauczycielskiemu. W pustej szkole panował niezmącony spokój, niesamowicie kontrastujący z burzą uczuć i emocji szalejącą we mnie i mych przyjaciołach. Podczas podróży powrotnej zalała mnie rzeka informacji – wielkie ekrany na stacji Politechnika mówiły o strasznej tragedii. Nikt nie znał jeszcze dokładnego bilansu ofiar. Przemykając przez falujący tłum na podziemnym peronie dało się słyszeć wybijające się pytanie: „Co z prezydentem?”
Tego samego dnia po południu, wraz z rodziną udałem się pod Pałac Namiestnikowski na Krakowskim Przedmieściu, do siedziby tragicznie zmarłej głowy państwa. Tysiące osób przelewające się po ulicach skutecznie utrudniały dojście do celu, ale choć często ludzie potykali się i potrącali nawzajem, nigdzie nie było słychać: „Patrz, jak idziesz!” Cisza.
Tłumy i cisza.
KATASTROFA W SMOLEŃSKU
Niedziela, 11 kwietnia
Dla mnie dzień ten był o wiele bardziej dramatyczny od soboty. Poprzedni szok minął i trzeba było stanąć twarzą w twarz z tragedią. Około godziny 11.40 ponownie stanąłem na reprezentacyjnej ulicy miasta. Morze zniczy, dziennikarze, zagraniczni korespondenci, harcerze i rzesze Warsza-wiaków… O 12.00 zamilkli wszyscy. Naraz grać zaczęły dzwony staromiejskich kościołów, wyły syreny alarmowe, co jakiś czas dało się słyszeć dalekie kwilenie dziecka i uspakajającą je matkę…
Dwie minuty minęły. Po chwili znalazłem się na końcu kolejki do Księgi Kondolencyjnej… Godziny oczekiwania i setki myśli, ale gdy stanąłem już przed pustą, białą stronicą pod pałacowymi arkadami, na myśl nasunęły się trzy słowa: „Dziękuję i przepraszam.”
Godzinę później przedzierałem się przez nieprzebrany tłum na Miodowej, gdy między magnackimi pałacami z dawnych wieków powoli i dostojnie przesuwał się czarny karawan. Modlitwa, nieraz płacz, cicha rozmowa… Młodsi i starsi opuszczali głowy na widok ciemnej trumny za szybą jadącego pomiędzy białymi motocyklami pogrzebowego samochodu.
Poniedziałek, 12 kwietnia
Bolesny powrót do codziennego życia. W auto-busie cisza, nikt nie słucha muzyki, nie rozmawia przez telefon o wypadzie do centrum handlowego z przyjaciółką. Tu i tam na piersi odznacza się czarna wstążeczka. W szkole ponura atmosfera, pierwsze rozmowy i komen-tarze, apel, Pani Dyrektor przemawiająca w takt żałobnego marsza Fryderyka Chopina, minuta ciszy. Po lekcjach wraz z grupą przyjaciół udaliśmy się do Sejmu, Kancelarii Prezydenta i siedziby Narodowego Banku Polskiego. Wszędzie kwiaty, znicze i zdjęcia. Zdjęcia tych, którzy nigdy już nie zobaczą swoich miejsc pracy, nie wrócą do codziennego życia…
Wtorek, 13 kwietnia
O godzinie 17 stanąłem na końcu. Końcu ko-lejki, która była początkiem sześciogodzinnego oczekiwania, by oddać hołd prezydenckiej parze w kolumnowej sali Pałacu Radziwiłłów. Ciepłe, miłe rozmowy, nieraz cichy śmiech – kolejkowe życie tętniło. Mówiliśmy sobie, gdzie można pobiec po ciepłą herbatę, gdzie przysiąść na chwilkę, trzymaliśmy miejsce, gdy ktoś na chwilę musiał się oddalić, wreszcie przygarnialiśmy pod parasol, gdy i niebo płakało nad ofiarami smoleńskiej tragedii.
Gdy o godzinie 22 stałem już pod Kościołem Karmelitów, tuż obok pałacu, kolejka powiększyła się dwukrotnie. Wojsko sprawnie dzieliło oczekujących w pięcioosobowe grupki, a z chwilą przekroczenia progu pałacowej bramy obok pomnika Księcia Józefa Poniatowskiego, cichły wszelkie rozmowy. Na parterze zdjęcia poległych, potem marmurowa klatka schodowa, pierwsze piętro. Sala Kolumnowa, przyoz-dobiona starymi obrazami w złotych ramach, dziś pełna kwiatów i flag przewiązanych kirem. Żołnierze, ubrani na czarno pracownicy Pałacu i dwie smukłe trumny przykryte białoczerwonymi flagami. Sześć godzin oczekiwania i pół minuty, by przyklęknąć, przeżegnać się, pokłonić.
O 23.07 opuściłem bocznym wyjściem stary gmach, siedzibę Radziwiłłów, Koniecpolskich, namiestników carskich i prezydentów Rzeczpospolitej Polskiej w ostatnich dwudziestu latach. Panowały we mnie nostalgia i duma.
Wiem, że byłem uczestnikiem zdarzeń, które zmieniły nasz kraj. Jeśli nie na długo, to choć na te parę dni. Warszawa złożyła hołd Lechowi i Marii Kaczyńskim. Szymon Jelonek
Polska tragedia, światowy odzew
Tragedia, jaka zda-rzyła się pod Smoleńs-kiem, pogrążyła Pola-ków na całym świecie w żałobie. W szoku. Niedowierzaniu. Do tej pory wielu trudno w to uwierzyć. Odpychamy od siebie tragiczną informację, jednocześ-nie opłakując 96 waż-nych dla wszystkich Polaków osób.
KATASTROFA W SMOLEŃSKU
Jednak we wszystkich miejs-cach, gdzie mieszkają nasi rodacy, polskie ambasady, kościoły, konsulaty, pomniki stały się miejscem, gdzie gromadzono się i modlono. Płakano, pocieszano się. Składano znicze, wieńce i kwiaty. Wszystko po to, aby oddać hołd prezydentowi i wszystkim innym poległym w sobotniej (10.04.2010) katastrofie osobom.
Już kilka minut po oficjalnym ogłoszeniu, że nikt nie miał prawa przeżyć tej katastrofy, po informacji, że zarówno prezydent, jak i jego żona, generałowie, przedstawiciele polityki i Kościołów zginęli, do Polski zaczęły napływać depesze dyplomatyczne z wyrazami szacunku, kondol-encjami. Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew wygłosił przemówienie, w którym ubolewał nad stratą Polski oraz zapewnił, że złoży: „wyrazy solidarności i wspar-cia rodzinom i bliskim ofiar”. Zostało ono nadane w go-dzinach najwyższej oglądal-ności, przerywając trwające programy. Co bardziej zaskakujące, po raz pierwszy w historii odezwa ta ukazała się na stronie internetowej Kremla również w języku polskim. Prezydent ustalił również dzień żałoby naro-dowej w Rosji na 12 kwietnia. Vladimir Putin rów-nież wykazał się empatią. Podczas krótkiego i na pewno pełnego bólu spotkania
KATASTROFA W SMOLEŃSKU
z Donaldem Tuskiem na miejscu katastrofy wykonał bardzo „niepolityczny”, a jednocześnie ludzki gest.
Media światowe przez niemal cały weekend nie mówiły o niczym innym. Poniedział-kowe nagłówki wszystkich gazet, w tym w większości i zagranicznych dzienników, krzyczały. „Katyń”, „Polska” i „katastrofa” znalazły się w czołówce wyszukiwanych słów portalu Google. Jednak największym i moim zdaniem, były prawdziwe, choć bardzo polityczne, gesty ze strony głów państwa. Nikt z nas nie spodziewał się, że Brazylia ogłosi aż trzydniową żałobę narodową w związku z ka-tastrofą. Niewielu sądziło, że odezwa prezydenta USA będzie tak osobista, nikt też nie spodziewał się do końca, że Barack Obama będzie chciał uczestniczyć w uroczystościach pogrze-bowych naszej głowy państ-wa.
Bardzo ładnym gestem, o ile mogę to tak nazwać, wykazały się głowy państw, które ogłosiły okres żałoby narodowej na kilka dni lub na dzień pogrzebu prezydenta Kaczyńskiego. Wartym uwagi jest również fakt, że w dniu pogrzebu swoją obecność zapowiedziało wiele znanych osobistości. Jak mówią reporterzy TVN24, na pogrzeb może zjechać pół świata. Nikt nie mógł tego przewi-dzieć, ponieważ taka katas-trofa już dawno nie miała miejsca, a jak powiedział Donald Tusk w swoim oświadczeniu: „Stoimy w obli-czu katastrofy, która przekra-cza nasze wyobrażenia i możliwości zrozumienia”.
Komisja Europejska, jak i również inne jednostki organizacyjne Unii Europejs-kiej, uczciły w poniedziałek minutą ciszy pamięć poległych w katastrofie ludzi.
Ważnym skutkiem tragedii stała się nagłe zbudowanie świadomości ludzkości doty-czącej sprawy Katynia i morderstw tam popeł-nionych. Nagle wszyscy ludzie, którzy do tej pory nawet nie rozpoznawali nazwy, stali się świadomi wypadków, jakie miały tam miejsce. Slogan, uży-wany w mediach „Katyń, miejsce przeklęte”, „Podwójne żniwo Katynia” stały się czytelne i jasne. W Rosji w niedzielny wieczór rząd zgodził się na emisję filmu Andrzeja Wajdy pt. „Katyń”.
Jednak ta tragedia nie zmusza tylko osobistości polityczne do działań. Od soboty otrzymuję wiadomości od moich przyjaciół, którzy są obcokrajowcami. Nie znali naszego prezydenta, ale słysząc o tej katastrofie zapewniali mnie, że każda tragedia ma jakąś przyczynę i skutek. Składali kondolencje. Mnie, osobie prywatnej. Często też słyszałam słowa: „To nie powinno się zdarzyć nigdy. Katastrofa każdego samolotu zabiera za sobą olbrzymie żniwo, ale zabie-rając Wam prezydenta i wielu wybitnych dowódców wojskowych oraz polityków stała się okrutną i podłą nauczką. To nie powinno zdarzyć się nigdy, w żadnym kraju”.
Z tego miejsca chciałabym osobiście złożyć swoje wyrazy współczucia wszyst-kim, którzy stracili bliskich w tej katastrofie. A także chciałabym podziękować wielu ludziom, którzy okazali nam wsparcie.
Anna Jasińska
Luźne myśli
KATASTROFA W SMOLEŃSKU
Tego ranka obudził mnie telefon, dzwonił - i nie chciał przestać, mimo usilnych prób kontynuo-wania snu – odebrałem. Dzwonił tata, pytając z niedowierzaniem czy to prawda, że prezydent zginął w katastrofie lotniczej. Byłem przeko-nany, że to sen i wszystko to wytwór chorej wyo-braźni.
Wstałem, włączyłem telewizor i wszędzie pisało to samo ‘Prezydent nie żyje’. Nie mogłem w to uwierzyć, przecież jeszcze wczoraj w wiadomościach go widzia-łem, mówiącego, że leci do Katynia by oddać hołd zamordowanym w 1940 roku oficerom. Miała być to krótka wizyta, ale nikt się nie spodziewał, że aż tak krótka. Tego samego dnia na półce z moim archiwum Newsweeków był nr 34/2008 poświęcony Lechowi Kaczyńskiemu. W tym numerze przedsta-wiono go jako kapitana samolotu, jakim jest Polska, jest też sesja zdjęciowa w samolocie którym 10 kwietnia leciał do Katynia, na okładce jest zdjęcie przedstawiające go w kabinie pilota, a pod spodem cytat z wypowiedzi prezydenta: ,,z Rosją trzeba ostro”. Przyznam szczerze – nie byłem zwolennikiem jego prezydentury – jednak został on wybrany w demokratycz-nych wyborach i był moim prezydentem. I zawsze bulwersowały mnie zagranicz-ne komentarze stawiające w złym świetle Lecha Kaczyńskiego. Co innego było w kraju, śmieszyły mnie wszystkiego parodie i żarty dotyczące jego osoby, ponieważ uważam, że taki los polityków. Teraz po jego śmierci będą wybory, w których wygra inny kandy-dat na temat którego pewnie też powstanie dużo dowcipów. Podobnie było z Aleksandrem Kwaśniews-kim, zwanym ‘Kwachem’, który miał słabość do ’czystej’ i był podatny na chorobę filipińską. W każdym kraju pojawiają się żarty z rządzących, przecież pre-mier Włoch i Rosji też są obiektem drwin z racji ich wspólnego hobby, związa-nego z młodymi pięknymi kobietami. Prezydenta Francji zostawię bez komentarza, niech każdy sobie sam o nim i jego wpadkach poczyta. Dlatego uważam, że wszystkie komentarze mówiące o braku szacunku nie są do końca uzasadnione,
KATASTROFA W SMOLEŃSKU
a wynikają z tego, że dana osoba dowiaduję się tego, co dzieje się w pałacu prezydenckim z programów satyrycznych a nie z bezpośr-ednich wywiadów i wizyt kamer u prezydenta. Otwiera się również kwestia wyborów prezydenckich, które będą najpóźniej 20 czerwca. Kto w nich wystartuje i jak będzie wyglądała kampania. Jedno jest pewne – zginęło dwóch kandydatów, oprócz Lecha Kaczyńskiego w sa-molocie znajdował się również Jerzy Szmajdziński. Zatem, z poważnych kandy-datów mających szanse pozostał Komorowski oraz w mniejszym stopniu Ole-chowski. Być może pojawi się jeszcze ktoś z PiS, może to być brat zmarłego prezydenta, Jarosław, konty-nuujący dzieło Lecha, możliwa jest również kan-dydatura Ziobry, jednakże może nie dojść ona do skutku ponieważ Jarosław Kaczyński widzi w nim realne zagrożenie dla posady prezesa w partii.
Co do kampanii, uważam, że będzie ona prowadzona pod pozorem żałoby do chwili, kiedy zacznie topnieć poparcie dla Komorowskiego – może się to stać po wystawieniu kandydata z ramienia PiS. Ciężko jest tutaj snuć jakiekolwiek spekulacje, ponieważ sytuacja, w której się zna-zleźliśmy, jest dość nietypowa i nigdy wcześniej we współczesnej Polsce się nie wydarzyła. Wszystko jest świeże, nie ma wypracowanej rutyny, czego przejawem może być chociażby pochówek ciała prezydenta wraz z małżonką. Pojawiła się propozycja, żeby był to Wawel, miejsce specyficzne, miejsce spoczynku ludzi, których nazwisko i działalność każdy zna. I tutaj pojawia się dylemat: czy Lech Kaczyński na to zasłużył, czy nie bardziej odpowiednim miejscem byłyby Powązki? Wprawdzie umarł jako urzędujący prezydent, jednak nie dokonał niczego spek-tralnego, ważnego na tyle, by tam się znaleźć. Nie chcę więcej na ten temat pisać teraz, ponieważ jest to drażliwy temat i lepiej będzie, jeśli to ocenię za kilka miesięcy.
A pojednanie z Rosją nastąpi. Jest wiele powodów. Na terenie Rosji zginął polski prezydent. Poza prezydentem zginęli Kurtyka, Gosiewski, Wasserman i jeszcze kilku innych, mających negatywny stosunek to zacieśniania kontaktów z Rosją. Polska odkryła złoża gazu, które wstępnie wystarczą na 200 lat samodzielności energetycz- nej, a możliwe jest, że takich złóż jest więcej, co spowoduje, że Rosja zacznie liczyć się z Polską, mającą szanse stać się Kuwejtem Europy, a do czasu rozpo-częcia wydobywania gazu Polska będzie w stanie poprzez gazoport w Świno-ujściu sprowadzać gaz drogą morską. Zatem pojednanie polskorosyjskie oczekiwane od dawna ma szanse nastąpić, bo należy pamiętać, że Niemcy też wiele krzywdy nam wyrządzili a potrafimy z nimi rozmawiać.
Ważne jest też miejsce katastrofy – las katyński – miejsce kaźni polskich oficerów. Mam nadzieję, że następne pokolenia będą pamiętać o obu tragediach i nie dojdzie do sytuacji, kiedy o tym miejscu będziemy mówić, że stracono tam polską inteligencję, która leciała samolotem. Jest to oczywiście przestroga dla przyszłych pokoleń, żeby nie zapomnieć o tym, co stało się tam 70 lat teamu, jak i niedawno, żeby tego nie ograniczać.
Szymon Godyla
Śledzikowi
patrioci
Kiedy byliśmy zakłamani? Kiedyś, gdy „jechaliśmy” po Kaczyńskim, czy teraz, gdy uznajemy go za bo-hatera? Pytanie pozostaje otwarte.
KATASTROFA W SMOLEŃSKU
Sobota wydawała się taka sama jak inne. Miliony ludzi wstawały później korzystając z dnia wolnego. Wielu rozkoszowało się ciszą, nie włączając nawet telewizora ani radia. Chwila odpoczynku, która nie trwała jednak długo. Prozaiczne czynności zostały przerwane, gdy w najbardziej nieoczeki-wanych momentach dowia-dywaliśmy się o tragedii. Drzewo na opał, siatki z zakupami, masło do chleba zastygały na chwilę w rękach, a większości wyrywało się zaiste inteli-gentne pytanie: „co?” Często chwilę później rozwijaliśmy swoją wypowiedź: „prima aprilis był jakiś czas temu!”
Kolejnym obowiązkowym punktem była telewizja, a w niej z początku niesa-mowity chaos, niedokładnie podawane informacje i zapłakane prezenterki. Pewnie był to jeden z ele- mentów spektaklu. Jeśli tak – wybaczcie – pójdę z siostrą do cyrku.
Najlepiej było tego dnia oglądać wiadomości wie-czorem, kiedy ustalona została już wersja oficjalna, a serwisy zaczęły się ze sobą nareszcie zgadzać. Dało to też trochę czasu technikom, przez co stacje prześcigały się w tym, kto zrobi ładniejszą prezentację i podłoży lepszą muzykę. Panowie, Chopin przy takich okaz-jach jest dobry na wszystko.
Jeszcze tego samego dnia zaczęły się spekulacje i dyskusje na temat szans ewentualnych kandydatów. Jak to Komorowski jest w bardzo trudnym położeniu, czy Kaczyński zrezygnuje z polityki, jak zapełnić wolne stanowiska. O to ostatnie akurat jestem zadziwiająco spokojna. Chętnych będzie aż nadto. Pytanie tylko – jakich? Na to już odpowiedzieć nie potrafię.
Wydaje mi się, że następnego dnia coś się zmieniło. Jak-byśmy przypomnieli sobie, że wydarzyła się tragedia i wypadałoby wczuć się w żałobną atmosferę, popadliśmy ze skrajności w skrajność. Chyba jednak nie mieszkałam w tym kraju przez ostatnie lata
KATASTROFA W SMOLEŃSKU
i nie słyszałam komentarzy na temat prezydenta. Teraz nagle mamy bohatera, którego wcześniej nie znałam. Rozumiem oczywiście, że o zmarłym źle się nie mówi, że należy uczcić jego pamięć, że wiele dobrego zrobił. Ale czy nie popadamy w paranoję?
Kilka lat temu świat płakał po Wojtyle. Była to śmierć nieoczekiwana, bo nikt nie chciał dopuścić takiej wiado-mości do siebie, ale jednak papież przygotowywał nas na to, co miało nastąpić. Dziś usłyszałam, że paradok-salnie jego śmierć nie była aż tak straszna, bo przez tę obecną katastrofę zosta-liśmy wyrwani z rzeczy-wistości i popadliśmy w trud-ny do określenia patriotyczny szał. Pewnie i tak skończy się na kilku dniach pochodów, uroczystości w szkołach, opisach na gg czy naszej -klasie… Takimi jesteśmy śledzikowymi patriotami. Kiedy jednak przyjdzie do wyborów i zapełniania pus-tych miejsc, pewnie i tak połowa nie pójdzie. Bo po co. Później będzie mogła bezkarnie krytykować rzą-dzących i stwierdzać przy grillu, że mógłby ich wszystkich szlag trafić. Tak raz a porządnie. No to trafił.
Era narzekania na byłego prezydenta zakończyła się bezpowrotnie. Mówiono, że będzie najmniej wspo-minaną głową państwa, że nikt go nie doceni. Błąd. Żaden inny prezydent raczej nie będzie miał takiego pogrzebu. Inni odejdą w atmosferze przytyków, tego, że nie zawsze robili to, co nam się podobało, że nie umieli się odnaleźć, gdy przestali pełnić urząd. On odszedł jako bohater, zajmie zaszczytne miejsce wśród obrońców ojczyzny. Koło Narutowicza i Sikors-kiego miejsca jest dużo.
Nie zamierzam kwestionować hołdu dla zmarłych. Chcę włą-czyć się w wyrazy współczucia dla rodzin, bo jest to tragedia wielka, tragedia ludz-ka. Trudno mi jednak zaakceptować to swoiste deja vu. Kiedy zaczniemy krzyczeć: „Santo subito”?
Monika Toppich
Zatracona cisza smoleńskiego smutku
Zacznę od siebie. Chyba śmiało mogę opisać się jako optymistę, kogoś, kto może nie zawsze patrzy na świat taki, jakim naprawdę jest, ale w pewien sposób, który jest dosyć radosny. Niestety, czasem moje idealistyczne poj-mowanie rzeczywistości ulega poważnemu wykrzywieniu.
KATASTROFA W SMOLEŃSKU
I o ile wciąż mam nadzieję, że trochę się zmieni dookoła nas, o tyle coraz ciężej wierzyć mi w to, że coś zmieni się w nas. Wybaczcie, pasażerowie nieszczęsnego Tupolewa.
Dlaczego wsiedli wszyscy razem? Dlaczego pilot pró-bował wylądować mimo nie-bywale gęstej mgły? Dlaczego zaplanowano dwie uroczystości w Katyniu? Dlaczego Rosjanie zarea-gowali w ten, a nie inny sposób? Kiedy wybory? Kiedy obsadzić wakujące stanowiska państwowe? Gdzie dokonać pogrzebu? Dlaczego nie Po-wązki? Wystarczy. I tak wiem, że nawet w takich sprawach, sprawach delikatnych, czasem oczywistych, drążyć się będzie zawsze. Ale nad trumnami?
Twierdzenie, że smoleńska tragedia zjednoczy Polaków obroniło się przez dwa, trzy dni. Trzynastego kwietnia było już źle. Czternastego jeszcze gorzej. Na razie nie wiem, co będzie się działo jutro, czy pojutrze. Smutne myśli podpowiadają mi, że pewnie jeszcze gorzej, a co będzie jeszcze dalej, ciężko mi sobie nawet wyob-razić. Niewątpliwe za to, przez to, co się stało, cały świat usłyszał o katyńskiej hekatombie, a i niektórzy nasi sąsiedzi wykonali
KATASTROFA W SMOLEŃSKU
parę przyjaznych i znaczących gestów.
Śmierć, zwłaszcza w bliskiej perspektywie, to jednak przede wszystkim tragedia, a nie powód do historyczno-politologicznych rozważań i robienia rozrachunków. Ci ludzie zginęli naprawdę, tych ludzi naprawdę już nami nie ma. I nie wysłucham kolejnego przemówienia prezydenta, nie zobaczę więcej Pierwszej Damy, nie usłyszę o następnej publikacji Janusza Kurtyki, nie ujrzę już w telewizji rozważnie wypowiadającego się Wła-dysława Stasiaka. Nie będzie więcej dociekliwych prze-słuchań Zbigniewa Wasser-manna, nie będziemy już widzieć miłego spojrzenia Grzegorza Dolniaka. Maciej Płażyński nie udzieli więcej mądrego wywiadu. Piotr Nurowski nie wypowie się kolejny raz na temat polskiego sportu, nie poniesie więcej polskiego bobsleja na start zawodów olim-pijskich. Biskup Płoski nie wygłosi więcej kazania, generał Gągor nie będzie mógł zaakceptować kolejnej opinii na użytek Sztabu Generalnego, Marek Uleryk już nigdy nie skoczy ze spadochronem. To maleńki fragment tej strasznej, smoleńskiej wyliczanki. Oni wszyscy nie pożegnają się więcej z rodzinami, nie uściskają swoich najbliższych, nie powiedzą, że kochają, że nie mają nam za złe tych wszystkich nieprzyjem-ności. Nie ma ich tutaj. Ufajmy, że kiedyś się z nimi spotkamy i już zostaniemy razem.
Cały ból Smoleńska dobitnie wyrył się na obrazach z uroczystego Zgromadzenia Narodowego. Łamiące się głosy posłanek odczytujących nazwiska zmarłych koleżanek i kolegów, pełne współczucia przemówienie Waldemara Pawlaka, wreszcie coś, co uderzyło mnie najbardziej - Jarosław Kaczyński, czło-wiek, który stracił brata bliźniaka i prezydenta zara-zem, szwagierkę, siedzący w otoczeniu kwiatów i czar-nobiałych zdjęć swoich przy-jaciół z parlamentu. Można się nie zgadzać, współczuć jednak trzeba, bo to właśnie ból. Cierpienie żywe, które dotyka każdego, a tych, którzy znali, najmocniej.
W takiej chwili zawsze przyk-ro. Często podwójnie. Raz, że zginęli i ich najbliżsi naprawdę głęboko cierpią. Dwa, że padło wiele niepotrzebnych słów, że źle się myślało, że nadeszło otrzeźwienie, i to bardzo gwałtowne. I w tym momencie żal chyba nie tylko tych, co odeszli. Oni być może dostąpią życia lepszego
i szczęśliwego, od tego, z którym mierzyli się tutaj. Żałuję nas. Bo oto na naszych oczach i naszych uszach, owo otrzeźwienie bezpow-rotnie odchodzi, po zaledwie kilku dniach. Będzie po stare-mu, albo i gorzej. Choć zawsze można wziąć się do pracy, nad sobą, nad innymi, i dla kraju.
Marek Suska
I nadszedł upragniony kwiecień. A z kwietnia trzeba korzystać! Dla uczniów to ostatnie chwile przed końcowo rocznym zamieszaniem z ocenami, dla maturzystów oddech przed egza-minem dojrzałości, a dla studentów - po pierwsze, do sesji daleko, po drugie… każda okazja jest dobra.
WOKÓŁ KULTURY
Dajmy się zatem za-prosić do muzeum, bo to miejsce, gdzie można spędzić cie-kawie i niekonwen-cjonalnie czas, a nie gdzie, według opinii publicznej, "uczymy się spać na stojąco". Poza tym, wiosną pojawiają się liczne warsztaty i spotkania z artystami takie jak poniżej wymienione warsztaty sztuki mi-mu, Festiwal Muzyki Filmowej czy święto poezji. Niewątpliwie warto poświęcić cho-ciaż jedno popołudnie i spędzić je, obcując ze sztuką. Inspiracją dla wystawy "Nie śpią tylko duchy. O duchach i ich mediach" ("Awake are only the spirits. On ghosts and their media") było wykorzystanie zdobyczy techniki do rejestracji obec-ności postaci z zaświatów. Artyści, których prace można oglądać, wyko-rzystywali najróżniejsze tech-niki i badali takie zjawiska jak: nagrania magnetofonowe puszczane od tyłu, zjawisko białego szumu, filmowanie postaci zmarłych poja-wiających się na ekranie telewizora, a także wiele innych. Skłoniło to innych twórców do malowania, fotografowania niezwykłych miejsc czy postaci, ale i budowanie "wykrywaczy duchów". Wszystko to można oglądać w Centrum Sztuki Współczesnej "Znaki Czasu" w Toruniu do 30 maja.
Kolejną nietuzinkową pro-pozycją jest wystawa "Naj-prawdziwsze historie miłosne" w szczecińskim Muzeum Sztuki Współczesnej. Celem tej ekspozycji jest zapre-zentowanie wizerunku współ-czesnej miłości pojmowanej dość szeroko. Nie tylko jako uczucie do osoby, ale także do natury czy jakiegoś przedmiotu. Poka-zuje ona, że popkultura kreuje także i miłość, której opisy możemy znaleźć zarówno w książkach jak i telewizyjnych show. Wystawiane są prace z ostatnich trzech dekad, traktujące miłość z przy-mrużeniem oka. Wystawa otwarta od 12 do 23 maja.
madeinpoznan.noc
Nova Elektronika Festiwal Muzyki Filmowej
WOKÓŁ KULTURY
17 kwietnia od godz. 15.00 do 02.00 w Poznaniu władzę nad kulturą przejmą artyści działający w orga-nizacjach pozarządowych. Podczas madeinpoznan.noc można będzie uczestniczyć w ciekawych wydarzeniach. Zapowiada się aż siedem premier sztuk teatralnych stworzonych przez poz-nańskie teatry poza-instytucjonalne (Movements Factory, Teatr Usta Usta, Teatr Strefa Ciszy, Teatr Porywacze Ciał oraz inne).
W Starej Rzeźni natomiast można będzie wziąć udział w wydarzeniu Nova Elek-tronika, gdzie na pięciu scenach grać będą wielko- polscy artyści razem z polskimi i zagranicznymi gwiazdami muzyki elektro-nicznej. Poznańskie galerie niezależne (m.in. Starter, Niewielka, Sandra), a także przestrzenie postindustrial-ne i publiczne (np. dworzec PKP, Stara Rzeźnia) pre-zentować będą prace młodych poznańskich twórców z dziedziny sztuk wizualnych i komiksu. Warto także odwiedzić wówczas kina studyjne, gdzie obejrzeć można będzie filmy poznańskiej Pracowni Socjologii Wizu-alnej UAM, a gdzie nocą odbędzie się projekcja nagrodzonych w konkursie filmów i specjalny pokaz filmu "Człowiek z kamerą". W dniach 20-22 maja w na krakowskich błonich już po raz trzeci odbędzie się Festiwal Muzyki Filmowej. Jest to największa tego typu impreza w Polsce, podczas której prezento-wana jest nie tylko muzyka tworzona na potrzeby filmu, ale także i same filmy. Tegorocznym gościem specjalnym jest Howard Shore, a głównym punktem programu pokaz filmu "Władca Pierścieni. Powrót Króla" z muzyką graną na żywo. Niewąt-pliwie gratką dla dzieci i starszych miłośników filmów Disneya będą koncerty prezentujące piosenki z takich produkcji jak "Bestia", "Śpiąca Królewna" czy "Herkules". Bilety na festiwal dostępne na www.ticketonline.pl
15 edycja Portu Wrocław "Hair" w Gliwicach Teatr Sztuki Mimu
WOKÓŁ KULTURY
23 i 24 kwietnia Wrocław przyciągnie miłośników poezji i literatury.
W Studiu Instytutu Gro-towskiego, na Grobli, od-będzie się w tych dniach 15 edycja Portu Wrocław. W programie znajdą się spotkania z twórcami, poe-tyckie czytania, projekcje filmów i prezentacje pre-mierowych książek. Wśród zaproszonych gości znajdą się nie tylko autorzy ostatnio wydanych książek oraz laureaci polskich nagród literackich, ale także twórcy z Ukrainy, Węgier i Łotwy. Festiwalowi poezji towarzyszyć będzie specjalna jubileuszowa wystawa złożona z pamiątek związanych z wcześniejszymi jego edycjami.
Aleksandra Bieniek Gliwicki Teatr Muzyczny za-prasza 22 maja o godz. 19.00 na premierę musicalu "Hair". W momencie, gdy trafił on na Broadway, był pod wie-loma względami nowatorski. Nie tylko wprowadził na Broadway muzykę rockową, ale także zadziwił tematami, które podjął: rasizm, narko-tyki, homoseksualizm, ubóst-wo, wolna miłość. W dniach 28-31 maja w Ma-zowieckim Centrum Kultury i Sztuki odbędą się II Mię-dzynarodowe Warsztaty Te-atru Sztuki Mimu Milczące Ciało/ Silence of the Body. Or-ganizatorzy zapraszają wszystkich, którzy zainteresowani są sztuką mimu. Na uczestników, oprócz warsztatów z wybitnymi twórcami, czekają pokazy oraz spektakl Teatru Sztuki Mimu "Współ-istnienie". Zgłoszenia do 21 maja.
Afisz kulturalny
...czyli CO, GDZIE I KIEDY
podane w telegraficznym skrócie...
WOKÓŁ KULTURY
Sepultura w Krakowie i Warszawie
21 kwietnia w krakowskim klubie „Studio” oraz dzień później w warszawskiej „Pro-gresji” zagra legenda trash metalu – Sepultura. U boku zespołu w roli gościa spec-jalnego wystąpi grający sludge metal Crowbar. Legendy gatunku suppor-towani będą przez zespoły Hamlet oraz Armed For Apocalypse. Bilety w cenach 85-99 zł do nabycia poprzez portal ticketpto.pl. AFI w warszawskiej Stodole
21 kwietnia na scenie warszawskiej „Stodoły” wystąpi horrorpunkowy zespół z Kalifornii. AFI będą promować wydany w 2009 roku album „Crash Love”. Krążek ten przez krytyków uznawany jest za najbardziej rockowy i melodyjny w historii zespołu. Bilety w cenach 99-120 zł do nabycia poprzez portal ticketpto.pl. Metro w katowickim Spodku
Już 22 kwietnia w Spodku zostanie wystawiony najbar-dziej rozpoznawalny polski musical. Premierę swoją miał w roku 1991 i od tam-tego czasu obejrzało go ponad milion widzów. Musical opowiada historię młodych ludzi, którzy próbują dostać się do świata showbiznesu. „Metro” zos-tanie wystawione dwukrotnie tego dnia, o godzinie 17.00 oraz 20.30. Bilety w cenach 50-120 zł do nabycia poprzez portal ticketpro.pl oraz w kasach biletowych. Thanks Jimi Festival
1 maja na wrocławskiej Wyspie Słodowej wystąpią legendy polskiej muzyki rockowej: Dżem i TSA. Obok polskich gwiazd wystąpi amerykański gitarzysta Greg Koch oraz Ray Wilson (znany z grupy Genesis) wraz ze swoim zespołem Stilskin. Festiwal odbywa się co roku i towarzyszy biciu gitarowego rekordu Guinessa. Bilety w cenach 49-60 zł do nabycia poprzez portal ticketpro.pl.
Martyna Dyjak
Czesław Śpiewa
Połączenie muzyki z kabaretem i teatrem wydawałoby się wręcz niemożliwe, jednak dobrze wiemy, że są ludzie, dla których „impossible is nothing” i którzy są gotowi podejmować różne wyzwania.
Czesław Mozil jest przy-kładem człowieka, który z prostych rzeczy potrafi zrobić cudo.
MUZYKA
Pochodzący z Zabrza woka-lista oraz kompozytor więk-szość swojego życia spędził w Danii, gdzie ukończył Royal Danish Music Academy. Jest założycielem duńskiej grupy rockowej Tesco Value, z którą w 2002r. nagrał album o takiej samej nazwie. W 2008r. pojawił się na Polskiej scenie muzycznej i od tamtej pory zachwyca swoim talentem. Jego pierw-sza płyta „Debiut” dwukrotnie osiągnęła status platynowej. Składa się ona z 10 utworów utworzonych na podstawie wierszy, które powstały dzięki Michałowi Zabłockiemu oraz internautom na czacie „Multipoezja” w Onet.pl. Nic dziwnego, że na tej płycie znajdują się utwory o tak wdzięcznych tytułach, jak: „Ucieczka z wesołego miasteczka”, ”Żaba tonie w betonie” czy „Wesoły kapelusz”. Wydawałoby się, że teksty Czesława są proste i naiwne jednak jak sam artysta twierdzi, jego piosenki zawierają „Hardco-re’owe prawdy o życiu”. 12 kwietnia 2010 muzyk planuje wydać kolejną płytę zatytu-łowaną „Pop”, która będzie poprzedzona singlem „W sam raz”. Czesław współ-pracował z takimi zespołami jak Hey czy Hurt, a ponadto z Gabą Kulką. Zespół ma na koncie wiele nagród, m.in. 3 Fryderyki 2009, dwie nagrody Polskiej Aka-demii Muzycznej w Londynie PAM Awards 2008 czy Złoty Glan 2008 oraz zajął 1 Miejsce w koncercie TOP za ilość sprzedanych płyt w roku 2008, na festiwalu Top Trendy 2009 w Sopocie. Czesław Śpiewa jest obja-wieniem Polskiej sceny muzycznej w najlepszym tego słowa znaczeniu. Tomek Lipiński stwierdził „Czesław to absolutnie wyjątkowe zja-wisko. Jego wrażliwość na dźwięki i słowa sprawia, że albo go kochasz, albo go nie znasz.” Nic dziwnego, że Czesław Śpiewa odnosi kolejne sukcesy. Jego muzyka jest magiczna i fantastyczna, a co najważniejsze jest inna od wszystkiego, co do tej pory słyszeliśmy.
Magdalena Grzywna
Już niedługo Jan A.P. Kaczmarek – jeden z najwybitniejszych polskich kom-pozytorów muzyki filmowej będzie ob-chodził swoje 57 urodziny.
MUZYKA "Należy być zwycięzcą, i to nie tak jak w Polsce, gdzie nawet ten, co przybiegł
na metę czwarty, to wybitny lekkoatleta. W kulturze
Ameryki zwycięzca to ten, który stoi na pudle nr 1,
reszta to przegrani faceci."
Urodził się on 29 kwietnia 1953 roku w Koninie jednak obecnie mieszka i pracuje w Los Angeles. Już od najmłodszych lat fascynowała go muzyka. Jego dziadek był skrzypkiem, a on sam był częstym gościem w poznańskiej filharmonii. Jednak prawdziwą przygodę z muzyką rozpoczął od współpracy z Teatrem Ósmego Dnia, dla którego komponował muzykę do spektakli, by następnie zająć się pracą na rzecz stworzonej przez siebie Orkiestry Ósmego Dnia. W roku 1982 rozpoczął swoje pierwsze światowe turnee w Stanach Zjednoczonych, które zaowocowało pierwszą płytą „Music For The End”. Po latach sukcesów postanowił na stale osiąść w USA, gdzie ponownie zajął się współpracą z teatrem, co przyniosło mu uznanie amerykańskich krytyków oraz prestiżową nagrodę Drama Desk.
Jednak Kaczmarek znany jest przede wszystkim jako kompozytor muzyki filmowej tworzonej zarówno do polskich jak i zagranicznych produkcji. Wśród tych pierwszych można wyróżnić film Andrzeja Seweryna „Kto nigdy nie żył…” z Michałem Żebrows-kim w roli głównej, czy spektakularne „Quo Vadis” w reżys-erii Jerzego Kawa-lerowicza, za które Kaczmarek otrzymał nominację do Polskiej Nagrody Filmowej Orzeł w kategorii muzyka. Współpracował także z Agnieszką Holland przy jej filmach: „Trzeci cud”, „Washington Square” i „Całkowite zaćmienie”. Jego muzyka pojawia się również w „Wieczorze” gdzie główne role grają Meryl Streep i Glenn Close, „Dzieciach Ireny Sendlerowej”, mini-serialu produkcji francuskoohiszpańskiej pt.: „Wojna i Pokój” zrealizowanego na podstawie powieści Lwa Tołstoja, a także w filmie, który przyniósł Kaczmarkowi największe i najważniejsze jak dotąd trofeum – Nagrodę Akademii Filmowej za muzykę do „Marzyciela” w reżyserii Marca Forstera gdzie, jak pamiętamy, główne role grają Kate Winslet i Johnny Depp.
Rok 2005 to rok pełen sukcesów dla polskiego kompozytora. Muzyka do „Marzyciela”
MUZYKA Słuchając nostalgicznych i wzruszających nut z filmu „Hachiko”, czy magicznych i bajkowych melodii znanych z „Marzyciela”, można jeszcze dogłębniej poczuć magię kina.
przyniosła Kaczmarkowi nie tylko Oscara, ale także nominacje do Złotego Globu i Nagród BAFTA w tych samych kategoriach. Później cenna oscarowa partytura została wystawiona na aukcję przy okazji XIV Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W tym samym roku otrzymał tytuł Honorowego Obywatela Mias-ta Konina oraz został poproszony o skompono-wanie muzyki upamiętniającej działalność „Solidarności”. Tak powstała Kantata o Wolności, której prawy-konanie odbyło się w czasie obchodów 25. rocznicy "Solidarności" w sierpniu w Gdańsku, a premiera we wrześniu w Poznaniu.
Muzyka Kaczmarka w cu-downy sposób nie tylko oddaje klimat każdego filmu, w którym się pojawia. Słuchając nostalgicznych i wzru-szających nut z filmu „Hachiko”, opowiadającego historię wiernego psa oczekującego wytrwale na swojego właściciela, czy magicznych i bajkowych melodii znanych z „Marzy-ciela”, można jeszcze dogłębniej poczuć magię kina i zachwycać się niezwykłym talentem Jana A.P. Kaczmarka.
Paulina Rzymanek
„Nostalgia Anioła”
RECENZJA
Peter Jackson przy-zwyczaił nas do spektakularnych fil-mów. Słowa wido-wiskowy, pełen rozmachu czy wyso-kobudżetowy są jednocześnie cechami charakterystycznymi dla filmów reżysero-wanych przez sławnego Nowozelandczyka. Chyba nie trzeba wspo-minać epickiej trylogii „Władca Pierścieni” czy superprodukcji „King Kong”, by potwierdzić słuszność tych słów. I tym razem Peter Jackson zabrał się za ekranizację książki. Można sądzić, że reżyser zaproponuje widzom swój charakterystyczny, przeładowany efektami
i patosem, styl. Jednak „Nostalgia Anioła” to film pełen zadumy i spokoju zrywający ze stereotypami dotyczącymi Jacksona, które można by mieć do tej pory.
Nazywam się Salmon, łosoś, jak ta ryba. Na imię mam Suzie. Miałam czter-naście lat, gdy zostałam zamordowana.
Tak na początku przedstawia się bohaterka. Film nie opowiada więc historii jej życia tylko „życia po życiu”. Suzie zostaje zamordowana przez swojego sąsiada i od tej pory obserwuje życie swojej rodziny z Nieba (a właściwie z krainy będącej Pomiędzy). Przyglądając się swoim najbliższym
i swojemu mordercy, analizuje i poznaje świat, który opuściła. Świat prze-dstawiony został cudownie podzielony na dwa: ten realny i ten niebiański. Można się domyślić, że właśnie to przyciągnęło uwagę Jacksona oraz za-chęciło go do zekranizo-wanie powieści Alice Sebold. Film od początku urzeka prostotą i dokładnością obrazu. Jest przepięknie zrealizowany, sceny nastę-pujące po sobie, czytelnie łączą się ze sobą, a se-kwencja śmierci głównej bohaterki została zaskaku-jąco i umiejętnie rozwiązana przez reżysera.
Filmy Jacksona nie mogą pochwalić się dosko-nałym aktorstwem, co wcale nie umniejsza ich warto-ści. Sprawa ma się inaczej w przypadku „Nostalgii Anioła”. Tutaj podziwianie gry aktorskiej to pra-wdziwa przyjemność. Zaczynając od młodej Saoirse Ronan, która mia- ła naprawdę niełatwe zadanie do wykonania. Jej rola będąca niezwykle trudną do zagrania posta-cią wypada świetnie. Młoda aktorka gra bardzo przekonująco i wiary-godnie oddaje postać swojej bohaterki. Innymi aktorami partnerującymi jej w filmie są Mark Wahlberg, Rachel Wiesz
i Susan Sarandon. Jednak to Stanley Tucci zasługuje, na wszystkie pochwały
i zachwyty. Mistrz ról drugoplanowych (ostatnio
RECENZJA Nazywam się Salmon,
łosoś, jak ta ryba. Na imię mam Suzie. Miałam czternaście lat, gdy zostałam zamordowana.
Tak na początku przedstawia się bohaterka.
grający u boku Meryl Streep w „Julie i Julia” czy w „Diabeł ubiera się
u Prady”) nareszcie dostał szansę by naprawdę się wykazać i pochwalić swoją charyzmą oraz talentem aktorskim. Doskonale spra-wdził się w roli czarnego charakteru, tworząc pra-wdziwie diaboliczną i złą postać. Jak już wiemy, za rolę George’a Harveya Stanley Tucci był nomino-wany do Oscara. Nagrody Akademii nie dostał, jednak możemy być pewni, że
w przyszłości doceni jego osiągnięcia.
Pomimo sprawnego pokierowania fabułą oraz cudownej wyobraźni, która pomogła Peterowi Jackso-nowi wykreować bardzo spójny obraz, film nie obył się bez wad, którymi, moim zdaniem, były znane już z „Powrotu Króla” dłużące się sekwen-cje „spojrzeń i west-chnień” oraz wyciskanie emocji z każdej możliwej sceny. Mimo swoistego przeładowania i w efekcie przedobrzenia scen inter-akcji między bohaterami film ogląda się bardzo dobrze. Ta spokojna
i delikatna „Nostalgia Anioła” może się podobać jako odskocznia od co-dziennego życia oraz piękny obraz nadziei i po-rozumienia mimo dzielących nas barier, nawet jeżeli są one tak ekstremalne jak Życie i Śmierć.
Paulina Rzymanek
„Legion”
RECENZJA
„Legion” to – przy-najmniej z założenia – apokaliptyczna wizja upadku naszej cywili-zacji, w której główną rolę odgrywać mają skrzydlaci słudzy Boży.
W rzeczywistości film stanowi przypadkową, zdawałoby się, mieszankę groteski, naiwności scena-riusza i scen, które wywołują w większym sto-pniu niesmak, niż cokolwiek innego. Podobne określenia można by mnożyć jeszcze długo – a nawet trzeba, jeśli chce się opisać film dokładniej.
Główna akcja „Legionu” rozgrywa się w przy-drożnym barze, na opu-szczonych krańcach pustyni Mojave. Paru mieszkańców oraz paru przypadkowych przybyszów, stanowiących akurat idealny przekrój przez różne warstwy spo-łeczne, postawy ideologiczne, jak również reprezentu-jących odmienne wiek, płeć, kolor skóry i sytuację życiową, staje w obliczu nieprawdopodobnych
i przerażających wydarzeń. Odcięci od wieści ze świata, muszą stawić czoła takim kataklizmom jak krwiożercza staruszka oraz biblijne plagi. Na szczęście, pomiędzy tymi nieprzyjemnymi sytuacjami, starcza im czasu na porywające dialogi, które mają prawdopodobnie na celu przybliżeniu widzowi profilów psychologicznych bohaterów albo też sprawienie, iż film osiągnął przewidywany czas trwania. A może jedno i drugie. Sprawy nabierają jednak tempa dopiero w momencie, kiedy do akcji wkracza Archanioł Michał (Paul Bettany), który gra tutaj rolę buntownika przeciw boskiej woli i zdradza bohaterom zamiary Boga, szczegóły niebezpieczeństw, które na nich czekają,
a także – rzecz najważ-niejsza i przecież nieodzowna – jedyną nadzieję i sposób na ocalenie ludzkości. Na tym nie kończą się nies-podzianki, którymi uraczyli nas scenarzyści, a każda następna jest tyleż gro-teskowa, co kiczowata. Nie można też powiedzieć, by zakończenie ratowało ogólny wydźwięk filmu – jeśli ktoś pozostaje
w kinowym fotelu do końca wypełniony nadzieją na pozytywną zmianę, opuści salę srodze zawiedziony.
Niestety, obsada aktorska także nie zdołała „Legionu” uratować, jeśli było jeszcze coś do ratowania. Znani i utalen-towaniaktorzy pokroju Paula Bettany’ego czy
RECENZJA Oczywiście, uznać można, iż film przeznaczony jest dla wąskiego grona odbiorców, wielbicieli horrorów klasy C, którzy traktują oglądanie takich dzieł jako specyficzną formę rozrywki.
Dennisa Quaida albo naprawdę nie popisali się tym razem, albo też ich talent został przyćmiony mnogością negatywnych bodźców. Akcja nie porywa, scenariusz nie zachwyca, bawią sceny, które w założeniu twórców raczej komiczne być nie miały. Wszystko to, zebrane razem, sprawia, że widz ma ochotę opuścić salę kinową wcześniej, byle tylko uciec od szeroko rozumianych okropieństw, które mają miejsce na ekranie.
Oczywiście, uznać można, iż film przeznaczony jest dla wąskiego grona odbiorców, wielbicieli horrorów klasy C, którzy traktują oglądanie takich dzieł jako specyficzną formę rozrywki. Tacy widzowie mogą uznać film – porównywany (przez co łaskawszych) do kultowych już wśród wielbicieli gatunku „Martwicy mózgu” czy „Dentysty” – za interesujący. Jednakże, jako ostrzeżenie dla pozostałych kinomanów, pozwolę sobie przytoczyć nieco może dosadny, ale dowcipny komentarz jednego
z użytkowników popularnego internetowego forum fil-mowego: „Jeśli się komuś na tyle nudzi, że rozważa obejrzenie tego filmu, to niech lepiej pokręci głową aż zwymiotuje - wyjdzie na to samo.” Tak więc, jeśli jeszcze nie widzieliście „Legionu”, a rozważaliście taką opcję, warto ponownie porządnie się zastanowić przed zrobieniem tego kroku.
„Była sobie dziewczyna”
Jeśli macie w kieszeni te paręnaście złotych i zasta-nawiacie się, na co je wydać, gorąco polecam wybranie się na film pod tytułem „Była sobie dziewczyna”.
RECENZJA
I już na wstępie trzeba za-znaczyć, że tytuł ów jest prawdopodobnie najgorszym, co spotka was podczas oglądania; polscy tłumacze popisali się po raz kolejny, zmieniając doskonale pasu-jący, wieloznaczny tytuł angielski „An Education” na coś, co ma się mile kojarzyć z czymś innym, co już kiedyś było w przemyśle filmowym. Pomijając jednak ten man-kament, który na szczęście większego wpływu na odbiór filmu nie ma, obraz Lone Scherfig wart jest wszelkich pochwał.
Cała rzecz dzieje się w latach 60., na przedmieściach Lon-dynu. Jenny (Carey Mulligan) jest młodą, zdolną dziewczyną, której postępy w nauce są dokładnie śledzone i kontrolo-wane zarówno przez pragma-tycznego ojca (Alfred Molina), jak i przez pokładających w niej duże nadzieje nauczy-cieli. Jenny jest pełna życia, ale także marzeń i oczekiwań wobec niego. Kocha sztukę, gra na wiolonczeli, fascynuje się Francją – marzy o wy-jeździe do Paryża i chodzeniu na koncerty. Jenny ma iść na uniwersytet w Oxfordzie, zdobyć świetne wykształcenie i ułożyć sobie życie. Nikt z jej otoczenia nie ma większych wątpliwości, że dziewczyna ten cel osiągnie. W tym jednak momencie zjawia się wiele od niej
RECENZJA
starszy mężczyzna imieniem David (Peter Sarsgaard), który jest dokładnie tym, o czym tak dziewczyna, jak i – co ciekawe – jej rodzice, mogli marzyć. Sza-rmancki, miły, dowcipny, obeznany w świecie, bywały, a do tego wyraźnie świetnie ustawiony materialnie, David swoim zainteresowaniem młodą Jenny może całkowicie zmienić jej świat, pokazać jej nieznane dotąd strony życia. I to właśnie robi.
Aktorzy zostali dobrani dosko-nale i widz z przyjemnością obserwuje, jak wywiązują się ze swoich obowiązków. Carey Mulligan swoją naturalnością zdobywa Jenny sympatię widowni; wystarczy, by Peter Sarsgaard raz się uśmiechnął, a widz już może wierzyć, że jest kulturalnym playboyem. Alfredowi Molinie, jak zwykle, udało się stworzyć postać, która jest bardziej skompliko-wana niż mogłoby się wydawać i budzi mieszane uczucia odbiorcy. Można w tym miejscu wspomnieć i o innych bohaterach dru-goplanowych, granych przez Rosamund Pike, Dominica Coopera, czy Carę Seymour, którzy, jeśli wypada nazwać ich tłem, tworzą to tło w naprawdę dobrym stylu.
Klimatu filmowi dodaje scenografia, kostiumy i mu-zyka. Dwa pierwsze przyczyniają się głównie do odtworzenia na ekranie życia z lat 60., z dbałością o szczegóły strojów, wystroju wnętrz, czy samochodów. Muzyka zaś wprowadza nie tylko w odpowiednie czasy, ale także w odpowiedni nastrój, daje znać o kręgach społecznych, w jakie w danym momencie wkraczamy, współgra z odczuciami bo-haterów, a często także – widza. Obraz, klasyfikowany naj-częściej jako dramat, ogląda się z przyjemnością, czasem z rodzącą się wewnątrz za-dumą, czy refleksją. Jednak pomimo tego, że film porusza ważne życiowe tematy, twór-com udało się uniknąć przyciężkawej atmosfery i mimo że z historii głównej bohaterki widz z pewnością wyciągnie jakieś wnioski.
Elżbieta Janota
AUTENTYCZNY
ROBIN HOOD
Produkcje filmowe oparte na motywach legendy o średniowiecznym ban-dycie Robin Hoodzie można by liczyć w dzie-siątkach.
RECENZJA
Z powodu wielokrotnych prze-róbek postaci i powstawania adaptacji w różnych krajach, Sherwoodzki banita stawał się coraz bardziej uprosz-czony. Idealizowano i uni-wersalizowano Robina do tego stopnia, iż jego postać nie tylko przestała przywodzić na myśl średniowiecze, ale nie wydaje się nawet osadzona w rzeczywistości angielskiej. Chodzi o elementy takie jak nieomylne decyzje, nienaganna higiena, niepraw-dopodobne szczęście i cel-ność, nowoczesny sposób myślenia i wypowiedzi, naiw-ne rozwiązanie akcji. Istnieje jednakże adaptacja powyższej legendy mogąca zadowolić najbardziej nawet wymaga-jących widzów…
DUCH ŚREDNIOWIECZA, ANGIELSCY ANGLICY
Mowa o „Robin z Sherwood” („Robin of Sherwood”, sce- nariusz: Richard Carpenter), brytyjskim serialu z lat 1983-1986, emitowanym również przez polską telewizję w czasie ostatnich dziesięciu lat. Film zdaje się nie mieć sobie równych, jeśli chodzi o wierność „duchowi Anglii”. Scenariusz z pewnością powstał w jego głębokiej świadomości, dlatego śred-niowiecze naprawdę jest tu średniowieczem, a Anglia i jej mieszkańcy przypominają samych siebie. Warto również wspomnieć, iż dzięki doborowi debiutanckiej ob-sady, role wykonywane są w sposób nie pretensjonalny, aktorzy pozbawieni są tak powszechnego w obecnych filmach zachwytu swoją grą.
Mentalność odrębnych grup społecznych została oddana w naturalny, nienarzucający się sposób. Oczywiście, obec-ny jest kontrast pomiędzy światopoglądem chłopstwa i władców, ale o wiele cie-kawszym i rzadziej spotyka-nym w innych produkcjach jest motyw kulturowej różnicy między Saksonami i Norman-ami. Mistyczna atmosfera oddaje klimat staroceltyckich wierzeń, których Chrześci-jaństwo nie zdołało do końca wykorzenić z umysłów XIIIwiecznych Saksonów. Są one przeciwstawione nor-
RECENZJA
mandzkiemu materializmowi. „Robin z Sherwood” nie szczędzi też krytyki Koś-ciołowi, realistycznie i bez przerysowywania dowodząc, iż nawet w średniowieczu, uznawanym za epokę religij-ności, wiara służy głównie za przykrywkę dla interesów kleru. Kompetentne odzwier-ciedlenie perspektyw posz-czególnych grup prowadzi do skutecznego ukazania relacji pomiędzy warstwami społecznymi w XIII - wiecznej Anglii. W dodatku, co bardzo ważne, bohaterowie posługują się przykładową staro-angielską leksyką i akcentem, a ich fizjonomia, charakte-ryzacja i ubiór zostały dobra-ne tak, żeby świadczyć o narodowości postaci i czasie akcji.
Podziw wzbudza muzyka – skomponowana specjalnie dla potrzeb serialu przez Clannad, irlandzki zespół folk, doskonale wywiązuje się ze swej roli budowania nastroju w serialu. Mocną stroną ścieżki dźwiękowej jest fakt, iż nie wyprzedza ona epoki ukazanej w filmie, do czego mają czasami ten-dencje nowocześniejsze adaptacje. Harmonijne me-lodie w „Robinie z Sherwood” są adekwatne do czasu i miejsca akcji, dzięki czemu odtworzony zostaje klimat tajemniczości i po gańskiej mistyki. W serialu istotne miejsce zajmują święta, symbole, znaczące lokalizacje i mity średnio wiecznej Brytanii, jak również obecność Herne’a Myśliwego, mentora głów nego bohatera. Elementy te pozwalają dostrzec, jak cienka granica oddziela rzeczywistość materialną od magicznej w Wiekach Ciemnych.
…I ŻYLI DŁUGO I SZCZĘŚ LIWIE
Warte uwagi są autentyczne postaci historyczne, które pojawiają się pośród boha-terów „Robina z Sherwood”. Niezaprzeczalne wrażenie wywiera postać księcia Jana Bez Ziemi, wzbudzającego strach poprzez postawę oscylującą pomiędzy kom-pleksami a szaleństwem. Niemniej, kreacja Ryszarda Lwie Serce wydaje się jeszcze mocniej przemawiać za wyjątkowością serialu.
RECENZJA "Serial „Robin z Sherwood”
osiągnął tak wielką popularność,
że zawarte w nim pomysły
doczekały się niedawno
powielenia"
Jak każdy zapewne dobrze pamięta, większość wersji historii Robin Hooda zostaje zwieńczona powrotem na ziemie angielskie prawowitego króla, który zaprowadza w państwie porządek i misja bohaterskiego banity dobiega końca. „Robin z Sherwood” nie rozczarowuje widza tak banalnym finiszem. Ryszarda państwo interesuje znacznie mniej niż potyczki i ekspans-ja, a legendę Robina i oddanie jego kompanii trak-tuje jako źródło rozrywki. Wkrótce znów wyjeżdża, a sytuacja w Anglii bynajmniej nie ulega poprawie. Upadek mitu zbawczego króla i wielkie rozczarowanie, jaki ten po sobie pozostawia nareszcie oddaje realizm życia, gdzie skomplikowane sprawy nigdy nie znajdą natychmiastowego rozwią-zania i gdzie nie istnieją władcy idealni. Dodatkowo, autentyzm ten przypomina o osadzeniu bohaterów w historii.
STARY POMYSŁ NAJLE-PIEJ SMAKUJE
Serial „Robin z Sherwood” osiągnął tak wielką popular-ność, że zawarte w nim pomysły doczekały się niedawno powielenia. Ów inspirowany serial produkcji BBC z lat 2007-2010 nazwa-ny po prostu: „Robin Hood” z Jonasem Armstrongiem w roli głównej może pochwalić się międzynarodową rzeszą fanów. Jednakże, oprócz ele-mentów ewidentnie odwzorowanych z omówionego powyżej poprzednika, serial BBC nie wprowadza nic twórczego do legendy o Sherwoodzkim banicie. Nawiązania do współczes-ności widoczne w każdym odcinku oraz zupełne oddalenie się świata przed-stawionego od średniowiecz-nych klimatów, chociażby przez patetyczną muzykę i przesadne efekty spec-jalne, przysparza filmowi krótkotrwałych wielbicieli. Komercja i unowocześnienie „Robin Hooda” nie może konkurować z autentycz-nością i mistycznością „Ro-bina z Sherwood”. Z biegiem czasu w pamięć zapadnie to, co zostało stworzone ze starannością i pasją, a tak właśnie było w przypadku produkcji Richarda Carpentera.
Anna Wodzicka
OSCARY NIE TYLKO
W AMERYCE
ROZDANO ORŁY 2010
CINEMANIAK
Tym razem w poszukiwaniu filmowych wrażeń cinemaniak nie musiał udawać się aż za ocean. W marcu po raz kolejny rozdano nagrody Polskiej Akademii Filmowej. Dla ciekawskich najpierw trochę historii: „Orły” czyli Polskie Nagrody Filmowe są przyznawane w 14 kategoriach, od 1999r aż do dziś. W czasie gali wręczania Orłów przyznawane są również specjalne nagrody za np. całokształt twórczości.
CINEMANIAK
Najczęściej nagradzanymi filmami w historii tych nagród był „Pianista” (2003) oraz „Rewers” – tegoroczny zwy-cięzca (oba filmy otrzymały po 8 Orłów).
Wyżej wspomniany „Rewers”, w reżyserii Borysa Lankosza zgarnął nagrody za najlepszy scenariusz, kostiumy, sce-nografię, muzykę, pierwszo– i drugoplanową rolę kobiecą, odkrycie roku oraz film.
Za najlepszego aktora został uznany Borys Szyc, grający w „Wojnie polskoruskiej” Xawerego Żuławskiego, na-tomiast nagrodę dla najl-epszej aktorki pierwszoplanowej zgarnęła Agata Buzek za rolę w „Rewersie”.
Pozostałe wyróżnienia:
Najlepszy aktor drugo-planowy: Janusz Gajos
Najlepsza aktorka drugopla-nowa: Anna Polony
Najlepsza reżyseria: Wojciech Smarzowski - „Dom zły”
Najlepszy film europejski: „Biała wstążka” Zdjęcia: Krzysztof Ptak – „Dom zły”
Scenariusz: Andrzej Bart – „Rewers”
Muzyka: Włodzimierz Pawlik – „Rewers”
Scenografia: Magdalena Dipont, Robert Czesak – „Rewers”
Kostiumy: Magdalena Biedrzycka – „Rewers”
Zaciekawił mnie fakt, iż takie filmy jak właśnie „Rewers” lub „Wojna polskoruska”, na polskich portalach filmo-wych są oceniane jedynie jako dobre, a nawet tylko przeciętne. Można zatem zauważyć jak bardzo czasem różnią się gusta zwykłych odbiorców i profesjonalnego jury, które decyduje o wrę-czaniu nagród.
Jak widać również i w świecie polskiego filmu dzieją się rzeczy, na które naprawdę warto zwrócić uwagę. Przyz-nam szczerze, że przed napisaniem tego artykułu sama niewiele wiedziałam o „Orłach”. „Polskie Oscary” są raczej imprezą kameralną, nawet nietransmitowaną w telewizji, więc trzeba poświęcić trochę czasu i uwa-gi, aby pośród wielu innych newsów, które pojawiają się np. w sieci, dojrzeć kilka słów o tym wydarzeniu. Jednak dla prawdziwego cinemaniaka nie ma rzeczy niemożliwych.
Joanna Osada
Czytać to nie zawsze znaczy to samo
RA - MÓW - KA
Wrażenie, które często towarzyszyło mi w latach mojej młodości (ach! kie-dy to było!) przy oglądaniu telewizji, było również najpewniej udziałem nie-mal każdego, kto się z odbiornikiem TV spotkał kiedykolwiek. Czy oni naprawdę mnie widzą? Czy mogę im bezkarnie pokazać język i wykrzy-czeć szpetnie (przepra-szam co wrażliwszych za ciężar słowa, które zaraz zostanie wyna-pisane) „Ciamajdy!”? A jeśli oni mnie stamtąd jednak zobaczą i powiedzą mamie?
Co charakterystyczne, takie uczucie niemal nigdy nie pojawiało się (przynajmniej u mnie!) podczas oglądania filmów/seriali/programów w których prowadzący pro-wadzi dyskusję z zapro-szonymi gośćmi (oto moja purystyczna odpowiedź na słowo talk show). Wtedy wszyscy wydawali się zajęci raczej sobą nawzajem, niż mną, będącym po drugiej stronie telewizyjnej szyby. Największe wątpliwości powstawały podczas serwisów informacyjnych, kiedy pre-zenter zdawał się mówić tylko do mnie (ewentualnie do nas, nie będę taki, podzielę się z wami… Proszę Pani, ja się chciałem z Jasiem podzielić, a Jasiu wziął mi aż pół Durczoka, proszę Pani!).
Praca prezentera musi być jedną z najdziwaczniejszych na świecie. Z boku wygląda to dosyć głupio: siedzi ogarni-turzony pan/ ożakietowana pani na eleganckim, skó-rzanym fotelu przy czystym, jak niemal zawsze, stole i wyrzuca z siebie słowa zupełnie w przestrzeń, jakby do nikogo. Do kogóż on mówi? Czy całkiem już zwariował? To jasne, praca, stresy, ciągła gonitwa. Nie dziwota, że biedaczek… Hej, hej, coś tu jest nie w porządku! On nie mówi od siebie, czyta z jakiegoś osobliwego ekranu! Czytać to i ja mogę, dajcie mi tylko jego pensję i telefon do jego fryzjera!
Czy w ogóle prezentera nachodzą w pracy jakieś problemy? Praca wydaje się łatwa, popularność wielka, finansowo korzystnie, szacunek wśród kolegów również najpewniej jest. Wystarczy zwykłe czytanie przygotowanego tekstu? Kiedy próbowałem sobie to jakoś wyjaśnić, bo
RA - MÓW - KA
przecież to wydawało się prawie niemożliwe, wymyś-liłem, że to forma nagrody za wcześniejszą, reporterską harówkę na szlaku z mikro-fonem. Może i tak, ale może i nie. Są przecież dzien-nikarze, którzy mimo wytrwałej pracy i dziesiątek materiałów, nigdy w tym szczególnym przeżyciu nie wzięli, a być może nigdy nie wezmą udziału. Nie ma sensu wymieniać nazwisk, jeśli ktoś chce się tego dowiedzieć, to wys-tarczy, żeby włączył telewizor wieczorem na którymś z programów informacyjnych, i zapytał samego siebie, których z wymienianych reporterów kiedykolwiek widział w studiu.
Co zatem jest potrzebne, żeby zostać prezenterem? Tak naprawdę nie wiem. Na pewno coraz bardziej niedoceniana sztuka głośnego czytania (pisanie niekoniecz-nie, ale daje dodatkowe punkty przy rekrutacji), odporność na stres równie wielka, co u zupełnie spokoj-nej i niesionej z prądem stułbi oraz całe dwa szeregi (dwuszeregi dyskwalifikują!) lśniących, bieluteńkich zębów. Tak poważnie, to naprawdę ich podziwiam. Każdy, komu choć raz było dane czytać coś w radiu (w telewizji pewnie tym bardziej!) wie, jaki to stres. Im większa publika, tym chyba trudniej. Osobiście mam doświadczenia z publiką bardzo niewielką, lecz i w takim przypadku czuje się, że nie można sobie z tego robić żadnych żartów, że to naprawdę poważne zajęcie.
I to pewnie wcale nie jest tak, że każdy, kto umie czytać, umie czytać na-prawdę. W sensie: czytać wszystkim i w każdej sytuacji. Ale i tak każdemu, kto by kiedyś chciał prezenterem zostać, życzę tego gorąco. Fantastyczne zajęcie!
Marek Suska
Rok 1984
Gdzieś kiedyś prze-czytałam, że „Rok 1984” Orwella to książ-ka prorocza, ponieważ wytwór wyobraźni au-tora ten jeden, oby jedyny raz, stał się rzeczywistością. Od tego czasu czekałam na moment konfron-tacji, a swoje spotkanie z tą książką wyobra-żałam sobie jako zacię-tą walkę.
KSIĄŻKI
Człowiek z "Roku 1984" wtłoczony w ciasny gorset zakazów i nakazów staje się ubezwłasnowolnionym produktem nacisków władzy. Człowiekiem manipuluje się tak, że sam zaczyna wierzyć w absurdy.” – przeczytałam. Jakże gorąco chciałam protestować! Ja, bo nie akceptuję nakazów, zakazów, przymusu. Bo się sprzeciwiam każdej próbie narzucenia swojej woli przez innych. Orwell pisze: „nic nie jest twoje, oprócz tych kilku centy-metrów sześciennych pod czaszką”. Zawsze wychodzę z założenia, że to tylko moje parę centymetrów sześcien-nych. I ta wolność to fakt, że można mówić, że dwa i dwa to cztery. „Z niego wynika reszta.” Totalitarne państwo, inwigil-ujące swoich obywateli, chcące poznać ich najskrytsze myśli, niedające chwili spo-koju i wolności. Modyfi-kowanie historii jest na porzą-dku dziennym. Zajmuje się tym Winston. Do jego obowiązków należy między innymi usuwanie nazwisk zlikwidowanych osób, po-prawianie błędnych prognoz rządu (tak, aby jego przewidywania okazały się trafne), wymazywanie nies-pełnionych obietnic rządu czy nawet pisanie od nowa całych artykułów, jeżeli są w całości niezgodne z "rzeczywistością". Odkąd pamięta, system kontrolował wszystkie dziedziny jego życia. Jadł chleb miłości, pił kawę/herbatę zwycięstwa, chodził do pracy do minis-terstwa prawdy, nawet spał i sikał tak, jak nakazała partia. Na poobiedniej przerwie zwanej „minutami nienawiści” darł się jak opętany bez żadnego powo-du, ponieważ partia chciała zobaczyć jego zaangażo-wanie. Historia zaczyna się w momencie, kiedy Winston po raz pierwszy popełnia myślozbrodnię. Czarnym wiecznym piórem pisze na
KSIĄŻKI tać, w co wierzę. Orwell nie pozostawia mi złudzeń. Pisze: „Jeśli jesteś człowiekiem, Winston, to ostatnim. Twój gatunek wymiera, a za spadkobierców ma nas. Czy nie poj-mujesz, że zostałeś sam jak palec? Wypadłeś poza nawias historii; nie istniejesz.”
Anna Żmuda
prawdziwym papierze, nie na fatalnej jakości „papierze zwycięstwa” lub czymś takim (wszystko było „zwy-cięstwa, miłości, prawdy[…]”) – w każdym razie pisze o swoim życiu. I że – nie jest pewien – ale kiedyś było chyba lepiej. Nie pamięta. I postanawia się dowiedzieć.
Nie chcę się rozdrabniać, fabuła jest bardzo rozbu-dowana, a absurd siedzi na absurdzie, więc – jako że mam skłonności do niezrozu-miałych porównań i przes-koków myślowych – mogła-bym przeholować. Ta książka jest ciężka, tę książkę trzeba odchorować, przetrawić ją. Bo czytać bezmyślnie nie ma sensu. Jej potworność polega na tym, że dla autora rok 1984 był odległą przyszłością (pisał ją w 1947r). I, czytając, widzimy do czego teoretycz-nie człowiek „zdolny” jest się posunąć, na jakie okro-pieństwa potrafi wyrazić zgodę. Świat Orwella jest światem tryumfu zła. A my nie mamy (na szczęście?) konieczności zmierzenia się z takimi problemami. Nie musimy stawać twarzą w twarz z naszymi naj-głębszymi lękami i w ich obliczu decydować o swoim człowieczeństwie. To pewnie dobrze. Tylko bardzo chcia-łabym wierzyć, że w ich obliczu potrafiłabym pamię
Tegoroczny zlot liczył ponad 2 tysiące uczestników, a co bardziej optymistyczni mówią nawet o 3 tysiącach, jednak oficjalne wiadomości odnośnie pobicia zeszłorocznego rekordu nie było, dlatego odważę się stwierdzić polubownie, że konwentowiczów nie było więcej niż 2,5 tysiąca.
Pyrkon 2010
Godziny jazdy PKP, 47 nieprzespanych godzin, zło, mhrok i bąbelki, czyli wszystko o jubileuszowym Pyrkońskim spotkaniu 26-28 marca 2010 w Poznaniu, który od 10 lat łączy miłośników fantastyki, horroru, a od dwóch lat także fanów anime i mangi.
REPORTAŻ
Jadąc na miejsce konwentu wspaniałą koleją polską, lekko spóźniona, zastanawiałam się, jak to będzie wyglądać. W zatłoczonym pociągu stojąc na korytarzu rozmawiając z koleżanką zupełnym „nieprzypadkiem” wypowiedziałyśmy nazwę konwentu. W końcu wymieniałyśmy nadzieje i marzenia dotyczące spotkań. Oczywistym było, że żadna z nas nie liczyła na spotkanie jakiekolwiek konwentowicza. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy nagle z przedziału wychyliły się głowy z uśmiechem na twarzy i retorycznym pytaniem „Też na Pyrkon? Właźcie, zmieścimy się!”. Tak zaczęło się wszystko. Poznań przyjął nas ciepło i przychylnie podstawiając nam poznańskich pyrkonistów, którzy niemal za rączkę zaprowadzili nas do szkoły, w której odbywał się konwent. Zgodnie z tym dość szybko zaczęliśmy integrację. Druga, już na większą skalę, odbywała się podczas gigantycznej kolejki do akredytacji. Dwie godziny stania na deszczu i mrozie! Noo… dobra. Rozpadało się dopiero o drugiej w nocy, czyli długo po zakończeniu akredytacji, a okrutny mroźny wiatr zerwał się krótko po świcie, jednak przyznacie, że brzmi to dramatycznie i niemal genialnie!
Już od samego początku czekało na wszystkich
REPORTAŻ Niektórzy szczęśliwszy mogli się nawet przespać.
Warunki pierwotne, jednak dla zmęczonego ciała
każdy zakamerek wydawał się luksusową sypialnią.
(wszystkie fotografie
- autorka tekstu)
dużo atrakcji. Ponad 300 godzin prelekcji, z czego pierwsze zaczęły się już w piątek o 16, choć nie mogę potwierdzić frekwencji na nich, z racji tego, że stałam w kolejce. Po zajęciu przytulnego kawałka podłogi w drugiej z wynajmowanych szkół, pozostawieniu bagaży można było śmiało korzystać z konwentowego bogactwa programowego. Ciekawe wykłady o tym, co robić, by wkurzyć Mistrza Gry dla graczy oraz warsztaty, jak prowadzić sesje, by były ciekawsze i żywsze dla MG. Oczywiście to wszystko działo się w teorii, a teorie w dużym nakładzie są nużące, dlatego można było spokojnie stać się członkiem mafii, przeżyć noc w muzeum, odegrać musical, jak również pograć w bitew-niaki i zwykłe karcianki, a także znalazły się tam 24-godzinne sale do karaoke i DDR! Każdy znalazł tam kącik dla siebie. I czas szybko upływał. Dlatego, co mniej wytrwali ludzie, mogli w spokoju położyć się spać w budynku objętym ciszą nocną, a inni mogli poświęcić czas na gry lub spotkania z nowo poznanymi osobami. Ludzie są jednak ludźmi i każdy przeżywa swój kryzys energe-tyczny, dlatego też bardzo częstym widokiem, przez cały czas trwania konwentu, byli uczest-nicy śpiący na stołach, w kątach lub zasypiający w połowie rozgrywki.
Na uwagę zasługuje podczas konwentu Cosplay, którego finał miał miejsce w sobotni wieczór, a którego uczestników można było spotkać wszędzie. Charakterystyczne, wyróżniające się z tłumu poprzebierane postacie spotykały się z życzliwymi uśmiechami i szczerymi życzeniami powodzenia. Odbywały się też prelekcje poświęcone w całości mandze i anime, które cieszyły się olbrzymią popular-nością. Bogactwo i różnorodność programu przyprawiała mnie czasem o nerwicę, ponieważ nigdy nie wiedziałam, na co wolałabym pójść „bardziej”. Moim mottem było spróbowanie wszystkiego, a czas był drastycznie skrócony przez zmianę czasu z zimowego na letni, co dawało tylko 47 godzin do wykorzystania.
Dlatego też wielu, jak i ja, ograniczyło czas spania do minimum. Przyznaję się do spędzenia jednej nocy podczas gry w LARP’a, a drugiej skakaniu do Stepmanii.
Każdy konwentowicz robił to na swój sposób. Niektórzy nawet spali…
Pomimo natłoku wydarzeń i chaosu mojej relacji konwent uważam za udany i wiem
REPORTAŻ
(ponieważ widziałam to na własne oczy), że organizatorzy wychodzili z siebie, żeby wszystko było jak najlepiej. Dziękuję im za to. Dziękuję gżdaczą, za ciężką pracę. Sama byłam gżdaczem i wiem, co to znaczy. Oraz dziękuję uczestnikom, którzy sprawili, że będę pamiętać ten konwent naprawdę długo.
Wciąż nie śpiąca
Anna Jasińska
Miało być o maturach.
Bo naczelni kazali.
Ale nie będzie, bo jak o maturze myślę, to widzę tylko całki i zaraz robi mi się słabo.
Końcówka roku szkolnego to dla trzecich klas liceum przecież nie tylko matura. To jeszcze ciągłe pytania: „Na co idziesz?”, zasta-nawianie się, czy lepiej studiować prawo czy ochronę środowiska, 30 km od domu czy na dru-gim końcu Polski, czy mieszkać w akademiku czy w mieszkaniu…
LICEUM
Ale przede wszystkim, to jest czas rozstań. Rozstań z ludźmi, z którymi spędziło się trzy lata i których przecież często przyjdzie nam zobaczyć dopiero na zjeździe absolwentów za lat jakiś dwadzieścia.
A człowiek niestety się przywiązuje… I niby jest naszaklasa, jest facebook, jest grono. Ale to już nie to samo, co siedzenie z kimś w jednej ławce, wydep-tywanie dróżki na szkolną palarnię czy wpychanie się do kolejki w bufecie. No i co teraz? Zawsze przecież można się skrzyknąć i wys-koczyć na kawę czy piwo. Ale i tak zapewne stanie na tym, że spotkają się te osoby, które do ewentualnego miejsca akcji mają najbliżej – czyli de facto te, na które najłatwiej wpaść w autobusie, tramwaju czy kolejce w Tesco.
I jak tu w tym wszystkim się nie martwić? Zawsze zostaje jeszcze odliczać już tylko dni do matury i nie przejmować się niczym innym, ale co będzie, kiedy tego dwudziestegoktóregoś maja zamkniesz za sobą drzwi wejściowe (czy też właściwie wtedy już tylko „wyjściowe”) i zorientujesz się, że na tym koniec? No, może jeszcze zostanie Ci kilka przyjemnych dni, polegających na leczeniu kaca po ostatniej imprezie klasowej – i to będzie prawdziwy „melanż os-tateczny”. Dalej już tylko mylenie doktorów z profe-sorami i profesorów z ma-gistrami. A tym samym zupełnie inni ludzie, z którymi spędzisz kolejne pięć lat swojego życia – tylko po to, żeby w okolicach roku 2015 znów mieć ten sam problem, co teraz…
Magdalena Kelniarz
Egzamin
dojrzałości
LICEUM Drżenie dłoni, zanik pamięci, ból brzucha... Prawie jak objawy poważnej choroby. Niestety, nie tym razem.
Zresztą, co tu dużo mówić, każdy przeciętny licealista doskonale zna to uczucie, kiedy przed sprawdzianem zamienia się w chwilowo wegetującą roślinkę. Teraz wyobraź sobie, że symptomy tego nadzwyczajnego stanu otępienia wzmagają się stukrotnie. Istny horror. Lecz spokojnie, wszystko jeszcze przed Tobą... Zacznijmy jednak od po-czątku.
Udając się do liceum/ technikum (niepotrzebne skreślić) obiecujesz sobie, że weźmiesz się w garść, że nareszcie wykażesz się entuzjazmem do nauki i tym podobne. Po pierwszym miesiącu wciąż wierzysz w to, że będziesz pilnym ucz-niem. Dopiero po zakoń-czonym semestrze zdajesz sobie sprawę, że chyba nic z tego. Bez nadziei na poprawę sytuacji brniesz dalej przez codzienny trud licealnego życia.
Pierwszy rok mija, podobnie jak następny. Jeżeli dotarłeś do trzeciej klasy bez jakichkolwiek zaliczeń, po-prawek, czy innych tego typu, gratulacje. Należy Ci się wpis do Księgi Guinessa.. No, przynajmniej powinien.
Klasa maturalna. Półmetki i inne tego typu imprezy już za Tobą. Masz 18 lat i uważasz, że jesteś dorosły i nikt Ci nie podskoczy. Chyba zniszczę czyjeś wyobrażenie o tej granicy wieku. To, że jesteś pełnoletni, nie oznacza wcale, że musisz być dojrzały. No dobrze, fizycznie może i wyglądasz jak osoba dorosła, ale psychicznie jeszcze wiele Ci brakuje. Przed Tobą najważniejszy sprawdzian w życiu.
Jego nazwa sieje postrach i zwątpienie wśród licealistów. Brzmi bowiem: MATURA. Niby zwykłe, nic nieznaczące słowo, ale od niego zależy jak potoczą się Twoje dalsze losy. Zdasz? Brawo! Krzycz! Skacz z radości! Może nawet oblej to z przy-jaciółmi. Co jednak, jeśli się nie uda? Co, gdy zabraknie
LICEUM
dosłownie 1%? No cóż, spotkamy się wtedy za rok. Bądźmy jednak dobrej myśli.
Wszystko zaczyna się na początku klasy III. Nau-czyciele (o przepraszam, profesorowie) usilnie próbują uprzykrzyć Ci życie, wciąż przypominając, że czas najwyższy na powtórkę materiału. Ty jednak wiedząc, że masz jeszcze mnóstwo czasu, na wszystko sobie bimbasz, tak jak to było w latach poprzednich. Niestety nie jest to chyba najlepszy pomysł.
Na nieszczęście całego narodu wprowadzona została obo-wiązkowa matura z ma-tematyki, co wszystkich przyprawia o ból głowy itp. Zresztą, wyniki egzaminów próbnych z tego właśnie przedmiotu, które o ironio odbywały się, co miesiąc, nie były zadowalające. Wręcz, że tak ujmę: JEDNA WIELKA MASAKRA. Ale tak, tak. Bądźmy optymistami. Wszyscy zdamy. Ja pocieszę się faktem, że do tego „wspaniałego” wydarzenia pozostały mi jeszcze 2 lata.
Czas już najwyższy by pewne rzeczy sobie przy-pomnieć. Jednakże trzecio-klasiści, prawdopodobnie w jakimś ułamku uważają się za supermózgi i na pytanie: jakie przygotowania? Odpowiadają, że jeszcze mają dużo czasu. Pstryk. Czar prysł. On biegnie i macie go coraz mniej. No, ale to by było na tyle o negatywnych stronach bycia maturzystą. Pozytywów troszkę też się znajdzie. Jakby na przykład zakoń-czenie roku w kwietniu. Z pewnością żal odchodzić od kochanych belfrów i przyjaciół, a ludzie mówią, że najlepsze lata życia, to te spędzone w liceum i na studiach. Pewnie po części kłamią. Wszyscy uwielbiają dojeżdżać do szkoły i zbierać zgrabne jedyneczki, ale jakby nie spojrzeć, poznajemy tam też wiele ciekawych osób. Cóż, swoje ględzenie zakończę w sposób całkowicie nieszablonowy. My możemy tylko trzymać kciuki, a reszta w Waszych rękach. Tak, więc do nauki supermózgi, superlenie i inni superludzie.
Marta Pawłowska
Rekrutacji czar...pfu, koszmar!
(Przed przeczytaniem skontaktować się z lekarzem lub farmaceutą. Autorka jako mitomanka, aspirująca do miana Królowej Kontrowersji, zaleca niewiarę w niemalże każde słowo, jakie wypłynie spod jej klawiatury.)
Według najnowszych ba-dań amerykańskich nau-kowców jakieś dziewięć dziesiątych studentów studia wyobraża sobie w klubie... lub w klubie.
STUDIA
Nieliczni decydują się przystąpić do organizacji studenckiej. I (nie)chwała im za to.
Nadejście wiosny uchodzi za przebudzenie. I to całkiem słusznie, bo nawet w Orga-nizacji pojawia się życie po zimowej plusze; po zimnych i brudnych tramwajach; po ciężkiej sesji egzaminacyjnej i jeszcze cięższej sesji poprawkowej; po burzliwych pertraktacjach z rektorem o zatwierdzenie prowizorium budżetowego. Zdecydowanie wiosna wy-budza z letargu i na dzień dobry narzuca tyle wydarzeń o podniosłej wadze, że nie wiadomo, gdzie ręce włożyć. Projekty gonią projekty, podania o dofinansowania piętrzą się na biurku, do patronów medialnych trzeba jeździć i przypominać o pow-rocie i tu jakby na złość koń-czy się marzec, a prowizorium budżetowe szlag trafia i trzeba negocjować budżet. Istne urwanie głowy i na dokładkę pojawia się jeszcze najwięk-sze nieszczęście ze wszystkich – rekrutacja.
Standardowo rekrutacje do organizacji studenckich i kół naukowych odbywają się tuż po rozpoczęciu roku akademickiego, kiedy przy-chodzą świeżo upieczeni absolwenci szkół średnich. Są pełni zapału, chęci i spra-wiający złudzenie, że nigdy nie dosięgnie ich wypalenie zawodowe. Wędrówki ludów i działaczy niestety wpisują się w charakterystykę Orga-nizacji, dlatego też organizuje się tzw. rekrutacje uzupełnia-jące. I to właśnie one są zmorą wszystkich adeptów sztuki zarządzania zasobami ludzkimi, czyli haerki (od HR, ang. human resources). Człowiek jeszcze dobrze nie wróci ani fizycznie, ani myślami z Alp lub znad kartki z zadaniami ze sta-tystyki, a tu każą projektować plakaty, organizować stoiska promocyjne, wymyślać apli-kacje i co gorsza (!) je sprawdzać. I siedzi potem
STUDIA
taki niewypoczęty działacz (niewypoczęty, czyli zły) na tych wszystkich roz-mowach i nic a nic nie inte-resuje go, czy dany aplikant zmierzył się kiedykolwiek z trudnościami w pracy grupowej albo czy prze-jawia zdolności godne li-dera z prawdziwego zda-rzenia. Nic a nic!
Po odsiewie części chętnych wybitnie nienadających się do współżycia w obrębie jednego projektu lub działu, zbiera się loża szyderców na ćwiczeniach grupowych i tam skrzętnie notuje, wstawia same zera w arkuszu kompetencji i oczernia kandydatów ile wlezie. I te ćwiczenia ciągną się w nies-kończoność i wykończonemu siedzeniem cały dzień na czterech literach „ocenia-czowi” wydaje się, że każda kolejna grupa uprawia coraz to większe banały, kopiuje cudze pomysły i tak w ogóle to jest całkowicie na nie.
Czas jednak płynie nieubła-ganie i po wielu nieprzes-panych nocach przychodzi wreszcie koniec ćwiczeń grupowych – trzeciego i ostat-niego etapu przeciętnej rekrutacji. Następnie na jednym burzliwym (i oby jak najkrótszym) spotkaniu decyduje się ostatecznie o przyjęciu danej rzeszy kandydatów lub o brutalnym pozbawieniu ich marzeń o działaniu w szeregach Organizacji. Rekrutacja jest zakończona i już, teraz, natychmiast pakujemy się i jedziemy na wyjazd integra-cyjny!
Ale hola hola... to nie takie proste, bo i czasem może pojawić się pewna drobna złośliwość losu, czyli list od oburzonej osoby, której nie udało się przejść skomplikowanej, trójstopniowej rekrutacji. I zaprawdę rację mieli ci prorocy, którzy pojawianie się tego listu przewidzieli i nawet jego treść podali. A była ona następująca:
Droga Organizacjo!
A mogę wiedzieć, czy Ci, którzy reklamowali piwo przeszli pozytywnie rekru-tację?
Ja jestem w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka - w ru-chu religijnym, którego członkowie nie zajmują się reklamą ani promocją alkoholu. Podpisałam taką deklarację 10 i pół roku temu. Od tamtego czasu nie piję piwa, nie reklamuję ani nie namawiam. To byłoby wbrew mojemu sumieniu. Skoro ta organizacja zajmuje się reklamą alkoholu to jest organizacją ateistyczną - gdyż wiara katolicka działa raczej antyalkoholowo - w celu zapobiegania alkoho-lizmowi, przemocy w rodzi-nach z powodu alkoholu itd.
Z poważaniem,
Osoba Nieprzyjęta
I szlag trafia wyjazd in-tegracyjny i piękny plan zapomnienia o rekrutacyjnym koszmarze! A Organizacja się głowi, troi i myśli, jak by tu na tak oczywistą potwarz zareagować. Zwołano więc pospolite ruszenie i przyjechali szydercy z najgłębszych zakątków akademika, zabierając ze sobą cały zapas szyderstw. Postanowiono spokojnie usiąść i w tej godnej Platona pozycji wymyśleć błyskotliwą strategię i przy okazji dyplomatyczną odpo-wiedź do Osoby Nieprzyjętej. Tyle, że... jak siedli, tak dalej siedzą i z tego wszystkiego przegapili reko-lekcje wielkanocne. Tego właśnie można było się spodziewać – w końcu to ateiści, pijaki i śmiertelni wrogowie rekrutacji.
Magdalena Kondracka
Nie wychylać się!
Wyobraź sobie prawo, można powiedzieć, nieśmier-telne. Istniejące od zawsze i na zawsze.
Prawo, którego nie można obalić, ani sprzeciwić się mu. Bardzo ciężko się o nim rozmawia, bowiem każda, chociaż najmniejsza publiczna wypowiedź jest w gruncie rzeczy wystąpieniem przeciwko temu prawu.
Dlaczego jest ono takie nadzwyczajne?
KOMENTARZ
Jest to bowiem najprostsze, najjaśniejsze prawo, które pozostaje od wieków w niez-mienionej formie, opisujące nas, ludzi. Od kiedy istnie-jemy i dopóki istniejemy, będzie ono wciąż aktualne. Jest to tzw. Prawo Jante.
Chciałbym podać przykład, który najlepiej zobrazuje Ci zasady, jakich dotyczy to tajemnicze „Janteloven” (oryginalna, duńska nazwa prawa Jante). Wyobraź sobie dwie ulice. Jedną małą, ciem-ną, a zarazem wyludnioną, drugą zaś dużą, ruchliwą, po której spaceruje wielu ludzi. Jak myślisz, w którym z tych miejsc, jeślibyś się położył z bólem na ulicy, otrzymałbyś pomoc lub choć-by cień zainteresowania? Pewnie pomyślałeś o tej zatłoczonej, ruchliwej ulicy, jednak ta odpowiedź nie jest wbrew pozorom taka oczywista. Odpowiedź brzmi: tak w pierwszym, jak i w drugim przypadku, musiałbyś liczyć na niebywały łut szczęś-cia. Leżąc na pustej ulicy, musiałbyś się modlić, aby ktoś szczęśliwym przypad-kiem akurat tamtędy prze-chodził. Wtedy, jeśli byłby choć odrobinę rozsądny i wrażliwy, z pewnością by Ci pomógł. Druga sytuacja zaś jest o wiele bardziej skomplikowana…
Nie trzeba być wykształconym psychologiem, aby wiedzieć, że tłum rządzi się własnymi prawami. Tutaj myśli i pog-lądy jednostki są lekce-ważone. To nie pojedynczy człowiek ma rację, tylko MY mamy słuszność. To NAS masz słuchać i NAM się podporządkować. Jeśli myślisz inaczej, a, co gorsza, spróbujesz pisnąć choćby słówko sprzeciwu, automa-tycznie jesteś zmieszany z błotem i uznany za „zdraj-cę”. To właśnie tego zjawiska dotyczy prawo Jante, które dociera do każdego człowieka, jednym prostym zdaniem: Nie wychodź niepotrzebnie przed szereg, nikogo nie interesuje kim jesteś, bądź przeciętny i anonimowy – to najlepsza droga przez życie. Muszę ze smutkiem stwierdzić, że zdecydowana większość z nas wiedzie życie zgodne z prawem Jante. Zaś każdy z nas, choć jeden raz w ciągu swojej wędrówki przez świat, postąpił w sposób gloryfikowany przez to prawo. Już widzisz, dlaczego nie możesz, w razie potrzeby, liczyć na innych? Nikt nie chce się wyróżniać, zrobić tego, co podpowiada mu wewnętrzny „dobry duszek”, aby nie złamać przypadkiem Janteloven.
Wracając do drugiej sytuacji, dziejącej się na ruchliwej ulicy. Jak na pierwszej ulicy musiałbyś liczyć na kogo-kolwiek, kto akurat by tamtędy przechodził, tak na drugiej, konieczny byłby Ci o wiele większy fart. Tylko człowiek rozsądny, myślący samodzielnie, ale przede wszystkim odważny mógłby przełamać barierę, jaką stworzyłoby otoczenie między tobą a innymi ludźmi. A takich osób jest naprawdę niewiele.
Dzień w dzień, od ponie-działku do piątku obserwuję w mojej szkole ciekawe zjawisko. Chodzę do klasy
KOMENTARZ
o profilu społeczno- prawnym, jednakże po tym, co codziennie obserwuję, można śmiało rzecz, iż jest to klasa, o ironio, jedna najbardziej aspołecz-nych w szkole. Zdecydowana większość ucziów, z całą pewnością, nie myśli samo-dzielnie, abstrakcyjnie. Nie ma własnych poglądów, własnego spojrzenia na wiat, we wszystkim, ze wszystkimi się zgadza, byle były to rzeczy proste, łatwe do przyjęcia. Co najbardziej boli, największą zbrodnią jest dla nich, jeśli spróbujesz wyrazić swoją własną, sprzeczną z ogółem opinię… Cóż, nie będę się tu więcej rozczulał. Powiem jedno, szczere zdanie: mam ich wszystich, używając eu-femizmu, gdzieś. I każdy rozsądny człowiek, który kiedykolwiek coś więcej osiągnął, poradzi Ci z pełnym przekonaniem to samo. Jeśli chcesz osiągnąć coś w danej dziedzinie, jak również myśleć samo-dzielnie oraz kreatywnie, musisz przede wszystkim mieć silną psychikę. Rób swoje, śmiej się ludziom w oczy, nie słuchaj zazdrosnych, pełnych zawiści głupców, którzy się na niczym tak naprawdę nie znają. Dzisiejszy świat potrzebuje ludzi kreatywnych, „buntowików”. Bez nich nie będzie posępu. Jeśli w tym, jakże niebez-iecznym, postępuącym kulcie przeciętności nie znajdziemy ludzi, którzy powiedzą „nie”, to strach pomyśleć, co się stanie ze światem oraz jego potomswem. Paulo Coelho, wielki braylijski pisarz, ale również myś-liciel, chcąc dotrzeć do swoich czytelników, sformułował tzw. antyprawo Jante. Zapoznaj się z tymi słowami i niech się one staną przewodnim hasłem Twojego ża: „Jesteś więcej wart, niż myślisz. Twoja praca i twoja obecność na Ziemi są ważne, nawet jeśli w to nie wierzysz. To prawda, że myśląc w ten sposób, możesz mieć wiele pro-blemów, ponieważ łamiesz prawo Jante. Jednak nie daj się nikomu zakrzyczeć, żyj bez strachu, wygrasz.”
Marcin Jasiński
Aspekty psychologiczne w Auschwitz
Tym razem nie będzie bezpośrednio o mózgu, naszych myślach, lecz o psychologicznej interpretacji bardzo ważnego wydarzenia w dziejach Europy, czyli o ekster-minacji w obozach Auschwitz - Birkenau.
PSYCHOLOGIA
Akurat tak się złożyło, że w dniach 29.03-31.03 prze-bywałem na trzydniowym wyjeździe edukacyjnym w Oświęcimiu, organizo-wanym corocznie przez mojego nauczyciela historii w ramach przedświątecznych okazji do refleksji. Miałem okazję brać udział w licznych wykładach i warsztatach naukowych na różne tematy, które często nawiązywały do sfery psychologicznej.
Przenieśmy się w lata 1940-1945, czyli okres działania obozów koncentracyjnych w Auschwitz. Z różnych źródeł historycznych jasno wynika, że Hitler i jego współpracownicy doskonale znali zagadki ludzkiego umysłu. W 1933 na terenie III Rzeszy powstały pierwsze obozy mające na celu wyniszczenie ludzkiego umys-łu, co w konsekwencji prowadziło do wyniszczenia fizycznego. Pomysł budowy obozu w Polsce zrodził się w 1939 roku. Wkrótce tereny w Oświęcimiu i Brzezince stały się symbolem eses-mańskiego terroru, a w póź-niejszych latach także eksterminacji Żydów. Wszyst-ko zostało doskonale zaplano-wane i przetestowane przed wprowadzeniem w ży-cie, o czym świadczy chociaż-by bardzo dokładna doku-mentacja (której większa część została jednak
PSYCHOLOGIA
zniszczona przed wyzwoleniem obozu). Naziści przygotowali się na to, że człowiek będzie myślał o ucieczce i ocaleniu, stąd zredukowali praktycznie do zera szanse. Przede wszystkim zadbano o odpowiednią dyscyplinę. Więźniowie nie mogli wiele ze sobą rozmawiać, zabro-nione były jakiekolwiek przyjaźnie, sojusze, bądź wspieranie bliskich osób. Więźniowie Auschwitz byli całkowicie odizolowani od świata. Niemcy pragnęli, aby człowiek przerodził się w niemyślące zwierzę, dla którego liczy się tylko przeżycie. Stąd też obniżone do minimum racje żyw-nościowe, katorżnicza praca, krótki okres snu, dotkliwe kary i sankcje, czy wszechobecny terror ze strony SS. Ucieczka była praktycznie niemożliwa. W Auschwitz zadbał o to podwójny drut kolczasty, przez który przepływał prąd, a w Brzezince dodatkowo fosa. To wszystko powodo-wało wyłączenie świadomej (czyli najbardziej twórczej, kreatywnej) części mózgu. Dorosły człowiek ważący około 30 kilogramów nie myślał o miłości, braterstwie, przyjaźni czy sprawiedliwości. Walczył niczym zwierzę o swoje indywidualne przetr-wanie. Przez więzienia w Auschwitz- Birkenau przewinęło się ponad 400 000 niewolników i tylko 800 (!) podjęło próbę ucieczki.
Wróćmy do teraźniejszości. Chociaż 27 stycznia 1945 roku Auschwitz przestało funkcjonować, jego echa słyszymy do dziś. Każdego roku do tutejszego Muzeum przybywa ponad milion zwiedzających i w każdym z nich pozostaje wiele przemyśleń. Nie bez kozery tereny te nazywane są „blizną europejskiej historii”. Ludzie poznający przeszłość byłych obozowiczów, zmieniają pog-lądy na wiele spraw związanych z ich życiem. Podkreślają to także więźniowie, którzy przeżyli terror II wojny światowej. Kazimierz Piechowski po odzyskaniu wolności odzyskał także na nowo sens życia. Nie obraził się na cały świat, nie zaczął zabijać, lecz rozpoczął propagowanie miłości i wolności. Mimo swych 90 lat i zachowanej w pamięci okrutnej przeszłości wciąż zachowuje pogodę ducha i podróżuje po całym świecie.
Podsumowując, mam nadzie-ję, że choć w małym stopniu przedstawiłem Wam sztuczki psychologiczne stosowane w Auschwitz i ich znamiona w czasach teraźniejszych. Niemcy doskonale wszystko zaplanowali i ich pomysły w dużej mierze okazały się „sukcesem”. Na podstawie tak przykrych wydarzeń można wywnioskować do jak niezwykłych pomysłów zdolny jest nasz umysł. Większość z nas nie po-myślałaby nawet, że będąc w takim stanie mogłaby jeszcze żyć.
Maciej Kulina
22 kwietnia:
Ogólnoświatowy
Dzień Ziemi
WYDARZENIA Wyobraź sobie, że jesteś małą rybką, beztrosko pływającą w morzu z innymi przedstawicielami Twojego gatunku.
Twe małe, szaleńczo bie-gające oczka zachwycają się różnorodnymi kolorami i kształtami raf koralowych. Nagle otacza Cię czarna chmura. Przestajesz widzieć, wpadasz w panikę, nie możesz złapać oddechu. Dusisz się. A teraz zastanów się, czy chciałbyś, żeby spotkał Cię taki los? Na pewno nie. Tymczasem wiele niewinnych zwierząt i roślin umiera, dlatego, że Ty spiesząc się, zostawiłeś włą- czony komputer.
Świat umiera. Z każdą se- kundą wytwarzamy ogromne ilości spalin, które niszczą ozon w atmosferze, dzięki czemu przyczyniamy się do powiększenia dziury ozono-wej, a co za tym idzie, topnienia lodowców. Do czego jeszcze przyczyniają się spaliny? Do powstawania kwaśnych deszczy, które przenikają do gleby, zatru-wając wodę, którą później pijemy; niszcząc rośliny, które później jemy i które wytwarzają tlen, tak niezbędny do życia nie tylko nam.
Jeśli te argumenty Cię nie przekonały i jesteś człowie-kiem z bryłą lodu zamiast serca, to może zainteresuje Cię to, że kwaśnie deszcze mają wpływ, na Twoją cerę i niszczą Ci ubrania.
A teraz spójrz przez okno. Piękny, naturalny krajobraz zaśmiecają tony niepotrzeb-nych odpadków, które szpecą i zanieczyszczają środowisko. Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Otóż 22 kwiet-nia obchodzimy ogólnoświa-towy Dzień Ziemi. W tym dniu wszyscy rozpoczynając od przedszkolaków, a kończąc na nadpobudliwych sąsiad-kach, wypełzają na ulice miast i oczyszczają je ze śmieci.
Gdyby nie ten mały gest
WYDARZENIA Mam nadzieję, że da Wam to do myślenia. To przecież tylko jeden dzień! Rękawiczki można zmienić, ręce umyć... Ziemia niestety jest tylko jedna i czas o nią zadbać, bo jej na nowszy model nie wymienimy.
w stronę Ziemi, nie bylibyśmy w stanie odróżnić wysypiska od chodnika, łąki czy pod-wórka. Jednak większość z nas nie ma najmniejszej ochoty oderwać się od kom-putera, książki czy innej bardzo ważnej i nie cierpiącej zwłoki sprawy i pomóc śro-dowisku, tym samym za-pewniając następnym poko- leniom czyste i nie prze-siąknięte smrodem i subs-tancjami chemicznymi po-wietrze, jakie sami za-staliśmy, przychodząc na świat. Wolimy liczyć na kogoś innego, aby odwalił za nas tę jakże brudną robotę.
W tym miejscu zakończę swoje intelektualne wypociny. Mam nadzieję, że da Wam to do myślenia. To przecież tylko jeden dzień! Rękawiczki można zmienić, ręce umyć... Ziemia niestety jest tylko jedna i czas o nią zadbać, bo jej na nowszy model nie wymienimy. Zadbajmy o naszą planetę, abyśmy mogli cieszyć się jej pięknem przez następne kilkaset lat. Zresztą, na tyle chyba nas stać...
Marta Pawłowska
Nie zapomnij!
Kolejna krew w nowym, pełnym nadziei, XXI wieku została rozlana. Tym razem po Łubiance i Parku Kultury, stanowiąc smutną kontynuację tragedii, która dotyka zarówno samych Rosjan jaki inne narody Rosji.
AKCENT KOŃCOWY
Choćby ktoś bardzo się starał, nie przepchnie mi przez głowę tej wytartej, stalinowskiej maksymy, że śmierć pojedynczego człowieka to tragedia, śmierć tysięcy - tostatystyka. Łubianka to co najmniej 26 ogromnych tragedii, a Plac Kultury – 12. To nietylko liczby, bo za każdą z nich kryją się niewyobrażalne dla przeciętnego człowieka dramaty. Indywidualne, jednostkowe, bardzo żywe, niezwykle bolesne.Nie opowiem wam historii pojedynczych ofiar tej katastrofy. Nie znam jej – być może niedługopoznamy tamtych ludzi, ludzi dla ziemi już umarłych. Scenariusz dla całej grupy jest znowu takzaskakująco podobny do wcześniejszych. Oto zwyczajni ludzie, tacy jak ja czy ty, rozpoczynająswój dzień, jednak dzieje się coś, coś, co nie tylko zakończy dla nich ten nieszczęsny poranek, alei wszystkie ziemskie dni. Nie wiem, co mogli w tej chwili myśleć, nie wiem, czy w ogóle coś myśleli. Nie chcę im wkładać do głów patetycznego pytania: dlaczego ja? Bo stałeś bliżej, bo wydawałoci się, że obok tej kobiety będzie spokojnie. Tragikomiczne odpowiedzi. I nie, nie będę rozsądzał o tym, kto w rosyjsko - czeczeńskim sporze ma rację, nie interesujemnie to teraz, nie interesuje mnie to, gdy pro-wadzi się owce na rzeź. Nie stanowi usprawiedliwienia dla samobójczej masakry na przypadkowych ludziach żadna tragedia własnego narodu. Nic nie może również uzasadnić wyżynania ludności, której jedyną winą jest jejmiejsce zamieszkania. Och, dobrze wiem, że to oburzenie nic nie da, że nic nie zmieni, że jest tylko daremnym płaczem nad ludzką, wzajemną nienawiścią. Niestety często jest tak, że: zadarmo, to można co najwyżej dostać w mordę.Niczego nie zmienię, jestem za mały. Okropnie bezsilny, wręcz bez-wolny, agresywniewtłoczony w cywilizację Zresztą, po co biadolić nad cywilizacją? Lepiej spojrzeć na siebie, nasiebie samego. Gdzie jest człowiek? Nie robię z tego filozofii. Ten tekst ma tylko jedno nauwadze: tamtych ludzi. Którzy głosu już nie mają, choć to zawsze żywi chcą być ich słowami,ich wolą. I padną następne ciała. W imieniu umarłych.Tamci ludzie. Nie zapomnij o nich jutro, za tydzień, za miesiąc, za rok. Ich nie zabili jacyśabstrakcyjni terroryści, tylko inni ludzie, najprawdziwsi ludzie. Zdesperowani, doprowadzeni dorozpaczy, lecz wciąż – ludzie. Wspomnij na umarłych. Jeśli wierzysz – pomódl się.
Wieczny odpoczynek, racz zmarłym dać, Panie, a nam pomóż pojąć rozmiar naszych zbrodni.
Marek Suska