Musisz zainstalować flash player pobierz instalator




Nr 8 Czerwiec 2010
Wydanie czerwcowe
cena 1zł

Łaknący Otwarcia Szkolny Informator Uczniowski str. 3-5 str. 15-16 str. 10-12 str. 19-20 str. 13 str. 21

Spis treści

Dzień Dziecka Recenzja Oczami Żółtodzoba Anno Domini 7403 Co słychać w sporcie? Wiersz Drogi Czytelniku, masz w rękach przedostanie w tym roku szkolnym wydanie ŁOSIA. Co oznacza, że za miesiąc wakacje, na które tak wszyscy czekamy. Mamy nadzieję, że ten numer umili Ci czas, gdy tak naprawdę trzeba już ''walczyć'' o oceny i pisać ostatnie sprawdziany. Całą redakcją trzymamy kciuki za trzecioklasitów, aby dobrze poszły im testy, ale także i Was wszystkich, których dopadł końcoworoczny stres. Redakcja ŁOSIA Dzień Dziecka
Czas dzieciństwa jest najpiękniejszym i najbardziej beztroskim okresem w całym życiu człowieka. Pamiętajmy o tym i cieszmy się nim jak najpełniej i oby trwało ono, jak najdłużej!


Międzynarodowy Dzień Dziecka jest świętem wszystkich dzieci całego świata. Oficjalnie jest ono obchodzone od ponad pół wieku i na zawsze wpisało się w kalendarz. Celebruje się go we wszystkich państwach, jako Dzień Praw Dziecka lub pod nazwą Powszechnego Dnia Dziecka. Różnicą jest tylko data, kiedy w danym państwie jest obchodzony. Ale jest to święto ponadnarodowe a przykładem tego jest fakt, że to Organizacja Narodów Zjednoczonych zarządziła jego obchodzenie. W rezolucji z 1954 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ zaleciło wszystkim państwom organizowanie Powszechnego Dnia Dziecka. Zaapelowało tym samym, aby wykorzystać te obchody do propagowania idei braterstwa i zrozumienia pomiędzy dziećmi całego świata, jak też do promowania działań na rzecz ich pomyślnego rozwoju. Jednocześnie Zgromadzenie wystąpiło z sugestią, aby każde państwo organizowało obchody w dniu, w którym uzna je za właściwy. ONZ zadecydowała, że sama będzie to robić 20 listopada w rocznicę uchwalenia przez Zgromadzenie Ogólne Deklaracji Praw Dziecka w 1959 r. oraz Konwencji Praw Dziecka z 1989. Większość państw przyjęła sugestię ONZ i święto dzieci wprowadziła w ciągu następnych kilku lat. Również większość z nich zadecydowała, że najodpowiedniejszym do tego dniem jest wspomniany 20 listopada.



Tak wyglądało formalne wpisanie Światowego Dnia Dziecka do grona oficjalnych świąt. Jednak o najmłodszych mieszkańcach naszej planety zaczęto myśleć już wcześniej. Zanim ONZ wpisało je do swego kalendarza to dedykowanie dzieciom szczególnego dnia w kalendarzu miało miejsce w 1924 r. w Szwajcarii w Genewie. Liga Narodów reprezentowana przez przedstawicieli ponad 50 krajów na wniosek Międzynarodowego Związku Pomocy Dzieciom przyjęła uchwałę zwaną Deklaracją Praw Dziecka. Przyznanie dzieciom praw, których nie miały do początku XX stulecia stało się przełomem na drodze do uznania dzieci za pełnoprawnych obywateli społeczeństwa. Ten dzień w kalendarzu poświęcony właśnie im miał uświadamiać i przypominać dorosłym, że dziecko nie jest przedmiotem, ma prawo do życia, ochrony i pomocy i to wszystko jest gwarantowane Deklaracją Praw Dziecka, której preambuła głosiła: „Mężczyźni i kobiety wszystkich narodowości uznają, że ludzkość powinna dać dziecku wszystko, co posiada najlepszego i stwierdzają, że ciążą na nich, bez względu na rasę, narodowość i wyznanie” W 1949 r. Światowa Federacja Kobiet Demokratycznych uznała dzień 1 czerwca za najbardziej odpowiedni dla manifestacji problemu ochrony dzieci przed złem naszego świata. Inicjatywę podjęły władze krajów bloku socjalistycznego traktując ją jako propagandowe narzędzie walki politycznej i wprowadzając święto do swoich kalendarzy. W Turcji i Meksyku Dzień Dziecka obchodzi się w kwietniu, australijskie maluchy świętują w październiku, kanadyjskie w listopadzie, kubańskie w lipcu, a węgierskie i norweskie w maju. Japońskie dzieci świętują na „dwie tury”. Najpierw 3 marca dziewczynki, a 5 maja chłopcy. Ci drudzy w swoim dniu wywieszają przed swoimi domami kolorowe karpie z papieru nazywane „Koinobori” lub „Satsuki-Nobori”. Symbolizują one rodziców - ojciec to karp czarny, matka czerwony, a niebieski to syn. Liczba tych ostatnich wskazuje na liczbę potomków męskich w rodzinie, z którymi utożsamiana jest siła karpi. We Francji odpowiednikiem Dnia Dziecka jest Święto Rodziny obchodzone 6 stycznia. Inicjatorem Dnia Dziecka była organizacja zwana „The International Union for Protection of Childhood”, której celem było zapewnienie bezpieczeństwa dzieciom z całego świata. Jednym z elementów celebrowania święta w naszym kraju jest mający miejsce od 1994 roku zwyczaj, że w Dzień Dziecka 1 czerwca obraduje Sejm Dzieci i Młodzieży. Dziś dzieci nie wyobrażają sobie, że mogłoby być inaczej. Dzień Dziecka nie kojarzy im się z ciemnymi kartami historii i znamiennymi datami. Nie zdają sobie sprawy, że dzisiejsze przemiłe, kolorowe święto zaledwie pół wieku temu określiło ich człowieczeństwo i status społeczny. Nie wnikają w przeszłość, swoje przywileje



i prawa traktują jako przynależne a czasem nawet uciążliwe, protestując przeciw konieczności nauki, czy opiece ograniczającej ich zachłanność na życie. W kalendarzowym Dniu Dziecka oczekują zwiększonej dawki przyjemności, łakoci, prezentów, organizacji imprez i większej swobody. Przecież to ich dzień. Tęczowy dzień uśmiechu i radości, jeden z najważniejszych i najobfitszych w roku. W naszej cywilizacji dorośli powinni uważać każdy dzień za dzień dziecka. Nie, dlatego żeby, na co dzień obdarowywać je drogimi prezentami, ale, po to żeby przekazywać im miłość, opiekować się nimi i troszczyć oraz przekazywać wrażliwość na świat i uczyć szacunku do otaczającego nas ze wszech stron świata, bo dzieci są teraźniejszością i przyszłością. Powinniśmy walczyć o ich prawo do życia, nauki i zabawy. Niestety już pod koniec XX wieku i dziś, gdy jesteśmy w XXI coraz częstym przypadkiem jest to  że większość rodziców walczy tylko o poprawę standardów. Chcą oni słonecznym pełnym przepychu dzieciństwem zapewnić swoim pociechom, jak najlepsze warunki dla ich rozwoju. Zapominają, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze. Dobra i świat materialny przysłoniło wszystko to  co jest tym najwartościowszym. Paweł Andrejczuk, kl. 2gB Fantastyka



Czarodzieje i wojownicy dosiadający smoków kontra obcy w ultranowoczesnych statkach w bitwie o władzę nad wszechświatem, pod nimi nieświadome wojny, totalitarne państwo pełne złych upiorów, oszalałych ludzi, okropnych mutantów i dobrych bohaterów. To wszystko? Nie. Fantastyka. Termin znany. Wszyscy mniej więcej wiedzą, o co chodzi. Jednak często zostaje zastąpiony mianem „fantasy”. To tak jakby określać muzykę rockową po prostu słowem „punk”. Fantasy, podobnie jak punk, jest częścią większego zakresu literatury (czy też w drugim przypadku muzyki). Fantastyka to dziedzina sztuki i kultury – wchodzą w to wszystkie filmy, książki (którymi się właśnie zajmę), gry itd. Od innych różni się bogactwem wymyślonych istot, miejsc, zdarzeń itp. Cała rzeczywistość może być wykreowana przez wyobraźnię autora. Występuje tu duża swoboda. Twórca może wszystko zmienić. Najczęściej jednak pozostają podstawowe prawa fizyki, jak grawitacja. Jest to oczywiste, więc się o tym nie wspomina. Przedstawia się raczej różnice między wyimaginowaną rzeczywistością a światem, który znamy. Generalnie fantastykę dzielimy na trzy gatunki: fantasy, science fiction (fantastyka naukowa) i horror. Po angielsku nazwy brzmią tak samo, a całą dziedzinę określa się „speculative fiction”. Znane nam początki fantastyki umiejscawia się zazwyczaj w XIX wieku. Tacy pisarze jak E. T. A. Hoffmann czy E. A. Poe są jednymi z pionierów. Między dzisiejszymi książkami a ówczesnymi dziełami istnieje ogromna różnica w stylu pisania. Juliusz Verne i H. G. Wells są klasykami gatunku. To właśnie oni są uważani za twórców science fiction. Gwałtowny rozwój fantastyki nastąpił na początku XX wieku, kiedy popularne stały się tanie, kolorowe pisemka, jak „Weird Tales” czy „Amazing Stories”. To w nich rozwijała się cała dziedzina literatury. Tam też publikowali swoje opowiadania pierwsi pisarze fantastyki. Z czasem stało się to tak



popularne, że na większą skalę zaczęto wydawać całe powieści w twardych okładkach. Coraz szerszy zakres poruszanych tematów doprowadził do podziału na gatunki. Fantasy składa się przeważnie z historii umiejscowionych w przeszłości lub współczesności. Powszechna jest magia i dziwne istoty. Dzieli się na takie podgatunki jak: 1) low fantasy (najczęściej w czasach historycznych, ukazując alternatywną przeszłość); 2) high fantasy (realia są wymyślone przez autorów jak w przypadku Śródziemia czy Narni); 3) heroic fantasty (znane też jako magia i miecz, polegające głównie na przygodach wojowników czy czarowników, np. w Conanie Barbarzyńcy) oraz 4) urban fantasy (rozgrywa się we współczesności, gdzie występuje magia, np. „Amerykańscy Bogowie” Neila Gaimana). Najważniejsi autorzy to przede wszystkim: J. R. R. Tolkien, C. S. Lewis, Robert Howard, George R. R. Martin, Lord Dunsany. Do gatunku wiele wniósł też Terry Pratchett, nadając swoim utworom humoru. W science fiction występuje jeszcze więcej podgatunków. Najbardziej znane: 1) hard sf (technologia ma większe znaczenie); 2) soft sf (liczą się raczej stosunki międzyludzkie); 3) space opera (akcja rozgrywa się na statkach kosmicznych); 4) inner space (przeciwieństwo do space opery – zdarzenie następują na planetach, często z obcymi gatunkami); 5) cyberpunk (ścisły podgatunek stworzony przez Williama Gibsona); 6) fantastyka socjologiczna (w tym antyutopie z „1984 rokiem” i „Nowym, wspaniałym światem” na czele) i 7) postapokalipsa (o wydarzeniach po wielkiej katastrofie). Najważniejsi pisarze to  Isaac Asimov, Athur C. Clarke, Philip K. Dick, Robert A. Heinlein, Ray Bradbury i Stanisław Lem. Horror jest często klasyfikowany poza fantastyką. Ma na celu wzbudzenie strachu u czytelnika. Pierwsi pisarze grozy to Edgar Allan Poe i H. P. Lovecraft. Współcześnie za mistrza tego gatunku uznawany jest Stephen King. Horror często opowiada o duchach, demonach, potworach i o tajemniczych, przerażających zdarzeniach. Inni znani autorzy horrorów to  Graham Masteron, Clive Baker, Richard Matheson, Brian Lumley i Anne Rice. Ponadto istnieje wiele powieści lub opowiadań, które łączą różne gatunki i podgatunki. Fantastyczny element stanowi dodatek jak np. w twórczości Kurta Vonneguta znanego przede wszystkim z czarnego humoru. Nie zawsze da się dokładnie sklasyfikować dzieło, ale nie ma to większego znaczenia. Za najlepszego polskiego pisarza fantastyki jest uznawany Stanisław Lem, którego „Solaris” znane jest na całym świecie. Innym polskim autorem, który tworzył głównie fantastykę socjologiczną był Janusz A. Zajdel, który napisał min. „Limes Inferior”, „Paradyjza”, „Cała prawda o planecie Ksi”. Najbardziej znani Morderstwo w czarnej czapce



współcześni polscy fantaści to  Andrzej Sapkowski, Jacek Dukaj, Andrzej Pilipiuk, Jarosław Grzędowicz, Andrzej Ziemiański, Maja Lidia Kossakowska, Jacek Piekara i inni. Wiele osób uważa fantastykę za coś niewartego straty czasu. Jest wiele takich tekstów, ale istnieją też prawdziwe dzieła, które warto przeczytać. Niejedno ma w sobie treść, której zwykła książka nie mogłaby zawierać. Często skłaniają do myślenia naukowców (hard sf), polityków (jak uniknąć spełnienia się antyutopii) czy też historyków (historia alternatywna – co by było, gdyby…). Ponadto wiele ma w sobie filozoficzne przesłania o sensie istnienia, człowieku na tle wszechświata i o całym mnóstwie innych spraw. Z drugiej strony fantastyka ma w sobie wiele rozrywkowych rzeczy, za co niektórzy ludzie ją lubią. Fantastyka przeniknęła już do kultury i sztuki, zajmując swoje miejsce. Moim zdaniem powinna mieć równe prawa, jak inne dziedziny. Jest wiele dzieł, które powinniśmy znać, jak lektury szkolne. Warto znać takie cykle, jak saga o Śródziemiu, „Opowieści z Narni” czy „Diuna”; albo też pojedyncze powieści: „1984 rok” Orwella, „451 stopni Fahrenheita” Bradbury’ego lub „Solaris” Lema. Krzysiek Matkowski, kl. 2gB Zza czarnych drzwi słychać było tylko strzępki rozmowy. W zirytowaniu ciekawskich pomóc miał też fakt, że nie dało się zobaczyć kto właśnie wymienia argumenty- tak można powiedzieć w najdelikatniejszym stopniu, bo prawdę mówiąc kłótnia, która miała miejsce przy wejściu do Teatru, w samym środku Godivy, była burzą z piorunami dla kogoś ze stoperami w uszach. - Nie życzyłem sobie żadnych kondolencji! Żadnych!- Pierwszy odezwał się młody jegomość z czarną czupryną. - Ciszej, ciszej!- Druga osoba wydawała się spokojniejsza, lecz to pewnie za sprawą naprawdę długiej kariery aktorskiej w rolach dystyngowanych stoików i starszych panów.



- Do diabła z tym! Nie mam zamiaru przyjmować na łamach gazety sztucznych wyrazów współczucia.- Twarz mężczyzny przeszedł grymas pokazujący obrzydzenie i żal. Żal dla głupoty. - Uspokój się! Tak na pewno nie będziemy rozmawiać! - Wysyłasz mi jakieś bzdurne kondolencje i jeszcze zachowujesz się jak mój ojciec! A do tego chyba już zupełnie nie masz prawa! - Powtarzam ostatni raz: ścisz szanowną jadaczkę, bo zadzwonię do tego twojego gliniarza. - Spróbuj!- Ciekawe, ale to w jego głosie, a nie starszego, można było usłyszeć jad. - Spróbuj! I tak ci się to nie uda! - Rzekł jeszcze młodzieniec i ruszył w stronę drzwi. Nie miał zamiaru dłużej męczyć się w teatrze. Kiedyś dawało to mu satysfakcję. Teraz… Tylko chęć wymordowania kolegów, a raczej Wilhelma. Gdy zbiegł pod stromych schodach prowadzących do wyjścia awaryjnego zobaczył dawną znajomą. - Mary! Mary!- Rudzielec obrócił się i przyspieszył kroku.- Mary, nie udawaj, że mnie nie słyszysz! - Ronald… Ronald?- Dziewczyna powoli obróciła głowę po raz drugi i się zatrzymała. - Tak, a myślisz, że kto?- Odburknął urażony jej ucieczką Ron. Miał ochotę zostawić ją na ścieżce i wrócić do domu, który właściwie nie był już jego. A jak nie do domu, to do baru. - Nie denerwuj się. Poczekałam w końcu. - W końcu. - Jak to znosisz? -A jak wyglądam?- Mary przyjrzała się Ronaldowi od stóp (odzianych w wątpliwej czystości lakierowane buty) do głów (a właściwie jednej głowy, nie ubranej w nic oprócz buszu tłustych, czarnych włosów). - Szczerze? - To chyba jasne. -Beznadziejnie. – Za to wszyscy kochali Mary. Mówiła wprost. Wprost, ale z jakąś troską, przyjacielską radą.- Ale nie martw się. Kiedyś będzie lepiej. - Kiedyś…- Powątpiewanie u Ronalda nie było tym razem ironiczne ani na pokaz. -Wiem, że łatwo mówić, ale naprawdę się nie martw.- Mary przejechała ręką po jego czuprynie.- Chodź na herbatę. Będzie dobrze!- Dodała jeszcze dziewczyna i już ruszyła w stronę herbaciarni. Nawet z odległości stu metrów dało się wyczuć aromatyczny zapach rumianku, malin i wszystkiego najpiękniejszego co nos może poczuć. Usiedli przy dębowym, lakierowanym na miedziano stoliku. Krzesła były wątpliwej jakości i zdatności do siedzenia, lecz nie przeszkadzało to nikomu. Wyjątkowy nastrój herbaciarni po prostu nie pozwalał patrzeć na takie szczegóły i bzdury. Za szklanym oknem w ciemnobrązowej framudze, ozdobionym tysiącami zasuszonych pomarańczy i cytryn stały sosny, jodły i świerki- najbardziej zielone z towarzystwa. Ich OCZAMI ŻÓŁTODZIOBA



gałęzie delikatnie kierowały się ku ziemi. Wiatr rzucał nimi we wszystkie strony. Z niemal czarnego nieba siąpiła ulewa. - Opowiedz mi jak to się stało? - Nie. Ty najpierw wytłumacz dlaczego nie chciałaś się zatrzymać, gdy tylko zauważyłeś, że to ja cię wołam?- Ronald musiał wiedzieć. Jak to on. - Nie możesz pozostać w błogiej niepewności? - Nie mogę. - W takim razie ja już sobie pójdę.- Rzekła Mary i zaczęła pakować telefon, klucze i woreczek świeżo zakupionej lawendy do ogromnej granatowej torby. Deszcz walący w szyby coraz bardziej dawał się we znaki. Przeradzał się w coś, na co aż żałuję się dostojnego słowa "deszcz". - Nie idź. Widzisz przecież jaka pogoda… - Nie pójdę. Ale pod jednym warunkiem… - Nie musisz kończyć.- Znowu go pokonała. Normalnie nikomu to się nie udaje. Ale oczywiście, Mary to Mary.- Nie spytam znowu. Przynajmniej nie teraz. - Mam nadzieję. Powiedz mi  więc proszę, jak to się stało? I gdzie On jest?- Zawsze intrygował ją On. jego charakter, ucieczki, niezgłębienie przez ludzi. - Nie wiem ani jednego, ani drugiego. Co do morderstwa to mam zamiar się dowiedzieć… Ola Wójtowicz, kl. 1gA No i zobaczcie, mieliśmy nadzieję i ochotę na takie ciepłe, miluchne dni, chcieliśmy, żeby nas otulały puszystą, słoneczną kołderką, więc wychodzimy z domu w letniej sukience i szpilach à la Victoria Beckham… a tu klops! Dwunastocentymetrowe szpile zapadają się w błocie, sukienka moknie, a po żółtych od pudru policzkach płyną fale lakieru do włosów. I macie słoneczną pogodę. Dużo wody w Kanale Ulgi upłynie, zanim Żółtodziób wdzieje okulary przeciwsłoneczne i wyjdzie boso, rozkoszować się słonecznymi promieniami. Z tym wyjściem boso to będzie ciężko, bo podjazd pod Żółtodziobowski dom jest wyłożony żwirem. Co do wdziewania okularów też ma się zastrzeżenia, bo wasza kochana autoreczka nosi



okulary "normalne", od pewnego czasu sklejone dzielnie kropelką. Wdziewanie rozmaitych innych rzeczy natomiast w ogóle jej nie przeszkadza. Robin Hood, na przykład, w klasycznej wersji nosi zielony kapelutek z piórkiem i grube rajtuzy. Może nie wygląda w tym zbyt męsko, ale za to na pewno szykownie. Oglądałam wersję z 1991 (Kevin Costner jako Robin) i nie zauważyłam kapelutka ni rajtuz, była natomiast peleryna, która efektownie powiewała, gdy uciekał przed rozszalałym Szeryfem (jak zawsze boski Alan Rickman, który w tym filmie ślini się przy każdej możliwej okazji – jak umiera, jak się złości i jak wrzeszczy) na białym koniu (to znaczy, Robin miał tego białego konia, a nie Szeryf – ciemnisty charakter). A oto na ekrany kin (u nas to jest tylko jedno, nazywa się Helios, ale wycieraczka przed nim wciąż pręży się swym różowym napisem "Kinoplex") wchodzi kolejny Robin Hood, w którego wciela się zakrwawiony, nieco zarośnięty, ale wciąż przystojny Russel Crowe. Jest on reklamowany jako "prawdziwy mężczyzna", który nie nosi rajstopek ani wspomnianego kapelusza. I to, co najdziwniejsze, jako pierwszy. Co jeszcze dziwniejsze, gwiazdami nowego Robina ma być Robin (nie domyślaliście się, co?) oraz jego dziewczyna ze snów, Marian (Marion w innych wersjach – Marian brzmi po polsku trochę mało dziewczęco, co?). przypominam, że głównym wątkiem była od zawsze walka z nikczemnym Szeryfem Nottingham o wdzięcznym imieniu George, czyli Jerzy. Wątek miłosny był subtelny i romantyczny, przy czym bywał okraszany dźwiękami piosenki Briana Adamsa. No i gdzie tu ten Szeryf, ja się pytam? Szeryfowie bywają też na Dzikim Zachodzie. Na tym Zachodzie to niekiedy naprawdę bywa dziko. Przykładowo jest taki serial, "Bonanza", którego Jedynka przestała emitować niedawno. Nie boją się hordy rozszalałych fanów napadających na budynek? W serialu tak bywało. Zwykle Szeryf (miasta Virginia City) był albo bezbronny, albo też knuł jakieś niecne plany. W drugim przypadku zwykle buntował przeciwko młodym, gniewnym i odważnym Cartwrightom całe miasto. W pierwszym tak bał się złoczyńców, że nawet przed Cartwrightami udawał, że wszystko jest okej. Ale, jak śpiewał Bajm, to chociaż wszystko jest okej, to czegoś wciąż mi brak. Bajm pytał, ja odpowiadam. Mnie nagminnie brak jakiegoś dobrego jedzonka, na przykład ciasteczek (o których wspominaliśmy w poprzednim felietonie). Innym – mojemu kochanemu kotu na przykład – brak kawalera. Biedna Dufa ma już cztery lata i jeszcze nie miała kociątek. A ponieważ druga kocica, Misiątko, prawdopodobnie się ich spodziewa, to Dufa wpadła w depresję i wyżera kotlety. W wyniku wyżerania mama się wścieka, ale co ma Dufiątko robić, po prostu zajada problem, a że kotlety na widoku i nie przykryte, kuszące, to czemu by nie zjeść? Ja sobie myślę to samo, gdy widzę, powiedzmy, nienaruszoną tabliczkę czekolady (najchętniej truskawkowej, mniam). Tabliczka jest taka samotna, więc ja się



nią (z czystej litości i dobroci serca, rzecz jasna) zajmuję, a potem na mnie wrzeszczą, że jem za dużo słodyczy. Sprawiedliwość po prostu ucieka do lasu w takich momentach. Dodajmy do tego pesymistycznego stwierdzenia, że przecież Robin Hood też musiał walczyć z bezprawiem i niesprawiedliwością (pod postacią Szeryfa), a także o serce swej ukochanej. Ale o tę ukochaną starał się też Szeryf. W "Księciu Złodziei" (tej wersji z 1991) ukochana ma wyjść za Szeryfa, lecz to Robina całuje, no i w końcu Szeryf zostaje zadźgany przez Robina. No  nie do końca zadźgany, to brzmi zbyt makabrycznie – Robin po prostu wbija mu nóż w serducho. Ukochana stoi i piszczy, ale to jej nie przeszkadza rzucić się bohaterowi na szyję. Jak będzie w tym roku? Może Robin nareszcie zginie? Może Szeryf w końcu go zabije w rewanżu za wieczne przegrywanie? Bo raczej nie zrobi tego nikt inny – każdy Robin Hood musi mieć swojego Szeryfa. Kasia Jaroszewicz, kl. 1gB Co słychać w sporcie?
Podczas gdy na zewnątrz panowały burze i deszcze, w wieczór 22 maja odbył się tegoroczny finał Ligi Mistrzów. Bayern Monachium mierzył swe siły z Interem Mediolan. Mecz rozegrano w  Madrycie. Piłka dwukrotnie znalazła się w bramce.


Za każdym razem sprawcą był zawodnik z Mediolanu – Argentyńczyk Diego Milito. Zapewnił swojej drużynie puchar, z wynikiem 2 0. Włoska drużyna zdobyła go po raz pierwszy od 45 lat. Kolejny miesiąc mija też w Formule 1, a my możemy już cieszyć się kolejnymi zwycię-stwami Roberta Kubicy. Polak mimo wyraźnie słabszego bolidu niż w kilku innych zespołach, wciąż pokazuje klasę. Wprawdzie podczas GP Hiszpanii zajął 8 miejsce (pierwszy był Mark Webber z Red Bulla), ale w GP Monako dotarł do mety jako trzeci. Lepszy był jedynie duet Red Bulla – Mark Webber i Sebastian Vettel. Kubica jeździł szybciej niż kierowcy z takich teamów jak Ferrari czy McLaren. Na ostatnim wyścigu w Turcji Robert startował z siódmej pozycji, a dotarł jako szósty. Pierwsze miejsce zdobył Lewis Hamilton z McLarena, drugie jego kolega z teamu – Jenson Button. „Kolega” jest wymuszo-nym określeniem, bo między tą dwójką rozegrał się pojedynek, podobnie jak w przypadku kierowców z Red Bulla, którzy mogli mieć dwa pierwsze miejsca. Jednak drugi Vettel postanowił wyprzedzić Webbera, w związku z czym wypadł z toru, a jego kolega zajął najniższe miejsce podium. To spowodowało wysunięcie się McLarena na szczyt rankingu konstruktorów. Wśród zawodników najlepszy jest dotychczas Mark Webber, za nim Jenson Button, a po nim Lewis Hamilton. Robert Kubica znajduje się 6 miejscu. Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w RPA już niebawem. Zaczną się 11 czerwca, a skończą 11 lipca. Będzie to pierwszy mundial rozegrany na kontynencie afrykańskim. Naszej reprezentacji nie zobaczymy. Za to będzie można obejrzeć mecze innych zespołów. W tym przypadku mamy szczęście, bo w Korei Północnej nie będą mieli takiej możliwości poprzez telewizję publiczną (z powodów politycznych). 29 maja odbyła się walka o pas mistrza świata wagi ciężkiej organizacji WBC. W jednym narożniku stanął obrońca tytuły – Witalij Kliczko, a w drugim polski bokser – Albert Sosnowski. Polak trzymał się długo – aż 10 rund, po których jednak przegrał. Krzysiek Matkowski, kl.2gB Co dalej z Haiti?
Mimo, że od trzęsienia ziemi na Haiti minęło parę miesięcy nie znaczy to że sytuacja wygląda tam teraz wspaniale. Media przestały informować o bieżącej sytuacji i tak naprawdę coraz bardziej my sami oddalamy się od tej niegdyś nagłośnionej w telewizji "tragedii".


Setki osób dalej mieszkają w prowizorycznych obozach namiotowych, ze złym węzłem sanitarnym. Brakuje lekarzy i lekarstw jak i odpowiednich miejsc na składowanie śmieci. Za niedługo rozpocznie się tam trwająca do lipca, poprzedzająca huragany, pora deszczowa. Jako, że na Haiti nie ma zbyt wielu drzew, błoto zacznie się osuwać wraz z terenem. To oznacza, że obozowisko ma tak naprawdę bardzo małe szanse, aby przetrwać. Co więc z budową domów? Jeden tzw. dom do złożenia, potrzebuje minimum tygodnia, aby aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa dostać się na wyspę. Jeden. A potrzebnych jest o wiele więcej. Przypominam, że w wyniku trzęsienia ziemi, do którego doszło 12 stycznia zginęło już niemal 230 tys. Osób. Ponad milion zostało bez dachu nad głową. To oznacza, że jedno z najbiedniejszych państw Robin Hood



na świecie zostało niemal całkowicie zrujnowane. Koszt wszystkich zniszczeń oszacowano na 7,9 mld dolarów, czyli 120% rocznego PKB tego kraju. Gdyby nie setki wolontariuszy, organizacji humanitarnych, pomocy ludzi z całego świata to małe państwo nie dałoby rady. Napisano i nagrano piosenki, z których dochód ma zostać przeznaczony na odbudowę Haiti. Powstaje jednak pytanie, czy to dobrze, że z czasem świat zupełnie o tym zapomina? Dagmara Gątkiewicz, kl. 3gA Całkiem niedawno na  ekrany kin wszedł obficie reklamowany film „Robin Hood”. Mówiąc szczerze, spodziewałem się kolejnej odsłony klasycznych przygód w stylu Robina – rabowanie bogatych i rozdawanie biednym. I byłem pozytywnie zaskoczony. Film jest niejako prequelem do tej klasycznej opowieści. Opowiada o tym, jak łucznik Robin Longstride wraca z krucjaty wraz z królem Ryszardem Lwie Serce. Gdy król umiera, zobowiązuje się do dostar-czenia insygniów władzy króla do Anglii. Podszywa-jąc się pod zmarłego szlachcica z Nottingham spotyka się z nowym królem Janem I. Przed- stawione są tutaj polity-czne aspekty filmu: kontrowersyjne rządy nowego króla, przygoto-wywana Francuska inwazja na Anglię oraz powstanie historycznej Wielkiej Karty Swobód.



Robin udaje się do Nottingham, gdzie, za prośbą ojca zmarłego rycerza, zostaje jego synem i poznaje Lady Marion – żonę zmarłego. W końcu Robin i jego towarzysz broni wpadają w nurt jeszcze większej przygody – muszą odeprzeć Francuską inwazję. Oczywiście nie obejdzie się bez romansu z Marion, epickich bitew i pięknych, angielskich krajobrazów. Co tu dużo mówić, film jest zrealizowany po mistrzowsku, a Russel Crowe wydaje się idealnym aktorem dla roli Robin Hooda. Mimo to  jeżeli ktoś z Was nie oglądał jeszcze „Gladiatora”, to polecam go obowiązkowo przed obejrzeniem „Robina”. A fanom klasycznych przygód Robin Hooda pozostaje tylko czekać na sequel, który prawdopodobnie ukaże się już niedługo. Łukasz Mielczarek, kl. 2gB Ja, Robot…
Wypowiedzieć tego zdania Geminoid F niestety nie byłby z stanie, ale spokojnie mógłby pozostać niezauważony na jednej z prywatek organizowanych przez japońskich nastolatków. Wyprodukowany przez firmę Kokoro, dzięki Hiroshiemu Ishiguro do złudzenia przypomina 20-latkę o długich, ciemnych włosach.


Na pierwszy rzut oka można pomylić go z człowiekiem – a fakt, że nad wyraz płynnie kontroluję mimikę twarzy jeszcze bardziej dezorientuje obserwatora. Nie jest pierwszym robotem konstruktora – Hiroshi Ishiguro wcześniej stworzył bowiem Geminoida F - kopię samego siebie, która nie dość, wygląda tak samo, to jeszcze ma identyczną intonację głosu i gesty. Ishiguro jest w stanie sterować robotem poprzez komputer, którym przekazuje mu zachowania, jakie dubler ma powtórzyć. Jak dotąd pojęcie robota kojarzyło nam się głównie z wszelkiego rodzaju metalowymi tworami będącymi w stanie się poruszać, czasami atakującymi ziemię bądź próbującymi przejąć władzę nad światem, tudzież pomagającymi ludziom przyszłości w prowadzeniu domu. Ogólnie rzecz biorąc – tym, co na temat robotów wpajają nam media i kultura masowa. Mało kto pomyślałby, że robot mógłby być taki… ludzki. Jednak Ishiguro nie jest pierwszym konstruktorem humanoidów – robił to już Leonardo Da Vinci, który zbudował model rycerza w zbroi mogący usiąść, kręcić głową, pomachać ramionami i otwierać usta. Czy tylko ja w takim momencie mam wrażenie, że od fantazji Asimova do rzeczywistości pozostał już tylko jeden krok? Asia Kalemba, kl. 2gB Magia Antykwariatu
Antykwariaty w Opolu: „Królikaczka”, Plac M. Kopernika 15  „Quo Vadis”, ul. Grunwaldzka 19a „Bartnik”, Rynek 21
Nowy Łosiu

Tyle czekałeś na tę książkę. I wreszcie – jest, czeka na Ciebie na honorowym miejscu na półce w Empiku. Podchodzisz, bierzesz do ręki, już czując dreszczyk emocji – tak, tak, za chwilę będzie Twoja, będziesz mógł zaraz po powrocie do domu rozsiąść się w fotelu i dalej śledzić losy bohaterów, które tak Cię poruszyły, i które tak brutalnie Ci wydarto wraz z ostatnim rozdziałem poprzedniej części. I wtedy Twój wzrok pada na cenę. Prawie 45 zł. No tak, byłeś na to przygotowany – wyciągasz z portfela pięć dych, specjalnie zachomikowanych na tą okazję. Ale przed oczami zamiast banknotu widzisz wszystkich głodujących ludzi świata. Jeszcze raz przyglądasz się książce: właściwie to ma te swoje 350 stron, ale… no właśnie. I tu zaczyna się walka z samym sobą. A przecież jest alternatywa. Na ten antykwariat trafiłam zupełnie przez przypadek. I gdyby nie zbieg okoliczności chyba do końca życia nie miałabym pojęcia o jego istnieniu. Wejście od tyłu budynku, schody przy każdym kroku skrzypiące i uginające się tak, że nie sposób dotrzeć na górę nie czując się jak w jakimś niskobudżetowym horrorze. Brązowe drzwi, niczym się nie wyróżniające – takie sobie, zwyczajne drzwi z klamką. A za nimi… regały. Niewielkie pomieszczenie wypełnione po brzegi regałami pełnymi książek do granic możliwości. Na środku zaś poduszki i kilka krzeseł. I ten charakterystyczny zapach starego papieru pokrytego od dawna kurzem. Od razu pokochałam to miejsce. Pozycje, których próżno doszukiwać się w Koloporterach, Trafficach i Empikach, tam można dostać za grosze. Czy to nie lepsza alternatywa dla wspomnianej na początku książki? Brakuje tylko stuletniego starca, krzątającego się pośród półek – ale wierzcie mi  nie odbiera to „Królikaczce” ani odrobiny uroku ;)  Asia Kalemba, kl. 2gB Anno Domini 7403
Część 3


Larwy opuszczające truchło półczłowieka rozpierzchły się w różne strony. Niektóre w głąb tunelu, niektóre w stronę Marines. Wszystkie zmysły żołnierzy podpowiadały im  mówiły, że należy otworzyć ogień. Tak też zrobili. Niestety - na próżno. Nie wiadome były zamiary maluchów, lecz można się było domyślić, iż nie były one pokojowo nastawione. Pociski trafiały pojedyncze larwy, lecz była ich cała chmara. Ściana jaskini zmieniła swój kolor na odcień zielonego -barwę potworów. Na przód wystąpił Dale, rozpychając się łokciami. Nie pytając dowódcy załadował generator i wyrzucił w stronę larw ścianę wrzącej plazmy, paląc je wszystkie w ułamku sekundy. Rozszedł się zapach zgnilizny, palonego mięsa, i sam bóg raczy wiedzieć czego jeszcze. - Zajmijcie się ciałem. Tylko szybko. Zaraz ruszamy.- w hełmofonach rozległa się komenda dowódcy. Żołnierze poprawili broń, przeładowali. Ciało Brzęczyka owinęli chustą ze znakiem imperium i spalili. Płonące zwłoki, dyndające na kilku paskach skóry i rozorane od środka, nabite na wielki pal, wyglądały przerażająco. Ruszyli, tym razem uważniej, stawiając rozważnie każdy krok. - Rozszerza się. Oddział spojrzał pytająco na Hughes'a. -Tunel. Jest coraz szerszy. Teraz dopiero każdy z nich zwrócił większą uwagę na strop. I faktycznie - im dalej szli, tym wyżej nad ich głowami się znajdował. Nagle na ułamek sekundy zabrzęczały urządzenia niesione przez radiooperatora. Spojrzał on na Coll'a pytającym wzrokiem. Mężczyzna pokiwał głową, wyrażając tym samym swoją zgodę. -Osłaniać go - rzekł krótko. Jackson klęknął na ziemi. Ściągnął z pleców sporych rozmiarów urządzenie. Jedną część przyciągnął do ust. -Tu 0W8G13, odbiór Cisza.. -Tu 0W8G13, czy ktoś mnie słyszy?



Wydawało się, że nikt nie odpowie. I w momencie, kiedy Dowódca miał dać znak do kontynuowania marszu, z głośniczka wydobyło się ciche brzęczenie. - Tu Chmura. Mszzzzy problemy z łącznoszzzcią, nieszzzz steśmy w stanie was zroszzzzzzmieć. Nowe rozszzzzkazy: Znaleszzźć główny komputer bszzzadaczy. Zabezpieczyć go. Jest on podpięty pod poszzzne urządzenie sygnałowe. Pszzzebujemy wszystkich danych ze wszzzzz dysków. Wszzzie nam je. Jest to bardzo waszze. Dla nas. Dla imperium. Bez odbioru. Zapanowała cisza. Jackson w tym czasie wkładał z powrotem urządzenie na plecy. - Słyszeliście rozkazy. W imieniu Imperatora: Naprzód! Szli dalej. Jaskinia nabrała nieprawdopodobnych wręcz rozmiarów. Nagle dostrzegli źródło światła. Skafandry zareagowały na to cichym, ostrzegawczym piknięciem. Kapitan uniósł do góry prawą dłoń, zaciśniętą w pięść. Zatrzymali się. Przyklękli. Wskazał na Miller'a, machnął dłonią, wskazał światło. Żołnierz wstał i ruszył powoli przed siebie. Z minimalną prędkością, stąpając po ziemi niczym wiatr. W tej samej chwili źródło energii, zasilające termowizję i noktowizję wyczerpało się. Marines oślepli. Światło na końcu tunelu zgasło. Wszyscy zniknęli w ciemności. Miller! Jak sytuacja? Żyję.. Nic mi nie jest. - rozległ się meldunek, słyszalny tylko dla żołnierzy, wydobywający się z wnętrza skafandra. Kontynuuj. Mężczyzna kroczył powoli w absolutnej ciemności. Nagle światło wróciło. A on stał na środku pomieszczenia. Umazanego krwią, zmasakrowanego, oświetlonego na upiorny, pomarańczowożółtawy kolor. Przy ścianie jaskini stały porozbijane dziwne kapsuły, bliżej środka znajdowały się dwa stoły operacyjne, z wbudowanymi kajdankami. Ślady posoki znajdowały się wszędzie. Nie było żadnych ciał. Poświata wydobywała się z małej, ledwo migającej żarówki. Z gardła mężczyzny wydobył się stłumiony okrzyk. Mimo, że był on żołnierzem imperium, cała ta misja osłabiła go  jak i resztę oddziału psychicznie. Pobladł, dopiero po paru sekundach oprzytomniał. Tu... Tutaj...Badali coś.. Eksperymentowali... Czysto, możecie iść. Kuba "Samowar" Gabryś, kl. 2gB Klęska Anioła



Klęska Anioła Padł ostatni wojownik Ostatni mur został zburzony Zniszczyli cytadelę Nadszedł kres stolicy anielskiej Został tylko on  Siedzący pośród ruin W poszarpanych łachmanach Z twarzą ukrytą w dłoniach Łza spływa po policzku Miesza się z krwią Białe skrzydła Na tle upiornie szemrzącej szkarłatnej rzeki Uniósł oczy ku niebu Zacisnął powieki Klinga miecza błysnęła w słońcu Zanim zanurzyła się w ciele Piasek stłumił odgłos upadku Gdy samowolnie dołączał do swych towarzyszy Po chwili wszystko okryło się purpurą Asia Kalemba, kl.2gB Gitarowy rekord guinnesa
1 Maja, jak co roku odbył się gitarowy rekord Guinnesa. Impreza ta jest częścią festiwalu „Thanks Jimi”, oddającemu hołd znakomitemu gitarzyście, wzorowi dla wielu współczesnych artystów – Jimiemu Hendrixowi. Na Wrocławskim rynku zbierają się gitarzyści z całej Polski, by wspólnie grać znane utwory.


Po biciu wszyscy idą w 1-majowej paradzie, która kieruje się w stronę sceny, na której tego samego wieczoru grają znani muzycy z całego świata. Główną piosenką całej imprezy jest „Hey Joe” Jimiego i to ona jest liczona do rekordu. Inne kawałki grane przez muzyków to m.in. Smoke on the Water (Deep Purple), Voodoo Chile, Little Wing, Wild Thing. Dyrygentem gitarowej orkiestry, jak i organizatorem całej imprezy jest Leszek Cichoński – Polski muzyk i edukator. Niestety – w tym roku rekordu nie udało się pobić – Na wrocławskim rynku zagrało 4579 gitarzystów. Mimo wszystko nie należy ubolewać – Aktualnie najwyższy na świecie wynik i tak należy do Polaków – rok temu w ramach festiwalu Thanks Jimi grało razem 6346 artystów. Prawdopodobnie mniejszy wynik był spowodowany brakiem reklamy, która zaplanowana była na tydzień – dwa przed pierwszym maja. Zbiegło się to niestety z katastrofą w Smoleńsku. Po tegorocznym rekordzie



odbył się koncert takich zespołów jak Dżem, TSA, oraz zagranicznych wykonawców: Grega Koch’a i Ray’a Wilson’a. Grał także „Tribute to Jimi Hendrix Project” sformowany przez Cichońskiego z elity polskich muzyków. Szczerze polecam tą imprezę – jestem tam co roku i nigdy nie żałuję. Jedzie się tam nie po to by pobić jakiegoś głupiego Guinnesa. Jedzie się tam dla klimatu, atmosfery – zbierają się tam ludzie, których łączy pasja. Wszechobecna jest tam serdeczność, radość, szczerość. Przyjść można z gitarą elektryczną, basową, barytonową, klasyczną, akustyczną – po prostu z każdą. Zapraszam za rok – 1 Maja, Wrocław! Kuba "Samowar" Gabryś, kl. 2gB Humor

Skład redakcji: Dagmara Gątkiewicz, Alexander Dulak, Paweł Andrejczuk, Kuba Gabryś, Kasia Jaroszewicz, Asia Kalemba, Krzysztof Matkowski, Łukasz Mielczarek, Ola Wójtowicz, Opiekun: mgr Anna Szczęsna - Domagała

Izraelski sportowiec tak chytrze przebiegł maraton, że do mety dotarł nie tylko pierwszy, ale i drugi Mój doktor twierdzi, że jestem paranoikiem. Co prawda nie powiedział mi tego, ale wiem, że tak myśli. Właśnie wróciłem od lekarza. Wykryto u mnie ACDC i dysleksję. Biznes - sztuka legalnego wyjmowania pieniędzy z cudzych kieszeni Okazało się, że Wielki Mur widziany z kosmosu układa się w napis "Made in China". Wiecie jak utrzymać całą grupę ludzi w niepewności? Później wam powiem...