Musisz zainstalować flash player pobierz instalator










15.MAM.Forum Pismaków

Uwagi o poziomie gazetek: Jak co roku, a Forum Pismaków przyglądam się już piąty rok, wśród gazetek zgłoszonych do konkursu, pojawiły się takie, których poziom pretenduje do miana profesjonalnej prasy młodzieżowej, jak i takie, które swoją formą i treścią nie zachwycają, nużą, a nawet odrzucają. Niemniej twórcom wszystkich gazetek szkolnych należą się gratulacje, wszak włożyli w swoje „dzieła” mniejszą czy większą ilość pracy. Jest kilka tytułów, które znane są powszechnie w środowisku gazetek szkolnych, które pod względem treści, czy grafiki osiągnęły mistrzostwo. Dowodem jest różnorodność form prasowych, zgodność z kanonem, własne inicjatywy, komentarze, a nawet śledztwa dziennikarskie. O grafice wspominać nawet nie będę. No, może krótko. Gra kolorów, światła, harmonia projektu kolumn, własne obrazki, ryciny – jednym słowem „imponujące”! Zwykło się uważać, że jeśli ktoś jest w czymś dobry, to warto brać z takiej osoby przykład. Podobnie jest z gazetkami szkolnymi. Te słabsze, co widać w treści czy szacie graficznej, biorą przykład z najlepszych. Niestety, często bardzo nieudolnie. Poniżej kilka uwag na temat tego, co było nie tak, a co można łatwo zmienić. * Gazetka szkolna to nie biuletyn reklamowy (owszem, plusem jest, gdy redakcja szuka zewnętrznych, pozaszkolnych źródeł finansowania druku – ale nie można zamieniać gazetki w biuletyn, w którym na co drugiej stronie reklamuje się szkoła jazdy, czy budka z gyrosem). * Nie po to mądre głowy tworzą publikacje i książki na temat form dziennikarskich, żeby młodzie szkolni dziennikarze tworzyli „dzieła”, które są mieszanką reportażu, felietonu, recenzji i wywiadu. Ta niebezpieczna mieszanka lubi wybuchać i pozostawiać niemiłe wrażenia. Proponuję trzymać się kanonów, przynajmniej na początku. * Jeśli czytelnik będzie chciał się pośmiać, to prędzej zajrzy na demotywatory.pl, niż skorzysta z kolumny pod tytułem „humor”. Jeśli brakuje tekstów do wydania nowego numeru, poczekajmy, opóźnijmy wydanie. Cała strona ze skopiowanymi żarcikami źle świadczy o redakcji. * Sama treść to nie wszystko – grafika, layout – to wszystko ma znaczenie i wpływa na odbiór pisma. Nie korzystamy z gotowych szablonów graficznych

15.MAM.Forum Pismaków Niemniej twórcom wszystkich gazetek szkolnych należą się gratulacje, wszak włożyli w swoje „dzieła” mniejszą czy większą ilość pracy.

pakietu Microsoft Office, nie wykorzystujemy clipartów. Nie kradniemy zdjęć z internetu. To nie jest trudne znaleźć jedną osobę, która zajmie się rysowaniem, czy fotografowaniem. Jeśli redakcja tworzy tekst o wagarowaniu, może warto by poprosić jakichś uczniów o statystowanie do zdjęcia? Dla nich to frajda i możliwość zobaczenia się w gazetce, a dla redakcji element spajający ze szkołą. * Różnorodność form. Proszę mi uwierzyć, że czytelnik nie jest tak bardzo zainteresowany czytaniem felietonów (nierzadko form delikatnie ocierających się o felieton). Żeby napisać dobry felieton, trzeba cieszyć jako takim autorytetem, mieć wyćwiczone pióro i umieć zgrabnie generować myśli – ta sztuka udaje się nielicznym. Proszę na początku próbować swoich sił w reportażach, recenzjach, krótkich notkach, impresjach. * Ja, podobnie zresztą jak spora część młodych ludzi, wiem, że w 1918 po 123 latach niewoli Polska odzyskała niepodległość. A nawet, jak nie wie, to skorzysta z Wikipedii, więc nie ma potrzeby przekopiowywania jej treści do gazetki. Jeśli tworzymy popularnonaukowy tekst, lepiej informacje i materiały zebrać (w formie wypowiedzi) od nauczycieli historii, osób związanych z tamtymi wydarzeniami, świadków. Gazetka nie może być skopiowaną encyklopedią. * Gazetka wcale nie musi być kolorowa. Proszę za wszelką cenę nie bawić się w bindowanie, laminowanie, kolorowanie gazetek. Kolorem czarnym i odcieniami szarości można również „zaszaleć” i stworzyć dobry layout. Skupmy się najpierw na dobrej treści, a później wzmacniajmy jakość gazetki w ten sposób. Radomir Wit - juror Gazeta Studencka Wrocław

15.MAM.Forum Pismaków

Elżbieta Sura Pismak Ciężka, oj, ciężka jest dola pismaka! Definicja najgorsza, straszna, byle jaka! W znaczeniu starszym – jest to nieudolny, żurnalista bez iskry, osiołek bezwolny, tendencyjny, złośliwy oraz beztalentny: nieprofesjonalny i niekompetentny. Lecz nowsze znaczenie (źródło Wikipedia) wiąże go z działem prasy – kreują media nie dziennikarzynę, ale dziennikarza! I innym epitetem się go dziś obdarza. A jeszcze lepszym organizatorzy Forum Pismaków – do perfekcji skorzy: twórca artykułów wyedukowany, profesjonalista specjalizowany zbieracz informacji, dokumentalista, as reportażu, zacny publicysta, to korespondent, świata komentator spec, znawca i ekspert, nie jakiś amator! – jednym słowem mistrz słowa! I nowa definicja pismaka gotowa. Podpisuje się pod nią: światek gazetkowy, mój przyjaciel Ed, ja, Zespół Szkół nr 2 oraz Nowe Media

15.MAM.Forum Pismaków Protokół posiedzenia Jury 15.MAM.Forum Pismaków Każdy z jurorów mógł przyznać od 0 do 10 pkt. za każde z następujących kryteriów: * samodzielności myślenia, nonkonformizmu, odwagi cywilnej autorów, przejawiającej się w podejmowaniu istotnych dla społeczności uczniowskiej i szkoły problemów oraz ich obiektywnym prezentowaniu (elegancja, zgodność z prawem, umiejętność dialogu i argumentowania, obiektywizm, okazywanie szacunku dla oponentów, szukanie kompromisu); * różnorodności tematyki i form wypowiedzi dziennikarskiej, jakości tekstów (unikanie stereotypowej formy sprawozdawczej, pomysłowość w konstrukcji tekstu – artykuł wstępny, podtytuł, śródtytuły, zwięzłość, poprawność stylistyczna i gramatyczna itp.) oraz oryginalnej twórczości uczniowskiej; * estetyki gazetek (ilustracje, rozmieszczenie tekstów i elementów graficznych, winiety tytułowej i winietek działów, reklam, stopki redakcyjnej, używanie „światła” – wykorzystanie miejsca w gazetce itp.). * tworzenia gazetki szkolnej o oryginalnym charakterze – bez tekstów i ilustracji zapożyczonych z internetu i innych mediów, bez ogólnie dostępnej wiedzy podręcznikowej i encyklopedycznej.

W skład komisji konkursowej weszli: Paweł Sito – prezes Fundacji Nowe Media (Warszawa) – przewodniczący oraz członkowie: Iwona Bucka - dziennikarka, pisarka - ogólnopolskie pisma kobiece, Elżbieta Węgrzyn - „Polska. Gazeta Wrocławska”, „Panorama Wałbrzyska”, Paweł Kamiński – redaktor portalu elekcje.org Fundacja Nowe Media, Rafał Palacz – red. naczelny „Tygodnika Wałbrzyskiego”, Radomir Wit -„Gazeta Studencka” (Wrocław). Do konkursu zgłosiło się 110 redakcji. Nadesłano ponad 330 gazetek ze wszystkich województw.

15.MAM.Forum Pismaków Przez 6 lat konkurs organizowany był dla województwa (najpierw wałbrzyskiego, później dolnośląskiego), a od 7. edycji – dla całego kraju. Nadesłano na konkurs łącznie 1184 tytuły (ze szkół podstawowych 547, z gimnazjów 372, z liceów – 237, ze szkół wyższych – 1, wśród gazetek środowiskowych było ich 27), czyli ok. 3600 egzemplarzy. Główne nagrody zdobyło 117 redakcji, wyróżniono 4 redakcje, 11 otrzymało nagrody specjalne oraz przyznano 276 nagrody indywidualne. Wyniki konkursu: ZŁOTY LAUREAT FORUM PISMAKÓW 2010 Modrzewiak (182 pkt.) – XVII LO w Warszawie (Anna Świątek) Klik (181 pkt.) – G 27 we Wrocławiu (Zofia Dembska –Pierzchała) Świat Trójki (173 pkt.) – SP 3 w Jelczu – Laskowicach (Małgorzata Maciejko, Katarzyna Pilawa) SREBRNY LAUREAT FORUM PISMAKÓW 2010 Gimpel (174 pkt.) - I LO w Chrzanowie (Agnieszka Rybińska - Dusza, Blanka Barańska) Szkolny Donosiciel (173 pkt.) Szkoła Podstawowa w Lotyniu (Andrzej Miłoszewicz) SZKOŁY PODSTAWOWE 1. MISTRZ PISMAKÓW 2010 – Kurier Dwójki (153 pkt.) – SP 2 w Żarach (Joanna Błażków) 2. Uczenniczek (144 pkt.) – SP 1 z Oddz. Integracyjnymi Głubczyce (Andrzej Skalik, Elżbieta Szczepanik) 3. Eksperci 64 (136,5 pkt.) – SP 64 Wrocław (Monika Czarniewska) 4. Bez tytułu (130 pkt.) - SP nr 1 Ciche (Jan Głąbiński) 5. Szkolny Flesz (125 pkt.) - SP Rososzyca (Beata Rauk) 6. Dyktafon (120 pkt.) - PSP 4 Strzegom (Dorota Bielawska) 7. Szkolny Tropiciel (119 pkt.) – SP Myślachowice (Monika Wentrys, Aneta Brzóska) 8. Na przerwie (113,5 pkt.) – SP 61 Wrocław (Lidia Gustaw) 9. Z Ósemką w świat (107 pkt.) – PSP 8 Nowa Sól (Antonina Suda) 10. Szuwarek (105 pkt.) – SP 5 Nowy Dwór Mazowiecki (Agnieszka Rabiej)



15.MAM.Forum Pismaków Najdłużej przewodniczącą jury była dr Katarzyna Bocheńska – Włostowska (5 lat), a ocenia gazetki szkolne Iwona Bucka (10–krotnie) Urząd Miejski w Wałbrzychu od samego początku – 15 lat! – sprzyja Pismakom, fundując nagrody, a od 14 lat Gabriela Pęcherzewska częstuje gości świeżym chlebkiem ze smalcem. Konkurs sponsorowało jednorazowo najmniej 7 darczyńców, największa ich liczba to 20. GIMNAZJA 1. MISTRZ PISMAKÓW 2010 Dyzio Gimnazjalista (166 pkt.) - G 3 Racibórz (Ewa Koczwara, Mirella Obłąg) 2. Prestiż 37 (156 pkt.) - Integracyjne Gimnazjum nr 37 Bydgoszcz (Aleksandra Walczyk) 3. Półserio (154 pkt.) – G Topola Królewska (Sławomir Doniak) 4. Szkolny Dzwonek (150,5 pkt.) – G w Okonku (Elżbieta Miłoszewicz) 5. Mig 13 (150 pkt.) – PG 13 Wałbrzych (Elżbieta Sura) 6. Duch Gimnazjum (139,5 pkt.) G 11 w Tarnowie (Monika Gdowska) 7. Apropos (131 pkt.) – G 18 Wrocław (Alicja Tocicka, Justyna Magiera, Waldemar Suchta) 8. Szkolne Klimaty (125,5 pkt.) – ZS Kołobrzeg (Elżbieta Puc) 9. Zetka (125 pkt.) – Gimnazjum 5 we Wrocławiu (Łukasz Gałan) 10. Gim.com (113 pkt.) – G Glinianka (Monika Dąbała) SZKOŁY PONADGIMNAZJALNE 1. MISTRZ PISMAKÓW 2010 – Nasza Jedynka (162,5 pkt.) - I LO z Oddz. Integracyjnymi Warszawa (Sławomira Sudnicka) 2. Rabarbar (161,5 pkt.) – I LO Tarnowskie Góry (Sylwia Krakowska) 3. Batorak (155 pkt.) – II LO Warszawa (brak op.) 4. Szlif (154 pkt.) XIII LO we Wrocławiu (Wojciech Chądzyński) Zbliżenia (154 pkt.) VI LO w Szczecinie (Ada Kurtycz) 5. Elektrowstrząs (150 pkt.) – ZSEE Radomsko (Aneta Jędrzejczyk) Read (150 pkt.) – I LO Kołobrzeg (Blanka Góral) 6. Re(y)moncik (149 pkt.) – II LO Ostrów Wlkp. (Jerzy Wójcicki)



15.MAM.Forum Pismaków Najciekawszymi nagrodami dla redakcji były: * komputer z całym oprzyrządowaniem, * aparaty i dyktafony cyfrowe, drukarki komputerowe, skanery, pendrive’y, * ośmiodniowe warsztaty dziennikarskie w Warszawie dla trzech redakcji, sponsorowane przez Polską Fundację Dzieci i Młodzieży w Warszawie, * tygodniowy pobyt na Międzynarodowym Festiwalu Prasy w Czeboksary (Rosja), * 12 kompletów encyklopedii szkolnych, * książki Katarzyny Grocholi, * dyktafony, magnetofony, aparaty fotograficzne, wydawnictwa, pióra, długopisy, filiżanki i mnóstwo, mnóstwo innych. 7. Czarno na Białym (144 pkt.) – I LO Ostrzeszów (Anna Szkopek) 8. Post Scriptum (143 pkt.) - ZS Jeżowe (Ryszard Mścisz) 9. Głos Żubra (136 pkt.) – ZSP 1 Oława (Magdalena Maziarz) 10. Obok (134 pkt.) – II LO Wałbrzych (Elżbieta Sura) GAZETKI SZKOLNO – ŚRODOWISKOWE Ze względu na małą liczbę zgłoszeń - miejsc nie przyznano. GAZETKI INTERNETOWE W SYSTEMIE QMAM Nowością jest w tym roku kategoria qmamów, czyli gazetek internetowych składanych na gotowych makietach (do wyboru) na stronie www.mam.media.pl, które oceniane były przez dziennikarzy – ich współtwórców oraz animatorów medialnych z Fundacji „Nowe Media” w Warszawie. 1. MISTRZ PISMAKÓW 2010 - Outro - ogólnopolska gazeta młodzieżowa www.mam.media.pl/outro/ (red. naczelni: Monika Töppich, Kamil Wiśniowski) 2. Elektrowstrząsss - gazeta Zespołu Szkół Elektryczno-Elektronicznych w Radomsku (Aneta Jędrzejczyk) http://mam.media.pl/elektrowstrz%C4%85sss/ 3. Dotyk Kultury - gazeta Zespołu Placówek Wychowania Pozaszkolnego w Sieradzu (red. nacz. Bożena Waluda) http://mam.media.pl/zesp%C3%B3%C5%82-plac%C3%B3wekwychowaniapozaszkolnego/



15.MAM.Forum Pismaków Rekordzistami w zdobywaniu nagród są: „Klik” G 27 we Wrocławiu (7-krotnie) „Szkolny Dzwonek” G w Okonku – (6-krotnie), „Szkolny Donosiciel” SP z Lotynia – (6-krotnie), „Cwaniak na 6” SP 6 Wałbrzych – (5-krotnie) indywidualnie: Piotr Dobrowolski (Wałbrzych – dziś w II kl. II LO) - czterokrotnie Radomir Wit (Wrocław – dziś dziennikarz „Gazety Studenckiej” i „Maturzysty”) – trzykrotnie, Karolina Klipel (G 27 Wrocław – dziś licealistka) - trzykrotnie Od 11. Forum (poza 13.) Galę poprzedzają dwudniowe warsztaty dziennikarskie dla przedstawicieli najlepszych redakcji. Nagrody indywidualne Na konkurs zgłoszonych zostało 134 teksty 84 autorów. Pismaki Roku 2010 (kolejność bez znaczenia) 1. Marika Rybak: Wrobieni w gazetkę Mig 13 PG 13 Wałbrzych 2. Aneta Jabłońska: „Bo większą sztuką jest żyć niż przestać żyć...” Post Scriptum ZS Jeżowe 3. Karolina Padło: Bizneswomen, która się przeliczyła? Szkolny Donosiciel ZS Lotyń 4. Michał Boruta: Masowe pranie mózgów Duch Gimnazjum G 11 Tarnów 5. Jakub Lasota: Fenomen kiczu Szlif XIII LO Wrocław 6. Krzysztof Socha: Świńska sprawa, Sześć! Sześć! Sześć! Post Scriptum ZS Jeżowe 7. Tomasz Miś: Turystów nie zjadamy Batorak II LO Warszawa 8. Aleksandra Pakuła: Kwatera Hitlera koło Wałbrzycha Obok II LO Wałbrzych 9. Agata Zatorska: Tata dobry na wszystko Świat Trójki SP 3 Jelcz – Laskowice 10. Monika Musiał: Cień latawca Świat Trójki SP 3 Jelcz – Laskowice 11. Joanna Peszka: Miłość nadjeżdża srebrnym volvo Dyzio Gimnazjalista G 3 Racibórz 12. Marcin Jaszczur: Z kluczem się nie dyskutuje! Gimpel I LO Chrzanów



15.MAM.Forum Pismaków 15.MAM.Forum Pismaków 12 godzin. Tyle czasu miały powołane do życia na potrzeby warsztatów dwie redakcje qmamów - trudno było oderwać redaktorów od pracy Obecni na Gali laureaci konkursu w napięciu oczekiwali na werdykt jury

Wrobieni w gazetkę

15.MAM.Forum Pismaków

Otworzyłam drzwi. W kłębach dymu papierosowego, w oparach z kawy w papierowych kubeczkach, w bladym świetle żarówek zobaczyłam Redakcję. Ludzie siedzieli z nogami na biurkach, stukając pośpiesznie w klawiaturę komputerów lub antyczne maszyny do pisania. Ktoś gdzieś przenosił jakieś teczki i papiery, ktoś próbował odebrać siedem telefonów naraz, ktoś krzyczał na resztę ludzi („Pewnie naczelny” - przemknęło mi przez głowę)... Nie, zaraz, zaraz, to nie tak! Potrząsnęłam głową, zamrugałam i jeszcze raz spojrzałam na wnętrze sali nr 37. Żadnej kawy. Żadnych papierosów. Żadnych telefonów, maszyn do pisania ani komputerów. Zestaw uczniów, siedzących na ławkach. Jedyne, co pozostało z mojej wizji, to żarówki. Zaczęło się od tego,że ktoś zaplanował przeankietowanie pierwszaków. Po prostu złapał naszą klasę, gdy wychodziła z lekcji matematyki. Pytali o szkołę. Nie bardzo wiedziałam, o co im chodzi, ale kiedy usłyszałam, że to ankieta do gazetki szkolnej, momentalnie się rozentuzjazmowałam. Ponieważ w kółko popiskiwałam („Co? Ankieta?! Ja chcę iść! Ja chcę iść!”), ludzie

15.MAM.Forum Pismaków

z MIGa mnie zauważyli, a uznawszy, że z wariatami lepiej nie dyskutować, przeankietowali mnie i koleżankę. I to właśnie był mój pierwszy kontakt z gazetką! Tak mi się to spodobało, że postanowiłam zaciągnąć się do redakcji. Szłam w kierunku sali nr 37, snując plany o ankietowaniu kolejnych pokoleń przerażonych pierwszaków, o tekstach i sławie Pierwszej Dziennikarki Zespołu Szkół nr 2... A imię jego czterdzieści i cztery... Redakcja MIGa 13 składa się z kilkunastu dziennikarzy, naczelnego, sekretarza redakcji i pani profesor Elżbiety Sury, naszej opiekunki. Jakimś cudem udało się nam wydać dwa numery gazetki, w dodatku jeszcze nikt z nas nie zwariował ( no, powiedzmy prawie nikt...), co jest naprawdę dużym osiągnięciem. - MIG to anagram pierwszych liter wyrazu „gimnazjum”. A 13 to numer naszego gimnazjum. Ale że MIG to także model samolotu, więc w pierwszych wydaniach charakterystycznym elementem był właśnie samolocik - tłumaczy opiekunka gazetki, p. Elżbieta Sura. MIG po raz pierwszy pojawił się w 2001 r.  jako wkładka do OBOKa - gazetki licealnej. Od 2003 r. funkcjonował już jako osobne pismo. No  dobrze, tworzenie gazetki szkolnej to fajna zabawa, ale też pewne obowiązki. Co właściwie członkowie redakcji o tym sądzą –  zabawa czy obowiązek? -  Jeśli gazetkowicze reprezentują na jakimś wydarzeniu szkołę (= gazetkę), jeśli wyjeżdżają na warsztaty, jeśli otrzymają jakieś specjalne zadania (przeznaczone wyłącznie dla „tych z redakcji”), to inaczej zaczynają podchodzić do pracy. Bardzo motywuje ich też ukazanie się pierwszego wydania gazetki z ich własnym tekstem. Wtedy praca z nimi nabiera rumieńców – mówi prof. Sura.  Nie wiem, czy do końca mogę nazwać to obowiązkami, bo lubię to  co robię. Są to raczej sprawy organizacyjne, czyli chociażby uzgadnianie szczegółów z naczelnym i sprawdzanie złożonej już gazetki. Oczywiście, bywają momenty, kiedy jestem nieco wyczerpana, ale szybko regeneruję siły i sama stwierdzam, że znów warto byłoby coś zrobić. Uważam jednak, że przede wszystkim powinniśmy traktować to zajęcie jako zabawę i chyba tak właśnie jest. - mówi Ewelina z IIb, sekretarz redakcji. W związku ze swoją funkcją zazwyczaj goni nas za uparte nieoddawanie tekstów, goni Pawła za powolne składanie gazetki i goni naczelnego za... No  na pewno coś się znajdzie. Sam naczelny stwierdza bez ogródek: - Kocham moją redakcję!

15.MAM.Forum Pismaków

- Praca w naszej redakcji jest bardzo ciekawym przeżyciem - stwierdza Maja (kl. Ia). Maja jest w redakcji od początku roku, jej specjalnością są wywiady. Naczelny pochodzi z III a, lubi filozofię i literaturę, „a imię jego czterdzieści i cztery”... tzn. Oskar. Oczywiście, też pisze do gazetki (przeważnie “Słowo od naczelnego”). W redakcji znalazł się, jak twierdzi, z własnej winy. „ Pewnego dnia na lekcji pani prof. Sura zapytała: „Kto chce zostać naczelnym!? (...) - Ja… pani… profe…sor – wycedził blady (jak giezło lub inny wyrób tekstylny) uczeń. - Świetnie! Masz tę fuchę!” -  mówi Oskar („Ja tak powiedziałam?” – dziwi się nasza opiekunka). Wrobieni w gazetkę - Oskar mnie wrobił -  twierdzi Paweł (III a). - Koleżanka z klasy dowiedziała się, gdzie i o której godzinie odbędzie się zebranie. Pomyślałam więc, że pójdę tam z nią. I poszłam! -  oświadcza Maja. Naczelny sam się zgłosił na swoje stanowisko (masochista!), a Ewelina, jak sama stwierdza: “poszła na jedno z pierwszych spotkań i pochłonęło ją to.” Wrobieni czy nie wrobieni, poniedziałek w poniedziałek przychodzimy omawiać kolejny numer.

15.MAM.Forum Pismaków

Przed wydaniem poganiamy się nawzajem z tekstami lub wybieramy nowe tematy. Po wydaniu gazetki zastanawiamy się, czy był to sukces, czy ogromny sukces, po czym przechodzimy do przygotowywania następnego numeru... Przed wydaniem Każdy musi coś napisać, dobrowolnie bądź nie. Pewne jest jedno: na łamach gazetki można pojawić się na trzy sposoby: 1. Na bezczelnego – polega na wkręceniu się z tekstem za pomocą jednego z wyrażeń typu: „Proszę pani, ja tu mam taki superreportaż z... (nazwa wydarzenia), może pani rzuci okiem?”, „Pani profesor, a ja tu napisałem taki fajny tekścik o... (temat tekstu), może się nada?”. Bardzo skuteczny. 2. Pierwsza metoda morska (tzw. sam-chciałeśtopisać) –  na a pytanie „Kto napisze na ten temat?” odpowiada się „MOŻE ja.”, po czym okazuje się, że „Na pewno ja”. Używając tej metody, ryzykuje się głową w przypadku niedostarczenia tekstu w terminie. 3. Druga metoda morska (tzw. nauczycielska) – dotyczy przeważnie tematów obowiązkowych. Jeżeli nikt nie chce napisać notki o jakiejś szkolnej uroczystości, p. Sura wyszukuje delikwenta, który nie ma jeszcze żadnego tekstu na sumieniu i mówi: „... (imię ucznia), a MOŻE ty?”. Niestety, od drugiej metody morskiej nie ma odwołania, nie możesz pisnąć rozpaczliwie „A może nie ja?”. Pozostaje ci tylko pogrążyć się w otchłani rozpaczy... I zacząć pisać, bo następny numer coraz bliżej! Po wydaniu Po wydaniu wszystko wraca do normy. Siedzimy na ławkach, machamy nogami i kalkulujemy. Sprzedaliśmy ponad sto egzemplarzy gazetki. To dziwne. Jeden dla rodziców, jeden dla dziadków ze strony mamy, drugi dla dziadków ze strony taty, jeszcze jeden dla cioci Heli z Poznania... Pomnożyć przez liczbę osób w redakcji... Taaak, ktoś musiał to kupić dobrowolnie... Rozmowy toczą się przeważnie na temat świeżo wydanego numeru. Ktoś (do mnie): - Marika, ten tekst o kotach był nudny. Tak twierdzi moja koleżanka. Ja (z błyskiem wściekłości w oczach): - Jak nie lubi, to niech nie je! (Wieczorem wyżyłam się na maszynie do pisania, tworząc jadowity tekst o gazetkach dla nastolatów.) P. Sura: - A o czym napiszemy do następnego numeru?... Właśnie, to pytanie nurtujące dziennikarzy przez wieki: O czym napisać do następnego numeru...?! Marika Rybak, Mig 13

15.MAM.Forum Pismaków

Jak to jest, gdy się przez tydzień nie widzi na oczy opiekuna redakcji... Ostatni tydzień listopada był naprawdę wariacki… W poniedziałek miałam 7 lekcji, a kiedy kierowałam się już ku budynkowi szkoły podstawowej, zauważyłam, jak p. Andrzej wsiada do samochodu. Jasne było, że jedzie do domu. We wtorek kolejne 7 – byłam po nich wykończona, więc i tak pożytku by ze mnie w redakcji nie było. W środę andrzejkowa dyskoteka (sam opiekun mówił wcześniej, że tego dnia nie będzie na nas czekał), a poza tym nie zdążyłabym zrobić na czwartek projektu z angielskiego. W czwartek miałam kolejne siedem lekcji i byłam padnięta, a piątek to dzień zbiórki harcerskiej - obecność obowiązkowa) - więc nie mogłam jej opuścić. Wiele razy słyszałam (z wiadomych ust…), że „dziennikarzem, nawet szkolnym, to się jest 24 godziny na dobę, a nie tylko we środy na redakcyjnym kolegium”, więc trudno się dziwić, że nawet po takim, jak wyżej, tygodniu, miałam wyrzuty sumienia. Przez cały weekend zadawałam sobie pytanie: Ciekawe, co mój opiekun na to, że nie pojawiłam się przez tydzień? Będzie bura?" Odpowiedź wydaje się oczywista: mogę się spodziewać długiego kazania, chyba że zadziała wyjątkowość dnia – 30. były przecież andrzejki. Od początku poniedziałkowych lekcji odliczałam, ile to jeszcze minut zostało do wizyty u opiekuna redakcji. Nie chodziło o to, że nie mogłam się doczekać, ale o to, że trochę jednak bałam się spotkania. Uznałam jednak, że jeśli dzisiaj nie pójdę, to nie odważę się już chyba nigdy... „Raz kozie śmierć” – pomyślałam, weszłam do budynku i wdrapałam się na piętro. Opiekun grzebał coś akurat przy laptopie w klasie nr 4. Powitał mnie słowami: „To się trochę nie widzieliśmy…". „No tak, jest ironicznie, więc jednak mi się dostanie. Za błędy w końcu trzeba płacić” – pewna byłam dalszego ciągu rozmowy, więc poprosiłam p. Andrzeja na korytarz, bo w klasie znajdowało się już kilkoro czekających na radę nauczycieli. A tu jakby nigdy nic! Musiałam wprawdzie wytłumaczyć się z tego, co przez calutki tydzień porabiałam (tzn. chyba sama zaczęłam się w tym stresie spowiadać…), ale potem było tylko miło. Skończyło się na małej karze (spisaniu powodów swojej tygodniowej nieobecności) i obietnicy mojego pojawienia się w szkole następnego dnia. Uff… Karolina Padło, Szkolny Donosiciel

15.MAM.Forum Pismaków

Tata dobry na wszystko Budowa grodu - co to dla nas! Nic trudnego, choćby miało się na to zaledwie siedem dni, podczas gdy prawdziwe grody powstawały nawet przez 60 lat. Tylko jak przekonać mamę, że do zaprawy murarskiej potrzebne są kurze jaja? Właśnie skończyliśmy na lekcji czytać opowiadanie o Lechu, Czechu i Rusie. Legenda opowiadała o tym, jak nasz pra pra pra... pra pra przodek Lech budował gród. My również dostaliśmy od naszej wychowawczyni bojowe zadanie: zbudować gród. Co to dla nas? Bułka z masłem! Bułka z masłem? Z książki do historii naszej starszej siostry dowiedzieliśmy się, że Słowianie budowali taki gród około 60 lat. Pani dała nam na to 7 dni. Trochę mało czasu... Najlepiej będzie zapytać się taty, jak to zrobić. Tata zbudował nasz dom w 3 lata, więc na pewno będzie wiedział, jak to zrobić szybciej. Na szczęście, okazało się, że mamy zrobić tylko makietę grodu. A więc - do roboty! Wykonanie makiety takiego grodu to również nie jest taka prosta sprawa. Na początek trzeba ustalić, jak ma wyglądać taki gród. Tutaj sprawa była prosta. Odpowiednią ilustrację mieliśmy w podręcznikach. Teraz najważniejsze: z czego wykonamy naszą makietę? Tata powiedział nam, że budowę takiego grodu rozpoczynało się od postawienia palisady z bali dębowych, którą następnie obsypywano wałem ziemnym. Podobno do murowania używano wtedy zaprawy wykonanej z piasku, wapna i kurzych jaj. Piasek weźmiemy z piaskownicy, drzewo dębowe mamy pod kominkiem, ale nie wiem, czy mama da nam jajka? Miałam rację - nawet nie chciała słyszeć o zaprawie z kurzych jaj! Musieliśmy więc znowu po poradę udać się do taty. Znalazł rozwiązanie. Nasz model grodu wykonamy z płyt styropianowych, które można bardzo łatwo wycinać i szlifować. Pokryty warstwą gipsu model łatwo daje się potem malować. Palisada? Wystarczy papier falisty i nasza palisada wygląda jak prawdziwa. Do wykonania strzechy na chatach tata zaproponował pakuły, których używa do uszczelniania rur. Jeszcze trochę farby, kleju i nasz gród jest gotowy! A może by tak jeszcze fosę wypełnić kisielem? Będzie wyglądał jak prawdziwa woda! Mama popatrzyła na nas złowrogo. No dobra, fosa, pomalowana na niebiesko, też wygląda nieźle… Agatka Zatorska, Świat Trójki ZAGRALI DLA CHORYCH DZIECIAKÓW
Jak co roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy miała swój finał w pierwszą niedzielę nowego roku. Tym razem wyjątkowy- „pełnoletni”.
15.MAM.Forum Pismaków

Godzina 8.00 Zaspani harcerze gromadzą się pod halą sportową OSiRU w Jelczu – Laskowicach. Kilka dziewczyn siedzi w samochodzie policyjnym z powodu minusowej temperatury. Pojawia się pan Wincenty Marchlewski. Otwiera drzwi solidnie zmarzniętym wolontariuszom. Ci wchodzą do hali i rozkładają się w jednym pomieszczeniu. Kasia Szczerba, drużynowa harcerzy, odczytuje listę obecności. Wszyscy są? Jednak nie, kilka osób zaspało. Po chwili i oni docierają do sztabu organizatorów WOŚP w naszym miasteczku. Wkrótce otrzymują od harcerzy identyfikatory Orkiestry. Wolontariusze zawieszają go sobie na szyi i biorą ze sobą puszki na datki. Tak zaopatrzeni, zostają rozesłani w różne miejsca, gdzie zamierzają kwestować – w tym roku ponownie na rzecz dzieci z chorobami nowotworowymi. Sztab pustoszeje. Kwestujący wyruszają na przydzielone stanowiska: pod kościół św. Maksymiliana Marii Kolbego, w okolicę sklepów w centrum miasta, w pobliże kościoła pw. świętego Stanisława biskupa Męczennika, itd. Godzina 9.00 Grupy wolontariuszy, dwu - trzy osobowe, ustawiają się pod każdym z wyznaczonych obiektów. Gdy tylko pojawi się jakiś przechodzień, słychać uprzejmą prośbę: - Dzień dobry. Zbieramy na dzieci z chorobami onkologicznymi. Czy zechcą Państwo nas wesprzeć? Większość osób, oczywiście, nie odmawia: - Ty jesteś taka zmarznięta, to dam Ci coś do tej puszki – z uśmiechem odpowiadają zagadnięci, zazwyczaj starsze osoby. Ci,  którzy nie mają zamiaru przyłączyć się do tej ogólnopolskiej akcji, starają się jak najszybciej uciec z „pola rażenia” wolontariuszy. Kiedy im się to nie udaje, tłumaczą się: - Nie mam portfela przy sobie. - Śpieszę się do kościoła. W ostateczności traktują „zbieraczy” jak powietrze – udają, że ich nie widzą. Ok. godziny 11.00 Na sali OSiRu nie obywają się żadne

15.MAM.Forum Pismaków

aukcje, ani licytacje. Zaplanowano za to liczne gry i zabawy. Turnieje w piłkę nożną i koszykową, skakanie na skakankach, malowanie twarzy i nibykaraoke – śpiewa się bez tekstu, z pamięci, z akompaniamentem gitary. Niedzielne przedpołudnie przyciąga do hali mnóstwo dzieci oraz młodzieży, a nawet dorosłych. Zabawa jest świetna. Na szczęśliwych zwycięzców poszczególnych konkurencji czekają słodkości ufundowane przez pana burmistrza, Kazimierza Putyrę. Druh Krzysiek Janus w sztabie spędza chyba najwięcej czasu spośród harcerzy. Pilnuje puszek, przygotowuje orkiestrowe, charakterystyczne serduszka. Opiekuje się także młodszymi wolontariuszami, a nawet wydaje herbatę zmarzniętym uczestnikom akcji.. Parę łyków złocistego, parującego napoju i znowu w drogę – pieniądze nie zbiorą się same! Druhna Kasia Szczerba opowiada: - Razem z WOŚPowcami rozwieszam plakaty na mieście. Naraz podchodzi do nas jakiś pan i odgraża się, że „na Owsiaka to on nie daje, bo słyszał, że Owsiak to połowę dla siebie bierze”. Kolejna nasza rozmówczyni złowieszczym tonem daje nam do zrozumienia, że „skoro zbieramy dla tego Owsiaka, to na pewno szatan nas nawiedził!” W tym miejscu przypominają mi się słowa pani Wiesławy Pohoriło, ze Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom „Tęcza” w Oławie: „Jeśli nie chcesz pomóc, to przynajmniej nie przeszkadzaj!” Godzina 13.00 Kwesta orkiestrowa trwa. Jedna z dorosłych wolontariuszek wyjaśnia, dlaczego postanowiła włączyć się do tej ogólnonarodowej akcji. Oprócz chęci pomocy chorym dzieciom jest jeszcze potrzeba zadośćuczynienia. Jej własna córka, dziś z zbierająca pieniążki razem z mamą, kiedyś została uratowana dzięki, m.in. operacji serca. Zabieg ten wykonano z pomocą aparatury, zakupionej ze środków zebranych przez WOŚP. Dlatego mama w 100% popiera to przedsięwzięcie. Godzina 19.00 "Starszyzna” harcerzy jedzie do Wrocławia samochodem. Tam, wraz z panem burmistrzem, muszą zawieźć puszki, wypełnione pieniążkami. Przy okazji będzie można obejrzeć „światełko do nieba”, puszczane pod Kliniką Onkologiczną. Moje wrażenia? Ludzie chcą pomagać, ale nie zawsze wiedzą, w jaki sposób to zrobić. Czasem wstydzą się dać jakieś duże kwoty – tak jak w przypadku jasnowłosej i niebieskookiej pani, która sto złotych owinęła w dziesięciozłotowy banknot. Być może ze względu na strach przed obmową i koniecznością tłumaczenia się. Dlatego takie akcje, jak WOŚP, są niezwykle potrzebne. harcerzom i wolontariuszom w ich szczytnej akcji towarzyszyła Monika Musiał, Świat Trójki Masowe pranie mózgów Masowe pranie mózgów

15.MAM.Forum Pismaków

Przedstawiciele różnych subkultur (szczególnie, jeśli mamy na myśli młodzież) są zazwyczaj łączeni z jakimś konkretnym miejscem. Po pewnym czasie to miejsce staje się dla nich niejako „miejscem kultu”. Tam się spotykają, tam nawiązują nowe znajomości, a nierzadko jest to dla nich miejsce bardzo ważne ze względu na przywiązanie emocjonalne. Do niedawna byłem przekonany, że  dla przedstawicieli popkultury takim miejscem jest koncert jakiejś gwiazdki popu. Ot – spotykamy się, wszędzie tłok, na scenę wychodzi jakiś śmieszny ludzik, śpiewa kilka piosenek o niczym(no, bo właściwie, jaki sens przekazują teksty w stylu „Zrób tak, Mów tak, Tak źle”?), które zazwyczaj mają kiepską linię muzyczną. Później – za dwa, może trzy miesiące – widzimy na ekranie telewizora tego samego „artystę”, który – jak się okazuje – śpiewał z playbacku, brał łapówki, a tak w ogóle, to znajduje się na samym dnie moralności, a szanse, aby się odbił, są nikłe. Czy ktokolwiek, prócz rozkapryszonej nastolatki, da sobie wmówić, że taka osoba może być dla nas autorytetem? Wątpię. W takim razie musimy znaleźć sobie nowy autorytet. Trudna decyzja… trzeba się mocno zastanowić… wytężyć umysł… i… jest! Tylko wydaje się, jakbyśmy go skądś znali, tak? Trudno nie znać samego siebie. Tak, dla przedstawicieli popkultury autorytetami stają się powoli oni sami. Być autorytetem dla samego siebie, czy to  w ogóle możliwe? Okazuje się, że tak, a nową „świątynią” staje się galeria handlowa.

15.MAM.Forum Pismaków Być autorytetem dla samego siebie, czy to  w ogóle możliwe? Okazuje się, że tak...

Kto w ogóle wpadł na pomysł, aby miejsce, w którym znajdują się setki sklepów i kilka fast food’ów nazwać galerią? Taki zabieg, to dla mnie bezczeszczenie sztuki, którą przedstawia się w prawdziwych galeriach. Bo przecież większość z nas, kiedy w dzisiejszej dobie konsumpcjonizmu usłyszy owo galeria, to  na pewno skojarzy je  z obiektem handlowym. Przykład? Jedna z nauczycielek jakiś czas temu zorganizowała wycieczkę do Krakowa. Ważnym punktem wyprawy była galeria malarstwa w Muzeum Czartoryskich. Jakie było zdziwienie młodzieży, która na miejscu dopiero skojarzyła, że program obejmował nie „galerię - i -muzeum”, ale „galerię w muzeum”. Powoli centra handlowe stają się dla nas miejscem spędzania wolnego czasu. Nieważne, czy chcemy coś kupić czy nie – szwendanie się pomiędzy jednym a drugim sklepem jest cool. To jest takie swoiste zagłuszanie potrzeby indywidualności i wyjątkowości, do którego prowadzi promocja kultury masowej – muszę być jak inni, robić to,  co inni, ubierać się w to, co inni, słuchać muzyki, jakiej słuchają inni – nieważne, czy mi się to podoba czy nie. Takim trendom ulegają też ludzie, którzy naprawdę powinni być dla nas autorytetami – nauczyciele. Jeden z nich poprowadził ostatnio lekcję pod hasłem „Tarnów to  za mała wieś, aby w galerii był Armani” – paranoja. Inteligentniejsze jednostki, które nie dają sobie zamydlić oczu, dostrzegają w tym wszystkim obłęd. I to po ich stronie stoi racja. Czy naprawdę istnienie tego typu obiektu handlowego świadczy o wielkości czy statusie społecznym mieszkańców naszego miasta? Mikhael Michał Boruta, Duch Gimnazjum WIELKI PLUSK
Czy basen to ulubione miejsce dzieci? Wiem jedno, dla mojej klasy z pewnością tak. Uwielbiamy lekcje na basenie i żałujemy, że mamy je tylko raz w tygodniu.
15.MAM.Forum Pismaków

Przed lekcją Rozerwał mi się czepek, pani pożycza mi pomarańczowy z basenu. Jest za duży na moją głowę. Spieszymy się, choć pan uważa, że jest zupełnie inaczej. Nie mamy czasu składać ubrań, które po prostu wrzucamy do szafek. Na basenie jestem najczęściej ósma z kolei. Po mnie przychodzi reszta klasy. Leszcze i delfiny Najpierw rozgrzewka. Najpierw obowiązkowo osiem przysiadów, czasem pajacyki, rozciąganie, i kilka różnych innych ćwiczeń. Potem pan do nas bardzo dziwnie mówi – wydaje mu się, że jesteśmy rybkami. „Delfiny”, czyli ja  Igor, Dawid i Leon, idą na drugi tor, a „Leszcze” zostają na pierwszym. Leszcze wolniej pływają i mają łatwiej, delfiny ćwiczą trudniejsze style i szybciej pływają. A nasz pan jest na pewno bardzo głośną rybką, bo krzyczy. Bardzo przyjemne jest skakanie do wody. Robimy wielki PLUSK i ścigamy się, kto dalej skoczy. Wszystko ma swój koniec (niestety!) Koniec zajęć to najgorsza część lekcji. Trzeba się szybko suszyć i nie ma czasu na gadanie. Najdłużej zawsze szukamy suchych majtek. Pewnie dlatego, że są bardzo małe i trudno je zobaczyć w ciuchach na dnie szafki. Inny problem to suszenie włosów. Suszarek jest jedenaście, nas dużo więcej. Babcia mówiła mi  że mam zabierać z domu swoją suszarkę. Trzeba się spieszyć, bo pan, który prowadzi autobus już się niecierpliwi. Na kolejny PLUSK trzeba poczekać do następnej środy. Agata Zatorska, Świat Trójki

15.MAM.Forum Pismaków

Bizneswomen, która się przeliczyła? Tego jeszcze w Lotyniu nie było. Naszą wieś odwiedziła wraz ze swą ekipą Elżbieta Jaworowicz, dziennikarka znana w całej Polsce z prowadzenia programu „Sprawa dla reportera”. Przyjechała po to, by zrobić materiał o „Hipokratesie”. Po godzinie odjechała. Z niczym. Elżbieta Jaworowicz odwiedziła Lotyń na prośbę pani Anny Głuszak – jeszcze nie tak dawno właścicielki „Hipokratesa”, która uważa się za osobę poszkodowaną i oszukaną. Przypomnijmy, że w budynku, który od 2 lat stoi pusty w centrum wsi miała funkcjonować specjalistyczna przychodnia zdrowia. Przez jakiś czas tak się działo, ale wkrótce przychodnię zamknięto, a właścicielka popadła w kłopoty, m.in. finansowe. Jest przekonana, że nie z własnej winy i dlatego poprosiła o pomoc. Mikrobus z napisem TVP1 zaparkował koło Hipokratesa ok.10. Zaraz po przyjeździe p. Jaworowicz zaczęła się przygotowywać do nagrania. Postanowiła ustalić fakty i potwierdzić przekazane jej wcześniej informacje. Najpierw rozmawiała z p. Głuszak, siedząc w samochodzie. Potem wspólnie, razem z innymi osobami, weszli do budynku. Tam dziennikarka słuchała oraz zadawała pytania, na które chciała konkretnych odpowiedzi. Często ich nie uzyskiwała. Z minuty na minutę była coraz bardziej przekonana, że niepotrzebnie do Lotynia przyjechała. Wątpliwości stawały się coraz większe, tym bardziej, ze znajdowała się w obiekcie, który, jej zdaniem, może i ma jakieś wady, ale prezentuje się doskonale. Dziennikarka postanowiła jednak wysłuchać wypowiedzi mieszkańców Lotynia. Przed budynkiem zebrała się ich spora grupka, choć tłumów nie było. Po chwili p. Jaworowicz wysłuchała burzliwej dyskusji lotynian z „poszkodowaną”. Mieszkańcy mieli wobec niej wiele krytycznych uwag, dotyczyły one m. in. tego, że do dziś zalega z zapłatą za pracę. Nikt właściwie nie starał się jej bronić. Po wysłuchaniu tych opinii prowadząca „Sprawę dla reportera” dała jasno do zrozumienia, że nie jest w stanie udowodnić celowego działania innych na szkodę p. Głuszak. Wyraziła przypuszczenie, że chodzi tu raczej o niedopilnowanie spraw związanych z budową oraz jej przeinwestowanie, po czym się pożegnała i udała się do busa. Na pożegnanie jedna z mieszkanek Lotynia powiedziała: „Dziękujemy, że pani przyjechała, przynajmniej zobaczyliśmy panią na żywo”. Telewizyjny bus stał przy „Hipokratesie” jeszcze przez kilka minut. Kiedy odjechał, mieszkańcy wolno rozeszli się do domów i swoich zajęć. Programu w telewizji nie obejrzą... Karolina Padło, Szkolny Donosiciel Wysłać babę do stolicy…

15.MAM.Forum Pismaków

Podróżować lubię. Nawet bardzo. Toteż okazja, która mi się nadarzyła, nie mogła się zmarnować. Dzięki internetowi (błogosławiona sieć!) odszukałam, a potem złapałam kontakt z panią Małgorzatą Karoliną Piekarską, dziennikarką prasową i telewizyjną, współpracującą z Telewizyjnym Kurierem Warszawskim, gazetą młodzieżową „13”, gdzie odpowiada na listy czytelniczek, dwutygodnikiem „Cogito”, w którym od lat publikuje swoje felietony, reportaże i wywiady. Jest również autorką kilku książek – zbioru felietonów publikowanych w „Cogito” – „Wzrockowiska”, „Klasy pani Czajki”, „Tropicieli, „Dzikiej” oraz „Dziewiętnastoletniego marynarza”, który powstał na podstawie listów stryjecznego wuja autorki, ucznia Szkoły Morskiej. Małgorzata Karolina Piekarska jest bardzo aktywną osobą, bez problemu można znaleźć ją w sieci. Kiedyś, jeszcze w gimnazjum, w ręce wpadła mi jej książka „Klasa pani Czajki”, której to egzemplarz odzyskałam po kilku latach i to w opłakanym stanie. Książka przeszła przez wiele rąk, zrobiła dużą furorę w gronie moich gimnazjalnych kolegów. Toteż bardzo zdziwiłam się, gdy pewnego nudnego letniego dnia natrafiłam na blog tej właśnie autorki. Niemalże w dwa dni przeczytałam wszystkie notki, a było ich, bagatela! – kilkadziesiąt! Wtedy to  w mojej głowie zrodził się, początkowo bardzo nieśmiały i lawirujący gdzieś w odległych rejonach ni to marzeń, ni to planów, pomysł spotkania się z panią Piekarską. A nuż uda mi się przeprowadzić jakiś wywiad? Wiązało się to z jedną

15.MAM.Forum Pismaków

kwestią, mianowicie – dojazdem. Warszawa od Cholewianej Góry jest nieco oddalona, teraz już nawet wiem, że o całe 6 godzin autokarem bądź o 12 godzin jazdy różnymi pociągami, wliczając wszelakie przesiadki. Ale o tym później. Na blogu (www.piekarska.blog.onet.pl) widniał adres email właścicielki, więc bez problemu można było się z nią skontaktować. Kiedy stwierdziłam, że zwlekanie nie ma sensu i że raz kozie śmierć, napisałam maila, w którym nieśmiało zapytałam najpierw o możliwość przeprowadzenia z nią wywiadu. Nie spodziewałam się tak szybkiej odpowiedzi! Dosłownie na drugi dzień odebrałam wiadomość z informacją, że możliwość takowa jak najbardziej istnieje, a co więcej, pani Piekarska stwierdziła, że nie lubi „mejlowych” wywiadów, bo głównie to ona musi nad nimi pracować i zaprosiła mnie do Warszawy. Proponowała nawet nocleg! No to się zdziwiłam, ale i ucieszyłam! Takiej okazji zmarnować nie mogę! 22 września wyruszyłam na spotkanie przygodzie, wczesnoporannym autokarem udałam się do stolicy i na wpół śpiąc, na wpół obserwując mijany krajobraz, w okolicach południa dotarłam na Dworzec Wschodni. I tu zaczyna się prawdziwa przygoda, i ciąg przyczynowo skutkowy, choć ja o tym jeszcze wtedy nie wiedziałam! Jako jeszcze mało zorientowany, ale bardzo starający się, podróżnik stanęłam w jednej z wielu kolejek przed kasą, aby sprawdzić, o której dokładnie mam autokar do domu. Wiedziałam, że będzie to jakoś krótko po dwudziestej, ale chciałam się upewnić i od razu kupić bilet. Pech chciał, że gdy odczekałam swoje i już chciałam wydukać moje pytania w okrągły otwór z dziurkami, pani wywiesiła tabliczkę „Kasa nieczynna” i ewidentnie nic sobie nie robiła z tego, że mi się spieszy. Niezrażona tym jednak, stanęłam w równie długiej kolejce do pobliskiej kasy, ale sytuacja powtórzyła się! O nie, pomyślałam. Ze złością wyszłam z budynku, z mocnym postanowieniem zjawienia się wcześniej i kupienia biletu. Po chwili w swoim małym zgrabnym seicento zjawiła się pani Małgosia. Jakie zrobiła na mnie wrażenie? Miłe. Poczułam do niej sympatię, gdy w samochodzie zobaczyłam lekki nieład. Jakoś było mi to bliskie. Poza tym, moja przewodniczka świetnie odnalazła się w tej roli, zupełnie tak jakby robiła to już wcześniej. Z okien samochodu obserwowałam słoneczną stolicę, a towarzyszyły temu opowiadania pani Małgosi. „Tu było to,  a tam wydarzyło się tamto. Tu moja ulubiona ulica, tu było pole, na którym odbywała się elekcja króla,

15.MAM.Forum Pismaków

tu cmentarz, gdzie leży Słowacki...” Wszystko to pryskało i skakało, jakby uciekało przed jadącym granatowym samochodzikiem, w którym jechały dwie, diabelnie spieszące się panie. Wtedy to też przyrzekłam sobie dłuższą wycieczkę po Warszawie, tak żeby móc poznać i zwiedzić więcej. Początkowy plan był taki, że miałam towarzyszyć pani Piekarskiej w pracy, bo w tym dniu akurat wydawała „Kurier Warszawski”. Jednak plany zmieniły się i dzień miał przedstawiać się inaczej. Na początek udałyśmy się do siedziby fundacji „Vide Supra”, której założeniem jest docenienie i pomoc młodzieży zdolnej, ale nieposiadającej możliwości dalszego rozwijania się. I nie musiały być to akurat osoby, które miały najwyższe średnie. Doceniane były osoby, które w swojej dziedzinie osiągały ponadprzeciętne wyniki. Pani Piekarska zasiadała w komisji stypendialnej, miała także prezenty dla chłopaka, który stypendium nie dostał, a według niej na to zasługiwał. Chwila rozmowy z przedstawicielką fundacji i ruszamy w dalszą trasę. Naszym celem była redakcja „13”, w której pani Małgosia miała kilka spraw do załatwienia. W telegraficznym skrócie mogłam zobaczyć ową

15.MAM.Forum Pismaków

redakcję i poznać kilka jej redaktorek. Pani Piekarska przedstawiła mnie oraz charakter mojej wizyty, panie zaczęły dopytywać się, skąd jestem. Cierpliwie zaczęłam tłumaczyć, gdzie jest CHOLEWIANA GÓRA i Jeżowe. Cieszyłam się, a także zdziwiłam, że Warszawiacy całkiem nieźle orientują się, gdzie jest Stalowa Wola... Kolejnym punktem szaleńczej wyprawy po stolicy był posiłek w jednej z małych i licznych knajpek na Saskiej Kępie, podczas którego mogłam rozpocząć „odpytkę”, czyli przeprowadzanie wywiadu. Pogoda była cudowna, całkiem odmienna od tej, której się spodziewałam. Bowiem wiedzieć trzeba, że gdy wybieram się w dalszą podróż, pogoda, choćby dotąd była najpiękniejsza, zmienia się diametralnie i leje, zwykle jak z cebra, i jest zimno. Niejednokrotnie już to przerabiałam, więc jakież było moje zdumienie, gdy powitała mnie Warszawa skąpana we wrześniowym, ciepłym blasku jesiennego słońca. Dlatego też posiłek odbył się w restauracyjnym ogródku, nieopodal którego kręcono scenę do filmu „Malanowski i partnerzy”. Od nadmiaru wrażeń kręciło mi się w głowie. Po spożytym późnym obiedzie, przy kawie zabrałyśmy się za wywiad, którego pierwszą, tę krótszą część, udało mi się przeprowadzić, co można przeczytać w tym numerze „Post Scriptum”. Dokończyłyśmy rozmowę już w mieszkaniu dziennikarki. Kilka słów o nim. Było magiczne! Od razu dało się tu wyczuć zapach historii czającej się w każdym kącie, wychylającej się z każdego bibelotu, portretu czy książki, a wymienionych przedmiotów było tam mnóstwo! Największą moją uwagę przykuły przedmioty związane z Powstaniem Warszawskim, które należały do jego uczestników, a członków rodziny właścicielki mieszkania. Byli to jej stryjeczny dziadek, dziadek oraz ojciec. Znajdował się tam hełm, biało-czerwona opaska z nazwą kompanii – „Chrobry I”  oraz wiele innych. A także liczne fotografie, portrety, obrazy, medale, oprawione dokumenty... Każdy z nich ma swoją bogatą i ciekawą historię, każdy znaczy coś innego, jednak nie starczyło mi czasu na poznanie ich wszystkich, a i stronic w gazecie by na nie zabrakło. Mnie, regularnemu czytelnikowi, w oko wpadły również ogromne półki w dużej liczbie, które od ziemi ku sufitowi całe zajęte były pozycjami książkowymi. Ech.., piękny zapach kurzu książkowego, który naprawdę lubię, sprawił, że aż zachciało się zapaść w jeden z ogromnych skórzanych foteli i zatopić w lekturze któregoś z opasłych „tomiszcz”. Jednak czekały mnie inne zadania: dokończenie wywiadu, a potem główna

15.MAM.Forum Pismaków

atrakcja, czyli wizyta w gmachu Telewizji Polskiej, która nie do końca mieści się na Woronicza, jak sądzi większość, ale także na ulicy Jasnej. To tam powstaje większość serwisów informacyjnych, w tym „Kurier Warszawski”, a także „Panorama” czy „Wiadomości”. Po zakończeniu rozmowy z panią Małgosią, która trwała bez mała dwie godziny (toteż materiału na wywiad miałam, ku mojej radości, wiele), pojechałyśmy na Jasną. Odebrałam wcześniej wyrobioną przepustkę i rozentuzjazmowana weszłam do gmachu telewizji. Na mnie, dziewczynie, jakby nie było, z małej miejscowości, ze wsi, budynek zrobił ogromne wrażenie. Wiele pomieszczeń z nowoczesnym sprzętem, ludzie bez przerwy uwijający się, ciągle się gdzieś spieszący, zapracowani. Tak, to zdecydowanie były moje „klimaty”! Poznałam kilku redaktorów, montażystów, operatorów kamery, tzw. „dźwiękowców”. Byłam świadkiem wydawania „Kuriera Warszawskiego”, mogłam zobaczyć chociaż namiastkę pracy redaktorów i prezenterów – gdy weszłyśmy do jednego z pomieszczeń właśnie trwała praca nad montażem dźwięku do reportażu. Krótko podjęciu, sprawdzeniu i zakończeniu tej pracy, reportaż poszedł w eter. To było coś wspaniałego! Oprowadzono mnie po wszelakich pomieszczeniach, w którym znajdował się różny sprzęt, w zależności od przeznaczenia danego lokum. Toteż byłam w miejscu, gdzie właśnie wydawany był „Kurier Warszawski”, z bliska widziałam przygotowania prezentera do wejścia na wizję, odwiedziłyśmy pana, który dba o to, żeby w odpowiednim momencie na antenie pojawiły się reklamy itd., itd. Wrażeń było mnóstwo, aż żal było stamtąd odchodzić, jednak czas naglił. Ostatnim moim „akcentem” wydawała się być miniwycieczka po Warszawie, którą przy pomocy swojego magicznego seicento zafundowała mi moja „opiekunka”. Zjeździłyśmy co główniejsze trasy, dzięki czemu mogłam zobaczyć stolicę wieczorną, a widok ten okraszony był wieloma ciekawymi opowieściami. Jednak pora była wracać do domu. Czasu do autobusu było coraz mniej. Na Dworzec Wschodni dotarłyśmy krótko po 20. Okazało się, że autokar odjeżdżający w moje rodzinne strony wystartował kilka minut temu. A to pech! Pędem puściłyśmy się w stronę dworca PKP, mieszczącego się w tym samym budynku, z nadzieją złapania jakiegoś pociągu. Nadzieje jednak były daremne, pani w okienku nie miała żadnych wiadomości, musiałyśmy się udać na Dworzec Centralny. W międzyczasie pani Piekarska zdążyła zadzwonić do swojej

15.MAM.Forum Pismaków Jakie zrobiła na mnie wrażenie? Miłe. Poczułam do niej sympatię, gdy w samochodzie zobaczyłam lekki nieład.

koleżanki z prośbą o sprawdzenie rozkładu jazdy pociągów do Rzeszowa. Okazało się, że  owszem, jest pociąg, ale odjeżdża za 15 minut z Dworca Centralnego. Jazda była szaleńcza, na peron dotarłyśmy na kilka minut przed odjazdem pociągu. Szybkie pożegnanie, uściski i już siedzę w pociągu. Spanikowana, sama, dowiedziawszy się od konduktora, że będzie przesiadka na Dworcu Głównym w Krakowie i na pociąg do Rzeszowa mam czekać 3,5 godziny. Dodam, iż były to najbardziej niespokojne godziny w moim życiu, jednak nie bezowocne. Wiele rzeczy się nauczyłam i wiele zaobserwowałam. Po pierwsze, nocą wszystko na ogromnym Dworcu Głównym Kraków jest pozamykane. Człowiek nie uświadczy informacji, jest zdany tylko na siebie. Więc jeśli ma np. 20 minut do odjazdu i po raz pierwszy znajduje się w tym miejscu, nie ma szans zdążyć i trafić do właściwego pociągu. Po drugie, gdy już znalazłam kasy biletowe (w podziemiach!!!) i przyszło mi szukać dogodnego i bezpiecznego lokum na długie godziny oczekiwania, okazało się, że większość miejsc siedzących zajęta jest przez bezdomnych, którzy na nich śpią. Podróżnym pozostają ławki na wietrznym peronie bądź przechadzka. Ja poradziłam sobie w inny sposób, siadając po prostu na rozesłanej na ziemi kurtce. I tak też dotrwałam. W domu byłam około godziny ósmej rano. Przygody odsypiałam cały dzień. Jednak niewątpliwie wyprawa do Warszawy, mimo wszystko, była udana. Sam za siebie mówi kilkunastostronicowy wywiad, a także wszystkie wspomnienia i doświadczenia, które nabyłam. Poza tym, Warszawa jest taka piękna jesienią… Aneta Jabłońska, Post Scriptum

15.MAM.Forum Pismaków

Sześć! Sześć! Sześć! Żyjąc w tak pomylonym kraju jak dzisiejsza Polska, trudno zachować dystans do czegokolwiek, nie obrażając autorytetów, zachowując wszelkie normy prawne i moralne. Trudno już robić cokolwiek nie narażając się na złośliwości i głupie docinki. Na wsi, gdzie mieszkamy i gdzie się wychowaliśmy, zupełnie nam wystarcza lokalne „BBC” uformowane przez zalegające pod płotami „ciapy”, żywiące się każdą, choćby najgłupszą plotką, skrupulatnie „wyroztrząsaną” i puszczoną dalej. Przez takich ludzi wiele jest także i u nas iście średniowiecznych poglądów, które należałoby wykorzenić, a których nie ma szans usunąć z mentalności mas (jak np. ten, że lepiej być złodziejem niż wystąpić z seminarium). Na omawianie tych spraw nie warto jednak strzępić języka, bo jak kraj długi i szeroki nigdy się to nie zmieni. Warto zamiast tego poruszyć tak istotną sprawę, jak wychowanie dzisiejszej młodzieży. Będąc ostatnio w renomowanej szkole w dużym pobliskim mieście, natknąłem się na plakaty kandydatów do szkolnego samorządu. Każdy, kto pomyślał, że obecny plakat wyborczy zawiera kiełbasę wyborczą w stylu: „Będę rzetelny, pracowity, zorganizuję kółka pomocy dla słabszych uczniów, a bristol w sklepiku kupicie za złotówkę”, srogo by się zawiódł. Otóż plakaty te były dla mnie eskalacją najczystszej głupoty. „XYZ ma do czech za darmo!”, „ABC wie, gdzie jest Nemo!”, „Twoja stara głosuje na JKL – Ty też możesz!”. I jak młodzi ludzie mają poważnie podchodzić do wyborów, skoro już na poziomie szkoły robi się z nich regularne jaja?!? A przez co to wszystko? Przez głupotę rodziców, brak czasu dla dzieci i zbytnią wobec nich tolerancję. Wiem, że sam mam jeszcze żółto w dziobie i mało soli w życiu zjadłem, ale patrząc przez pryzmat mojego wychowania na wychowanie moich młodszych kolegów – jestem w głębokim szoku. Żeby zniżyć się do poziomu dzisiejszej młodzieży, musiałbym się chyba położyć na podłodze. Wielokrotnie powtarzałem, że wielki wpływ na dzisiejszych młodych ludzi mają kłamliwe media, które izolują ich od rodziców jeszcze bardziej. Mają one kilka wypracowanych zasad, które chciałbym pokrótce omówić, by przestrzec tych nielicznych, którzy czytają jakąś dobrą i obiektywną prasę, jak np. gazetki szkolne, przed chłamem zalewającym ich umysły. Manipulowanie informacją opiera się głównie na sześciu trywialnych wręcz metodach, które nie tylko są proste, ale i nie wymagają specjalnych nakładów finansowych – jak kolorowe reklamy i banery w Internecie, a tylko trochę wyobraźni. Po pierwsze, milczenie o pewnych faktach i stwarzanie pozorów czegoś innego. Przykład? „Polska powinna być dumna, że ma takiego artystę jak Nergal. To człowiek,

15.MAM.Forum Pismaków

świetnie reprezentujący polską markę za granicą”. Dziwne, że nikt do tej pory nie powiedział tym wszystkim nastolatkom spragnionym, by lider zespołu Behemoth spijał ich krew, że obecny kochanek Dody nienawidzi Polaków i gardzi nimi za „życie według utartych schematów”, czyli powiązania z „zabobonami”, jakie rozsiewa według niego Kościół katolicki, a nagrodę od polskiej branży muzycznej chciał umieścić w łazience na półce nad toaletą. Wyolbrzymianie rzeczywistości, zwłaszcza w jej skutkach, to trik numer dwa. Świetnym komentarzem do tego może być obecne roztrząsanie tańca pary prezydenckiej na dożynkach w Spale. Ktoś trzeźwo myślący wypowiedział się w Internecie: „Ale hipokryci z was. Kaczyński raptem zakręcił dwa kółka i wielki lament, a tymczasem Kwaśniewski nawalony na cmentarzu żołnierzy w Charkowie – a cóż to takiego, że się napił? Po prostu swój chłop.” Udzielanie porad przez wątpliwej klasy specjalistów, to konik czasopism młodzieżowych. Zawsze można znaleźć jakiegoś „autoryteta”, który poprze swoim stanowiskiem choćby najgłupszą tezę. Może to być zarówno wykładowca uniwersytetu, jak i zwykły nastolatek. Śmiać mi się chce, kiedy czytam jak to „Kuba” lub „Alicja” odpisują na problemowe listy nastolatek. Równie dobrze sam mógłbym bez żadnych podstaw psychologii odpowiedzieć trzynastolatce, że nie można zajść w ciążę uprawiając seks przez spodnie, bo trzeba mieć siano zamiast mózgu, żeby wpaść na taki pomysł. Nie wspominając już o współżyciu trzynastolatek… Pogląd, że cała młodzież myśli jednakowo działa, aczkolwiek jest zawodny. Najlepszym przykładem jest to, że nie wszystkim podobały się plakaty, o których wspominałem wcześniej. No ale jeżeli to taka fajna, „luzacka” inicjatywa, to dlaczego ktoś ma prawo mieć inne zdanie? Może jednak nie jestem ciemną masą zapatrzoną jak cielę w malowane wrota w to, co dyktuje ktoś inny? Może mam własne zdanie i nie muszę iść za tłumem? Tworzenie klimatu nieistniejących konfliktów, to ingerowanie w relacje między nastolatkami a autorytetami. Środowiska polityczne młodzież i bez nagonki mediów traktuje jak wielki ściek, ale problem rodzi się, gdy chodzi o rodzinę, Kościół i instytucje państwowe. I tak na przykład wmawia się naszym milusińskim, że: „Stary za dużo od Ciebie wymaga – olej go. Masz już czternaście lat, to Twoje życie i nie on będzie za Ciebie decydował”, albo od razu wiązka: Kler – mafia. Banki kradną. „ChWDP”, (czy też popularne ostatnio „JP”). Małżeństwo – „be”, a seks z chłopakiem poznanym na dyskotece (najlepiej sporo starszym, bo tacy to się znają na życiu) „cacy”. W tym momencie to od rodziców wiele zależy. Jeśli spełniają dla dziecka rolę przyjaciela, który poradzi i podpowie, ale nie stłamsi przez wmawianie mu, że dorośli zawsze wszystko wiedzą najlepiej, to dziecko wyjdzie na ludzi

15.MAM.Forum Pismaków

i będzie w stanie samo wychowywać potomstwo. Jeśli to będzie czytał jakiś rodzic (a wiem, że będzie), to pragnę zaapelować o więcej czasu dla dziecka i „więcej wsparcia, a mniej darcia”. To jedyny sposób na zdrowe relacje w rodzinie. Ostatnim sposobem na omamienie młodego człowieka jest nagłaśnianie incydentów bez znaczenia, a milczenie w sprawach naprawdę ważnych. Pragnę się tu posłużyć prawdziwą perełką z kategorii „zapchajdziura i idiotyzm stulecia”. Naukowcy doszli do wniosku, że skoro rośliny są organizmami żywymi, to czują. A skoro czują, to ziemniaka boli, gdy go obieramy! „Nie miałam o tym pojęcia – stwierdziła pani Genowefa (54 l.) – Od tej pory będę szybciej obierać ziemniaki, by zadawać im mniej cierpień”. I takimi „pomyjami” ma się żywić nasza młodzież? Czemu nikt nie wspomni, że wojsko jest niedozbrojone, górnicy pracują pomimo rażąco łamanych zasad BHP, a na polskich drogach co dwa dni ginie jedna klasa (ok. 30 osób)? Bo i nie ma po co. Niech sobie żyje ciemny lud w nieświadomości, a wszystko i tak się później zwali na kogoś. Na kryzys, na Rząd, albo najlepiej na Kościół. A jeśli chodzi o owo „666”, to myślę, że trzykrotne podkreślenie tych sześciu niepisanych reguł manipulowania młodzieżą jest aż nazbyt oczywiste, by pokazać, gdzie ukrywa się współczesny diabeł… Krzysztof Socha, Post Scriptum CIEŃ LATAWCA

15.MAM.Forum Pismaków

… Zostałam sama. Wokół mnie nie ma nikogo. Pływam. Nagle w wodzie dostrzegam coś czarnego. Serce podchodzi mi do gardła. Zawracam do brzegu. Gdy po chwili odważnie zerkam w dół, widzę tylko dno morza. Myślę „Eee, to tylko odbicie światła, cień jakiś”. Spoglądam w górę. Oglądam się wokoło. Nie dostrzegam niczego. Naraz ogarnia mnie obezwładniający strach. Plama w kształcie płaszczki sunie powoli, ale nieubłaganie ku mnie. Uciekam. Jest mi coraz ciężej. Ramiona i nogi mdleją z wysiłku. Skręcam do brzegu. Wołam o pomoc. Nikt nie odpowiada. Na plaży nie ma nikogo. Poszli na obiad. Wszyscy? Raczej nie.. Co się dzieje?! W oddali dostrzegam dziewczynę. Ostatkiem sił płynę ku niej. Krzyczę. Nie odzywa się. Naprawdę nie słyszy? Nie reaguje.. - Ra... rat... Ratun... ratunku! – dyszę resztką tchu. Niestety, nadaremnie. Kątem oka dostrzegam statek, wpływający do pobliskiego portu. Nikt mnie nie zauważa. Walczę nadal z falami i samą sobą. Jestem na skraju wyczerpania. Wreszcie docieram do brzegu.. Ze świstem wciągam powietrze do płuc i siadam na kamieniach. Tak bardzo chce mi się spać... - Hej, dziecko!... Kto to widział spać z twarzą skierowaną prosto w słońce!... – nade mną stoi uśmiechnięty tata. W ręku trzyma sznurek od latawca w kształcie wielkiej płaszczki... Monika Musiał, Świat Trójki Fenomen kiczu

15.MAM.Forum Pismaków

Wieloryb w Wiśle!”, "Kosmici obiecali panu Zdzisławowi zwycięskie cyfry w Dużym Lotku. Kłamali..." To tylko wybrane tytuły lidera polskiej prasy codziennej. Powszedni nakład „Faktu” w liczbie 700 tysięcy egzemplarzy rozchodzi się jak ciepłe bułeczki z piekarni za rogiem. Każdego ranka ponad pół miliona obywateli Polski wydaje 1 20 zł by przeczytać o „Szczurosałacie - warzywie przyszłości” lub znaleźć wewnątrz „Faktu” uzdrawiający plakat. Faktyczny paradoks Gazeta codzienna „Fakt” jest fenomenem na polskim i międzynarodowym rynku prasowym. Pierwszy numer tego brukowca ukazał się 22 października 2003 roku. Już po dwóch miesiącach od debiutu w kioskach „Fakt” ustanowił rekord rozpowszechniania płatnego dziennika w Polsce (534 904 egzemplarzy według danych Związku Kontroli Dystrybucji Prasy). Istotę tego niezwykłego zjawiska nie są w stanie wytłumaczyć nawet specjaliści ds. rynku czasopism. Co więcej, „Fakt” i jego dziennikarze są laureatami wielu polskich, ale i zagranicznych poważnych plebiscytów, a wielkanocna okładka „Faktu” z 14 kwietnia 2006 roku została uznana za najlepszą na świecie. Dopełnieniem paradoksu tego faktu, jest to  że rzeczona gazeta została dwukrotnie (2004 i 2005 rok) niechlubnym tryumfatorem plebiscytu

15.MAM.Forum Pismaków

„Hiena Roku”. Tytuł ten jest przyznawany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich corocznie od 1999 dziennikarzom, którzy wyróżnili się szczególną nierzetelnością i lekceważeniem zasad etyki dziennikarskiej. Dla ludu! „Fakt” w swoich wydaniach porusza tematy wyjątkowo „ludzkie”. – Jesteśmy blisko ludzi i ich problemów. W jasny sposób opisujemy wydarzenia i zjawiska społeczne, dokumentując je dużą liczbą zdjęć. Pragniemy, aby czytelnik był bardzo dobrze i na bieżąco poinformowany o wszystkim, co dla niego najważniejsze. Nie chcemy, by się nudził, staramy się go wzruszać, być dla niego przyjaznym – mówi Grzegorz Jankowski, redaktor naczelny „Faktu”. Ba! „Fakt” jest blisko nie tylko ludzkich, ale i zwierzęcych problemów! W jednym z numerów dziennikarze bulwarówki stanęli w obronie krowy zgwałconej przez swojego hodowcę. Szczegóły tego bestialstwa pozwolę sobie pominąć. Oczywiście, jak na najlepiej sprzedającą się gazetę w kraju przystało, rzetelność artykułów jest priorytetem. Solidny kształt tekstów zapewniają komentarze i zdjęcia bohaterów podpisanych imieniem i nazwiskiem. Tabloid nie informuje przy tym, że często korzysta z usług fotomodeli. Wymyślaniem fikcyjnych historii zajmuje się w „Fakcie” dział Wydarzenia, nazywany w redakcji „działem TZDW” (tematy z d... wyjęte). Wbrew pozorom praca kreatorów rzeczywistości nie jest dla nich zabawna. – Szef działu Wydarzenia Hubert Biskupski nie pozwalał wyjść do domu, dopóki nie zmyślimy kilku historii – mówi dziennikarz „Faktu” w rozmowie z pismem Press. Śmierć? Poproszę Mechanizm przyciągania czytelników funkcjonuje w „Fakcie” w oparciu o najprostsze i najstarsze, słowem atawistyczne pragnienia człowieka. W końcu co bardziej magnetyzuje odbiorcę od nagości, krwi i cierpienia innych? Nieetyczne zdjęcia z okładki (będące powodem uzyskania wyżej wspomnianego tytułu „Hieny Roku”) ociekają wulgarnością, gorszą, ale jednocześnie powodują zaciekawienie czytelnika. A czytelnik dostaje dokładnie to  czego chce. Cóż, fikcja jest bardziej atrakcyjna niż prawda. Do kina ludzie też wolą chodzić na filmy fabularne niż dokumentalne. Pytanie tylko, czy kłamstwa naprawdę szkodzą i manipulują społeczeństwem, czy też potrafią być celnie wyłapywane i oddzielane od prawdy. Chociaż, każdy ma swoją wersję faktu. Jakub Lasota, Szlif

15.MAM.Forum Pismaków 15.MAM.Forum Pismaków BreakTV to młodzieżowa telewizja w Wałbrzychu, działa głównie przy Zespole Szkół nr 2. Na chwilę obecną w ramówce możemy znaleźć BreakNEWS, czyli serwis informacyjny ZS2 i Break po Newsach - w którym możemy obejrzeć rozmowy z ciekawymi osobami z Wałbrzycha oraz relacje z różnych eventów. Twórcami telwizji jest grupka 4 osób interesujących się tematami "okołotelewizyjnymi". Gdy uczestnicy ciężko pracowali - nasz paparazzi nie spuszczał ich z oczu. Materiały ukazują "życie młodego dziennikarza" - stres i potyczki, ale także radość i spełnienie. Podczas dwudniowych warsztatów - każdy na pewno wiele się nauczył. Redakcje przygotowały qmamy, a Paweł Szczepanowski -relacjonował dla nas ich zmagania.



15.MAM.Forum Pismaków

TURYSTÓW NIE ZJADAMY No, nareszcie. Szukanie terminala i dwugodzinne czekanie mamy już za sobą (oby tylko walizy trafiły do luku odpowiedniej maszyny). Lotniskowy gwar ustąpił miejsca monotonnemu (i wcale nie takiemu cichemu) szumowi, podobnemu nieco do tego, jaki wytwarza domowy odkurzacz. Kilka drgających, współśrodkowych okręgów na powierzchni wody w plastikowej szklance wskazywało, że cała maszyna lekko wibruje. Wreszcie można było się odprężyć i wyciągnąć w fotelu. Mała ikonka samolotu na jednym z ekranów zawieszonych pod sufitem wciąż była bardzo daleko od czworokątnego punku oznaczającego destynację. Samolocik wprawdzie poruszał się, ale w takim tempie, że prawie wcale nie chciało się na niego patrzeć. Co pewien czas pojawiała się plansza z informacjami o podstawowych parametrach lotu. Patrząc na nie wciąż trudno było uwierzyć, że człowiek, dzięki swojej myśli technicznej, potrafi wysłać w przestworza kilkudziesięciometrową, aluminiową rurę, lecącą właśnie ponad dziesięć kilometrów nad ziemią, w dodatku z prędkością przekraczającą dziewięćset kilometrów na godzinę. Tak niewiele brakowało do osiągnięcia granic atmosfery ziemskiej i prędkości dźwięku… Niestety tym razem nie zajmowaliśmy miejsc w okolicy okna zapomnieliśmy też o luksusie miejsc tuż przed ścianką działową). Do celu zostało sześć i pół tysiąca kilometrów, czyli, w przeliczeniu na jednostki czasowe – osiem godzin lotu. Cel podróży: Mombasa… Ten „inny świat” Mombasa… Miasto znane dotychczas z podróży Stasia i Nel czy przygód Tytusa, Romka i A’Tomka, teraz stało otworem. Nasz Airbus A320 bezpiecznie wylądował na lotnisku około 5.-6. rano. Ale czy nasze walizy także?... Na czarny taśmociąg co pewien czas wjeżdżały kolejne bagaże, lecz żaden z nich nie był ani niebieski, ani zielony (dzięki kolorom innym niż czarny czy szary o wiele łatwiej jest „wyłowić” właściwą walizę). W końcu Mama zdecydowała się na zajrzenie za gumową kotarę na początku taśmy, by sprawdzić, czy nasz bagaż aby na pewno przyleciał razem z nami (jeśliby przyleciał, na pewno czekałby w kolejce na wyłożenie na taśmę). Jest. Uf. Wystarczyło wskazać go palcem, a natychmiast został wyłożony na taśmociąg. Jeszcze tylko zaopatrzyć się w wizy

15.MAM.Forum Pismaków

i lokalną walutę (szylingi kenijskie, kenyan shillings, KSH, 100 KSH = 10 euro = czterdzieścikilka zł) i można opuścić terminal. Na zewnątrz czekało pełno ludzi (w większości Murzynów) z różnych biur podróży i organizacji wycieczkowych. Samo lotnisko zostało wybudowane lub wyremontowane zapewne w latach 70. (sądząc po wystroju łazienek) i było raczej przyzwoicie utrzymane. Interesujące było rozwiązanie problemu wentylacji dla pasażerów czekających na boarding – stanowiły ją ściany z pustaków, wychodzące wprost na płytę lotniska. Spod terminala wyruszyliśmy do hotelu około godziny siódmej rano. Kilkaset metrów za bramą aeroportu nasz mikrobusik rozpoczął przedzieranie się przez zatłoczone przedmieścia Mombasy. Wzdłuż drogi pojawiło się wiele niskich, lichych, parterowych domków, w których mieściły się sklepy, saloniki fryzjerskie, warsztaty i kawiarenki; wszędzie tłumy ludzi – jak przystało na główną arterię prowadzącą na lotnisko. Dawniej ulica ta nazywała się po prostu Airport Street, teraz zaś… Barrack Obama Road. Kulturowy tygiel Kenia jako że jest byłą kolonią brytyjską (niepodległość uzyskała na początku lat 60.), posiada dwa języki urzędowe – angielski i kisuahili (ten drugi jest zunifikowaną formą języka lokalnego – każde plemię [Maasai, Karibu, Kikuyu itd.] posiada swój własny język, toteż przynajmniej część obywateli Kenii należy do prawdziwych poliglotów – znają oni przynajmniej trzy języki [angielski jest językiem wykładowym w szkole od pierwszej klasy, w suahili mówi się na co dzień, do tego dochodzi jeszcze rodzimy język danego plemienia]). W języku odziedziczonym po kolonistach jest 95% napisów, znajdujących się na billboardach i szyldach reklamowych (wszędzie się można dogadać!). Można spotkać także osoby mówiące płynnie po niemiecku (wzrastająca popularność tego języka jest skutkiem coraz szerszej oferty biur podróży zza Odry, np. Neckermanna). Kenijczycy kochają osobę prezydenta – często można się natknąć na oprawione w ramki portrety obecnego przywódcy, ponadto jedna z poprzednich głów państwa zdobi drugą stronę wszystkich kenijskich banknotów (Kenijczycy, co ciekawe, nie przepadają za bilonem). Obecną kadencję sprawuje Mwai Kibaki – to właśnie przy okazji jego wyboru na prezydenta krajem wstrząsnęły wielkie zamieszki, pociągające za sobą wzajemne mordowanie się obywateli – wtedy to Kenia bardzo straciła na atrakcyjności i turystów było niewielu. Część ośrodków wczasowych czasowo zamknięto. Teraz na szczęście sytuacja powoli się poprawia. W Kenii to rodzice decydują, czy posłać dziecko do szkoły – nie ma tam obowiązku edukacji. Prawo jest stosunkowo surowe (dla obywateli) – wciąż obowiązuje kara śmierci. Jednak wiele czasu już minęło od powieszenia ostatniego skazańca – organizacjom na rzecz ochrony praw człowieka najprawdopodobniej uda się

15.MAM.Forum Pismaków

wymóc na rządzie całkowite usunięcie kary śmierci (już teraz jest to na szczęście wyrok tylko „na papierze”). Kenia jest krajem muzułmańskim – przy głównej drodze często spotyka się różnej wielkości meczety, są także szkoły muzułmańskie (obowiązuje zasada, że w każdej wiosce powinna być co najmniej jedna). Nie znaczy to oczywiście, że dla innych religii w kraju ojca obecnego prezydenta Ameryki nie ma już miejsca – wśród miejskieji wiejskiej zabudowy można zauważyć między innymi kościół adwentystów, kościół ewangelicki, katolicki, świątynię hinduską (o której opowiem później), a nawet… Królewską Halę Świadków Jehowy (Kingdom Hall of Yehowa’s Witnesses)! Jak wiadomo, mężczyźni wyznania Mahometa mogą mieć więcej niż jedną żonę – skutek tego jest taki, że każdy ma około dziesięcioro dzieci (!). W dzisiejszych czasach na szczęście udało się zmniejszyć liczbę zgonów tuż po urodzeniu, jednak problem egzotycznych chorób nadal istnieje – prym wiodą zapalenie wątroby (WZW A/B; rozpoznawalne po zbyt żółtych białkach oczu), żółta febra i malaria. Ta ostatnia wydaje się być (przynajmniej tak mówił nam przewodnik przy okazji zwiedzania jednej z murzyńskich wiosek) coraz mniejszym problemem, jednak zdaje się, że nie jest to do końca prawda (ta sama wątpliwość dotyczy ograniczenia śmiertelności niemowląt). Faktem jest natomiast, że nawet w jedynym, zapyziałym sklepiku w prymitywnej wiosce znajdziemy tabletki przeciwmalaryczne. Niepozorne i niebezpieczne My, Europejczycy, byliśmy wyposażeni w jeden z najnowszych i, co najważniejsze, najłagodniej działających leków zwalczających zarodźce malaryczne (pozwolę sobie tutaj na przytoczenie nazwy): Malarone. Mówiąc „najłagodniej działających” mam oczywiście na myśli skutki uboczne, wywoływane przez te nieduże, białe tabletki; skutki, które w porównaniu do tego, co może wywołać preparat Lariam, wcale nie były takie uciążliwe – bujne sny (przykładowo [autentyk]: „podróże po Wrocławiu, Brama Portowa, widmo katastrofy atomowej, podróż do Wiednia, wiedeńskie tramwaje, zjeżdżalnia, James Hetfield, wielki zjazd rodzinny, odjazd…” Uff…), bóle głowy i niespokojny brzuch (co utrzymywało się niestety około tygodnia po zakończeniu zażywania). Na szczęście sytuacje pomagały opanować loperamid i paracetamol. I tak zażywanie Malarone’u rozpoczęliśmy dość późno (wg instrukcji powinno się to zacząć robić na dwa dni przed wyjazdem, potem w trakcie wyjazdu i tydzień po nim [!]), przy okazji dwudniowego wyjazdu na safari do Tsavo – obawialiśmy się, że może tam wystąpić zatrzęsienie komarów, ale na szczęście tak nie było – trafiliśmy akurat na okres, w którym nie było wylęgu. Dodatkowym, obowiązkowym zabezpieczeniem przeciw owadom (i innym nieproszonym gościom – np.… gekonom) w hotelach i lodge’ach na safari były moskitiery. Same insekty są

15.MAM.Forum Pismaków

wyjątkowo niepozorne i w dość małym stopniu przypominają nasze europejskie widliszki – kenijskie komary są o wiele mniejsze i nie mają takich długich nóg. Za to ich ukąszenia potrafią być bardzo niebezpieczne… W naszym przypadku o wiele bardziej uprzykrzające życie było niemiłosiernie swędzące pokąsanie przez wredną mrówę niż bąble po komarach. MZA? Marzenie Centrum miasta Mombasa jest położone w delcie rzeki, na wyspie, na którą można się dostać z jednej strony mostem, z drugiej zaś promem. Przewozy promowe prowadzi firma Kenyan Ferry Services Limited. Pomiędzy dwoma przystaniami o betonowych, opadających w dół brzegach kursują łącznie (naprzemiennie) cztery statki, których absolutnie nie wolno fotografować (o czym informuje na wjeździe stosowna tablica). Tak duża ilość maszyn gwarantuje odpowiednią częstotliwość kursów (na przystani, oprócz obowiązkowego cennika, uświadczymy także rozkład jazdy). Każdy prom zabiera na pokład kilkanaście pojazdów drogowych (w środkowej części) i tłumy ludzi (po bokach). Czasem wyznacza się także oddzielne miejsce dla rowerzystów (których potrafi być całkiem sporo). Każdy kurs jest dosłownie oblegany przez pasażerów. Cała przeprawa trwa dość długo, bo aż kilkadziesiąt minut. Interesujące były ostrzeżenia przewoźnika, wystosowane do pasażerów i wyświetlane na diodowych ekranach nad miejscami, gdzie dobijały promy (łącznie były dwa takie ekrany;

15.MAM.Forum Pismaków

poza ostrzeżeniami pokazywały także reklamy np. mąki i herbaty) – przykładowo ostrzeżenie dla pieszego, by nie wychodzić poza przeznaczone dla pieszych miejsce na statku: ludzik powoli rozjeżdżany przez koła ciężarówki. Cóż… Animacja najwyraźniej doskonale spełnia swoją rolę – tłumy, jakkolwiek duże by nie były, zachowują się w wyjątkowo zdyscyplinowany sposób. Im bliżej centrum, tym bardziej zmienia się zabudowa – pojawia się coraz więcej szarobiałych, nieco smutnych bloków (spotykało się także całe osiedla mieszkaniowe, złożone z brudnych, mało zadbanych „sedesowców”). Ulice stają się szersze, pojawiają się nawet pasy zieleni. Niestety w Mombasie (nie wiem, czy tak samo jest w stolicy Kenii, Nairobi) nie funkcjonuje komunikacja miejska w takiej postaci, jaką my znamy z miast europejskich i nie tylko; nigdzie nie uświadczymy klasycznych, miejskich autobusów, nie mówiąc już o komunikacji tramwajowej (którą kiedyś Mombasa jednak posiadała, o czym świadczyło ku mojej wielkiej radości stare zdjęcie zamieszczone na małej tablicy informacyjnej przy wejściu do Starego Miasta, na którym jednym z elementów posiadających opis była właśnie dwutorowa linia tramwajowa. Niestety nie jest mi znany okres funkcjonowania tamtejszej sieci). Niemal wszędzie natknąć się można natomiast na specjalnie oznakowane (obowiązkowy żółty, przerywany pas pod dolną linią okien) mikrobusiki prywatnych kierowców (zwykle były to Nissany Urvany lub Toyoty Hiace). Każdy ma przypisaną konkretną relację (przykładowo do podmombaskiej Ukundy czy takiej a takiej przystani promowej), której nazwa, napisana cienkimi, ozdobnymi, powykręcanymi literami, jest zawsze umieszczona pod drugim i trzecim oknem. I to są jedyne wyznaczone przystanki dla tych linii – taki mikrobus zwykle zatrzymuje się w miejscu, w którym akurat oczekują go potencjalni pasażerowie – czyli w miejscach, gdzie od głównej drogi odchodzi jakaś boczna. W roli komunikacji międzymiastowej spotkać można typowe autobusy turystyczne. Wśród autochtonów panuje dość ciekawa moda, polegająca na, często zbyt przesadnym, ozdabianiu swoich pojazdów – i tak widywało się mikrobusy z nienaturalnie wysokim zawieszeniem z tyłu, srebrnymi (alu?)felgami, różnego rodzaju naklejkami oraz lampkami upodabniającymi całość do bożonarodzeniowej choinki (niektóre elementy tego „tjuningu” są, przynajmniej u nas, niedopuszczalne – przykładowo montowanie przesadnej ilości świateł z tyłu pojazdu, zaklejanie reflektorów i innych źródeł światła czy montowanie pod progami lub z przodu tzw. neonów). To u was teraz 30 stopni?! Przedzieranie się przez centrum Mombasy zajęło łącznie około dwie godziny. Spanie w samolocie dało niewiele odpoczynku, a fala senności musiała nadejść akurat w takim momencie,

15.MAM.Forum Pismaków

w którym najlepiej byłoby siedzieć z nosem przyklejonym do szyby i oglądać ten „inny świat”… Zmęczenie w końcu wzięło górę nad ciekawością i nie warto już było powstrzymywać powiek przed przymknięciem się. W czasie drzemki krajobraz za oknem mikrobusika zaczął się zmieniać – szare bloki ustąpiły miejsca rzadkiej, niskiej zabudowie, pojawiło się także o wiele więcej drzew. Nasz hotel znajdował się tuż za przedmieściami Mombasy. Dotarliśmy do niego około godziny dziewiątej – mogliśmy więc niemal od razu pójść na śniadanie (chociaż uczucie było takie, jakby się miało za sobą już pół dnia). Obsługę hotelową stanowili niemal wyłącznie ludzie czarnoskórzy (co poniekąd nie dziwi) – biały był tylko agent biura Thomas Cook oraz szef kuchni. Jedzenie było naprawdę bardzo dobre; zabrakło tylko takich przysmaków, jak np. mięsa z krokodyla czy antylopy (którego można skosztować przykładowo w RPA). Wśród serwowanych potraw raz nawet pojawiło się danie z Polski (przynajmniej z opisu) – „cauliflower polonaise”, czyli… kalafior w śmietanie. W następnej części artykułu udowodnię, że stwierdzenie „małpie figle” wcale nie jest przesadzone, opowiem o ślimakach, jeżowcach i robalach zamie- szkujących przybrzeżne łachy oraz przybliżę nieco stolicę – Mombasę. W bardziej odległej przyszłości – safari i pościgi za delfinami ;) Tomasz Miś, Batorak

15.MAM.Forum Pismaków

Świńska sprawa Niebywałe rzeczy dzieją się na naszych oczach. Na samym początku szalały krowy, później kaczki, kury i łabędzie rozgrywały słynną partię szachów „H5 – N1”, a teraz świnie panoszą się po Europie i rozsiewają grypę, która powoduje, że farmaceuci biją na alarm, a niektórzy nawet do ślubu idą w maseczkach. Przemiłe zwierzątka, które najwspanialej wyglądają na naszych stołach pod postacią swojskiej kiełbasy lub kaszanki, stały się centrum zainteresowania i to wcale nie dzięki swoim walorom smakowym. Zmożony grypą (na szczęście, nie tą świńską) pomyślałem więc o zarazie związanej z naszymi różowymi przyjaciółmi i o tym, co najczęściej się z nimi kojarzy. Każdy stuprocentowy facet słysząc słowo „świnia”, wyobrazi sobie boczek. A kobieta? No właśnie, kobieta wyobrazi sobie… faceta. Dlaczego kobiety kojarzą nas ze świniami? Ano dlatego, że w ich mniemaniu zawsze pozostawiamy po sobie brud i nieczystości w naszych pokojach, które są niejako „sanktuariami męskiej prywatności”, zawsze znaleźć można brudne skarpetki, które zalegają na dywanie, a poza tym zawsze szukamy okazji, aby się „nachlać”, niczym te przysłowiowe świnie. Dorzucając do tego skrajnie szowinistyczne stwierdzenie, iż nawet gdybyśmy byli nie wiadomo jak nażarci, zawsze wsadzimy łeb do nowego koryta, mamy przepiękny stereotyp, który da się streścić w jednym wersie znanej piosenki: „Facet to świnia”. Odpowiednią więc rzeczą jest popatrzenie na facetów przez pryzmat ich własnego zachowania, opisanego przez muzyków z Big Cyca, ponieważ pod przykrywką tytułu, kryje się jakże głęboka interpretacja kulturowo-społecznego statusu mężczyzny, która może posłużyć jako mowa obronna na argumenty płci pięknej. Ponieważ rozważania nad całą piosenką starczyłyby na pracę magisterską i jeszcze kawałek doktoratu, poruszę tylko najistotniejsze elementy, które składają się na stereotyp faceta: obraz nieroba i zboczucha. Jak zwykle znów nie robisz nic, gazetę czytasz cały dzień. Kobiety mają takie specyficzne poczucie, iż zajmują się domem, dziećmi, zakupami i ogólnie muszą cały dzień być na nogach, a facet „odwali” te swoje osiem godzin w pracy, potem zaś już absolutnie nic a nic nie robi i czeka tylko aż mu ktoś (czyt. kobieta) podstawi żarcie pod nos. Żadnej jednak kobiecie nie przyjdzie do głowy, że może jej mąż jest tak wycieńczony ciężką fizyczną pracą, iż potrzebuje chwili spokoju i wytchnienia. Ci

15.MAM.Forum Pismaków

z pokolenia naszych ojców, którzy przetrwali masowe zwolnienia i dalej pracują w hutach i zakładach metalowych, zapewne coś o tym wiedzą. Poza tym niewiele kobiet zauważa, że pod czynnością, którą nazywają „nicnierobieniem” zazwyczaj kryje się u faceta planowanie, które jest istotnym elementem męskiego jestestwa. Sam będąc facetem odczuwam czasem potrzebę zaplanowania czegoś, doskonałego wypełnienia czasu, aby go potem nie zmarnować. My mężczyźni raczej nie żyjemy chwilą tak jak kobiety. Musimy mieć plan, którego się trzymamy, cenimy sobie bardziej stanowczość niż spontaniczność i wściekamy się, kiedy ten plan spali na panewce. A przez co najczęściej pali? Przez kobiety. – Misiu, Edyta dzwoniła, że Krzysiek do niej wieczorem nie przyjedzie, a to cham, i muszę do niej pojechać, bo to moja najlepsza przyjaciółka i mam wobec niej zobowiązania. Nie mogę z tobą pójść na ten koncert, wiem, wiem, że się umawialiśmy, ale weź kolegów, dobrze? Nie gniewasz się? – Facet oczywiście mówi, że się nie gniewa, ale plastikowa obudowa telefonu już się mu topi pod wrzącymi ze złości palcami, musi iść na papierosa albo na piwo i już przez cały tak mile zapowiadający się wieczór ma dosyć kobiet. To, że potrafimy przez cały dzień czytać gazetę, wypływa z prostego faktu: lubimy wiedzieć, co się dzieje, być na bieżąco z informacją. Możemy gapić się w dziesiąte wydanie wiadomości, słuchać śmiertelnie nudnych obrad sejmowych, analizować indeksy WIG 20, giełdę nieruchomości i automoto, i są to dla nas wiadomości istotne, ważne, bo związane bezpośrednio lub pośrednio z nami samymi oraz naszą rodziną. Każda informacja, którą uzyska facet, wpływa na jego plany. Policja zapowiada częstsze patrole – trzeba wolniej jeździć; ceny aut spadają – może by zmienić samochód, stary już długo nie pociągnie; coraz bliżej święta – chrześniak Szczepan..., wypada mu coś kupić na imieniny. Parafrazując Dziennik,

15.MAM.Forum Pismaków

żyjemy globalnie, kobiety zaś bardziej lokalnie. Dla płci pięknej ważne są kolejki u fryzjera, co kto powiedział, no i elementarna część kobiecego żywota – plotki. – Ej, Lucyna, słyszałaś że ten stary X się ożenił? Już mu tylko wszyscy mówią, że dzieciom świętej pamięci nieboszczki żony wstydu narobił i już poszła ciapa do Ameryki, że będzie miał bliźniaki”. – Facetowi słyszącemu takie coś, flaki przewracają się od samego słuchania, więc musi te świńskie uszy kłaść po sobie, żeby nie słuchać. Zwłaszcza gdy ta nowina utrzymuje się na samym szczycie listy przebojów od dłuższego czasu, a w domu ma dosłowne „30 ton”, kiedy wszystkie sąsiadki zwalą się nagle, niby to cukru pożyczyć… Do dziewczyn ślinisz się jak pies. Kobiety wprost uwielbiają nas porównywać do zwierząt. Być może widzą w nas jakieś ich pojedyncze cechy bądź mile łechcą tym swoje seksistowskie ego, ale zestawianie nas z psami (jak wyżej), osłami (nie wymaga komentarza), bykami (wstawaj, byku!), smokami (palisz jak smok!) i atrakcją numeru, czyli świniami, jest aż nader częste. Mówiąc o nas w ten sposób, mają zazwyczaj na myśli nastawienie mężczyzn do spraw seksu i innych uciech cielesnych, z których przecież same korzystają. Pewnie nie zastanawiają się nad tym, że świnie w wielu kulturach były uważane za święte ze względu na kult płodności, z którym je wiązano. Choćby w Imperium Rzymskim stawiano im świątynie, gdyż były symbolem boga Bachusa. No a jeżeli którakolwiek kobieta zechce zaprotestować przeciw roli mężczyzny w tak ważnym ceremoniale jak rozmnażanie, proponuję badania nad partenogenezą – skoro kobiety chcą całkowitego równouprawnienia, to niech się i rozmnażają same. Seks to temat rzeka, całkiem różnie jest odbierany przez kobiety i przez nas. Płeć piękna szuka w zbliżeniu cielesnym niewerbalnego potwierdzenia uczuć, rozwinięcia słów „kocham cię”, a płeć brzydka odprężenia, ucieczki od stresów, chociaż nikt nie mówi, że nie wiąże tego z tym, co czuje. Kobiety nazywają nas świniami, kiedy przychodzimy brudni i spoceni, ale wtedy właśnie najbardziej erotycznie nas postrzegają ze względu na feromony, które zawiera męski pot. Narzekają na nas, a jednak nas potrzebują – to chyba jeden z największych paradoksów ludzkości. Społeczność kobiet skazała nas na zezwierzęcenie i bycie świniami, ale co by nie powiedzieć, to summa summarum dobrze jest mieć takiego świntucha w domu, bo bez niego „nudny byłby świat” i dobrze jest od czasu do czasu zestawić faceta ze zwierzakiem we właściwy sposób, a mianowicie: „No chodź tu, koteczku…” Krzysztof Socha, Post Scriptum

15.MAM.Forum Pismaków

Kwatera Hitlera koło Wałbrzycha Grupa umorusanych od stóp do głów facetów w kaskach na głowach, ubranych w mundury moro wychodzi z zimnego tunelu. Są zmęczeni i brudni. Wyglądają jak górnicy, ale przecież kopalnie zamknięto ładnych parę lat temu. Wbrew pozorom na ich twarzach gości uśmiech. Idąc w stronę bufetu opowiadają o tym, jakie to niesamowite pokopać w starych tunelach z czasów II wojny światowej, odkrywać miejsca, które ostatni raz gościły człowieka ponad 60 lat temu. Kim są ci mężczyźni? To „Odkrywcy - eksploratorzy”. Pasjonaci, którzy spotykają się regularnie, po to by odkrywać tajemnice projektu „Riese”. Większość z nich nie traktuje tego jako weekendową rozrywkę, ale jak misję, i poważnie podchodzą do kwestii rozwiązania jednej z największych tajemnic III Rzeszy. No, ale od początku. Klikanaście kilometrów od Wałbrzycha, w okolicy Walimia, Jugowic i Głuszycy znajdują się podziemne sztolnie. Pochodzą one z czasów II wojny światowej, budowali je więźniowie obozu Gross – Rosen przez ponad 2 lata. W tej chwili znanych jest tylko kilka kilometrów podziemnych korytarzy. Wiadomo z dokumentów, że zużyto taką ilość materiałów, iż można by z nich zbudować dużo więcej podziemnych i naziemnych fortyfikacji. A tu nagle w Górach Sowich zaledwie kilka kilometrów korytarzy. Znamy niemiecką dokładność - nie pozwolono by na to. Więc co się stało z resztą? Co prawie 30 000 Żydów robiło tu przez dwa lata? Co kryje się wewnątrz Gór Sowich? Czy tu miała być główna kwatera Hitlera? A może gdzieś w jednym z zasypanych korytarzy ukryto owianą legendą Bursztynową Komnatę? Na te pytania właśnie próbują odpowiedzieć członkowie Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej. W Górach Sowich znajduje się 7 kompleksów + jeden niepewny, nieodnaleziony jeszcze, a także zamek Książ. Tak, tak, znajdujący się w Wałbrzychu zamek miał być też prawdopodobnie połączony z tymi kompleksami. Ponad 20 km korytarzy w litej skale! - to mogłoby być imponujące. W ostatni weekend września odbył się Zjazd Eksploratorów, podczas którego można było przyłożyć ręki (w dosłownym tego słowa znaczeniu) do odkrywania tajemnic okolicy. Szczerze mówiąc, sama miałam ochotę zgłosić się do tego przedsięwzięcia. Założyć wygodne buty, kurtkę i powywozić taczki lub pokopać łopatą. Trochę muszę się przyznać - dla przygody, w końcu niecodziennie zdarza się

15.MAM.Forum Pismaków

okazja, aby oglądać miejsca, o których zapomniał już świat. Ale także nie można zapomnieć o więźniach, którzy w nieludzkich warunkach realizowali projekt „Olbrzym”[z niem. Riese – olbrzym”]. Czy im nie należy się to, aby ludzie poznali przeznaczenie budowy, za którą oni musieli oddać życie? Jakiś czas temu wybuchła sensacja - znaleziono kolejny kompleks w okolicach Zagórza Śląskiego. Ale na razie zobaczyliśmy tylko samo wejście. Wiadomo więc o nim bardzo niewiele. A czy wiedzieliście, że tuż obok istnieje prawdopodobna kwatera Hitlera, wielka fabryka broni lub największe podziemne miasto? Ile jeszcze tajemnic mogą kryć nasze okolice? Zachwycamy się teoriami spiskowymi UFO, latającymi spodkami, a czasem warto rozejrzeć się dokoła i zobaczyć wielką tajemnicę, która tylko czeka na odkrycie albo nigdy nie pozwoli poznać prawdziwej wersji tej historii, bo „Czas i natura strzegą swych ukrytych tajemnic”. Zachęcam do zaglądania na stronę tej grupy (www.sgp.sztolnie.pl) i poznawania tajemnic historii. A nuż ktoś z nas zostanie odkrywcą... Aleksandra Pakuła, Obok FORUM PISMAKÓW

15.MAM.Forum Pismaków 15.MAM.Forum Pismaków

Okolicznościowe pisemko ukazujące się po konkursie gazet Organizator konkursu: Zespół Szkół nr 2 w Wałbrzychu Al. Wyzwolenia 34 58-300 Wałbrzych www.2lo.walbrzych.pl tel./fax 074 8423592 Komitetowi Organizacyjnemu przewodniczy mgr Elżbieta Sura Redaktorzy wydania: Pismaki Roku 2010 Grafika: Ania Kuczyńska, Weronika Różańska, Martyna Wabich Skład i łamanie: Ewelina Węgrzyn Zastrzegamy sobie prawo do adiustacji tekstów oraz niecytowania ich w całości. http://www.mamforumpismakow.pl/