Musisz zainstalować flash player pobierz instalator










Nie do wiary/Jak szybko płynie czas/ Wczoraj mali/ Dziś dorosły świat Wciąż pamiętam/Pierwszy szkolny dzień…

Słowa piosenki Ostatni raz z moją klasą zespołu Menchaster towarzyszyły Wam, Drodzy Absolwenci, podczas apelu z okazji pożegnania klas maturalnych. Akademia w dniu 27 kwietnia, choć może jedna z wielu jakie mogliście oglądać w ciągu roku, miała wyjątkowy charakter. Tego bowiem dnia po raz ostatni usłyszeliście dzwonek na lekcję, po raz ostatni zasiedliście na szkolnej widowni. Nic dziwnego, że nie na niejednym policzku ukazała się nieśmiała łza... Przecież tu, w murach tej szkoły, niejednokrotnie przeżywaliście smak sukcesu oraz gorycz porażki. Tu znaleźliście swoich przyjaciół, wspólnie poznawaliście otaczający świat. Dziś, właśnie kończy się pewien etap Waszego życia, teraz czeka praca, studia, nowi koledzy i nauczyciele. Życie będzie stawiało przed Wami nowe wyzwania, których pokonanie czasami może okazać się trudnym zadaniem. Coraz częściej beztroską młodość przesłaniać będzie szara mgła codzienności. Wierzymy jednak, że będziecie powracać myślą do naszych wspólnych chwil, do spędzonych razem lat...I wówczas przypomnicie sobie słowa wspomnianej wcześniej piosenki; przyznacie, że nasza szkoła była jak majowy dzień!!! Nauczyciele i uczniowie

Uroczyste pożegnanie klas maturalnych

Czy matura to bzdura?
Kochani, jak wiecie w maju, maturzyści z naszej szkoły przystąpili do jednego z najważniejszych egzaminów w swoim życiu, a Wy mogliście w tym czasie lenić się w domu!


Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest, siedzieć przed arkuszem egzaminacyjnym, od którego zależy to, co będziecie robić w przyszłości? I to jeszcze pod czujnym okiem komisji? W niewygodnych butach czy koszuli, w której można się ugotować? Szczerze to nijak :) Czytaj dalej aby dowiedzieć się więcej … Po przejściu tej całej procedury z dowodami i naklejkami, rozpoczyna się matura. Ehm…stres owszem jest, ale przed wejściem na salę, później się mówi „co ma być, to będzie”. Egzamin pisemny wygląda jak zwykły sprawdzian, tyle, że zamiast jednego, mamy przed sobą trzech nauczycieli. Jeśli mam być szczera patrząc na miny komisji miałam wrażenie, że myślą „A to biedaki, siedzą i piszą…ciekawe ilu zda” (Tak właśnie było! – przyp. mzim) I oto jest właśnie najważniejszy dylemat, przed którym stawał każdy maturzysta - „zdam czy nie zdam…oto jest pytanie”. Po dwóch godzinach literki latały już przed oczami, a my pisaliśmy… i pisaliśmy… i zastanawialiśmy się za jakie grzechy jest ta matura. Po wyjściu z sali – standardowo wymiana opinii, a później? Wyjście ze szkoły i ta błoga świadomość, że kolejny test już za nami. Ale to nie koniec stresu w dniu egzaminu. O nie, nie, nie moi drodzy. Kolejną dawkę emocji dawało oczekiwanie, aż w Internecie pojawią się odpowiedzi. To dopiero były nerwy, jak się liczyło, ile potencjalnie uzyskaliśmy procent! I wreszcie… uff…koniec stresu…no, chyba, że nazajutrz miał się odbywać kolejny egzamin. Właściwie matury pisemne były łatwe, proste i przyjemne (ehm…powiedziałam, a sama nie wiem, czy zdałam… ). Ustne egzaminy to dopiero wyzwanie! Jeśli podczas pisemnych egzaminów ktoś się stresuje, to przed ustnymi przeżywa horror. Wyuczona na pamięć prezentacja na polski zaczyna wypadać z głowy…kawałek po kawałku. Słówka na j. angielski mieszają się nieprawdopodobnie, a tu trzeba wejść, stanąć przed komisją i mówić! Moim zdaniem jest to

reprezentować jedynie cztery osoby: Marta Majchrzak i Aleksandra Aderek z klasy 3 „dt” oraz dwie osoby z klasy 1”kuch”. Opiekunami młodzieży zostali pani Kinga Owczarek i p. Andrzej Sosnowski. Uczniowie doskonale wywiązali się ze swoich ról. Ich interpretacje wierszy K.I. Gałczyńskiego zostały nagrodzone książkowymi upominkami i słodkim poczęstunkiem. Andrzej Sosnowski

najgorsza część matury. Ok., na pisemnej strzelisz gafę i nikt tego nie widzi (tylko osoba, która będzie sprawdzać ewentualnie się uśmieje, ale Ty tego nie widzisz, więc serce nie boli), a na ustnej? Stoisz twarzą w twarz z dwoma nauczycielami, masz wrażenie, że patrzą na Ciebie jak na de… jak na osobę, która nic nie umie. Ale spokojnie, oni tylko wyglądają tak groźnie, a w rzeczywistości są wyrozumiali i przychylnie nastawieni. Zapomnisz prezentacji? – Mów dalej. Zapomnisz słówek? – Powiedz inaczej. Czyli - w razie kryzysu – pełna improwizacja… byleby na temat. Najciężej jest przed, bo stres wykręca żołądek, ale w trakcie mówienia napięcie opada, a później jest już tylko ta cudowna świadomość, że mamy to już za sobą. Kochani, nie ma się co stresować, oczywiście uczyć się trzeba, ale nie spinać się. Co ma być, to będzie. A na poprawę mamy 5 lat więc za którymś razem powinno się udać! I nie bójcie się, nauczyciele to też ludzie! Oni też znają ten stres i niedolę bycia uczniem bądź maturzystą! Ewa Czudak Konkurs recytatorski pod hasłem „Pół żartem, pół serio – o mężczyznach. Wilanów 2012” Pół żartem? Pół serio? I w dodatku o mężczyznach? Hmm...to brzmi bardzo dobrze, ale o co właściwie chodzi? Spieszymy z wyjaśnieniami. Otóż, pod takim właśnie hasłem ukrywał się tegoroczny konkurs recytatorski „Wilanów 2012”. Kto 6 marca chciał zaspokoić swój poetycki głód, ten mógł wziąć udział w konkursie żywego słowa zorganizowanym w związku z obchodami Międzynarodowego Dnia Kobiet. Niestety, Melpomene i Euterpe (muzy poezji) uznały, że naszą szkołę będą mogły M jak Mądrość
W trosce o Wasze wykształcenie otwieramy nowy cykl, w którym nauczyciele w przystępny a nierzadko zabawny sposób wykładać wam będą tajniki wiedzy. Zaczynamy od polonistów.


Ona jedna i ich trzech...czyli cała prawda o "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej Miałem zamiar zrecenzować dla Was książkę ambitną i na czasie, więc wybrałem powieść, którą, chcąc nie chcąc, czytałem ostatnio - „ Nad Niemnem”. Z tym „ na czasie” to zależy jak dla kogo, ale mi – nauczycielowi - wypełniła ona bez mała dwa tygodnie życia… Hmm, wracając do lektury, powieść Orzeszkowej to klasyczna, ale dość ciekawa historia o biednej dziewczynie z trudnym charakterem, o której miłość, a później rękę, zabiega dwóch mężczyzn o zupełnie odmiennych osobowościach, stylu bycia i światopoglądzie. Żeby kontrast był jeszcze większy, jeden z nich jest biedny, bardzo ciężko pracuje na utrzymanie swojej rodziny, natomiast drugi to nieprzyzwoicie bogaty (a zarazem brzydki, beee) dziedzic, który trwoni swój majątek na tańce, hulanki, swawole i …morfinę. Nie powinienem tego pisać, ponieważ zdradzam zakończenie; główna bohaterka – Justyna – wybiera oczywiście biednego acz nieziemsko przystojnego i uczciwego Janka (mam mdłości na samo wspomnienie jej krystalicznie czystej postaci). Osobiście nie mogę tego zdzierżyć, bo książkę czytałem, trzymając kciuki za mojego ulubionego bohatera - narkomana Różyca - i tylko nadzieja, że Justyna wybierze jego, niegdyś zmusiła mnie do przebrnięcia przez tę powieść bez ominięcia choćby jednego, obrzydliwie długiego opisu przyrody… Ale cóż, zgodnie z poprawnością ideologiczną tamtych czasów, Justyna musiała wybrać poczciwego i ciężko pracującego Jana, bo jak wiadomo „uczciwością i pracą ludzie się bogacą”, czy coś w tym stylu. Chociaż z drugiej strony, może w ogóle nie powinienem wypowiadać się na ten temat, bo aż chciałoby się zaśpiewać za Madonną: You know that we are living in a material word and I am a material girl A… zupełnie bym zapomniał… był jeszcze trzeci lowelas- malarz bez weny, potrzebujący muzy, z którym przed laty bohaterkę łączyła wielka miłość. Jednak jego matka uważała,



że Justyna nie jest dobrą partią i nie pozwoliła na ślub. Po paru dobrych latach Zygmunt, bo tak na imię było temu zadufanemu w sobie idiocie, obudził się i nie był w stanie zrozumieć, że można zakochać się w kimś innym niż on sam. Wtedy właśnie przyjechał do Justyny i zaproponował jej, aby została jego muzą (tak to się kiedyś ładnie nazywało), później zaś już bez ogródek namawiał na miłosny trójkąt. No i tak m n i e j w i ę c e j przedstawia się główny wątek powieści, na resztę nie mam już czasu ani większej ochoty, więc z a c h ę- c a m d o p r z e c z y t a n i a lektury. *RECENZJA ZAWIERAŁA LOKOWANIE PRODUKTU Andrzej Sosnowski *** Analizować można wszystko, w każdych okolicznościach, o każdej porze dnia i nocy. Dowodem na powyższe jest świeżutka rozkminka słynnego tekstu „Gdyby miało nie być jutra”. O czym rapuje Pezet? Co łączy go z Werterem, Camusem i młodopolskim dekadentem? Dowiesz się tylko u nas. Rozkminia pan Marcin Zimbicki. KROK PIERWSZY: ZAPOZNANIE SIĘ Z MATERIAŁEM ŹRÓDŁOWYM oto tekst utworu: Gdyby miało nie być jutra, kupiłbym 45-tkę/ Naładował magazynek i / KWIATUSZEK komuś portfel/ Zgarnął cały hajs, jaki miał na koncie/ I wyjechał nową Carrerą z salonu Porsche/ Kupił dwa bilety na Majorkę albo do Meksyku/Ale wcześniej bym KWIATUSZEK kilku typów /I patrząc jak pociski rozrywają im aorty/ Uśmiechnął się i któremuś napluł w mordę/ Hehe i walnąłbym kilka Danielsów z lodem/ KWIATUSZEK z prawem jazdy i KWIATUSZEK z tym samochodem/ Śmignąłbym dwie paki po jakiejś wiejskiej drodze/ Zapalił KWIATUSZEK, później utopił wóz w jeziorze/ Może zadzwoniłbym do ciebie z budki mówiąc/ Że zależy mi na tobie i jestem smutny/ I mam w bagażniku kierowcę taksówki/ Którą porwałem razem z nim/I stoję na dole z flaszką wódki Wziąłbym łyka i o nic nie pytał/ Pocałowałbym cię w usta, by poczuć smak życia/ Wrócił się, przyłożył sobie lufę do skroni/ Gdyby miało nie być jutra tak właśnie bym zrobił/ I jeszcze wcześniej pobrałbym kredyt z banku/ I przegrał na wyścigach konnych resztę hajsu I do jutra byłbym martwy i KWIATUSZEK/ przyrzekam Chyba to zrobię, bo jutro nic mnie nie czeka/ Ej, na pohybel wszystkim/ Bo jutro z tego nie będzie już nic/ Jutro z tego nie będzie już nic/ (stoję sam na sam z życiem i muszę coś zniszczyć)/ Ej, na pohybel wszystkim



Bo jutro z tego nie będzie już nic/ Jutro z tego nie będzie już nic (przegrajmy wszystko i przestańmy istnieć) Jeśli jutro byłoby wątpliwe, piłbym Tequilę Później dałbym kelnerce jej największy napiwek Posypałbym kreskę i zwinął dwusetkę/ KWIATUSZEK i wreszcie poczuł dobrze przez chwilę Naładowałbym Berettę i zapalił Cohibę i zastrzelił komendanta, bo KWIATUSZEK policję Później wziąłbym tamtą kelnerkę za zakładniczkę/ I mówiąc, że jest wolna, dał jej w prezencie walizkę/ A w niej moją polisę i milion w setkach/ Które wcześniej bym KWIATUSZEK z banku mordując szefa/ I wychylił bym szklankę Jacka Danielsa/ Gdyby miało nie być jutra, to jest druga wersja/ Później wyjechałbym Ską z salonu Merca/ Ładując cały magazynek w pana prezesa/ Wcześniej tańcząc jak wariatmasce CLS'a/ Później wsiadłbym i uciekł na bezludne przedmieścia/ Wcisnąłbym gaz i nie martwił o nic/ Jadąc w ciemności przez las wyłączyłbym reflektory/ Zadzwonił do ciebie mówiąc, że jestem zmęczony Przeładował broń i przyłożył lufę do skroni I jeszcze wcześniej łyknąłbym trochę Valium/ I przegrał na wyścigach konnych resztę hajsu/ I do jutra byłbym martwy i KWIATUSZEK przyrzekam/ Chyba to zrobię, bo jutro nic mnie nie czeka KROK DRUGI: ANALIZA UTWORU Wiersz ma charakter monologu wewnętrznego, jest poetyckim wyznaniem skierowanym do ukochanej osoby, stanowi więc przykład liryki osobistej i liryki zwrotu do adresata. Bohater na skraju nocy musi zmierzyć się z fundamentalnym pytaniem Hamleta: „być albo nie być?” Przyszłe istnienie poddaje w wątpliwość, nie wiemy jednak, czy owa „mała apokalipsa” jest aktem woli podmiotu lirycznego (mówiąc prościej: czy zamierza zakończyć on swoje życie samobójczą śmiercią), czy tylko wynikiem jego profetycznych zdolności i przekonaniem, że koniec świata jest już bliski. Obojętnie, którą możliwość uznamy za bardziej prawdopodobną, bohater wiersza, aby zrealizować swoje zamierzenia dysponuje, podobnie jak postacie z antycznej tragedii, tylko jedną nocą. Ranek przyniesie katastrofę. Idea schyłku wypełnia cały utwór Pezeta - albo przestanie istnieć bohater, albo cały świat. Stojąc przed taką alternatywą należy się spieszyć – może właśnie dlatego utwór złożony jest z ciągu przenikających się scen, poetyckich „mgnień oka”. Bohater w dostępnym sobie czasie postanawia zrealizować wszystkie marzenia. Zaczyna od kupna broni i zdobycia przy jej pomocy portfela jakiegoś przechodnia. Nie wiemy, czy podmiot liryczny zakładał, że ów przechodzień okaże się multimilionerem, tym niemniej jednak zawartość skradzionego portfela wystarczyła na zakup najnowszego modelu Porsche, zagraniczne wczasy w modnych, a więc i drogich kurortach, oraz cysternę wysokogatunkowych alkoholi. Kiedy już zaczynamy wchodzić w pokrętny świat przedstawiony w utworze, okazuje się, że wszystko jest pozorne, cała sytuacja to czysto hipotetyczna projekcja wyobraźni podmiotu lirycznego. Przyjęta przez autora konwencja snu otwiera drogę do



nieoczywistych asocjacji. W dalszej części tekstu na oniryczne wizje składają się: porwanie kierowcy taksówki i umieszczenie go w bagażniku, strzelanina z tajemniczymi osobistościami, przegranie szybkiego kredytu gotówkowego na wyścigach, przyjmowanie narkotyków i alkoholi, zabójstwo komendanta policji, dyrektora banku i tajemniczej postaci, równie dobrze mogącej być prezesem koncernu DaimlerChrysler jak i Bogu ducha winnym właścicielem salonu samochodowego, porwanie i przetrzymywanie zakładniczki, wypuszczenie zakładniczki i obdarowanie jej częścią łupu w charakterze napiwku i zadośćuczynienia za straty moralne. Na końcu następuje szalona ucieczka skradzionym z salonu Mercedesem klasy S ulicami uśpionego miasta, zakończona efektowną jazdą bez świateł w środku lasu i finalnym pożegnaniem ze światem przy pomocy srebrzystego pistoletu. Wydarzenia oczywiście mkną szybciej niż przesuwa się strzałka obrotomierza w skradzionym mercedesie. Dokąd nas to wszystko prowadzi? Znamienne jest, że bohater, podobnie jak główna postać z kultowego już czarnego kryminału „Asfaltowa Dżungla” ucieka poza miasto, do czystej, nieskalanej krainy dzieciństwa. Las jest miejscem odosobnienia, przestrzenią, w której spotyka sam siebie. Miasto jest labiryntem, światem obcym i wrogim, światem, który wpływa na psychikę postaci i wywołuje w niej potrzebę autodestrukcji. Bohater deklaruje zmęczenie życiem. Podobnie jak jego starsi koledzy – Hamlet i Werter – nie akceptuje rzeczywistości, ale nie ma „zdrowego” pomysłu na jakąś realną zmianę. Jego postawa wypływa z romantycznego buntu, lecz bliżej jej do młodopolskiego dekadenta. Podmiot liryczny przepełniony jest zniechęceniem, żywi przekonanie, że ludzka egzystencja jest nieustannym pasmem cierpień, („Bo jutro z tego nie będzie już nic Jutro z tego nie będzie już nic/stoję sam na sam z życiem i muszę coś zniszczyć”), pędem ku destrukcji, rodzajem pułapki bez wyjścia, matnią. Ponadto męczy go nieustanna samotność („stoję sam na sam z życiem”). Każdy z powyższych poglądów czyni z niego idealnego spadkobiercę filozofii Schopenhauera. Aby stłumić w sobie ból, podmiot liryczny przywołuje liczne doświadczenia ze „sztucznymi rajami” („walnąłbym kilka Danielsów z lodem”; „I stoję na dole z flaszką wódki”; „Posypałbym kreskę i zwinął dwusetkę”), jednakże „bólu istnienia” nie da się od siebie odsunąć, a to co ma stępić zmysły, jeszcze je wyostrza. Kreacja bohatera wiersza „Gdyby miało nie być jutra” odróżnia się od galerii postaci z kręgu modernizmu potrzebą działania. Niewątpliwie łamie normy etyczne i epatuje swoim zachowaniem współczesnego filistra (tańczy „jak wariat” na masce samochodu). W utworze występuje jako „mocny człowiek”, „człowiek z miasta”, niewątpliwie upodabnia się do romantycznego banity (schillerowscy „Zbójcy”), który wybiera życie poza prawem zamiast wiernopoddańczego czekania na śmierć. Najbardziej jednak przypomina głównego bohatera „Psów” Władysława Pasikowskiego (w refrenie mamy przecież kryptocytat „na pohybel wszystkim”) i podobnie jak Franz Maurer wyznaje kult przemocy, przy czym jest to przemoc ślepa – raczej wynik skondensowanego wybuchu frustracji niż jakieś planowe działanie. Potrafi ograbić, pobić, zabić, świetnie posługuje się bronią, pistolet staje się dla niego czymś w rodzaju fetysza. Warto zauważyć, że bohater uważający się za skrzywdzonego przez „system” zabija tylko tych, którzy z istnienia „systemu” czerpią profity, a jednocześnie są „winni” sytuacji bohatera, bo nie respektują praw „szarych ludzi” do marzeń o szczęściu. W wymiarze



egzystencjalnym zawarta w wierszu przemoc stanowi bunt przeciw złemu urządzeniu świata, w którym rządzi pieniądz. Ostatnią nadzieję, ostatnią szansę ratunku ten pogrobowiec modernizmu dostrzega w miłości. Niewątpliwie w wierszu mamy do czynienia z idealizacją ukochanej i wyeksponowaniem romantycznego i młodopolskiego motywu „bliźniaczych dusz”, pochodzącego właściwie jeszcze od Platona. Bohater podkreśla: „Może zadzwoniłbym do ciebie z budki mówiąc/ Że zależy mi na tobie i jestem smutny” oraz „Zadzwonił do ciebie mówiąc, że jestem zmęczony”. Ukochana jawi się jako jedyna istota, której można wyznać swoje niepokoje („jestem smutny”, „jestem zmęczony”), bohater deklaruje potrzebę kontaktu, obecności („zadzwoniłbym do ciebie”), jednakże użyty przez poetę tryb przypuszczający wskazuje na to, że w głębi duszy bohater nie wierzy, że miłość jest w stanie go uratować, dokładnie z taką samą sytuacją mamy do czynienia w „Deszczu jesiennym” Staffa. Ukochana traci kontury żywej istoty, podobnie jak Lotta staje się fantazmatem, wytworem wyobraźni udręczonego człowieka. Straceńczy rajd jest drogą bez wyjścia, podmiot liryczny nie ma przed sobą żadnych alternatyw. Sam na sam z „nagą duszą”, w blaszanym CLS’ie romantyczny banita niczym skorpion doznaje ostatecznej iluminacji – po utracie resztek złudzeń co do sensowności świata odbiera sobie życie. Czy aby na pewno? Użyty z premedytacją tryb przypuszczający każe nam mieć na ten temat inne zdanie. Bohater marzy o śmierci, ale ostatecznie nie jest w stanie popełnić samobójstwa. Wizja się urywa, podmiot liryczny wraca do rzeczywistości, z romantycznego banity staje się na powrót mieszkańcem bloku. „Chyba to zrobię, bo nic mnie nie czeka” – deklaruje z goryczą i pozostaje w owym „wiecznym chyba”, marzenie o romantycznej śmierci rozwiewa się. Możemy się domyślić, że następnym razem marzenie będzie miało podobną treść. Bohater na zawsze pozostanie uwięziony w niewoli obrazów. Marcin Zimbicki *** W wakacyjnym nastroju, czyli co ze sobą zrobić po zakończeniu szkoły... „Słońce świeci nad nami Ogrzewa nasze nagie ciała promieniami Tato, lato Zaufaj nim przygoda szybko skończy się” Sami – Lato Nareszcie! Przyszło oczekiwane przez wszystkich lato i….WAKACJE!!!! Kochani na wstępie redakcja życzy Wam wszystkim cudownego wypoczynku, gorącej i słonecznej pogody i żeby te wakacje były lepsze od wszystkich poprzednich, ale nie koniecznie od tych przyszłych ;) Bawcie się dobrze i odpocznijcie od książek, zeszytów i murów szkolnych! Tylko pamiętajcie – z głową i umiarem wszystko. A oto kilka bardzo praktycznych sposobów jak NIE SPĘDZAĆ WAKACJI : 1. Przed komputerem. 2. W solarium 3. Pod kołderką. 3. Przy trzepaku Co więc robić?



Nie ma nic gorszego niż marnowanie dnia i pogody siedząc przed kompem! To możesz robić na co dzień, każdą porą roku…ale litości nie w wakacje! Nie masz z kim wyjść? Możesz uznać to za plus i ruszyć tyłeczek z domu w celu poznania ciekawych ludzi. Kto wie, co może zdarzyć się latem. Słońce praży a Ty w solarium łapiesz kolorek? Nonsens. Szkoda pieniędzy. Lepiej rozłożyć się gdzieś na słoneczku (tylko nie zapomnij o kremie! Bo wrócisz w barwach czerwieni jak raczek!). A kasę, którą zaoszczędzisz, nie chodząc na solarium, przeznacz na przyjemności ;) Słodko. Naprawdę miodzio po prostu. Ja też lubię czasem pospać, więc rozumiem. Ale nie rozumiem, jak można marnować letnie dni śpiąc do południa! Powiedzcie mi, bo może ja jakaś zacofana jestem. Ok. rozumiem, że impreza czy coś tam innego, ale nie przesadzajmy - do 14 spać nie trzeba! Bo pod koniec sierpnia stwierdzicie, że wakacje minęły tak szybko, że się nimi nacieszyć nie zdążyliście…no fakt, bo łóżka pilnowaliście … Trzepak. Cudo, naprawdę super. Rozumiem, że wiążesz z nim wiele wspomnień itp., ale czy nie uważasz, że zamiast pić piwo przy trzepaku, można robić coś ciekawszego? Gdzie indziej? Tak od czasu do czasu zostawić go i wyruszyć gdzie nogi poniosą? Masz masę wolnego czasu, a wakacje nie muszą wiązać się z dużymi kosztami. Nawet, jeśli masz ograniczony budżet, wystarczy trochę kreatywności, a dni staną się miłe i zabawne. Można iść na basen, jechać na Pola Mokotowskie, do parku, uprawiać sport (od jazdy na rowerze, po siatkówkę). Można wylegiwać się na piasku nad jeziorem. Cokolwiek. Byleby na powietrzu.

5. Najważniejsze: nie staraj się przeżyć najcudowniejszego dnia, najwspanialszych wakacji, najlepszego roku, dekady, czy życia. Tylko się zmęczysz. Czasami warto oddać się mądrości starożytnych stoików i epikurejczyków. Bez napinki. Przecież to wakacje, nie?

A nocą? Cóż, stolica oferuje wiele klubów, w których można się wyszaleć do białego rana. A więc…bawcie się kochani!!!! Ewa Czudak *** NIEZAWODNY SPOSÓB NA UDANY DZIEŃ: 1. Wstań rano. W sensie naprawdę rano. (Zapytacie, jaka jest różnica między wakacjami a niewakacjami, skoro i tak trzeba wcześnie wstawać? Jest. Wstaję nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę!) 2. Poukładaj swój świat Możesz zacząć od prostych spraw, na przykład od własnego pokoju. 3. Pomyśl o kimś bliskim. Lub dalekim. Staraj się zbudować jakąś relację z tą osobą. Uśmiechnij się. Zaproponuj coś. Daj sobie coś zaproponować. 4. Słuchaj ludzi. Miałeś czasem wrażenie, że mówisz do kogoś, ale nie jesteś porządnie wysłuchany, bo ta osoba zaraz kieruje rozmowę na ważniejsze tematy...na...siebie? No właśnie. CZasami naprawdę fajnie jest posłuchać kogoś innego. Etyczne problemy młodzieży: odpowiada pan Grzegorz Wilkowojski Czy wierzący bioenergoterapeuta, który leczy poprzez przekazywanie energii, przechodzący przez coraz wyższe poziomy duchowe, może normalnie przyjmować komunię i jak jest postrzegany przez Kościół, kl. 1AH?
Wierzący bioenergoterapeuta?


W roku 1998 została wydana książka pt. "Okultyzm, magia, demonologia" o. Aleksandra Posackiego, znanego egzorcysty. Zawiera ona dokument Konferencji Biskupów Toskanii, Notę duszpasterską na temat magii i demonologii oraz do niego wprowadzenie. Biskup Zygmunt Pawłowski w przedmowie napisał, że o. Posacki: "Omawia w nim problem okultyzmu, magii, czarów, demonologii, opętania, spirytyzmu, wróżbiarstwa i medycyny okultystycznej (...) przedkłada naukę Kościoła w zakresie omawianych zagadnień". Oto co napisał w tej książce o. Aleksander Posacki na temat bioenergoterapii: "Mamy tu zresztą dwie rzeczy: ubóstwienie energii, a następnie grzech nieroztropności otwierania się na energię nieznanego pochodzenia: 1. Ubóstwienie energii. Według Pierwszego Sympozjum Stowarzyszenia Radiestetów w Warszawie (wrzesień 1981), bioenergia ma następujące cechy: - posiada własną inteligencję przewyższającą inteligencję człowieka, posiada psychiczne i genetyczne cechy charakteru człowieka, od którego pochodzi; - przechodzi przez wszystkie przeszkody, jak mury, ekrany, specjalne kabiny itp., odległość nie odgrywa dla niej żadnej roli; - jej cechą charakterystyczną jest integracja wszechobecnego systemu wartości i sił metafizycznych wszechświata. Jest to nie tylko jakaś ideologia, ale wyznanie wiary w jakiegoś bezosobowego boga (zwanego "Energią"), pewien rodzaj ateizmu, skoro teizm jest wiarą w Boga osobowego, co także jest grzechem przeciwko pierwszemu przykazaniu (KKK, 2123 - gdzie ateizm jest określony jako brak wewnętrznej łączności z Bogiem, oczywiście z Bogiem osobowym). 2. W 1983 roku, Biotroniczna Komisja Weryfikacji (...), która powstała przy Stowarzyszeniu Radiestetów w Warszawie, ustanowiła definicję bioenergoterapeuty: BIOENERGOTERAPEUTA to człowiek posiadający dar przekazywania energii dobra (skąd wiadomo, że dobra?)w sposób skuteczny (jest dobra, bo jest skuteczna?), a zarazem bezpieczny (czy także duchowo bezpieczna?) dla siebie i pacjentów. Ów dar nie musi być uświadomiony sobie przez bioenergoterapeutę, jak również nie musi znać on rzeczywistych mechanizmów



przyczyny chorób i ich likwidacji>. Czyli nie wie on trzech rzeczy: 1. Nie wie skąd pochodzi energia i jaka jest jej natura (zakłada on tylko, że jest wszechmocna i dobra, czyli boska). Większość bioenergoterapeutów otwarcie przyznaje się do nieznajomości natury tej energii, powołując się na tajemnicę. Skąd więc wiadomo, że jest to energia dobra? 2. Ów dar nie musi być uświadomiony sobie przez terapeutę , czyli nawet nie wie, skąd pochodzi ten dar i czemu służy. Skąd więc wiadomo, że to dar? A jeśli tak, to od kogo? 3. Nie musi znać właściwych przyczyn choroby, jak też wiedzieć dlaczego np. choroby znikają. Jeśli nie zna przyczyn choroby, to skąd wie czy nie znikają tylko objawy, a wtedy będzie jeszcze gorzej, bo ingeruje on w naturalny proces obronny organizmu, lub co gorsza, ingeruje on jakby w sens teologiczny choroby, która jest dopuszczona przez Boga także w jakichś celach duchowych. Chrześcijanin wie: 1. jaką mocą to czyni (moc Chrystusa); 2. co to za dar (służy on ewangelizacji, a więc misji zbawczej Chrystusa polegającej głównie na "nawracaniu serca" ku zbawieniu, które jest sprawą życia i śmierci); 3. że przyczyny choroby, nawet jeśli nie zawsze mają korzenie bezpośrednio duchowe, to są kierowane przez Boga osobowego i w tym kontekście mają jakiś sens teologiczny, który należy odczytać. Mamy tutaj istotne przejawy niebezpiecznego irracjonalizmu oraz beztroski duchowej, która przeważnie: 1. przedwcześnie identyfikuje objawy empiryczne wtłaczając je w ramy gotowych teorii gnostycznomagicznych, jak wspomniany energetyzm. Powstaje tu problem uczciwości intelektualnej; 2. nie uwzględnia zakazów, ostrzeżeń biblijnych (ustanowionych expressis verbis), a często wręcz podważa Biblię jako taką, ponieważ reprezentuje ona światopogląd niemonistyczny, a nawet antyymonistyczny(odrzucenie magicznych kultów); 3.nie docenia mocy sił spirytystycznych przemieszanych z naturą (naiwny naturalistyczny optymizm), natomiastjak stwierdza objawienie chrześcijańskie- natura jest skażona (nie zła!) i demony w sensie szerokim również należą do natury. To wszystko powoduje, że nawet jeśli terapeuta posiada dobre intencje (co nie usuwa grzechu ignorancji zawinionej), to: 1. może stać się narzędziem uwikłania ludzi w grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu, ze wszystkimi jego konsekwencjami (tzw. obciążenie okultystyczne 93 do trzeciego, czwartego pokolenia); 2. może stać się narzędziem działania złych duchów, czemu sprzyja powyższy grzech. Same takie możliwości (zwłaszcza, że są istotnie powiązane ze sobą) istotnie dyskwalifikują tzw. "bioenergoterapię", gdyż dotyczą one spraw najwyższej wagi. Natomiast w sprawach najwyższej wagi moralnoduchowej sama możliwość nakazuje w sposób konieczny działanie tak, jak by to była realność. To wszystko potwierdza praktyka, a szczególnie świadectwa byłych "bioenergoterapeutów", którzy byli egzorcyzmowani". (o. Aleksander Posacki, Okultyzm, magia, demonologia, s. 98-103). W świetle powyższego pojawia się pytanie w co wierzy wierzący bioenergoterapeuta? Jeśli nie wierzy w Kościół, w którym działa Jezus Chrystus, nie przyjmuje nauczania Jezusa przekazywanego przez Jego Kościół to jego wiara jest inna niż wiara Kościoła. Nie mieści się w tej innej wierze przyjmowanie komunii świętej, czyli samego Chrystusa pod postacią chleba i wina. Przeczytaj fragmenty Pisma Św.: Ga 5, 20; Ap 9, 21; 18, 23; 21, 8; 22, 15; Pwt 18, 9-12 Grzegorz Wilkowojski RECENZJE FILMOWE Nad życie Uwodziciel

G

Ghost Rider 2 Johny Blaze powraca w świetnym stylu, tym razem ścigając demony w 3D! Druga część filmu „Ghost Rider” może być miłym zaskoczeniem. Wciągająca akcja i ciekawa fabuła. Dużo ognia i….trupów. Film przyjemnie się ogląda i naprawdę można go polecić. Ocena : 7/10 American Pie: Zjazd absolwentów Spotkanie po latach pokazuje, że zmienić może się wiele ale nie stare nawyki. Film śmieszny i ciekawy jednak…chyba poprzednie części były lepsze. Ocena : 5/10 Film opowiada historię Agaty Mróz i jej walki o życie. Naprawdę warto obejrzeć. Jest to poruszająca opowieść o walce z chorobą. Walce o życie, miłość i dziecko. Film trzeba obejrzeć, bo nie da się go streścić w kilku słowach. 10/10 Robert Pattinson „zaszczycił” nas swoją obecnością w roli młodego i przystojnego uwodziciela (ehm…kwestia gustu), który przyjeżdża do Paryża i wdaje się w romans z trzema kobietami. Nuda. Ocena : 4/10 Panteon hotelarstwa
To już ostatni etap naszej przygody ze świętymi patronami hotelarstwa. Poznaliśmy m.in. życie św. Marcina z Tours oraz zasługi Marty z Betanii. Panteon duchowych opiekunów hotelarzy zamyka św. Julian Szpitalnik.


Święty czy Edyp Junior? Julian urodził się prawdopodobnie w VII wieku w Belgii lub w Hiszpanii. Pewnej nocy przyśnił mu się jeleń, który przepowiedział, że zabije własnych rodziców. Przerażony młodzieniec, mając nadzieję, że uniknie spełnienia przepowiedni, uciekł z domu. Rodzice, nie mogąc pogodzić się nagłym zniknięciem syna, rozpoczęli wieloletnie poszukiwania. Kiedy trafili do ukrytej w lesie chaty, przepowiednia zaczęła się spełniać. Okazało się, że jest to nowy dom Juliana i jego żony. Ponieważ Julian był na polowaniu, jego żona pozwoliła teściom spać w małżeńskiej sypialni. Mężczyzna, widząc obcych w alkowie, nabrał podejrzeń, że żona go zdradza i zabił śpiących w małżeńskim łóżu. Kiedy spostrzegł swoją pomyłkę, pogrążył się w całkowitej rozpaczy i zaczął prowadzić pokutne życie. Hospitator, hospicjum... Po tragedii Julian założył hospicjum. Troszczył się o chorych i umierających, których ofiarnie pielęgnował. Wkrótce Anioł, który ukrywał się w osobie trędowatego i któremu Julian pomógł, ogłosił przyjęcie pokuty i przebaczenie. Stał się tym samym oblubieńcem Boga przedstawianym na obrazach jako rycerz z mieczem w ręku. Kto i kiedy modli się do Juliana? Św. Julian Hospitator jest patronem podróżujących, pielgrzymów, właścicieli i prowadzących zajazdy, właścicieli i pracowników hoteli. Powinni się do niego modlić również podróżni poszukujący noclegu, przewoźnicy jak też opiekunowie schronisk. Czego nas uczy św. Julian Hospitator? Postać św. Juliana jest równie tragiczna, jak postać głównego bohatera w tragedii Sofoklesa. Są to osoby z dużym poczuciem moralności, prawości. Pomimo wielu trudów i starań, nie udało się im jednak uciec przed własnym przeznaczeniem. Ale nie usprawiedliwiają się przed sobą i innymi. Jak uważacie, czy nasz los, tutaj na ziemi, jest z „ z góry zapisany”, czy też to my „piszemy historię naszego życia”?. Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami… O dziwo czas wakacji sprzyja takim refleksjom. Jolanta Kitura











DOBRY HUMOR Pani kazała dzieciom przynieść do szkoły swoje domowe zwierzątka. Małgosia przyniosła kotka, Jadzia pieska, a Jasiu przyniósł żabę. - No i co ta Twoja żaba potrafi, Jasiu? - pyta pani. Jasio szturchnął żabę, a żaba na to: - Kła! Jasio jeszcze raz szturchnął żabę, ale ona znowu: - Kła! Wreszcie Jasiu się zdenerwował i uderzył pięścią o stół, a żaba na to: - Kłanta namera, tarira kłantanamera, kłanta namera, tarira kłantanamera. * Na historii pani zawołała Karola do odpowiedzi: - W którym roku rozpoczęła się II wojna światowa? - W 1939 - odpowiedział Karol. - Kto ją wywołał? - Adolf Hitler. - Ilu ludzi zginęło? - Naukowcy tego nie stwierdzili. Na drugi dzień Bartek pyta Karola: - O co pani Cię wczoraj pytała? - Zapamiętaj odpowiedzi: - Na pierwsze pytanie odpowiedz - 1939, na drugie - Adolf Hitler, a na trzecie - naukowcy tego nie stwierdzili. Na następnej historii pani wyrwała Bartka do odpowiedzi: - W którym roku się urodziłeś? - W 1939 - odpowiada pewny siebie Bartek. - Kto jest Twoim ojcem? - Adolf Hitler. - Bartek, czy Ty masz mózg?! - pyta zdenerwowana pani. - Naukowcy tego nie stwierdzili. * Przychodzi zdenerwowamy facet do baru. - Panie barmanie, czy ja tu byłem wczoraj w nocy? - Był pan. - Czy przepiłem sto złotych? - Przepił pan. - No to chwała Bogu, bo już myślałem, że zgubiłem. * Czym się różni mężczyzna od Boga? Bóg jest nieograniczenie miłosierny, a mężczyzna jest niemiłosiernie ograniczony. * Zakończenie roku szkolnego. - Życzę Wam wesołych wakacji, i żebyście za rok wrócili mądrzejsi - mówi dyrektor. - Nawzajem - odpowiada młodzież. * Facet po studiach dostał pierwszą pracę w supermarkecie. Pierwszego dnia jego szef mówi: - Weź miotłę i pozamiataj tu trochę. - Ależ proszę pana! Ja skończyłem uniwersytet! - A to przepraszam, nie wiedziałem. Wiec tak: to jest miotła, a tak się zamiata. * Rok 2020. Na stację benzynową podjeżdża samochód. Wysiada z niego przeciętnie ubrany facet i mówi do pracownika: - Do pełna poproszę. - Ooo, pan to chyba w lotto wygrał... * Przychodzi zdenerwowamy facet do baru. - Panie barmanie, czy ja tu byłem wczoraj w nocy? - Był pan. - Czy przepiłem sto złotych? - Przepił pan. - No to chwała Bogu, bo już myślałem, że zgubiłem.