Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Szkolny ekspresik, czyli co robiliśmy od września. Świętowaliśmy. Rocznica odzyskania niepodległości to dla nas okazja, żeby zaprezentować naocznie, jak rodziła się wolna Polska. A rodziła się w toku sporów i dyskusji. U nas dyskutowali: Paderewski, Piłsudski i Mościcki. Spektakl przygotowali dwaj nasi historycy: pan Kamil Domaradzki i pan Marcin Sitarz. Pomagaliśmy. Oprócz nieustającej akcji zbierania nakrętek, postanowiliśmy wesprzeć wszechświat jeszcze w inny sposób. Pomagamy zwierzętom przetrwać zimę, zbierając na ich rzecz makulaturę. Naszych wywiadowców doszły nawet słuchy, że co bardziej szlachetne klasy zrezygnowały z prezentów mikołajkowych i zakupiły karmę dla zwierząt. Niech no tylko przyjdzie Wigilia – na pewno podziękują nam ludzkim głosem. Tylko w jakim języku? Może w uniwersalnym języku „eko”? Jeśli tak, to bardzo dobrze, bo włączyliśmy się również do projektu „Akcja Ekoszkoły”. Zbieramy stare i zepsute telefony i dajemy za nie dodatnie punkty z zachowania. Wychowanie przez pomaganie? Czemu nie! Zdobywaliśmy zamek. Zamek Królewski po raz kolejny otworzył swoje podwoje dla naszego technikum. „Wiadomo nie od dziś, że listopad jest czasem szczególnej zadumy. 1 listopada jest dniem refleksji. Dotyczy to także instytucji kultury; pochylamy się wówczas nad naszą historią, nad przeszłością. To także miesiąc związany z narodowym świętem 11 listopada, a edukacja kulturalna powinna wiązać się z naszą historią”- stwierdził ostatnio minister kultury. Toteż 7 listopada br. uczniowie z klasy 3 ah, w ramach akcji prowadzonej przez Ministerstwo Kultury, odkryli tajemnice rezydencji króla Zygmunta. Oczywiście ciąg dalszy przygody z rezydencjami królewskimi wkrótce nastąpi. Nowym celem będzie tym razem Wilanów - siedziba pogromcy Turków pod Wiedniem. Pisaliśmy próbne matury. Były to dla nas bardzo łatwe sprawdziany wiedzy i umiejętności, o czym świadczy fakt, że niektórzy wychodzili już po piętnastu minutach. Tak imponujący czas rozwiązywania zadań maturalnych zawdzięcza się oczywiście czterem latom praktyki. Raport już wkrótce. Wychodziliśmy kulturalnie. Już prawie nie ma w naszej szkole klasy, której wychowawca nie zabrał do „Kopernika”! Poza tym w ramach odpracowywania 2 listopada uczestniczyliśmy w seansach i spektaklach. To nas trochę jakby zmieniło. Idziemy w stronę nauki i sztuki! Byliśmy pod wrażeniem. Jak to, zapytacie, dlaczego, zapytacie, co to w ogóle za wiadomość? Zapytacie. Normalnie. My zawsze jesteśmy pod wrażeniem. Oprócz tego robiliśmy mniej więcej to samo, co do tej pory. mzim



Współpraca polsko- niemiecka Miło nam poinformować, że nasza szkoła dołączyła do grupy placówek zainteresowanych programem wymiany młodzieży. Projekt realizuje Fundacja Polsko- Niemiecka Wymiana Młodzieży. PNWM ma oficjalnie status organizacji międzynarodowej, a zatem znajduje się w gronie takich organizacji jak Unia Europejska czy ONZ. W Polsce PNWM jest jedyną instytucją polsko - niemiecką posiadającą status międzynarodowy. Dzięki polsko - niemieckiej współpracy młodzież z obu krajów ma możliwość wymiany doświadczeń, poglądów, nawiązywania kontaktów. W tak elitarnym gronie będzie miała szansę znaleźć się i grupa naszych uczniów. Młodzież pozna sposób bycia, tradycje i obyczaje sąsiadów zza Odry. Uczniowie Technikum przy Krasnołęckiej 3 już od dawna są żywo zainteresowani kulturą ojczyzny Goethego. W 2011 roku Monika Wyganowska, wówczas uczennica kl I dt otrzymała wyróżnienie w „Konkursie wiedzy o Berlinie” organizowanym przez Prezydenta m.st. Warszawy oraz Burmistrza Berlina; rok później, Alicja Gromska z klasy 2 ah, zajęła drugie miejsce w konkursie recytatorskim „Poesie hat viele Gesichter”; w tym samym okresie jej koleżanka, Ewa Kuś, prezentowała swoją osobę w konkursie piosenki niemieckojęzycznej "DACHL Lieder Wettbewerb". A to wszystko za sprawą pp. Henryki Stępniak i Marzanny Mastalerz. Dzięki nim nie będzie już ani jednej Wandy, która by nie zechciała Niemca. Andrzej Sosnowski Multikulturowość



Małe co nieco dla Sarmatów, duże „coś” o multikulturo- wości, czyli…wiedza o kulturze współczesnej Multikulturowość to koegzystencja różnych grup kulturowych w obrębie danego państwa. Wielokulturowość implikuje „uznanie równości wszystkich kultur niezależnie od ich geograficznego, rasowego czy religijnego pochodzenia – nie ma kultur wyższych lub niższych, są jedynie kultury odmienne” Tyle teoria. A co pokazuje praktyka? Dotąd tylko trzem narodom udało się stworzyć sensowne multikulturalizmy: Rzymianom, gdy zbudowali Panteon, wspólną świątynię dla bogów wszystkich ludów wchodzących w skład Imperium; Amerykanom, gdy przyjęli tzw. filozofię pragmatyzmu i uznali, że każdy ma prawo wyznawać taką religię, która daje mu sukces w życiu osobistym i Polacy w epoce jagiellońskiej, a szczególnie po stworzeniu tzw. "Unii Brzeskiej", gdzie postanowiono połączyć cerkiew prawosławną z kościołem katolickim na zasadzie wspólnego uznania władzy teologicznej papieża przy zachowaniu odrębności samorządowej, odmiennej liturgii, spowiedzi itp./,uznania małżeństw księży prawosławnych itp. Przez 2 tys. lat chrześcijaństwa wyłącznie Polakom udało się zasypać przepaść miedzy dwoma największymi kościołami chrześcijańskimi. Gdyby magnaci kresowi przeszli na unityzm, pociągając ziemiaństwo i chłopów, Ukraina nigdy nie odłączyłaby się od Polski. Wojska kozackie nie zdobywałyby dla Rosji ziem syberyjskich. Europa zachodnia stosuje multikulturalizm Bożonarodzeniowe zwyczaje
Boże Narodzenie to nie tylko święto kościelne, ale również celebrowanie rozmaitych zwyczajów i tradycji. Skąd się wzięły?


mechaniczny, bez "klamry" która by łączyła różnorodność. Bez żadnej więzi istnieją różne kultury i religie. To nie jest "multikulturalizm organiczny", nawzajem się inspirujący, mający "wspólny mianownik". Co z tego, że w TV możemy oglądać w jeden wieczór film japoński, słuchać murzyńskiego jazzu a przed snem poczytać sobie powieść iberoamerykańską. Co z tego, że możemy na jednej ulicy zjeść sobie coś z kuchni francuskiej, chińskiej i meksykańskiej, albo z McDonalda. Multikulturalizm aktualny jest rodzajem "poprawności politycznej", uznaje gołosłownie i pochlebczo, że wszystkie kultury są równe sobie, gdy tymczasem c y w i l i z a c j a, tj. nauka, technika, gospodarka w każdym kraju jest inna, a w większości z nich wymaga dopiero zbudowania, co stwarza wielkie przepaście między narodami. Trzeba znaleźć sposób na stworzenie "jedności różnorodności" duchowych stworzonych przez różne narody a wyrównać kosmiczne dystanse cywilizacyjne np. między Europą, Azją i Afryką czy - np. między Ameryka Północną a tzw. Ameryką Łacińską. Powoli tworzymy przecież już "cywilizację kosmiczną". Andrzej Sosnowski DZIELNIE SIE OPłATKIEM Nazwa "opłatek" pochodzi od łacińskiego słowa "oblatum", czyli dar ofiarny. Dawniej człowiek składał ofiary nieznanym siłom - wodzie, piorunom, wiatrom, trzęsieniom ziemi, by ustrzec się od tego wszystkiego, co mogło mu zagrażać. Praktyka pieczenia chleba przaśnego, niekwaszonego, takiego, jakiego używał Pan Jezus przy Ostatniej Wieczerzy, pochodziła z czasów biblijnych, od Mojżesza i zachowała się w Kościele do dziś, choć obecnie ten chleb ma inny wygląd, jest bielszy, cieńszy i delikatniejszy. Opłatki, jakie my dziś znamy (nebula - mgiełka) pierwsi zaczęli wypiekać zakonnicy z klasztoru benedyktyńskiego we Francji. Stamtąd zwyczaj ten rozpowszechnił się na całą Europę i wraz z chrześcijaństwem przybył także do Polski. Opłatek używany był jednak wyłącznie do Mszy św. i do konsekracji komunikantów dla wiernych. Dopiero od XV wieku stał się bardziej popularny, kiedy nastąpił jego masowy wypiek. Był przekąską do wina, środkiem do pieczętowania listów, smarowany miodem był przysmakiem dzieci. KOLęDA Nazwa kolęda wywodzi się ona od słowa "calendae", tak bowiem Rzymianie nazywali początek każdego miesiąca. Owe kalendy, szczególnie styczniowe, czyli noworoczne, obchodzili bardzo radośnie, bawili się, śpiewali, składali sobie życzenia i obdarowywali prezentami. Kościół katolicki zniósł stary, pogański zwyczaj obchodzenia kalend, zachowała się jednak tradycja śpiewania pobożnych pieśni, sławiących narodziny Chrystusa, odwiedzania się w domach, kupowania świątecznych podarunków. W ten sposób do języka naszych dziadków weszło łacińskie słowo "calendae" czyli kolęda. Z biegiem czasu kolędą zwano nie tylko pieśń na Boże Narodzenie, ale także zwyczaj chodzenia po domach z życzeniami świąteczno - noworocznymi czy



odwiedzanie przez kapłana parafian w ich domach. Trudno dziś ustalić dokładnie czas, kiedy pierwsze kolędy pojawiły się w Polsce. Prawdopodobnie mogło to być już w XIII wieku, kiedy to przybyli do nas ojcowie franciszkanie. Wzorem założyciela swego Zakonu, św. Franciszka z Asyżu, który pierwszy urządził żłóbek wyobrażający Boże Narodzenie, propagowali kult Dzieciątka Jezus. Oni to zaczęli urządzać po kościołach szopki, oni też pierwsi organizowali jasełka - ruchome przedstawienia scen Bożego Narodzenia. Przy takich widowiskach na pewno śpiewano też i stosowne pieśni, jednak z tego czasu nie zachowała się ani jedna kolęda. Najdawniejsze kolędy, które znamy, pochodzą z wieku XV. JASELKA Pierwsze jasełka urządził dawno temu, w roku 1223, wielki miłośnik Dzieciątka Jezus - św. Franciszek z Asyżu w skalnej grocie w Greccio. Ojcowie i bracia z Zakonu zwyczaj ten ponieśli na cały świat, w tym także do Polski, gdzie już pod koniec XIII wieku pojawiły się figury przedstawiające całą scenę Bożego Narodzenia. Nadszedł jednak czas, gdy ludziom znudziło się coroczne oglądanie drewnianych czy kamiennych figur. Pomysłowi bracia zakonni zaczęli więc wystawiać najpierw ruchome figury, później zaś kukiełkowe i właśnie takie widowiska zaczęły gromadzić wielkie tłumy ludzi. Niestety reakcja ludzi na te przedstawienia nie była godna miejsca w jakim je wystawiano - kościoła i dlatego jasełka z nich usunięto. Zaczęto je wystawiać w różnych miejscach (większych domach, placach, ulicach). Jasełka zawsze rozpoczynają się sceną zbudzenia pasterzy przez aniołów. Zawsze jest też w nich scena na dworze okrutnego króla Heroda, jest śmierć krążąca wokół jego tronu, która kosą scina mu głowę, jest niesforny diabeł namawiający go do zabicia dzieci w Betlejem. Jest oczywiście Święta Rodzina przy żłóbku małego Jezusa, są pasterze i Trzej Królowie przychodzący z darami. Nazwa - jasełka pochodzi od słowa "jasła", czyli żłób bydlęcy w stajni. CHOINKA Choinka w obecnej formie przyjęła sie w Polsce dopiero w XVIII w. i zwyczaj ten przeniósł się z Niemiec. Choinkę wnosi się do domu w dniu, w którym wspominamy pierwszych ludzi - Adama i Ewę. Na choince nie może zabraknąć jabłek, bo właśnie te owoce były na owym biblijnym drzewie, a ponadto jabłko symbolizuje zdrowie. Wśród iglastych gałązek wiją się łańcuchy, które pamiątką po wężukusicielu. Gwiazda na sz szczycie drzewka symbolizuje gwiazdę betlejemska, która wiodła Trzech Króli do Dzieciatka Jezus. Świeczki na gałązkach to jak okruchy ognia, który dawniej płonął w izbie przez cala noc wigilijna, aby przychodzące na ten czas dusze przodków mogły się ogrzać. ŚW. MIKOLAJ Wieść głosi, iż urodził się na przełomie wieków III i IV w Turcji. Krąży o nim wiele legend. Niegdyś był patronem żeglarzy i wędrownych kupców (urodził się w rodzinie bogatych kupców). Chronił ich od niebezpieczeństw podróży i zapewniał powodzenie w handlu. Patronował też wielkim przedświątecznym jarmarkom. Urodzeni 6 grudnia chłopcy dostawali imię - Mikołaj (Hamberg i Lubeka). Niektóre miasta uczyniły go swoim patronem: Nowy Jork, Amsterdam. Za opiekuna obrali go również uczeni, pasterze, bankierzy, a nawet więźniowie. Święty Mikołaj ukończył seminarium duchowne i przez wiele lat był biskupem Miry, portowego miasteczka w Azji Mniejszej. Był człowiekiem wielkiego serca, pomagał biednym i potrzebującym. Rozdał cały swój majątek ubogim. Prawdopodobnie czynił też cuda. Obecnie Święty Mikołaj przynosi co roku prezenty 90 milionom dzieci na całym świecie. Zostawia je pod poduszką, w skarpetach, bucikach czy pod choinką. PREZENTY Wigilijny zwyczaj obdarowywania się prezentami początek swój bierze jeszcze z rzymskich Saturnaliów. W późniejszych wiekach przez Kościół został nazwany Gwiazdka, gdyż prezenty wręczano, gdy na niebie zauważono pierwszą gwiazdę. Ową gwiazdę utożsamiano z Gwiazdą Betlejemską. źródło: http://www.polishcenter.org/ Kwiatek do kożucha?
Boże Narodzenie w Chinach


Z czym kojarzą nam się Chiny? Z podobizną przewodniczącego Mao na czerwonych sztandarach, filmami kungfu, tandetną produkcją tekstylną, tanimi zabawkami, zatruwaniem środowiska naturalnego, niezliczonymi ilościami fabryk gotowych wyprodukować wszystko, co nam się zamarzy za pół ceny, cenzurowaniem Internetu i chińską zupką w proszku. Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że ten azjatycki gigant jest jednym z najdonioślej obchodzących święta Bożego Narodzenia państw na świecie. Choć Chiny nie są chrześcijańskie, w ostatnich latach polubiły Boże Narodzenie. Na ulicach pełno choinek. Popularne są mikołaje, gwiazdy i kolędy. I nie tylko dlatego, że to właśnie Chiny są światowym liderem w produkcji ozdób choinkowych. Święta Bożego Narodzenia zostały przedstawione Chinom przez misjonarzy zagranicznych w XIX wieku. W ostatnich latach

międzyludzkiej i pretekstem do robienia większych zakupów niż zazwyczaj. Do niektórych zawita nawet "Shendan Laoren" (czyt. szentan laożen), chiński Św. Mikołaj, zwany tu "Bożonarodzeniowym Starcem". Dzieci wywieszają na jego spotkanie muślinowe pończochy. W oczach wielu młodych Chińczyków z dużych miast Boże Narodzenie to równie atrakcyjny element zachodniej kultury jak posiłek w McDonaldzie albo oglądanie hollywoodzkiego filmu

Boże Narodzenie staje się coraz bardziej popularnym świętem w Chinach. Z tej okazji Centra Handlowe wprowadzają liczne promocje, restauracje i hotele oferują specjalne okolicznościowe zestawy, filharmonia i kina organizują program świąteczny. Wśród znajomych panuje zwyczaj składania sobie życzeń i ofiarowywania prezentów. Chociaż z Okazji Świąt Bożego Narodzenia nie ma dni wolnych, wielu młodych ludzi, studentów i ludzi bardziej otwartych wykorzystuje Wigilię oraz późniejszy Karnawał jako okazję do zabawy. Boże Narodzenie w Chinach nie ma jednak charakteru religijnego. Dla wielu ludzi Boże Narodzenie jest radosnym symbolem coraz szybszego rozwoju gospodarki Chin i coraz wyższego poziomu życia ludzi. Ponieważ rytm życia staje się coraz szybszy i trudniejszy, potrzebujemy więcej czasu na relaks oraz kontakty z rodzinami, przyjaciółmi i znajomymi...Można powiedzieć że Święta Bożego Narodzenia w Chinach o bardziej chińskim charakterze są uzasadnionym powodem do wypoczynku, komunikacji międzyludzkiej



hollywoodzkiego filmu z kubełkiem popcornu w garści. Za Wielkim Murem podoba się także czerwona tonacja ozdób (to w Chinach kolor radości) oraz wręczanie prezentów. Świąteczne gadżety na wystawy łatwo zdobyć z bardzo prostej przyczyny - dziś większość ozdób bożonarodzeniowych na świecie pochodzi właśnie z Chin.Same Stany Zjednoczone wydadzą w tym roku ponad miliard dolarów na łańcuchy, sztuczne drzewka i inne gadżety made in China. Chrześcijanie w Chinach, według oficjalnych statystyk, stanowią zaledwie 1,15 proc. społeczeństwa. Nic dziwnego, że chińskie Boże Narodzenie jako kalka szaleństwa zakupów z amerykańskich supermarketów pozbawione jest religijnej symboliki. *** Rozmówki chińsko-polskie: Boże Narodzenie - Shengdan Jie (Święto Czcigodnych Urodzin), Wigilia - Pingan Ye, czyli Spokojna Noc. Święty Mikołaj - shengdan laoren („świąteczny staruszek"). Z hi - endową technologią jesteśmy za pan brat, o czym świadczy chociażby nasze szkolne ksero. Dla miłośników zaawansowanych e - urządzeń przedstawiamy jednak nieco bardziej wyrafinowaną grupę produktów. Przeczytajcie nasz krótki przedświąteczny poradnik.
Tablet – gadżet, zabawka, czy użyteczne narzędzie pracy?


Wprowadzenie, czyli czym jest technologiczny rasizm? Osoby uważnie przyglądające się życiu społecznemu ( w trudnym języku dorosłych nazywamy ich socjologami) znalazły ostatnio termin oddający zjawisko rozwijającej się ponad miarę gadżetomanii, zwłaszcza takiej, która służy głównie wypromowaniu samego siebie, zaznaczenia stylu i statusu materialnego. Tym terminem jest technologiczny rasizm. W miejskiej dżungli przysłowie jak cię widzą, tak cię piszą sprawdza się znakomicie. Idąc chodnikiem, poruszając się środkami komunikacji miejskiej, przysiadając na kawę, kupując gazetę w kiosku, każdy z nas staje się mimowolnie wystawionym na półce sklepowej towarem dla swojej grupy docelowej. Coraz większą rolę w określaniu atrakcyjności posiadacza w oczach innych ludzi odgrywają elektroniczne gadżety. Zajmują status zarezerwowany dotychczas dla eleganckich zegarków, wiecznych piór i dobrze skrojonych garniturów, tyle że na poziomie



dostępnym dla większej liczby użytkowników. Zjawisko samo w sobie jest jak najbardziej normalne, ale niekiedy posiadanie jakiegoś przedmiotu, zwłaszcza w środowisku wielkomiejskiej hipsterki, jest po prostu koniecznością (tak jak koniecznością jest posiadania konta na facebooku z pokaźnym spisem przyjaciół w pakiecie). Osoby nie posługujące się na przykład smartfonami Apla, tabletami, czy błyszczącymi odtwarzaczami empetrójek zaopatrzonych w gustowne słuchawki z czerwoną literą b, mogą trafić do technologicznego getta, piekła wykluczonych z życia towarzyskiego ofiar bezlitosnego systemu autopromocji. Będą niewidoczni. I przepadną w szarej masie użytkowników starych i brzydkich komórek, topornych komputerów, kiepskich odtwarzaczy z allegro. Jest tylko jeden sposób żeby nie poddać się technologicznemu rasizmowi – należy wznieść się na wyżyny konsumpcji i stać się Posiadaczem. Posiadać, ale co? Ale jak? Ale po co? Najpierw należy zastanowić się, do czego będę używać mojego cudeńka, gdzie będę z niego korzystać, a wreszcie najważniejsze : co do mnie najbardziej pasuje - rozbudowany smartfon, prosty ale unkcjonalny ereader, czy posiadający w większość funkcji poprzedników tablet. Porządny smartfon wiąże się z niemałymi kosztami, jest duży, nieporęczny i trzeba do niego dokupić durnowate etui a bateria wyczerpie się zanim jeszcze zdążymy się nim znudzić, ponadto deformuje spodnie lub wypada w najmniej oczekiwanych chwilach, co powoduje rysy na obudowie i sercu Posiadacza. Stanowczo odradzamy smartfony, chyba że akurat jesteśmy na wakacjach w przepięknych okolicznościach przyrody i potrzebujemy czegoś do wbicia śledzia w ziemię, żeby namiot nam nie runął. Kolejną opcją jest elektroniczny czytnik, który może nas skusić nie tylko ceną (od 400 zł. możemy mieć pewną nadzieję, że to w ogóle zadziała), ale również wagą i rozmiarami (dodatkowe pół kilo, które zmieści cię do każdej torebki i prawie każdej kieszeni) a także wyświetlaczem. Technologia epapieru nie męczy wzroku, nie odbija światła i daje wrażenia zmysłowe porównywalne z czytaniem prawdziwej książki, a kto wie, może wkrótce producenci obmyślą produkt imitujący zapach drukarskiej farby, który cenią sobie niektórzy czytelnicy. Droższe modele zaopatrzone są w dotykowe i podświetlane ekrany, fizyczną klawiaturę do robienia notatek, funkcję podkreślania wybranych fragmentów tekstu i przelewania ich na przykład do worda lub innego programu do edycji tekstu, czy moduł wifi. Mogą również łączyć się z Internetem za pomocą 3g, tak jak telefony. Główną wadą tego typu urządzeń jest ich wąska specjalizacja. Czytnik to czytnik, filmu na nim nie obejrzymy, nie umilimy sobie drogi do pracy, słuchając muzyki, a nawet jak cudem złapiemy połączenie internetowe przez wifi, to czarnobiały ekran i niezbyt intuicyjna przeglądarka może nas skutecznie zniechęcić do podglądania życia naszych ulubionych gwiazd na portalach plotkarskich. Jeżeli więc lubisz sobie poczytać i cenisz możliwość chodzenia z lekkim plecakiem lub torebką, kup natychmiast. Najlepiej sprowadź bezpośrednio zza oceanu – przepłacisz o cło i koszty wysyłki, ale zapewnisz sobie dużo lepszy serwis w stosunku do niepewnego sprzedawcy z allegro. Jeśli nie jesteś jeszcze Czytelnikiem



tylko zwykłym konsumentem, chcącym wyratować się z technologicznego getta – odpuść sobie i zbieraj na kolejne urządzenie z naszej listy. Dachówki – tak pieszczotliwie określane są tablety w fachowej prasie. To udane dziecko sztuki designerskiej i marketingu ma oczywiście największą rozpiętość możliwości, a więc, drogi (przyszły) Posiadaczu, da ci najwięcej frajdy. Jest to przeważnie kombajn multimedialny oparty na smartfonowym systemie operacyjnym Android. Bez problemu poszybujesz z nim w przestworza Internetu, zgrasz się, aż będziesz miał pęcherze na palcach, jak trzeba napiszesz mail, pracę domową albo tekst o tabletach do szkolnej gazetki. Posłuchasz muzyki. Obejrzysz ulubione video w HD. Nakręcisz film a potem go zmontujesz i wrzucisz na wszystkie portale społecznościowe w tej galaktyce. Na kilkugigowym dysku przechowasz najważniejsze dokumenty i będziesz miał je zawsze pod ręką. A przede wszystkim dzięki setkom, a nawet tysiącom darmowych ( i płatnych) aplikacji dalej rozszerzać będziesz możliwości maleństwa – zrobisz z niego syntezator, studio nagrań, pracownię malarską, ciemnię fotograficzną i przenośne laboratorium, wedle uznania i fantazji. Możesz rozszerzać funkcjonalność tabletu również o zewnętrzne urządzenia. Dzięki portom usb podłączysz do niego fizyczną klawiaturę, stację dokującą, nawet projektor multimedialny. Za sprawą specjalnych programów bez problemu zamienisz swojego tabsa w czytnik książek, a od biedy nawet z niego zadzwonisz. Tablety sprzedawane są w oszałamiającej liczbie konfiguracji. Dla tych, dla których liczy się wygoda i odwzorowanie detali polecamy większe, ale i sporo droższe, dziesięciocalowe urządzenia, osobom potrzebującym czegoś przenośnego, radzimy zakup tabletu o przekątnej ekranu 6 bądź 7 cali. Rozpiętość cenowa jest olbrzymia. Najtańsze urządzenia tego typu możemy dostać już za ok. 300 złotych, jednakże należy zwrócić uwagę, że będą to egzemplarze egzotycznych marek, oparte na starych wersjach Androida, zaopatrzone w małą ilość pamięci i kiepski procesor. Najważniejszy komponent, czyli ekran, będzie miał niską rozdzielczość a jego dokładność z pewnością nie raz da nam się we znaki. Słowem no fun. Low-endowy tablet to propozycja dla niewymagających albo dla desperatów (albo dla niewymagających desperatów). Z kolei produkty z wyższej półki to technologiczne cacuszka, za które można zapłacić ponad dwa tysiące złotych. Za tę cenę dostaniemy nawet 16 GB pojemności dyskowej, 2GB RAM i bardzo wydajną baterię. Najbardziej rozsądnym posunięciem wydaje się zakup urządzenia ze średniej półki cenowej (800-1200 zł). Możemy spodziewać się przyzwoitych parametrów oraz eleganckiej i trwałej obudowy. Oczywiście, jeżeli NAPRAWDĘ potrzebujemy tabletu. Marcin Zimbicki Według antropologów kultury symboliczny charakter wszystkich świąt polega na przywoływaniu pewnej sytuacji, która miała miejsce w przeszłości w celu zaznaczenia cykliczności czasu i ciągłości trwania tego wydarzenia. Czy osoby przygotowujące świąteczny program w TV kierują się podobnymi opiniami? Jeżeli nawet nie robią tego świadomie, to jednak wybierają przede wszystkim te filmy, które już dobrze znamy…
Święta w telewizji


Oto lista telewizyjnych pewniaków, czyli superhitów, które goszczą na srebrnym ekranie, ilekroć pojawi się pierwsza gwiazdka. Miejsce 10: To wspaniałe życie Klasyk Franka Capry z 1946 roku z młodym Jamesem Stewartem to opowieść o człowieku, który w Wigilię Bożego Narodzenia stracił ostatecznie wiarę w sens życia i gdy usiłuje je sobie właśnie odebrać, zostaje powstrzymany przez Anioła Stróża, który pokazuje mu jakby wyglądało życie w miasteczku, gdyby się w ogóle nie narodził. Finału możemy się domyślić: każdy jest na świecie potrzebny, nawet jeśli uważa, że niekoniecznie. Przepiękny film, który, choć czarnobiały, zawsze będzie kojarzyć się nam z zapachem świątecznego piernika. Miejsce 9. "Grinch: Świąt nie będzie" Przebój z Jimem Carreyem pokazuje nam świat na opak. W opartej na książce amerykańskiego pisarza i ilustratora Theodora Seussa Geisela, bardziej znanego jako Dr. Seuss, przewrotnej historii atmosferę świąt postanowił zniszczyć tajemniczy zielony potwór, który zamieszkuje jaskinię w górach i nie cierpi Gwiazdki. Lubi za to robić wszystkim na złość, więc postanawia, że świąt w tym roku nie będzie. Ale możemy oglądać ze spokojem: nawet potwory i cynicy ulegają magii Bożego Narodzenia. Miejsce 8. „Szklana pułapka” Czym byłyby święta bez emocji? Bez terrorystów zagrażających USA poskramianych przez dzielnego, choć obdarzonego zgryźliwym humorem nowojorskiego gliny Johna McLana, który równie łatwo popada w kłopoty, co potem z nich



wychodzi, przy okazji anihilując ważne obiekty użyteczności publicznej. Dlaczego taka odległa pozycja? Bo ze względu na rozrastającą się wciąż serię, nie wiemy, co ratował będzie Bruce Willis – wieżowiec, lotnisko, czy szkołę? Miejsce 7. – Vabank Kwinto im starszy tym lepszy. Pomiędzy jednym a drugim kęsem karpia (uważajmy na ości!) popada w takie tarapaty, że tylko on sam może się z nich wyplątać. A jak pięknie gra na trąbce! A jak zawadiacko nosi kapelusz! Ten międzywojenny szyk dobrze komponuje się z padającymi płatkami śniegu. Ucho od śledzia i przed telewizory! Miejsce 6. – Gwiezdne wojny Któż nie pamięta słynnej maski Dartha Vadera i świstu świetlnych mieczy? Najsłynniejsza międzygalaktyczna saga gości w naszych domach praktycznie co roku. Najśmieszniejszy jest oczywiście Mistrz Yoda, który wprawdzie dziwnie mówi, ale przy odkrywczej składni niektórych z naszych uczniów, mógłby zostać ambasadorem języka polskiego w odległej galaktyce… Miejsce 5. Shrek Co najlepiej pasuje do choinki? Zielony Ogr. Ten sympatyczny stwór wzrusza nas, straszy i rozwesela co rok. Najlepiej ogląda się po Wieczerzy Wigilijnej, podczas odpakowywania prezentów i popijania coca coli, która tego dnia smakuje najlepiej, bo przyniósł ją sam święty Mikołaj. Miejsce 4. Opowieść wigilijna. Obojętnie, czy w formie animowanej, czy fabularnej, historia wymyślona przez Dickensa nieodmiennie nas wzrusza i zmusza do refleksji nad sobą samym. Zawsze znajdzie się parę rzeczy do poprawienia, prawda? Miejsce 3. - W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju! Poczciwy pechowiec Clark Griswold zrobi wszystko, aby rodzina miała perfekcyjne święta, co zwykle skutkuje piękną katastrofą. Udekoruje dom tysiącami lampek, spróbuje zmieścić w jadalni gigantyczną choinkę, stoczy bój z przeraźliwą wiewiórką, z uśmiechem na ustach zniesie obecność jazgotliwych rodziców i stetryczałych teściów, a także rodzinkę krewniaka - szaleńca.. Miejsce 2. - Kevin sam w Nowym Jorku Kto powiedział, że żart opowiedziany dwa razy już nie śmieszy? Brawurowy ciąg dalszy przygód rezolutnego chłopca bezwstydnie powiela gagi z części pierwszej, ale nam to wcale nie przeszkadza. Przy okazji: zawsze wzruszała nas para złodziejaszków dostająca cięgi od Kevina. Mamy nadzieję, że ich renta pokrywa wszystkie koszty leczenia. Miejsce 1. Kevin sam w domu. Klasyk nad klasykami. Święta Bez Kevina nie istnieją. Gdyby nie dostał wyemitowany, sfrustrowani widzowie najpierw przestaliby płacić abonament a potem doszłoby do zamieszek. Uroczy chłopiec zostawiony na lotnisku przez rodzinę w pojedynkę walczy z najgroźniejszym gangiem Ameryki, wymyślając nowe zastosowania dla prostych sprzętów domowych i zabawek. Tylko dla ludzi o mocnych mięśniach brzucha.



Język w drzwiach, czyli jak się mówi po polsku... Polonistom bardzo często zadawane są krępujące pytania w rodzaju jak to się pisze, jak to się czyta, lub też - nasze ulubione - jak to się mówi. Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu społecznemu prezentujemy nową rubrykę – ekskluzywne porady językowe. Nasi eksperci poszatkują dla was język polski i wyjaśnią wszelkie wątpliwości. W związku z powyższym czujemy się zwolnieni z odpowiedzi na wszelkie pytania! Proszę nas nie zaczepiać na korytarzu, bo natychmiast odeślemy Was do któregoś z numerów naszego opiniotwórczego magazynu. Kto czyta, nie błądzi, o! Drogi Profesorze, Marek z Kucharzy jest super facetem, generalnie ogarnia i śmiesznie opowiada, zaś Damian to straszny smutas. Piszę właśnie powieść młodzieżową i brakuje mi słów, żeby ich opisać. Profesorze, pomocy! Julita. Klasa turystyczna. Droga Julito! Jako praktykujący nauczyciel języka polskiego muszę przyznać, że język dzisiejszej młodzieży jest bardzo ubogi. Jeżeli porównamy go z tym literackim sprzed wieku, stwierdzenie powyższe nabiera jeszcze więcej dosadności. Znakiem czasu jest niestety narzekanie. My dzisiaj narzekamy na młodzież w szkole. Za czas jakiś pewnie oni będą narzekać na swoich podopiecznych. Nie możemy jednak zapomnieć, że na nasze obyczaje, nie tylko językowe, też narzekano. Zatem postaram się nie narzekać i wskazać na coś

do nauczycieli jest nie tylko Twoim obowiązkiem, jest także Twoją wizytówką. OCZYWIŚCIE, że powinieneś mówić nauczycielom „dzień dobry”!!! Prof. Maciej Nowotniak Pomysł: Daniel Ciesielski & Marcin Zimbicki

ciekawego w języku młodych ludzi. Ta ciekawostka to moim zdaniem neologizmy. Jeden już troszkę przestarzały: "żal" słychać było na szkolnym korytarzu w kontekście wszystkiego, co nie podobało się uczniom. "Żal" wyszedł z mody, jego miejsce zajęło słowo o przeciwnym zabarwieniu: "beka" używana w kontekście wszystkiego, co śmieszy. Słyszę zatem o bece miesiąca i za chwilę cytaty, z których śmieje się pół korytarza. Czcigodni Czytelnicy, jeżeli chcecie błysnąć w towarzystwie opowiedzcie szanownym słuchaczom o "bece miesiąca", "żalu" nie będzie. Prof. Marcin Gorgol *** Witam! Nazywam się Damian, uczę się w kucharzach. W przyszłości chce gotować dla TVN. Mam problem, bo dziewczyny mają mnie za smutasa a nauczyciele chyba się na mnie uwzięli. Podejrzewam, że to dlatego, że zwracam się do nich na „pani” i „pan” a niektórzy z klasy mówią „panie profesorze”. To niesprawiedliwe! Jak mam nazywać profesorem kogoś, kto pracuje w technikum, a nie na uniwersytecie?! I czy naprawdę trzeba im wszystkim mówić „dzień dobry”? Drogi Damianie! Przedwojenna szkoła miała zwyczaj, że do nauczycieli gimnazjum i szkoły średniej zwracano się per „Panie Profesorze”. Natomiast jeśli chodzi o istotę tego przekazu, była ona podyktowana koniecznością zasygnalizowania faktu, że nauczyciele uczący w gimnazjum i szkole średniej wykazywali znakomity poziom wykształcenia: posiadali doktorat bądź profesurę uniwersytecką. Dlatego to sformułowanie weszło do polszczyzny jako wyróżnienie tytularne bądź wyrażenie szacunku. Jest to konwencja społeczna. Określony szacunek należy się każdej osobie. Damianie, odpowiednie zwracanie się Wszyscy, którzy wierzą, kapłani i ludność cywilna twierdzą, że Bóg stworzył świat, a jeżeli go stworzył to kieruje on przyrodą i zjawiskami pogody. W takim razie czemu sprowadza na ludzi kataklizmy takie jak tornada, tsunami, wybuchy wulkanów itp.? Przecież ludzie wtedy giną, tracą swoje ukochane zwierzęta, rodzinę, przyjaciół i kolegów. Zabiera im domy, sprowadza na nich smutek i brak nadziei. Jeśli naprawdę kieruje wszechświatem i naszą planetą, to czemu sprowadza na nas takie nieszczęścia?- kl.1
SKĄD ZŁO W ŚWIECIE?


Prawdą jest, że Bóg stworzył świat, i że podtrzymuje go w istnieniu. Czyni to jednak poprzez prawa stworzone prze Siebie, które kierują przyrodą. Bóg stworzył świat dobry, ale jeszcze niedoskonały, który zmierza do ostatecznej doskonałości. To nie Bóg „sprowadza” na ludzi nieszczęścia. Bóg dopuszcza kataklizmy i inne zło fizyczne, ale dopuszcza nie oznacza sprowadza. Św. Tomasz, cytowany przez Katechizm, stwierdza, że „Bóg dopuszcza zło tylko po to, aby wyprowadzić z niego coś lepszego” (Youcat, 51). Nieporównanie większe od zła fizycznego jest zło moralne, którego dobry Bóg nie jest jego przyczyną. Zło moralne jest skutkiem nadużywania wolności. O. Jacek Salij OP na pytanie dlaczego Bóg dopuszcza kataklizmy, nieszczęścia, odpowiada: "Z perspektywy wieczności na pewno zupełnie inaczej będziemy oceniać doczesne nieszczęścia, jakie nas spotykają. A jeżeli ktoś słyszy w tym kataklizmie Boże wezwanie do naszego społecznego opamiętania się? Wszystko, co nas spotyka - i dobro i zło - zawiera w sobie wezwanie do nawrócenia". Czy jest zatem jakiś związek między cierpieniem a naszymi grzechami? O. Salij przytacza dwa wydarzenia z Biblii:" Czyż myślicie - komentował Pan Jezus głośną wówczas katastrofę - że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloe i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam. Lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie" (Łk 13,4n). Ale i odwrotnie: to, że jakiegoś człowieka czy jakąś wspólnotę spotkało nieszczęście, nie upoważnia nikogo do domyślania się w tym kary za grzechy (J 9,2n). Już przyjaciele Hioba zostali skarceni za tego rodzaju domysły. Obie wymienione przed chwilą zasady ewangeliczne zmierzają do tego samego: Poprzestańmy na uznaniu, że może istnieć jakiś realny związek między czynionym przez nas złem, a doznawanymi przez nas nieszczęściami, ale nie do nas należy ustalanie tego związku. Do nas należy nawrócić się, jeśliśmy zgrzeszyli, a jeżeli spadnie na nas jakieś nieszczęście, starajmy się znieść je po Bożemu i bez



uszczerbku na duszy". Trzęsienia ziemi istniały od dawna. Oto jak św. Augustyn poucza chrześcijan, jak mają się zachować wobec cierpienia: "Są bowiem rzeczy, których bać się nie trzeba. Boisz się trzęsienia ziemi? Boisz się sensacji na niebie? Boisz się wojen? Lękaj się również zwyczajnej choroby. Kiedy boimy się tamtych wielkich klęsk, nieraz nie one nadejdą, ale zwyczajna gorączka zmiecie człowieka z tej ziemi. A jeśli Sędzia stwierdzi wówczas, że takiego nie zna, jeśli powie takim: 'Nie znam was! Odejdźcie ode mnie!', co wówczas będzie? Gdzie wtedy pójdziesz? Gdzie się podziejesz? Jak odzyskasz swoje zmarnowane życie? Czy ktoś ci pozwoli żyć jeszcze raz i naprawić zło, jakie uczyniłeś? Wszystko skończone!"(św. Augustyn, Mowa 19,6; PL) Huragan Catrina w USA, a wcześniej tsunami w Azji i inne skłaniają ludzi do pytań o Pana Boga. Wtedy wielu ludzi przypomina sobie o Bogu...Najczęściej pojawia się pytanie "jak Bóg mógł na to pozwolić?". To pytanie zadawali sobie z pewnością mieszkańcy Nowego Orleanu. Szokujące fakty związane z corocznym świętem homoseksualistów "Southen Decadence" w tym mieście przytacza ks. Prof. Bajda. W tym roku do obchodów tego "święta" nie doszło, bo przyszła Katrina. Ameryka zaczęła się modlić. Dyrektor ruchu "Repent America" stwierdził: "Nowy Orlean był miastem, które szeroko otwarło wrota do publicznej celebracji grzechu. Ono już nie może nigdy być takie samo. Nie możemy zapominać, że mieszkańcy Nowego Orleanu tolerowali i zapraszali nikczemność do swego miasta przez długi czas". Oczywiście cierpienie dotknęło nie tylko ludzi, którzy zgadzali się na nikczemność, ale także ludzi niewinnych. Wyjaśnienia istnienia zła w świecie należy szukać w tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. „Dopuszczenie przez Boga zła fizycznego i zła moralnego jest tajemnicą. Bóg ją wyjaśnia przez swojego Syna, Jezusa Chrystusa, który umarł i zmartwychwstał, by zwyciężyć zło. Wiara daje nam pewność, że Bóg nie dopuściłby zła, gdyby nie wyprowadzał z niego dobra drogami, które poznamy w pełni dopiero w życiu wiecznym”.(KKK 324) Bóg nie chce zła, ale dopuszcza jego istnienie, mając na względzie większe dobro. Nie zawsze możemy uniknąć szkody doczesnej, ale mamy możliwość uniknąć szkody wiecznej. Grzegorz Wilkowojski *** Wędrówką życie jest człowieka, czyli… Poeta na walizkach Tak jak obiecaliśmy w poprzednim numerze, prezentujemy miejsca, które odwiedził nasz wieszcz- Juliusz Słowacki. Życie na walizkach… Wiadomo nie od dziś, że z każdą podróżą wiąże się jakaś anegdota, historia, opowieść - a co za tym idzie, jakieś konkretne miejsce, pensjonat czy hotel, w którym zatrzymuje się podróżnik. Podobnych miejsc w czasie wypraw Słowackiego było mnóstwo. Postaramy się opisać najciekawsze z nich, a zwłaszcza te, które ukształtowały sposób patrzenia wieszcza na świat. Zacznijmy od początku, od najdłuższej eskapady naszego bohatera.



Słowacki kontra Bejrut W roku 1836 wraz z trzema przyjaciółmi, Słowacki wyjeżdża w wielką podróż na wschód. Wypływają statkiem do Grecji. We wrześniu przebywają cały tydzień w Atenach i na wyspie Syra. Następnie w Aleksandrii, Kairze i Gizeh. Wybierają się też łodzią w górę Nilu. W końcu decydują się na podróż do Teb, by stamtąd, konno, dotrzeć do Damaszku i Bejrutu. Podroż trwała niezmiernie długo (całe dwa miesiące), więc Juliusz postanowił odpocząć w Bejrucie i zwiedzić okolicę. Wybrał się do Betcheszban – klasztoru ormiańskiego. Poeta uznał to miejsce za najładniejsze w ówczesnej Syrii. Świątynia zbudowana na skale, na uboczu, w niczym nie przypominała obecnego wyglądu tego miejsca. Romantyczne otoczenie i spokój natchnęły Słowackiego do napisania "Anhellego". Tym samym czterdzieści pięć dni spędzone w ormiańskiej świątyni na zawsze weszły do historii polskiej literatury. Były też ważne dla samego poety. Podróżowanie na osiołku, wielbłądzie, palenie fajki wodnej (sziszy) czy przeżycie burzy piaskowej a nawet trzęsienia ziemi przyczyniły się do ugruntowania religijnej przemiany naszego czołowego romantyka. Ten ponad miesięczny „odpoczynek” w ormiańskim klasztorze sprawił także, że poeta po latach przystąpił do spowiedzi. Warto nadmienić, że w ramach obchodów 150. rocznicy śmierci Juliusza Słowackiego, 5 października 2000 roku w klasztorze, w którym przebywał poeta, odbyła się uroczystość otwarcia wystawy poświęconej jego twórczości oraz inauguracja Izby Pamięci. Słowacki, mieszkając w klasztorze, nie dał nam jednak możliwości ocenienia warunków lokalowych. Tutaj „szkiełko i oko” hotelarza nie ma racji bytu. Jest jednak miejsce, gdzie możemy się spełnić jako tropiciele hotelarskich ciekawostek. To zupełnie inny etap podróży wieszcza, a mianowicie Genewa. Genewskie 5* W liście do matki 6 czerwca 1834 r. pisał: „W Genewie od mojego pobytu przybyły dwa cuda– postawiono długi most przez jezioro i wybudowano ogromny hotel, czyli dom zajezdny przy moście”. Dom zajezdny to obecnie pięciogwiazdkowy Four Seasons Des Bergue. Tu w grudniu 1927 r. zatrzymał się również w apartamencie nr 113 Józef Piłsudski. Les Pâquis to pierwszy i najstarszy hotel w mieście. Położony jest w pobliżu centrum znesowohandlowego nad brzegiem Je Jeziora Genewskiego. Obiekt dysponuje 103 pokojami urządzonymi w stylu Louis Philippe. Jeden z nich zamieszkiwał poeta. Lubił luksus, bo hotel należy do nielicznych, ultraluksusowych, pięciogwiazdowych hoteli na świecie. Opatrzność losu sprawiła, że czuć w nim ciągle polskiego ducha. Otóż, właścicielem marki Four Seasons jest Isadore Sharp, kanadyjski biznesmen pochodzący z Ożarowa. Słowacki na skrzydłach Białego Orła A a koniec może bardziej lokalnie…wizyta Słowackiego we Wrocławiu. W mieście przebywał w maju 1848. Zatrzymał się wówczas w hotelu „ Pod Białym Orłem” przy ul. Oławskiej. „Samo miasto Wrocław jest dosyć ładne, niezmiernie stare, wszystkie domy podobne do siebie, także dla kierowania się w tym mieście kompas bardzo by się przydał" - pisał w liście do matki, z którą po długiej rozłące spotkał się właśnie w hotelu. Tak oto przedstawiają się wybrane watki i miejsca podróży Słowackiego.O kolejnych będzie wkrótce mowa. Jolanta Kitura RECENZJE Recenzja Sagi Zmierzch: Przed Świtem cz. II

kwartalnik szkolny seryjnym mordercą, który działa według określonego kodeksu.

Dexter Morgan jest nieco skrytym lecz cenionym pracownikiem laboratorium policyjnego, kochającym bratem i partnerem. Mało kto podejrzewa, że to tylko jego dzienna maska, pod którą ukrywa instynkt zabójcy i kompletny brak uczuć. Jest seryjnym mordercą, który działa według określonego kodeksu. Odbiera życie tylko tym, którzy na to zasłużyli, a wymknęli się organom sprawiedliwości. Można powiedzieć, że dzięki temu czyni świat piękniejszym i bezpieczniejszym. Kieruje się opinią swojego wewnętrznego „JA”, które nazywa Mrocznym Pasażerem. Dookoła siebie rozsiewa pozytywną aurę, dzięki której jest bardzo lubiany, pomimo iż tego nie chce. Nauczono go w dzieciństwie jak powinni zachowywać się zwyczajni ludzie i co robić, by nie zwracać na siebie uwagi. Dzięki tym naukom potrafi wyjść z każdej opresji. Poza Dexterem w serialu występuje wiele innych ciekawych postaci. Wszystkie są niezwykle interesujące np. kolega z laboratorium – Masuka, który sypie sprośnymi a czasami aż odrażającymi żarcikami w najmniej oczekiwanym momencie, albo Rita – partnerka Dextera z dwojgiem małych dzieci i jednocześnie najlepsza przykrywka dla jego odmienności. Podsumowując, serial jest niezwykle ciekawy i wciągający. Każdy odcinek dostarcza nam niezwykłych emocji - zaskakuje, wstrząsa i szokuje! Polecam wszystkim, którzy do tej pory się z nim nie zaznajomili. Osobom znającym ten tytuł, reklamować go nie muszę. Z pewnością większość z nich jest fanami tego serialu. Ewelina Żurawska, 2et Miałam to szczęście oglądać najnowszą część „Zmierzchu” następnego dnia po premierze światowej, która odbyła się 15 listopada 2012 roku. Film oparty został na motywach książki Stephenie Meyer „Przed Świtem”. W głównych rolach wystąpili: Kristen Stewart jako Bella Swan Cullen, Robert PattinsonEdward Cullen oraz Taylor Lautner wcielający się w Jacoba Blacka, natomiast reżyserię powierzono Billowi Condonowi. Film nakręcony został w konwencji horroru a jednocześnie romansu. Kolejna część wampirze sagi została fantastycznie zrealizowana - można się było pośmiać, ale i trzymała w napięciu, w szczególności w scenach walki pod koniec filmu. W interesujący sposób została przedstawiona nam Bell, która bardzo zmieniła się od czasu, kiedy została wampirem. Kolejnym plusem, jaki można dać temu filmowi jest duża dbałość o dokładne odwzorowanie książki, niestety poprzednie części nie były realizowane z tak dużą szczegółowością jak ta ostatnia. W tym przypadku należy pokłonić się ludziom drugiego planu – np. charakteryzatorzy poświęcili wiele uwagi na detale makijażu gwiazd, przez co wypadły one bardzo realistycznie. Nie można nie wspomnieć o świetnie dobranej do poszczególnych scen muzyce. Moim zdaniem jest to najlepszy film z pięciu części ekranizacji „Zmierzchu”. Bardzo polecam obejrzenie w kinie, gdyż w zaciszu domowym nie ma już takiego klimatu jak w ciemnej sali kinowej. Basia Biernat, 2et