Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
A zegar tyka... O pracy naszych redaktorów przy tworzeniu gazetki Fotografia. Na co uważać, jakich błędów nie popełniać
FOT. ZUZANNA KOZOŁUB
Oto pierwsze, elektorniczne wydanie "Gimpula"! Dla Was spędzaliśmy godziny przed laptopami, byście mogli zobaczyć nasze dzieło. Mamy nadzieję, że przybliżymy Wam choć trochę jak wygląda nasza praca. REDAKTOR NACZELNA, Dominika STOPKA REDAKCYJNA:
Redaktor naczelna: Dominika Ciola
Komitet redakcyjny: A. Sowula, K. A. Wszędybył, P. Kowalska, K. Klarowicz, K. Bondaryk, A. Brzozowska, A. Pańczyszyn, Z. Kozołub, M. Sidło, F. Czaja, K. Zimnowoda, J. Gronowski, M. Piekarek
Skład i łamanie: Michał Sidło
Opiekun: Adrianna Bartkiewicz
Wyścig z czasem... Co nas inspiruje? Warsztaty w Kobylej Górze Fotografia dla każdego Trochę o każdym z nas HIStory
Gimpuls
... czyli od pomysłów po gazetkę szkolną. Jak się zaczyna? Czy wszystko wygląda tak, jak wyglądać powinno? Dziennikarze opowiedzą o swojej pracy "Pomysły leżą na ulicy..." - gdzie nasi reporterzy szukają weny? str. 6 Maj, wycieczka, wielkopolskie krajobrazy - coś o zeszłorocznych warsztatach w Kobylej Górze.
str. 17 "Często pomysł na zdjęcie jest ważniejszy niż sam aparat" - czyli Ola radzi, jak zrobić dobre zdjęcie
str. 15 Kim są redaktorzy "Gimpulsu"?
str. 12 Początki powstania "Gimpulsa" jeszcze z czasów "Kołłątajówki".
str. 5
Każda historia ma swój początek. A jak zaczęła się nasza przygoda z dziennikarstwem?
Otóż zaczęło się od wydania jednostronicowego, specjalnego wydania gazetki, ponad rok temu. Nazywała się jeszcze wtedy „Kołłątajówka”. Gazetka ta miała raczej charakter edukacyjny – głównie chodziło o przybliżenie uczniom naszej szkoły postać Hugona Kołłątaja, patrona naszego gimnazjum. Ku naszemu zaskoczeniu, „Kołłątajówka” przyjęła się bardzo dobrze wśród uczniów i nauczyciel. I to właśnie wtedy zauważono nasze zaangażowanie, profesjonalne podejście do sprawy i potencjał. To był taki moment, kiedy poczuliśmy, czym chcemy zająć się przez najbliższe lata spędzone w gimnazjum – dziennikarstwem! Zaczęły się spotkania klubu. Długie rozmowy na temat gazetki, burze mózgów i warsztaty redakcyjne. Na klub przychodziło coraz to więcej osób. W końcu nasze spotkania odbywały się nie tylko w budynku szkoły. Wychodziliśmy szukać inspiracji na zewnątrz. Spacerowaliśmy po Rynku wrocławskim, wstąpiliśmy nawet do Literatki – kafejki, słynącej z niesamowitego klimatu, sprzyjającego w tworzeniu dzieł literackich. I tak pracujemy do dziś – ostatnie "Gimpuls" trafił na qmama :)
Wyścig z czasem
Praca w naszej redakcji to istny wyścig z czasem. Wersje robocze tekstów hurtowo spływają na szkrzynkę pocztową pani Bartkiewicz, a przecież trzeba je jeszcze poprawić. Godzina 21:30, niedziela. Ostateczny termin wysyłania tekstów mija za trzydzieści minut. Tik tak, zegar nieubłagalnie zbliża swoją wskazówkę do okazałej rzymskiej dziesiątki. Jeszcze dwadzieścia minut. Już prawie tekst jest gotowy.
Nasze priorytety
Na dobry artykuł składa się nie tylko poprawność językowa, stylistyczna czy ortograficzna. Tu prym wiodą charyzma i przede wszystkim kreatywność. A skąd inspiracje na teksty czerpią dziennikarze „Gimpulsu”? Przytoczmy słynne powiedzenie pani Bartkiewicz: Pomysły leżą na ulicach – wystarczy się tylko po nie schylić. My piszemy o rzeczach dla nas ważnych, naszych zainteresowaniach – generalnie o nas samych. Opisuję rzeczy, które mają dla mnie duże znaczenie. Kiedy coś mnie bulwersuje czy po prostu śmieszy, siadam do swojego laptopa i piszę, aż emocje opadną – śmieje się redaktor naczelna „Gimpulsu”, Dominika Cioła. Inspiruje mnie film,muzyka i książki - twierdzi nasz redakcyjny kolega, Michał Sidło - Staram się pisać w sposób prosty i zrozumiały. Łatwo pisać o czymś, czego samemu jest się świadkiem. Myślę, że poruszanie tematów tabu powinno być dziennikarskim priorytetem gimnazjalistów – dodaje. Przytakuje mu Filip, który w gazetce zajmuje się filmami. „Ważne jest też, abyś nie starał się naśladować stylu pisania innych. W naszej redakcji liczy się indywidualność, oryginalność i trzeźwe podejście do poruszanego tematu”- dopowiada Dominika. Na tym etapie naszej dziennikarskiej ścieżki coraz więcej się uczymy, i coraz to głębsze tematy chcemy poruszać w „Gimpulsie”. Nie powinniśmy pisać o rzeczach prostych,
Natłok myśli, a potem olśnienie - zaczynamy pracę
chcemy zgłębiać prawdziwą sztukę dziennikarstwa. Myślę, że to tworzy nas liberalnymi, a gazetka staje się opiniotwórcza. Przy kominku przez szkło powiększające
Natłok myśli, a potem olśnienie - od tego się zaczyna… Później gorąca kawa, chrupiące ciasteczka, trzaskający odgłos ognia w kominku, siadam w wygodnym miejscu i po prostu zaczynam pisać- opowiada Maciek Piekarek. Tak zazwyczaj wygląda początek pracy nad artykułem niektórych z nas. Można powiedzieć, że jest to nasz rytuał praktykowany od rozpoczęcia kariery w klubie dziennikarskim. Koncepcje na nowy artykuł powstają w różnych miejscach i o różnym czasie. Niektórym dziennikarzom najlepiej pracuje się w nocy, innym o świcie. Każdy ma jakieś źródło, z którego czerpie pomysły- to może być druga osoba, zjawiska, których inni nie zauważają, nawet matematyka. Po prostu chodzi o to, aby umieć patrzeć
na świat przez szkło powiększające.
„Dzień dobry, zechce Pan poświęcić nam chwilę?”
Poniedziałek. Kolejny początek tygodnia, kolejne zebranie klubu dziennikarskiego. Kolejny wywiad do napisania.
Krok pierwszy: znaleźć ciekawą osobę. W zasadzie nic trudnego. Wystarczy chwila zastanowienia. Najczęściej wybór pada na nauczyciela związanego z obecnymi wydarzeniami lub po prostu wyróżniającego się ucznia.
Krok drugi: wymyślić pytania. Teraz jest trochę trudniej. Trzeba się zastanowić nad charakterem danej osoby, jej zainteresowaniami, uzdolnieniami. Ułożyć kolejność. Należy być także gotowym na ewentualne pytania wynikających z kontekstu wypowiedzi.
Krok trzeci: przeprowadzić wywiad, czyli godzina zostania po lekcjach. Czasami trwa to dłużej. Wystarczy trafić na osobę, której wypowiedź zamienia się w trochę przydługi monolog.
Krok czwarty: opracowanie wywiadu. Najżmudniejsza i najnudniejsza cześć ze wszystkich. Na dodatek zajmuje najwięcej czasu. Najpierw skrócenie wypowiedzi, potem poprawienie ewentualnych błędów językowych i w końcu wysłanie gotowego tekstu do naczelnej.
Po wykonaniu tych wszystkich czynności czujemy satysfakcję. Jednak czy jej źródłem jest zadowolenie nad swoją pracą, czy może radość z jej zakończenia?
Czerwono mi
Nic nie jest doskonałe. My redaktorzy szkolnej gazety, możemy tego boleśnie doświadczyć na własnej skórze, a właściwie papierze, uczestnicząc w korekcie naszych tekstów.
Odbywa się to najczęściej w trakcie trwania posiedzenia redaktorów klubu dziennikarskiego. Korekty dokonuje nie tylko opiekun redakcji, ale także my wszyscy. Pomaga nam to zrozumieć nasze błędy i wpadki. Przeważnie pani Bartkiewicz wręcza jednej z osób tekst i wtedy rozpoczyna się… upiększanie tekstu czerwonym cienkopisem! Artykuł jest czytany przez jednego z redaktorów. Pierwsza przerwa w czytaniu następuje zwykle już przy tytule. Po odpowiednich poprawkach, postawieniu niezbędnych przecinków, poprawie składniowej i stylistycznej dochodzimy wreszcie do rozwinięcia. Z ust redaktorów padają bardzo „ciekawe” uwagi, na które pani Ada nie zawsze reaguje pozytywnie. „Tak być nie może!” – mówi, gdy słyszy zdanie: „Współcześni wokaliści pieją jak koguty”. A przecież to oczywiste. Wszyscy wybuchają śmiechem. Rozpoczyna się rozmowa, a właściwie kłótnia. Twórcy bronią pierwotnej wersji tekstu. Po kilku dobrych minutach rozważań dochodzimy do kompromisu
"Uczymy się na własnych błędach" dziewiąta i Michał otrzymuje kolejnego maila od opiekuna gazetki. Sytuacja robi się wyjątkowo nieciekawa, gdy chłopak zauważa czerwony wykrzyknik przy temacie wiadomości . A więc priorytet! Coś jest nie tak. W gazetce znajduje się jeszcze jeden, poważny błąd. Drżącą ręką Michał chwyta czarną Bogu ducha winną mysz
i tym samym do zakończenia naszego artykułu.
Dzięki naszej wspólnej korekcie i pomocy pani Bartkiewicz do spisu treści „Gimpulsu” trafia kolejny tekst. Po korekcie jest poprawny stylistycznie i w niektórych partiach sparafrazowany. Dzięki poprawianiu siebie samych uczymy się na własnych błędach, a do rąk czytelników trafiają teksty, które mają sens i są ciekawe, ale śmieszą nas chyba w mniejszym stopniu niż przed korektą… Może kilka „dziennikarskich kaczek”, naszych malutkich błędów uda się przemycić następnym razem?
Ostatnia misja
Poniedziałek, godzina trzecia po południu. Na skrzynce mailowej Michał dostaje wszystkie teksty od Dominiki i pani Bartkiewicz. Zaczyna się ostatni etap produkcji „Gimpulsu” – składanie. Ready? Go! Otworzyć Publishera, skopiować wszystkie teksty, poprawić czcionkę, wkleić zdjęcia, zrobić podpisy, marginesy, stopkę redakcyjną, nagłówki. Ostatni rzut oka na recenzje, wydarzenia szkolne i inne „wypociny” redaktorów. Godzina osiemnasta trzydzieści, Michał wysyła całą gazetkę pani Bartkiewicz. Głęboki oddech, ulga. Wreszcie nasz redakcyjny kolega może spokojnie siąść do lekcji i wykąpać się w ciepłej wodzie z bąbelkami. Ale nie… Nastaje godzina
komputerową i powoli przejeżdża kursorem na wiadomość. Klik. Zielony pasek u dołu ekranu komputera informuje, że za chwilę ujrzy „dość nieciekawego” maila. A miało być tak pięknie… Ominą go wszystkie interesujące filmy w telewizji, nie zobaczy Szymona Majewskiego, nie wspominając już o powtórce „Grzesznych i Bogatych”. Wiadomość otwiera się. Czytamy: „Michał, brakuje tekstu z „Balladyny”. Trzeba go zamieścić, a musimy zmieścić się na dwudziestu stronach. Pozdrawiam.”
Poniedziałek, godzina dziewiąta trzydzieści. Michał nie wie, czy śmiać się, czy płakać. Nie nauczy się na jutrzejszy sprawdzian z biologii. Nie zgłębi tajemnicy podziału komórkowego polipów i rozmnażania eugleny zielonej. Ale trudno, taki los składacza. Michał przeciera łzy rozpaczy, podwija rękawy pidżamy i siada do poprawy gazetki. Nie jest łatwo. Trzeba wykombinować jedną stronę. Pozmniejszać czcionki, zrezygnować z paru obrazków, a nawet posunąć się do ukrócenia niektórych tekstów. Do tego wszystko musi zachować odpowiednie
"Nikt nie mówił, że będzie łatwo - skałdanie gazetki często wiąże się z istną katorgą, a i efekt końcowy pozostawia wiele do życzenia"
walory estetyczne. Godzina dziesiąta dwadzieścia, zmęczony gazetowy składaczołamacz wysyła ostateczną wersję gazetki. W duchu modli się, by nie zauważono już więcej błędów.
Wtorek, godzina dziewiąta. Na korytarzu drugiego piętra rozgrywa się ostry bój o leciwą szkolną kserokopiarkę. Z jednej strony pani od chemii, chcąca czym prędzej skserować sprawdziany dla 3e, po drugiej stronie redaktor naczelna, chcąca powielić szkolną gazetkę, która jeszcze dzisiaj mogłaby trafić do odbiorców w całym gimnazjum. Niestety, jak to w życiu bywa, nauczyciel korzysta z prawa weta i każe wyjść Dominice z pokoju nauczycielskiego. Pozostaje nadzieja w kopiarce w bibliotece i ksero w sekretariacie. Okazuje się, że jedno i drugie jest nieczynne . Korzystamy zatem z publicznego punktu ksero.
Wtorek, godzina trzynasta czterdzieści osiem. Znajdujemy się w mało przytulnym kiosku „Ruchu”, gdzie kserujemy „Gimpuls”. Diabli wzięli kolorowy szablon Michała, wyraziste zdjęcia czy urzekającą okładkę. W takiej jakości wydruku możemy pozwolić sobie jedynie na sudoku i krzyżówkę. Godzina czternasta, gazetka skserowana w ilości dziewięćdziesiąt pięć sztuk. Następnego dnia trafi do uczniów „czternastki” . Misja zakończona.
Czy ktoś mówił, że będzie łatwo? Jasne, że nie! I nie ma co się oszukiwać, że nierzadko składanie gazetki wiąże się z istną katorgą. Nie jest to proste, nie jest to banalne, a i końcowy efekt graficzny pozostawia wiele do życzenia. Dla nas jednak, liczy się właśnie ta praca i to, że możemy wyrazić siebie, właśnie swoimi tekstami.
Wspołny tekst: Dominiki Cioły, Michała Sidło, Kamila Zimnowody oraz Maćka Piekarka
Redaktor Naczelna Michał Filip Agata Kamil
Ja mam na imię Dominika Cioła. W szkolnej gazetce pracuję już drugi rok. W tym roku przypadł mi zaszczyt bycia redaktorką naczelną „Gimpulsu”. Moja rola to rozdzielanie obowiązków na naszych szkolnych dziennikarzy, czuwanie nad całą pracą redakcji i kolportaż czasopisma. Ja jestem Michał, zodiakalny baran. Interseuję się historią i polityką. Na kółko chodzę drugi rok. Zajmuję się główniem składaniem. Nazywam się Filip, chodzę do klasy drugiej. Na kółku piszę recenzje filmowe oraz od niedawna kręcę filmy. Piszę felietony i opowiadania do naszej gazetki. Zajmuję się również robieniem zdjęć. Mam na imię Kamil. Interesuję się piłką nożną i historią. Słucham muzyki klasycznej i Jacksona. W "Gimpulsie" piszę felietony i wywiady.
Klara Agata Paula Kuba
KIM SĄ REDAKTORZY "GIMUPLSU"? Pragniemy przybliżyć wam sylwetki naszych dziennikarzy. Każdy z nas jest inny, każdy ma inne zainteresowania, co sprawia, że czasami ciężko dojść do kompromisu. Jestem Klara. W wolnych chwilach słucham muzyki i tańczę. W naszej gazetce zajmuję się... wszystkim po trochu :) Zajmuję się graficznym wystrojem naszej gazetki. Zdarza mi się również pisać wiersze. Jestem Paula, chodzę do klasy drugiej. W gazetce jestem od roku.
Lubię rozmawiać z ludźmi, zawierać nowe znajomości. Dlatego też, wraz z Klarą, przeprowadzam sondy do "Gimpulsa". Nazywam się Kuba. Interesuję się muzyką, historią starożytną i astronomią. W gazetce zajmuję się głownie wywiadami,.
AUTOR: FILIP CZAJA
"GIMPULS" - KULISY DZIENNIKARSTWO TO RÓWNIEŻ REPORTAŻE FILMOWE - przekonał się o tym Filip
SŁOWO OD FOTOGRAFA
Zdjęcia może robić każdy. Dziś możemy fotografować telefonem komórkowym, „ lustrzankami ”, „ kompaktami ”, cyfrówkami, a nawet kamerami. Uwiecznienie chwili na fotografii to według wielu osób banał. To tylko jeden przycisk, jeden ruch, a później rozczarowanie lub zachwyt. „ Znowu się nie udało ”
Wielu amatorów fotografowania, nazywając siebie beztalenciami, po cichu marzy o wystawach dla National Geographic lub sesji dla Vogue’a. Inni mają talent, lecz go marnują. Jest też trzecia grupa osób, nazywamy ich pasjonatami. Dla nich ważne są chwile, ciekawe ujęcia, dobre światło.
Często pomysł na zdjęcie jest ważniejszy niż sam aparat, którym wykonujemy ujęcie. Bywa też i tak, że wyjmujemy telefony komórkowe i z zapałem zabieramy się do robienia „słit foci”. Następnym krokiem jest wrzucenie swoich zdjęć na profil „NK”. Do której z tych grup sama się zaliczam? - zastanawia się Ola Pańczyszyn. Nie zamierzam się nazywać fotografem, ale z pewnością jestem pasjonatką.
Ola zaczęła zajmować się fotografią już w piątej klasie podstawówki. Wtedy właśnie założyła swoje pierwsze konto na jednym z popularnych fotoblogów. Wówczas zdała sobie też sprawę, że popełnia mnóstwo błędów, takich jak nieostrość, przycięte lub krzywe zdjęcie. Później problem stanowiły cienie, zimne lub za mało nasycone kolory. Dopiero niedawno zajęła się kompleksową obróbką swoich zdjęć np. krzywymi koloru, poziomami i dodatkowymi efektami.
Nie jest fanką typowych sesji, np. z
"Nie przywłaszczajcie sobie prac"
udziałem powykrzywianych nienaturalnie modelek. Woli zdjęcia terenowe. Jej pasją są zwierzęta, między innymi konie i psy. Z racji tego, że większość wakacji i weekendów spędza na wsi, ma mnóstwo tematów i okazji do robienia zdjęć. Najlepsze są te zrobione w akcji, np. spłoszone sarny, ptaki, galopujące konie – opowiada. Nie jest to jednak takie proste, jak się wielu wydaje. Kiedyś czekałam na ambonie od godziny 4 rano do 10 i nie ujrzałam żadnego czworonoga.
Kiedy pytamy ją o rady, jakich udzieliłaby początkującym fotografom, mówi zdecydowanie: Pamiętajcie tylko o jednym - nie przywłaszczajcie sobie prac innych. Każde zdjęcie zrobione samodzielnie przyniesie wam więcej radości i satysfakcji niż to zapożyczone. Osobiście nie miałam takiego doświadczenia, ale to ogólnie przykra sprawa.
Olka Pańczyszyn
"Oczywiście, że w Kobylej było świetnie. Wreszcie jakieś oderwanie od codzienności. Tego nam wtedy brakowało :D"
Karolina Bondaryk, była redaktor naczelna
KOBYLA BEACH
Gimpuls
W maju, pod koniec roku szkolnego klub dziennikarski otrzymał propozycję wyjazdu na trzydniowe warsztaty w Kobylej Górze nieopodal uroczego zalewu z piaszczystą plażą. Coś nowego, mieliśmy szukać natchnienia na łonie przyrody. Jakie rezultaty?
Wycieczka po miasteczku i zbieranie materiałów do artykułów to zaledwie jedno popołudnie naszych zajęć. Wcielając się w prawdziwych dziennikarzy, wyszukiwaliśmy w wielu różnych źródłach jak najwięcej ciekawostek dotyczących Kobylej Góry. Rozmawialiśmy także z mieszkańcami miasteczka, którzy chętnie opowiadali nam o zabytkach i atrakcjach swojej miejscowości. Chcąc przeprowadzić ankietę dotyczącą życia tutejszych, udaliśmy się do miejscowej szkoły podstawowej i gimnazjum.
Po uzbieraniu satysfakcjonującej ilości materiałów wspólnie podsumowaliśmy nasze działania i podzieliliśmy się redagowaniem artykułów. Nasza praca
przyniosła nieoczekiwane wyniki, powstały liczne reportaże, wywiady, a także rysunki.
Ciężką pracę wynagrodziło wydanie specjalnego numeru gazetki. A wieczorami, aby złapać oddech między pisaniem kolejnych artykułów, rozgrywaliśmy niezwykle emocjonujące mecze siatkówki.
I kto by pomyślał. Niby plaża, a jednak…
Alicja Brzozowska